Święta do poprawki - Michał Kaczor - ebook

Święta do poprawki ebook

Michał Kaczor

3,8

Opis

"Święta do poprawki" to satyra na polską rzeczywistość polityczną i medialną, w której prezydent jedną, niefrasobliwą decyzją wkurza wszystkich obywateli od prawa do lewa i rozpętuje polityczno-społeczną burzę, jakiej kraj dotąd nie widział.

Za sprawą szalonego pomysłu głowy państwa cnotliwa nauczycielka, niespełniony scenarzysta, harda urzędniczka, chciwy biznesmen, listonoszka z przeszłością i nieszczęśliwie zakochany maturzysta zostają wciągnięci w wir absurdalnych wydarzeń, które na kilka tygodni przed świętami wywracają ich codzienność do góry nogami.

Pogodowe anomalie, porwanie, handel ziołem, telewizyjny show, katolickie liceum pod wodzą nieco zbzikowanych zakonnic, a w końcu także tytułowe święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne – to wszystko i wiele więcej znajdziecie w tej opowieści.

Wejdź na ksiazkanaswieta.pl - przeczytaj więcej o powieści i jej bohaterach. Posłuchaj książkowej playlisty i zobacz opinie tych, którzy już czytali.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (5 ocen)
3
0
0
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszk007

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka z dużą dawką humoru, barwnymi postaciami i wieloma nieoczekiwanymi wydarzeniami. Powieść dla wymagającego czytelnika, napisana doskonałym językiem, wartką fabułą która naprawdę wciąga. Czekam na kolejne książki tego autora!
00

Popularność




Mi­chał Ka­czor

Świę­ta do po­praw­ki

po­li­tycz­no-świą­tecz­na opo­wieść uciesz­na

War­sza­wa 2024

Co­py­ri­ght © Mi­chał Ka­czor, 2024

Okład­ka

kon­cep­cja i ge­ne­ro­wa­nie gra­fik | Mi­chał Ka­czor

przy­go­to­wa­nie do dru­ku | Ga­briel Wy­glę­dacz

Re­dak­cja

Ewe­li­na Ple­wa

Ko­rek­ta

Ali­cja Ma­ty­jas

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i ła­ma­nie

Ga­briel Wy­glę­dacz Stu­dio Aka­pit

ISBN

EPUB | 978-83-941186-1-1

Mobi | 978-83-941186-2-4

War­sza­wa 2024

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Pu­bli­ka­cja prze­zna­czo­na do użyt­ku przez jej na­byw­cę,

nie może być przed­mio­tem od­sprze­da­ży, po­wie­la­nia

lub roz­po­wszech­nia­nia bez zgo­dy au­to­ra.

Pra­wa au­tor­skie do ni­niej­szej po­wie­ści na­le­żą do au­to­ra.

Pro­si­my nie udo­stęp­niać frag­men­tów

bez od­nie­sie­nia do książ­ki oraz nie zmie­niać ich tre­ści.

Mo­jej ma­mie, któ­ra książ­ki ko­cha­ła tak bar­dzo, że w mło­do­ści prze­czy­ta­ła po­dob­no cały księ­go­zbiór szkol­nej bi­blio­te­ki.

Mo­je­mu ta­cie, po któ­rym odzie­dzi­czy­łem, uj­mij­my to li­te­rac­ko, skłon­ność do kro­to­chwi­li.

1

Tej zimy po­go­da była dla Po­la­ków wy­jąt­ko­wo wred­na. Naj­pierw za nic mia­ła swe od­wiecz­ne pra­wo na­tu­ry, że jak jest zima, to musi być zim­no. I tak, w Wi­gi­lię na­wet su­wal­skie ter­mo­me­try wska­zy­wa­ły osiem­na­ście stop­ni na plu­sie, nie mó­wiąc już o tem­pe­ra­tu­rach na po­łu­dniu kra­ju, któ­re­go miesz­kań­cy mo­gli­by za­siąść do kar­pia w pla­żo­wych szor­tach. O bia­łych świę­tach moż­na więc było co naj­wy­żej po­śpie­wać, bo już na­wet nie po­ma­rzyć. Za­raz po­tem fe­rie – na złość gó­ra­lom i spra­gnio­nym bia­łe­go sza­leń­stwa ce­prom – też oka­za­ły się cie­płe ni­czym ser­ce gaź­dzi­ny na wi­dok dut­ków zo­sta­wia­nych przez tu­ry­stów. Za to, gdy tyl­ko prze­rwa mię­dzy­se­me­stral­na do­bie­gła koń­ca, kraj jak dłu­gi i sze­ro­ki przy­sy­pał śnieg, pa­ra­li­żu­jąc – do spół­ki z siar­czy­stym mro­zem – ko­mu­ni­ka­cję, go­spo­dar­kę i w ogó­le wszyst­ko, co tyl­ko się dało. I tak zima za­sko­czy­ła nie tyl­ko dro­go­wców. Po­cie­chy nie do­star­cza­ły też pro­gno­zy syn­op­ty­ków – wy­jąt­ko­wa zima mia­ła sza­leć na Sta­rym Kon­ty­nen­cie na­wet w wy­pa­da­ją­cą tego roku póź­no, bo pod ko­niec kwiet­nia, Wiel­ka­noc. Czym chłod­niej było w miesz­ka­niach, szko­łach czy za­kła­dach pra­cy, tym go­rę­cej ro­bi­ło się w świe­cie po­li­ty­ki. Co praw­da tyl­ko naj­więk­si en­tu­zja­ści spi­sko­wej teo­rii dzie­jów po­dej­rze­wa­li wła­dzę o ste­ro­wa­nie po­go­dą i ce­lo­we wy­mra­ża­nie spo­łe­czeń­stwa, ale ugi­na­ją­ce­mu się pod cię­ża­rem róż­nych pro­ble­mów rzą­do­wi mróz i śnieg by­naj­mniej nie uła­twia­ły ży­cia.

Ani po­go­do­we ano­ma­lie, ani po­li­tycz­ne per­tur­ba­cje nie do­star­cza­ły zmar­twień trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nie­mu Fi­li­po­wi Grab­skie­mu, któ­re­go głów­nym wro­giem i cie­mię­ży­cie­lem nie­zmien­nie po­zo­sta­wał bank i łą­czą­ca go z nim hi­po­te­ka. Ba, całe to za­mie­sza­nie było Fi­li­po­wi wręcz na rękę. Prze­cież te­le­wi­zja uwiel­bia emo­cje, a to wła­śnie w tej bran­ży Fi­lip od lat pró­bo­wał zwią­zać ko­niec z koń­cem, pra­cu­jąc jako głów­ny sce­na­rzy­sta naj­po­pu­lar­niej­sze­go w kra­ju roz­ryw­ko­we­go talk-show. Bie­żą­cy ga­li­ma­tias po­go­do­wo-po­li­tycz­ny był w pro­gra­mie sta­łym te­ma­tem żar­tów, a cza­sem wręcz nie­wy­bred­nych kpin.Rich Show emi­to­wa­no na żywo z udzia­łem pu­blicz­no­ści w każ­dy czwar­tek. Pod­czas na­grań Fi­lip za­szy­wał się w gar­de­ro­bie, gdzie w sku­pie­niu pod­glą­dał ob­raz ze stu­dia, kon­tro­lu­jąc, jak też jego żar­ty spraw­dza­ją się na ekra­nie. Miej­sce to było dla nie­go po­nie­kąd zsył­ką – wo­lał­by śle­dzić wszyst­ko z re­ży­ser­ki i na bie­żą­co pod­po­wia­dać pro­wa­dzą­ce­mu ko­lej­ne bły­sko­tli­we wstaw­ki, jed­nak po kil­ku spek­ta­ku­lar­nych wto­pach do­stał od ko­le­gów z pro­duk­cji za­kaz ta­kie­go po­ma­ga­nia.

Pro­wa­dzą­cym i za­ra­zem gwiaz­dą pro­gra­mu był Ri­chard. Co praw­da lata temu za­re­je­stro­wa­ny zo­stał w urzę­dzie sta­nu cy­wil­ne­go jako Ry­szard Kisz­ka, jed­nak to ple­bej­skie imię nie było w sta­nie po­mie­ścić jego ego, a co do­pie­ro mó­wić o na­zwi­sku, to­też zna­ny był wszem wo­bec jako Ri­chard wła­śnie. Jego praw­dzi­we per­so­na­lia zaś słu­ży­ły nie tyle gwiaz­do­ro­wi, co in­nym do wy­pro­wa­dza­nia go z rów­no­wa­gi. Jak po­zwa­lał so­bie cza­sem żar­to­wać do ko­le­gów Fi­lip, ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną Ri­char­da było to, że spo­śród wszyst­kich istot ży­wych tego glo­bu, od Ala­ski po Au­stra­lię, naj­bar­dziej ko­chał sie­bie. O ile w ogó­le ży­wił wyż­sze uczu­cia do ko­go­kol­wiek in­ne­go. Jego wiek owia­ny był ta­jem­ni­cą, a więc na­tu­ral­nie sta­no­wił w show-biz­ne­sie przed­miot plo­tek. Kon­sen­sus spo­łecz­ny wska­zy­wał na oko­ło lat czter­dzie­ści, co było bli­skie praw­dy. Ri­chard dys­po­no­wał cał­kiem przy­stoj­ną twa­rzą, któ­ra za­pew­ne uła­twi­ła mu zro­bie­nie ka­rie­ry. Po­dob­ny był tu zresz­tą do Fi­li­pa – łą­czy­ły ich nie­bie­skie oczy, blond wło­sy i sła­by za­rost. Kil­ka razy zo­sta­li na­wet po­my­le­ni lub wzię­ci za bra­ci. Ta­kie sy­tu­acje Ri­chard prze­ży­wał aku­rat okrop­nie, gdyż sam uro­dy swe­go sce­na­rzy­sty zu­peł­nie nie po­wa­żał. Obu pa­nów łą­czy­ła też syl­wet­ka – śred­ni wzrost i szczu­płe cia­ła, rów­no nie­ska­la­ne pra­cą fi­zycz­ną czy si­łow­nią. Róż­nił ich na­to­miast styl. Ri­chard był eks­tra­wa­ganc­ki. Fi­lip zaś no­sił się skrom­nie, sto­sow­nie zresz­tą do za­moż­no­ści, a ra­czej jej bra­ku. Czy to dzię­ki uro­dzie, au­rze, czy po pro­stu me­dial­nej sła­wie, Ri­chard cie­szył się przez całe lata uwiel­bie­niem ko­biet, a plot­ki o jego licz­nych ro­man­sach jesz­cze do nie­daw­na re­gu­lar­nie roz­pa­la­ły bru­kow­ce. Wszyst­ko to do cza­su, gdy kil­ka mie­się­cy wcze­śniej show­man zde­cy­do­wał się na co­ming out. Od tego też mo­men­tu nie­od­łącz­nym ele­men­tem jego wi­ze­run­ku sta­ły się tę­czo­wa pe­ru­ka i ce­ki­no­we sty­li­za­cje, przez wie­lu uwa­ża­ne za bez­gu­ście.

Szó­ste­go mar­ca, dzień po in­au­gu­ru­ją­cej Wiel­ki Post Śro­dzie Po­piel­co­wej, Fi­lip jak co czwar­tek z no­tat­ni­kiem w ręku do­glą­dał z gar­de­ro­by re­ali­za­cji pro­gra­mu. Go­ściem Ri­char­da była tym ra­zem mło­dziut­ka pio­sen­kar­ka San­dra. Drob­na, blon­d­wło­sa pięk­ność z wy­uczo­ną non­sza­lan­cją w gło­sie i ru­chach. Obiekt wes­tchnień na­sto­lat­ków i mło­dych do­ro­słych. Za­le­d­wie dzie­więt­na­sto­let­nia, a już z dwo­ma hi­ta­mi na kon­cie. Wła­śnie pro­mo­wa­ła trze­ci. Po­pu­lar­ność gwiaz­dy da­le­ce wy­prze­dza­ła jej in­te­lekt, co jed­nak w show-biz­ne­sie nie było przy­pad­kiem ani dziw­nym, ani rzad­kim. Każ­da taka sy­tu­acja sta­no­wi­ła na­to­miast wy­zwa­nie dla eki­py przy­go­to­wu­ją­cej show. De­cy­den­ci mu­sie­li do­ko­nać stra­te­gicz­ne­go wy­bo­ru – ośmie­szyć taką isto­tę na wi­zji, na­ra­ża­jąc się jej fa­nom i pro­mo­to­rom, czy ra­czej grzecz­nie włą­czyć się w pro­mo­cję no­we­go me­dial­ne­go od­kry­cia? Nie spo­sób było prze­wi­dzieć, kie­dy wa­riant nu­mer je­den, czy­li ostra jaz­da bez trzy­man­ki, za­żre tak, że po wszyst­kim na­wet spo­nie­wie­ra­ny ce­le­bry­ta bę­dzie za­chwy­co­ny i wdzięcz­ny, zgod­nie z za­sa­dą, że nie­waż­ne jak mó­wią, byle mó­wi­li. Tym ra­zem, po uzgod­nie­niu z ma­na­ge­rem gwiaz­dy, Fi­lip za­pla­no­wał, że pro­wa­dzą­cy nie bę­dzie grzecz­ny.

Stu­dio te­le­wi­zyj­ne. Sce­no­gra­fia skrom­na, choć jak wszyst­ko w Rich Show z pew­no­ścią nie­ta­nia – dwie wy­god­ne ka­na­py i sto­lik. No i oczy­wi­ście pu­blicz­ność. U Ri­char­da pe­łen luz – le­żał na so­fie, jak­by był u sie­bie w domu. Spod pe­ru­ki i oku­la­rów na pół twa­rzy nie­wie­le go było zresz­tą wi­dać. Go­rzej mia­ła San­dra. Zwy­kle wy­szcze­ka­na, te­raz sie­dzia­ła wbi­ta w kąt ka­na­py, ze­stre­so­wa­na tak, że aż bu­dzą­ca współ­czu­cie. Niby pró­bo­wa­ła wal­czyć, od­gry­zać się pro­wa­dzą­ce­mu, ale była bez szans.

Na­gle na ścia­nie za ka­na­pa­mi po­ja­wi­ło się zdję­cie uśmiech­nię­te­go pięć­dzie­się­cio­lat­ka w gar­ni­tu­rze. Je­go­mość był naj­wy­raź­niej po­wszech­nie zna­ny, bo pu­blicz­ność spon­ta­nicz­nie za­re­ago­wa­ła na jego wi­dok. Od śmie­chów po bu­cze­nie i gwiz­dy.

