Nieznane losy autorów lektur szkolnych. Wstydliwe tajemnice mistrzów pióra - Sławomir Koper - ebook

Nieznane losy autorów lektur szkolnych. Wstydliwe tajemnice mistrzów pióra ebook

Sławomir Koper

4,0

Opis

Kolejna porcja smakowitych historii dotyczących klasyków literatury. Pierwszy zbiór opowieści p.t. „Sekretne życie autorów lektur szkolnych” stał się bestsellerem.

  • Król-duch na giełdzie. Juliusz Słowacki wielkim inwestorem był.
  • Nie-ślubna komedia. Nicejski trójkąt Zygmunta Krasińskiego
  • Medium wśród chłopów. Talenty i tajemnice Władysława Reymonta.
  • I Święty Boże nie pomoże. Małżeńska klęska Jana Kasprowicza
  • Miłość w malinowym chruśniaku. Wszystkie kobiety Bolesława Leśmiana
  • Pocałunki i pugilares. Finanse Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
  • Seks na ulicy Krokodyli. Fetyszyzm i inne obsesje Brunona Schulza.
  • W łóżku z Iwaszkiewiczem. Kulisy kariery Czesława Miłosza.
  • Babiszon, który się kulom nie kłaniał. Przypadek Janiny Broniewskiej.
  • W życiu ważne są także modne buty. Nieznane oblicze Haliny Poświatowskiej.
  • Menuet z alkoholem i kobietami. Potrójne życie Stanisława Grochowiaka.
  • Miłość cenniejsza niż Nobel. Najważniejszy związek Wisławy Szymborskiej.
  • Nie tylko tango. Sławomir Mrożek i kobiety.
  • Malowany ptak w seks klubie. Perwersje i skandale Jerzego Kosińskiego.
  • Pan cogito nie zawsze mówił prawdę. Konfabulacje Zbigniewa Herberta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (15 ocen)
5
5
5
0
0

Popularność




Okładka, projekt typograficzny

Fahrenheit 451

 

Korekta i redakcja

Katarzyna Litwinczuk

 

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

 

Ilustracje współczesne

Jan Tatura

 

Jan Kasprowicz - Kazimierz Sichulski, Sławomir Mrożek na podstawie karykatury ze strony TerazTeatr.pl

 

Źródła ilustracji historycznych

Wikipedia, Polona, Nonsensopedia,

Narodowe Archiwum Cyfrowe, Nina.gov.pl, Wikicytaty,

archiwum Fahrenheit 451

 

ISBN 9788380795631

 

© Sławomir Koper

© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o.,

Warszawa 2020

 

WydawcaWydawnictwo Fronda Sp. z o.o.ul. Łopuszańska 3202-220 Warszawatel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34e-mail: [email protected]

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

 

KonwersjaEpubeum

Podczas pewnego spotkania autorskiego jedna z Czytelniczek zarzuciła mi, że „zrobiłem z Marii Dąbrowskiej ladacznicę”. Szczerze zdziwiony odparłem, że czterech mężczyzn i dwie kobiety to przecież wcale nie tak dużo jak na ponad 70 lat intensywnego życia artystycznego.

Przywykliśmy idealizować naszych pisarzy, a szczególnie autorów lektur szkolnych, których życie miało być budującym dodatkiem do wartości, jakie głosili w swoich utworach. Ja natomiast przewrotnie zająłem się szczegółami, które zazwyczaj skrzętnie pomija się w ich biografiach.

Nie chodzi mi jednak o to, by szokować i dezawuować – po prostu nie ma potrzeby, by wciąż funkcjonowali w naszej świadomości jako postacie bez ludzkich cech. Niech wreszcie zejdą z piedestału i pokażą swe prawdziwe oblicze – inne, niż oglądamy na portretach w pracowniach polonistycznych. Przedstawienie pełnego wizerunku wcale nie zaszkodzi naszym twórcom, a być może dzięki temu staną się bliżsi i bardziej zrozumiali dla wielu Czytelników.

Najważniejsze są, oczywiście, dzieła pisarzy, warto jednak wiedzieć, jak wyglądało ich życie prywatne, a przede wszystkim – czy faktycznie byli tacy idealni, jak przedstawiają to podręczniki. Na ich kartach biografie twórców są bowiem mało urozmaicone i zbudowane na zasadzie: urodził się, napisał, zmarł. A w rzeczywistości byli to – choć bardzo utalentowani – normalni ludzie ze swoimi wadami i zaletami. I właśnie o tym traktuje ta książka.

Kończąc wydane kilka miesięcy temu Sekretne życie autorów lektur szkolnych, wspomniałem, że w żadnym wypadku nie wyczerpałem tematu i być może niebawem do niego powrócę. Ciepłe przyjęcie książki przez Czytelników spowodowało, że faktycznie postanowiłem zająć się kolejnymi autorami ze szkolnego kanonu. I nie jest to bynajmniej żaden drugi wybór ani odrzuty z poprzedniej pozycji, lecz nazwiska z najwyższej półki polskiej literatury.

Tak bowiem się składa, że dzięki licznym zmianom w kanonie lektur szkolnych zachodzących na przestrzeni lat liczba ich autorów stała się tak znaczna, że swobodnie mogę wybierać najciekawsze historie. Zatem w niniejszej książce przedstawiam trójkę noblistów, dwóch wieszczów romantyzmu i wielu bardziej współczesnych autorów. Kolejne rozdziały łączy wspólna myśl przewodnia: poruszyć temat, o którym zgodnie milczą szkolne podręczniki, a w najlepszym wypadku kwitują sprawę jednym zdaniem.

Ich twórcy chcieli zapewne uniknąć niezdrowej sensacji, ale czy dzisiejsi licealiści nie czytaliby z większym zaangażowaniem lektur, gdyby znali losy inwestycji giełdowych Juliusza Słowackiego? Albo dowiedzieli się o zaskakujących kulisach powstania najsłynniejszych hymnów Jana Kasprowicza? Nie wspominając już o przyczynach podejrzanie szybkiej kariery poetyckiej Czesława Miłosza czy finansowo-sercowych perturbacjach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Podobnie jak o konfabulacjach Zbigniewa Herberta czy zawiłych problemach męsko-damskich Sławomira Mrożka.

Z reguły koncentrowałem się na wybranym wątku danej biografii, ale starałem się go przedstawić jednocześnie na tle epoki. Tak, by stał się zrozumiały dla Czytelnika bez dodatkowych poszukiwań źródłowych.

