Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Święta do poprawki" to satyra na polską rzeczywistość polityczną i medialną, w której prezydent jedną, niefrasobliwą decyzją wkurza wszystkich obywateli od prawa do lewa i rozpętuje polityczno-społeczną burzę, jakiej kraj dotąd nie widział.
Za sprawą szalonego pomysłu głowy państwa cnotliwa nauczycielka, niespełniony scenarzysta, harda urzędniczka, chciwy biznesmen, listonoszka z przeszłością i nieszczęśliwie zakochany maturzysta zostają wciągnięci w wir absurdalnych wydarzeń, które na kilka tygodni przed świętami wywracają ich codzienność do góry nogami.
Pogodowe anomalie, porwanie, handel ziołem, telewizyjny show, katolickie liceum pod wodzą nieco zbzikowanych zakonnic, a w końcu także tytułowe święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne – to wszystko i wiele więcej znajdziecie w tej opowieści.
Wejdź na ksiazkanaswieta.pl - przeczytaj więcej o powieści i jej bohaterach. Posłuchaj książkowej playlisty i zobacz opinie tych, którzy już czytali.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 339
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Michał Kaczor
Święta do poprawki
polityczno-świąteczna opowieść ucieszna
Warszawa 2024
Copyright © Michał Kaczor, 2024
Okładka
koncepcja i generowanie grafik | Michał Kaczor
przygotowanie do druku | Gabriel Wyględacz
Redakcja
Ewelina Plewa
Korekta
Alicja Matyjas
Projekt typograficzny i łamanie
Gabriel Wyględacz Studio Akapit
ISBN
EPUB | 978-83-941186-1-1
Mobi | 978-83-941186-2-4
Warszawa 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Publikacja przeznaczona do użytku przez jej nabywcę,
nie może być przedmiotem odsprzedaży, powielania
lub rozpowszechniania bez zgody autora.
Prawa autorskie do niniejszej powieści należą do autora.
Prosimy nie udostępniać fragmentów
bez odniesienia do książki oraz nie zmieniać ich treści.
Mojej mamie, która książki kochała tak bardzo, że w młodości przeczytała podobno cały księgozbiór szkolnej biblioteki.
Mojemu tacie, po którym odziedziczyłem, ujmijmy to literacko, skłonność do krotochwili.
Tej zimy pogoda była dla Polaków wyjątkowo wredna. Najpierw za nic miała swe odwieczne prawo natury, że jak jest zima, to musi być zimno. I tak, w Wigilię nawet suwalskie termometry wskazywały osiemnaście stopni na plusie, nie mówiąc już o temperaturach na południu kraju, którego mieszkańcy mogliby zasiąść do karpia w plażowych szortach. O białych świętach można więc było co najwyżej pośpiewać, bo już nawet nie pomarzyć. Zaraz potem ferie – na złość góralom i spragnionym białego szaleństwa ceprom – też okazały się ciepłe niczym serce gaździny na widok dutków zostawianych przez turystów. Za to, gdy tylko przerwa międzysemestralna dobiegła końca, kraj jak długi i szeroki przysypał śnieg, paraliżując – do spółki z siarczystym mrozem – komunikację, gospodarkę i w ogóle wszystko, co tylko się dało. I tak zima zaskoczyła nie tylko drogowców. Pociechy nie dostarczały też prognozy synoptyków – wyjątkowa zima miała szaleć na Starym Kontynencie nawet w wypadającą tego roku późno, bo pod koniec kwietnia, Wielkanoc. Czym chłodniej było w mieszkaniach, szkołach czy zakładach pracy, tym goręcej robiło się w świecie polityki. Co prawda tylko najwięksi entuzjaści spiskowej teorii dziejów podejrzewali władzę o sterowanie pogodą i celowe wymrażanie społeczeństwa, ale uginającemu się pod ciężarem różnych problemów rządowi mróz i śnieg bynajmniej nie ułatwiały życia.
Ani pogodowe anomalie, ani polityczne perturbacje nie dostarczały zmartwień trzydziestopięcioletniemu Filipowi Grabskiemu, którego głównym wrogiem i ciemiężycielem niezmiennie pozostawał bank i łącząca go z nim hipoteka. Ba, całe to zamieszanie było Filipowi wręcz na rękę. Przecież telewizja uwielbia emocje, a to właśnie w tej branży Filip od lat próbował związać koniec z końcem, pracując jako główny scenarzysta najpopularniejszego w kraju rozrywkowego talk-show. Bieżący galimatias pogodowo-polityczny był w programie stałym tematem żartów, a czasem wręcz niewybrednych kpin.Rich Show emitowano na żywo z udziałem publiczności w każdy czwartek. Podczas nagrań Filip zaszywał się w garderobie, gdzie w skupieniu podglądał obraz ze studia, kontrolując, jak też jego żarty sprawdzają się na ekranie. Miejsce to było dla niego poniekąd zsyłką – wolałby śledzić wszystko z reżyserki i na bieżąco podpowiadać prowadzącemu kolejne błyskotliwe wstawki, jednak po kilku spektakularnych wtopach dostał od kolegów z produkcji zakaz takiego pomagania.
Prowadzącym i zarazem gwiazdą programu był Richard. Co prawda lata temu zarejestrowany został w urzędzie stanu cywilnego jako Ryszard Kiszka, jednak to plebejskie imię nie było w stanie pomieścić jego ego, a co dopiero mówić o nazwisku, toteż znany był wszem wobec jako Richard właśnie. Jego prawdziwe personalia zaś służyły nie tyle gwiazdorowi, co innym do wyprowadzania go z równowagi. Jak pozwalał sobie czasem żartować do kolegów Filip, cechą charakterystyczną Richarda było to, że spośród wszystkich istot żywych tego globu, od Alaski po Australię, najbardziej kochał siebie. O ile w ogóle żywił wyższe uczucia do kogokolwiek innego. Jego wiek owiany był tajemnicą, a więc naturalnie stanowił w show-biznesie przedmiot plotek. Konsensus społeczny wskazywał na około lat czterdzieści, co było bliskie prawdy. Richard dysponował całkiem przystojną twarzą, która zapewne ułatwiła mu zrobienie kariery. Podobny był tu zresztą do Filipa – łączyły ich niebieskie oczy, blond włosy i słaby zarost. Kilka razy zostali nawet pomyleni lub wzięci za braci. Takie sytuacje Richard przeżywał akurat okropnie, gdyż sam urody swego scenarzysty zupełnie nie poważał. Obu panów łączyła też sylwetka – średni wzrost i szczupłe ciała, równo nieskalane pracą fizyczną czy siłownią. Różnił ich natomiast styl. Richard był ekstrawagancki. Filip zaś nosił się skromnie, stosownie zresztą do zamożności, a raczej jej braku. Czy to dzięki urodzie, aurze, czy po prostu medialnej sławie, Richard cieszył się przez całe lata uwielbieniem kobiet, a plotki o jego licznych romansach jeszcze do niedawna regularnie rozpalały brukowce. Wszystko to do czasu, gdy kilka miesięcy wcześniej showman zdecydował się na coming out. Od tego też momentu nieodłącznym elementem jego wizerunku stały się tęczowa peruka i cekinowe stylizacje, przez wielu uważane za bezguście.
Szóstego marca, dzień po inaugurującej Wielki Post Środzie Popielcowej, Filip jak co czwartek z notatnikiem w ręku doglądał z garderoby realizacji programu. Gościem Richarda była tym razem młodziutka piosenkarka Sandra. Drobna, blondwłosa piękność z wyuczoną nonszalancją w głosie i ruchach. Obiekt westchnień nastolatków i młodych dorosłych. Zaledwie dziewiętnastoletnia, a już z dwoma hitami na koncie. Właśnie promowała trzeci. Popularność gwiazdy dalece wyprzedzała jej intelekt, co jednak w show-biznesie nie było przypadkiem ani dziwnym, ani rzadkim. Każda taka sytuacja stanowiła natomiast wyzwanie dla ekipy przygotowującej show. Decydenci musieli dokonać strategicznego wyboru – ośmieszyć taką istotę na wizji, narażając się jej fanom i promotorom, czy raczej grzecznie włączyć się w promocję nowego medialnego odkrycia? Nie sposób było przewidzieć, kiedy wariant numer jeden, czyli ostra jazda bez trzymanki, zażre tak, że po wszystkim nawet sponiewierany celebryta będzie zachwycony i wdzięczny, zgodnie z zasadą, że nieważne jak mówią, byle mówili. Tym razem, po uzgodnieniu z managerem gwiazdy, Filip zaplanował, że prowadzący nie będzie grzeczny.
Studio telewizyjne. Scenografia skromna, choć jak wszystko w Rich Show z pewnością nietania – dwie wygodne kanapy i stolik. No i oczywiście publiczność. U Richarda pełen luz – leżał na sofie, jakby był u siebie w domu. Spod peruki i okularów na pół twarzy niewiele go było zresztą widać. Gorzej miała Sandra. Zwykle wyszczekana, teraz siedziała wbita w kąt kanapy, zestresowana tak, że aż budząca współczucie. Niby próbowała walczyć, odgryzać się prowadzącemu, ale była bez szans.
Nagle na ścianie za kanapami pojawiło się zdjęcie uśmiechniętego pięćdziesięciolatka w garniturze. Jegomość był najwyraźniej powszechnie znany, bo publiczność spontanicznie zareagowała na jego widok. Od śmiechów po buczenie i gwizdy.
– Znacie się już? – Richard wskazał zdenerwowanej Sandrze wyświetloną za plecami postać.
– Yyy, nie. Chyba…
– No jak to!? Jeszcze cię nie zaprosił na herbatkę? Żadnych wspólnych imprez, ścianek? – Sandra wydawała się zagubiona. – Nic? A może kumplujesz się z jego synem? Jest jakoś w twoim wieku!
– Starszy! – krzyknął ktoś z publiczności.
– No dobra, starszy! – powtórzył prowadzący, po czym odebrał wiadomość z reżyserki. – Eee, dużo starszy. Dwadzieścia siedem lat. Prawie tyle co ja!
Publiczność zawyła. Richard, podnosząc ręce, dodatkowo mobilizował zebranych do aplauzu. Piosenkarce jednak zupełnie nie było do śmiechu.