– Zna­cie się już? – Ri­chard wska­zał zde­ner­wo­wa­nej San­drze wy­świe­tlo­ną za ple­ca­mi po­stać.

– Yyy, nie. Chy­ba…

– No jak to!? Jesz­cze cię nie za­pro­sił na her­bat­kę? Żad­nych wspól­nych im­prez, ścia­nek? – San­dra wy­da­wa­ła się za­gu­bio­na. – Nic? A może kum­plu­jesz się z jego sy­nem? Jest ja­koś w two­im wie­ku!

– Star­szy! – krzyk­nął ktoś z pu­blicz­no­ści.

– No do­bra, star­szy! – po­wtó­rzył pro­wa­dzą­cy, po czym ode­brał wia­do­mość z re­ży­ser­ki. – Eee, dużo star­szy. Dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Pra­wie tyle co ja!

Pu­blicz­ność za­wy­ła. Ri­chard, pod­no­sząc ręce, do­dat­ko­wo mo­bi­li­zo­wał ze­bra­nych do aplau­zu. Pio­sen­kar­ce jed­nak zu­peł­nie nie było do śmie­chu.

– A, wła­śnie. To może o tym po­ga­da­my. Lu­bisz star­szych? Bo jak­by co, to wiesz, na­sze gar­de­ro­by są obok! – rzekł po­bu­dzo­ny jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle i pu­ścił do swo­jej roz­mów­czy­ni oczko.

– Prze­cież ty… – wy­pa­li­ła San­dra. – Je­steś… no wiesz.

Wi­dow­nia za­czę­ła bu­czeć, a na twa­rzy pro­wa­dzą­ce­go za­go­ści­ła iry­ta­cja. Po krót­kiej chwi­li jed­nak Ri­chard po­skro­mił gry­mas, uśmiech­nął się sze­ro­ko i uci­szył pu­blicz­ność ge­stem dło­ni.

– Ach tak! Wy­bacz, przy to­bie pra­wie o tym za­po­mnia­łem. Do­bra, wróć­my do nie­go. – Zno­wu wska­zał na po­stać z ekra­nu. – Czy­li się nie po­zna­li­ście. No, ale na pew­no masz o nim ja­kieś zda­nie. Ce­le­bry­ci zna­ją się na wszyst­kim. Zo­bacz: na­ród cze­ka na twój głos!

Pu­blicz­ność za­czę­ła skan­do­wać: „San­dra, San­dra”.

– Ale że mam coś za­śpie­wać?

– A, cze­kaj! Ty nie wiesz kto to jest!?

– No skądś go ko­ja­rzę! Ja­kiś ak­tor?

Pu­blicz­ność wy­bu­chła śmie­chem.

– Ko­ja­rzy! No do­bra, pójdź­my w to, jak ob­sta­wiasz: Klan czy M jak mi­łość?

– Weź, moja pra­bab­cia oglą­da Klan!

– Moja też. Dziec­ko, po­słu­chaj: to jest pre­zy­dent tego kra­ju. Przy­naj­mniej na ten mo­ment. Zo­ba­czy­my jak dłu­go jesz­cze. – W stu­diu roz­le­gło się bu­cze­nie. – Tak, moż­na bu­czeć, śmia­ło.

– A skąd ja mam wie­dzieć, że to pre­zy­dent! – San­dra skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach i wes­tchnę­ła z te­atral­nym obu­rze­niem, zno­wu roz­ba­wia­jąc pu­blicz­ność. – Mie­li­śmy roz­ma­wiać o mo­jej no­wej pły­cie, a ty mi ja­kie­goś go­ścia w gar­ni­tu­rze po­ka­zu­jesz. Wiesz co!

– Cze­kaj, za­raz doj­dzie­my do pły­ty. Do tego zmie­rzam. Bo mie­li­śmy tu­taj taki sza­lo­ny po­mysł, że­byś za­śpie­wa­ła dla pre­zy­den­ta. Wiesz, jak kie­dyś Ma­ri­lyn Mon­roe… Tak od ser­ca. Ale Ma­ri­lyn to ko­ja­rzysz, coś ci to mówi?

– Uwiel­biam ją! – San­dra uśmiech­nę­ła się, jak­by wresz­cie po­czu­ła, że roz­mo­wa wra­ca na wła­ści­we tory. – Taka ak­tor­ka… ona gra­ła w tym, no Dia­beł ubie­ra się u Pra­dy!

– A, to Me­ryl Stre­ep!

Pu­blicz­ność za­re­cho­ta­ła.

– No wła­śnie, Mer­lin Stre­ep – wy­pa­li­ła San­dra, wy­wo­łu­jąc u wszyst­kich obec­nych w stu­diu spa­zmy śmie­chu. Ri­chard po­trze­bo­wał do­brych dwóch mi­nut, żeby dojść do sie­bie. Ope­ra­to­rzy ka­mer rów­nież. W tym cza­sie pro­wa­dzą­cy po­dał San­drze kart­kę z tek­stem pio­sen­ki, o któ­rej za­śpie­wa­nie chciał ją po­pro­sić. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na tekst i za­chi­cho­ta­ła pod no­sem.

– To na me­lo­dię two­jej no­wej nuty Za­klę­ty. Dasz radę? – za­py­tał Ri­chard, gdy w koń­cu od­zy­skał od­dech.

Pu­blicz­ność po­now­nie za­czę­ła skan­do­wać imię pio­sen­kar­ki. Dziew­czy­na była już bli­ska pod­ję­cia rę­ka­wi­cy, jed­nak trwa­ją­cy mniej niż se­kun­dę kon­takt wzro­ko­wy z ma­na­ge­rem sie­dzą­cym po­śród wi­dow­ni szyb­ko zmie­nił jej na­sta­wie­nie:

– Nie! Mogę za­śpie­wać ory­gi­nal­ną wer­sję. Chce­cie?

– Nuda! – stęk­nął Ri­chard, ale zo­stał za­krzy­cza­ny przez wi­dow­nię.

San­dra wsta­ła i za­czę­ła śpie­wać ko­lej­ną pio­sen­kę o wiel­kiej mi­ło­ści. Z gło­śni­ków po­le­cia­ła me­lo­dia, a pu­blicz­ność kla­ska­ła do ryt­mu.

Ob­ser­wu­ją­cy pro­gram z gar­de­ro­by Fi­lip ża­ło­wał, że Za­klę­ty nie wy­brzmiał z jego tek­stem, któ­ry uwa­żał za znacz­nie lep­szy od miał­kie­go ory­gi­na­łu. Rów­no­cze­śnie już kom­bi­no­wał, jak za­go­spo­da­ro­wać nie­wy­ko­rzy­sta­ny po­mysł w przy­szło­ści.

– I wła­śnie ten utwór moż­na usły­szeć na two­jej pły­cie – za­koń­czył wy­stęp pro­wa­dzą­cy i za­pre­zen­to­wał do ka­me­ry okład­kę.

Dziew­czy­na wzię­ła głę­bo­ki wdech i za­czę­ła wy­gła­szać wy­uczo­ną for­muł­kę, ja­kie to anio­ły i de­mo­ny tar­ga­ły nią pod­czas prac nad naj­now­szym dzie­łem, gdy Ri­chard zbił ją z tro­pu:

– A masz tam ja­kieś ko­lę­dy?

– Że co!?

– No prze­cież idą świę­ta! A w świę­ta śpie­wa się co? Ko­lę­dy.

– Ale… to te dru­gie. Na Wiel­ka­noc też się śpie­wa ko­lę­dy? – za­py­ta­ła, a jej szcze­re zdzi­wie­nie zno­wu roz­śmie­szy­ło wi­dow­nię.

– Je­śli taka po­go­da zo­sta­nie z nami do świąt, jak naj­bar­dziej na Wiel­ka­noc bę­dzie moż­na ko­lę­dy śpie­wać i cho­in­ki ubie­rać – sko­men­to­wał Ri­chard, a na­stęp­nie wstał i zwró­cił się do pu­blicz­no­ści. – Dzię­ku­ję, moim go­ściem była dziś San­dra, wiel­kie bra­wa. A te­raz łą­czy­my się z na­szym spe­cjal­nym ko­re­spon­den­tem, któ­ry jest pod Pa­ła­cem Pre­zy­denc­kim i wła­śnie ob­ry­wa kul­ka­mi śnie­gu od roz­złosz­czo­ne­go tłu­mu do­ma­ga­ją­ce­go się dy­mi­sji rzą­du. Jan­ku, jak się trzy­masz?

– Mu­si­my po­ga­dać o pod­wyż­ce – wy­mam­ro­tał re­dak­tor, ście­ra­jąc z twa­rzy ostat­ni śnież­ny ła­du­nek.

2

Od kil­ku ty­go­dni wszy­scy w Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kim, na­wet pra­cow­ni­cy tech­nicz­ni, cier­pie­li już na syn­drom ob­lę­żo­nej twier­dzy. W koń­cu je­cha­li na tym sa­mym po­li­tycz­nym wóz­ku, a ten bli­ski był wy­wrot­ki. Bo cho­ciaż ka­den­cja pre­zy­den­ta Grze­go­rza Kos­sa koń­czy­ła się do­pie­ro w na­stęp­nym roku, a pro­ble­my, z któ­ry­mi mie­rzył się kraj po­win­ny być ra­czej zmar­twie­nia­mi rzą­du, to jed­nak le­gen­dar­na dys­po­zy­cyj­ność, a wręcz ule­głość pre­zy­den­ta wo­bec pre­mie­ra Wal­de­ma­ra Fal­kow­skie­go, dzia­ła­ła w tej sy­tu­acji na nie­ko­rzyść gło­wy pań­stwa i jego eki­py.

Tak­że Mo­ni­ka Ma­lic­ka, trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia urzęd­nicz­ka pre­zy­denc­kiej kan­ce­la­rii, źle zno­si­ła at­mos­fe­rę w pra­cy. De­mon­stra­cje utrud­nia­ły prze­do­sta­wa­nie się na ze­wnątrz i z po­wro­tem, co dla mat­ki sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cej przed­szko­la­ka było do­dat­ko­wą kło­dą rzu­co­ną pod nogi przez ży­cie. Całe szczę­ście jej szef, czy­li sam pre­zy­dent, był wy­ro­zu­mia­ły dla sze­ścio­let­nie­go Ty­mo­na i po­zwa­lał mu prze­by­wać w za­byt­ko­wych wnę­trzach pa­ła­cu, po­mi­mo tego, że chło­piec re­gu­lar­nie po­wo­do­wał szko­dy na tym za­cnym, pań­stwo­wym mie­niu. Poza tą drob­ną kwe­stią był jed­nak dziec­kiem o zno­śnym tem­pe­ra­men­cie i uro­czym spoj­rze­niu, któ­re­mu wie­le moż­na było wy­ba­czyć. Tego wie­czo­ru rów­nież to­wa­rzy­szył ma­mie w pra­cy, dzię­ki cze­mu Mo­ni­ka mo­gła wziąć udział w póź­nym, pil­nym spo­tka­niu.

Mo­ni­ka cie­szy­ła się dużą sym­pa­tią i za­ufa­niem Grze­go­rza oraz jego żony Iza­be­li. Nie­któ­rzy w Pa­ła­cu żar­to­wa­li na­wet, że gdy­by tyl­ko me­dia do­wie­dzia­ły się, z jaką swo­bo­dą urzęd­nicz­ka może po­ru­szać się nie tyl­ko po ga­bi­ne­cie pre­zy­den­ta, ale i pry­wat­nym apar­ta­men­cie pary pre­zy­denc­kiej, od razu zwę­szy­ły­by tu po­ten­cjał do na­wią­za­nia ro­man­su. A wol­na i młod­sza o czter­na­ście lat od gło­wy pań­stwa Mo­ni­ka by­ła­by wdzięcz­nym obiek­tem do snu­cia ta­kich do­my­słów. Atrak­cyj­na, zie­lo­no­oka, za­wsze ele­ganc­ka wy­so­ka bru­net­ka, z sze­ro­kim uśmie­chem, ale i so­lid­nym uści­skiem dło­ni, przez któ­ry wie­lu bra­ło ją za ko­goś z pre­zy­denc­kiej ochro­ny. Ale nic z tego. Mo­ni­ka była bar­dzo lo­jal­na i zdy­scy­pli­no­wa­na, to­też ża­den ro­mans z prze­ło­żo­nym nie wcho­dził w grę. Jej pra­wo do wcho­dze­nia tam, gdzie inni wstę­pu nie mie­li, ozna­cza­ło tyle, że gdy pre­zy­dent nie do­cie­rał na za­pla­no­wa­ne spo­tka­nia, ją pierw­szą wy­sy­ła­no na po­szu­ki­wa­nia. Tak było i tym ra­zem. Choć wszy­scy cze­ka­li już na pre­zy­den­ta w jed­nej z sal, on wciąż wpa­try­wał się w show Ri­char­da. Le­ciał już ostat­ni punkt pro­gra­mu – na­pi­sa­ny przez Fi­li­pa skecz, w któ­rym świę­ty mi­ko­łaj w swej la­poń­skiej cha­cie czy­tał proś­by i skar­gi Po­la­ków, w tym tak­że od pre­zy­den­ta, i po­waż­nie za­sta­na­wiał się nad po­wtór­ką Bo­że­go Na­ro­dze­nia w Pol­sce, żeby ten wiecz­nie na­rze­ka­ją­cy na­ród w koń­cu się uśmiech­nął i dał mu spo­kój. Mo­ni­ka lu­bi­ła swo­je­go sze­fa, jed­nak sła­bo­ści gło­wy pań­stwa do dość głu­pa­wych show i w ogó­le te­le­wi­zji ani nie ro­zu­mia­ła, ani nie po­wa­ża­ła. Chrząk­nę­ła tyl­ko dwa razy, by za­zna­czyć swo­ją obec­ność, a gdy Koss zdał już so­bie z niej spra­wę, przy­po­mnia­ła mu o ze­bra­niu. Grze­gorz z pew­nym ża­lem wy­łą­czył te­le­wi­zor i udał się ra­zem z nią.