Jeżeli natomiast po lekturze tej książki ktoś zechce pogłębić swoją wiedzę na temat spraw przeze mnie poruszonych, będzie to oznaczało, że osiągnąłem zamierzony cel. Bo przede wszystkim chodzi mi o to, by popularyzować historię i dzieje polskiej literatury.

Bez względu na epokę i obowiązujący ustrój społeczny, poeci raczej nie mogli liczyć na utrzymanie się wyłącznie ze swojej twórczości. Najczęściej zarabiali na życie jako urzędnicy lub nauczyciele, czasami trudnili się dziennikarstwem. Byli też twórcy dysponujący rodzinnymi majątkami, ewentualnie też tacy, którzy zawarli korzystne pod względem finansowym małżeństwa.

W tym gronie ewenementem pozostaje Juliusz Słowacki, który swoje powodzenie zawdzięczał skutecznej… grze na giełdzie. To wręcz nieprawdopodobne, ale ten poeta mistyk, uważany przez współczesnych za osobę niezrównoważoną psychicznie, doskonale odnajdywał się w zawiłościach inwestycji finansowych.

W gościnie u Nowosilcowa

Biografia Słowackiego obfituje w wydarzenia nie do końca odpowiadające obrazowi wieszcza narodu polskiego. Jego rodzice, podobnie jak większość ówczesnych Polaków, byli lojalnymi poddanymi imperium Romanowów, uważając ich za legalnych władców Polski. Przekazali te poglądy synowi i przyszły poeta przez wiele lat ograniczał ambicje narodowe wyłącznie do marzeń o zjednoczeniu wszystkich ziem polskich pod berłem carów.

Ojciec wieszcza, Euzebiusz Słowacki, nie miał zresztą większego wyboru. Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej i karierę związał z nauką, a gdy został profesorem poezji i wymowy w Gimnazjum Wołyńskim w Krzemieńcu, musiał akcentować swój lojalizm wobec zaborcy. Tym bardziej że poznał tam 16-letnią Salomeę Januszewską, córkę zarządcy gimnazjum, z którą w 1808 roku zawarł małżeństwo. Rok później na świat przyszedł ich syn i najważniejszym zadaniem profesora stało się zapewnienie bytu rodzinie. A wszelka nielegalna działalność w najlepszym wypadku spowodowałaby utratę pracy.

Rodzina Słowackich mieszkała w Krzemieńcu do 1811 roku, kiedy to pan Euzebiusz objął katedrę literatury polskiej na Uniwersytecie Wileńskim. Niestety, zmarł trzy lata później i matka wraz z synem powróciła do domu rodziców. Jesienią 1817 roku Juliusz rozpoczął naukę w gimnazjum, lecz ze względów rodzinnych jego edukacja trwała tylko przez rok. Salomea Słowacka ponownie bowiem wyszła za mąż – tym razem za Augusta Bécu, profesora Uniwersytetu Wileńskiego.

Bécu był wdowcem i miał dwie córki z pierwszego małżeństwa. Z czasem rodzina jeszcze bardziej zacieśniła wzajemne więzy, gdyż córka ojczyma poety, Hersylia Bécu, poślubiła brata Salomei, Teofila Januszewskiego. W ten sposób przybrana siostra Słowackiego stała się jednocześnie jego ciotką.

Opinie współczesnych o Auguście Bécu były wyjątkowo podzielone. Z jednej strony podnoszono jego zasługi – wprowadził obowiązkowe szczepienia przeciwko ospie i dbał stan sanitarny Wilna podczas odwrotu wojsk napoleońskich. Opinię publiczną drażniły jednak jego lizusostwo i serwilizm wobec władz carskich oraz zażyłe stosunki z osławionym senatorem Nikołajem Nowosilcowem. Profesor odegrał również niepochlebną rolę w śledztwie przeciwko filomatom i filaretom, dzięki czemu stał się pierwowzorem postaci Doktora z III części Dziadów.

Przy okazji Mickiewicz wykorzystał niezwykłe okoliczności śmierci Bécu, który trzy tygodnie po zatwierdzeniu przez cara wyroku na filomatów zginął we własnym domu porażony przez piorun kulisty. Co więcej, wydawało się, że piorun poszukiwał (!) w mieszkaniu swojej ofiary, nic bowiem z wyposażenia nie uległo zniszczeniu, a stopiły się jedynie leżące na stole srebrne pistolety. Po latach Mickiewicz zamienił pistolety na ruble – czytelną aluzję do Judaszowych srebrników. To, oczywiście, wywołało oburzenie Juliusza Słowackiego, który chciał nawet wyzwać Mickiewicza na pojedynek.

Salomea Bécu pozostała w Wilnie jeszcze przez dwa lata po śmierci męża. Udzielała się towarzysko, a na organizowanych przez nią wieczorkach bywał sam Nowosilcow. Matka wieszcza chwaliła jego doskonałe maniery. Przez pewien czas wdowa wraz z synem i pasierbicami mieszkała nawet w apartamentach carskiego dostojnika, z czego była bardzo dumna i chlubiła się, że „pysznie, jak senatorowie mieszkają”. Gorący patriota i przyszły wieszcz narodu korzystał więc z gościny jednego z najgorszych polakożerców. Losy naszych romantyków toczyły się czasem naprawdę dziwnymi drogami…

Z drugiej jednak strony Salomea i Juliusz nie byli tu wyjątkiem. Nawet Mickiewicz – już po procesie filomatów – wciąż uważał Romanowów za legalnych władców Polski. Świadczy o tym jego entuzjastyczny list na temat koronacji Mikołaja I na króla polskiego w 1829 roku:

„Odebrałem tu z Warszawy wiadomość o koronacji i pełne entuzjazmu opisy uczt i zabaw. Ja tam nie byłem! Podzielam tylko z daleka szczęście moich współrodaków… Donoszę ci tylko, że Cesarz nasz jest teraz w Berlinie, przyjmowany z entuzjazmem, i że, jak powszechnie słychać, rad był z pobytu w Warszawie, i Cesarzowa łaskawie wspominała o serdecznym uniesieniu, z jakim przyjęta była od mieszkańców polskiej stolicy. Tyle nowin politycznych…”1.

