Wydawca: Bellona Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukraina. Przewodnik historyczny - Sławomir Koper

Kresy - magiczne słowo dla Polaków, synonim krainy utraconej na zawsze. A dla wielu rodzinnych stron, które na zawsze zapisały się w dziejach i kulturze naszego kraju. Niniejsza książka to nostalgiczna podróż po polskich śladach na Ukrainie. Autor koncentruje się na śladach polskości, pozostałościach naszej kultury, które na zawsze pozostały na wschód od Bugu. Nie unika trudnych tematów, takich jak stosunki polsko-ukraińskie z rzezią wołyńską czy powstaniem Chmielnickiego na czele, ale zachowuje obiektywizm. Opisując trudną historię wzajemnych relacji, nigdy nie zapomina, że Kresy były ojczyzną dwóch narodów, a przez wieki mieszkali tam ludzie mówiący różnymi językami i wyznający inne religie.

Opinie o ebooku Ukraina. Przewodnik historyczny - Sławomir Koper

Fragment ebooka Ukraina. Przewodnik historyczny - Sławomir Koper

Sławomir Koper

Ukraina. Przewodnik historyczny. Tragiczne dzieje, polskie ślady

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redaktor merytoryczny

Bogusław Brodecki

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Elżbieta Bryś

Korekta

Teresa Kępa

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2011

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna

ul. Grzybowska 77, 00-844 Warszawa

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 9788311123113

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Od autora

Kresy… Magiczne słowo w wymiarze narodowym i osobistym – określenie wzbudzające emocje do dnia dzisiejszego. Odpowiednik nazwy geograficznej obejmującej kilka regionów i kilka obszarów etnicznych, ale uznawany za teren polskości. Synonim jezior Wileńszczyzny, błot Polesia, porohów Dniestru, stepów Podola. Symbol „małej ojczyzny” dla milionów Polaków i ich potomków wysiedlonych po zakończeniu II wojny światowej.

Ze wschodnich prowincji Rzeczypospolitej pochodziło tak wielu wybitnych Polaków, że nie można sobie wyobrazić naszej kultury bez dorobku twórców urodzonych na Kresach. Znaczna ich część urodziła się lub mieszkała na ziemiach dzisiejszej Ukrainy: Juliusz Słowacki, Antoni Malczewski, Artur Grottger, Józef Kraszewski, Gabriela Zapolska, Maria Rodziewiczówna, Stanisław Moniuszko, Karol Szymanowski, Jan Stanisławski, Jan Parandowski, Adam Hanuszkiewicz, Stanisław Lem, Marian Hemar, Władysław Łoziński, Zbigniew Herbert, Jarosław Iwaszkiewicz – listę można by ciągnąć bez końca. Urokowi wschodnich rubieży nie potrafili się oprzeć artyści urodzeni w innych regionach kraju (Sienkiewicz, Wyczółkowski, Noskowski). Kresom poświęcono dziesiątki dzieł plastycznych, literackich i muzycznych, z tych terenów pochodzili również najwybitniejsi polscy politycy z Józefem Piłsudskim na czele.

Kresy do dzisiaj wzbudzają zadumę i nostalgię, to często wspomnienie o utraconych stronach rodzinnych. Repatriacja dotknęła tak wielu Polaków, że trudno znaleźć rodzinę, gdzie nie byłoby kogoś pochodzącego z Kresów. Powikłane losy rzucały przesiedleńców w różne części Polski i świata, nie tylko na tak zwane Ziemie Odzyskane. Przemijały pokolenia, mieszały się losy ludzkie, ale legenda Kresów przetrwała do dzisiaj. Wielu naszych rodaków przez lata tęskniło do kraju lat dziecinnych („świętego i czystego jak pierwsze kochanie”), nie mogąc odwiedzić rodzinnych stron. Dopiero dzisiaj, po kilkudziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej, możliwe są podróże na wschód, śladami przodków, obrońców polskości na Kresach.

Zmiany polityczne po II wojnie światowej na zawsze odcięły ziemie ukraińskie od Polski, po przesiedleniach nasz kraj uzyskał kształt zbliżony do granic etnicznych. Nikt nie myśli o rewindykacji Lwowa czy Krzemieńca, ale sentyment pozostał. Nie można zapominać (ani tym bardziej wymazać) dorobku cywilizacyjnego polskich miast i dworów Ukrainy. Tę ziemię nasi rodacy kochali, mieszkali na niej przez setki lat, za jej obronę płacili własną krwią.

Podróż po Ukrainie to wędrówka śladami polskości, po reliktach naszej przeszłości, pozostałościach (często ruinach) kościołów, zamków i dworów. I chociaż miasta, wsie i ulice noszą często już inne nazwy, a władze sowieckie uczyniły wiele, aby zatrzeć ślady naszej kultury, to nie udało się zniszczyć kilkuset lat polskiej tradycji. To nostalgiczna podróż po miejscach, które znaczyły tak wiele dla naszego narodu, po wspomnieniach o ludziach dobrze zasłużonych dla naszej historii i kultury.

Książka ogranicza się wyłącznie do polskich wątków na ziemiach Ukrainy. Koncentrowałem się na reliktach polskości, pomijając (na ogół) dorobek materialny innych narodów. Tylko w wyjątkowych sytuacjach postępowałem inaczej, ale nawet wówczas musiały zaistnieć silne związki z naszą kulturą lub dziejami. Ze względów praktycznych musiałem jednak ograniczyć objętość dzieła. Zapewne wielu czytelników nie znajdzie interesujących ich miejscowości, ale o polskiej Ukrainie można napisać tak wiele, że wydawnictwo powinno liczyć kilkanaście tomów. I zapewne nawet wówczas nie wyczerpałoby tematu. Bo czy można opisać dorobek dziesiątków polskich pokoleń na Ukrainie? Kilkuset lat rozwoju cywilizacyjnego tych ziem? Ukraińskie Kresy to miejsce, gdzie Polacy na zawsze pozostawili swoje ślady i które na zawsze pozostało w naszej pamięci.

Rozdział 1 Najbardziej polskie z miast

Rynek we Lwowie

Lwów nie jest miejscem na jeden czy dwa dni pobytu – to miasto należy poznawać powoli, bez pośpiechu i nerwowego przepychania się w tłoku. Spokojnie spacerować po jego ulicach, smakować zabytki i atmosferę, wspominać ludzi, którzy tu żyli. A lista sławnych Polaków ze Lwowa jest nieprawdopodobnie długa – figurują na niej nazwiska pisarzy, malarzy, aktorów, muzyków, dziennikarzy, polityków, sportowców, wojskowych. Nie bez powodu w herbie Lwowa znalazł się krzyż Virtuti Militari i maksyma semper fidelis – zawsze wierny. W ciągu wieków swojego istnienia Lwów uczciwie zapracował na miano najbardziej polskiego z miast Rzeczypospolitej.

I coś z tego pozostało do dziś. Po 1945 roku poza granicami kraju znalazły się dwa duże ośrodki miejskie: Wilno i Lwów, ale chyba nikt, kto przebywał nad Wilią, nie był zachwycony zachowaniem miejscowych Litwinów. I chociaż znaczny procent z nich zna doskonale język polski, to w rachubę wchodzi z reguły rozmowa wyłącznie po angielsku (litewskiego nie biorę pod uwagę, rosyjskiego również). A choć Polacy i Ukraińcy mają za sobą znacznie trudniejszą historię, to nad Pełtwią język polski jest niemal powszechnie znany. I miasto zachowało bardziej polski charakter, w czym nie przeszkadzają napisy cyrylicą. A stosunek mieszkańców do polskich turystów jest wyjątkowo przyjazny, to otwarci ludzie dumni ze swojego miasta i jego historii.

Panorama Lwowa (fot. Frank Dielitz)

Dla przybysza znad Wisły pierwszy kontakt z Lwowem oznacza totalny szok komunikacyjny. Kompletne zamieszanie, przewalające się po ulicach we wszelkich możliwych kierunkach autobusy, tramwaje, trolejbusy, stada różnego rodzaju busów (marszrutek). Ogromny tłok w godzinach szczytu, pojazdy zatrzymujące się w dowolnych miejscach, ich kierowcy nieprzejmujący się lokalizacją przystanków ani zasadami kodeksu drogowego. I w istocie nie wiadomo, gdzie właściwie (zwłaszcza marszrutki) jadą, zamęt powiększają obyczaje kierowców innych pojazdów, a szczególnie taksówkarzy. Ale to jakoś wszystko funkcjonuje, tworząc w miarę sprawny system komunikacyjny. Ale turysta z Polski powinien, szczególnie początkowo, bardziej zaufać własnym nogom (zwłaszcza w centrum) i dobremu miejscowemu planowi miasta. A jeżeli już zmuszeni zostaniemy do skorzystania z komunikacji zbiorowej (taksówki to inna bajka), to obowiązkowo należy sprawdzić u kierowcy, jaką trasą kursuje pojazd, ponieważ opisy na przystankach nie są wiarygodne. A najlepiej niech pokaże na planie miasta (jeżeli będzie miał oczywiście czas i ochotę).

Spotkanie z Lwowem najlepiej rozpocząć na rynku miejskim – prawdziwym sercu dawnego miasta. Plac o niemal kwadratowym kształcie (142 na 129 metrów) zdominowała ciężka bryła ratusza (1827-1835). Siedziba magistratu wygląda na intruza, może w innym mieście, mniej obfitującym w architektoniczne perełki, nie raziłaby swoim koszarowym wyglądem. I mam wrażenie, że jedyną zaletą ratusza jest widok z jego tarasu widokowego. (65 metrów, 350 stopni, wspinaczka nie jest najłatwiejsza). Piękniejsza panorama Lwowa rozciąga się chyba tylko z kopca Unii Lubelskiej, ale już tutaj można zakochać się w mieście od pierwszego wejrzenia. Zabudowania na wzgórzach, wieże kościołów, kopuły cerkwi, ulice i budynki. Niektórym może brakować rzeki przecinającej zabudowę (Pełtew zamurowano u schyłku XIX stulecia), ale może to nawet zaleta, albowiem ktoś słusznie kiedyś zauważył, że gdyby we Lwowie była jeszcze rzeka, to miasto wyglądałoby zupełnie jak Florencja.