Pre­zy­dent Grze­gorz Koss był czło­wie­kiem o cał­kiem po­tęż­nej syl­wet­ce – wy­so­ki na bli­sko dwa me­try, szpa­ko­wa­ty pięć­dzie­się­cio­la­tek z lek­ką nad­wa­gą na pierw­szy rzut oka mógł spra­wiać wra­że­nie po­waż­ne­go, a na­wet groź­ne­go fa­ce­ta. Jed­nak każ­dy, kto choć tro­chę in­te­re­so­wał się po­li­ty­ką, wie­dział, że Koss, na prze­kór po­stu­rze, był sym­pa­tycz­nym i cie­płym czło­wie­kiem. Nie­ste­ty, do kom­ple­tu zu­peł­nie nie­sa­mo­dziel­nym. To­też cen­trum de­cy­zyj­ne pre­zy­den­ta Kos­sa znaj­do­wa­ło się da­le­ko poza jego cia­łem, bo w gło­wie pre­mie­ra Fal­kow­skie­go, po­sta­ci kom­plet­nie od nie­go róż­nej, tak­że fi­zycz­nie – kil­ka lat star­sze­go, ni­skie­go, chu­de­go in­try­gan­ta w okrą­głych oku­la­rach.

Gdy Koss po­ja­wił się w drzwiach sali, roz­mo­wy uci­chły, a wszyst­kich sied­mio­ro ze­bra­nych po­de­rwa­ło się z miejsc, by po chwi­li zno­wu za­siąść przy wspól­nym sto­le. Dla żad­ne­go z uczest­ni­ków wie­czor­ne spo­tka­nie nie było pierw­szy­zną. Wszy­scy więc spo­dzie­wa­li się po nim tego sa­me­go, czy­li do­kład­nie ni­cze­go. Je­śli jesz­cze ktoś łu­dził się, że dys­ku­sja przy­nie­sie ja­kieś sen­sow­ne kon­klu­zje, na­dzie­je te Koss roz­wiał już na po­cząt­ku, za­czy­na­jąc od mi­ni­wy­kła­du o tym, jak waż­ne w ży­ciu, tak­że po­li­tycz­nym, jest sku­tecz­ne od­wra­ca­nie uwa­gi. Na do­wód przy­wo­łał do­świad­cze­nia ze szko­ły, gdy na­uczy­cie­li czę­sto za­ga­dy­wa­ło się, aby ci nie od­py­ty­wa­li nie­przy­go­to­wa­nych uczniów. Część słu­cha­ją­cych przy­kład­nie ki­wa­ła gło­wą, sły­sząc te zło­te my­śli, nie­któ­rzy jed­nak pod­śmie­chi­wa­li się pod no­sem. Stra­te­gią po­li­tycz­ne­go prze­trwa­nia dla wła­dzy w tej trud­nej i mroź­nej sy­tu­acji mia­ło być, we­dług pre­zy­den­ta, sku­tecz­ne od­wró­ce­nie uwa­gi opi­nii pu­blicz­nej – czy­li umow­ne igrzy­ska. Za­nim jed­nak Koss zdą­żył roz­wi­nąć swój kon­cept, do sali, bez pu­ka­nia czy ja­kich­kol­wiek in­nych uprzej­mo­ści, wtar­gnął pre­mier Fal­kow­ski. Na jego wi­dok wszy­scy uczest­ni­cy spo­tka­nia, łącz­nie z pre­zy­den­tem, wsta­li.

– Wal­dek! Do­brze, że je­steś. Wła­śnie pra­co­wa­li­śmy nad… – roz­po­czął pre­zy­dent.

Pre­mier jed­nym ge­stem i spo­koj­nym „Won” wy­po­wie­dzia­nym pod no­sem od razu spra­wił, że spo­tka­nie do­bie­gło koń­ca, a po chwi­li w sali zo­stał już tyl­ko sam z pre­zy­den­tem. Per­so­nel kan­ce­la­rii szcze­rze nie­na­wi­dził Fal­kow­skie­go za jego ma­nie­ry, a słyn­ne „Won!” rzu­ca­ne do urzęd­ni­ków, któ­rzy aku­rat zna­leź­li się w miej­scu, gdzie on wi­dzieć ich nie chciał, aż pro­si­ło się o na­gra­nie i po­da­ro­wa­nie me­diom. Bra­ko­wa­ło jed­nak od­waż­ne­go, któ­ry by to zro­bił. Tym ra­zem jed­nak Fal­kow­ski aku­rat na coś się przy­dał – ura­to­wał ze­bra­nych przed dal­szy­mi nud­ny­mi wy­wo­da­mi Kos­sa, któ­re w po­rze póź­no­wie­czor­nej za­kra­wa­ły o tor­tu­rę.

– Nie ma nad czym du­mać, Grze­chu! – Pre­mier za­jął miej­sce i wska­zał pre­zy­den­to­wi dru­gie krze­sło, na któ­rym ten kar­nie za­siadł. – Wszyst­ko go­to­we. Przy­sze­dłem ci prze­ka­zać, zna­czy, omó­wić z tobą na­sze pla­ny. Wiesz, żeby zno­wu nie było, że do­wia­du­jesz się z me­diów. Tra­dy­cyj­nie: uciecz­ka do przo­du. Od­wra­ca­my uwa­gę…

– Bin­go! – Koss po­czuł wiatr w ża­glach. – Wła­śnie to im przed chwi­lą mó­wi­łem! Trze­ba lu­dzi czymś za­jąć!

– No wi­dzisz, na­da­je­my na tych sa­mych fa­lach! Jak do­brze się z tobą pra­cu­je, Grze­chu. Więc tak, spójrz – pre­mier roz­ło­żył na sto­le kil­ka te­czek – Kru­pa, Mar­kas i Dziw­now­ski…

– Co z nimi? – Grze­gorz po­smut­niał, gdyż za­czę­ło do nie­go do­cie­rać, co się świę­ci.

– Po­ju­trze o szó­stej rano ich za­wi­ja­my! Pa­pie­ry przy­go­to­wa­ne, spra­wy od­po­wied­nio gru­be, ale spo­koj­nie, nie za gru­be. Me­dia będą mia­ły ro­bo­ty na kil­ka ty­go­dni. Aż śnieg stop­nie­je, ha, ha, ha. Mar­kas za ener­ge­ty­kę, Kru­pa za in­fla­cję, a Dziw­now­ski za po­go­dę.

– Po­go­dę?!

– Żart. Dziw­now­ski idzie do kom­ple­tu. Po­tem się go wy­pu­ści w bla­sku fle­szy, że nie­win­nie sie­dział, bo my wy­pa­la­my z mar­gi­ne­sem, u nas nie ma świę­tych krów i ta­kie tam. Ro­zu­miesz.

– Ale po co od razu do wię­zie­nia? Może są nie­win­ni?

– Grze­chu, w po­li­ty­ce nie ma nie­win­nych. Po tylu la­tach po­wi­nie­neś to wie­dzieć. Są tyl­ko nie­prze­świe­tle­ni. Zresz­tą, włos im z gło­wy nie spad­nie. Mamy tam dla nich apar­ta­men­ty VIP, że tak po­wiem. Grze­chu, wiesz, że po­trze­bu­je­my show, mu­szą im opaść szczę­ki: „Tacy lu­dzie! Bio­rą się za swo­ich!”.

– No wła­śnie, show. Bo ja mam…

– Grze­chu, bła­gam, nie wkur­wiaj mnie zno­wu po­my­sła­mi w sty­lu: „Pój­dę do Tań­ca z gwiaz­da­mi!”. Spra­wa jest do­ga­da­na. Po­ju­trze, szó­sta, wcho­dzą. Ty tyl­ko grasz za­sko­czo­ne­go. „Nic nie wie­dzia­łem! Pro­ku­ra­tu­ra jest nie­za­leż­na!” i tak da­lej.

– Mar­ka­sa od­puść. Gram z nim w te­ni­sa!

Pre­mier za­zgrzy­tał zę­ba­mi.

– A ja z nim leję w sej­mie, w ki­blu, i co?

– Za­wsze mnie ogry­wa. Jak go za­mkniesz, to po­my­śli, że ma­cza­łem w tym pal­ce! Nie chcę ucho­dzić za mści­we­go.

– Do­brze – wes­tchnął pre­mier. – Dam za nie­go ko­goś z li­sty re­zer­wo­wej. Z po­zo­sta­ły­mi też łą­czą cię ja­kieś pa­sje i na­mięt­no­ści?

– Kru­pa…

Fal­kow­ski po­de­rwał się z miej­sca i za­czął pa­ko­wać do­ku­men­ty.

– Dupa! Kru­pa… co­kol­wiek robi, bę­dzie się w tym za­kre­sie roz­wi­jał w izo­la­cji. Mu­szę wra­cać – po­wie­dział, po czym skie­ro­wał się w stro­nę wyj­ścia.

– Jak­by co, mogę ich uła­ska­wić!

– Żad­nych ta­kich od­pa­łów! Gra­my w jed­nej dru­ży­nie, ja­sne?

Grze­gorz spu­ścił gło­wę i ści­snął na po­że­gna­nie rękę pre­mie­ra.

3

Gdy pra­wie wszy­scy oglą­da­li show Ri­char­da dla roz­ryw­ki i wie­czor­nej por­cji re­lak­su, przed te­le­wi­zo­rem obec­ny był też je­den widz, któ­ry na dzi­siej­szy pro­gram pa­trzył z cier­pie­niem po­mie­sza­nym ze zło­ścią. Był nim Mi­łosz Ru­daś, zna­ny wśród przy­ja­ciół i ko­le­gów, a przy­naj­mniej tych, któ­rych jesz­cze do nie­daw­na za ta­kich uwa­żał, jako Rudy. Ksyw­ka by­naj­mniej nie wzię­ła się od uro­dy, lecz na­zwi­ska. Rudy był krę­co­nym blon­dy­nem z nie­bie­ski­mi ocza­mi, a że szczu­płym i nie­spe­cjal­nie wy­ro­śnię­tym, to moż­na po­wie­dzieć, że po­sia­dał apa­ry­cję anioł­ka. Uczęsz­czał do kla­sy ma­tu­ral­nej w pre­sti­żo­wej szko­le pro­wa­dzo­nej przez Za­kon Sióstr Uwiel­bie­nia, zwa­nych uwiel­bian­ka­mi, co jed­nak wca­le nie przy­bli­ża­ło go do aniel­skie­go sta­nu. Do in­sty­tu­cji tej nie za­pa­łał sym­pa­tią już od sa­me­go po­cząt­ku – ka­to­lic­ka pla­ców­ka była ra­czej am­bi­cją jego ro­dzi­ców, za­ra­bia­ją­cych na wy­so­kie cze­sne w Ham­bur­gu, ani­że­li jego. Ostat­nio jed­nak Mi­łosz już szcze­rze tego miej­sca nie­na­wi­dził. Po­wód nie­chę­ci Ru­de­go, za­rów­no do dzi­siej­sze­go od­cin­ka pro­gra­mu, jak i do szko­ły, był pro­sty i miał na imię San­dra – jego eks.

Co się wy­da­rzy­ło? Jak to mó­wią – do za­ko­cha­nia je­den krok. Ale od mi­ło­ści do nie­na­wi­ści też czę­sto nie­wie­le wię­cej. Mi­łosz i San­dra spo­ty­ka­li się nie­mal przez cały ogól­niak, bo od po­ło­wy pierw­szej kla­sy. Wy­rwał ją na gi­ta­rę. A ra­czej swo­ją czu­łą grę. Mu­zy­kal­na bab­cia Ru­de­go – Wan­da – już w pod­sta­wów­ce do­strze­gła we wnu­ku ta­lent i na­uczy­ła go tej sztu­ki. To­też, gdy na­de­szła wła­ści­wa pora, a Amor wpra­wił już strza­łę w swój łuk, Mi­łosz od­po­wied­nio szarp­nął stru­na­mi, za­mru­czał i pach, zdo­był uwa­gę, a za­raz po­tem i ser­ce uro­czej dziew­czy­ny. Co wię­cej, gdy uczu­cie za­czę­ło się na do­bre roz­wi­jać, tym ra­zem to Mi­łosz do­szedł do wnio­sku, że jego dziew­czy­na dys­po­no­wa­ła pięk­nym gło­sem i za­chę­cił ją do zgło­sze­nia do ta­lent show. San­dra co praw­da pro­gra­mu nie wy­gra­ła, ale za­ist­nia­ła w show-biz­ne­sie wy­star­cza­ją­co moc­no, by za­cząć mie­rzyć na­praw­dę wy­so­ko. Mi­łość kwi­tła, ka­rie­ra się roz­wi­ja­ła, a sła­wa dziew­czy­ny za­czę­ła spły­wać tak­że na Mi­ło­sza, któ­ry z za­hu­ka­ne­go szkol­ne­go out­si­de­ra stał się „tym Mi­ło­szem od San­dry”. Nie­śmia­ły chło­pak szyb­ko po­lu­bił swo­je nowe miej­sce w li­ce­al­nej li­dze gwiazd. Mi­łosz i San­dra byli ze sobą szczę­śli­wi. Chło­pak dłu­go igno­ro­wał fakt wody so­do­wej ude­rza­ją­cej co­raz moc­niej do gło­wy jego wy­bran­ce. Pro­blem ob­ja­wił się na do­bre, gdy San­dra prze­szła pod skrzy­dła no­we­go ma­na­ge­ra, wy­szcze­ka­ne­go i bez­czel­ne­go Tom­ka, dla któ­re­go nie li­czy­ły się żad­ne świę­to­ści. Ci­chy i wraż­li­wy Mi­łosz, jako chło­pak gwiaz­dy, był dla nie­go wprost kulą u nogi. To­też szyb­ko do­pro­wa­dził zwią­zek San­dry i Mi­ło­sza do koń­ca. Wszyst­ko to na kil­ka ty­go­dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Pół bie­dy, gdy­by po­prze­stał tyl­ko na tym. Ale nie – pra­gną­cy roz­gło­su dla swej gwiaz­dy agent szyb­ko za­aran­żo­wał pod­opiecz­nej ro­mans. A że ta na­gry­wa­ła wła­śnie świą­tecz­ny te­le­dysk, tra­fi­ło na go­rą­ce­go tan­ce­rza, któ­ry w nim wy­stę­po­wał. Co praw­da w stro­ju świę­te­go mi­ko­ła­ja, ale by­naj­mniej nie w świę­tej roli.

Z tego to po­wo­du ostat­nie uro­dzi­ny Je­zu­sa zo­sta­ły przez Mi­ło­sza wręcz wy­par­te. W ca­łym miesz­ka­niu, w któ­rym miesz­kał wraz ze swo­ją bab­cią, nie wy­sta­wio­no żad­nych świą­tecz­nych de­ko­ra­cji. Nie od­by­ła się wi­gi­lia, nie mo­gło być też mowy o pre­zen­tach. Te­le­dy­sko­wa San­dra w czu­łych ob­ję­ciach por­no mi­ko­ła­ja sta­ła się dla Ru­de­go kosz­ma­rem, a każ­de wcie­le­nie czer­wo­ne­go świę­te­go, na­wet w po­sta­ci gru­be­go, bro­da­te­go dzia­da, jego bo­le­snym przy­po­mnie­niem.