Nie było to żadne „łudzenie despoty”, co usiłowali wmawiać bogobojni literaturoznawcy. Nic zatem dziwnego, że gdy po śmierci wieszcza list dostał się w ręce członków krakowskiej Akademii Umiejętności, szacowne grono tej instytucji rozważało jego zniszczenie – dla dobra pamięci poety. List ocalał tylko dlatego, że jego treść ogłosił jeden z badaczy w swojej biografii Mickiewicza…

Ojcowska zapobiegliwość

Juliusz Słowacki szczerze nie znosił Wilna i zaraz po zakończeniu studiów prawniczych z przyjemnością opuścił miasto. Czarę goryczy przelał fakt, że chociaż był dobrym studentem, nie otrzymał od władz uczelni nagrody pieniężnej po ukończeniu nauki. Był tak oburzony, że przysiągł, iż więcej do Wilna nie wróci – i słowa dotrzymał.

Inna sprawa, że bardziej niż pieniądze interesował go splendor, gdyż był osobnikiem niezwykle ambitnym. Nie odczuwał też specjalnych problemów finansowych, ojciec okazał się bowiem skrzętnym i zapobiegliwym człowiekiem, który pamiętał o zabezpieczeniu rodziny. Pan Euzebiusz pozostawił po sobie sumę prawie 80 tysięcy ówczesnych złotych, czyli ponad 120 tysięcy euro, które wdowa ulokowała w obligacjach rosyjskich i austriackich, zapewniając byt sobie i jedynakowi.

Papiery wartościowe gwarantowane przez władze stanowiły w tamtych czasach solidne zabezpieczenie zapewniające stały zysk, czemu sprzyjał stosunkowo długi okres pokoju w Europie. Ponadto matka wieszcza po śmierci pierwszego męża otrzymywała wdowią rentę (około 9 tysięcy euro rocznie), której wypłata wprawdzie została wstrzymana po ponownym ślubie, ale po zgonie Augusta Bécu świadczenie przyznano na nowo.

Z tych powodów przyszły wieszcz mógł przez kilka miesięcy po zakończeniu studiów przebywać u Salomei w Krzemieńcu. Nie musiał poszukiwać pracy i swobodnie oddawał się lekturze i próbom poetyckim. W końcu wyjechał do Warszawy – jednak bardziej ze względu na prowincjonalną nudę i nadopiekuńczość matki niż z powodów finansowych. Nie interesowała go także kariera zawodowa, wprawdzie w stolicy miał zapewnioną pracę w Komisji Skarbu, ale bardziej pociągała go literacka atmosfera stolicy, zwłaszcza spory między zwolennikami klasycyzmu i romantyzmu, a przy okazji chciał też poznać teatralne życie Warszawy.

Faktycznie, praca zawodowa wyjątkowo go nużyła. Nie widział siebie w roli urzędnika pracującego zawsze w tych samych godzinach i zajmującego się sprawami, które kompletnie go nie interesowały.

„Wszedłem do biura – narzekał – i zająłem się nudną finansową pracą – i przy zielonym stoliku Komisji Skarbu większą część dnia przepędziłem… Pamiętam, że mnie wtedy jakaś rozpacz ogarnęła… Zdawało mi się, że jestem skazany aż do śmierci w tym biurze pracować”2.

Dopiero wtedy docenił czas spędzany w Krzemieńcu i latem 1830 roku przebywał u matki przez dwa miesiące. Miał już za sobą debiut poetycki na łamach warszawskiej prasy, a jesienią przygotowywał się do wydania tomiku wierszy (na własny koszt) w formie książkowej. Jednak pechowo termin ich oddania do druku zbiegł się z wybuchem powstania listopadowego.

Kwestię publikacji Słowacki uznał jednak za sprawę drugorzędną, gdyż dwuletni pobyt w Warszawie całkowicie odmienił jego polityczne poglądy. Nie był już bezkrytycznym wielbicielem dynastii Romanowów jak w czasach wileńskich, a insurekcja wywołała u niego eksplozję uczuć patriotycznych. W prasie pojawił się Hymn jego autorstwa, który zdobył ogromną popularność (w ciągu miesiąca kilkanaście przedruków!), później Słowacki opublikował kolejne liryki powstańcze.

Twierdzono nawet, że – w odróżnieniu od innych autorów – „jedynemu tylko Juliuszowi Słowackiemu rewolucja użyczyła poetyckiego natchnienia”. Faktycznie tak było. Swoje wiersze patriotyczne wydał więc na własny koszt w broszurze zatytułowanej Oda do wolności i Hymn. I tak już pozostało – Słowacki, mając zapewniony byt finansowy, drukował swoje utwory za prywatne środki…

Na początku stycznia następnego roku poeta zrezygnował z etatu w Komisji Skarbu. Nigdy więcej nie podjął już stałej pracy.

Paryskie niepowodzenia

Wprawdzie w życiu Słowackiego był jeszcze epizod z biurem dyplomatycznym rządu powstańczego, jednak pracował wówczas w charakterze wolontariusza, traktując zajęcie jako wkład w czyn narodowy. Szybko jednak rozczarował się panującymi tam stosunkami i rozpoczął starania o wyjazd za granicę. Umożliwiły mu to pieniądze od matki (300 rubli – 3600 euro) będące zapewne kolejną ratą zysku z papierów wartościowych. W efekcie, w marcu 1831 roku poeta wyjechał z Warszawy i w Dreźnie miał oczekiwać na pocztę dyplomatyczną. Gdy nadeszła, stał się kurierem przewożącym listy Rządu Narodowego do polskich przedstawicieli w Paryżu i Londynie.

Inna sprawa, że chociaż od władz powstańczych otrzymał 1400 franków (4200 euro) na podróż, to raczej zachowywał się jak turysta. Niespecjalnie się spieszył i zwiedzał miasta leżące na trasie swojej wędrówki. Chyba też nie liczył się z możliwością powrotu do kraju, gdyż w tym czasie prosił matkę aż o 5 tysięcy rubli (60 tysięcy euro), co – jak uważał – powinno mu wystarczyć na życie przez dwa lata. Obawiał się bowiem zerwania korespondencji, a nie zamierzał „klepać biedy” na „paryskim bruku”. Oczywiście sumy tej nie otrzymał, zresztą zbyt pesymistycznie oceniał koszty utrzymania za granicą. W przyszłości wystarczała mu bowiem kwota poniżej 2 tysięcy franków (6 tysięcy euro) rocznie.

Nigdy jednak nie wybaczył sobie wyjazdu z Warszawy w trakcie powstania. Po latach przyznawał, że właściwie była to ucieczka, i nie potrafił wyprzeć tego z pamięci. Czuł się człowiekiem „pełnym winy” i pozbawionym godności.