„Rynek wygląda w tym czasie – opisywał Witold Szolginia w powieści Dom pod żelaznym lwem – i o tej porze trochę baśniowo, trochę teatralnie. Jest staroświecko, sennie, marząco i bardzo pięknie. Pośrodku wysłanej śniegiem rynkowej kotliny szeroko rozsiadł się zwalisty, milczący ratusz, polśniewając tajemniczo setką ciemnych okien. Jego wysoka czworogranna wieża wspina się ku ciemnemu niebu, topiąc w nim swój szczyt. Płynie z niego głos bijącego właśnie zegara; strącona przez niewidoczne wskazówki godzina spada z wysokości dźwiękami krągłymi i dzwoniącymi jak miedziane kule” [1].

Na lwowskim rynku

Z powstaniem Lwowa nie wiążą się żadne legendy. Nie było syrenki pluskającej się w wodzie, po Pełtwi nie pływał kosz z bliźniętami, nie znaleziono żadnego gniazda na drzewie. Po prostu książę halicki Daniel w połowie XIII stulecia założył gród, który nazwał na cześć swojego syna (Lwa). Lokalizacja okazała się doskonała i niebawem Lwów stał się najważniejszym grodem księstwa. Wygaśnięcie panującej dynastii (1340 rok) wywołało dwudziestoletni okres wojen pomiędzy Polską, Litwą i Tatarami. Ostatecznie Lwów przyłączono do państwa Kazimierza Wielkiego, a w 1356 roku przeprowadzono jego lokację na prawie magdeburskim. Efekty decyzji króla możemy oglądać do dnia dzisiejszego. Chociaż centrum życia miasta przeniosło się na pobliski prospekt Swobody, to rynek pozostał najważniejszym miejscem na historycznej mapie Lwowa.

Przez stulecia był też miejscem, gdzie odbywały się sądy, koncentrowało się lwowskie życie handlowe i towarzyskie, a czasami rozgrywały się wydarzenia rangi ogólnopaństwowej. W 1387 roku hospodar Mołdawii, Piotr, uznał się za lennika władców Polski i na lwowskim rynku złożył hołd Jadwidze i Jagielle. Książąt mołdawskich spotykały jednak we Lwowie również znacznie gorsze przygody niż hołdy lenne. Na miejscowym rynku ścięto Stefana VII Tomşę, Iwana Pidkowę i Jana V Sasa. Władza nad Mołdawią, obiektem rywalizacji pomiędzy Polską, Węgrami i Turcją, była niebezpiecznym profitem.

Chociaż na rynku tracono z reguły najwyżej urodzonych skazańców, to czasami – ze względu na specyfikę występku – odbywały się tam również inne egzekucje. W 1774 roku miastem wstrząsnęła makabryczna historia kryminalna. Honorata Makowska z Nowej Soli współżyła seksualnie z własnym ojcem, czego skutkiem była ciąża dziewczyny. Pod wpływem ojca zabiła ona swoje nowo narodzone dziecko, po czym wyszła za mąż za Pawła Djakowskiego. Małżeństwo nie należało do udanych, a ojciec-kochanek namawiał córkę do otrucia męża. Kiedy dwie próby nie powiodły się, występna para udusiła szlachcica.

Oboje stanęli przed sądem lwowskim, a wyrok mógł być tylko jeden – śmierć w okrutnych mękach. Honoracie Djakowskiej (miała wówczas 21 lat) publicznie odrąbano ręce, następnie głowę, a jej poćwiartowane ciało zawisło na słupach ku przestrodze. Większy problem był z uśmierceniem jej ojca. Lwowscy ławnicy skazali Piotra Makowskiego na darcie pasów, czyli obdzieranie ze skóry, a także łamanie kości za pomocą pały! I wówczas zaczęły się problemy. Miejski kat bez problemów zdarł z ciała szlachcica trzy zasądzone pasy, natomiast wykazał się wyjątkową nieudolnością przy łamaniu kości. Tłukąc pałą, połamał zbrodniarzowi ręce i nogi, powybijał zęby, ale nie potrafił go uśmiercić. Wrzaski skazańca rozlegały się po całym rynku, widzowie uciekali w popłochu, a i sam oprawca zemdlał w końcu z wrażenia.

Kaźń Makowskiego znalazła swój epilog przed sądem miejskim. Kat usprawiedliwiał się, że nigdy wcześniej nie wykonywał podobnej egzekucji, a tylko widział ją raz w życiu, gdy był jeszcze dzieckiem (!). Prosił magistrat o wyrozumiałość, wyjaśniając, że przez lata sumiennie wykonywał swoje rzemiosło, a ma przecież na utrzymaniu rodzinę. Ostatecznie został uniewinniony, a miasto uchwaliło fundusze na etat dla drugiego kata. Nowy oprawca miał zapewnić mieszkańcom profesjonalne egzekucje, a przy okazji nauczać młodych adeptów zawodu. I rzeczywiście – do Lwowa przybył niejaki Wacław Medulin, którego skusiło wyjątkowo wysokie uposażenie. Podobno szybko zaskarbił sobie sympatię mieszkańców miasta, wielokrotnie potwierdzając swój nieprzeciętny talent i kwalifikacje…

Rynek we Lwowie

Dzisiejszy rynek przecina linia tramwajowa, a nad głowami plątanina kabli – cecha charakterystyczna tego miasta i Ukrainy. Pod stopami stary lwowski bruk, ale lepiej uważać na nogi. Dziury w chodnikach (o jezdni nie wspominając) to normalny krajobraz u naszych sąsiadów. I nikt specjalnie się tym nie przejmuje, wychodząc z założenia, że każdy powinien patrzeć, gdzie idzie, a jak złamie nogę w niezabezpieczonej studzience kanalizacyjnej, to wyłącznie z powodu własnej nieuwagi. Na Ukrainie zresztą niemal wszystko „jest prawie zrobione” lub „prawie gotowe”. A chociaż podobno to nasz kraj kojarzy się Niemcom z fatalnym bałaganem, to dla Ukraińców możemy być wzorem porządku i sumienności. Przybysza znad Wisły wszystko oszałamia: metody załatwiania spraw w urzędach (szczególnie stosunek urzędników do petentów), informacja turystyczna, wspomniane dziury w chodnikach czy też zachowanie w sklepach. Prawie wszyscy usiłują załatwić coś poza kolejnością, agresywnie wpychając się do kolejki (nawet jeżeli przed kasą stoją dwie osoby). A do tego ogromne zdziwienie, gdy ktoś protestuje… Teoretycznie polscy turyści w średnim wieku powinni dobrze pamiętać czasy PRL i być uodpornieni na podobne zachowania, ale dwadzieścia lat od upadku komunizmu zrobiło swoje. I dlatego przed wyjazdem na Ukrainę warto pooglądać filmy Stanisława Barei – to dobry wstęp do podróży po tym kraju!!!

W rogach lwowskiego rynku zlokalizowano cztery przepiękne studnie – fontanny z rzeźbami: Neptuna, Amfitryty, Adonisa i Diany, a całość otaczają czterdzieści cztery kamienice, z których niemal każda ma swoją historię.

„Tłum stareńkich mieszczańskich domów – kontynuował Szolginia – otacza ratusz ze wszystkich czterech stron. Jedne rozsiadły się poważnie i statecznie w poczuciu własnej godności i znaczenia, inne rozpychają się zuchwale, dufne w swą zasobną okazałość, a jeszcze inne przycupnęły skromnie wśród możniejszych sąsiadów, jakby onieśmielone swym chudopacholstwem. Wszystkim im przewodzą domy w Rynku najgodniejsze – wyniosłe, szlachetne, bogate swymi cudnie rzeźbionymi portalami, wykwintną rustyką ścian i strojnymi grzebieniami attyk kamienice Królewska i Czarna.

Rozbłyskujące w miękkim mroku setki złotych od światła okien wyglądają jak opadły na Rynek rój gwiazd, których zabrakło dziś na zasnutym chmurami niebie. Partery rynkowych kamienic to jedna ciągła, czterokrotnie załamana, barwna świetlista smuga. Rzęsiste złoto, czerwień i błękit biją od sklepowych wystaw, przez które triumfalnie kroczy święty Mikołaj” [2].

W 1593 roku pod numerem drugim we wschodniej pierzei rynku powstała kamienica Bandinellich – piękna renesansowa budowla, utrzymana w stylu lwowskiego manieryzmu. Jej najsłynniejszy właściciel, Roberto Bandinelli, otrzymał królewski przywilej organizacji poczty pomiędzy Italią a Polską. Usługi kurierskie były wówczas (podobnie jak i dzisiaj) intratną profesją, toteż kupiec błyskawicznie powiększał swój majątek. Dowodem jego powodzenia stała się zbudowana przy lwowskim rynku kamienica, przypominająca swoją kompozycją i wystrojem pałace rodów Pandolfini we Florencji oraz Farnese w Rzymie. Portal głównej fasady z kolumnami rzeźbionymi w tzw. rybią łuskę i ozdobiony delfinami, bogato dekorowana fasada boczna z diamentową rustyką narożników. Nie zapomniano nawet o piwnicach ze wspaniałymi gotyckimi sklepieniami.