Cała ta an­ty­świą­tecz­na hi­ste­ria Mi­ło­sza mo­gła wy­da­wać się ir­ra­cjo­nal­na, a na­wet śmiesz­na. Jed­nak chło­pak na­praw­dę cięż­ko to wszyst­ko prze­ży­wał. Od roz­sta­nia z San­drą, szko­ła sióstr uwiel­bia­nek sta­ła się też miej­scem upo­ko­rzeń Ru­de­go, któ­re­go po­zy­cja w li­ceum wy­ni­ka­ła prze­cież z fak­tu by­cia chło­pa­kiem swo­jej dziew­czy­ny. Jak­że chciał­by być z po­wro­tem tym ano­ni­mo­wym szczu­płym blon­dy­nem, na któ­re­go nikt po pro­stu nie zwra­cał uwa­gi! Każ­dy taki wy­wiad San­dry, jak ten u Ri­char­da, tyl­ko do­star­czał jego prze­śla­dow­com no­we­go pa­li­wa.

Tak się nie­szczę­śli­wie dla Mi­ło­sza skła­da­ło, że okna jego po­ko­ju wy­cho­dzi­ły na ki­pią­cą świą­tecz­nym kli­ma­tem wi­try­nę skle­pu cze­ko­la­do­we­go mar­ki Kró­le­stwo. Mi­łosz nie­raz wy­obra­żał so­bie znisz­cze­nie wy­sta­wy – naj­chęt­niej wła­sno­ręcz­ne. Na dro­dze do re­ali­za­cji te­goż ma­rze­nia stał jed­nak ko­deks kar­ny, któ­re­go chło­pak nie chciał prze­ra­biać w prak­ty­ce. Zu­peł­nie nie­świa­do­ma tej zło­ści była au­tor­ka in­sta­la­cji – Ka­sia Kró­lic­ka, cór­ka ma­gna­ta prze­my­słu cze­ko­la­do­we­go Ja­nu­sza Kró­lic­kie­go, wła­ści­cie­la Kró­le­stwa i sa­mo­zwań­cze­go Kró­la Cze­ko­la­dy. Ostat­nie świę­ta były pierw­szy­mi, gdy oj­ciec po­wie­rzył jej tak po­waż­ne za­da­nie, jak za­pro­jek­to­wa­nie oko­licz­no­ścio­wej de­ko­ra­cji. Zresz­tą, sama się do tej funk­cji od­de­le­go­wa­ła i po speł­nie­niu kil­ku wa­run­ków Kró­la – w tym do­sta­nia się na od­po­wied­nie stu­dia – otrzy­ma­ła w koń­cu jego zgo­dę.

Ka­sia była naj­młod­szym dziec­kiem Ja­nu­sza, owo­cem jego krót­kie­go, acz burz­li­we­go ro­man­su z eks­cen­trycz­ną ma­lar­ką – Ba­ri­ką z RPA. To po niej dziew­czy­na odzie­dzi­czy­ła nie tyl­ko wy­jąt­ko­wą uro­dę – ciem­niej­szą kar­na­cję, brą­zo­we oczy i gę­ste, czar­ne wło­sy – ale też ar­ty­stycz­ne za­mi­ło­wa­nia. Prócz tego, że naj­młod­szym, Ka­sia była też je­dy­nym dziec­kiem utrzy­mu­ją­cym z Ja­nu­szem Kró­lic­kim kon­takt. Gdy jej ro­dzeń­stwo daw­no łą­czy­ły z oj­cem już tyl­ko pie­nią­dze spły­wa­ją­ce na ich kon­ta w for­mie re­gu­lar­nych prze­le­wów, ona – świe­żo upie­czo­na stu­dent­ka – wciąż żyła z Kró­lem pod jed­nym da­chem. Dziew­czy­na nie na­rze­ka­ła, choć miesz­ka­nie z oj­cem ozna­cza­ło do­syć czę­stą wy­mia­nę współ­lo­ka­to­rek – ko­lej­nych part­ne­rek Ja­nu­sza. Wciąż jed­nak pod­war­szaw­ska po­sia­dłość Kró­lic­kie­go była znacz­nie przy­jem­niej­szym miej­scem do ży­cia ani­że­li wy­na­ję­ty po­kój w miesz­ka­niu stu­denc­kim. Ja­nusz bo­wiem wca­le nie roz­piesz­czał fi­nan­so­wo swo­ich dzie­ci. Ow­szem, wo­lał prze­le­wy niż ro­dzin­ne awan­tu­ry w ta­blo­idach, to­też pła­cił, ale by­naj­mniej nie hoj­nie. Przed Ka­sią na­to­miast ukry­wał, nie­zbyt zresz­tą sku­tecz­nie, fakt po­sia­da­nia miesz­ka­nia w sto­li­cy, któ­re ta mo­gła­by prze­cież za­jąć. Wo­lał mieć cór­kę na oku. Dziew­czy­na tak­że do­strze­ga­ła ko­rzy­ści z trzy­ma­nia się bli­sko taty. W domu cze­ka­ła nie tyl­ko peł­na lo­dów­ka, ale i obiad­ki przy­go­to­wy­wa­ne przez po­moc do­mo­wą – pa­nią Ja­dzię. Do­dat­ko­wo, z co bar­dziej rów­ny­mi współ­lo­ka­tor­ka­mi mo­gła za­ła­pać się na ja­kieś ciu­cho­we za­ku­py fi­nan­so­wa­ne kar­tą ojca. Był też po­wód naj­waż­niej­szy – jako ostat­nia nie­skłó­co­na z Ja­nu­szem krew­na mia­ła re­al­ną szan­sę prze­ję­cia cze­ko­la­do­we­go biz­ne­su i za­mie­rza­ła z tej oka­zji sko­rzy­stać.

Mło­da Kró­lic­ka nie była ja­kąś chci­wą in­try­gant­ką. Po pro­stu, w prze­ci­wień­stwie do swo­je­go ro­dzeń­stwa, mia­ła łeb na kar­ku i zwy­czaj­nie szko­da było jej słod­kie­go im­pe­rium ojca. Za­pi­sa­ła się więc na stu­dia z za­rzą­dza­nia, tak jak wy­my­ślił oj­ciec, oraz wzię­ła pod opie­kę je­den z re­pre­zen­ta­cyj­nych skle­pów fir­my, by po­wo­li oswa­jać sie­bie i Kró­la z moż­li­wą suk­ce­sją. Jed­nak w środ­ku, po mat­ce, w Kasi cza­iła się wraż­li­wa ar­tyst­ka. Po­ta­jem­nie roz­po­czę­ła więc dru­gi kie­ru­nek – na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Wła­śnie dla­te­go moż­li­wość za­pro­jek­to­wa­nia świą­tecz­nej wy­sta­wy była dla niej tak istot­na.

Ka­sia sie­dzia­ła wła­śnie w pu­stym skle­pie i przy dźwię­kach gwiazd­ko­wej mu­zy­ki wpa­try­wa­ła się w od­bi­cie swo­je­go dzie­ła w szy­bie. Z de­ko­ra­cji, któ­ra ozdo­bi­ła nie tyl­ko wi­try­nę war­szaw­skie­go skle­pu, ale i wszyst­kich punk­tów han­dlo­wych Kró­le­stwa, była tak dum­na, że mimo roz­po­czę­te­go wła­śnie Wiel­kie­go Po­stu, nie mia­ła ocho­ty się z nią roz­stać. Zresz­tą, uwa­ża­ła, że bo­żo­na­ro­dze­nio­we bar­wy świet­nie kom­po­no­wa­ły się z do­stoj­nym, drew­nia­nym wnę­trzem skle­pu, nie mó­wiąc już o wciąż wy­bit­nie gwiazd­ko­wej po­go­dzie za oknem. Sie­lan­kę prze­rwa­ło gwał­tow­ne szarp­nię­cie za drzwi oraz od­głos po­łą­czo­ne­go z nimi dzwon­ka. Do po­miesz­cze­nia wszedł star­szy męż­czy­zna w ele­ganc­kim czar­nym płasz­czu i sty­lo­wej apasz­ce. Jego buj­na far­bo­wa­na czu­pry­na, a tak­że na­cią­gnię­ta twarz, nie­raz te­stu­ją­ca na so­bie do­bro­dziej­stwa współ­cze­snej me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, nie­co go od­mła­dza­ły. Ka­sia jed­nak do­brze wie­dzia­ła, że ten wal­czą­cy z prze­mi­ja­niem je­go­mość skoń­czył nie­daw­no do­kład­nie sie­dem­dzie­siąt dwa lata. Był to sam Ja­nusz Kró­lic­ki, a jego, zna­ny Kasi do­sko­na­le, za­cię­ty wy­raz twa­rzy zda­wał się wy­ra­żać: „No, gów­nia­ro! Prze­sa­dzi­łaś!”. I na pew­no nie cho­dzi­ło mu o jej nową fry­zu­rę na boba.

Tę sce­nę z uli­cy pod­glą­da­ła Wan­da – nie­mal rów­no­lat­ka Ja­nu­sza, ale w prze­ci­wień­stwie do nie­go nie­tknię­ta la­se­rem, skal­pe­lem ani żad­ną inną in­ter­wen­cją me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej. Krót­ko­wło­sa, siwa ko­bie­ta o prze­cięt­nej syl­wet­ce, choć w tam­tej chwi­li, przez kil­ka warstw ubrań ja­kie na so­bie mia­ła, nie było tego wi­dać. Mimo mro­zu i sy­pią­ce­go się z nie­ba śnie­gu, ko­bie­ta przez dłuż­szą chwi­lę ob­ser­wo­wa­ła gwał­tow­ną wy­mia­nę zdań mię­dzy Ka­sią a oj­cem. Choć zza szy­by nie była w sta­nie ni­cze­go usły­szeć, mo­gła do­my­ślać się, że cho­dzi­ło w niej o bo­żo­na­ro­dze­nio­wą wy­sta­wę, któ­ra istot­nie nie­co się tam za­sie­dzia­ła. Pod­glą­da­nie Wan­da od­pu­ści­ła so­bie do­pie­ro, gdy spo­tka­ła się wzro­kiem z dziew­czy­ną, a ta ru­szy­ła w jej stro­nę, bio­rąc ją praw­do­po­dob­nie za po­ten­cjal­ną klient­kę roz­wa­ża­ją­cą wej­ście do środ­ka. Se­nior­ka po­spiesz­nie od­wró­ci­ła się i po­drep­ta­ła do swo­jej ka­mie­ni­cy, miesz­czą­cej się nie­mal na­prze­ciw­ko.

Po­mi­mo wie­ku daw­no upraw­nia­ją­ce­go ją do po­bie­ra­nia eme­ry­tu­ry, Wan­da bez tru­du we­szła po scho­dach na trze­cie pię­tro. Za­raz po otwar­ciu sta­rych, dwu­czę­ścio­wych drzwi po­wi­tał ją pies, a ra­czej suka – Cel­lo – na­le­żą­ca do tego ro­dza­ju psów, któ­re na każ­dy po­wrót swo­je­go wła­ści­cie­la re­agu­ją wręcz hi­ste­rycz­ną ra­do­ścią, tak że go­to­we by­ły­by go z tej ra­do­ści prze­wró­cić. Całe przy­wi­ta­nie od­by­wa­ło się jesz­cze w ciem­no­ściach, bo mio­ta­na przez Cel­lo ko­bie­ta nie mo­gła przez dłuż­szą chwi­lę za­pa­lić świa­tła. W koń­cu ru­szy­ła da­lej, w głąb swe­go trzy­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia z wy­so­ki­mi su­fi­ta­mi. Prze­cho­dząc obok jed­ne­go z za­mknię­tych po­miesz­czeń, za­stu­ka­ła dwa razy w drzwi.

– Wró­ci­łam! Ko­niec wa­le­nia do por­no­sów – krzyk­nę­ła.

– Ja­kich por­no­sów? – za­mru­czał zza drzwi Mi­łosz.

– Cho­dzisz do ka­to­lic­kiej szko­ły. Już ja tam wiem, co się z ta­kich wy­no­si – po­wie­dzia­ła i mia­ła odejść, gdy drzwi po­ko­ju się otwo­rzy­ły i po­ja­wił się w nich jej wnuk, by­naj­mniej nie­wy­glą­da­ją­cy na czło­wie­ka szczę­śli­we­go. Cel­lo oczy­wi­ście w mgnie­niu oka sko­rzy­sta­ła z oka­zji i wsko­czy­ła do środ­ka.

– To oglą­dam… – Mi­łosz wska­zał na te­le­wi­zor, na któ­re­go ekra­nie wi­dać było wła­śnie twa­rze Ri­char­da i San­dry. Wan­da wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni oku­la­ry, za­mon­to­wa­ła je na no­sie i spoj­rza­ła w stro­nę od­bior­ni­ka.

– Toż to gor­sze niż por­no­gra­fia! Wy­łącz na­tych­miast! – Wpa­dła do po­ko­ju i za­czę­ła roz­glą­dać się za pi­lo­tem. Choć w sy­pial­ni pa­no­wał, jak eu­fe­mi­stycz­nie okre­śla­ła to Wan­da, „cha­os prze­strzen­ny”, czy­li dość ty­po­wy dla na­sto­lat­ków nie­po­rzą­dek, mniej wię­cej wie­dzia­ła, gdzie go szu­kać. Mi­łosz szyb­ko przej­rzał plan bab­ci i chwy­cił za nie­go pierw­szy. W efek­cie mu­siał si­ło­wać się z nią o to, kto przej­mie te­le­wi­zyj­ne ste­ry. – Już na­praw­dę le­piej byś po­pa­trzył na ja­kieś inne dziew­czy­ny, a nie ka­to­wał się gda­ka­niem by­łej. Wła­śnie, mam do­brą wia­do­mość!

– Jaką?

– Spójrz na uli­cę. – Mi­łosz od razu pod­biegł do okna, dzię­ki cze­mu Wan­da wresz­cie prze­ję­ła do­wo­dze­nie nad te­le­wi­zo­rem i go wy­łą­czy­ła. – Zwi­ja­ją w koń­cu tę cho­ler­ną wy­sta­wę!

