Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie zawsze Boże Narodzenie jest idealne, nie każdy na nie czeka, ale czasami dzieją się cuda i wtedy wszystko się zmienia.
Tadeusz jest starszym mężczyzną borykającym się z samotnością i tęsknotą za bliskimi.
Urszula uwikłała się w trudny związek i trzyma go w sekrecie.
Kiedy ścieżki tej dwójki się krzyżują, ich życie wywraca się do góry nogami. Monotonna codzienność nabiera blasku i obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń.
Pod czujnym okiem anioła z choinki mierzą się z przeszkodami w przygotowaniach do świąt, nieświadomi tego, co na nich czeka przy wigilijnym stole.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Anna Szczęsna, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek
formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także
fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem
nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: vero.nick
Okładka zawiera elementy wygenerowane przy użyciu AI
Redakcja: Urszula Jakubowska
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-878-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Ostatnio jego ulubionym zajęciem było obserwowanie. Dyskretnie zza firanki podglądał życie podwórka. Wiedział, o której przyjeżdża śmieciarka, kiedy odwiedza ich listonosz, a kiedy sąsiadka wychodzi do sklepu. Codziennie o tej samej porze młody grafik z naprzeciwka prowadził rozbrykane bliźnięta do przedszkola. Toczyło się zwyczajne życie, za którym tak bardzo tęsknił.
Ostatnio czuł się gorzej. Krótsze dni, brak słońca, przejmujące zimno i oblodzone chodniki uwięziły go w domu. Marzył o wyjściu do biblioteki, kościoła albo do sklepu. Niestety, udogodnienia, jak pomoc w postaci młodej kobiety – Malwiny – jedzenie pod drzwi czy zakupy dostarczone do domu, pozbawiły go pretekstu do małego aktu rebelii. Po upadku zeszłej zimy bardzo się pilnował. Bał się sytuacji, kiedy będzie zależny od innych, a przecież do tej pory był prawie samowystarczalny i bardzo sobie to cenił.
Ostatnio pustka bardziej dawała mu się we znaki. Szczególnie w przedświątecznym okresie. W oknie naprzeciwko zauważył papierową podświetloną gwiazdę. Piętro wyżej ktoś zawiesił lampki. Kalendarz nie pozostawiał złudzeń. Zbliżało się Boże Narodzenie. Wzdrygnął się na myśl o samotnie spędzonej wigilijnej kolacji. Postanowił, że w tym roku nie ubierze choinki.
– Wybacz – szepnął do zdjęcia w zdobionej ramce powieszonego obok okna, tuż przy jego biurku.
Przedstawiało młodą dziewczynę z rozwianymi włosami. Zdawała się tańczyć, skąpana w słonecznej poświacie. Jej sukienka w grochy unosiła się nad kolanami.
Tadeusz pocałował czubki palców i dotknął szkiełka chroniącego fotografię. W całym mieszkaniu widać było inne zdjęcia kobiety.
– Wiem, jak kochałaś święta, ale to już nie to samo co kiedyś. Jeszcze gdy przyjeżdżali Majeczka i Marcin, chciało mi się starać i ich gościć. Teraz są daleko i nie pamiętają o starym ojcu.
Ostatnio częściej do niej mówił. Wspominał. I być może dzięki temu wyraźniej czuł obecność ukochanej. Niemal jakby stała tuż za nim i dawała znak. Lekki powiew powietrza, niczym oddech albo muśnięcie promienia słońca przypominające pieszczotę. Przymykał oczy i starał się utrwalić tę ulotną chwilę. Im więcej czasu spędzał sam, tym wrażenie stawało się realniejsze.
Ostatnio przestał przywoływać się do porządku, wyszukiwać sobie zajęcia i zagłuszać smutek radiem albo telewizorem. Docenił ciszę, spokój i częstsze powroty pamięcią do przeszłości. Ułatwiały mu to zdjęcia, drobne pamiątki, pocztówki i listy. Niczego nie wyrzucał. Miały znaczenie i wartość, przypominały wehikuły czasu. Wystarczyło, że otworzył pudełko i sięgał do środka. Znajomy, tak ukochany charakter pisma. Słowa pełne miłości przywołujące minione obrazy. Nadal nie pogodził się z tym, jak bardzo zmieniła się jego rzeczywistość po śmierci żony. Nie spodziewał się, że skończy jako samotny, nikomu niepotrzebny starzec.
Ostatnio… Ostatnio za dużo czasu marnotrawił, chociaż nie zostało mu już tak wiele. Czekał na koniec. Z coraz większą niechęcią otwierał rano oczy. Wstawał z bólem, który towarzyszył mu potem przez cały dzień. Jednak nie oporne ciało z coraz większą liczbą ograniczeń ciążyło mu najbardziej, a zawodząca głowa. Co z tego, że zapisywał w kalendarzu kolejne sprawy do załatwienia, skoro do niego nie zaglądał. Dobrze, że miał znajomą rejestratorkę w przychodni. Z jakiegoś powodu lubiła go i bywało, że dzwoniła z przypomnieniem o umówionej wizycie. Obcy ludzie bardziej się nim przejmowali niż własne dzieci. Z córką i synem nie miał kontaktu od wielu miesięcy. Początkowo próbował dzwonić, dbać o relacje, interesował się, zapraszał niezrażony kolejnymi odmowami, ale w końcu powiedzieli mu, że nie mają czasu, że zachowuje się jak natręt, że odezwą się, kiedy będą mogli. Oboje mieszkali za granicą, po pogrzebie mamy bez żalu zostawili kraj, a on długo nie mógł się z tym pogodzić. Początkowo tłumaczył sobie, że Majka i Marcin się nim nie interesują, bo są skupieni na sobie i ich życie stało się bardziej wymagające. Przecież oboje ciężko pracowali. Ale po upadku, gdy próbował się z nimi skontaktować, oni podesłali mu instrukcje, gdzie ma zadzwonić i się zgłosić. Wtedy zrozumiał, że się oszukuje.
Zmęczył się dreptaniem po mieszkaniu. Dwa pokoje, wysokie sufity, stare kredensy i skrzypiące szafy, jeszcze po jego rodzicach. Dywany i chodniki wypłowiałe przez upływ czasu i wytarte przez niezliczone kroki. Gdy nie mógł spać, gdy dopadało go przygnębienie, gdy samotność stawała się trudna do zniesienia, wędrował bez końca. W wysłużonych kapciach pokonywał kolejne metry. Bywało, że nocą nie zapalał światła, wystarczyło mu to sączące się przez okno.