Roberto Bandinelli był wnukiem znanego rzeźbiarza Bartolomeo Bandinellego – autora kompozycji rzeźbiarskiej Herkules i Kakus na placu Signorii we Florencji. Zgodnie z dekretem króla polskiego Zygmunta III, ów przybysz z Italii został w roku 1629 przyjęty w poczet dworzan królewskich, otrzymując przywilej organizowania poczty monarszej między Polską i Włochami. Jednocześnie wojewoda ruski, książę Stanisław Lubomirski, a także hetman polny koronny, Stanisław Koniecpolski, wydali uniwersały, w których brali pocztę pod swą opiekę i protekcję.

W porozumieniu z magistratem lwowskim Bandinelli ułożył plan założenia poczty – tak zwany Ordinatio Postale. Dokument ten wpisany został do ksiąg miejskich 12 maja 1629 roku, a jego oryginał przechowywany jest w Centralnym Archiwum Historycznym we Lwowie.

Korespondencję ze Lwowa odsyłano raz w tygodniu – w sobotę. Pocztę obsługiwało siedemnastu kurierów, z których dwaj specjalizowali się wyłącznie w obsłudze klientów wyznania mojżeszowego. Kurierzy mieli drobiazgowo wyznaczone zadania: czas trwania podróży, opiekę nad korespondencją, zakaz samowolnego zabierania przesyłek. Klienci płacili pewną, z góry umówioną kwotę. Opłatę ustalano indywidualnie, w zależności od odległości i wielkości przesyłki.

Jeżeli kontrahent chciał wysłać korespondencję, nie czekając do soboty, wówczas poczmistrz zobowiązany był zapewnić kuriera. Nadawca powinien jednak wyprowadzić kuriera za miasto, a ten nie miał prawa dodatkowo zabierać innej korespondencji. Oczywiście usługa tego typu była wyceniana znacznie drożej niż normalna.

Niestety, wspaniała kamienica Bandinellich z upływem lat popadła w zaniedbanie i jeszcze kilka lat temu przypominała prawdziwą ruinę. Po remoncie władze Lwowa zorganizowały tutaj muzeum poczty. I trzeba pochwalić miejscowych rajców za doskonały pomysł. Lepszego miejsca na placówkę tego rodzaju nie można przecież znaleźć w całym Lwowie.

Z kamienicą Bandinellich sąsiaduje kamienica Wilczków (numer trzeci), która tę nazwę zawdzięcza swoim pierwszym właścicielom. W dziejach Lwowa rodzina ta zasłynęła krwawym pojedynkiem o rękę Anny Wilczkówny (1580). W latach 1771-1772 kamienicę przebudowano w stylu późnego baroku. W pierwszej połowie XIX stulecia zamieszkał w niej hrabia Stanisław Skarbek – osoba wielce zasłużona dla Lwowa. Mieszkanie przy rynku wiązało się z pewnymi uciążliwościami, ponieważ narażało hrabiego na pokusy hazardu uprawianego w pobliskiej kamienicy Królewskiej. W ciągu jednej, szczególnie gorącej nocy zdołał on przegrać do hrabiego Józefa Kalinowskiego kilka majątków ziemskich. Skarbek był człowiekiem honoru – wywiązał się z długu, ale przyrzekł więcej nie brać kart do ręki. Obietnicy nie dotrzymał, co nie przeszkodziło mu zostać fundatorem pierwszego lwowskiego teatru z prawdziwego zdarzenia.

Pod numerem czwartym znajduje się słynna Czarna Kamienica – najbardziej chyba znany budynek lwowskiego rynku. Gmach uzyskał charakterystyczną elewację (boniowanie w kształcie diamentu), ale dzisiaj jego fasada jest bardziej brudnoszara niż czarna. Budynek powstał w latach 1588-1589 na miejscu poprzedniego, zniszczonego w słynnym pożarze z 1571 roku. Jego autorami byli dwaj znakomici architekci: Paweł Rzymianin i Piotr Barbon. Ciekawostką jest fakt, że początkowo budynek miał tylko jedno piętro. Trzecia kondygnacja powstała pod koniec XVI stulecia, a czwarta pojawiła się dopiero w 1884 roku w efekcie adaptacji strychu. Najsłynniejszym mieszkańcem Czarnej Kamienicy był znany lekarz Marcin Anczowski, na którego polecenie wykonano słynne boniowanie fasady (1675-1677). Kamienicę zajmuje obecnie Lwowskie Muzeum Historyczne, którego bogate zbiory dokumentują nowożytną i współczesną historię Lwowa.

Do tej samej placówki należy również pochodząca z 1580 roku kamienica Królewska (nr 6), której ozdobą jest przepiękny renesansowy dziedziniec z trzema rzędami arkad. W kamienicy mieści się obecnie ciekawa i warta obejrzenia ekspozycja rzemiosła artystycznego. Obiekt powstał na zamówienie kupca Konstantego Korniakta, ale swoją nazwę zawdzięcza temu, że nabyła go później rodzina Sobieskich. W tym właśnie budynku na czas swoich pobytów we Lwowie zatrzymywał się król Jan III; tutaj też w roku 1686 odbywały się polsko-rosyjskie rokowania zakończone podpisaniem tzw. pokoju grzymułtowskiego.

Czarna Kamienica (fot. Maciej Szczepańczyk)

Rodzina Korniaktów pochodziła z Krety, a pierwszym członkiem rodu, który zamieszkał we Lwowie, był specjalizujący się w handlu winem Michał Korniakt. Po jego bezpotomnej śmierci w 1563 roku interesy rodziny przejął młodszy brat, Konstanty. Karierę handlową rozpoczynał w Stambule, na Wołoszczyźnie pełnił funkcję wyższego urzędnika skarbowego, a dobre kontakty z hospodarami podtrzymywał aż do śmierci (udzielał im wysokich pożyczek). Od 1560 roku Konstanty Korniakt coraz częściej mieszkał we Lwowie, chociaż nie cieszył się specjalną przychylnością władz miejskich. Jako człowiek niezwykle bogaty (miał trzy domy w mieście), nie zwracał uwagi na humory samorządowców, rozwijając kontakty z władcami Polski. Umiejętnie pomnażał majątek – zajmował się na wielką skalę handlem winami greckimi, bawełną, miodem mołdawskim, skórami i futrami oraz zachodnimi suknami. Dodatkowym źródłem dochodu były pożyczki na procent, udzielane polskiej i litewskiej szlachcie. Z finansów Korniakta korzystał nawet król Zygmunt August, od którego przedsiębiorca otrzymał w zamian dzierżawę lwowskich opłat celnych.

Majątek i pozycja społeczna kupca widoczna jest w architekturze kamienicy Królewskiej. Większość kamienic budowano na szerokość trzech okien, natomiast kamienica pod numerem szóstym jest dwa razy szersza i mieści sześć okien. Korniakt nie musiał liczyć się z wydatkami, a dodatkowy podatek od liczby otworów okiennych również nie stanowił dla niego problemu. Nie żałował również środków na podniesienie obronności Lwowa – z jego funduszy powstała wieża Korniaktowa, która odgrywała ważną rolę w systemie obronnym Lwowa.

Handel uważany był jednak za zajęcie niegodne szlachetnie urodzonych, a Korniakt miał wielkie ambicje. Nabywał majątki ziemskie – stał się właścicielem ponad 40 wsi w ziemi przemyskiej i lwowskiej, miasteczek Hussakowa i Kulikowa, a dodatkowo otrzymał jeszcze w dzierżawę Szczerzec pod Lwowem. W 1575 roku ożenił się z Anną Dzieduszycką, po czym przestał osobiście angażować się w handel, powierzając swoje interesy odpowiednim specjalistom. Tym sposobem jego dzieci mogły się już zaliczać w poczet magnaterii polskiej i zawierać związki małżeńskie z Chodkiewiczami, Tarnowskimi i Ossolińskimi. Jednocześnie rodzina Korniaktów przeszła z prawosławia na katolicyzm.

Wnuk Konstantego, Karol Franciszek, prowadził już życie godne polskiego magnata. Studiował w Krakowie, Grazu i Padwie, podróżował po zachodniej Europie, bywał w Niemczech, Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, Belgii i Holandii. Był dworzaninem Władysława IV, towarzyszył swojemu wujowi, Jerzemu Ossolińskiemu, w jego słynnym wjeździe do Rzymu w 1633 roku.

Podczas pokoju utrzymywał przeszło 60 żołnierzy dworskich, brał udział w wojnach z Kozakami, Szwedami, Węgrami i Rosjanami, wystawiając wówczas na własny koszt chorągiew jazdy. Odznaczył się podczas obrony Lwowa przed Chmielnickim, a także w bitwach pod Zborowem i Beresteczkiem. Na jego synach wygasła męska linia rodu.

Kamienica na rynku nie należała już wówczas do rodziny Korniaktów. W 1623 roku zakupił ją zakon karmelitów, po czym jej właścicielami zostali Sobiescy. Ojciec przyszłego króla, kasztelan krakowski Jakub Sobieski, uważał, że ród powinien posiadać odpowiednią rezydencję we Lwowie, a w mieście nie było lepszego gmachu niż kamienica Korniakta. Została ona przebudowana na polecenie Jana III w roku 1678. Otrzymała wówczas attykę i włoski dziedziniec z trzema rzędami krużganków.

Jan III Sobieski nie był jedynym polskim monarchą mieszkającym na lwowskim rynku pod numerem szóstym. W 1634 roku kamienicę tę przez miesiąc zajmował Władysław IV, ale zapewne nie wspominał najlepiej tego pobytu. Chorował wówczas na ospę i nie mógł korzystać z uroków życia, a przecież był ich wielbicielem, jak mało który z naszych władców. Nie wiadomo, czy Władysława odwiedzała wówczas jego faworyta, Jadwiga Łuszczewska, mieszkająca na co dzień w kamienicy Jakuba Reguły pod numerem trzydziestym.