Mło­da Kró­lic­ka pod su­ro­wym nad­zo­rem ojca nie­chęt­nie roz­mon­to­wy­wa­ła swo­je bo­żo­na­ro­dze­nio­we cuda.

– Na­resz­cie! – wes­tchnął. – Ale to­bie to ona ra­czej zwi­sa­ła?

– Je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­ne­go! – Przy­tu­li­ła moc­no wnu­ka, a pies do­łą­czył. – Na­wet Cel­lo ci ten sklep ob­si­ki­wa­ła, jak ją wy­pro­wa­dza­łeś. Nie myśl, że mi to umknę­ło.

4

Gdy tyl­ko Ri­chard po­ja­wił się w gar­de­ro­bie, Fi­lip ze­rwał się z fo­te­la, by na­tych­miast okla­ski­wać i kom­ple­men­to­wać za­koń­czo­ny przed chwi­lą pro­gram. Szyb­ko się jed­nak zo­rien­to­wał, że aku­rat po tym od­cin­ku Ri­chard wca­le nie był w hu­mo­rze:

– No co jest? Prze­cież za­je­bi­ście po­szło! – Fi­lip ob­jął Ri­char­da, ale tyl­ko na uła­mek se­kun­dy, bo ten mo­men­tal­nie od­trą­cił jego ra­mię.

– Mia­łem ją, mia­łem! Gdy­by nie to pe­dal­skie zna­mię, bzy­kał­bym ją tu i te­raz. – Ri­chard zdarł ko­lo­ro­wą pe­ru­kę z gło­wy i ci­snął nią w Grab­skie­go, po czym za­czął zdej­mo­wać z sie­bie resz­tę stro­ju i za­stę­po­wać nie­co mniej ce­ki­no­wym ubio­rem.

– Je­steś cho­ry! Ona jesz­cze nie skoń­czy­ła li­ceum! Zresz­tą, nie mo­żesz za­li­czać każ­dej baby, z któ­rą ro­bisz pro­gram.

– Nie pła­cę ci za by­cie moim te­ra­peu­tą ani ka­pe­la­nem!

Może rze­czy­wi­ście po­win­ni­śmy po­sze­rzyć eki­pę o ta­kich dwóch le­ka­rzy dusz? Fi­lip za­du­mał się i z miej­sca za­czął to so­bie wi­zu­ali­zo­wać. Moje prze­pra­wy z tym nar­cy­zem by­ły­by prost­sze! Tyl­ko jak tu mieć pew­ność, że ksiądz nie bę­dzie tak samo po­rząd­ny jak i Ry­siek? Mało to ostat­nio mó­wią? Z bra­ku pro­fe­sjo­nal­nej opie­ki psy­cho­lo­gicz­nej pod ręką, po­sta­no­wił sam po­cie­szyć sze­fa:

– Spo­koj­nie, jesz­cze się na­dy­masz.

– Kur­wa, od­kąd zro­bi­łeś ze mnie geja…

– …a ty się zgo­dzi­łeś!

– Żeby nas nie zdję­li z an­te­ny! – Ri­chard usiadł przed lu­strem. – Gdzie jest ta cipa od make-upu? Śpie­szę się!

– Zwol­ni­łeś ją.

– Niby kie­dy?!

– Przed pro­gra­mem. Po­wie­dzia­łeś, żeby spie…

Ri­chard wes­tchnął i prze­wró­cił ocza­mi.

– To­bie też mó­wi­łem, a da­lej tu je­steś. Trud­no! Zro­bi­łeś ze mnie klau­na, wyj­dę stąd z wy­ma­lo­wa­nym ry­jem, jak klaun.

Gwiaz­dor po omac­ku za­czął szu­kać cze­goś do de­ma­ki­ja­żu. Wresz­cie zna­lazł i przy­stą­pił do dzia­ła­nia.

– Co ci nie pa­su­je? Oglą­dal­ność sko­czy­ła, masz ogrom­ne za­się­gi…

– Post mi nie pa­su­je. Ce­li­bat. Od tam­te­go cza­su zero sek­su. Null! Ro­zu­miesz!? Je­stem dla dup ja­kiś, kur­wa, trę­do­wa­ty!

– Do­bra, znaj­dzie­my ci ja­kie­goś ko­le­sia. Po­myśl, ja­kie to będą za­się­gi!

– Spier­da­laj.

– Żar­to­wa­łem, Ri­chard! Spo­koj­nie, coś wy­my­śli­my, że­byś wró­cił na ry­nek.

– Sam wy­my­ślisz. I to, kur­wa, szyb­ko! Nie wiem, znajdź ja­kie­goś ho­mo­fo­ba, co po­wie na an­te­nie, że mi się tyl­ko wy­da­wa­ło. Że mnie zma­ni­pu­lo­wa­li.

– Ale Ri­chard…

– Do­bra, nie, bo się ak­ty­wisz­cza ze­sra­ją i zro­bią nam je­sień śre­dnio­wie­cza. Ina­czej: to była pro­wo­ka­cja, chcia­łem po­ka­zać, że na­ród jest nie­to­le­ran­cyj­ny i tak da­lej. Ge­ne­ral­nie, że ich ko­cha­my, ale kur­wa nie aż tak!

– Nie ma opcji. Za ty­dzień wy­grasz ple­bi­scyt na co­ming out roku mie­sięcz­ni­ka „Gej Okej”. Po­twier­dzi­łeś już obec­ność na gali.

– Co kur­wa!? – Ri­chard po­de­rwał się z miej­sca, po­rzu­ca­jąc trud wła­sne­go de­ma­ki­ja­żu mniej wię­cej w pół dro­gi. Czer­wo­ny ko­lor jego ob­li­cza prze­bi­jał się przez po­zo­sta­ły na twa­rzy pu­der.

– Ry­siek, spo­koj­nie…

– Nie mów do mnie, kur­wa, Ry­siek!

– Sor­ry, za­po­mnia­łem. Słu­chaj… Ri­chard, nie mo­że­my tak. Bę­dzie, że po­trak­to­wa­li­śmy ich przed­mio­to­wo.

– A pa­mię­tasz jesz­cze, kto to wy­my­ślił? Aż się cały trzą­słeś, jaki to masz ge­nial­ny plan!

– Po­wie­dzia­łeś: „Zro­bię wszyst­ko, żeby tyl­ko ten chuj Dy­le­wicz mnie nie wy­gryzł!”. Nie było in­ne­go wyj­ścia. Nie mo­gli nas wy­wa­lić. Ja mam hi­po­te­kę! Wła­śnie. Wi­sisz mi dwie wy­pła­ty.

– Wy­cią­gnij mnie z tego tę­czo­we­go ma­trik­sa, to wszyst­ko za­pła­cę! – Ri­chard chwy­cił za wi­szą­cy przy wej­ściu płaszcz i prze­rzu­cił przez ra­mię.

– Już mi kar­ty po­blo­ko­wa­li. Za­raz się ko­mor­ni­ka do­cze­kam!

– To masz do­dat­ko­wą mo­ty­wa­cję – od­rzekł, po czym klep­nął swe­go sce­na­rzy­stę na od­chod­ne w ra­mię i znik­nął za drzwia­mi.

5

Po nie­ła­twym dla Kos­sa dniu, któ­re­mu cały czas to­wa­rzy­szy­ły okrzy­ki pro­te­stu­ją­cych przed Pa­ła­cem, na­de­szła rów­nie trud­na noc. Bo choć lu­dzie wresz­cie ro­ze­szli się i gwar za oknem ustał, Grze­gorz w gło­wie na­dal go sły­szał. Od daw­na źle zno­sił ten po­li­tycz­ny kry­zys, ale ta ostat­nia bez­czel­na wi­zy­ta Fal­kow­skie­go i na­wet nie do­pusz­cze­nie jego, pre­zy­den­ta, do gło­su? Tego było już za wie­le! Zło­śli­wi ob­ser­wa­to­rzy ży­cia po­li­tycz­ne­go po­wie­dzie­li­by, że Grze­gorz po­wi­nien do­strzec ta­kie trak­to­wa­nie przez sze­fa rzą­du już daw­no i wi­nić za to przede wszyst­kim sie­bie. Jed­nak do Kos­sa do­pie­ro tej nocy do­tar­ło, że te­le­wi­zja i In­ter­net nie śmia­ły się ra­zem z nim, lecz z nie­go. I na­gle po­czuł się z tym od­kry­ciem bar­dzo sa­mot­nie i źle. Może i sie­dział wła­śnie w pięk­nym ga­bi­ne­cie pierw­szej oso­by w pań­stwie, na biur­ku miał bez­piecz­ny te­le­fon, w szu­fla­dzie pre­zy­denc­kie pie­czę­cie, a ze ścia­ny spo­glą­dał na nie­go sam Mar­sza­łek ze swo­ją Kasz­tan­ką, ale co mu z tego? Je­śli jego po­li­tycz­ni przy­ja­cie­le rze­czy­wi­ście tak go so­bie pod­po­rząd­ko­wa­li, zna­czy, że przy­ja­ciół­mi wca­le nie byli. On zaś de fac­to nie był pre­zy­den­tem tego kra­ju.

Nie mógł też li­czyć na ro­dzi­nę. Żona daw­no spa­ła. Zresz­tą wie­dział, że pro­te­sty jej nie słu­ży­ły, to­też wał­ko­wa­nie z nią po­li­tycz­nych te­ma­tów uwa­żał za na­ra­ża­nie mi­ło­ści ży­cia na do­dat­ko­wy stres. Na­to­miast jego do­ro­sły już, choć wio­dą­cy ży­wot wiecz­ne­go stu­den­ta, syn – Ka­mil – jak zwy­kle nie od­bie­rał te­le­fo­nu. Za­pew­ne plą­tał się po mie­ście ze swo­im zbla­zo­wa­nym to­wa­rzy­stwem, te­stu­jąc cier­pli­wość pre­zy­denc­kiej ochro­ny. Re­la­cje Kos­sa z sy­nem były chłod­ne. Grze­gorz nie mógł­by li­czyć na jego tro­skę. Na­wet je­śli chciał­by po­dzie­lić się z nim dzi­siej­szym dra­stycz­nym od­kry­ciem, że był fra­je­rem. Ka­mil daw­no po­wie­dział mu to w twarz, i to kil­ka razy.

Naj­bliż­si pre­zy­den­ta do po­li­ty­ki i Pa­ła­cu wca­le się nie pcha­li. Od­ra­dza­li mu sta­ra­nia o pre­zy­den­tu­rę, ale u Kos­sa górę wzię­ła po­li­tycz­na lo­jal­ność. Całe to kan­dy­do­wa­nie było prze­cież po­le­ce­niem z góry. I na co mi to było – po­my­ślał i za­czął ukła­dać w gło­wie sce­na­riusz, w któ­rym rzu­ca to wszyst­ko w cho­le­rę.

Z go­ni­twy my­śli wy­bu­dził go na­łóg i przy­po­mniał, że daw­no nie miał w ustach pa­pie­ro­sa. Grze­gorz rzu­cił okiem w stro­nę okna, prze­klął pod no­sem czę­ścio­wo win­ną jego zmar­twień po­go­dę, a na­stęp­nie udał się w jed­no z nie­wie­lu miejsc, gdzie mógł pu­ścić dym­ka bez ry­zy­ka włą­cze­nia alar­mu prze­ciw­po­ża­ro­we­go. Był to wą­ski bal­ko­nik przy­le­ga­ją­cy do pa­ła­co­wej kuch­ni. Le­d­wo zdą­żył za­cią­gnąć się pa­pie­ro­sem, gdy w wej­ściu zja­wił się ja­kiś cień. Na­wet na faj­ka nie moż­na wyjść bez ob­sta­wy! – wes­tchnął w my­ślach Koss. My­lił się. Nie do­łą­czył do nie­go bo­wiem nikt z ochro­ny, lecz pa­ła­co­wy ku­charz Ro­man.

Choć byli z Grze­go­rzem nie­mal rów­no­lat­ka­mi, Ro­man wy­glą­dał na znacz­nie star­sze­go od pre­zy­den­ta. W ze­sta­wie­niu z twa­rzą Kos­sa z pla­ka­tu wy­bor­cze­go, to już w ogó­le o po­ko­le­nie wy­żej. Przy ta­kich wa­run­kach fi­zycz­nych wy­da­wał się więc wprost stwo­rzo­ny do roli pa­ła­co­we­go mę­dr­ca, któ­rą zda­rza­ło mu się peł­nić. W prze­ci­wień­stwie do pre­zy­den­ta Ro­man był ni­skim męż­czy­zną, któ­ry w do­dat­ku, jak przy­sta­ło na wy­ko­ny­wa­ną pro­fe­sję, nie wa­żył tyle, ile przy jego wzro­ście re­ko­men­do­wa­ła­by WHO. Za koł­nierz nie wy­le­wał, płuc rów­nież nie oszczę­dzał. Wła­śnie te­sto­wał na wła­sny uży­tek nowy, re­lak­su­ją­cy susz, któ­rym po­czę­sto­wał go­spo­da­rza. Spo­tka­nie za­owo­co­wa­ło więc na­mięt­ną dys­ku­sją, w któ­rej do­świad­czo­ny ży­ciem my­śli­ciel sprze­dał swe­mu zwierzch­ni­ko­wi kil­ka zło­tych rad.

Tak za­pra­wio­ny Grze­gorz wró­cił do ga­bi­ne­tu w o nie­bo lep­szym hu­mo­rze. Z bra­ku praw­dzi­wych in­ter­lo­ku­to­rów po­czął pro­wa­dzić dia­log z Mar­szał­kiem na ob­ra­zie. A ten, wia­do­mo, w po­li­ty­ce ra­czej się nie cac­kał – za­ję­cie Wil­na, za­mach ma­jo­wy, Be­re­za. Ta­kie atrak­cje by­naj­mniej nie były w sty­lu Kos­sa, jed­nak ze­staw: Mar­sza­łek, odro­bi­na THC oraz zło­te rady ku­cha­rza Ro­ma­na ośmie­li­ły go na tyle, by wresz­cie wal­nął pię­ścią w stół: ju­tro po­ka­że wszyst­kim, kto tu rzą­dzi! Jak po­sta­no­wił, tak zro­bił – prze­ka­zał do biu­ra pra­so­we­go no­tat­kę o pla­no­wa­nym na na­stęp­ny wie­czór orę­dziu do na­ro­du. Za­do­wo­lo­ny z pod­ję­cia jak­że sa­mo­dziel­nej de­cy­zji, udał się do sy­pial­ni zu­peł­nie nie­świa­dom za­mie­sza­nia, ja­kie wła­śnie za­po­cząt­ko­wał.