Życie toczyło się jednak swoim torem i Słowacki osiadł w Paryżu na dłużej. Koszty utrzymania nie były tam wysokie, za obiad złożony z trzech lub czterech dań (plus pół litra wina) płacił zaledwie dwa franki. Na koniec roku sporządził bilans swoich przychodów i rozchodów, co od tej pory miało stać się tradycją. Bowiem do spraw finansowych – niezależnie od przypływów weny twórczej – podchodził z gorliwością księgowego. Dlatego też wiadomo, że w chwili przyjazdu nad Sekwanę dysponował kwotą 2040 franków (6100 euro), do końca grudnia wydał 800, a reszta, jak obliczał, wystarczyłaby mu na kolejny rok bardzo skromnego życia nad Sekwaną.

W swoich rozliczeniach Słowacki nie uwzględniał jednak ewentualnych kosztów wydawania własnych utworów. Wprawdzie marzył, że w przyszłości osiągnie z tego godziwy zysk i dzięki temu będzie mógł podróżować, ale na razie spodziewał się deficytu. Zachowywał bowiem bardzo trzeźwy osąd sytuacji i zdawał sobie sprawę, że był nad Sekwaną poetą zupełnie anonimowym. Dobrze też wiedział, że Mickiewicz pierwsze wydania swoich dzieł opierał na systemie subskrypcji, które wykupywali głównie jego przyjaciele i znajomi.

Trzeba przyznać, że – jak na uduchowionego poetę – Słowacki szybko wcielał w czyn swoje pomysły. Gdy na początku następnego roku otrzymał od matki 3 tysiące franków, zdecydował się na wydanie trzech tomików poezji. W kwietniu były gotowe dwa pierwsze zbiory, których dystrybucją zajął się osobiście. Ponad 20 przeznaczył na prezenty dla wybitnych postaci polskiej emigracji (książę Adam Czartoryski, Joachim Lelewel, Maurycy Mochnacki), natomiast 15 udało mu się sprzedać. Do Krzemieńca wysłał 62 egzemplarze, z czego 13 z osobistymi dedykacjami. Trudno zatem określić, jaka część przesyłki miała zostać rozprowadzona za gotówkę.

Handel detaliczny nie rokował jednak sukcesu i poeta rozpoczął współpracę z księgarzami. Oddawał im swoje tomiki w komis, otrzymując należność wyłącznie za sprzedane egzemplarze. Podejrzewał też, że księgarze nie zawsze uczciwie podają mu wyniki finansowe i w rzeczywistości sprzedają drożej jego książki, niż się do tego przyznawali, ale nie miał wyboru. Łącznie za rok 1832 z tytułu działalności wydawniczej Słowacki zanotował stratę w wysokości 453 franków (około 1360 euro)3.

Nie zdobył też większej popularności, a szczególnie zabolała go opinia Mickiewicza, że jego poezja „jest śliczna, że jest to gmach piękną architekturą stawiony jak wzniosły kościół – ale w kościele nie ma Boga”4. Uwagi innych czytelników były jeszcze bardziej krytyczne, a Bohdan Zaleski, uchodzący za drugiego po Mickiewiczu poetę emigracji, uznał, że utwory Słowackiego były „niewiele warte”. Twierdził, że „duszy tam nigdzie nie dojrzysz”, a chociaż „wiersze ładne, często przepyszne, ale tylko jako wiersze”. Autorowi miało brakować natchnienia, czegoś nieuchwytnego, co decydowało o wielkości poezji. Poza tym poezje Słowackiego były ponoć wtórne wobec pomysłów Mickiewicza i samego Zaleskiego5.

Zniechęcony Juliusz planował przenieść się do Genewy, zaś decyzję przyspieszyło wydanie III części Dziadów, w której Mickiewicz w fatalnym świetle przedstawił Augusta Bécu. Poeta uznał to za osobisty afront, a gdy ostatecznie nakłoniono go do rezygnacji z wyzwania Mickiewicza na pojedynek, postanowił, że opuści Paryż na zawsze. Miał przy sobie 1300 franków, co uznał za wystarczającą kwotę do rozpoczęcia nowego życia.

Turysta

Genewa okazała się jednak znacznie droższa niż Paryż i poeta osiadł w pensjonacie na przedmieściach. Było to najbardziej oszczędne rozwiązanie, gdyż miesięczny koszt utrzymania w mieście wynosił 130 franków. Poza tym w pensjonacie panowała ciepła i rodzinna atmosfera, co Słowacki szczególnie doceniał, gdyż rozpoczął pracę nad Kordianem. Wiódł życie „jednostajne i spokojne” przerywane czasami wycieczkami po okolicy. Z reguły też odmawiał zaproszeń na imprezy towarzyskie, ale gdy wreszcie pojawił się na jednej z nich, zaskoczył otoczenie swoim upodobaniem do mazura. Chociaż trudno to sobie wyobrazić, poeta był niezłym tancerzem i przechwalał się, że gdyby zaszła potrzeba, mógłby zatańczyć nawet na pudle fortepianu i nie potrącić pianisty.

Chociaż otrzymał od matki 1200 franków, a ponad 800 spłynęło ze sprzedaży tomików poezji, niebawem i tak zadłużył się u właścicielki pensjonatu. W tej sytuacji przeprowadził się do tańszego lokalu, a zaległość uregulował dopiero po otrzymaniu zapomogi od wuja, Teofila Januszewskiego. Wreszcie uznał, że Szwajcaria jest dla niego zbyt droga, i rozpatrywał przeprowadzkę do Brukseli, która stała się wówczas ważnym ośrodkiem polskiej emigracji. Ostatecznie jednak zmienił plany i w lutym 1836 roku wyruszył do Włoch, gdzie przebywali Januszewscy. Poza chęcią poznania kultury Italii i jej zabytków ważny był też aspekt finansowy – przy wuju i jego żonie poeta wydałby znacznie mniej, niż podróżując samotnie, tym bardziej że jego zasoby stopniały już do 800 franków.

Faktycznie, na pewien czas osiadł w Rzymie, gdzie obracał się w towarzystwie Januszewskich i ich przyjaciół (wśród nich był malarz January Suchodolski). Szybko jednak zraził się do tego grona, gdyż w codziennym kontakcie wuj okazał się skończonym nudziarzem. Żył według stałego powtarzalnego rozkładu dnia i perspektywa spędzenia w jego towarzystwie roku napawała poetę przerażeniem. Główną rozrywkę Januszewskiego stanowiła bowiem codzienna wieczorna przechadzka, a wieszcz musiał chodzić za nim „krok za krokiem”. Co gorsza, zarówno wujowi, jak i jego żonie nie podobała się poezja autorstwa Słowackiego, tłumaczyli, że „szlachta nie rozumie” takich wierszy.