* * *
Dzisiaj było gorzej niż zwykle. Nie pomogło skupienie się na widoku z okna. Nagie drzewo rosnące na środku podwórka i ludzie starający się jak najszybciej uciec do miejsca, w którym jest ciepło, skulone gołębie siedzące na gzymsach, czarne, nieprzeniknione niebo rozciągnięte nad dachami nie nastrajały optymistycznie.
Przeszedł do kuchni i zatrzymał się przy ladzie. Herbata. Ola zawsze powtarzała, że nie rozwiąże problemów, ale pozwoli nie myśleć o nich przez chwilę. Śmiała się przy tym, a potem stawiała na stole dwie filiżanki zdobione kwiatami i coś słodkiego. Nie musieli rozmawiać. Po prostu raczyli się aromatycznym naparem i odpoczywali.
Wstawił wodę. Wsypał kilka skręconych, suchych listków na dno sitka. Znalazł napoczęte pudełko wafelków w czekoladzie. To mu wystarczyło. Kontynuował ich rytuał z zadziwiającą konsekwencją. Od jej odejścia prawie każdego popołudnia starał się wypić herbatę i zjeść chociaż ciastko.
Czekając, aż czajnik zacznie gwizdać, sprawdził ziemię paprotki rosnącej na lodówce przy oknie. Sucho. Sięgnął po konewkę, zdjął doniczkę i ostrożnie wlał wodę. Miał wyrzuty sumienia, że zaniedbuje te kilka roślin, dzielnie dotrzymujących mu towarzystwa. W sypialni czekał na niego skrzydłokwiat i sansewieria. W dużym pokoju cissus zawojował meblościankę i okrył ją szczelnie kocem z liści, a kilka fiołków na parapetach kwitło mimo krótkich i ciemnych dni.
O dziwo, ta drobna czynność sprawiła mu przyjemność. Usunął suche fragmenty, poprawił ustawienie doniczek, sprawdził, czy nie przelał roślin, i wrócił do kuchni skończyć szykowanie herbaty. Gdy położył wafelek na spodku, nieprzyjemne uczucie wywołało dreszcz na jego plecach. Strapiony zerknął na zegarek stojący na szafce. Czy o czymś nie zapomniał? Zbliżała się piąta. Zaraz włączy Teleexpress. Ale to nie o to chodziło. Zdezorientowany podrapał się po skroni, a potem podszedł do kalendarza. Wysilił wzrok, bo gdzieś zapodział okulary. Odnalazł aktualny dzień tygodnia.
– No tak! Przecież Malwina nie przyszła. – Zbliżył się do okna. Było ciemno, a na skutym mrozem podwórku ani żywego ducha.
Na stoliku nocnym w sypialni leżała rozładowana komórka. Wciąż o niej zapominał. Podłączył ładowarkę i przysiadł na łóżku przykrytym kapą wybraną jeszcze przez Olę. Dłonią pogłaskał przetarty welur. Czekał, aż telefon się uruchomi. Nie wiedział, jak długo leżała bez prądu, ale sporo czasu zajęło jej rozruszanie. Nie wypuszczał komórki z ręki, jakby to miało przyspieszyć proces. Niepokój sprawił, że zrobiło mu się chłodno, chociaż temperatura w pokoju się nie zmieniła. Kaloryfery pracowały pełną parą, wydając przy tym znajome dźwięki. Szumy i postukiwania, wraz z rzadkim trzaskaniem drzwi na klatce i bulgotaniem w rurach, tworzyły oswojoną i charakterystyczną dla wiekowej kamienicy melodię.
Lubił Malwinę. Czterdziestoletnią, wesołą i krągłą kobietę, którą poleciła mu sąsiadka. Przychodziła raz, dwa razy w tygodniu, w zależności od potrzeb. Przynosiła zakupy, pomagała zapłacić przez internet rachunki, sprzątała, robiła wszystko, czego on nie powinien, a przy tym potrafiła zmienić atmosferę samym swoim pojawieniem się. Ufał jej. Była punktualna, nigdy go nie zawiodła. Do teraz. Zniecierpliwiony odblokował komórkę. Czekał przez moment. Pomachał nią, jak kiedyś anteną starego telewizora, Rubina. Nie zadziałało. Nie przyszła żadna zabłąkana wiadomość.
Wysilił umysł. Może Malwina wspominała, że przyjdzie innego dnia, a on jednym uchem wiadomość wpuścił, a drugim wypuścił. Potarł wąsy. Uparcie odsuwał od siebie myśl, że mogło się stać coś niedobrego. Miała dzieci, dwoje nastolatków. Wychowywała je sama. Pracowała w biurze, nie wiedział jakim, bo specjalnie nie wypytywał. Popołudniami pomagała seniorom, takim jak on. Może zmieniła plany, jest cała i zdrowa, a on roztargniony zapomniał, że dziś miało jej nie być? Bardzo chciał wierzyć, że to tylko pomyłka. Wstał. Poprawił sweter i raz jeszcze przeszedł się po mieszkaniu. Daleki był od siania paniki, ale będzie musiał zadzwonić do Malwiny. Martwił się. Po upadku ona jedna się o niego troszczyła. Wiele jej zawdzięczał. Właściwie stała się najbliższą mu osobą. Znała rozmiar jego ubrań, kupowała mu leki, interesowała się, co powiedział lekarz, notowała zalecenia i podpytywała, czy się do nich stosuje. Poza tym była jak powiew świeżego powietrza, a każda jej wizyta poprawiała mu humor. Drobne gesty, jak kupienie ulubionych słodyczy, chociaż nie było ich na liście zakupów, ale zauważyła, że mu się skończyły, przyniesienie książki, którą przeczytała, a uważała, że jest ciekawa, podzielenie się ciastem, które upiekła. Drobiazgi nieleżące w jej obowiązkach, a rozjaśniające dzień Tadeusza, sprawiały, że traktował ją jak rodzinę. Przywykł do jej obecności, chociaż na początku niechętnie zgodził się na regularne wizyty kogoś obcego. Docenił obecność Malwiny dopiero po nieszczęsnym upadku. Nie stało się nic poważnego. Potłukł się, ale co najważniejsze, nie połamał. Mimo to z trudem sobie radził. Kobieta, nie zwracając uwagi na inne zobowiązania, przychodziła częściej niż zwykle, kiedy tylko miała wolną chwilę, chociaż na kilka minut. Nie wyobrażał sobie, że miałaby ot tak zniknąć.
– No wreszcie! – Uradował się, gdy usłyszał upragniony dźwięk domofonu sygnalizujący, że ktoś wpisał kod.
Pospiesznie przejrzał się w lustrze i stanął w korytarzu, żeby przywitać Malwinę. Zgrzyt przekręcanego klucza w zamku wymusił na nim postawę na baczność.