6

Choć ostat­nie pro­te­sty rze­czy­wi­ście po­psu­ły na­stro­je wśród pra­cow­ni­ków Pa­ła­cu, jed­na rzecz wy­da­wa­ła się być dla nich szczę­śli­wie nie­zmien­na – eki­pa pre­zy­den­ta nie mu­sia­ła mar­twić się kon­se­kwen­cja­mi swo­ich wy­bo­rów, bo­wiem wszyst­kie de­cy­zje za­pa­da­ły poza nimi, w kan­ce­la­rii pre­mie­ra. Pa­łac tyl­ko grzecz­nie wpro­wa­dzał je w ży­cie. Gdy więc ze­spół pra­so­wy za­stał rano pre­zy­denc­ką proś­bę o przy­go­to­wa­nie się do wie­czor­ne­go orę­dzia, nie wy­wo­ła­ło to po­ru­sze­nia. Spra­wie nada­no zu­peł­nie zwy­czaj­ny bieg, w tym za­wia­do­mio­no me­dia. Ner­wo­wo zro­bi­ło się do­pie­ro wte­dy, gdy oka­za­ło się, że w rzą­dzie o orę­dziu nic nie wie­dzie­li i by­naj­mniej nie byli taką nie­spo­dzian­ką ucie­sze­ni. Wy­da­ło się to w po­rze dru­gie­go śnia­da­nia pary pre­zy­denc­kiej, któ­ra ja­dła po­si­łek w swo­jej pry­wat­nej ja­dal­ni.

Grze­gorz odro­bi­nę cier­piał po wczo­raj­szych używ­kach. Nie da­wał tego jed­nak po so­bie po­znać i jak gdy­by ni­g­dy nic prze­glą­dał pra­sę, pró­bu­jąc za­in­te­re­so­wać żonę róż­ny­mi, ra­czej śmiesz­ny­mi niż po­waż­ny­mi no­wi­na­mi. Iza­be­li jed­nak wca­le nie było do śmie­chu. „Co się sta­ło z na­szą Izą?!” – py­ta­ły już od dłuż­sze­go cza­su nie tyl­ko plot­kar­skie ga­ze­ty i por­ta­le. Nad ewo­lu­cją za­cho­wa­nia i wi­ze­run­ku pierw­szej damy po­chy­la­ły się naj­po­waż­niej­sze me­dia. Przed pre­zy­den­tu­rą swo­je­go męża by­wa­ła naj­bar­dziej ener­gicz­ną i po­zy­tyw­ną oso­bą pod­czas ban­kie­tów, kon­fe­ren­cji czy in­nych wy­stą­pień pu­blicz­nych. Pięk­na, bły­sko­tli­wa i za­wsze ele­ganc­ka była ulu­bie­ni­cą pra­sy. Gdy więc Koss zgło­sił swo­je aspi­ra­cje do fo­te­la pre­zy­den­ta, rok młod­szą od nie­go Iza­be­lę ogło­szo­no jego spe­cjal­ną bro­nią. Nie taj­ną, jak to się czę­sto mówi, bo­wiem aku­rat w tym przy­pad­ku wszy­scy w po­li­ty­ce zda­wa­li so­bie spra­wę z jej war­to­ści. Do tego stop­nia, że żony kon­ku­ren­tów Kos­sa na siłę pró­bo­wa­ły do­trzy­mać jej kro­ku – z mier­nym zresz­tą skut­kiem. Wy­da­wa­ło się więc, że Iza­be­la bę­dzie rów­nie ży­wio­ło­wą pre­zy­den­to­wą. Ba, wie­le osób wo­la­ło­by za­gło­so­wać na nią, a nie na jej sym­pa­tycz­ne­go, ale mało wy­ra­zi­ste­go męża. I choć nową ży­cio­wą rolę Iza za­czę­ła peł­nić z przy­tu­pem, po kil­ku mie­sią­cach in­ten­syw­nej pra­cy ogra­ni­czy­ła swo­ją dzia­łal­ność tyl­ko do ak­tyw­no­ści wy­ma­ga­nych pro­to­ko­łem. Sie­dząc w piąt­ko­we przed­po­łu­dnie przy ja­dal­nia­nym sto­le w dre­sie, z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi i bez gra­ma ma­ki­ja­żu, Iza wciąż po­zo­sta­wa­ła pięk­ną ko­bie­tą o sym­pa­tycz­nym, bu­dzą­cym za­ufa­nie wy­ra­zie twa­rzy. Mimo to w jej spoj­rze­niu, ru­chach i ge­stach bra­ko­wa­ło tego trud­ne­go do uchwy­ce­nia cze­goś, co dzien­ni­ka­rze tak w niej lu­bi­li.

Grze­gorz po­dej­mo­wał wła­śnie ko­lej­ną pró­bę wcią­gnię­cia żony w roz­mo­wę, gdy drzwi ja­dal­ni się otwo­rzy­ły, a do po­miesz­cze­nia sta­tecz­nym, ale cięż­kim kro­kiem we­szła ona – Gra­ży­na Kop­nic­ka, sie­dem­dzie­się­cio­let­nia, krę­pa urzęd­nicz­ka, w sta­ro­mod­nej gar­son­ce i z nie­dba­le upię­tym ko­kiem na gło­wie. Kop­nic­ka była żywą le­gen­dą kan­ce­la­rii. Ze wzglę­du na pa­ła­co­wy staż, pra­co­wa­ła tam jesz­cze za­nim gmach stał się „pre­zy­denc­kim”, cza­sem zwa­no ją tu „Ko­nop­nic­ką”. Pół żar­tem, pół se­rio ko­lej­ne eki­py prze­ka­zy­wa­ły so­bie plot­kę, że Gra­ży­ny i jej biur­ka ab­so­lut­nie nie wol­no ru­szać, ni­czym gro­bow­ca pew­ne­go egip­skie­go fa­ra­ona. Trwa­ła więc so­bie od za­ra­nia dzie­jów, współ­pra­cu­jąc z każ­dym pol­skim pre­zy­den­tem. Po zmia­nie ustro­ju od­uczy­ła się zwra­cać do współ­pra­cow­ni­ków per „to­wa­rzy­szu” i „to­wa­rzysz­ko”. Zło­śli­wi twier­dzi­li jed­nak, że była to ostat­nia ak­tu­ali­za­cja sys­te­mu, jaką Gra­ży­na so­bie wgra­ła. Zresz­tą i tu­taj coś po­szło nie tak, sko­ro rzad­ko mó­wi­ła do lu­dzi ina­czej niż w trze­ciej oso­bie.

Kop­nic­ka rzad­ko prze­miesz­cza­ła się bez cze­goś do je­dze­nia. Tym ra­zem w ręku trzy­ma­ła nad­gry­zio­ne­go pącz­ka z lu­krem. Trwa­ją­cy Wiel­ki Post nie był dla niej prze­szko­dą. Tłu­sty czwar­tek ce­le­bro­wa­ła re­gu­lar­nie. W dru­giej dło­ni Gra­ży­na dzier­ży­ła plik ja­kichś do­ku­men­tów. Jej obec­ność w pry­wat­nej kuch­ni pre­zy­den­ta zdzi­wi­ła oby­dwo­je do­mow­ni­ków. Pre­zy­dent i pre­zy­den­to­wa do­my­śla­li się, że cho­dzi o coś na­praw­dę pil­ne­go, sko­ro we wła­snej oso­bie się do nich po­fa­ty­go­wa­ła.

– O! Pani kie­row­nicz­ka – wła­śnie tak wszy­scy, łącz­nie z sa­mym pre­zy­den­tem, zwra­ca­li się do Gra­ży­ny – tu­taj? – za­czął pre­zy­dent.

– Pre­zy­dent orę­dzie za­rzą­dził – po­wie­dzia­ła i prze­gry­zła pącz­ka. – Dzwo­ni­li z ka-ce, zna­czy z KPRM-u. Py­ta­ją, bo nic nie wie­dzą.

Iza­be­la od razu się oży­wi­ła i po­pa­trzy­ła na męża. On jed­nak tyl­ko bez­rad­nie roz­ło­żył ręce, jak­by nie wie­dział, cze­go też sta­ra urzęd­nicz­ka od nie­go chce. Kie­row­nicz­ka prze­wró­ci­ła ocza­mi i wrę­czy­ła sze­fo­wi przy­nie­sio­ne ze sobą pa­pie­ry. Grze­gorz spoj­rzał na owo­ce swo­jej noc­nej non­sza­lan­cji.

– Orę­dzie za­rzą­dził, dzwo­nią, py­ta­ją – kon­ty­nu­owa­ła nie­co zi­ry­to­wa­na.

– Ach, fak­tycz­nie! – od­parł Grze­gorz, a na jego twa­rzy za­go­ścił bło­gi uśmiech. We­wnętrz­na bło­gość trwa­ła jed­nak za­le­d­wie chwi­lę i ule­cia­ła z pre­zy­den­ta wraz z kon­fron­ta­cją z do­ma­ga­ją­cy­mi się wy­ja­śnień spoj­rze­nia­mi Iza­be­li i Gra­ży­ny. – Ale to ta­kie tam… Od­wo­łu­je­my!

– Ja­kie od­wo­łu­je­my? Ko­mu­ni­kat wy­sła­ny, w me­diach ogło­szo­ne, musi wy­gło­sić!

Iza­be­la prze­szy­ła Grze­go­rza spoj­rze­niem, zna­nym każ­de­mu żo­na­te­mu męż­czyź­nie. Grze­gorz wie­dział już, że po­trze­bu­je roz­mo­wy sam na sam z żoną. Kie­row­nicz­ka też to po­ję­ła i na swój spo­sób usza­no­wa­ła. Sta­nę­ła bo­wiem ty­łem do pary pre­zy­denc­kiej i za­tka­ła uszy. W dys­kre­cji tej ro­bi­ła jed­nak prze­rwy. W jed­nej dło­ni wciąż trzy­ma­ła prze­cież pącz­ka, któ­re­go kon­sump­cję pla­no­wa­ła do­koń­czyć. Gdy Iza­be­la skon­sta­to­wa­ła, że na wię­cej pry­wat­no­ści li­czyć nie mo­gła, za­bra­ła męża do sy­pial­ni, gdzie do­sad­nie ochrza­ni­ła go, na­ka­zu­jąc w tej chwi­li zejść do współ­pra­cow­ni­ków i zna­leźć wyj­ście z sy­tu­acji.

7

Gdy Grze­gorz z Gra­ży­ną do­tar­li do biu­ra pra­so­we­go, pre­zy­dent mógł na wła­sne oczy prze­ko­nać się, jak sze­ro­kim echem od­bi­ła się za­po­wiedź jego wy­stą­pie­nia. Na kil­ku ekra­nach czwo­ro pra­cow­ni­ków biu­ra mo­ni­to­ro­wa­ło sy­tu­ację w me­diach. Te­le­wi­zje in­for­ma­cyj­ne żyły dziś jed­nym – orę­dziem.

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Grze­gorz był­by za­do­wo­lo­ny. Wszy­scy chcą go wy­słu­chać? Zna­ko­mi­cie! Tyl­ko cze­mu ta wiel­ka uwa­ga sku­pi­ła się na nim aku­rat w mo­men­cie, gdy nie miał na­ro­do­wi ab­so­lut­nie nic do po­wie­dze­nia? W do­dat­ku, choć ko­men­ta­to­rzy prze­ści­ga­li się w opi­niach, cze­goż to Koss prze­ło­mo­we­go nie wy­gło­si, wszy­scy byli zgod­ni, że prze­mó­wie­nie na­pi­sa­no na Ale­jach Ujaz­dow­skich, w sie­dzi­bie rzą­du, a sa­me­mu pre­zy­den­to­wi po­zo­sta­wio­no co naj­wy­żej de­cy­zję, gdzie zro­bi te­atral­ną pau­zę, a gdzie zaś za­gra in­to­na­cją.

Po tym, jak rzecz­nik pra­so­wy kan­ce­la­rii Jan Dy­du­ła za­po­znał Kos­sa z sy­tu­acją, wszy­scy skie­ro­wa­li swo­je oczy w stro­nę pre­zy­den­ta. Ten jed­nak szyb­ko za­wiódł ich na­dzie­je, przy­zna­jąc, że za ową za­po­wie­dzią nie stał ża­den plan, a je­dy­nie noc­na non­sza­lan­cja, któ­rej szcze­gó­łów, z wia­do­mych wzglę­dów, nie chciał ujaw­niać.

– Do dia­bła! – krzyk­nął rzecz­nik. – Oni nas zje­dzą. Ucze­pi­li się tego wy­stą­pie­nia, jak­by miał pan ko­niec świa­ta ogło­sić!

– No to mamy z gór­ki. Po­wiem, że nie leci na nas ża­den me­te­oryt i od razu wszy­scy będą za­do­wo­le­ni! – Grze­gorz za­śmiał się ze swo­je­go żar­tu, jed­nak nikt, łącz­nie ze sta­ży­sta­mi, nie pod­chwy­cił te­ma­tu.

Dy­du­ła gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze. Od­gry­wa­na ostat­ni­mi laty przez kan­ce­la­rię rola zwy­kłe­go wy­ko­naw­cy po­le­ceń od­zwy­cza­iła go od stre­sów i wy­zwań po­li­tycz­ne­go PR-owca, na któ­rym to fron­cie na­ba­wił się już ner­wi­cy, nad­ci­śnie­nia i za­awan­so­wa­nych oznak sta­rze­nia w wie­ku le­d­wie czter­dzie­stu pię­ciu lat. Pa­nu­ją­cy do dzi­siej­sze­go po­ran­ka spo­kój bar­dzo so­bie ce­nił, to­też już do­tkli­wie od­czu­wał jego brak. W koń­cu jed­nak po­sta­no­wił prze­rwać ci­szę i za­go­nić swo­ich lu­dzi do ro­bo­ty – niech szef wi­dzi, że jed­nak za coś im pła­cą:

– Do­bra, lu­dzie! Mamy kil­ka go­dzin na upo­ra­nie się z tym. Ja­kieś po­my­sły? Słu­cham!

Ale pod­wład­ni Dy­du­ły nie byli chęt­ni do współ­pra­cy. Każ­dy pa­trzył po in­nych, wy­pa­tru­jąc na­dziei gdzieś poza wła­snym umy­słem. Wresz­cie rękę pod­niósł nie­śmia­ło sta­ży­sta – Adam. Ten sam, któ­ry z sa­me­go rana am­bit­nie pu­ścił fe­ral­ny ko­mu­ni­kat o orę­dziu w świat, nim zdą­żył zo­ba­czyć go rzecz­nik. Dy­du­ła nie­chęt­nie udzie­lił gło­su sile mło­do­ści:

– Może pan pre­zy­dent ogło­si ja­kieś or­de­ry, od­zna­cze­nia, no­mi­na­cje? Lu­dzie lu­bią zna­ne na­zwi­ska.