W drugiej połowie XVIII wieku kamienica Królewska zyskała wątpliwą sławę jaskini hazardu. Wraz z francuskimi żonami władców Polski – Władysława IV, Jana Kazimierza i Jana III Sobieskiego – do kraju przywędrowała moda na grę w karty. Przy stoliku w kamienicy Królewskiej zasiadali nawet posłowie polscy i rosyjscy podczas rokowań zakończonych podpisaniem pokoju grzymułtowskiego. Ale prawdziwe szaleństwo rozpętało się wraz z pojawieniem się faraona – gry typowo hazardowej. W kamienicy mieszkał wówczas Kazimierz Rzewuski – wielki wielbiciel karcianego stolika. W jego mieszkaniu oraz w domostwach Ponińskich, Szumańskich i Korytkowskich wygrywano i tracono ogromne kwoty. Książę Poniński, chcąc mieć lepszą kontrolę nad sytuacją, założył nawet oddzielny fundusz. Gromadził na nim wygrane i z niego też spłacał karciane długi. W 1795 roku zgromadził niebotyczną kwotę 94 000 florenów i zapowiedział, że po przekroczeniu 100 000 przestanie oddawać się ulubionej rozrywce. Fortuna jednak się odwróciła i niebawem zyski skurczyły się, ale nie stracił na hazardzie, podobnie jak Jan Ochocki, który po miesiącu intensywnej gry zakupił karetę z parą koni krwi angielskiej, konia do jazdy wierzchem, meble do mieszkania i wynajął trzech służących. Hazard stał się tak popularny, że władze centralne postanowiły interweniować. Cesarz Józef II specjalnym edyktem zakazał gier hazardowych swoim galicyjskim poddanym. Cesarski zakaz przyniósł jednak skutki odwrotne do zamierzonych – dopiero wtedy zaczęto grać na całego, tym bardziej że kara za złamanie prawa wynosiła zaledwie 300 florenów, a przy stoliku można było wygrać znacznie więcej. W ciągu nocy jeden z Branickich stracił 10 000 florenów, a Kacper Lubomirski wygrał dokładnie cztery razy więcej!

Jak zawsze w takich przypadkach, pojawiły się wyspecjalizowane szajki szulerów. Ich najłatwiejszymi ofiarami byli zamożni ziemianie, którzy podczas zimowych kontraktów często zostawiali przy stolikach zyski ze swoich zbiorów. Ale dla oszustów przyłapanych na gorącym uczynku nie było litości – tłuczenie po głowie masywnymi świecznikami należało do jednego z najniższych wymiarów kary.

Ale jak się tutaj dziwić ziemianom, skoro w obliczu hazardu tracili rozsądek nawet duchowni. Biskup wileński Massalski specjalnie przyjeżdżał do Lwowa na zimowe kontrakty, a przemyskiemu sufraganowi Sierakowskiemu (późniejszemu arcybiskupowi) podczas pewnej podniosłej uroczystości kościelnej wypadła z rękawa talia kart! Lwowskie noce karciane zyskały taką sławę, że z całej Europy ściągali tu wielbiciele hazardu.

Królowie polscy rezydowali również w pałacu Arcybiskupim pod numerem dziewiątym. Mieszkali tam Zygmunt III i Władysław IV, natomiast w listopadzie 1673 roku w jednej z komnat tej kamienicy zmarł Michał Korybut Wiśniowiecki. Syn słynnego Jeremiego Wiśniowieckiego był wyjątkowo nieudolnym władcą (podobno znał pięć języków, ale w żadnym nie miał nic ciekawego do powiedzenia), a poza tym nie dopisywało mu szczęście. Wszyscy pamiętają mu utratę Kamieńca Podolskiego na rzecz Turków, natomiast nikt nie chce pamiętać o wiktorii hetmana Sobieskiego pod Chocimiem. Może dlatego, że słynna bitwa rozegrała się dzień po śmierci pechowego króla…

Pałac Arcybiskupi, który w roku 1832 przestał pełnić funkcję siedziby metropolitów, zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd przebudowie z 1634 roku. W późniejszych latach dobudowano jeszcze trzecie piętro, co zmieniło charakter budynku. Obecnie jest najwyższą kamienicą we wschodniej pierzei rynku i ma dwa oddzielne wejścia od strony placu.

W sierpniu 1724 roku w pałacu odbyło się wesele córki hetmana Adama Sieniawskiego. Była to typowa sarmacka biesiada, doskonale ilustrująca przysłowie „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. W kulminacyjnym momencie imprezy do budynku przymocowano cztery nowe rynny, przez które zaczęto wylewać wino na ulice. Przechodnie nabierali trunek do naczyń, pili prosto z czapek, ale zdarzali się i tacy, którzy po prostu kładli się pod rynnami. Czegoś podobnego we Lwowie więcej już nie oglądano.

Ciekawa anegdota wiąże się z kamienicą Mieszkowskiego pod numerem trzynastym w południowej pierzei rynku. W II połowie XVIII stulecia budynek należał do braci Signio, którzy organizowali popularne bale i zabawy. Z czasem imprezy miały coraz mniej wspólnego z przyjęciami tanecznymi, zamieniając się w burdy chuligańskie. W języku ówczesnego Lwowa pojawił się nawet eufemizm „dostać signio”, określający cios taboretem w głowę. Na koniec policja zakazała organizowania balów, a właściciele kamienicy odwołali się do Wiednia. Apelacja okazała się skuteczna, nakazano tylko braciom zadbać o porządek podczas imprez.

W kamienicy Gutterierowskiej (Rynek 18), przebudowanej w 1785 roku, do dzisiaj działa apteka, chlubiąca się pochodzeniem od placówki Macieja Ziętkiewicza (Pod złotym jeleniem ), powstałej w 1574 roku. Odległą o kilka numerów barokową kamienicę (pod numerem 21) zbudowano na polecenie Ripa Ubaldiniego, przeciwnika władców Florencji – Medyceuszy. Wygnany z rodzinnego miasta osiadł we Lwowie i dzięki udanym transakcjom skutecznie powiększał swój majątek. W okresie międzywojennym na parterze kamienicy mieściła się cukiernia prowadzona przez Feliksa Michotka – znana z fantastycznych wypieków. Lokal był największym rywalem słynnej cukierni Zaleskiego (na dzisiejszej ulicy Szewczenki 10 – obecnie cukiernia Switocz ), wspominanej z łezką w oku przez niemal wszystkich lwowiaków.

Synem właściciela cukierni był Jerzy Michotek – piosenkarz i aktor, autor wspomnień Tylko we Lwowie. W 1939 roku podzielił los wielu krajanów – zesłany do kopalń Workuty, powrócił dopiero po siedmiu latach. Osiadł we Wrocławiu, tam ukończył studia uniwersyteckie (specjalność – historyk literatury polskiej), następnie zdał eksternistyczny egzamin aktorski i reżyserski. Gdy w latach pięćdziesiątych grał w warszawskim teatrze Syrena, dyrektor Jerzy Jurandot nieustannie upominał go podczas prób: „Bez akcentu, panie Jerzy, bez akcentu”. Pomimo ograniczeń cenzury, trzykrotnie udało mu się posłużyć lwowską gwarą w filmie. Chociaż pierwsza próba została niemal w całości wycięta (Akcja V ), to dwie następne na zawsze zostały w pamięci widzów. Adaśko Horoszewski – przyjaciel Kurasia i Niwińskiego w serialu Polskie drogi Janusza Morgensterna, i Tolek Pocięgło – powracający do kraju o kulach zesłaniec z serialu Jana Łomnickiego Dom. W obu przypadkach były to kreacje ludzi pogodnych, pełnych radości życia, o ciepłym sercu, takich, jakimi wyobrażamy sobie lwowiaków. I taki też pozostał Michotek w naszej pamięci. U schyłku życia występował z recitalami piosenek lwowskich, budząc ogromne wzruszenie rozsianych po Polsce repatriantów znad Pełtwi.

W zachodniej pierzei rynku zwracają uwagę dwie późnorenesansowe kamienice: Szolc-Wolfowiczów (pod numerem 23) i Heppnerowska (28). W pierwszej z nich, z fasadą ozdobioną portretami ówczesnych mieszczan, mieszkał i tworzył poeta Szymon Szymonowic – potomek lwowskich Ormian. Jeden z najwybitniejszych polskich twórców epoki renesansu, pierwszą część życia spędził we Lwowie, zanim przeniósł się na stałe do Zamościa, gdzie został wychowawcą syna Jana Zamoyskiego. Na polecenie kanclerza współorganizował tamtejszą Akademię, poświęcając jej resztę życia. Druga kamienica należała do członka magistratu i lekarza Pawła Heppnera – jednego z długiej listy doskonałych lwowskich lekarzy.

Ostatnią stronę placu otwiera późnobarokowa kamienica Gielazynów, w której w latach 1784-1785 mieszkał książę Józef Poniatowski. Przyszły marszałek Napoleona służył wówczas w armii austriackiej i nikt nie przypuszczał, że w przyszłości zostanie bohaterem narodowym, tym bardziej że od najmłodszych lat przejawiał upodobanie do lekkiego trybu życia, co mogłaby potwierdzić niejedna mieszczka lwowska. Natomiast w kamienicy pod numerem czterdziestym piątym w 1924 roku przyszedł na świat Adam Hanuszkiewicz – wybitny reżyser i aktor. Trzeba przyznać, że Hanuszkiewicz (jak na artystę przystało) urodził się w wyjątkowym miejscu. W budynku funkcjonował słynny lokal założony przez wynalazcę znakomitych wódek – żydowskiego restauratora M.L. Atlassa. Lokal wziął nazwę od nazwiska założyciela (spolszczono na Atlas ), a w latach międzywojennych prowadził go zięć pierwszego właściciela – Edmund Tarlerski. Popularny „Edzio” zasłynął jako specjalista od nalewek, był autorem dwunastu autorskich przepisów, w tym słynnej nemówki. Kredytował nieustannie odwiedzających go artystów, ale musiał mieć wyjątkowy zmysł do interesów, ponieważ lokal wciąż się rozrastał.