– Już się bałem, że zapomniała pani o mnie! – zagrzmiał, ale pod koniec wypowiadanego zdania głos uwiązł mu w gardle.
Drzwi stanęły otworem, ale to nie Malwina do niego przyszła.
Gdy przyjaciółka wzięła ją na bok, liczyła na soczystą plotkę, która urozmaiciłaby wyjątkowo nudny i ciągnący się dzień. Szybko jednak się rozczarowała. Koleżanka zachowała powagę. Skryły się w aneksie kuchennym, w niewielkim kącie socjalnym na końcu korytarza.
– Mam do ciebie ogromną prośbę. – Nachyliła się, zerkając przez jej ramię, czy nikt nie nadchodzi. – Wspominałam ci o dodatkowej pracy.
– No tak, sprzątasz i pomagasz kilku starszym osobom.
– I teraz szukam kogoś zaufanego, kto mnie zastąpi. Na już.
– Co się stało?
– Moja mama jest chora, muszę do niej jechać, ale mam zobowiązania. – Potarła spierzchnięte usta.
Dopiero teraz Ula zauważyła, jak koleżanka jest zdenerwowana.
– Usiądź. – Pokierowała Malwinę na wysoki stołek przy blacie. Nalała kawy z ekspresu, chociaż zawahała się, czy nie powinna zaparzyć melisy. Niestety, w biurze nie miała ziołowych herbatek. Podsunęła filiżankę i stanęła blisko. – Proszę, powiedz od początku, co się stało.
– Mama złapała jakiegoś wirusa, ale bardzo źle go znosi. Możliwe, że to coś poważniejszego. Sąsiadka zadzwoniła, że powinnam przyjechać. Nie mogę czekać dłużej. Już załatwiłam wolne.
– A twoje dzieciaki?
– Poradzą sobie. Są prawie dorosłe. Nie to mnie martwi. Chodzi o pewnego pana. Dzwoniłam do niego, próbowałam wyjaśnić sprawę, uprzedzić, że nie przyjdę, ale trudno się z nim skontaktować. Do tego zaczęłam się martwić, czy po prostu rzucił gdzieś telefon, czy zasłabł. Wiesz, w zeszłym roku przewrócił się na ulicy. Mocno się potłukł. Ma prawie osiemdziesiąt lat. Ogólnie jest dość sprawny, psychicznie i fizycznie, do tego rozsądny, ale kto wie, czy nie leży w korytarzu albo w wannie. – Potarła czoło i odgarnęła włosy. Przypomniała sobie o kawie i upiła łyk, zbierając myśli.
– Jak mogę ci pomóc?
– Głupio mi o to prosić, ale on nie może zostać zupełnie sam. Nie ma nikogo bliskiego. Trzeba do niego zajrzeć, kupić leki. Obiecałam, że zrealizuję receptę. Ma na imię Tadeusz. U reszty po prostu sprzątam i robię zakupy, więc tam bez problemu umówię się na inny termin.
– Rozumiem, ale co dokładnie mam zrobić? Mam odwiedzić tego pana Tadeusza? – Próbowała zgadnąć intencje przyjaciółki.
– Byłabyś tak dobra? Wszystko ci wytłumaczę.
* * *
Po pracy pobiegła do apteki, następnie do sklepu spożywczego. Co chwilę się upewniała, czy nie zgubiła kartki z wytycznymi pospiesznie zanotowanymi przez Malwinę. Adres, kod do domofonu i kilka informacji o podopiecznym. Przyjaciółka obiecała, że zadzwoni do niego jeszcze raz i uprzedzi, że załatwiła zastępstwo. Mimo tych zabiegów, przez atmosferę pośpiechu i chaosu, Ula nie czuła się zbyt pewnie. Zwątpiła w słuszność swojej decyzji. Nic nie wiedziała o mężczyźnie ani o jego wymaganiach, jednak chęć pomocy przyjaciółce znajdującej się w trudnej sytuacji okazała się silniejsza.
– No dalej, to nie może być takie trudne – dodała sobie otuchy po wejściu na obce podwórko. Lękliwie rozejrzała się po otoczeniu, już tęskniąc za ludnym chodnikiem przy ulicy, rozświetlonym witrynami mijanych sklepów. Zadrżała, gdy za jej plecami rozległo się prychnięcie. Kot zeskoczył z dachu śmietnika, a potem skrył się w uchylonym oknie do piwnicy. Dostrzegła w ciemnościach kocie domki ustawione w zacisznym kącie i świeżo nasypaną karmę. Ktoś dbał o bezdomne zwierzaki i irracjonalnie ta świadomość podniosła ją na duchu.
Posłużyła się notatkami przekazanymi przez Malwinę i weszła do klatki schodowej. Ozdobna poręcz i witraże zamiast okien przypadły jej do gustu. Wdrapała się na drugie piętro i sięgnęła do kieszeni po klucze. Zawahała się. Ludzka przyzwoitość kazała jej zadzwonić, jednak przyjaciółka uprzedziła, że mężczyzna może nie usłyszeć. Z ciężkim sercem Ula otworzyła drzwi i pełna obaw weszła do środka.
– Już się bałem, że zapomniała pani o mnie!
Na wprost niej stał mężczyzna z zaskoczoną miną.
– Och! – Tylko tyle zdołała z siebie wydusić, nim się zreflektowała. – Zrealizowałam pana receptę. I przyniosłam zakupy. – Pomachała torbą, zupełnie bez sensu.
Policzki ją paliły. Na dworze było mroźnie, w mieszkaniu wyjątkowo ciepło. Automatycznie rozsupłała szalik, zsunęła czapkę i schowała ją do kieszeni.
– Kim pani jest? – W głosie Tadeusza odezwała się nieufność. Cofnął się o krok.
– Nazywam się Urszula Kamińska. Jestem przyjaciółką Malwiny…
– Malwiny? Miała być dzisiaj u mnie. Ponad godzinę temu. Czy wszystko u niej w porządku? – Wydawał się szczerze zatroskany i Uli zrobiło się go żal.
– Tak. To znaczy coś jej wypadło. I prosiła mnie, żebym do pana zajrzała. Martwiła się, bo nie mogła się z panem skontaktować.
– To przez ten przeklęty telefon. Nie mogę się przyzwyczaić do ładowania. Kiedyś było łatwiej. Stary aparat z kablem nie wymagał takich zabiegów. Ale gdzie moje maniery. Zapraszam.
Uprzejmie poczekał, aż zdejmie płaszcz, szarmancko odebrał okrycie i powiesił na wieszaku przy drzwiach wejściowych. Wskazał jej pokój. Odebrał od niej torbę z zakupami.