W tej sytuacji poeta szczerze przylgnął do poznanego w Rzymie Zygmunta Krasińskiego i jego przyjaciół. Młodszy o niespełna trzy lata hrabia ukończył właśnie Irydiona, który udostępnił nowemu przyjacielowi w rękopisie, a w zamian otrzymał Balladynę. Zawiązana wówczas przyjaźń miała przetrwać przez lata, a Krasiński zawsze pozostał lojalnym wielbicielem i obrońcą twórczości Słowackiego.

Wspólnie chodzili na spacery i razem spędzali na dyskusjach długie wieczory. Gdy jednak Januszewscy zdecydowali się na wyjazd do Neapolu, Słowacki nie zamierzał zrezygnować z podobnej okazji. Brat matki mógł być nudziarzem, ale Neapol, Capri i Sorrento warte był wielu wyrzeczeń. Tym bardziej że mrukliwy wuj płaciłby rachunki…

Wieszcz jednak nie bez powodu oszczędzał i skrupulatnie obliczał swoje zasoby. W jego umyśle kiełkował już bowiem plan wyprawy do Grecji i na Bliski Wschód, oczywiście bez kłopotliwej rodziny. Chciał powędrować śladami francuskich poetów – Lamartine’a i Chateaubrianda – i miał nadzieję, że podróż po egzotycznych krainach zapewni mu wystarczającą ilość doznań, co znajdzie przełożenie w twórczości. Pomysł był tym bardziej atrakcyjny, że eskapada nie zapowiadała się na specjalnie kosztowną.

Jego towarzyszem podróży został polski ziemianin Zenon Brzozowski, wspólnie wyruszyli z Neapolu w sierpniu 1836 roku. Otoczenie poety nie ukrywało zaskoczenia jego decyzją, a matka dowiedziała się o wszystkim dopiero z listu wysłanego w chwili odjazdu. Słowacki był uparty, potrafił postawić na swoim i przez najbliższy rok zwiedził: Grecję, Egipt, Syrię, Liban i Palestynę. Plon artystyczny wyprawy był bogaty, dzięki temu powstały takie utwory, jak: Grób Agamemnona, Ojciec zadżumionych, Na szczycie piramid, Anhelli i hymn Smutno mi, Boże. Znalazły one stałe miejsce w podręcznikach, a ich tytuły nie są obce żadnemu Polakowi. Nawet jeżeli dla większości uczniów bywają mało zrozumiałe czy interesujące…

Giełdowe olśnienie nad Arno

W lipcu 1837 roku wieszcz powrócił do Włoch i na dłużej osiadł we Florencji. Stolica Toskanii wydawała się dla niego idealnym miejscem – oferowała bogate zbiory sztuki, przyjazny klimat i piękne położenie. Słowacki czuł się tam znacznie lepiej niż w Rzymie, tym bardziej że w pobliżu nie było Januszewskich, z którymi preferował jednak kontakt korespondencyjny niż osobisty. Florencja była też znacznie tańsza niż Wieczne Miasto i poeta wynajął „śliczne dwa pokoje” za 27 franków (około 80 euro) miesięcznie. Do tego doszedł jeszcze fortepian za symboliczną opłatą, a miesięczny koszt utrzymania wraz z mieszkaniem wynosił 130 franków (około 390 euro).

Zapewne w tym czasie Słowacki otrzymał zaległe zyski z obligacji od matki oraz pieniądze ze sprzedanych w ostatnim roku tomików poetyckich. Potwierdzeniem tego jest fakt, że po trzech miesiącach przeprowadził się do znacznie lepszego mieszkania, gdyż wcale nie uważał, by komfort rozpraszał i zakłócał pracę poety.

„Najmuję mieszkanie – informował matkę – (…) na trzecim piętrze, będę miał ładny salonik z tarasem i statuami, sypialny pokoik ciepły, bo na południe, i małe obserwatorium, to jest wieżyczkę, nazwaną belwederem, w której jest mała stancyjka z oknami na cztery strony świata, z najpiękniejszym widokiem na wszystkie góry Toskanii i wszystkie gwiazdy nad Toskanią świecące”6.

Niezła sytuacja finansowa spowodowała, że poeta wysyłał do druku w Paryżu kolejne utwory i nie zrażał się fatalnym przyjęciem poprzednich. Szczególnie złe recenzje zebrał wydany anonimowo Kordian – niektórzy wręcz podejrzewali, że dramat był żartem autorstwa Mickiewicza rozmyślnie parodiującego własny styl. Inni natomiast twierdzili, że jest to wyjątkowo nieudolne naśladownictwo nie tylko wieszcza, ale też Goethego. Powszechnie przestrzegano przed czytaniem utworu, uważając to za stratę czasu.

„Co za farsy – notował zgorszony Julian Ursyn Niemcewicz – banialuki, czarty, czarownice, papież, papuga, car, Konstanty, oszkalowani pierwsi obywatele do rewolucji ostatniej wchodzący; wszystko to w najdziwaczniejszym wierszu znajduje się w tym dramacie. Hołota wygnańców naszych szuka wszelkimi sposobami, aby się pozbyć przepełniającego piersi ich jadu. (…) Nigdy jeszcze nie było tylu bazgraczów”7.

Słowacki miał jednak inne zdanie na temat własnego dramatu, a fatalne przyjęcie utworu obligowało go do dalszej pracy. Był przekonany, że wreszcie zostanie doceniony, w ogóle nie przyjmował krytyki, a jego pewność siebie czasami bywała wręcz irytująca. W efekcie, zrażał do siebie potencjalnych czytelników. Nie ukrywał przy tym swoich ambicji i chciał zostać namaszczony na następcę Mickiewicza, tym bardziej że rywal raczej definitywnie przestał już pisać poezje.

W tamtym czasie pan Juliusz doznał kolejnej iluminacji, tym razem w sprawach finansów. Nie powinno to jednak specjalnie dziwić, gdyż Florencja była nie tylko stolicą sztuki, lecz od czasów średniowiecza uchodziła także za miasto bankierów. Słowacki wybierał się do Paryża i wpadł na pomysł, który mógł mu zapewnić stabilizację finansową niezależnie od dopływu gotówki z kraju. Ponadto dzięki temu miał uzyskiwać środki zarówno na codzienne utrzymanie, jak i wydawanie swoich utworów.