– A, właśnie. To może o tym pogadamy. Lubisz starszych? Bo jakby co, to wiesz, nasze garderoby są obok! – rzekł pobudzony jeszcze bardziej niż zwykle i puścił do swojej rozmówczyni oczko.
– Przecież ty… – wypaliła Sandra. – Jesteś… no wiesz.
Widownia zaczęła buczeć, a na twarzy prowadzącego zagościła irytacja. Po krótkiej chwili jednak Richard poskromił grymas, uśmiechnął się szeroko i uciszył publiczność gestem dłoni.
– Ach tak! Wybacz, przy tobie prawie o tym zapomniałem. Dobra, wróćmy do niego. – Znowu wskazał na postać z ekranu. – Czyli się nie poznaliście. No, ale na pewno masz o nim jakieś zdanie. Celebryci znają się na wszystkim. Zobacz: naród czeka na twój głos!
Publiczność zaczęła skandować: „Sandra, Sandra”.
– Ale że mam coś zaśpiewać?
– A, czekaj! Ty nie wiesz kto to jest!?
– No skądś go kojarzę! Jakiś aktor?
Publiczność wybuchła śmiechem.
– Kojarzy! No dobra, pójdźmy w to, jak obstawiasz: Klan czy M jak miłość?
– Weź, moja prababcia ogląda Klan!
– Moja też. Dziecko, posłuchaj: to jest prezydent tego kraju. Przynajmniej na ten moment. Zobaczymy jak długo jeszcze. – W studiu rozległo się buczenie. – Tak, można buczeć, śmiało.
– A skąd ja mam wiedzieć, że to prezydent! – Sandra skrzyżowała ręce na piersiach i westchnęła z teatralnym oburzeniem, znowu rozbawiając publiczność. – Mieliśmy rozmawiać o mojej nowej płycie, a ty mi jakiegoś gościa w garniturze pokazujesz. Wiesz co!
– Czekaj, zaraz dojdziemy do płyty. Do tego zmierzam. Bo mieliśmy tutaj taki szalony pomysł, żebyś zaśpiewała dla prezydenta. Wiesz, jak kiedyś Marilyn Monroe… Tak od serca. Ale Marilyn to kojarzysz, coś ci to mówi?
– Uwielbiam ją! – Sandra uśmiechnęła się, jakby wreszcie poczuła, że rozmowa wraca na właściwe tory. – Taka aktorka… ona grała w tym, no Diabeł ubiera się u Prady!
– A, to Meryl Streep!
Publiczność zarechotała.
– No właśnie, Merlin Streep – wypaliła Sandra, wywołując u wszystkich obecnych w studiu spazmy śmiechu. Richard potrzebował dobrych dwóch minut, żeby dojść do siebie. Operatorzy kamer również. W tym czasie prowadzący podał Sandrze kartkę z tekstem piosenki, o której zaśpiewanie chciał ją poprosić. Dziewczyna spojrzała na tekst i zachichotała pod nosem.
– To na melodię twojej nowej nuty Zaklęty. Dasz radę? – zapytał Richard, gdy w końcu odzyskał oddech.
Publiczność ponownie zaczęła skandować imię piosenkarki. Dziewczyna była już bliska podjęcia rękawicy, jednak trwający mniej niż sekundę kontakt wzrokowy z managerem siedzącym pośród widowni szybko zmienił jej nastawienie:
– Nie! Mogę zaśpiewać oryginalną wersję. Chcecie?
– Nuda! – stęknął Richard, ale został zakrzyczany przez widownię.
Sandra wstała i zaczęła śpiewać kolejną piosenkę o wielkiej miłości. Z głośników poleciała melodia, a publiczność klaskała do rytmu.
Obserwujący program z garderoby Filip żałował, że Zaklęty nie wybrzmiał z jego tekstem, który uważał za znacznie lepszy od miałkiego oryginału. Równocześnie już kombinował, jak zagospodarować niewykorzystany pomysł w przyszłości.
– I właśnie ten utwór można usłyszeć na twojej płycie – zakończył występ prowadzący i zaprezentował do kamery okładkę.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech i zaczęła wygłaszać wyuczoną formułkę, jakie to anioły i demony targały nią podczas prac nad najnowszym dziełem, gdy Richard zbił ją z tropu:
– A masz tam jakieś kolędy?
– Że co!?
– No przecież idą święta! A w święta śpiewa się co? Kolędy.
– Ale… to te drugie. Na Wielkanoc też się śpiewa kolędy? – zapytała, a jej szczere zdziwienie znowu rozśmieszyło widownię.
– Jeśli taka pogoda zostanie z nami do świąt, jak najbardziej na Wielkanoc będzie można kolędy śpiewać i choinki ubierać – skomentował Richard, a następnie wstał i zwrócił się do publiczności. – Dziękuję, moim gościem była dziś Sandra, wielkie brawa. A teraz łączymy się z naszym specjalnym korespondentem, który jest pod Pałacem Prezydenckim i właśnie obrywa kulkami śniegu od rozzłoszczonego tłumu domagającego się dymisji rządu. Janku, jak się trzymasz?
– Musimy pogadać o podwyżce – wymamrotał redaktor, ścierając z twarzy ostatni śnieżny ładunek.
Od kilku tygodni wszyscy w Pałacu Prezydenckim, nawet pracownicy techniczni, cierpieli już na syndrom oblężonej twierdzy. W końcu jechali na tym samym politycznym wózku, a ten bliski był wywrotki. Bo chociaż kadencja prezydenta Grzegorza Kossa kończyła się dopiero w następnym roku, a problemy, z którymi mierzył się kraj powinny być raczej zmartwieniami rządu, to jednak legendarna dyspozycyjność, a wręcz uległość prezydenta wobec premiera Waldemara Falkowskiego, działała w tej sytuacji na niekorzyść głowy państwa i jego ekipy.
Także Monika Malicka, trzydziestoczteroletnia urzędniczka prezydenckiej kancelarii, źle znosiła atmosferę w pracy. Demonstracje utrudniały przedostawanie się na zewnątrz i z powrotem, co dla matki samotnie wychowującej przedszkolaka było dodatkową kłodą rzuconą pod nogi przez życie. Całe szczęście jej szef, czyli sam prezydent, był wyrozumiały dla sześcioletniego Tymona i pozwalał mu przebywać w zabytkowych wnętrzach pałacu, pomimo tego, że chłopiec regularnie powodował szkody na tym zacnym, państwowym mieniu. Poza tą drobną kwestią był jednak dzieckiem o znośnym temperamencie i uroczym spojrzeniu, któremu wiele można było wybaczyć. Tego wieczoru również towarzyszył mamie w pracy, dzięki czemu Monika mogła wziąć udział w późnym, pilnym spotkaniu.
Monika cieszyła się dużą sympatią i zaufaniem Grzegorza oraz jego żony Izabeli. Niektórzy w Pałacu żartowali nawet, że gdyby tylko media dowiedziały się, z jaką swobodą urzędniczka może poruszać się nie tylko po gabinecie prezydenta, ale i prywatnym apartamencie pary prezydenckiej, od razu zwęszyłyby tu potencjał do nawiązania romansu. A wolna i młodsza o czternaście lat od głowy państwa Monika byłaby wdzięcznym obiektem do snucia takich domysłów. Atrakcyjna, zielonooka, zawsze elegancka wysoka brunetka, z szerokim uśmiechem, ale i solidnym uściskiem dłoni, przez który wielu brało ją za kogoś z prezydenckiej ochrony. Ale nic z tego. Monika była bardzo lojalna i zdyscyplinowana, toteż żaden romans z przełożonym nie wchodził w grę. Jej prawo do wchodzenia tam, gdzie inni wstępu nie mieli, oznaczało tyle, że gdy prezydent nie docierał na zaplanowane spotkania, ją pierwszą wysyłano na poszukiwania. Tak było i tym razem. Choć wszyscy czekali już na prezydenta w jednej z sal, on wciąż wpatrywał się w show Richarda. Leciał już ostatni punkt programu – napisany przez Filipa skecz, w którym święty mikołaj w swej lapońskiej chacie czytał prośby i skargi Polaków, w tym także od prezydenta, i poważnie zastanawiał się nad powtórką Bożego Narodzenia w Polsce, żeby ten wiecznie narzekający naród w końcu się uśmiechnął i dał mu spokój. Monika lubiła swojego szefa, jednak słabości głowy państwa do dość głupawych show i w ogóle telewizji ani nie rozumiała, ani nie poważała. Chrząknęła tylko dwa razy, by zaznaczyć swoją obecność, a gdy Koss zdał już sobie z niej sprawę, przypomniała mu o zebraniu. Grzegorz z pewnym żalem wyłączył telewizor i udał się razem z nią.
Prezydent Grzegorz Koss był człowiekiem o całkiem potężnej sylwetce – wysoki na blisko dwa metry, szpakowaty pięćdziesięciolatek z lekką nadwagą na pierwszy rzut oka mógł sprawiać wrażenie poważnego, a nawet groźnego faceta. Jednak każdy, kto choć trochę interesował się polityką, wiedział, że Koss, na przekór posturze, był sympatycznym i ciepłym człowiekiem. Niestety, do kompletu zupełnie niesamodzielnym. Toteż centrum decyzyjne prezydenta Kossa znajdowało się daleko poza jego ciałem, bo w głowie premiera Falkowskiego, postaci kompletnie od niego różnej, także fizycznie – kilka lat starszego, niskiego, chudego intryganta w okrągłych okularach.
Gdy Koss pojawił się w drzwiach sali, rozmowy ucichły, a wszystkich siedmioro zebranych poderwało się z miejsc, by po chwili znowu zasiąść przy wspólnym stole. Dla żadnego z uczestników wieczorne spotkanie nie było pierwszyzną. Wszyscy więc spodziewali się po nim tego samego, czyli dokładnie niczego. Jeśli jeszcze ktoś łudził się, że dyskusja przyniesie jakieś sensowne konkluzje, nadzieje te Koss rozwiał już na początku, zaczynając od miniwykładu o tym, jak ważne w życiu, także politycznym, jest skuteczne odwracanie uwagi. Na dowód przywołał doświadczenia ze szkoły, gdy nauczycieli często zagadywało się, aby ci nie odpytywali nieprzygotowanych uczniów. Część słuchających przykładnie kiwała głową, słysząc te złote myśli, niektórzy jednak podśmiechiwali się pod nosem. Strategią politycznego przetrwania dla władzy w tej trudnej i mroźnej sytuacji miało być, według prezydenta, skuteczne odwrócenie uwagi opinii publicznej – czyli umowne igrzyska. Zanim jednak Koss zdążył rozwinąć swój koncept, do sali, bez pukania czy jakichkolwiek innych uprzejmości, wtargnął premier Falkowski. Na jego widok wszyscy uczestnicy spotkania, łącznie z prezydentem, wstali.