Oboje zachowali rezerwę. Jakby nie potrafili wpasować się w swoje role. Ula nie do końca wiedziała, czy jest w pracy, czy raczej w gościach i czego się od niej oczekuje.
– Kawy czy herbaty? – Tadeusz odsunął krzesło przy okrągłym stole przykrytym szydełkową serwetą.
Nie protestowała. Dostosowała się do zasad gospodarza, wciąż czekając na polecenia. Spodziewała się, że poprosi ją o odkurzenie, umycie naczyń albo ugotowanie obiadu na następny dzień. Tak wyobrażała sobie pracę Malwiny. Przyjaciółka oszczędnie wypowiadała się o swoich podopiecznych i o obowiązkach poza pracą w biurze.
Zaciekawiona Urszula rozejrzała się po przestronnym, ale przytulnym pokoju. Biurko pod oknem, regał z książkami, kanapa przykryta żakardowym kocem i kilkoma poduszkami, miękki, ale nieco już zużyty dywan pod stopami. Ale to, co przykuło jej uwagę, to stare zdjęcia w pięknych ramkach. Zewsząd patrzyły na nią roześmiane twarze. Na niektórych z nich rozpoznała gospodarza. Oprócz niego dostrzegła dwójkę dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Ale na wszystkich zdjęciach, czasami z dziećmi albo z dziećmi i Tadeuszem, a najczęściej sama, powtarzała się postać kobiety. Pięknej, radosnej, pełnej życia i z roziskrzonym spojrzeniem.
– Proszę mi powiedzieć, co się stało.
Mężczyzna wrócił, ostrożnie niosąc tacę. Z trudem oderwała wzrok od zdjęć i wróciła do rzeczywistości. Poczekała, aż Tadeusz skończy rozstawiać poczęstunek i usiądzie.
– Niespodziewanie musiała jechać do swojej mamy. – Zastanawiała się, ile może zdradzić. Co prawda wyczuła, że Malwina ma słabość do Tadeusza i traktuje go inaczej niż resztę osób, którym pomaga. – Chciała się z panem skontaktować, wytłumaczyć zmianę planów, ale nie zdołała.
– Ta moja komórka. Ciągle o niej zapominam – powtórzył markotny.
– Nic się nie stało. Sam pan może do niej zadzwonić. Na pewno będzie spokojniejsza.
– A panie skąd się znają? – Podsunął jej dzbanek ze śmietanką.
Skwapliwie skorzystała. Osłodziła kawę, zabieliła i delikatnie zamieszała, zbierając myśli.
– Pracujemy razem i się przyjaźnimy. Malwina szukała kogoś zaufanego, kto akurat dysponuje wolną chwilą, i dlatego zwróciła się do mnie. Przepraszam, że wtargnęłam do pana domu. Uprzedziła mnie, że może pan drzemać albo po prostu nie słyszeć dzwonka i pukania.
– Nie szkodzi, to drobiazg.
– Ważne, że sytuacja opanowana, że dostarczyłam leki i drobne sprawunki. Proszę jeszcze mi powiedzieć, czy mogę jakoś pomóc.
– Och, nie. Radzę sobie. Pani Malwina o wszystko zadbała. Mam porządek, no i przysłała panią. Najważniejsze, że recepty zostały zrealizowane. Nie bardzo mam kogo poprosić o pomoc, a sam unikam wychodzenia z domu w zimie – wyznał i podkręcił imponujące siwe wąsy. – Czyli coś się stało z mamą pani Malwiny? – Wrócił do niewygodnego tematu. – Czy to coś poważnego?
– Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiem.
– Mam nadzieję, że wszystko ułoży się pomyślnie. Pani Malwina to święta kobieta. Cierpliwa, wyrozumiała, ciepła. Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak dobre traktowanie. Robi dużo więcej, niż to wynika z umowy.
– To prawda. Można na niej polegać. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. I naprawdę martwiło ją, że nie może dzisiaj przyjść. Proszę się do niej odezwać – przypomniała raz jeszcze.
Teraz rozumiała, dlaczego przyjaciółka tak się o niego martwiła. Najwidoczniej Tadeusz nie miał nikogo, z kim regularnie utrzymywałby kontakt, chociaż na zdjęciach widziała dwójkę słodkich dzieciaków. Zgadywała, że jest ich ojcem. Zanotowała w głowie, że zapyta o to Malwinę, gdy zda jej relację z wizyty.
– Wieki nie grałam! – wykrzyknęła spontanicznie, gdy pod stertą gazet na komodzie dostrzegła pudełka warcabów, domina i chińczyka.
– Może ma pani ochotę na partyjkę? – Tadeusz się ożywił.
Zatarł ręce, a w oczach zatańczyły iskierki ekscytacji.
Nie odpowiedziała od razu. Mimowolnie zerknęła na zegarek stojący w pobliżu. Mały, okrągły, czerwony. Pamiętała taki z domu babci. Przez wspomnienie zrobiło się jej ciepło na sercu. Spędziła u Tadeusza dopiero kwadrans. Na pewno czuł się samotny i rozczarowany nagłą zmianą planów. Nic się nie stanie, gdy Ula odłoży kilka spraw na jutro.
– Oczywiście. Z chęcią zagram. Tylko w co?
– Wybór zostawiam pani.
Spodziewała się, że skończą w kilka minut i wyjdzie, ale gra ją wciągnęła. Znowu się czuła jak w dzieciństwie, gdy zwykłe karty dostarczały sporej dawki emocji. Żaden deszczowy dzień w wakacje nie był problemem, gdy miała z siostrą i kuzynostwem takie rozrywki.
– Mój Boże, to już dziewiętnasta! – wykrzyknęła, gdy wkładali do pudełka pionki od chińczyka. – Muszę się zbierać. Przepraszam, że zajęłam panu tyle czasu.
Odruchowo zaczęła ustawiać puste filiżanki i talerzyk po wafelkach na tacę. Ze wstydem zdała sobie sprawę, ile zjadła słodkości. Objadła starszego mężczyznę, który prawie nie wychodził z domu. Mimochodem, podczas czekania na jej ruch w warcabach, wspomniał, jak wygląda jego codzienność. Przyjemnie im się gawędziło o wszystkim i o niczym i żal było jej opuszczać ciepłe, przytulne mieszkanie.
– Było mi bardzo miło. Dziękuję za przysługę i że mnie pani odwiedziła.
Podał jej płaszcz, a na koniec szarmancko pocałował w dłoń. Zwykle raził ją ten zwyczaj, ale nie tutaj.
– Drobiazg. Mam nadzieję, do zobaczenia. Aha, tak na wszelki wypadek. Może dam mój numer telefonu? Gdyby Malwinie znowu coś wypadło… – Zawahała się, widząc minę Tadeusza.