„W mieście, do którego jadę – tłumaczył matce w lipcu 1838 roku – pełno było zyskownych teraz spekulacji na akcjach, co mi dało myśl, że gdybym miał co nieco grosza w ręku, mógłbym ostrożnie go sobie przysporzyć i na wszelki przypadek mieć w kieszeni. (…) Chciałbym jakimkolwiek sposobem coś sobie zarobić. Alem może nie zdał się do tego i z przedsięwzięciami moimi będzie jak z kwiatami, które, pomimo że je podlewam, nie rosną”8.

Do tego była jednak daleka droga, gdyż w tym czasie pani Salomea i Januszewscy przebywali w więzieniu aresztowani przez władze carskie pod zarzutem udziału w spisku Konarskiego – w tej sytuacji nie mogli zapewnić odpowiedniego dopływu gotówki dla poety. Jednak gdy po kilku miesiącach zostali zwolnieni, zaakceptowali plan Słowackiego. Do Paryża wysłano 1700 rubli (ponad 20 tysięcy euro), jednak do wieszcza dotarło tylko 1200, co wprawiło go w przygnębienie.

Zaczął nawet wspominać, że będzie zmuszony znaleźć zatrudnienie, chociaż zastrzegał, że na pewno nie nadaje się do pracy, która wymaga wysiłku fizycznego. Jednak na szczęście niebawem się okazało, że będzie mógł spokojnie zająć się grą na giełdzie i że do tego zajęcia ma znacznie większe predyspozycje niż do podlewania kwiatów…

Bessa, hossa i dywidendy

Nie wiadomo, kto doradzał Słowackiemu, ale robił to bardzo dobrze. Inna sprawa, że poeta okazał się pojętnym uczniem i potrafił zachować zimną krew konieczną w operacjach giełdowych. Nigdy nie dawał się ponieść emocjom, a inwestycje rozpoczął ze stosunkowo niskiego pułapu. Powoli uczył się obowiązujących reguł, a sytuację miał ułatwioną, gdyż na paryskiej giełdzie raczej nie było wówczas tłoku. W trzeciej dekadzie XIX stulecia notowano tam bowiem 26 spółek.

Początki były obiecujące, a wieszcz bardzo ostrożny. Za część posiadanych środków nabył akcje, ale większość zdeponował w obligacjach bankowych oferujących stabilny zysk i uchodzących wówczas za niezwykle pewne. Z rozwagą też wybrał bank, ostatecznie zdecydował się bowiem na jedną z najlepszych instytucji finansowych Paryża – Casse Generale du Commerce et de L’Industrie. Od nazwiska założyciela i dyrektora placówka nazywana była bankiem Laffitte’a i cieszyła się znakomitą opinią. Natomiast na giełdzie Słowacki zwrócił uwagę na akcje kolei żelaznych (linie Roen i Lyon), słusznie uważając, że właśnie do tego środka transportu będzie należała przyszłość i na tym interesie nie można stracić.

W pierwszym roku zarobił 230 franków (około 700 euro). Uznał to za wynik obiecujący i zaczął odważniej inwestować, chociaż wciąż zachowywał dużą ostrożność. Większą gotówkę trzymał na kontach, dzięki czemu miał do niej stały dostęp. Skoro w razie potrzeby istniała „łatwość zrealizowania w dniu jednym”, mógł sobie pozwolić na ulokowanie pieniędzy w papierach wartościowych. Nigdy bowiem nie wchodziła w rachubę sytuacja, by nagle potrzebował większej kwoty. Tym bardziej że wydawanie kolejnych utworów planował z dużym wyprzedzeniem.

Ciekawą lekturą są finansowe notatki poety prowadzone w kolejnych latach i jego coroczne bilanse. Wprawdzie wieszcz notował tylko najważniejsze wpływy i rozchody, ale dzięki temu wiadomo, że w latach 1842-1845 otrzymał z kraju 6946 franków (około 20 800 euro), natomiast wydatki zamknął sumą 8720 franków (ponad 26 tysięcy euro). W tym czasie z procentów i akcji uzyskał zysk w wysokości około 14 tysięcy franków (42 tysiące euro) – nie musiał się więc oglądać na przekazy z Krzemieńca ani na sumienność księgarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostawał bardzo dokładny w swoich rachunkach i w marcu 1844 roku zanotował przychód w wysokości… 3 franków za sprzedaż jednego egzemplarza Księcia niezłomnego.

Bez gry na giełdzie (procenty stanowiły niewielką część zysków) raczej nie mógłby swobodnie prosperować, chociaż zadziwiał regularnością wydatków. Każdego roku zamykały się one kwotą około 3 tysięcy franków, najwyraźniej poeta żył według ścisłego planu finansowego i nie zamierzał z tego rezygnować.

Inna sprawa, że interesy wydawnicze stale przynosiły deficyt. Kontynuował wydawanie swoich utworów własnymi środkami, ale sprzedaż nie pokrywała nakładów. Najgorzej sprawy miały się ze Snem srebrnym Salomei, za którego druk zapłacił 377 franków. Dramat nie doczekał się żadnej (!) recenzji, nikt nawet nie chciał skrytykować nowego dzieła wieszcza, co w przypadku innych utworów było normą. Nie wypowiedział się także Krasiński, który z reguły odnotowywał premiery utworów przyjaciela. Nic zatem dziwnego, że Sen srebrny Salomei rozszedł się w 1844 roku zaledwie w 54 egzemplarzach, z czego tylko jeden sprzedano w Paryżu. Autor zainkasował za niego oczywiście 3 franki…

Chociaż nad Sekwaną Słowacki żył w miarę oszczędnie, nie zamierzał jednak rezygnować z pewnych wygód. Dlatego w ciągu kilkunastu miesięcy czterokrotnie zmieniał mieszkanie, aż wreszcie wynajął nieumeblowany lokal, który urządził kosztem 700 franków (2100 euro). Nie przeszkadzał mu także fakt, że mieszkanie znajduje się na szóstym piętrze. Słowacki nie był okazem zdrowia, jednak uznał, że dzięki wędrówkom po schodach poprawi swoją kondycję. Położenie lokalu miało zapewne wpływ na niewysoką cenę wynajmu, która wynosiła 275 franków rocznie.