– Waldek! Dobrze, że jesteś. Właśnie pracowaliśmy nad… – rozpoczął prezydent.
Premier jednym gestem i spokojnym „Won” wypowiedzianym pod nosem od razu sprawił, że spotkanie dobiegło końca, a po chwili w sali został już tylko sam z prezydentem. Personel kancelarii szczerze nienawidził Falkowskiego za jego maniery, a słynne „Won!” rzucane do urzędników, którzy akurat znaleźli się w miejscu, gdzie on widzieć ich nie chciał, aż prosiło się o nagranie i podarowanie mediom. Brakowało jednak odważnego, który by to zrobił. Tym razem jednak Falkowski akurat na coś się przydał – uratował zebranych przed dalszymi nudnymi wywodami Kossa, które w porze późnowieczornej zakrawały o torturę.
– Nie ma nad czym dumać, Grzechu! – Premier zajął miejsce i wskazał prezydentowi drugie krzesło, na którym ten karnie zasiadł. – Wszystko gotowe. Przyszedłem ci przekazać, znaczy, omówić z tobą nasze plany. Wiesz, żeby znowu nie było, że dowiadujesz się z mediów. Tradycyjnie: ucieczka do przodu. Odwracamy uwagę…
– Bingo! – Koss poczuł wiatr w żaglach. – Właśnie to im przed chwilą mówiłem! Trzeba ludzi czymś zająć!
– No widzisz, nadajemy na tych samych falach! Jak dobrze się z tobą pracuje, Grzechu. Więc tak, spójrz – premier rozłożył na stole kilka teczek – Krupa, Markas i Dziwnowski…
– Co z nimi? – Grzegorz posmutniał, gdyż zaczęło do niego docierać, co się święci.
– Pojutrze o szóstej rano ich zawijamy! Papiery przygotowane, sprawy odpowiednio grube, ale spokojnie, nie za grube. Media będą miały roboty na kilka tygodni. Aż śnieg stopnieje, ha, ha, ha. Markas za energetykę, Krupa za inflację, a Dziwnowski za pogodę.
– Pogodę?!
– Żart. Dziwnowski idzie do kompletu. Potem się go wypuści w blasku fleszy, że niewinnie siedział, bo my wypalamy z marginesem, u nas nie ma świętych krów i takie tam. Rozumiesz.
– Ale po co od razu do więzienia? Może są niewinni?
– Grzechu, w polityce nie ma niewinnych. Po tylu latach powinieneś to wiedzieć. Są tylko nieprześwietleni. Zresztą, włos im z głowy nie spadnie. Mamy tam dla nich apartamenty VIP, że tak powiem. Grzechu, wiesz, że potrzebujemy show, muszą im opaść szczęki: „Tacy ludzie! Biorą się za swoich!”.
– No właśnie, show. Bo ja mam…
– Grzechu, błagam, nie wkurwiaj mnie znowu pomysłami w stylu: „Pójdę do Tańca z gwiazdami!”. Sprawa jest dogadana. Pojutrze, szósta, wchodzą. Ty tylko grasz zaskoczonego. „Nic nie wiedziałem! Prokuratura jest niezależna!” i tak dalej.
– Markasa odpuść. Gram z nim w tenisa!
Premier zazgrzytał zębami.
– A ja z nim leję w sejmie, w kiblu, i co?
– Zawsze mnie ogrywa. Jak go zamkniesz, to pomyśli, że maczałem w tym palce! Nie chcę uchodzić za mściwego.
– Dobrze – westchnął premier. – Dam za niego kogoś z listy rezerwowej. Z pozostałymi też łączą cię jakieś pasje i namiętności?
– Krupa…
Falkowski poderwał się z miejsca i zaczął pakować dokumenty.
– Dupa! Krupa… cokolwiek robi, będzie się w tym zakresie rozwijał w izolacji. Muszę wracać – powiedział, po czym skierował się w stronę wyjścia.
– Jakby co, mogę ich ułaskawić!
– Żadnych takich odpałów! Gramy w jednej drużynie, jasne?
Grzegorz spuścił głowę i ścisnął na pożegnanie rękę premiera.
Gdy prawie wszyscy oglądali show Richarda dla rozrywki i wieczornej porcji relaksu, przed telewizorem obecny był też jeden widz, który na dzisiejszy program patrzył z cierpieniem pomieszanym ze złością. Był nim Miłosz Rudaś, znany wśród przyjaciół i kolegów, a przynajmniej tych, których jeszcze do niedawna za takich uważał, jako Rudy. Ksywka bynajmniej nie wzięła się od urody, lecz nazwiska. Rudy był kręconym blondynem z niebieskimi oczami, a że szczupłym i niespecjalnie wyrośniętym, to można powiedzieć, że posiadał aparycję aniołka. Uczęszczał do klasy maturalnej w prestiżowej szkole prowadzonej przez Zakon Sióstr Uwielbienia, zwanych uwielbiankami, co jednak wcale nie przybliżało go do anielskiego stanu. Do instytucji tej nie zapałał sympatią już od samego początku – katolicka placówka była raczej ambicją jego rodziców, zarabiających na wysokie czesne w Hamburgu, aniżeli jego. Ostatnio jednak Miłosz już szczerze tego miejsca nienawidził. Powód niechęci Rudego, zarówno do dzisiejszego odcinka programu, jak i do szkoły, był prosty i miał na imię Sandra – jego eks.
Co się wydarzyło? Jak to mówią – do zakochania jeden krok. Ale od miłości do nienawiści też często niewiele więcej. Miłosz i Sandra spotykali się niemal przez cały ogólniak, bo od połowy pierwszej klasy. Wyrwał ją na gitarę. A raczej swoją czułą grę. Muzykalna babcia Rudego – Wanda – już w podstawówce dostrzegła we wnuku talent i nauczyła go tej sztuki. Toteż, gdy nadeszła właściwa pora, a Amor wprawił już strzałę w swój łuk, Miłosz odpowiednio szarpnął strunami, zamruczał i pach, zdobył uwagę, a zaraz potem i serce uroczej dziewczyny. Co więcej, gdy uczucie zaczęło się na dobre rozwijać, tym razem to Miłosz doszedł do wniosku, że jego dziewczyna dysponowała pięknym głosem i zachęcił ją do zgłoszenia do talent show. Sandra co prawda programu nie wygrała, ale zaistniała w show-biznesie wystarczająco mocno, by zacząć mierzyć naprawdę wysoko. Miłość kwitła, kariera się rozwijała, a sława dziewczyny zaczęła spływać także na Miłosza, który z zahukanego szkolnego outsidera stał się „tym Miłoszem od Sandry”. Nieśmiały chłopak szybko polubił swoje nowe miejsce w licealnej lidze gwiazd. Miłosz i Sandra byli ze sobą szczęśliwi. Chłopak długo ignorował fakt wody sodowej uderzającej coraz mocniej do głowy jego wybrance. Problem objawił się na dobre, gdy Sandra przeszła pod skrzydła nowego managera, wyszczekanego i bezczelnego Tomka, dla którego nie liczyły się żadne świętości. Cichy i wrażliwy Miłosz, jako chłopak gwiazdy, był dla niego wprost kulą u nogi. Toteż szybko doprowadził związek Sandry i Miłosza do końca. Wszystko to na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Pół biedy, gdyby poprzestał tylko na tym. Ale nie – pragnący rozgłosu dla swej gwiazdy agent szybko zaaranżował podopiecznej romans. A że ta nagrywała właśnie świąteczny teledysk, trafiło na gorącego tancerza, który w nim występował. Co prawda w stroju świętego mikołaja, ale bynajmniej nie w świętej roli.
Z tego to powodu ostatnie urodziny Jezusa zostały przez Miłosza wręcz wyparte. W całym mieszkaniu, w którym mieszkał wraz ze swoją babcią, nie wystawiono żadnych świątecznych dekoracji. Nie odbyła się wigilia, nie mogło być też mowy o prezentach. Teledyskowa Sandra w czułych objęciach porno mikołaja stała się dla Rudego koszmarem, a każde wcielenie czerwonego świętego, nawet w postaci grubego, brodatego dziada, jego bolesnym przypomnieniem.
Cała ta antyświąteczna histeria Miłosza mogła wydawać się irracjonalna, a nawet śmieszna. Jednak chłopak naprawdę ciężko to wszystko przeżywał. Od rozstania z Sandrą, szkoła sióstr uwielbianek stała się też miejscem upokorzeń Rudego, którego pozycja w liceum wynikała przecież z faktu bycia chłopakiem swojej dziewczyny. Jakże chciałby być z powrotem tym anonimowym szczupłym blondynem, na którego nikt po prostu nie zwracał uwagi! Każdy taki wywiad Sandry, jak ten u Richarda, tylko dostarczał jego prześladowcom nowego paliwa.
Tak się nieszczęśliwie dla Miłosza składało, że okna jego pokoju wychodziły na kipiącą świątecznym klimatem witrynę sklepu czekoladowego marki Królestwo. Miłosz nieraz wyobrażał sobie zniszczenie wystawy – najchętniej własnoręczne. Na drodze do realizacji tegoż marzenia stał jednak kodeks karny, którego chłopak nie chciał przerabiać w praktyce. Zupełnie nieświadoma tej złości była autorka instalacji – Kasia Królicka, córka magnata przemysłu czekoladowego Janusza Królickiego, właściciela Królestwa i samozwańczego Króla Czekolady. Ostatnie święta były pierwszymi, gdy ojciec powierzył jej tak poważne zadanie, jak zaprojektowanie okolicznościowej dekoracji. Zresztą, sama się do tej funkcji oddelegowała i po spełnieniu kilku warunków Króla – w tym dostania się na odpowiednie studia – otrzymała w końcu jego zgodę.