– To bardzo dobry pomysł. Proszę poczekać, wezmę długopis i kartkę. Na wszelki wypadek. – Mrugnął do niej.
Odetchnęła.
– Proszę się nie krępować. Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, w miarę możliwości pomogę. Mieszkam w pobliżu. Dziękuję za gościnę. – Poprawiła szalik i wyszła na klatkę schodową. – Dobranoc.
– Do zobaczenia! – Przekroczył za nią próg i poczekał, aż zniknie mu z oczu. Dopiero wtedy usłyszała dźwięk zamykanych drzwi i przekręcanego klucza.
Na dworze panowały ziąb i cisza, od której włosy stawały dęba. Na niebie nie zauważyła żadnej gwiazdy. Tylko martwe światła mijanych latarni. Do domu wracała zmęczona, ale w wyjątkowo dobrym nastroju.
Nie mogąc zasnąć, przewracał się z boku na bok. Kołdra zamiast utulić do snu, zdawała się go dusić. Z pokoju obok dochodziło irytujące tykanie zegara. Za oknem zerwał się wiatr i z furią napierał na stare ramy okienne. Wysłużone drewno trzeszczało ostrzegawczo. Dobrze, że Malwina w lecie załatwiła fachowca, który je uszczelnił. Teraz w mieszkaniu panowała komfortowa temperatura.
Zirytowany przedłużającą się bezsennością wstał. Narzucił na siebie szlafrok frotté, kupiony jeszcze przez żonę, i wsunął stopy w kapcie. Po ciemku przesuwał ręką po ścianie, żeby się nie potknąć, aż trafił do kuchni. Tam zapalił światło, wstawił wodę i przygotował kubek rumianku.
Miał wyrzuty sumienia, że nie zadzwonił do Malwiny, ale po wyjściu czarującego gościa i umyciu naczyń uznał, że zrobiło się zbyt późno. Postanowił, że odezwie się z samego rana. Od dawna niczego nie planował, ale teraz rzeczy do zrobienia pojawiały się jedna po drugiej.
Owszem. Powinien się pilnować. Nie wychodzić z domu bez absolutnej konieczności. Z drugiej strony, czy w ten właśnie sposób nie grzebie się za życia? Nie może wiecznie wszystkiego się bać. W ciągu ostatnich tygodni niemal czekał na śmierć. Pogodził się z rychłym końcem, wbrew temu, co mówił lekarz. A ten chwalił jego kondycję. Wyniki miał nadal dobre, jak na swój wiek. Mógł jeszcze wiele zrobić, a przynajmniej postarać się odnaleźć iskierkę radości w monotonnej rutynie. Jak Ola. Mimo choroby do końca zachowała pogodę ducha. Mówiła, że nie boi się śmierci, tylko tego, jak on i dzieci poradzą sobie bez jej opieki.
Niepokorne myśli zawędrowały w mroczne rejony. Ostatnie wspólne momenty były naznaczone niewyobrażalnym cierpieniem, a jednak gdy wracała jej świadomość i dostrzegała go tuż obok, uśmiechała się. Nosił jej ostatni uśmiech w sercu jak najcenniejszy skarb. Teraz znów pojawił się pod zamkniętymi powiekami. Zacisnął je mocno, próbując zatrzymać napływające łzy.
Wstał, otrząsnął się, zaświecił światła i przeszedł się po mieszkaniu. Nie chciał do tego wracać. Wolał wspomnienia pełne radości i beztroski. Zaznali sporo szczęścia. Pewnie więcej niż niejedna osoba na ziemi. Doceniał i dziękował za każdą chwilę z wyjątkową kobietą, która postanowiła właśnie jego obdarzyć szczerym, czystym i silnym uczuciem. Nie wiedział, czym sobie zasłużył na wyróżnienie, ale robił wszystko, aby nigdy nie pożałowała swojego wyboru. Sekret udanego związku. Gdy dwie osoby się starają, musi się udać. Spędzili razem wiele lat. I nadal nie pogodził się z jej odejściem.
Jednak tej nocy nie mógł spać nie tyle z tęsknoty, co z dziwnego podekscytowania. Niewielka odmiana w rutynie zaowocowała nienaturalnym pobudzeniem podszytym radosnym oczekiwaniem. Dawno nie przyjmował gości. Bo chociaż Urszula, młoda dziewczyna, która poświęciła mu swoje popołudnie, przyszła z polecenia Malwiny, to wcale nie potraktowała go jako sprawy do załatwienia. Miła odskocznia przyniosła dawno niespotykaną chęć do działania. Wreszcie czegoś zapragnął.
Może to była brawura, ale postanowił wyjść do sklepu. Po bułki. Jeszcze ciepłe, aromatyczne, z chrupiącą skórką. Wystarczyło poczekać na otwarcie pobliskiej piekarni. Niestety, kolejne minuty mijały leniwie, jakby robiły mu na złość, a wskazówki zegara drwiły sobie z zachcianki starego człowieka.
Wrócił do kuchni i usiadł na taborecie. Włączył radio stojące na stole. Przyjemne dźwięki pianina otuliły go kojącym spokojem. Westchnął głęboko i upił łyk ziołowego naparu. Po zakończeniu audycji kontrolnie spojrzał na zegarek. Wreszcie! Wskazywał upragnioną piątą.
Szykował się jak na eleganckie wyjście, a nie na zwykłe zakupy. Ogolił się, przeczesał wąsy i rzadkie, białe włosy. Spryskał się wodą kolońską. Wyczyścił okulary. Starannie wybrał strój, pamiętając o niskiej temperaturze. Sztruksowe brązowe spodnie, koszula w drobną kratkę i kamizelka dziergana na drutach przez żonę.
Kwadrans przed szóstą wyszedł, podpierając się laską. Ostrożnie stawiał kroki i rozglądał się ciekawie po uśpionej okolicy. Zwały brudnego śniegu zalegały po kątach podwórza. Mroźne powietrze zatkało go po wyjściu na dwór, ale to trwało chwilę. Gdy dotarł na ulicę, zaczął odczuwać radość ze spaceru.
– Panie Tadeuszu, panie Tadeuszu! Jak dawno pana nie widziałam. Dzień dobry! – Dogoniła go sąsiadka.
– A dzień dobry, pani Laskowska. Chociaż mam ochotę powiedzieć dobry wieczór. – Wskazał na wciąż czarne niebo.
– Co się z panem działo? Wyjechał pan?
– Ależ nie. Po prostu zima. – Wzruszył ramionami, nie wdając się w szczegóły.