Atlas przyciągał artystów i ekscentryków, snobów i literatów, młodą cyganerię i rewolucjonistów, Polaków, Ukraińców, Żydów i Niemców. Całe to towarzystwo zgodnie egzystowało – był to lokal ponadnarodowy i ponadwyznaniowy. Jedynym dozwolonym podziałem było rozgraniczenie biesiadników ze względu na upodobanie do poszczególnych sal restauracji (Biała, Zielona, Szara, Beczkowa i Artystyczna). Rachunki szły tutaj w setki złotych, ale wydawano też potrawy „artystyczne” po sześćdziesiąt groszy – małe piwo i bigos.

A Boy mógł po latach wspominać z sentymentem czasy, gdy nad Pełtwią leczył złamane przez Jadwigę Mrozowską serce:

„[…] nigdzie się tak cudownie nie pije jak […] we Lwowie. Przebyłem tam takie trzy tygodnie w ciężkim momencie mojego życia. Piło się co dzień, piło się na umór, szampanskoje z koniakiem i z Kornelem [Makuszyńskim – S.K. ], szklankami, kuflami i cukiernicami. Muzyka grała do świtu, nadradca namiestnictwa, kochany Antek Zoll, za pięć koron śpiewał mi do ucha […], a w głowie tylko jedna myśl: czemuż to nie może trwać wiecznie?” [3].

W okresie międzywojennym Lwów często odwiedzały nasze elity artystyczne, ale wyjazd nad Pełtew uznawano raczej za relaks, a nie czas na robienie interesów. Lwowscy wydawcy uchodzili za wyjątkowo gościnnych, ale artyści musieli z czegoś żyć i woleli publikować w stolicy. I nawet pochodzący z tych terenów Kazimierz Wierzyński nie związał się z Alfredem Altenbergiem:

Tadeusz Boy-Żeleński

„Pociąg przychodził rano – opowiadał Wierzyński – i już od wczesnej godziny wpadało się w nurt lwowskiej zabawy. Nie było czasu na żadne odwiedziny, na żadne spotkania, nawet na znalezienie hoteli. Fredzio Altenberg porywał nas z miejsca w swój wir zaproszeń, umówionych z góry śniadań, obiadów, kolacji, dyskusji o nowych wydawnictwach, rozmów o nowych pisarzach, aż wreszcie śpiewów, tańców i długich spacerów po nocnym mieście” [4].

Altenberg był typowym produktem Lwowa. Miał „niewyczerpane poczucie humoru, lubił mieć ludzi wokół siebie, grał okropnie na fortepianie, śpiewał lwowskie piosenki”. Ale chyba nie bez powodu najlepsi woleli drukować w Warszawie? Ekonomia ma swoje prawa.

Atlas szczycił się szczególną atrakcją: jego ściany pokrywały karykatury i wiersze stałych bywalców. Podobno Jan Kasprowicz spędził kiedyś w lokalu non stop trzydzieści sześć godzin i na koniec rysował po ścianach wyjątkowo nieprzyzwoite rzeczy. Ślady zostawili Tadeusz Boy-Żeleński i Leon Chwistek, a ściany zdobiły karykatury malarzy Ołeksa Nowakiwskiego, Kazimierza Sichulskiego, Antoniego Procajłowicza, Kazimierza Grusa, Artura Szyka. Podobno bywał tu nawet Bruno Schulz, ale on zawsze wolał swój Drohobycz, poza tym nie znosił alkoholu. Rysunki i malowidła opatrywano złośliwymi wierszykami opisującymi znanych gości. W ogóle wystrój murów pełnił funkcję komunikacyjną, stanowił rodzaj księgi miasta, żartobliwej i plotkarskiej. Można było z niego wyczytać (lub obejrzeć) komentarz do bieżących wydarzeń, a Tarlerski dbał o jego aktualizację.

W takim lokalu nie mogło oczywiście zabraknąć Henryka Zbierzchowskiego – najbardziej lwowskiego poety. To w Atlasie poszukiwali go gońcy lwowskich gazet, aby „wyegzekwować” od niego zamówiony wiersz do porannego wydania. A sam poeta nie ukrywał swoich upodobań i lokalnego patriotyzmu:

Jeden oktawy wielbi Słowackiego,

Drugi znajduje cały smak w sonecie,

Dla mnie zaś cztery wódki Baczewskiego

Tworzą najlepszy czterowiersz na świecie…

Zbierzchowski, jak na prawdziwego lwowianina przystało, nad wyraz cenił wyroby miejscowej gorzelni – firmy Baczewskiego założonej w 1782 roku. Patriotyzm patriotyzmem, poezja poezją, ale zadziwiające, kiedy Zbierzchowski znajdował czas na wszystkie swoje zajęcia. Wspominał go Kazimierz Schleyen:

„Zawsze młody i zawsze zakochany. Poeta, autor powieści, sztuk scenicznych i piosenek kabaretowych. Piosenkarz i kompozytor. Redaktor naczelny »Szczutka« i współpracownik wielu pism. Kierownik literacki teatrzyku, uczestnik wszystkich poważniejszych imprez i birbantek, nieporównany cicerone lwowskich lokali. Zawsze uśmiechnięty, bez pieniędzy, zawsze ma czas. […] Jak przy tym wszystkim Henio mógł pełnić funkcję, ni mniej ni więcej, tylko naprawdę urzędującego radcy Izby Skarbowej, tego pojąć nie mogli nawet ci, dla których znalazł czas na rolę czarującego gospodarza na oszklonej werandzie willi państwa Zbierzchowskich przy ulicy Piaskowej. […] Żył Lwowem, nawet w lecie rzadko go opuszczał, był lwowskim rekwizytem, miłym, pogodnym i potrzebnym. Wodził wzrokiem po Lwowie jak ogrodnik po drzewach i kwiatach powierzonych jego pieczy…” [5].

Zbierzchowski nie opuścił miasta po zajęciu go przez Sowietów, przetrwał nawet Wandę Wasilewską, która uczyniła mu wiele złego. Dopiero podczas okupacji niemieckiej wyjechał do Krynicy, tam zmarł i tam też został pochowany. Nie powrócił do ukochanego miasta nawet po śmierci.

A jeśli na gwiazd pójdę połów

I zamknie moje znużone powieki

Śmierć swoją dłonią – tak zimną jak ołów,

Jeszcze zobaczę jak obraz daleki:

Te białe wieże Twych cudnych kościołów

Jak się z oparów wyłaniają rzeki -

I jak się pławią w wieczornej godzinie

W bladym, przeczystym niebios seledynie…

Kocham cię, Lwowie!

Nic dziwnego, że do Atlasu chętnie zaglądał bohater kryminałów Marka Krajewskiego, komisarz Edward Popielski, aby w przerwach pomiędzy ściganiem lwowskich zbrodniarzy topić swoje smutki w alkoholu. Lokal był jedną z legend miasta i szkoda, że teraz pozostał wyłącznie po nim szyld na ścianie kamienicy…

Śladami polskości Lwowa

Zwiedzając Lwów, należy bezwzględnie pamiętać o podstawowej zasadzie bezpieczeństwa. Sygnalizacja świetlna i przejścia dla pieszych we Lwowie (tak jak na całej Ukrainie) mają znaczenie czysto umowne. Piesi przekraczają jezdnie w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, a kierowcy nie zwracają uwagi na oznakowanie. Z przejść dla pieszych korzystają tylko cudzoziemcy albo dziwacy. I spacerując po mieście, warto, szczególnie przekraczając jezdnie, mieć oczy dookoła głowy.

Niedaleko od rynku znajduje się najważniejsze miejsce dla katolików na zachodniej Ukrainie. To katedra łacińska we Lwowie – siedziba metropolity i szczególne miejsce dla naszych rodaków. Bez względu na wyznawany światopogląd, warto tu przyjść na mszę odprawianą w języku polskim. Trudno ukryć wzruszenie, kiedy w historycznym wnętrzu świątyni jest odprawiana liturgia po polsku.

Świątynię ufundował Kazimierz Wielki, ale budowa ciągnęła się przez ponad sto lat (konsekracja w 1481 roku). W latach 1760-1778 gmach przebudowano w stylu rokokowym, wówczas pojawiła się charakterystyczna sylwetka z dwiema nieproporcjonalnymi wieżami. Przyznam, że widok na budowlę jest niecodzienny, nie widziałem nigdy wcześniej kościoła, który miałby dwie wieże o tak różnej wysokości, flankujące fasadę. Jedna z nich (południowa) nie została nigdy ukończona i nie otrzymała rokokowego hełmu. Przebudowę świątyni finalizowano jednak już po I rozbiorze Polski, kiedy Lwów znalazł się w granicach Austrii.

Katedra łacińska we Lwowie (widok z wieży ratuszowej)

Remont i przebudowa katedry były koniecznością, u schyłku epoki saskiej stan techniczny kościoła groził bowiem katastrofą. Zawilgocone, przeciążone mury, wnętrze przepełnione dziesiątkami ołtarzy, stalli i nagrobków. Zlikwidowano żebra po sklepieniach, prostowano gotyckie łuki, zburzono pięć kaplic (m.in. Domagaliczów i Szolc-Wolfowiczów), wzniesiono kilka nowych (Zamoyskiego i Świętych Polskich). W miejsce starych ołtarzy wstawiono osiemnaście nowych, rzeźby do ołtarza głównego wykonał Maciej Polejowski, jego autorstwa są również figury ewangelistów. Autorem stiukowych aniołów nad wejściami do kaplic był Jan Obrocki, a fresków o tematyce maryjnej – Stanisław Stroiński.