Kasia była najmłodszym dzieckiem Janusza, owocem jego krótkiego, acz burzliwego romansu z ekscentryczną malarką – Bariką z RPA. To po niej dziewczyna odziedziczyła nie tylko wyjątkową urodę – ciemniejszą karnację, brązowe oczy i gęste, czarne włosy – ale też artystyczne zamiłowania. Prócz tego, że najmłodszym, Kasia była też jedynym dzieckiem utrzymującym z Januszem Królickim kontakt. Gdy jej rodzeństwo dawno łączyły z ojcem już tylko pieniądze spływające na ich konta w formie regularnych przelewów, ona – świeżo upieczona studentka – wciąż żyła z Królem pod jednym dachem. Dziewczyna nie narzekała, choć mieszkanie z ojcem oznaczało dosyć częstą wymianę współlokatorek – kolejnych partnerek Janusza. Wciąż jednak podwarszawska posiadłość Królickiego była znacznie przyjemniejszym miejscem do życia aniżeli wynajęty pokój w mieszkaniu studenckim. Janusz bowiem wcale nie rozpieszczał finansowo swoich dzieci. Owszem, wolał przelewy niż rodzinne awantury w tabloidach, toteż płacił, ale bynajmniej nie hojnie. Przed Kasią natomiast ukrywał, niezbyt zresztą skutecznie, fakt posiadania mieszkania w stolicy, które ta mogłaby przecież zająć. Wolał mieć córkę na oku. Dziewczyna także dostrzegała korzyści z trzymania się blisko taty. W domu czekała nie tylko pełna lodówka, ale i obiadki przygotowywane przez pomoc domową – panią Jadzię. Dodatkowo, z co bardziej równymi współlokatorkami mogła załapać się na jakieś ciuchowe zakupy finansowane kartą ojca. Był też powód najważniejszy – jako ostatnia nieskłócona z Januszem krewna miała realną szansę przejęcia czekoladowego biznesu i zamierzała z tej okazji skorzystać.
Młoda Królicka nie była jakąś chciwą intrygantką. Po prostu, w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, miała łeb na karku i zwyczajnie szkoda było jej słodkiego imperium ojca. Zapisała się więc na studia z zarządzania, tak jak wymyślił ojciec, oraz wzięła pod opiekę jeden z reprezentacyjnych sklepów firmy, by powoli oswajać siebie i Króla z możliwą sukcesją. Jednak w środku, po matce, w Kasi czaiła się wrażliwa artystka. Potajemnie rozpoczęła więc drugi kierunek – na Akademii Sztuk Pięknych. Właśnie dlatego możliwość zaprojektowania świątecznej wystawy była dla niej tak istotna.
Kasia siedziała właśnie w pustym sklepie i przy dźwiękach gwiazdkowej muzyki wpatrywała się w odbicie swojego dzieła w szybie. Z dekoracji, która ozdobiła nie tylko witrynę warszawskiego sklepu, ale i wszystkich punktów handlowych Królestwa, była tak dumna, że mimo rozpoczętego właśnie Wielkiego Postu, nie miała ochoty się z nią rozstać. Zresztą, uważała, że bożonarodzeniowe barwy świetnie komponowały się z dostojnym, drewnianym wnętrzem sklepu, nie mówiąc już o wciąż wybitnie gwiazdkowej pogodzie za oknem. Sielankę przerwało gwałtowne szarpnięcie za drzwi oraz odgłos połączonego z nimi dzwonka. Do pomieszczenia wszedł starszy mężczyzna w eleganckim czarnym płaszczu i stylowej apaszce. Jego bujna farbowana czupryna, a także naciągnięta twarz, nieraz testująca na sobie dobrodziejstwa współczesnej medycyny estetycznej, nieco go odmładzały. Kasia jednak dobrze wiedziała, że ten walczący z przemijaniem jegomość skończył niedawno dokładnie siedemdziesiąt dwa lata. Był to sam Janusz Królicki, a jego, znany Kasi doskonale, zacięty wyraz twarzy zdawał się wyrażać: „No, gówniaro! Przesadziłaś!”. I na pewno nie chodziło mu o jej nową fryzurę na boba.
Tę scenę z ulicy podglądała Wanda – niemal równolatka Janusza, ale w przeciwieństwie do niego nietknięta laserem, skalpelem ani żadną inną interwencją medycyny estetycznej. Krótkowłosa, siwa kobieta o przeciętnej sylwetce, choć w tamtej chwili, przez kilka warstw ubrań jakie na sobie miała, nie było tego widać. Mimo mrozu i sypiącego się z nieba śniegu, kobieta przez dłuższą chwilę obserwowała gwałtowną wymianę zdań między Kasią a ojcem. Choć zza szyby nie była w stanie niczego usłyszeć, mogła domyślać się, że chodziło w niej o bożonarodzeniową wystawę, która istotnie nieco się tam zasiedziała. Podglądanie Wanda odpuściła sobie dopiero, gdy spotkała się wzrokiem z dziewczyną, a ta ruszyła w jej stronę, biorąc ją prawdopodobnie za potencjalną klientkę rozważającą wejście do środka. Seniorka pospiesznie odwróciła się i podreptała do swojej kamienicy, mieszczącej się niemal naprzeciwko.
Pomimo wieku dawno uprawniającego ją do pobierania emerytury, Wanda bez trudu weszła po schodach na trzecie piętro. Zaraz po otwarciu starych, dwuczęściowych drzwi powitał ją pies, a raczej suka – Cello – należąca do tego rodzaju psów, które na każdy powrót swojego właściciela reagują wręcz histeryczną radością, tak że gotowe byłyby go z tej radości przewrócić. Całe przywitanie odbywało się jeszcze w ciemnościach, bo miotana przez Cello kobieta nie mogła przez dłuższą chwilę zapalić światła. W końcu ruszyła dalej, w głąb swego trzypokojowego mieszkania z wysokimi sufitami. Przechodząc obok jednego z zamkniętych pomieszczeń, zastukała dwa razy w drzwi.
– Wróciłam! Koniec walenia do pornosów – krzyknęła.
– Jakich pornosów? – zamruczał zza drzwi Miłosz.
– Chodzisz do katolickiej szkoły. Już ja tam wiem, co się z takich wynosi – powiedziała i miała odejść, gdy drzwi pokoju się otworzyły i pojawił się w nich jej wnuk, bynajmniej niewyglądający na człowieka szczęśliwego. Cello oczywiście w mgnieniu oka skorzystała z okazji i wskoczyła do środka.
– To oglądam… – Miłosz wskazał na telewizor, na którego ekranie widać było właśnie twarze Richarda i Sandry. Wanda wyciągnęła z kieszeni okulary, zamontowała je na nosie i spojrzała w stronę odbiornika.
– Toż to gorsze niż pornografia! Wyłącz natychmiast! – Wpadła do pokoju i zaczęła rozglądać się za pilotem. Choć w sypialni panował, jak eufemistycznie określała to Wanda, „chaos przestrzenny”, czyli dość typowy dla nastolatków nieporządek, mniej więcej wiedziała, gdzie go szukać. Miłosz szybko przejrzał plan babci i chwycił za niego pierwszy. W efekcie musiał siłować się z nią o to, kto przejmie telewizyjne stery. – Już naprawdę lepiej byś popatrzył na jakieś inne dziewczyny, a nie katował się gdakaniem byłej. Właśnie, mam dobrą wiadomość!
– Jaką?
– Spójrz na ulicę. – Miłosz od razu podbiegł do okna, dzięki czemu Wanda wreszcie przejęła dowodzenie nad telewizorem i go wyłączyła. – Zwijają w końcu tę cholerną wystawę!
Młoda Królicka pod surowym nadzorem ojca niechętnie rozmontowywała swoje bożonarodzeniowe cuda.
– Nareszcie! – westchnął. – Ale tobie to ona raczej zwisała?
– Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! – Przytuliła mocno wnuka, a pies dołączył. – Nawet Cello ci ten sklep obsikiwała, jak ją wyprowadzałeś. Nie myśl, że mi to umknęło.
Gdy tylko Richard pojawił się w garderobie, Filip zerwał się z fotela, by natychmiast oklaskiwać i komplementować zakończony przed chwilą program. Szybko się jednak zorientował, że akurat po tym odcinku Richard wcale nie był w humorze:
– No co jest? Przecież zajebiście poszło! – Filip objął Richarda, ale tylko na ułamek sekundy, bo ten momentalnie odtrącił jego ramię.
– Miałem ją, miałem! Gdyby nie to pedalskie znamię, bzykałbym ją tu i teraz. – Richard zdarł kolorową perukę z głowy i cisnął nią w Grabskiego, po czym zaczął zdejmować z siebie resztę stroju i zastępować nieco mniej cekinowym ubiorem.
– Jesteś chory! Ona jeszcze nie skończyła liceum! Zresztą, nie możesz zaliczać każdej baby, z którą robisz program.
– Nie płacę ci za bycie moim terapeutą ani kapelanem!
Może rzeczywiście powinniśmy poszerzyć ekipę o takich dwóch lekarzy dusz? Filip zadumał się i z miejsca zaczął to sobie wizualizować. Moje przeprawy z tym narcyzem byłyby prostsze! Tylko jak tu mieć pewność, że ksiądz nie będzie tak samo porządny jak i Rysiek? Mało to ostatnio mówią? Z braku profesjonalnej opieki psychologicznej pod ręką, postanowił sam pocieszyć szefa:
– Spokojnie, jeszcze się nadymasz.
– Kurwa, odkąd zrobiłeś ze mnie geja…
– …a ty się zgodziłeś!
– Żeby nas nie zdjęli z anteny! – Richard usiadł przed lustrem. – Gdzie jest ta cipa od make-upu? Śpieszę się!
– Zwolniłeś ją.
– Niby kiedy?!
– Przed programem. Powiedziałeś, żeby spie…
Richard westchnął i przewrócił oczami.
– Tobie też mówiłem, a dalej tu jesteś. Trudno! Zrobiłeś ze mnie klauna, wyjdę stąd z wymalowanym ryjem, jak klaun.
Gwiazdor po omacku zaczął szukać czegoś do demakijażu. Wreszcie znalazł i przystąpił do działania.
– Co ci nie pasuje? Oglądalność skoczyła, masz ogromne zasięgi…
– Post mi nie pasuje. Celibat. Od tamtego czasu zero seksu. Null! Rozumiesz!? Jestem dla dup jakiś, kurwa, trędowaty!
– Dobra, znajdziemy ci jakiegoś kolesia. Pomyśl, jakie to będą zasięgi!
– Spierdalaj.