– A zdrowie dopisuje? – Zrównała się z nim i ruszyli w zgodnym tempie pustym chodnikiem. Para unosiła się z ust, a piasek, którym posypano płyty, chrzęścił pod stopami.
– Oczywiście, że tak. U mnie wszystko w porządku. A jak się miewa szanowna pani? – Jedną rękę położył sobie na plecach, a drugą oparł na lasce. Szedł dostojnie, wyprostowany, pilnując, by nie wybiec przed swoją towarzyszkę.
To dzięki Leokadii Laskowskiej trafił na Malwinę. Kiedyś sąsiadka korzystała z jej pomocy. Gdy wyjeżdżała na wiosnę i lato do domu pod miastem, to właśnie Malwina doglądała jej mieszkania. Poza tym Leokadia świetnie sobie radziła. Nic dziwnego, była co najmniej dekadę młodsza od Tadeusza.
– Bardzo dobrze, wypoczęłam jesienią – odpowiedziała.
– Kiedy pani wróciła?
– Och, już dawno, ale byłam na kilku wycieczkach. Teraz nigdzie się nie ruszam. Pora pomyśleć o Bożym Narodzeniu. Wnuki mnie odwiedzą. To już spore łobuziaki, takie słodkie i kochane.
– Na pewno będą zachwycone pobytem u pani.
– A dokąd się pan wybiera o tak wczesnej porze?
Zatrzymali się na światłach. Nic nie jechało, ale cierpliwie czekali na zielone.
Do miasta niespiesznie wracało życie. Z zakrętu wyłoniła się śmieciarka, a na wprost stanął młody chłopak z pieskiem. Ziewał bez skrępowania i kulił się w obszernej kurtce zniekształcającej sylwetkę. Jego pupil wyglądał na równie niechętnego spacerowi.
– Do piekarni. Lubię ciepłe pieczywo.
– Naprawdę? Cóż za zbieg okoliczności! – Odruchowo wsunęła mu rękę pod ramię. – Będzie nam cieplej.
Zesztywniał, ale dobre wychowanie nie pozwoliło mu na odsunięcie się. Pokornie przełożył laskę do drugiej ręki.
Lubił Leokadię, choć nie znali się zbyt dobrze. Do kamienicy wprowadziła się po śmierci Oli, ale mało bywała w domu. Miała siłę, chęć i środki na realizację pasji podróżniczej. Niespokojny duch, tak ją nazywał Tadeusz. Była jednak bardzo serdeczna, może odrobinę zbyt żywiołowa jak na jego gust.
Zerknął na swą towarzyszkę. Sięgała mu ledwie do ramienia. Dopiero teraz dostrzegł, że drżała z zimna. Przestał mieć obiekcje przed zbytnią bliskością. Widocznie śliwkowy, przylegający do ciała płaszcz nie dawał wystarczającego ciepła. Mimo kanarkowego szalika i beretu jej usta przybrały siny kolor. Poza tym czuł się pewnie, mając jeszcze jedno podparcie.
– Jesteśmy. – Otworzył drzwi, przepuścił sąsiadkę i weszli do zaparowanego pomieszczenia przepełnionego zapachami, od których ślinka ciekła.
Rzut oka na półki obudził w nim wilczy apetyt. Obfitość smakołyków oszołomiła mężczyznę.
Leokadia bardzo dobrze wiedziała, czego chce, i szybko załatwiła sprawunki, za to Tadeusz chwilę walczył ze sobą. W końcu wyszedł z torbą wypełnioną chałką, bagietką, chlebem razowym i kawałkiem ciasta z owocami. Dopiero na zewnątrz zdał sobie sprawę, że może nie być w stanie zjeść tego wszystkiego. Zakłopotany potarł nos. Od mrozu stracił w nim czucie.
– Wracamy czy ma pani jeszcze coś do załatwienia?
– Nie, na dzisiaj wystarczy tych spacerów. Jest za zimno! – Zabawnie tupnęła nogą obutą w zgrabny kozak na niewielkim obcasie. – Jaka szkoda, że jeszcze zamknięte. – Wskazała na mijaną przez nich kawiarnię. – Kawa smakuje lepiej wśród ludzi.
– W takim razie zapraszam do mnie – wyrwał się, nim przemyślał propozycję. – Kawa i chałka, co pani na to?
– Naprawdę? Z ogromną przyjemnością.
Gdy zgodziła się tak błyskawicznie, zaczął wątpić, czy nie tego właśnie od niego oczekiwała.
Co się ze mną dzieje? – zapytał się w myślach zdezorientowany. Nie dalej jak wczoraj musiał walczyć ze sobą, żeby wstać z łóżka, a teraz będzie jadł śniadanie z kobietą, którą ledwie znał. W porządku, to tylko sąsiedzka uprzejmość, rozgrzeszył się. Dwoje samotnych ludzi zje wspólnie posiłek. Powinienem się cieszyć z nadarzającej się okazji do drobnej zmiany. Dyskutował sam ze sobą, aż uznał, że niegrzecznie tak długo milczeć.
– Nigdy pani nie podziękowałem za namiary na Malwinę.
– Och, nie ma za co. Mam nadzieję, że oboje jesteście zadowoleni ze współpracy.
– Nawet więcej. Bardzo mi pomaga, troszczy się o mnie, przywiązałem się do niej.
– To świetnie. Bardzo się cieszę. A jakie ma pan plany na święta?
– Nic specjalnego. – Speszył się. Nie lubił mówić o tym, jak bardzo doskwiera mu samotność. Nadchodzące Boże Narodzenie jawiło mu się niczym koszmar.
– Jeśli będzie pan miał ochotę, zapraszam do mnie. Miejsce się znajdzie.
– Ależ nie, nie śmiałbym. Przecież będzie u pani rodzina.
– I co z tego? Zapraszam. Wręcz będę zachwycona, mogąc pana gościć! – wykrzyknęła, coraz bardziej się do niego przytulając. – A tak poza tym, proszę mówić mi po imieniu.
– Dobrze, Leokadio. – Zatrzymał się przed bramą do podwórka ich kamienicy. Wyciągnęła dłoń, a on ją cmoknął, dodawszy: – Tadek.
– No to formalności mamy za sobą, a teraz czas na coś rozgrzewającego, nim odmrożę sobie wszystkie wystające części ciała na amen.
Przecięła podwórko truchtem, już na niego nie czekając. Pokręcił głową z niedowierzaniem, że też w jej wieku można być taką trzpiotką. Bądź co bądź, uroczą i niezwykle mu przychylną. Mile połechtany godnie pomaszerował jej śladem.