Dzisiejszego czytelnika bardziej natomiast mogą zdziwić pewne uwagi wieszcza na temat jego nowej siedziby, które wskazują, że Słowacki przywykł raczej do znacznie większych przestrzeni mieszkalnych i wcale nie był takim ascetą, za jakiego powszechnie się go uważa. Dlatego warto przytoczyć dłuższy fragment jego listu do matki:

„Wchodzi się do mieszkania mojego przez maleńką kuchenkę, która jest mi wcale niepotrzebną, albowiem nie mam własnego gospodarstwa; (…) potem następuje salonik prostokątny, mający sześć kroków w długości i pięć w szerokości; na kominku lustro w złotych ramach – przed kominkiem kanapka szafirowym suknem pokryta i para podobnych krzeseł… używane już, ale jeszcze dobrze wyglądają te sprzęciki; stoliczek mały, mahoniowy, zielonym suknem pokryty, na którym piszę, dwa brązowe lichtarze na kominku – i oto całe moje umeblowanie mojej pierwszej klatki. W sypialnym pokoju dwa razy większym od pierwszego mam paradne łóżko, z dywanikiem wschodnim pod nogami, z kapą szafirową – komodę, mały stolik nocny okrągły i parę krzeseł takich jak w pierwszym pokoju. Wszystko koniecznie było mi potrzebne i nic nadto… Ale to wszystko porządne i cieszy mnie, albowiem mieszkanie najwięcej wpływa na mój humor”9.

Poeta mistyk

Dobry humor był tym bardziej Słowackiemu potrzebny, gdyż w Paryżu powszechnie uważano go za dziwaka zazdrosnego o sławę Mickiewicza. Nawet słynny pojedynek wieszczów na improwizacje, który odbył się w Boże Narodzenie 1840 roku, wzbudził zachwyt głównie z powodu wystąpienia Mickiewicza, mimo że od dłuższego czasu nie zajmował się on już poezją. Improwizację Słowackiego potraktowano tylko jako dodatek, dlatego tym większe oburzenie wywołał fragment poematu Beniowski odnoszący się do tego wydarzenia:

Lud, co w niego wierzył,

radość udaje, ale głowy zwiesił,

bo wie, żem skinął Ja – i wieszcza wskrzesił10.

Powszechnie uznano to za szczyt zarozumialstwa, chociaż niechętnie przyznawano, że poemat Słowackiego faktycznie był znakomitej próby. Przy okazji znajomi dyskredytowali poetę także ze względu na wygląd i zachowanie. Faktycznie, pan Juliusz nie miał w sobie „tytaniczności Mickiewicza” czy elegancji Krasińskiego, jednak określenia typu „mała, sucha strukturka” można uznać za wyjątkowo złośliwe.

„Przez osiem lat pracowałem – żalił się Słowacki matce – bez żadnej zachęty dla tego narodu, w którym epidemiczną jest chorobą uwielbienie, epidemiczną chorobą oziębłość, pracowałem tylko dlatego, aby literaturę naszą, ile jest w mojej mocy, silniejszą i trudniejszą do złamania uczynić. (…) A jeżelim go nie osiągnął, to dlatego, że mi Bóg dał więcej woli niż zdolności – że chciał, aby poświęcenie moje bezskutecznie przydane było do liczby tych większych ofiar, które Polacy na grób ojczyzny składają”11.

Być może kolejne niepowodzenia przyspieszyły ewolucję Słowackiego w stronę mistycyzmu, chociaż już wcześniej zdradzał objawy fascynacji rzeczywistością pozazmysłową. Inna sprawa, że tego rodzaju zainteresowania były jak najbardziej zgodne z tendencjami umysłowymi części polskiej emigracji. Upadek powstania listopadowego, klęska konspiracji Zaliwskiego i spisku Konarskiego, represje w Królestwie Polskim oraz status quo na kontynencie źle bowiem wpływały na stan ducha emigrantów. Nie zanosiło się na kolejną europejską wojnę i wygnańcy zaczynali rozumieć, że powrót do domów oraz rodzin jest coraz bardziej nierealny i przyjdzie im dokonać żywota w biedzie na obcej ziemi. Dlatego też dużym powodzeniem cieszyły się wówczas różne mistyczne teorie sugerujące cudowne rozwiązanie sprawy polskiej i emigrantów.

Na początku lat 40. Słowacki „zerwał się z paska Byrona” i zdecydowanie zwrócił się w stronę mistycyzmu. Latem 1842 roku przystąpił do sekty Koła Sprawy Bożej Andrzeja Towiańskiego, a przy okazji pogodził się też z Mickiewiczem, który był jednym z największych wyznawców litewskiego proroka.

Idylla nie trwała jednak długo, „brat Juliusz” mógł być mistykiem, ale nauki Towiańskiego były dla niego nie do zaakceptowania na dłuższą metę. Do ostatecznego zerwania doszło, gdy w ramach panslawizmu głoszonego przez mistrza pojawiła się doktryna o wyrównaniu wzajemnych grzechów Polski i Rosji. Towiański i Mickiewicz zaproponowali nawet, by pozyskać dla sekty cara Mikołaja I!

List koła do cara przedstawiono braciom na jednym z cyklicznych spotkań. Po jego odczytaniu zapadła cisza – nawet ludzie ogarnięci mistycznym obłędem nie potrafili się pogodzić listem do gnębiciela Polski. W tej sytuacji Mickiewicz oznajmił, że „ukazał mu się duch Aleksandra I, cesarza Rosji, i prosił, aby bracia zanieśli modły do Boga na jego intencję”. W odpowiedzi Słowacki stwierdził, że z kolei jemu „ukazał się duch Stefana Batorego i prosił, aby przestrzegł, iżby bracia za żadnym nie modlili się Moskalem!”. W tej sytuacji Mickiewicz „porwał silnie za ramię Słowackiego”, zaciągnął go do drzwi i „wypędził słowami: »Poszoł won, durak!«”12.

Chociaż członkowie koła naciskali na Słowackiego, poeta nie zmienił zdania. Twierdził, że „nie wyrzekł się bynajmniej braterstwa – ale położył veto z ducha polskiego – przeciwko dążności rosyjskiej”. Nie zamierzał bowiem „dać się strupić”, co zapewne nastąpiłoby, gdyby przyjął poglądy narzucane przez Towiańskiego i Mickiewicza.

Pan Juliusz oficjalnie wystąpił z sekty i z perspektywy czasu wydaje się, że na kontakcie z Towiańskim wyszedł znacznie lepiej niż Mickiewicz. Potrafił bowiem przetworzyć doświadczenie w poezję wysokiej klasy, a pod wpływem litewskiego proroka powstał dramat Ksiądz Marek. Na życzenie Towiańskiego zajął się również tłumaczeniem dramatu Calderóna Książę niezłomny, który ukazał się drukiem w 1844 roku. Natomiast dalsze mistyczne poszukiwania doprowadziły go do poematu Król-Duch. Inna sprawa, że tego utworu nawet Krasiński nie potrafił zrozumieć…

Bilans końcowy

Krótkotrwały związek z towiańczykami rzucił kolejny cień na opinię o Słowackim wśród emigrantów. Uznano, że do reszty postradał zmysły, i podobno widywano go czasem na ulicy, jak szedł przed siebie z obłąkanym wzrokiem i pianą na ustach.