– Żartowałem, Richard! Spokojnie, coś wymyślimy, żebyś wrócił na rynek.
– Sam wymyślisz. I to, kurwa, szybko! Nie wiem, znajdź jakiegoś homofoba, co powie na antenie, że mi się tylko wydawało. Że mnie zmanipulowali.
– Ale Richard…
– Dobra, nie, bo się aktywiszcza zesrają i zrobią nam jesień średniowiecza. Inaczej: to była prowokacja, chciałem pokazać, że naród jest nietolerancyjny i tak dalej. Generalnie, że ich kochamy, ale kurwa nie aż tak!
– Nie ma opcji. Za tydzień wygrasz plebiscyt na coming out roku miesięcznika „Gej Okej”. Potwierdziłeś już obecność na gali.
– Co kurwa!? – Richard poderwał się z miejsca, porzucając trud własnego demakijażu mniej więcej w pół drogi. Czerwony kolor jego oblicza przebijał się przez pozostały na twarzy puder.
– Rysiek, spokojnie…
– Nie mów do mnie, kurwa, Rysiek!
– Sorry, zapomniałem. Słuchaj… Richard, nie możemy tak. Będzie, że potraktowaliśmy ich przedmiotowo.
– A pamiętasz jeszcze, kto to wymyślił? Aż się cały trząsłeś, jaki to masz genialny plan!
– Powiedziałeś: „Zrobię wszystko, żeby tylko ten chuj Dylewicz mnie nie wygryzł!”. Nie było innego wyjścia. Nie mogli nas wywalić. Ja mam hipotekę! Właśnie. Wisisz mi dwie wypłaty.
– Wyciągnij mnie z tego tęczowego matriksa, to wszystko zapłacę! – Richard chwycił za wiszący przy wejściu płaszcz i przerzucił przez ramię.
– Już mi karty poblokowali. Zaraz się komornika doczekam!
– To masz dodatkową motywację – odrzekł, po czym klepnął swego scenarzystę na odchodne w ramię i zniknął za drzwiami.
Po niełatwym dla Kossa dniu, któremu cały czas towarzyszyły okrzyki protestujących przed Pałacem, nadeszła równie trudna noc. Bo choć ludzie wreszcie rozeszli się i gwar za oknem ustał, Grzegorz w głowie nadal go słyszał. Od dawna źle znosił ten polityczny kryzys, ale ta ostatnia bezczelna wizyta Falkowskiego i nawet nie dopuszczenie jego, prezydenta, do głosu? Tego było już za wiele! Złośliwi obserwatorzy życia politycznego powiedzieliby, że Grzegorz powinien dostrzec takie traktowanie przez szefa rządu już dawno i winić za to przede wszystkim siebie. Jednak do Kossa dopiero tej nocy dotarło, że telewizja i Internet nie śmiały się razem z nim, lecz z niego. I nagle poczuł się z tym odkryciem bardzo samotnie i źle. Może i siedział właśnie w pięknym gabinecie pierwszej osoby w państwie, na biurku miał bezpieczny telefon, w szufladzie prezydenckie pieczęcie, a ze ściany spoglądał na niego sam Marszałek ze swoją Kasztanką, ale co mu z tego? Jeśli jego polityczni przyjaciele rzeczywiście tak go sobie podporządkowali, znaczy, że przyjaciółmi wcale nie byli. On zaś de facto nie był prezydentem tego kraju.
Nie mógł też liczyć na rodzinę. Żona dawno spała. Zresztą wiedział, że protesty jej nie służyły, toteż wałkowanie z nią politycznych tematów uważał za narażanie miłości życia na dodatkowy stres. Natomiast jego dorosły już, choć wiodący żywot wiecznego studenta, syn – Kamil – jak zwykle nie odbierał telefonu. Zapewne plątał się po mieście ze swoim zblazowanym towarzystwem, testując cierpliwość prezydenckiej ochrony. Relacje Kossa z synem były chłodne. Grzegorz nie mógłby liczyć na jego troskę. Nawet jeśli chciałby podzielić się z nim dzisiejszym drastycznym odkryciem, że był frajerem. Kamil dawno powiedział mu to w twarz, i to kilka razy.
Najbliżsi prezydenta do polityki i Pałacu wcale się nie pchali. Odradzali mu starania o prezydenturę, ale u Kossa górę wzięła polityczna lojalność. Całe to kandydowanie było przecież poleceniem z góry. I na co mi to było – pomyślał i zaczął układać w głowie scenariusz, w którym rzuca to wszystko w cholerę.
Z gonitwy myśli wybudził go nałóg i przypomniał, że dawno nie miał w ustach papierosa. Grzegorz rzucił okiem w stronę okna, przeklął pod nosem częściowo winną jego zmartwień pogodę, a następnie udał się w jedno z niewielu miejsc, gdzie mógł puścić dymka bez ryzyka włączenia alarmu przeciwpożarowego. Był to wąski balkonik przylegający do pałacowej kuchni. Ledwo zdążył zaciągnąć się papierosem, gdy w wejściu zjawił się jakiś cień. Nawet na fajka nie można wyjść bez obstawy! – westchnął w myślach Koss. Mylił się. Nie dołączył do niego bowiem nikt z ochrony, lecz pałacowy kucharz Roman.
Choć byli z Grzegorzem niemal równolatkami, Roman wyglądał na znacznie starszego od prezydenta. W zestawieniu z twarzą Kossa z plakatu wyborczego, to już w ogóle o pokolenie wyżej. Przy takich warunkach fizycznych wydawał się więc wprost stworzony do roli pałacowego mędrca, którą zdarzało mu się pełnić. W przeciwieństwie do prezydenta Roman był niskim mężczyzną, który w dodatku, jak przystało na wykonywaną profesję, nie ważył tyle, ile przy jego wzroście rekomendowałaby WHO. Za kołnierz nie wylewał, płuc również nie oszczędzał. Właśnie testował na własny użytek nowy, relaksujący susz, którym poczęstował gospodarza. Spotkanie zaowocowało więc namiętną dyskusją, w której doświadczony życiem myśliciel sprzedał swemu zwierzchnikowi kilka złotych rad.
Tak zaprawiony Grzegorz wrócił do gabinetu w o niebo lepszym humorze. Z braku prawdziwych interlokutorów począł prowadzić dialog z Marszałkiem na obrazie. A ten, wiadomo, w polityce raczej się nie cackał – zajęcie Wilna, zamach majowy, Bereza. Takie atrakcje bynajmniej nie były w stylu Kossa, jednak zestaw: Marszałek, odrobina THC oraz złote rady kucharza Romana ośmieliły go na tyle, by wreszcie walnął pięścią w stół: jutro pokaże wszystkim, kto tu rządzi! Jak postanowił, tak zrobił – przekazał do biura prasowego notatkę o planowanym na następny wieczór orędziu do narodu. Zadowolony z podjęcia jakże samodzielnej decyzji, udał się do sypialni zupełnie nieświadom zamieszania, jakie właśnie zapoczątkował.
Choć ostatnie protesty rzeczywiście popsuły nastroje wśród pracowników Pałacu, jedna rzecz wydawała się być dla nich szczęśliwie niezmienna – ekipa prezydenta nie musiała martwić się konsekwencjami swoich wyborów, bowiem wszystkie decyzje zapadały poza nimi, w kancelarii premiera. Pałac tylko grzecznie wprowadzał je w życie. Gdy więc zespół prasowy zastał rano prezydencką prośbę o przygotowanie się do wieczornego orędzia, nie wywołało to poruszenia. Sprawie nadano zupełnie zwyczajny bieg, w tym zawiadomiono media. Nerwowo zrobiło się dopiero wtedy, gdy okazało się, że w rządzie o orędziu nic nie wiedzieli i bynajmniej nie byli taką niespodzianką ucieszeni. Wydało się to w porze drugiego śniadania pary prezydenckiej, która jadła posiłek w swojej prywatnej jadalni.
Grzegorz odrobinę cierpiał po wczorajszych używkach. Nie dawał tego jednak po sobie poznać i jak gdyby nigdy nic przeglądał prasę, próbując zainteresować żonę różnymi, raczej śmiesznymi niż poważnymi nowinami. Izabeli jednak wcale nie było do śmiechu. „Co się stało z naszą Izą?!” – pytały już od dłuższego czasu nie tylko plotkarskie gazety i portale. Nad ewolucją zachowania i wizerunku pierwszej damy pochylały się najpoważniejsze media. Przed prezydenturą swojego męża bywała najbardziej energiczną i pozytywną osobą podczas bankietów, konferencji czy innych wystąpień publicznych. Piękna, błyskotliwa i zawsze elegancka była ulubienicą prasy. Gdy więc Koss zgłosił swoje aspiracje do fotela prezydenta, rok młodszą od niego Izabelę ogłoszono jego specjalną bronią. Nie tajną, jak to się często mówi, bowiem akurat w tym przypadku wszyscy w polityce zdawali sobie sprawę z jej wartości. Do tego stopnia, że żony konkurentów Kossa na siłę próbowały dotrzymać jej kroku – z miernym zresztą skutkiem. Wydawało się więc, że Izabela będzie równie żywiołową prezydentową. Ba, wiele osób wolałoby zagłosować na nią, a nie na jej sympatycznego, ale mało wyrazistego męża. I choć nową życiową rolę Iza zaczęła pełnić z przytupem, po kilku miesiącach intensywnej pracy ograniczyła swoją działalność tylko do aktywności wymaganych protokołem. Siedząc w piątkowe przedpołudnie przy jadalnianym stole w dresie, z rozczochranymi włosami i bez grama makijażu, Iza wciąż pozostawała piękną kobietą o sympatycznym, budzącym zaufanie wyrazie twarzy. Mimo to w jej spojrzeniu, ruchach i gestach brakowało tego trudnego do uchwycenia czegoś, co dziennikarze tak w niej lubili.