Przebudowa świątyni spotkała się z gwałtownymi protestami rodzin fundatorów usuwanych kaplic i ołtarzy. Doszło nawet do procesu sądowego i spór załagodziła dopiero mediacja kurii rzymskiej. W 1802 roku wykonano nową, kutą ambonę, a w 1839 roku zamontowano neogotyckie organy autorstwa Romana Ducheńskiego. Wnętrze ozdobiły przepiękne witraże najlepszych polskich artystów z Janem Matejką, Józefem Mehofferem i Tadeuszem Popielem na czele.

Od wejścia do katedry uwagę przyciąga ołtarz główny – barokowe dzieło Macieja Polejowskiego (autora projektu przebudowy całego gmachu). Wspaniałe, białe posągi ewangelistów otaczają niszę, w której zawieszono kopię obrazu Matki Boskiej Łaskawej. Oryginał został po II wojnie światowej wywieziony do Lubaczowa, a przed kilku laty trafił na Wawel. Losy tego obrazu są dość charakterystyczne dla katolickich relikwii na Ukrainie. Nasi rodacy, zmuszeni do opuszczenia rodzimych stron, zabierali ze sobą świętości, aby nie uległy zniszczeniu i profanacji. Podróżując po Ukrainie, w wielu miejscach spotkamy kopie obrazów otaczanych kultem, których oryginały znajdują się obecnie w różnych kościołach Polski.

1 kwietnia 1656 roku w katedrze odbyły się słynne „śluby lwowskie” Jana Kazimierza. Przybyły z wygnania monarcha oddał siebie i kraj pod opiekę Matki Boskiej, przyrzekając poprawić los mieszczan i chłopów. Henryk Sienkiewicz na stronach Potopu w mistrzowski sposób przedstawił uroczystość:

„- Wielka człowieczeństwa boskiego Matko i Panno! Ja, Jan Kazimierz, Twego Syna, Króla królów i Pana mojego, i Twoim zmiłowaniem się król, do Twych najświętszych stóp przychodząc tę oto konfederację czynię: Ciebie za Patronkę moją i państwa mego Królową dzisiaj obieram. Mnie, Królestwo moje Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernihowskie, wojsko obojga narodów i pospólstwo wszystkie Twojej osobliwej opiece i obronie polecam – Twojej pomocy i miłosierdzia w teraźniejszym utrapieniu królestwa mego przeciwko nieprzyjaciołom pokornie żebrzę…

Tu padł król na kolana i milczał chwilę, w kościele cisza ciągle trwała śmiertelna, więc wstawszy tak dalej mówił:

– A że wielkimi Twymi dobrodziejstwy zniewolony, przymuszony jestem z narodem polskim do nowego i gorącego Tobie służenia obowiązku, obiecuję Tobie, moim, ministrów, senatorów, szlachty i pospólstwa imieniem. Synowi Twemu Jezusowi Chrystusowi, Zbawicielowi naszemu, cześć i chwałę przez wszystkie krainy królestwa polskiego rozszerzać, czynić wolą, że gdy za zlitowaniem Syna Twego otrzymam wiktorię nad Szwedem, będę się starał, aby rocznica w państwie mym odprawiała się solennie do skończenia świata rozpamiętywaniem łaski boskiej i Twojej, Panno Przeczysta!

Tu znów przerwał i klęknął. W kościele uczynił się szmer, lecz głos królewski wnet go uciszył i choć drżał teraz skruchą, wzruszeniem, tak dalej mówił jeszcze donośniej:

– A że z wielkim żalem serca mego uznaję, dla jęczenia w opresji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego, od Boga mego sprawiedliwą karę przez siedem lat w królestwie moim różnymi plagami trapiącą nad wszystkich ponoszę, obowiązuję się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa, w czym, Matko Miłosierdzia, Królowo i Pani moja, jakoś mnie natchnęła do uczynienia tego wotum, abyś łaską miłosierdzia u Syna Twego uprosiła mi pomoc do wypełnienia tego, co obiecuję.

Słuchało tych słów królewskich duchowieństwo, senatorowie, szlachta, gmin. Wielki płacz rozległ się w kościele, który naprzód w chłopskich piersiach się zerwał i z onych wybuchnął, a potem stał się powszechny. Wszyscy wyciągnęli ręce ku niebu, rozpłakane głosy powtarzały: »Amen! amen! amen!«, na świadectwo, że swoje uczucia i swoje wota ze ślubem królewskim łączą. Uniesienie ogarnęło serca i zbratały się w tej chwili w miłości dla Rzeczypospolitej i jej Patronki. Za czym radość niepojęta jako czysty płomień rozpaliła się na twarzach, bo w całym tym kościele nie było nikogo, kto by jeszcze wątpił, że Bóg Szwedów pogrąży” [6].

Pan Bóg Szwedów pogrążył, a Jan Kazimierz słowa nie dotrzymał. Nie on pierwszy i nie ostatni z władców Polski…

Nawy boczne otaczają kaplice, z których najpiękniejsza jest renesansowa kaplica Kampianów (pierwsza po lewej stronie od wejścia). Przebudowana w latach 1619-1626 z przeznaczeniem na mauzoleum bogatego patrycjuszowskiego rodu, przyciąga uwagę wspaniałą dekoracją rzeźbiarską. Postaciom świętych Piotra i Pawła z czerwonego marmuru nadano rysy twarzy Pawła i Marcina Kampianów, a jak często w takich wypadkach bywało, droga od wywyższenia do upadku rodu okazała się dość krótka.

Rodzina pochodziła z Koniecpola w okolicach Częstochowy. W połowie XVI wieku we Lwowie osiedlił się Paweł Kampian – znany lekarz i przedsiębiorca. Szybko dorobił się ogromnego majątku, a ukoronowaniem jego kariery było stanowisko burmistrza. Skutecznie pomnażał majątek, udzielał nawet miastu pożyczek pod zastaw młynów miejskich. Jego syn Marcin także został burmistrzem i rozwinął system pożyczek dla miasta do granic absurdu, przejmując znaczną część gruntów miejskich. Bezkarnie łupił Lwów i jego mieszkańców, nie gardząc nawet takimi zyskami, jak kafle z pieców, ule czy drzewa owocowe przesadzane do własnych sadów. Co tu zresztą mówić o ulach czy drzewach, skoro Marcin Kampian zatrzymywał nawet zużyte siekiery i nakazywał przerabiać je na zawiasy do drzwi we własnych budynkach. W efekcie skomplikowanego procesu sądowego został ostatecznie odsunięty od władzy i pozbawiony praw miejskich. Niebawem zmarł, a jego syn stanął przed kolejnym problemem. Do miasta przybyli wysłannicy hetmana Koniecpolskiego, żądając wydania całego majątku rodziny – podobno Kampianowie pochodzili od pańszczyźnianego chłopa zbiegłego z dóbr hetmana. Jan Chryzostom (syn Marcina) musiał okupić się ogromną kwotą (trzykrotnie przewyższającą słynną pożyczkę pod zastaw młynów), a rodzina nie powróciła już do dawnego znaczenia.

Kaplica Kampianów (fot. roweromaniak)

Pomnik Mickiewicza

Tuż przy katedrze zachował się jeden z najcenniejszych zabytków Lwowa – kaplica Boimów. To prawdziwa perła architektury, fantastyczny przykład manieryzmu (późnego renesansu), wybudowana w latach 1609-1615 na zamówienie zamożnych sukienników Jerzego i Pawła Boimów. Przepiękna dekoracja rzeźbiarska fasady zapowiada cudowne wnętrze i na pewno nikt tam nie dozna zawodu: bogato rzeźbiony ołtarz i wspaniałe wyobrażenia proroków, ojców Kościoła i aniołów w kopule (36 kasetonów). Szkoda tylko, że kaplica jest udostępniana turystom wyjątkowo nieregularnie, a w sezonie zimowym oficjalnie pozostaje zamknięta. Ale niewielka opłata (kilka hrywien) spowoduje, że będzie można ją zwiedzić. Należy tylko powędrować do Lwowskiej Galerii Sztuki przy Stefanyka 3, a w sezonie również na miejscu można znaleźć kogoś z kluczem.

Kaplica Boimów

W niewielkiej odległości od katedry, na placu Mickiewicza, wznosi się pomnik wieszcza przewyższający znacznie popularnością monumenty z Warszawy czy Krakowa. Autorem pomnika był Antoni Popiel – dzieło odsłonięto w 1904 roku. Niegdyś uważano to miejsce za centralny punkt miasta i trudno byłoby chyba znaleźć zakochaną lwowską parę, która nie umawiała się tutaj. Obecnie chętnie fotografują się pod pomnikiem turyści, bez względu na narodowość, a ułatwia to brak łańcuchów zdemontowanych po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę. Monument przetrwał wszystkie zawirowania historii XX stulecia i nigdy nie został usunięty ani zniszczony, i stoi w tym samym miejscu od ponad stu lat.

Inną atrakcją okolicy jest „główny mebel w salonie miasta” – charakterystyczną fasadę hotelu George (Żorż) łatwo można zlokalizować na skraju placu. Swój obecny wygląd budowla zawdzięcza przebudowie z 1901 roku w duchu wiedeńskiej secesji. Liczba znanych osób, które zatrzymywały się w hotelu, jest niezwykle długa i chyba tylko warszawski Bristol mógłby się z nim równać. Kto tu nie nocował? Balzak, Liszt, Paganini, Bem, Piłsudski, Franciszek Józef I, Ravel, Sartre. Z balkonu hotelu swoim zwyczajem śpiewał zebranym lwowianom Kiepura podczas triumfalnej wizyty w mieście.