– No­mi­na­cje sra­cje! Uła­ska­wi ko­goś – od­wa­ży­ła się Gra­ży­na. – Też będą na­zwi­ska. Za­czną się kłó­cić, czy słusz­nie, czy nie­słusz­nie, to bę­dzie miał spo­kój na kil­ka dni.

– Uła­ska­wie­nie w Wiel­kim Po­ście!? Ha, ha, ha. Pani kie­row­nicz­ko, czy ja mam wyjść na ja­kie­goś Pi­ła­ta? – Nim Koss zdą­żył do­koń­czyć zda­nie, Kop­nic­ka już wci­ska­ła mu tecz­kę kan­dy­da­ta na współ­cze­sne­go Ba­ra­ba­sza. Grze­go­rzo­wi wy­star­czył tyl­ko rzut oka na okład­kę:

– Phi, mo­głem się do­my­ślić! Ile razy pani mó­wi­łem, że nie uła­ska­wię tego zbi­ra Za­cha?

Da­rek Zach był dość me­dial­nym przy­pad­kiem – ska­za­nym na kil­ka lat od­siad­ki ła­ma­czem serc i oszu­stem ma­try­mo­nial­nym. Mimo ewi­dent­nych do­wo­dów prze­ciw nie­mu, wie­le ko­biet wie­rzy­ło w nie­win­ność tego uwo­dzą­ce­go wzro­kiem na­wet przez szkla­ny ekran męż­czy­zny i do­ma­ga­ło jego uwol­nie­nia. Na­le­ża­ła do nich też Kop­nic­ka, któ­ra wy­obra­ża­ła so­bie, że je­śli tyl­ko za­ła­twi­ła­by Za­cho­wi wol­ność, ten z wdzięcz­no­ści zwią­zał­by się z nią i ży­li­by ra­zem dłu­go i szczę­śli­wie.

Jako że chy­try plan Gra­ży­ny nie wy­pa­lił, za­czę­to roz­pa­try­wać inne, bar­dziej i mniej kon­tro­wer­syj­ne kan­dy­da­tu­ry do wiel­ka­noc­nej ła­ski. Spo­tka­nie prze­rwał, jak­że przez wszyst­kich wy­cze­ki­wa­ny, te­le­fon od pre­mie­ra. Pre­zy­dent szyb­ko po­biegł do swo­je­go ga­bi­ne­tu, zaś Dy­du­ła i jego lu­dzie ode­tchnę­li z ulgą. Wszyst­ko zda­wa­ło się wra­cać na wła­ści­we tory. Spra­wę kło­po­tli­we­go orę­dzia we­zmą na sie­bie spe­ce od pre­mie­ra, a im po­zo­sta­nie tyl­ko zor­ga­ni­zo­wać samo na­gra­nie, cie­szył się rzecz­nik.

Pre­mier Fal­kow­ski le­ciał wła­śnie na dru­gi ko­niec świa­ta, na ja­kieś mię­dzy­na­ro­do­we spo­tka­nie na szczy­cie i ostat­nią rze­czą, ja­kiej chciał po­świę­cać uwa­gę, było nie­ogar­nię­cie Kos­sa. Z dru­giej stro­ny, nie po to za­pla­no­wa­li na ju­tro spek­ta­ku­lar­ne aresz­to­wa­nia, by te­raz Grze­gorz chlap­nął coś bez sen­su. Pod­niósł więc słu­chaw­kę po­kła­do­we­go te­le­fo­nu i po­łą­czył się z Kos­sem. Nie usły­szaw­szy od pre­zy­den­ta żad­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia ani też pla­nu wy­brnię­cia z sy­tu­acji, pre­mie­ro­wi nie­co się ula­ło. Grze­gorz był już przy­zwy­cza­jo­ny do otrzy­my­wa­nia roz­ka­zów, choć ser­wo­wa­nych ra­czej pod płasz­czy­kiem in­struk­cji i do­brych rad. Tym ra­zem było ina­czej – pre­zy­dent ze­brał na­praw­dę so­lid­ny ochrzan, na do­da­tek bez żad­nych pod­po­wie­dzi, co ro­bić da­lej. W koń­cu pre­mier się roz­łą­czył.

Za­sko­czo­ny ta­kim fi­na­łem roz­mo­wy Grze­gorz roz­siadł się w fo­te­lu i za­czął roz­my­ślać. Z go­ry­czą przy­znał przed sobą sa­mym, że choć było jesz­cze przed po­łu­dniem, Fal­kow­ski był już dru­gą oso­bą, któ­ra zdą­ży­ła na nie­go dziś na­krzy­czeć. Przy­po­mniał so­bie uryw­ki z wczo­raj­sze­go wie­czo­ru. Spoj­rzał na Mar­szał­ka, któ­ry nie­zmien­nie zer­kał na Kos­sa ze swo­jej Kasz­tan­ki, i ogar­nął go wstyd: Czy któ­ry­kol­wiek pre­zy­dent wcze­śniej był tak trak­to­wa­ny przez pre­mie­ra? – po­my­ślał, po czym pod­szedł do okna, by za­czerp­nąć mroź­ne­go po­wie­trza. Ro­zej­rzał się po pa­ła­co­wym ogro­dzie przy­kry­tym wiel­ką war­stwą bia­łe­go pu­chu. Kra­jo­braz ten był mu do­brze zna­jo­my. Z tą jed­ną róż­ni­cą, że ktoś wła­śnie uro­czo i bez­tro­sko po nim ha­sał. Grze­gorz uśmiech­nął się na ten wi­dok i bły­ska­wicz­nie po­zaz­dro­ścił ba­wią­ce­mu się w ogro­dzie to­wa­rzy­stwu do tego stop­nia, że z miej­sca po­sta­no­wił do­łą­czyć do Mo­ni­ki i jej do­brze zna­ne­go w Pa­ła­cu syna, Ty­mo­na.

Gdy chło­piec po­wo­li, ale kon­se­kwent­nie le­pił bał­wa­na, Grze­gorz rzu­cił się na śnieg, by zro­bić orzeł­ka. Za­chę­cił do tego rów­nież Mo­ni­kę, któ­rej zwy­czaj­nie nie wy­pa­da­ło od­mó­wić. I tak obo­je le­że­li wła­śnie w śnie­gu, ma­cha­jąc rę­ka­mi ni­czym skrzy­dła­mi.

– Boże, jaka wol­ność!

– Mu­szę pana roz­cza­ro­wać, ale na­wet w tej chwi­li ła­pią sze­fa przy­naj­mniej trzy ka­me­ry, a z okien być może jesz­cze żona. I wszy­scy się za­sta­na­wia­ją, co wy­pra­wia­my.

– Olać to! Chwy­taj dzień, Mo­ni­ka! I śnieg. Ju­tro może stop­nieć.

– Nie wy­da­je mi się. Na­wet świę­ta będą bia­łe. Szko­da, że wiel­ka­noc­ne.

– Przy­naj­mniej te! Trze­ba szu­kać po­zy­ty­wów. Cze­go ci lu­dzie ode mnie chcą? Co mam zro­bić ze śnie­giem? Prze­cież nie ste­ru­ję po­go­dą! Na­wet Fal­kow­ski tego nie po­tra­fi.

Grze­gorz wstał i po­mógł się pod­nieść rów­nież Mo­ni­ce.

– Po­wiem panu, jak ja to wi­dzę: lu­dzie są po pro­stu zmę­cze­ni. Wszyst­ko stoi na gło­wie, na­wet po­go­da. Nor­mal­nie to cho­ciaż w świę­ta jest ja­kaś od­mia­na. Ale te ostat­nie to prze­le­cia­ły, jak­by ich wca­le nie było!

– Czy­li co? Jak mó­wi­li wczo­raj w TV: „Trze­ba po­wtó­rzyć świę­ta”? – za­śmiał się Koss.

– Ciiii! Bła­gam pana. – Mo­ni­ka się wzdry­gnę­ła. – Ty­mon wziął to na se­rio. Od razu chciał pi­sać list do mi­ko­ła­ja. A na Wiel­ka­noc ka­dry bo­nu­su nie wy­pła­ca­ją! – mó­wiąc te sło­wa, pu­ści­ła oczko do sze­fa.

– Bu­dżet. – Grze­gorz wzru­szył ra­mio­na­mi – Na­wet pre­zy­dent nic tu nie wskó­ra!

Ty­mon bły­ska­wicz­nie wy­ła­pał sło­wo „mi­ko­łaj” i przy­biegł po de­kla­ra­cję, czy świę­ty wró­ci i zno­wu będą pre­zen­ty. Grze­gorz przy­kuc­nął przy chłop­cu i obie­cał, że dla nie­go pre­zent na pew­no się znaj­dzie, a dla przy­pie­czę­to­wa­nia tego przy­rze­cze­nia przy­bił z nim piąt­kę.

8

Pra­ca dla Ri­char­da nie była ani ła­twa, ani sta­bil­na fi­nan­so­wo. Choć Fi­lip ty­rał za dwóch – sce­na­rzy­stę i ma­na­ge­ra gwiaz­do­ra – ten nie był na­wet chęt­ny re­gu­lar­nie mu pła­cić. W koń­cu za­wsze wy­rów­ny­wał dłu­gi, ale też nie wy­ka­zy­wał się przy tym szczo­dro­ścią. Grab­ski wciąż wie­rzył, że wier­nie trwa­jąc przy Ri­char­dzie, do­cze­ka lep­sze­go losu. Zresz­tą nie bar­dzo miał gdzie się udać. Co praw­da w swo­jej roli świet­nie się spraw­dzał, jed­nak jego głów­nym atu­tem było po pro­stu to, że jako je­den z nie­licz­nych wy­trzy­my­wał ze swo­ją gwiaz­dą. Był więc na Ri­char­da ska­za­ny. Ja­ki­kol­wiek strajk mógł­by prze­cież za­to­pić pro­gram i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­szko­dzić jemu sa­me­mu.

Sen­sow­nych al­ter­na­tyw nie wi­dział, wspar­cia w ro­dzi­nie też nie miał. Jego oj­ciec, a z nim pod­le­gła mu do­szczęt­nie mat­ka, uwa­ża­li jego li­te­rac­kie i show­biz­ne­so­we am­bi­cje za fa­na­be­rie. Zda­niem ojca chło­pak po­wi­nien był zo­stać w ro­dzin­nym mie­ście i pra­co­wać z nim w bu­dow­lan­ce. Fi­li­pa taki los jed­nak nie prze­ko­ny­wał. Sta­ry Grab­ski mógł wi­nić o to tak­że sa­me­go sie­bie, sko­ro za każ­dym ra­zem, gdy wspo­mi­nał w to­wa­rzy­stwie o ocze­ki­wa­niach wzglę­dem syna, niby żar­tem, do­da­wał, że ten na bu­do­wie nadał­by się je­dy­nie do mie­sza­nia ce­men­tu. To­też, oczy­wi­ście z ra­cji oj­cow­skiej mi­ło­ści oraz sze­ro­kich zna­jo­mo­ści w mia­stecz­ku, był za to go­tów za­ła­twić Fi­li­po­wi ja­kąś cie­płą po­sad­kę w szwal­ni – na przy­kład księ­go­we­go. Nie żeby po­wa­żał rach­mi­strzów, jed­nak wciąż uwa­żał, że wię­cej z nich po­żyt­ku niż z li­te­ra­tów czy ko­me­dian­tów. Jak­kol­wiek by więc Ri­chard nie spo­nie­wie­rał swe­go sce­na­rzy­sty, Grab­skie­mu wy­star­cza­ło krót­kie wspo­mnie­nie krew­nych i ro­dzin­nych stron, by szyb­ko do­ce­nić po­nu­re tu i te­raz.

Nie­daw­no w ży­ciu Fi­li­pa po­ja­wił się jed­nak pe­wien pro­my­czek na­dziei. Kil­ka ty­go­dni temu, za na­mo­wą zna­jo­mych, spró­bo­wał swo­ich sił w stand-upie. Z po­wo­dze­niem, a ze­bra­ne pod­czas de­biu­tu okla­ski za­chę­ci­ły go do dal­szych wy­stę­pów. Oczy­wi­ście dzia­ło się to w peł­nej kon­spi­ra­cji przed Ri­char­dem. Gdy­by ten tyl­ko do­wie­dział się, że jego chłop pańsz­czyź­nia­ny od­sta­wia coś na boku, Fi­lip nie miał­by dłu­żej cze­go szu­kać w pro­gra­mie.

Pie­nią­dze z wy­stę­pów były skrom­ne, a per­spek­ty­wy nie­wie­le lep­sze, są jed­nak rze­czy nie­prze­li­czal­ne na kasę – wzrost po­czu­cia wła­snej war­to­ści i pew­no­ści sie­bie, a przede wszyst­kim pra­wo do snu­cia ma­rzeń o tym, że kie­dyś, dzię­ki swo­jej or­ga­nicz­nej pra­cy, nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­ma od losu szan­sę za­stą­pie­nia Ri­char­da na sta­no­wi­sku pro­wa­dzą­ce­go. W za­leż­no­ści od stop­nia wku­rze­nia na swe­go pra­co­daw­cę, wy­obra­żał so­bie róż­ne mniej lub bar­dziej dra­stycz­ne i osta­tecz­ne po­wo­dy tego za­stęp­stwa, od rop­nej an­gi­ny gwiaz­do­ra po jego tra­gicz­ną śmierć w wy­ni­ku upad­ku z wy­so­ko­ści – na przy­kład z po­zio­mu wła­sne­go ego.