Grzegorz podejmował właśnie kolejną próbę wciągnięcia żony w rozmowę, gdy drzwi jadalni się otworzyły, a do pomieszczenia statecznym, ale ciężkim krokiem weszła ona – Grażyna Kopnicka, siedemdziesięcioletnia, krępa urzędniczka, w staromodnej garsonce i z niedbale upiętym kokiem na głowie. Kopnicka była żywą legendą kancelarii. Ze względu na pałacowy staż, pracowała tam jeszcze zanim gmach stał się „prezydenckim”, czasem zwano ją tu „Konopnicką”. Pół żartem, pół serio kolejne ekipy przekazywały sobie plotkę, że Grażyny i jej biurka absolutnie nie wolno ruszać, niczym grobowca pewnego egipskiego faraona. Trwała więc sobie od zarania dziejów, współpracując z każdym polskim prezydentem. Po zmianie ustroju oduczyła się zwracać do współpracowników per „towarzyszu” i „towarzyszko”. Złośliwi twierdzili jednak, że była to ostatnia aktualizacja systemu, jaką Grażyna sobie wgrała. Zresztą i tutaj coś poszło nie tak, skoro rzadko mówiła do ludzi inaczej niż w trzeciej osobie.
Kopnicka rzadko przemieszczała się bez czegoś do jedzenia. Tym razem w ręku trzymała nadgryzionego pączka z lukrem. Trwający Wielki Post nie był dla niej przeszkodą. Tłusty czwartek celebrowała regularnie. W drugiej dłoni Grażyna dzierżyła plik jakichś dokumentów. Jej obecność w prywatnej kuchni prezydenta zdziwiła obydwoje domowników. Prezydent i prezydentowa domyślali się, że chodzi o coś naprawdę pilnego, skoro we własnej osobie się do nich pofatygowała.
– O! Pani kierowniczka – właśnie tak wszyscy, łącznie z samym prezydentem, zwracali się do Grażyny – tutaj? – zaczął prezydent.
– Prezydent orędzie zarządził – powiedziała i przegryzła pączka. – Dzwonili z ka-ce, znaczy z KPRM-u. Pytają, bo nic nie wiedzą.
Izabela od razu się ożywiła i popatrzyła na męża. On jednak tylko bezradnie rozłożył ręce, jakby nie wiedział, czego też stara urzędniczka od niego chce. Kierowniczka przewróciła oczami i wręczyła szefowi przyniesione ze sobą papiery. Grzegorz spojrzał na owoce swojej nocnej nonszalancji.
– Orędzie zarządził, dzwonią, pytają – kontynuowała nieco zirytowana.
– Ach, faktycznie! – odparł Grzegorz, a na jego twarzy zagościł błogi uśmiech. Wewnętrzna błogość trwała jednak zaledwie chwilę i uleciała z prezydenta wraz z konfrontacją z domagającymi się wyjaśnień spojrzeniami Izabeli i Grażyny. – Ale to takie tam… Odwołujemy!
– Jakie odwołujemy? Komunikat wysłany, w mediach ogłoszone, musi wygłosić!
Izabela przeszyła Grzegorza spojrzeniem, znanym każdemu żonatemu mężczyźnie. Grzegorz wiedział już, że potrzebuje rozmowy sam na sam z żoną. Kierowniczka też to pojęła i na swój sposób uszanowała. Stanęła bowiem tyłem do pary prezydenckiej i zatkała uszy. W dyskrecji tej robiła jednak przerwy. W jednej dłoni wciąż trzymała przecież pączka, którego konsumpcję planowała dokończyć. Gdy Izabela skonstatowała, że na więcej prywatności liczyć nie mogła, zabrała męża do sypialni, gdzie dosadnie ochrzaniła go, nakazując w tej chwili zejść do współpracowników i znaleźć wyjście z sytuacji.
Gdy Grzegorz z Grażyną dotarli do biura prasowego, prezydent mógł na własne oczy przekonać się, jak szerokim echem odbiła się zapowiedź jego wystąpienia. Na kilku ekranach czworo pracowników biura monitorowało sytuację w mediach. Telewizje informacyjne żyły dziś jednym – orędziem.
W normalnych okolicznościach Grzegorz byłby zadowolony. Wszyscy chcą go wysłuchać? Znakomicie! Tylko czemu ta wielka uwaga skupiła się na nim akurat w momencie, gdy nie miał narodowi absolutnie nic do powiedzenia? W dodatku, choć komentatorzy prześcigali się w opiniach, czegoż to Koss przełomowego nie wygłosi, wszyscy byli zgodni, że przemówienie napisano na Alejach Ujazdowskich, w siedzibie rządu, a samemu prezydentowi pozostawiono co najwyżej decyzję, gdzie zrobi teatralną pauzę, a gdzie zaś zagra intonacją.
Po tym, jak rzecznik prasowy kancelarii Jan Dyduła zapoznał Kossa z sytuacją, wszyscy skierowali swoje oczy w stronę prezydenta. Ten jednak szybko zawiódł ich nadzieje, przyznając, że za ową zapowiedzią nie stał żaden plan, a jedynie nocna nonszalancja, której szczegółów, z wiadomych względów, nie chciał ujawniać.
– Do diabła! – krzyknął rzecznik. – Oni nas zjedzą. Uczepili się tego wystąpienia, jakby miał pan koniec świata ogłosić!
– No to mamy z górki. Powiem, że nie leci na nas żaden meteoryt i od razu wszyscy będą zadowoleni! – Grzegorz zaśmiał się ze swojego żartu, jednak nikt, łącznie ze stażystami, nie podchwycił tematu.
Dyduła głośno wypuścił powietrze. Odgrywana ostatnimi laty przez kancelarię rola zwykłego wykonawcy poleceń odzwyczaiła go od stresów i wyzwań politycznego PR-owca, na którym to froncie nabawił się już nerwicy, nadciśnienia i zaawansowanych oznak starzenia w wieku ledwie czterdziestu pięciu lat. Panujący do dzisiejszego poranka spokój bardzo sobie cenił, toteż już dotkliwie odczuwał jego brak. W końcu jednak postanowił przerwać ciszę i zagonić swoich ludzi do roboty – niech szef widzi, że jednak za coś im płacą:
– Dobra, ludzie! Mamy kilka godzin na uporanie się z tym. Jakieś pomysły? Słucham!
Ale podwładni Dyduły nie byli chętni do współpracy. Każdy patrzył po innych, wypatrując nadziei gdzieś poza własnym umysłem. Wreszcie rękę podniósł nieśmiało stażysta – Adam. Ten sam, który z samego rana ambitnie puścił feralny komunikat o orędziu w świat, nim zdążył zobaczyć go rzecznik. Dyduła niechętnie udzielił głosu sile młodości:
– Może pan prezydent ogłosi jakieś ordery, odznaczenia, nominacje? Ludzie lubią znane nazwiska.
– Nominacje sracje! Ułaskawi kogoś – odważyła się Grażyna. – Też będą nazwiska. Zaczną się kłócić, czy słusznie, czy niesłusznie, to będzie miał spokój na kilka dni.
– Ułaskawienie w Wielkim Poście!? Ha, ha, ha. Pani kierowniczko, czy ja mam wyjść na jakiegoś Piłata? – Nim Koss zdążył dokończyć zdanie, Kopnicka już wciskała mu teczkę kandydata na współczesnego Barabasza. Grzegorzowi wystarczył tylko rzut oka na okładkę:
– Phi, mogłem się domyślić! Ile razy pani mówiłem, że nie ułaskawię tego zbira Zacha?
Darek Zach był dość medialnym przypadkiem – skazanym na kilka lat odsiadki łamaczem serc i oszustem matrymonialnym. Mimo ewidentnych dowodów przeciw niemu, wiele kobiet wierzyło w niewinność tego uwodzącego wzrokiem nawet przez szklany ekran mężczyzny i domagało jego uwolnienia. Należała do nich też Kopnicka, która wyobrażała sobie, że jeśli tylko załatwiłaby Zachowi wolność, ten z wdzięczności związałby się z nią i żyliby razem długo i szczęśliwie.
Jako że chytry plan Grażyny nie wypalił, zaczęto rozpatrywać inne, bardziej i mniej kontrowersyjne kandydatury do wielkanocnej łaski. Spotkanie przerwał, jakże przez wszystkich wyczekiwany, telefon od premiera. Prezydent szybko pobiegł do swojego gabinetu, zaś Dyduła i jego ludzie odetchnęli z ulgą. Wszystko zdawało się wracać na właściwe tory. Sprawę kłopotliwego orędzia wezmą na siebie spece od premiera, a im pozostanie tylko zorganizować samo nagranie, cieszył się rzecznik.
Premier Falkowski leciał właśnie na drugi koniec świata, na jakieś międzynarodowe spotkanie na szczycie i ostatnią rzeczą, jakiej chciał poświęcać uwagę, było nieogarnięcie Kossa. Z drugiej strony, nie po to zaplanowali na jutro spektakularne aresztowania, by teraz Grzegorz chlapnął coś bez sensu. Podniósł więc słuchawkę pokładowego telefonu i połączył się z Kossem. Nie usłyszawszy od prezydenta żadnego wytłumaczenia ani też planu wybrnięcia z sytuacji, premierowi nieco się ulało. Grzegorz był już przyzwyczajony do otrzymywania rozkazów, choć serwowanych raczej pod płaszczykiem instrukcji i dobrych rad. Tym razem było inaczej – prezydent zebrał naprawdę solidny ochrzan, na dodatek bez żadnych podpowiedzi, co robić dalej. W końcu premier się rozłączył.
Zaskoczony takim finałem rozmowy Grzegorz rozsiadł się w fotelu i zaczął rozmyślać. Z goryczą przyznał przed sobą samym, że choć było jeszcze przed południem, Falkowski był już drugą osobą, która zdążyła na niego dziś nakrzyczeć. Przypomniał sobie urywki z wczorajszego wieczoru. Spojrzał na Marszałka, który niezmiennie zerkał na Kossa ze swojej Kasztanki, i ogarnął go wstyd: Czy którykolwiek prezydent wcześniej był tak traktowany przez premiera? – pomyślał, po czym podszedł do okna, by zaczerpnąć mroźnego powietrza. Rozejrzał się po pałacowym ogrodzie przykrytym wielką warstwą białego puchu. Krajobraz ten był mu dobrze znajomy. Z tą jedną różnicą, że ktoś właśnie uroczo i beztrosko po nim hasał. Grzegorz uśmiechnął się na ten widok i błyskawicznie pozazdrościł bawiącemu się w ogrodzie towarzystwu do tego stopnia, że z miejsca postanowił dołączyć do Moniki i jej dobrze znanego w Pałacu syna, Tymona.
Gdy chłopiec powoli, ale konsekwentnie lepił bałwana, Grzegorz rzucił się na śnieg, by zrobić orzełka. Zachęcił do tego również Monikę, której zwyczajnie nie wypadało odmówić. I tak oboje leżeli właśnie w śniegu, machając rękami niczym skrzydłami.