Wróciła do domu wykończona, ale zadowolona. Zamiast rzucić się w wir obowiązków, wykąpała się, włożyła miękki dres i przeszukała lodówkę. Zawsze miała paczkę pierogów na wypadek, gdyby nie chciało się jej stać przy kuchni. Ugotowała solidną porcję, zjadła w towarzystwie bohaterów ulubionej ostatnio koreańskiej dramy i dopiero po obiadokolacji zadzwoniła do Malwiny. Niestety koleżanka nie miała dobrych wieści. Mama wymagała opieki, więc została zmuszona do pozostawienia swoich spraw i przedłużenia pobytu. Musiała przeorganizować najbliższe tygodnie. Rozchmurzyła się, gdy usłyszała relację ze spotkania Uli i Tadeusza, ale tylko na moment. Zduszonym głosem po raz kolejny poprosiła o pomoc.
– On ciebie już zna. Proszę, odwiedź go, jak będziesz miała chwilkę. Zapytaj, czy czegoś nie potrzebuje. Wrócę, gdy tylko będzie to możliwe. Bardzo cię przepraszam, że przed świętami obarczam cię dodatkowym obowiązkiem, ale nie mam sumienia zostawiać go samego, a nie mam kogo innego poprosić o pomoc – tłumaczyła się zatroskana.
– Daj spokój. Spotkanie było czystą przyjemnością. To tylko kilka minut drogi od mojego bloku. Pewnie, że go odwiedzę, może jutro albo pojutrze?
– Jestem twoją dłużniczką.
– Obiecał, że do ciebie zadzwoni.
– Nadal tego nie zrobił. Tylko dzięki tobie nie muszę się o niego martwić. Wiem, że mnie usprawiedliwiłaś i ma leki. To najważniejsze.
– A co, jeśli nie może się dodzwonić, bo wisimy na telefonie od dobrych czterdziestu pięciu minut? – Ula zażartowała, żeby rozładować atmosferę.
– Masz rację, wracam do mamy. Muszę zmierzyć jej gorączkę.
– Na pewno wszystko będzie dobrze. Jesteś obok niej, trzymasz rękę na pulsie. Dam ci znać, jak znowu zajrzę do pana Tadeusza.
– Jasne. Raz jeszcze dziękuję.
– Spokojnej nocy! – zakończyła lekkim tonem i opadła na kanapę.
Wyciszony telewizor mrugał do niej reklamami. Oparła stopy o puf i naciągnęła na siebie koc. Postanowiła, że nazajutrz po pracy zajrzy do starszego pana. Wiedziała, że jej krótka wizyta sprawiła mu przyjemność, a i ona miło spędziła czas.
Westchnęła, przyłożyła głowę do poduszki i złapała za pilota. Brudna bielizna czekała w koszu na pranie, kurze kryły się po kątach, lodówka straszyła pustkami. Podparła policzek dłonią i pozbawiona reszty sił przełączała bezmyślnie kanały, udając, że wcale nie musi wstać i zająć się niewdzięczną pracą, której nikt za nią nie wykona, nie podziękuje, nie zapłaci…
Przymknęła klejące się oczy.
Dźwięk dzwonka poderwał ją na równe nogi. Musiała się przytrzymać stołu, bo zakręciło się jej w głowie. Odczekała kilka sekund i z mocno bijącym sercem i jak najgorszymi przeczuciami poszła otworzyć. Albo się paliło, albo kogoś zamordowali.
– Ciocia!!! – Dwójka małych chłopców przecisnęła się obok niej i bez ściągania butów i kurtek wparowała do pokoju, zostawiając ślady piasku i resztek roztapiającego się śniegu.
– Karol! Co ty tutaj robisz? – Nadstawiła policzek.
Do przedpokoju wszedł wysoki brunet.
– Byliśmy w kinie, a potem na kolacji w restauracji blisko ciebie. Mam ich odwieźć dopiero jutro, wpadłem na pomysł, że skradnę pół godziny i się z tobą zobaczę.
Niepokojące dźwięki dochodzące z głębi mieszkania nie pozwoliły szczerze ucieszyć się z niespodzianki.
– Jak miło – powiedziała cicho.
Przelotnie zerknęła do lustra powieszonego nad półką z butami. Włosy w nieładzie, zaczerwienione powieki i odgniecenie od poduszki na pół twarzy. Super.
– Szkoda, że nie uprzedziłeś. Jestem zupełnie nieprzygotowana.
– A co tu szykować? Zobacz, chłopcy już się porządzili.
Dwójka kilkulatków siedziała na kanapie i wyrywała sobie pilota.
– Tata, pić! – krzyknął Piotruś i przez nieuwagę stracił zdobycz.
– Ciocia, masz chipsy? – poprosił przymilnie mały diabełek, Krzysiu. Chociaż się uśmiechał, to w jego oczach czaiło się ostrzeżenie.
– Nie, kochanie, ciocia nic nie ma. Bardzo mi przykro. – Ula bezradnie rozłożyła ręce.
– A chociaż sok? – Karol stanął za jej plecami. Nie zwracając uwagi na rozbrykanych synów, objął ją w pasie i wtulił nos w kark.
– Daj mi minutkę. – Uwolniła się od niechcianej czułości i umknęła do kuchni.
Niewielkie mieszkanie zdawało się jeszcze bardziej skurczyć. Uchyliła okno, licząc, że zimny powiew powietrza nie dotrze za szybko do pokoju i nie spowoduje gwałtownych protestów małoletnich gości.
Dokładnie przejrzała wszystkie szafki i jedyne, co znalazła, to pieczywo chrupkie i resztę dżemu. Kupiła go specjalnie na popołudnie z chłopcami jakiś czas temu. Miała spędzić romantyczne chwile z Karolem, ale okazało się, że nagle coś mu wypadło w pracy. Zaoferowała pomoc, co skończyło się wyjściem do sklepu, wspólnym smażeniem naleśników na kolację, a następnie nocowaniem rodzeństwa. Nadal się zastanawiała, co na to była żona Karola. A może przekupił brzdąców i nawet o tym nie wiedziała?
– Nie mogłeś zadzwonić? – odezwała się z wyrzutem, gdy dołączył do niej.
Nie spodziewała się gości i szczerze mówiąc, nie miała na nich ochoty. Tym bardziej że mieli się spotkać w miniony weekend, ale z jakiegoś powodu odwołał umówione wcześniej plany.
– Chłopcy zmarzli, a byliśmy blisko… – Uniósł brwi i wsunął ręce w kieszenie spodni. Czasami sam zachowywał się jak mały chłopiec, mimo czterdziestu pięciu lat. Niefrasobliwość wraz z naturalnym męskim urokiem, od którego wielu kobietom miękły kolana, tworzyły mieszankę wybuchową. Ula też nie pozostała obojętna, chociaż coraz częściej żałowała, że wdała się w dziwną i uciążliwą relację. Nie wiedziała, czego teraz oczekiwał.