W hotelu zatrzymał się niegdyś szach perski, ale najwięcej zamieszania uczynił pewien sprytny oszust podający się za następcę tronu jednego z indyjskich księstw. Salomon Justyn Balsamin (tak się przedstawiał) pojawił się w mieście latem 1815 roku, opowiadając, że zbiegł z rosyjskiej niewoli. Moskale mieli go obedrzeć z kosztowności, strojów i służby, zatem łaskawie przyjął pomoc lwowskich mieszczan. Rezydował w hotelu, pożyczał pieniądze ile się dało i od kogo się dało, opowiadał, iż czeka na transport złota od swojego ojca – króla Arakanu. W zamian za utrzymanie oszust nadawał ordery: „Białego Słonia”, „Złego Tygrysa” i tym podobne o abstrakcyjnych nazwach. Kiedy jego długi sięgnęły niebotycznych rozmiarów, zniknął z dnia na dzień i do dzisiaj nie ustalono, kim był naprawdę.

Prospekt Swobody od placu Mickiewicza do ulicy Łesi Ukrainki to tzw. Wały Hetmańskie – teren po wyburzonych średniowiecznych murach miejskich. W Krakowie na miejscu dawnych fortyfikacji zlokalizowano Planty, a we Lwowie dwa reprezentacyjne bulwary miasta (od strony wschodniej Wały Gubernatorskie – ulica Pidvalna). Do schyłku XIX stulecia środkiem obecnego prospektu płynęła rzeczka Pełtew, ale zamurowano ją ze względów higienicznych, zamieniła się bowiem w cuchnący ściek, co groziło wybuchem epidemii, o wątpliwych walorach estetycznych nie wspominając. Prospekt dzisiaj jest jedną z wizytówek miasta, a w dni wolne od pracy (i przy dobrej pogodzie) zamienia się w wielki salon gry w szachy i warcaby. Dziesiątki mężczyzn pochylonych nad planszami sprawia wrażenie dobrze zadomowionych. Przypuszczam, że od lat zajmują te same ławki przy chodnikach łączących obie ulice bulwaru.

Prospekt Swobody zamyka od północy budynek Teatru Wielkiego, czyli Państwowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu imienia Iwana Franki. Gmach zbudowano w latach 1897-1900 według projektu Zygmunta Gorgolewskiego. Budowla do dzisiaj oszałamia przepychem: bogato zdobiona fasada, zwieńczona uskrzydlonymi postaciami Dramatu i Muzyki, z Geniuszem w środku. Monumentalną lodżię ponad portalem flankują alegorie Komedii i Tragedii oraz tympanon z rzeźbami Antoniego Popiela.

Początki działalności zawodowego teatru we Lwowie sięgają sierpnia 1794 roku, kiedy to na pięć lat osiadł w mieście Wojciech Bogusławski. W Ogrodzie Jabłonowskich powstała scena plenerowa z widownią na 3000 miejsc, a Bogusławski dbał o repertuar. W programie były m.in. sztuki Moliera i Szekspira (w przeróbkach) – pierwszego polskiego Hamleta wystawiono w 1798 roku, w przekładzie Bogusławskiego z niemieckiej adaptacji Schrödera.

Przez następne trzydzieści lat miejscową sceną zarządzał jego współpracownik i uczeń, Jan Nepomucen Kamiński. To w jego ręce złożył w 1816 roku swoją pierwszą komedię nieznany bliżej były oficer napoleoński i ziemianin z okolic Lwowa. Kamiński dostrzegł talent w młodym autorze i po przeróbkach (i po zgodzie cenzury) w rok później wystawił sztukę. Tym utworem była Intryga na prędce, a autorem – Aleksander Fredro [7].

U schyłku lat trzydziestych XIX stulecia lwowska scena teatralna doczekała się kolejnego męża opatrznościowego – hrabiego Stanisława Skarbka. Arystokrata uzyskał odpowiedni przywilej od władz austriackich i kierowana przez niego fundacja wybudowała przy dzisiejszej ulicy Łesi Ukrainki 1 profesjonalny gmach teatralny. Budynek uchodził za jeden z najnowocześniejszych w Europie, a pojemność widowni (1430 osób) dawała mu prymat na kontynencie.

Na inaugurację 28 marca 1842 roku wybrano komedię Fredry Śluby panieńskie. Właściciel budynku i autor stali się przyczyną niewybrednych żartów, a mieszczanie lwowscy mieli o czym plotkować. Panowie związani byli ze sobą poprzez Zofię Jabłonowską – byłą żonę Skarbka i aktualną Fredry.

Nie było ważniejszego artysty w Polsce, który nie występowałby na tej scenie: Davison, Hubertowa, Rychter, Królikowski, Modrzejewska, Hoffmanowa, Zboiński, Zamoyski, Kwieciński, Rapacki, Marcello, Wisnowska, Fiszer. Przez budynek przeszły całe pokolenia widzów – w gmachu odbyło się dwadzieścia dwa tysiące przedstawień, a atmosferę miejsca można odnaleźć na stronach Bezgrzesznych lat Kornela Makuszyńskiego [8].

4 października 1900 roku odbyła się inauguracja nowo wybudowanego Teatru Wielkiego (wówczas nosił nazwę Teatru Miejskiego). Uroczystość zaszczycili goście honorowi: Henryk Sienkiewicz, Ignacy Paderewski, Henryk Siemiradzki, prezydent miasta Małachowski, namiestnik Piniński, marszałek krajowy Badeni. Poświęcenia gmachu dokonał lwowski arcybiskup katolicki obrządku ormiańskiego Izaak Mikołaj Isakowicz (stolice dwóch pozostałych obrządków katolickich pozostawały nieobsadzone) w obecności pastora Grafla i rabina Caro.

Interesujący był program inauguracyjnego wieczoru. Wystawiono: Baśń nocy świętojańskiej do słów Jana Kasprowicza i muzyki Seweryna Bersona, operę Władysława Żeleńskiego Janek (specjalnie skomponowaną na tę okazję) oraz komedię Fredry Odludki. Dyrekcję instytucji powierzono Tadeuszowi Pawlikowskiemu [9].

Opera we Lwowie

Opera lwowska szybko zdobyła uznanie. W styczniu 1925 roku oficjalnie zadebiutował tutaj nikomu nieznany tenor – Jan Kiepura. Usunięty za niesubordynację z chóru opery warszawskiej, debiutował we Lwowie w Fauście Gounoda i sukces, który osiągnął, stał się dla niego początkiem wielkiej kariery. Na tutejszej scenie występowali najwybitniejsi artyści, o Lwowie nigdy nie zapominał słynny bas – Adam Didur. Z miastem wiązał się początek jego kariery, którą umożliwił mu skromny urzędnik kolejowy – Jan Rasp. Kornel Makuszyński wspominał w Bezgrzesznych latach:

„Po jednym występie Didura we Lwowie, tuż przed wojną, jestem z nim w restauracyjnej sali, a on wyciąga z gardła ślicznym falsetem nadobne arie nieznanej mi opery: wtem wchodzi do sali jakiś skromny, starszy pan i zdąża ku nam. Didur zrywa się, rzuca się w stronę siwego pana i na powitanie ściska go czule i całuje w rękę.

– Czy to ojciec? – pytam potem.

– Nie, to nie ojciec – mówi wzruszonym głosem Didur – to więcej niż ojciec.

I opowiada.

Kiedy byłem mizernym studentem, ślęcząc nad książką, oszukiwałem głód śpiewaniem. Aż tu raz ktoś puka do mnie. To był mój sąsiad z poddasza, straszny amator śpiewu, biedaczyna, mały urzędnik kolejowy. Prosi mnie, abym śpiewał. Śpiewam. Wtedy on mówi:

– Musisz chłopcze jechać do Włoch, bo masz śliczny głos!

– Za co?

– Ja się wystaram!

I wystarał się; sprzedał, co miał, pożyczył, gdzie mógł i wysłał mnie do Włoch. Lata całe biedował, zanim mi się poszczęściło… Całe lata…” [10].

W 1912 roku opinią publiczną Lwowa wstrząsnęło zabójstwo śpiewaczki Janiny Ogińskiej-Szenderowicz. Mordercą okazał się zamożny lwowski prawnik – Stanisław Lewicki. Adwokat zdobył względy pięknej artystki, został jej kochankiem, ale nie potrafił pogodzić się z faktem, że śpiewaczka nie chciała rozwiązać swego małżeństwa. W porywie zazdrości zastrzelił ją, a skazany na karę śmierci, nie czekał na egzekucję. W więzieniu przy ulicy Batorego (dzisiaj Kniazia Romana) zażył truciznę. A ulice lwowskie miały o czym śpiewać przez najbliższe lata:

Na Batorego, czy wy słyszycie?

W ponurej sali Lewicki stał,

Bo on kochance odebrał życie

Dając z browninga trzykrotny strzał.

Wszak ona mogła przy męża boku

spokojny żywot w zaciszu wieść,

Lewicki groził na każdym kroku,

Zabrał ji zdrowie, mężatki cześć.

Widzisz Lewicki, co miłość moży,

W ciemnej mogile kochanki trup,

Tobie kat na szyje stryczek włoży

I szubienicy wnet ujrzysz słup.

Budynek opery można zwiedzić, to wizyta warta polecenia. Strop westybulu ozdobiono plafonami Stanisława Dębickiego, zewsząd otaczają zwiedzającego różnobarwne stiuki i złocenia.. Nieprawdopodobnie piękna sala lustrzana i wreszcie to, co najważniejsze, czyli scena i widownia. Sala widowiskowa upiększona dziełami Siemiradzkiego, Harasimowicza, Wójtowicza i Podgórskiego. Szczególnie warta uwagi jest wspaniała kurtyna – dzieło Henryka Siemiradzkiego Parnas. Drugą, stalową kurtynę przeciwpożarową ozdobiono panoramą Lwowa autorstwa Szymona Jasińskiego.