Jego nowe dzieła także potwierdzały te plotki, gdyż były jeszcze bardziej niezrozumiałe dla przeciętnych czytelników.

„Słowacki – zauważał Stefan Witwicki – wyszedł z ich bandy [towiańczyków – S.K.], poróżniwszy się z Mickiewiczem, wydał niby jakiś poemat pt. Ksiądz Marek, gdzie nie jest już głupim autorem, ale prawie wariatem”13.

W tej sytuacji poeta coraz bardziej izolował się od realnego świata, a stan ten wzmagała jeszcze rozwijająca się gruźlica. Skrupulatnie zapisywał i analizował swoje sny, starał się odczytać ich znaczenie, a czasami wręcz tracił rozeznanie między własną wyobraźnią a rzeczywistością. Kiedyś zdarzył mu się sen, że jakaś hinduska aktorka recytuje fragmenty Księdza Marka i Księcia niezłomnego, natomiast innym razem słyszał, jak Mickiewicz wypowiadał się z wielkim uznaniem o jego utworach. Nic zatem dziwnego, że wreszcie zaczął się uważać za „księcia z ducha”.

„Jam był – zwierzał się matce – uderzony światłami niebieskimi widzialnie – przy największej spokojności krwi i zmysłów – a z taką potęgą, że chyba po śmierci coś podobnego uczuję, bo w ciele bym więcej nie wytrzymał”14.

Z drugiej jednak strony ten śmiertelnie chory mistyk potrafił z żelazną konsekwencją nadzorować swoje sprawy materialne. Prowadzony przez niego raptularz – obok wielu przemyśleń, wspomnień i rysunków – zawierał także bilanse finansowe. Rok 1844 Słowacki zakończył kwotą 16 350 franków, czyli ponad 49 tysięcy euro. Oczywiście w gotówce posiadał zaledwie niewielką część tej sumy, resztę ulokował w akcjach i na lokatach bankowych.

Potem było nieco gorzej, gdyż kurs akcji kolejowych nieco spadł, ale w 1848 rok poeta wkroczył, posiadając 13 872 franki (ponad 41 500 euro), z czego tylko 550 franków trzymał w gotówce. Wprawdzie był to spadek w porównaniu z kwotą sprzed trzech, ale warto pamiętać, że Słowacki wydawał więcej, niż otrzymywał z kraju, a poza tym wciąż pokrywał deficyt spowodowany drukiem swoich utworów na własny koszt.

Niestety, w każdej epoce czasami zdarzają się rewolucje i tak też stało się w 1848 roku. Wiosna Ludów zatrzęsła sektorem finansowym, ucierpiał na tym także Słowacki. Bank Laffitte’a znalazł się w stanie likwidacji, a na dodatek zmarł Jan Loman, któremu poeta powierzył dokumenty związane z lokatami (sam przebywał wówczas we Wrocławiu, gdzie spotkał się z matką).

Sytuacja wyglądała na bardzo niebezpieczną, więc wieszcz powierzył ratowanie pieniędzy byłemu dyrektorowi mennicy w Strasburgu, Aleksandrowi Makowskiemu. Dzięki temu odzyskał część wkładów, jednak ostatecznie ocenił swoje straty na 3500 franków (około 10 500 euro). Nie tracił jednak nadziei, że uda mu się odegrać, a jako człowiek doświadczony w inwestowaniu wiedział, że wymaga to czasu, tym bardziej że nie zamierzał podejmować zbyt nerwowych ruchów.

Czasu jednak miał już mało, gdyż jego stan zdrowia ulegał systematycznemu pogorszeniu i 3 kwietnia 1849 roku poeta zmarł. Pozostawił po sobie 12 500 franków (około 37 500 euro), z czego w testamencie przeznaczył 2 tysiące franków na zakup grobu i pogrzeb. Natomiast 225 franków miało trafić do właścicieli mieszkania jako dopłata za wynajem do końca roku. Trzeba przyznać, że wieszcz do końca pozostał człowiekiem niezwykle skrupulatnym pod względem finansowym…

Salomea Bécu przeżyła syna o sześć lat i pozostawiła po sobie 12 500 rubli (150 tysięcy euro). Było to znacznie więcej, niż odziedziczyła po pierwszym mężu, nawet jeżeli dodamy do tego spadek po synu. Ona, i Juliusz przez lata korzystali z procentów i dywidend od sum ulokowanych w rosyjskich i austriackich papierach wartościowych. Najwyraźniej umiejętność odpowiedniego inwestowania była cechą zarówno matki, jak i syna…

 

 

 

1 T. Boy-Żeleński, Brązownicy,WolneLektury.pl/katalog/lektura/brazownicy.html

2 Za: Z. Sudolski, Słowacki. Opowieść biograficzna, Warszawa 1996, s. 77-78

3Ibidem, s. 124

4 J. Słowacki, Listy do matki, [w:] Dzieła, red. J. Krzyżanowski, t. 11, Wrocław 1949, s. 83

5 Za: J. Mazanowski, Józef Bohdan Zaleski. Życie i dzieła, zarys biograficzny, Petersburg 1900, s. 55

6 Za: Z. Sudolski, op. cit., s. 187

7 J.U. Niemcewicz, Dziennik pobytu za granicą, t. 2, Poznań 1876, s. 255-256

8 J. Słowacki, Listy, t. 1, Warszawa 1952, s. 76

9 Za: Z. Sudolski, op. cit.,s. 207

10 J. Słowacki, Beniowski, Literat.ug.edu.pl/beniow/0005.htm

11 Za: M. Inglot, Historia w „trylogii dramatycznej” Juliusza Słowackiego o powstaniu listopadowym, Bazhum.muzhp.pl/media//files/Rocznik_Towarzystwa_Literackiego_imienia_Adama_Mickiewicza/Rocznik_Towarzystwa_Literackiego_imien_Literackiego_imienia_Adama_Mickiewicza-r1979_1980-t14_15-s69-84.pdf

12 T. Boy-Żeleński, op. cit.

13 Za: Z. Sudolski, op. cit.,s. 250

14 Za: M. Ciechańska, Juliusz Słowacki od ciała. Cielesność w twórczości Juliusza Słowackiego,praca doktorska UŁ, Łódź 2018, s. 156