– Boże, jaka wolność!
– Muszę pana rozczarować, ale nawet w tej chwili łapią szefa przynajmniej trzy kamery, a z okien być może jeszcze żona. I wszyscy się zastanawiają, co wyprawiamy.
– Olać to! Chwytaj dzień, Monika! I śnieg. Jutro może stopnieć.
– Nie wydaje mi się. Nawet święta będą białe. Szkoda, że wielkanocne.
– Przynajmniej te! Trzeba szukać pozytywów. Czego ci ludzie ode mnie chcą? Co mam zrobić ze śniegiem? Przecież nie steruję pogodą! Nawet Falkowski tego nie potrafi.
Grzegorz wstał i pomógł się podnieść również Monice.
– Powiem panu, jak ja to widzę: ludzie są po prostu zmęczeni. Wszystko stoi na głowie, nawet pogoda. Normalnie to chociaż w święta jest jakaś odmiana. Ale te ostatnie to przeleciały, jakby ich wcale nie było!
– Czyli co? Jak mówili wczoraj w TV: „Trzeba powtórzyć święta”? – zaśmiał się Koss.
– Ciiii! Błagam pana. – Monika się wzdrygnęła. – Tymon wziął to na serio. Od razu chciał pisać list do mikołaja. A na Wielkanoc kadry bonusu nie wypłacają! – mówiąc te słowa, puściła oczko do szefa.
– Budżet. – Grzegorz wzruszył ramionami – Nawet prezydent nic tu nie wskóra!
Tymon błyskawicznie wyłapał słowo „mikołaj” i przybiegł po deklarację, czy święty wróci i znowu będą prezenty. Grzegorz przykucnął przy chłopcu i obiecał, że dla niego prezent na pewno się znajdzie, a dla przypieczętowania tego przyrzeczenia przybił z nim piątkę.
Praca dla Richarda nie była ani łatwa, ani stabilna finansowo. Choć Filip tyrał za dwóch – scenarzystę i managera gwiazdora – ten nie był nawet chętny regularnie mu płacić. W końcu zawsze wyrównywał długi, ale też nie wykazywał się przy tym szczodrością. Grabski wciąż wierzył, że wiernie trwając przy Richardzie, doczeka lepszego losu. Zresztą nie bardzo miał gdzie się udać. Co prawda w swojej roli świetnie się sprawdzał, jednak jego głównym atutem było po prostu to, że jako jeden z nielicznych wytrzymywał ze swoją gwiazdą. Był więc na Richarda skazany. Jakikolwiek strajk mógłby przecież zatopić program i najzwyczajniej w świecie zaszkodzić jemu samemu.
Sensownych alternatyw nie widział, wsparcia w rodzinie też nie miał. Jego ojciec, a z nim podległa mu doszczętnie matka, uważali jego literackie i showbiznesowe ambicje za fanaberie. Zdaniem ojca chłopak powinien był zostać w rodzinnym mieście i pracować z nim w budowlance. Filipa taki los jednak nie przekonywał. Stary Grabski mógł winić o to także samego siebie, skoro za każdym razem, gdy wspominał w towarzystwie o oczekiwaniach względem syna, niby żartem, dodawał, że ten na budowie nadałby się jedynie do mieszania cementu. Toteż, oczywiście z racji ojcowskiej miłości oraz szerokich znajomości w miasteczku, był za to gotów załatwić Filipowi jakąś ciepłą posadkę w szwalni – na przykład księgowego. Nie żeby poważał rachmistrzów, jednak wciąż uważał, że więcej z nich pożytku niż z literatów czy komediantów. Jakkolwiek by więc Richard nie sponiewierał swego scenarzysty, Grabskiemu wystarczało krótkie wspomnienie krewnych i rodzinnych stron, by szybko docenić ponure tu i teraz.
Niedawno w życiu Filipa pojawił się jednak pewien promyczek nadziei. Kilka tygodni temu, za namową znajomych, spróbował swoich sił w stand-upie. Z powodzeniem, a zebrane podczas debiutu oklaski zachęciły go do dalszych występów. Oczywiście działo się to w pełnej konspiracji przed Richardem. Gdyby ten tylko dowiedział się, że jego chłop pańszczyźniany odstawia coś na boku, Filip nie miałby dłużej czego szukać w programie.
Pieniądze z występów były skromne, a perspektywy niewiele lepsze, są jednak rzeczy nieprzeliczalne na kasę – wzrost poczucia własnej wartości i pewności siebie, a przede wszystkim prawo do snucia marzeń o tym, że kiedyś, dzięki swojej organicznej pracy, niespodziewanie otrzyma od losu szansę zastąpienia Richarda na stanowisku prowadzącego. W zależności od stopnia wkurzenia na swego pracodawcę, wyobrażał sobie różne mniej lub bardziej drastyczne i ostateczne powody tego zastępstwa, od ropnej anginy gwiazdora po jego tragiczną śmierć w wyniku upadku z wysokości – na przykład z poziomu własnego ego.
Na szybką realizację tych marzeń się jednak nie zapowiadało, więc Filip, choć wolałby spać do południa, wstał dziś wcześnie, by zdążyć ogarnąć dwa ważne tematy. Pierwszym wyzwaniem, które zawsze rozpoczynało dzień po emisji show, było przygotowanie koncepcji na kolejny odcinek. Oczywiście, jak mawiają „Życie pisze najlepsze scenariusze”, często więc wystarczyło poczekać na to, co przyniesie los. Tym razem jednak wytyczne Richarda były jasne – musiał odkręcić wcześniejsze publiczne deklaracje gwiazdy o przynależności do środowiska LGBT, poczynione w celu ostania się na antenie, mimo spadającej oglądalności i ambicji równie zdolnych, acz młodszych kolegów Richarda po fachu. Filip nie pałał entuzjazmem do tego zadania, jednak chciał zobaczyć swoje zaległe wypłaty. Takie samo życzenie wyrażał też nieustannie jego bank, strasząc go SMS-owo i listownie komornikiem, toteż rozterki scenarzysty i managera musiały pójść w niepamięć. Żałował tylko, że rozkręcając całą tę akcję, zapomniał zaplanować, jak się z tego ewentualnie wycofać. W końcu zwykle jest to czynność jednostronna.
Z braku pomysłu, jak zgrabnie odkręcić swą intrygę, jego myśli uciekały do drugiego, pilniejszego jeszcze zadania: własnego wieczornego stand-upu. Z tym było zdecydowanie łatwiej. Miał w głowie kilka dobrych pomysłów. Nie zamierzał jednak improwizować. Nie czuł się na scenie jeszcze na tyle swobodnie. Dlatego za każdym razem do występu przygotowywał się bardzo starannie.
Grabski, jak większość autorów, nigdy nie pracował przy pustej szklance. Inaczej mówiąc: nie pisał o suchym pysku. Niekoniecznie wymagał zaprawienia alkoholem. Po prostu, tworzeniu musiało towarzyszyć sączenie jakiegoś płynu. Gdy zorientował się, że w stojącym po prawej stronie jego laptopa ceramicznym kubku widać dno, wstał i udał się do kuchni po herbatę. Daleko nie miał. Mieszkał na zaledwie trzydziestu metrach. Choć w czasach mikrokawalerek jego lokum i tak uchodzić mogło za całkiem duże. W urządzonym minimalistycznie mieszkaniu panował spory nieporządek, co Filip tłumaczył sobie brakiem czasu i tak zwanej kobiecej ręki – bardziej w roli motywatorki niż wyręczycielki w tych kwestiach. Istotnie, z ostatnią partnerką Grabski rozstał się ponad rok temu i od tego czasu nikt poza nim samym tu nie bywał.
Czekając, aż czajnik wykona swoją część pracy, Filip włączył radio. Po wysłuchaniu kilku wersów starej piosenki o orle, który do góry wzbił się niczym wiatr, przełączył stację i trafił na radiowe wiadomości. Prowadzący serwis wydawali się szczerze podnieceni zapowiedzianym na wieczór prezydenckim orędziem. Filip z początku zupełnie nie poczuł sensacyjności tej sytuacji, jednak szybki rzut oka na obrazki z telewizji informacyjnych pokazał mu, że nie tylko radiowcy byli na nie dziwnie nakręceni.
Prezydencka przemowa wypadała dokładnie w porze jego wieczornego występu. Trochę żałował, że nie może zobaczyć teraz jej tekstu i przygotować pod nią stand-upu. Wystąpienia publiczne miłościwie panującej głowy państwa często wyróżniały się komediowym potencjałem. Zabawny komentarz na żywo? To byłby hit! Na to nie było jednak żadnych szans. Mimo wszystko, zasiany rano w głowie pomysł nie dawał mu spokoju przez następne pół dnia. Nie mógł tak po prostu odpuścić. Postanowił zaryzykować i opracować wszystkie możliwe scenariusze, co może powiedzieć prezydent, by wieczorem razem z publicznością zobaczyć i na świeżo skomentować to całe zamieszanie. Liczył, że ładnie ubrani ludzie z telewizora rzeczywiście wiedzieli, że prezydent powie coś ważnego, skoro tak cisnęli ten temat.
Leniwa ekipa biura prasowego prezydenta myślała, że znowu im się upiekło. Otóż po śnieżnych uciechach szefa temat treści i celu orędzia już nie powrócił. Koss z energią i uśmiechem przekazał Dydule, że „sprawa jest czysta”, czyli niczego od nich nie oczekuje, oczywiście poza sprowadzeniem do pałacu odpowiedniej ekipy nagrywającej i wszystkich innych cudotwórców, takich jak makijażystka czy fryzjer dla pierwszej damy. W wystąpieniu mieli wziąć bowiem udział oboje. Gdyby tylko Dyduła lub ktoś z jego ludzi przedkładał obowiązek ponad święty spokój, pewnie wyłapałby subtelne znaki nadchodzącej katastrofy. Nie było jednak wśród nich ani jednego takiego prymusa. Trwali więc w błogiej nieświadomości co do planów Grzegorza, wierząc, że jak zawsze realizuje on jedynie wytyczne Falkowskiego.