Teatr Wielki stał się centrum życia kulturalnego Lwowa. Przed wybuchem II wojny światowej w budynku działały trzy sceny: operowa, dramatyczna i komediowa. O poziomie miejscowej opery świadczył jej repertuar – jedyne pełne sceniczne wykonanie Pierścienia Nibelungów Ryszarda Wagnera na ziemiach polskich odbyło się w 1911 roku we Lwowie. Na następną inscenizację tetralogii trzeba było czekać aż do lat dziewięćdziesiątych XX stulecia (Teatr Wielki w Warszawie).

Wspaniałe osiągnięcia stały się udziałem sceny dramatycznej i komediowej. Tadeusz Pawlikowski stworzył świetny zespół (Irena Solska, Paulina Wojnowska, Anna Gostyńska, Kazimierz Kamiński, Ludwik Solski, Karol Adwentowicz). Na deskach teatru lwowskiego debiutowali znakomici autorzy: Zapolska (również jako aktorka), Perzyński, Rittner. W 1905 roku odbyła się prapremiera Legendy Wyspiańskiego, a rok później po raz pierwszy zaprezentowano widzom Moralność pani Dulskiej Zapolskiej. Warto pamiętać, że w oryginalnej wersji akcja komedii toczy się we Lwowie. Niestety, zmiany polityczne po 1939 roku wymusiły przeniesienie wydarzeń do Krakowa, a wspaniała ekranizacja Wajdy w serialu Z biegiem lat, z biegiem dni dopełniła reszty. I dlatego Felicjan Dulski pod okiem swojej straszliwej małżonki oddaje się symulacji spacerów na kopiec Kościuszki, a nie na Wysoki Zamek! [11]

Rodzinne miasto Hemara i Lema

Na wysokości hotelu George od prospektu Swobody w kie runku zachodnim odchodzi ulica Hnatiuka nosząca przed wojną nazwę Jagiellońskiej. Pod numerem jedenastym zachowała się kamienica, gdzie na II piętrze, 6 kwietnia 1901 roku, urodził się Marian Hemar.

Serce się z dala trudzi

Szuka Cię w dali znów

O, miasto beztroskich ludzi,

Rozśpiewanych, pogodnych słów…

Tyle jest gwiazd,

Tyle jest miast,

Wszędzie dobrze i źle po połowie,

Idź w świat, gdzie chcesz!

Rób, co umiesz, jak wiesz!

Lecz jak kochać się – to we Lwowie!

… Muzyka gra, w sercu łka…

Chcesz szczęśliwym być – wróć do Lwowa!

Wszędzie jest dość bezcennej okazji

Do uśmiechów, do łez, do bezsennej fantazji…

Tyle jest miast!

Tyle jest gwiazd! Lata płyną i srebrzy się głowa…

Idź w świat, gdzie chcesz!

Rób, co umiesz, jak wiesz!

Chcesz szczęśliwym być – wróć do Lwowa! [12]

Poeta, autor piosenek, dramatopisarz i tłumacz w jednej osobie, studiował w rodzinnym mieście medycynę i filozofię, ale szybko odnalazł prawdziwe powołanie. Po zakończeniu nauki wyjechał na trzy miesiące do Włoch, skąd przesyłał korespondencje do „Gazety Porannej”. W felietonach więcej było tęsknoty za rodzinnym miastem niż opisów Italii, a miłość do Lwowa udowodnił, biorąc osobisty udział w walkach z Ukraińcami w latach 1918-1920. Ale chociaż na zawsze pozostał lwowiakiem, to kariera artysty miała swoje prawa – Hemar w 1925 roku przeprowadził się do Warszawy. Pracował jako kierownik literacki kabaretów: Qui Pro Quo, Banda i Cyrulik Warszawski, wraz z Tuwimem, Lechoniem i Słonimskim pisał bardzo popularne szopki polityczne. Był również współpracownikiem „Wiadomości Literackich” i „Wiadomości”, przez pewien czas był dyrektorem teatru Nowa Komedia.

Klęska wrześniowa oznaczała dla Hemara emigrację – był pochodzenia żydowskiego, a jako autor piosenki Ten wąsik (wykonywanej przez Ludwika Sempolińskiego) na kilka miesięcy przed wojną wywołał oficjalną interwencję ambasadora Niemiec. Przez Rumunię, Palestynę i Egipt dotarł do Londynu, w Anglii prowadził kabaret Orzeł Biały i Teatr Hemara. Po wojnie deklamował przed mikrofonami Radia Wolna Europa adresowane do kraju wiersze satyryczno-polityczne i w efekcie całą jego twórczość objął zapis cenzury. Do końca życia tęsknił za ukochanym Lwowem, nie powrócił do rodzinnego miasta nawet po śmierci w 1972 roku.

Przeszedł jednak do historii jako człowiek, któremu „Bóg powierzył humor Polaków” – autor ponad 3000 piosenek, setek wierszy, kilkunastu sztuk i słuchowisk radiowych. Zajmował się przekładami poetyckimi (sonety Szekspira, ody Horacego), był autorem wielu utworów teatralnych. Nie gardził również prozą: pisał reportaże, felietony, eseje, krytyki literackie. A chociaż w rodzinnym mieście spędził tylko pierwsze dwadzieścia cztery lata życia, to w pamięci został jako niezrównany piewca urody Lwowa.

My jesteśmy z polskiej Florencji,

Z miasta siedmiu pagórków fiesolskich,

Z miasta muzyki, inteligencji,

I najpiękniejszych kobiet polskich,

Z miasta talentów, ideałów,

Temperamentów i błyskawic.

Marian Hemar był bliskim kuzynem innego sławnego lwowiaka – Stanisława Lema (matka Hemara i ojciec Lema byli rodzeństwem). Autor niezapomnianych Dzienników gwiazdowych przyszedł na świat dwadzieścia lat po poecie, w istniejącej do dzisiaj kamienicy przy Brajerowskiej 4.

Po zajęciu Lwowa przez Rosjan nie został przyjęty na politechnikę z powodu „burżuazyjnego” pochodzenia (był synem cenionego laryngologa), wobec czego rozpoczął studia medyczne. Podczas okupacji niemieckiej ukrywał się z fałszywymi dokumentami, a w 1945 roku osiadł wraz z rodziną w Krakowie. Do Lwowa już więcej nie przyjechał:

„Kiedy bywałem w Moskwie jako popularny w Związku Sowieckim autor, proponowano mi, że jeśli tylko zechcę – mogę odwiedzić Lwów… ja jednak nie chciałem. Tłumaczyłem, że czuję się tak, jakbym miał bliską sobie kobietę, którą ktoś porwał. Teraz ona ma inne życie, ma nawet dzieci z tym drugim – po co ją odwiedzać? To by zanadto bolało” [13].

Ale nigdy nie zapomniał swojej lwowskiej młodości, spacerów po Wysokim Zamku:

„Tym, czym dla chrześcijanina niebo, był dla każdego z nas Wysoki Zamek. Chodziło się tam, kiedy wypadała jakaś lekcja, wskutek nagłej niedyspozycji profesora (…). Nie było to miejsce dla wagarujących, jako nazbyt niebezpieczne, w alejkach, między ławkami i drzewami można by spotkać któregoś z wychowawców – dezerterom służyły raczej wykroty Kaiserwaldu, okolice pod Górą Piaskową, tam zapadali bezpiecznie w chaszczach paląc do syta rarytasy śląskie lub junaki – natomiast na Wysokim Zamku przechadzaliśmy się głośno, hałaśliwie, w słodkiej aureoli legalnego próżniactwa” [14].

Pewien ukraiński wielbiciel Lema po przeczytaniu Wysokiego Zamku odnalazł kamienicę przy Brajerowskiej, obfotografował ją z zewnątrz i od środka, a następnie wysłał zdjęcia pisarzowi.

„Nagle ze wzruszeniem zobaczyłem sufit ze stiukami w formie dębowych liści i żołędzi – najwcześniejszy z zapamiętanych przeze mnie obrazów, oglądany kiedyś z dziecinnego łóżeczka” [15].

Pozycja Lema na rynku wydawniczym zadecydowała, że (pomimo zastrzeżeń cenzury) w 1967 roku ukazał się Wysoki Zamek – piękna, autobiograficzna książka o Lwowie. To obok opowiadań Parandowskiego z cyklu Zegar słoneczny (i Niebo w płomieniach) jedyna publikacja o polskiej przeszłości miasta wydana w czasach PRL.

„Do domu wracało się z ogrodu albo prosto, albo drogą okrężną przez plac Smolki, z jego kamienną osobą pośrodku; a to w tym celu, aby w sklepie Orensteina kupić owoców albo nawet wiśniowy kompot w blaszanej puszce, który był rzadkim rarytasem. Na wystawie leżały zawsze piramidy rumianych jabłek, pomarańcze i banany z owalną nalepką, opatrzoną napisem »Fyffes«. Zapamiętałem to słowo, ale nie wiem, co by mogło znaczyć. Troszkę dalej, gdzie zaczynała się już ulica Jagiellońska, było kino »Marysieńka«.[…] Z placu Smolki szło się przez Podlewskiego, ulicą nieciekawą, a potem przez małe uliczki, Szopena i Moniuszki, gdzie silny zapach kawy z palarni zwiastował już, że zaraz ukaże się nasza kamienica. Żelazna brama była czarna i ciężka, dalej – kamienne stopnie. Tylnymi schodami, tymi kuchennymi, nie należało chodzić. Były spiralne, więc bardzo kręte, i wydawały głuchy blaszany pogłos” [16].

Książka Lema jest jednym z piękniejszych portretów międzywojennego Lwowa w polskiej literaturze – jej tytuł to symbol miasta, grodu Lwa ze wzgórzem z ruinami zamku dominującego nad centrum. To fascynująca opowieść o dzieciństwie i młodości, wyprawa w zaułki dawnego miasta i do umysłu pisarza, do czasów II Rzeczypospolitej przekształconych przez emocje okresu dojrzewania.

Lwowska nauka