Przygotowała herbatę owocową, sowicie osłodziła ją miodem. Zamierzała zanieść dzbanek i kubki do pokoju, z nadzieją, że zastąpi chłopcom sok, którego nie posiadała. Dołożyła kilka kromek pieczywa posmarowanego dżemem.
– Poczekaj. – Przytrzymał ją za łokieć.
– Niech chociaż wypiją coś ciepłego.
– Nic im nie będzie. – Odebrał od niej naczynia i odstawił z powrotem na blat przy zlewie. – Jesteś na mnie zła? – Zbliżył się niebezpiecznie blisko, burząc mur niechęci chroniący Ulę przed kolejnym rozczarowaniem.
Pachniał obłędnie i patrzył na nią tak intensywnie, że zadrżała w środku. Zauważył, bo palcem przeciągnął po policzku.
– Przestań – syknęła poirytowana niestosownością jego zachowania i reakcją swojego ciała. Łaskotanie w dole brzucha przybrało na sile, gdy położył dłoń na jej talii, a następnie przesunął po biodrze aż na pośladek i ścisnął. Ustami zawędrował w okolicę szyi. – Przestań – powtórzyła chrapliwie. – Nie jesteśmy sami. – Odsunęła się na bezpieczną odległość i poprawiła bluzę. Jej odmowa nie zrobiła wrażenia na Karolu. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej rozochocony znowu się zbliżył i wyszeptał, omiatając ją gorącym oddechem: – Chodźmy do sypialni. Niczego nie zauważą. Pewnie znaleźli coś ciekawego w telewizji albo bawią się telefonami.
– Jesteś niemożliwy. Nie interesuje cię, co robią? Może właśnie trafili na jakiś koszmarnie głupi program dla dorosłych.
Gwałtownie skręciła i wyparowała z kuchni. Usiadła między chłopcami i oznajmiła:
– Tata już niesie picie i coś słodkiego.
– Super. Jestem głodny! Tata kazał nam jeść zupę krem i rybę. Fuj! Z warzywami… bleeee!
– Sam to wybrałeś, Piotruś. – Do pokoju wszedł Karol. Nie wyglądał na urażonego odtrąceniem i Ula odetchnęła z ulgą.
– Jak chcecie, możemy zamówić pizzę. Szczerze mówiąc, też nie jadłam porządnej kolacji – rzuciła porozumiewawcze spojrzenie Karolowi.
– Dobrze, już dobrze. Poddaję się. Zjemy bardzo niezdrowy posiłek, a potem wasza mama urwie mi głowę. – Karol przysunął krzesło do kanapy, rozsiadł się wygodnie i wyjął komórkę, żeby skorzystać z aplikacji oferującej dowóz jedzenia. – Kto z czym chce?
Posypały się zamówienia. Bez ładu i składu, zmieniane co rusz.
Ula postawiła bliżej talerz z przekąskami. Z doświadczenia wiedziała, że kurier szybko się nie zjawi, a głodni chłopcy byli w stanie roznieść w drobny pył jej mieszkanie kupione na kredyt.
– To co? Wy sobie pooglądacie bajki, a my z ciocią porozmawiamy, dobrze? – Karol z powrotem schował telefon.
– Tato, ale to moja kolej na rządzenie telewizorem. – Naburmuszony Piotruś rzucił się na kanapie i mocno uderzył pięściami w poduszkę i wymiętolony koc.
– Jeśli będziecie cicho i grzecznie oglądać, dostaniecie po pięćdziesiąt złotych na głowę. – Karol uniósł palec wskazujący i groźnie popatrzył na synów. – I ja decyduję, co będziecie oglądać. Proszę bardzo… – Chwilę przełączał kanały. – Naga broń. Klasyka. – Zadowolony z siebie schował pilota na najwyższej półce regału, poza zasięgiem dzieci. Nakazał ciszę, a potem złapał Ulę za łokieć i nakłonił, by wyszła z pokoju.
– Co ty wyprawiasz?
– Zorganizowałem kilka chwil spokoju, tylko dla nas. – Zamknął drzwi mikroskopijnej sypialni i rzucił się na łóżku. Poklepał miejsce obok siebie i mrugnął do niej łobuzersko. – No, Ula, nie bądź taka. Stęskniłem się za tobą. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Nie mając wyboru, przysiadła na brzegu zaścielonego materaca.
– Ja też za tobą tęsknię – przyznała niechętnie.
– To dlaczego tak się boczysz?
– Bo za drzwiami siedzą dwie bomby gotowe wybuchnąć w każdym momencie. Poza tym miałam długi, intensywny dzień i nie spodziewałam się waszej wizyty. – Postanowiła mu niczego nie ułatwiać. Naprawdę nie czuła się w nastroju na czułości.
– Przesadzasz. Wymęczyłem ich i będą już spokojni. – Na potwierdzenie jego słów głośno rozbrzmiał śmiech dzieciaków. Widocznie film wybrany przez ojca przypadł im do gustu. – Mamy około pół godziny, nim przyjedzie pizza. – Dotknął jej uda, następnie dźwignął się i energicznym ruchem zagarnął ją bliżej siebie.
W każdym jego geście uwidaczniało się zdecydowanie. Ten mężczyzna nie nawykł do odmów i potrafił posługiwać się bardzo niebezpieczną bronią. Czytał Ulę z łatwością. Znał jej każdy słaby punkt. Wystarczyło kilka pieszczot i miękła, stawała się bezbronna i uległa, gotowa spełnić każde jego życzenie.
Nim się obejrzała, leżała bez bluzy, a Karol zębami ściągał z niej oporne spodnie. Warczał przy tym jak dziki zwierz. Sam zdążył pozbyć się wszystkiego oprócz skarpetek i slipów. Temperatura znacznie się podniosła, a zmęczenie rozwiało się bez śladu, ustępując miejsca narastającemu podnieceniu.
Nagle drzwi się otworzyły, a do pokoju wpadł rozemocjonowany Krzyś.
– Tato, tato! Piotrusiowi leci krew z nosa.
Ula złapała za kapę, na której leżała wraz z Karolem, i pociągnęła ze wszystkich sił, co skończyło się bolesnym upadkiem mężczyzny prosto na podłogę.
– Jasna cholera! – zaklął. Amant ustąpił miejsca zatroskanemu ojcu. Pobiegł ze starszym synem do pokoju.
Zażenowana Ula, zakryta po nos kocem, marzyła tylko o jednym. Żeby cofnąć czas i nigdy nie poznać Karola.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
TADEUSZ
URSZULA
TADEUSZ
URSZULA
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Początek