Najbardziej sprawa orędzia dotknęła prezydentową. Nakręcony zabawą w ogrodzie Grzegorz od razu pragnął pogadać z żoną i przedstawić jej swój błyskotliwy pomysł. Iza jednak nie miała ochoty go widzieć, toteż zamknęła się w pokoju pod pretekstem regenerującej drzemki. Bardzo tego później pożałowała, bo gdy wreszcie dowiedziała się, że wkrótce ma wystąpić obok męża, mocno się tym zestresowała. Miała nawet na końcu języka, by wygarnąć Grzegorzowi, że została postawiona pod ścianą i nie jest jej z tym dobrze. Uznała jednak, że obowiązek to obowiązek. W końcu stać i uśmiechać się do kamery jeszcze potrafi, a wyszykowana przez profesjonalistów na pewno wypadnie przynajmniej przyzwoicie. Ta racjonalizacja nie pomogła jej w stu procentach, więc dodatkowo dla kurażu wspomogła się jeszcze paroma łykami ulubionego trunku. Nie był to jej pierwszy raz i czujne otoczenie prezydentowej wiedziało, jak szybko zamaskować woń alkoholu, by uniknąć ewentualnych krzywdzących plotek z planu.
Nadszedł ten moment. Prezydent i pierwsza dama tego nękanego zimą kraju stanęli przed telewizyjną kamerą. W reprezentacyjnym, pałacowym wnętrzu, na tle pięknie przystrojonej choinki, która wciąż jeszcze nie doczekała się posezonowego odpoczynku. Tak, dopiero teraz pracownicy biura prasowego i sam rzecznik zaczęli zadawać sobie pytanie, czemu przesłanie do narodu ma mieć w kadrze symbol owszem, uwielbiany, ale jednak nierozerwalnie związany ze świętami obchodzonymi kwartał wcześniej. Nim jednak zdążyli wyartykułować swoje wątpliwości, ekipa techniczna przegoniła wszystkich postronnych. Zbliżała się bowiem godzina zero – a w tym przypadku dwudziesta.
Klub Piguła swoją osobliwą nazwę zawdzięczał właścicielowi nieruchomości, w której się znajdował, czyli lokalnemu samorządowi aptekarskiemu. Kiedyś w jego wnętrzach aptekarze mieli własną przestrzeń do bankietów i środowiskowej integracji, potocznie zwaną Pigułą. Bóg jeden oraz starsze pokolenia warszawskich aptekarzy raczyły wiedzieć, co tam się wyprawiało, że przylgnęła do tego miejsca właśnie taka nazwa. W końcu władze instytucji powiedziały dość i uczyniły z lokalu ogólnodostępny klub.
Filipowi nazwa kojarzyła się bardziej kryminalnie niż medycznie. Pozostanie przy niej uważał za pomysł szalony, z drugiej strony: Czyż nie trzeba być choć trochę szalonym, żeby w obecnych czasach robić w tym biznesie?– myślał. Niezależenie od nazwy, ważne było dla niego to, że w Pigule organizowano wieczory stand-upowe, na których miał już szansę kilka razy wystąpić.
Klub był dość ciasnym, ale przytulnym miejscem, z małą sceną niestwarzającą zbyt wielu estradowych możliwości, jednak na one-man show jak najbardziej optymalną. Przed podwyższeniem ustawiano składane krzesła w liczbie koło osiemdziesięciu. Zwykle jednak występy przyciągały zdecydowanie więcej widzów i w klubie panował tłok.
Filip do ostatnich chwil wbijał do głowy różne warianty swojego monologu do wypowiedzenia w zależności od tego, co powie prezydent. Swoim zadaniem był w równym stopniu podniecony, co zestresowany. Dochodziła dwudziesta. Sala była już mocno wypełniona, a wśród publiczności trwały dywagacje na temat tego, czemu na scenie wyświetlała się transmisja telewizyjna. W końcu nikt nie przyszedł tego wieczoru do Piguły, aby oglądać telewizję.
Zaczęło się. W klubie zrobiło się jeszcze ciemniej, a na scenę, po krótkiej zapowiedzi w wykonaniu managera lokalu, wkroczył Filip. Kilka przygotowanych na początek żartów zdało egzamin. Publiczność zrozumiała koncepcję występu i zgodnie z oczekiwaniami Filipa nabrała ochoty do wspólnego obejrzenia orędzia. Wreszcie, po kilkusekundowym ujęciu na Pałac Prezydencki, kamery pokazały reprezentacyjną salę pałacu i stojącą na tle choinki, wystrojoną jak na operową premierę, parę prezydencką.
Drodzy rodacy!
Łączymy się dzisiaj z wami z zaśnieżonej Warszawy oraz Pałacu Prezydenckiego, z którego, jak możecie dostrzec, nie zniknęły jeszcze bożonarodzeniowe symbole. Bo choć obyczaj każe wynieść choinkę do drugiego lutego, w tym roku w wielu domach, także naszym, pozostała na dłużej.
Jako kraj i naród przeżywamy trudny czas. Wiemy, z czym się zmagacie i doskonale rozumiemy waszą frustrację. Wiele spraw nie układa się tak, jak powinno. W dużej mierze odpowiada za to anomalia pogodowa, jakiej nasz kraj, ale i cała Europa, nie doświadczyła od ponad trzydziestu lat.
Wszyscy bardzo chcielibyśmy w tej chwili cieszyć się z nadchodzących świąt Wielkiej Nocy. Świąt, które są symbolem odradzania się życia. Świąt w naszej tradycji wiosennych, zielonych i kwitnących. Trudno jednak tak właśnie je postrzegać, widząc dookoła mnóstwo śniegu, marznąc na ulicy, a w niektórych przypadkach także w domach.
Pogoda płata figla już po raz drugi. Podobne odczucia towarzyszyły nam przecież w grudniu, gdy świętując Boże Narodzenie, mieliśmy temperaturę o jakiej marzymy na majówkę czy Boże Ciało, zaś ferie zimowe bez grama śniegu nie pozwoliły w tym roku cieszyć się nartami, sankami czy choćby prostym lepieniem bałwana.
Ktoś powie, że święta to zwykłe dni, tylko wzbogacone o jakieś symbole. Tak, wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, jak te symbole są dla nas ważne. Planujemy nasze życie właśnie wokół świąt. Planujemy coś na święta, na przed, na po świętach. Zwłaszcza Boże Narodzenie, którego zwyczajnie nie udało nam się odświęcić, pełni taką właśnie rolę. Gwiazdka to też czas, w którym wszyscy staramy się być lepsi. Jesteśmy dla siebie milsi, bardziej się o siebie troszczymy.
Zważywszy na to wszystko, podjąłem decyzję bez precedensu w naszej historii. Za sześć tygodni, w terminie Świąt Wielkiej Nocy, odświętujmy raz jeszcze Boże Narodzenie.
Publiczność, dotychczas nieco podśmiechująca się z kaznodziejskiego tonu prezydenta, zamarła. Nic do powiedzenia nie miał również Filip. Wiedział już, że wszystkie opracowane scenariusze na nic się zdadzą. Koss, co żeś ty wymyślił? Co ja mam tym ludziom powiedzieć? – głowił się, równocześnie walcząc, by nie pokazać przed publicznością stresu, który właśnie przeszył go do cna. Ale nie tylko naród był zaskoczony. Widoczna w kadrze przez ułamek sekundy mina prezydentowej słyszącej zapowiedź, która właśnie wyszła z ust jej męża, była pewniakiem do zostania viralem. Nie przegadał tego nawet ze swoją starą! Co za gość! – myślał Grabski.
Niech ten czas, który do niego pozostał, będzie tym czasem radosnego oczekiwania, dostrzegania dobra w drugim człowieku i odbudowy wspólnoty. A gdy do naszego kraju wreszcie zawita prawdziwa wiosna, obiecuję wam, że urządzimy równie pełne radości święta Wielkiej Nocy. Zagrajmy z pogodą w jej grę i ograjmy ją!
Wesołych świąt Bożego Narodzenia.
Najazd kamery na rozświetloną choinkę był znakiem, że to wszystko, co prezydent miał do przekazania narodowi. Nie było żadnego epilogu w stylu: „Żartowałem. Wiem, że mam dziwne poczucie humoru. Wybaczcie!”. Nie. On naprawdę powiedział to, co powiedział, a Filip stał przed zaskoczonym tłumem żądnym wyjaśnień, odnośnie do tego, co się właśnie wydarzyło. Komik zrobił jedyne, co przyszło mu do głowy – zaczął się śmiać. I choć był to z jego strony chichot nerwowy, publiczność go podchwyciła i zaraz śmiali się wszyscy. Postawił na szczerość. Usiadł na scenie i zaczął grać załamanego, przygotowanego na wiele, ale nie na to. Poczuł, że sala mu sprzyja. Rozkręcał się coraz bardziej, aż w końcu uznał, że totalna improwizacja naprawdę dobrze mu idzie. Mógłby nawet cieszyć się tą chwilą, gdyby nie to, że od kilku minut w jego kieszeni nieustannie wibrował telefon. Nie musiał sprawdzać, by wiedzieć, kto z taką determinacją próbował się do niego dobić. Wiedział, że tylko Richard nie potrafi pojąć, że jego rozmówcy mogą robić w życiu cokolwiek innego, niż czekać na telefon od niego.
Gdy wreszcie zakończył, przy dźwięku oklasków wbiegł do toalety, by w jako takiej ciszy odebrać połączenie od natrętnego szefa. Miał już przygotowaną wymówkę, ale tym razem Richard nie żądał żadnych wyjaśnień. Podekscytowany wykrzyczał:
– Słyszałeś tego idiotę?
– Co nieco. – Filip rozejrzał się po kafelkach, pośród których przyszło mu prowadzić ten dialog. – Na basenie byłem.
– Posłuchał nas. Mnie posłuchał. Łyknął temat, rozumiesz? Robimy o tym cały następny odcinek.
– A twój, że tak powiem, powrót do świata kobiecych serc?
– Co? Pieprzyć! Odwołujemy. Znaczy odwołujemy odwołanie. Niech się tęczowi jeszcze cieszą z coming outu roku.
– A zapłacisz? Obiecałeś, że…
– Ten jak zwykle tylko o sobie! Zapłacę, pewnie, że zapłacę! Chcę cały odcinek o tym popieprzonym Bożym Narodzeniu w kwietniu – zdecydował Richard, nie mając w tamtej chwili zielonego pojęcia, jak tą decyzją namiesza w życiu Filipa i całego społeczeństwa.