Na szyb­ką re­ali­za­cję tych ma­rzeń się jed­nak nie za­po­wia­da­ło, więc Fi­lip, choć wo­lał­by spać do po­łu­dnia, wstał dziś wcze­śnie, by zdą­żyć ogar­nąć dwa waż­ne te­ma­ty. Pierw­szym wy­zwa­niem, któ­re za­wsze roz­po­czy­na­ło dzień po emi­sji show, było przy­go­to­wa­nie kon­cep­cji na ko­lej­ny od­ci­nek. Oczy­wi­ście, jak ma­wia­ją „Ży­cie pi­sze naj­lep­sze sce­na­riu­sze”, czę­sto więc wy­star­czy­ło po­cze­kać na to, co przy­nie­sie los. Tym ra­zem jed­nak wy­tycz­ne Ri­char­da były ja­sne – mu­siał od­krę­cić wcze­śniej­sze pu­blicz­ne de­kla­ra­cje gwiaz­dy o przy­na­leż­no­ści do śro­do­wi­ska LGBT, po­czy­nio­ne w celu osta­nia się na an­te­nie, mimo spa­da­ją­cej oglą­dal­no­ści i am­bi­cji rów­nie zdol­nych, acz młod­szych ko­le­gów Ri­char­da po fa­chu. Fi­lip nie pa­łał en­tu­zja­zmem do tego za­da­nia, jed­nak chciał zo­ba­czyć swo­je za­le­głe wy­pła­ty. Ta­kie samo ży­cze­nie wy­ra­żał też nie­ustan­nie jego bank, stra­sząc go SMS-owo i li­stow­nie ko­mor­ni­kiem, to­też roz­ter­ki sce­na­rzy­sty i ma­na­ge­ra mu­sia­ły pójść w nie­pa­mięć. Ża­ło­wał tyl­ko, że roz­krę­ca­jąc całą tę ak­cję, za­po­mniał za­pla­no­wać, jak się z tego ewen­tu­al­nie wy­co­fać. W koń­cu zwy­kle jest to czyn­ność jed­no­stron­na.

Z bra­ku po­my­słu, jak zgrab­nie od­krę­cić swą in­try­gę, jego my­śli ucie­ka­ły do dru­gie­go, pil­niej­sze­go jesz­cze za­da­nia: wła­sne­go wie­czor­ne­go stand-upu. Z tym było zde­cy­do­wa­nie ła­twiej. Miał w gło­wie kil­ka do­brych po­my­słów. Nie za­mie­rzał jed­nak im­pro­wi­zo­wać. Nie czuł się na sce­nie jesz­cze na tyle swo­bod­nie. Dla­te­go za każ­dym ra­zem do wy­stę­pu przy­go­to­wy­wał się bar­dzo sta­ran­nie.

Grab­ski, jak więk­szość au­to­rów, ni­g­dy nie pra­co­wał przy pu­stej szklan­ce. Ina­czej mó­wiąc: nie pi­sał o su­chym pysku. Nie­ko­niecz­nie wy­ma­gał za­pra­wie­nia al­ko­ho­lem. Po pro­stu, two­rze­niu mu­sia­ło to­wa­rzy­szyć są­cze­nie ja­kie­goś pły­nu. Gdy zo­rien­to­wał się, że w sto­ją­cym po pra­wej stro­nie jego lap­to­pa ce­ra­micz­nym kub­ku wi­dać dno, wstał i udał się do kuch­ni po her­ba­tę. Da­le­ko nie miał. Miesz­kał na za­le­d­wie trzy­dzie­stu me­trach. Choć w cza­sach mi­kro­ka­wa­le­rek jego lo­kum i tak ucho­dzić mo­gło za cał­kiem duże. W urzą­dzo­nym mi­ni­ma­li­stycz­nie miesz­ka­niu pa­no­wał spo­ry nie­po­rzą­dek, co Fi­lip tłu­ma­czył so­bie bra­kiem cza­su i tak zwa­nej ko­bie­cej ręki – bar­dziej w roli mo­ty­wa­tor­ki niż wy­rę­czy­ciel­ki w tych kwe­stiach. Istot­nie, z ostat­nią part­ner­ką Grab­ski roz­stał się po­nad rok temu i od tego cza­su nikt poza nim sa­mym tu nie by­wał.

Cze­ka­jąc, aż czaj­nik wy­ko­na swo­ją część pra­cy, Fi­lip włą­czył ra­dio. Po wy­słu­cha­niu kil­ku wer­sów sta­rej pio­sen­ki o orle, któ­ry do góry wzbił się ni­czym wiatr, prze­łą­czył sta­cję i tra­fił na ra­dio­we wia­do­mo­ści. Pro­wa­dzą­cy ser­wis wy­da­wa­li się szcze­rze pod­nie­ce­ni za­po­wie­dzia­nym na wie­czór pre­zy­denc­kim orę­dziem. Fi­lip z po­cząt­ku zu­peł­nie nie po­czuł sen­sa­cyj­no­ści tej sy­tu­acji, jed­nak szyb­ki rzut oka na ob­raz­ki z te­le­wi­zji in­for­ma­cyj­nych po­ka­zał mu, że nie tyl­ko ra­diow­cy byli na nie dziw­nie na­krę­ce­ni.

Pre­zy­denc­ka prze­mo­wa wy­pa­da­ła do­kład­nie w po­rze jego wie­czor­ne­go wy­stę­pu. Tro­chę ża­ło­wał, że nie może zo­ba­czyć te­raz jej tek­stu i przy­go­to­wać pod nią stand-upu. Wy­stą­pie­nia pu­blicz­ne mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cej gło­wy pań­stwa czę­sto wy­róż­nia­ły się ko­me­dio­wym po­ten­cja­łem. Za­baw­ny ko­men­tarz na żywo? To był­by hit! Na to nie było jed­nak żad­nych szans. Mimo wszyst­ko, za­sia­ny rano w gło­wie po­mysł nie da­wał mu spo­ko­ju przez na­stęp­ne pół dnia. Nie mógł tak po pro­stu od­pu­ścić. Po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać i opra­co­wać wszyst­kie moż­li­we sce­na­riu­sze, co może po­wie­dzieć pre­zy­dent, by wie­czo­rem ra­zem z pu­blicz­no­ścią zo­ba­czyć i na świe­żo sko­men­to­wać to całe za­mie­sza­nie. Li­czył, że ład­nie ubra­ni lu­dzie z te­le­wi­zo­ra rze­czy­wi­ście wie­dzie­li, że pre­zy­dent po­wie coś waż­ne­go, sko­ro tak ci­snę­li ten te­mat.

9

Le­ni­wa eki­pa biu­ra pra­so­we­go pre­zy­den­ta my­śla­ła, że zno­wu im się upie­kło. Otóż po śnież­nych ucie­chach sze­fa te­mat tre­ści i celu orę­dzia już nie po­wró­cił. Koss z ener­gią i uśmie­chem prze­ka­zał Dy­du­le, że „spra­wa jest czy­sta”, czy­li ni­cze­go od nich nie ocze­ku­je, oczy­wi­ście poza spro­wa­dze­niem do pa­ła­cu od­po­wied­niej eki­py na­gry­wa­ją­cej i wszyst­kich in­nych cu­do­twór­ców, ta­kich jak ma­ki­ja­żyst­ka czy fry­zjer dla pierw­szej damy. W wy­stą­pie­niu mie­li wziąć bo­wiem udział obo­je. Gdy­by tyl­ko Dy­du­ła lub ktoś z jego lu­dzi przed­kła­dał obo­wią­zek po­nad świę­ty spo­kój, pew­nie wy­ła­pał­by sub­tel­ne zna­ki nad­cho­dzą­cej ka­ta­stro­fy. Nie było jed­nak wśród nich ani jed­ne­go ta­kie­go pry­mu­sa. Trwa­li więc w bło­giej nie­świa­do­mo­ści co do pla­nów Grze­go­rza, wie­rząc, że jak za­wsze re­ali­zu­je on je­dy­nie wy­tycz­ne Fal­kow­skie­go.

Naj­bar­dziej spra­wa orę­dzia do­tknę­ła pre­zy­den­to­wą. Na­krę­co­ny za­ba­wą w ogro­dzie Grze­gorz od razu pra­gnął po­ga­dać z żoną i przed­sta­wić jej swój bły­sko­tli­wy po­mysł. Iza jed­nak nie mia­ła ocho­ty go wi­dzieć, to­też za­mknę­ła się w po­ko­ju pod pre­tek­stem re­ge­ne­ru­ją­cej drzem­ki. Bar­dzo tego póź­niej po­ża­ło­wa­ła, bo gdy wresz­cie do­wie­dzia­ła się, że wkrót­ce ma wy­stą­pić obok męża, moc­no się tym ze­stre­so­wa­ła. Mia­ła na­wet na koń­cu ję­zy­ka, by wy­gar­nąć Grze­go­rzo­wi, że zo­sta­ła po­sta­wio­na pod ścia­ną i nie jest jej z tym do­brze. Uzna­ła jed­nak, że obo­wią­zek to obo­wią­zek. W koń­cu stać i uśmie­chać się do ka­me­ry jesz­cze po­tra­fi, a wy­szy­ko­wa­na przez pro­fe­sjo­na­li­stów na pew­no wy­pad­nie przy­naj­mniej przy­zwo­icie. Ta ra­cjo­na­li­za­cja nie po­mo­gła jej w stu pro­cen­tach, więc do­dat­ko­wo dla ku­ra­żu wspo­mo­gła się jesz­cze pa­ro­ma ły­ka­mi ulu­bio­ne­go trun­ku. Nie był to jej pierw­szy raz i czuj­ne oto­cze­nie pre­zy­den­to­wej wie­dzia­ło, jak szyb­ko za­ma­sko­wać woń al­ko­ho­lu, by unik­nąć ewen­tu­al­nych krzyw­dzą­cych plo­tek z pla­nu.

Nad­szedł ten mo­ment. Pre­zy­dent i pierw­sza dama tego nę­ka­ne­go zimą kra­ju sta­nę­li przed te­le­wi­zyj­ną ka­me­rą. W re­pre­zen­ta­cyj­nym, pa­ła­co­wym wnę­trzu, na tle pięk­nie przy­stro­jo­nej cho­in­ki, któ­ra wciąż jesz­cze nie do­cze­ka­ła się po­se­zo­no­we­go od­po­czyn­ku. Tak, do­pie­ro te­raz pra­cow­ni­cy biu­ra pra­so­we­go i sam rzecz­nik za­czę­li za­da­wać so­bie py­ta­nie, cze­mu prze­sła­nie do na­ro­du ma mieć w ka­drze sym­bol ow­szem, uwiel­bia­ny, ale jed­nak nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ny ze świę­ta­mi ob­cho­dzo­ny­mi kwar­tał wcze­śniej. Nim jed­nak zdą­ży­li wy­ar­ty­ku­ło­wać swo­je wąt­pli­wo­ści, eki­pa tech­nicz­na prze­go­ni­ła wszyst­kich po­stron­nych. Zbli­ża­ła się bo­wiem go­dzi­na zero – a w tym przy­pad­ku dwu­dzie­sta.

10

Klub Pi­gu­ła swo­ją oso­bli­wą na­zwę za­wdzię­czał wła­ści­cie­lo­wi nie­ru­cho­mo­ści, w któ­rej się znaj­do­wał, czy­li lo­kal­ne­mu sa­mo­rzą­do­wi ap­te­kar­skie­mu. Kie­dyś w jego wnę­trzach ap­te­ka­rze mie­li wła­sną prze­strzeń do ban­kie­tów i śro­do­wi­sko­wej in­te­gra­cji, po­tocz­nie zwa­ną Pi­gu­łą. Bóg je­den oraz star­sze po­ko­le­nia war­szaw­skich ap­te­ka­rzy ra­czy­ły wie­dzieć, co tam się wy­pra­wia­ło, że przy­lgnę­ła do tego miej­sca wła­śnie taka na­zwa. W koń­cu wła­dze in­sty­tu­cji po­wie­dzia­ły dość i uczy­ni­ły z lo­ka­lu ogól­no­do­stęp­ny klub.

Fi­li­po­wi na­zwa ko­ja­rzy­ła się bar­dziej kry­mi­nal­nie niż me­dycz­nie. Po­zo­sta­nie przy niej uwa­żał za po­mysł sza­lo­ny, z dru­giej stro­ny: Czyż nie trze­ba być choć tro­chę sza­lo­nym, żeby w obec­nych cza­sach ro­bić w tym biz­ne­sie?– my­ślał. Nie­za­le­że­nie od na­zwy, waż­ne było dla nie­go to, że w Pi­gu­le or­ga­ni­zo­wa­no wie­czo­ry stand-upo­we, na któ­rych miał już szan­sę kil­ka razy wy­stą­pić.

Klub był dość cia­snym, ale przy­tul­nym miej­scem, z małą sce­ną nie­stwa­rza­ją­cą zbyt wie­lu es­tra­do­wych moż­li­wo­ści, jed­nak na one-man show jak naj­bar­dziej opty­mal­ną. Przed pod­wyż­sze­niem usta­wia­no skła­da­ne krze­sła w licz­bie koło osiem­dzie­się­ciu. Zwy­kle jed­nak wy­stę­py przy­cią­ga­ły zde­cy­do­wa­nie wię­cej wi­dzów i w klu­bie pa­no­wał tłok.

Fi­lip do ostat­nich chwil wbi­jał do gło­wy róż­ne wa­rian­ty swo­je­go mo­no­lo­gu do wy­po­wie­dze­nia w za­leż­no­ści od tego, co po­wie pre­zy­dent. Swo­im za­da­niem był w rów­nym stop­niu pod­nie­co­ny, co ze­stre­so­wa­ny. Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta. Sala była już moc­no wy­peł­nio­na, a wśród pu­blicz­no­ści trwa­ły dy­wa­ga­cje na te­mat tego, cze­mu na sce­nie wy­świe­tla­ła się trans­mi­sja te­le­wi­zyj­na. W koń­cu nikt nie przy­szedł tego wie­czo­ru do Pi­gu­ły, aby oglą­dać te­le­wi­zję.

Za­czę­ło się. W klu­bie zro­bi­ło się jesz­cze ciem­niej, a na sce­nę, po krót­kiej za­po­wie­dzi w wy­ko­na­niu ma­na­ge­ra lo­ka­lu, wkro­czył Fi­lip. Kil­ka przy­go­to­wa­nych na po­czą­tek żar­tów zda­ło eg­za­min. Pu­blicz­ność zro­zu­mia­ła kon­cep­cję wy­stę­pu i zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi Fi­li­pa na­bra­ła ocho­ty do wspól­ne­go obej­rze­nia orę­dzia. Wresz­cie, po kil­ku­se­kun­do­wym uję­ciu na Pa­łac Pre­zy­denc­ki, ka­me­ry po­ka­za­ły re­pre­zen­ta­cyj­ną salę pa­ła­cu i sto­ją­cą na tle cho­in­ki, wy­stro­jo­ną jak na ope­ro­wą pre­mie­rę, parę pre­zy­denc­ką.

Dro­dzy ro­da­cy!

Łą­czy­my się dzi­siaj z wami z za­śnie­żo­nej War­sza­wy oraz Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go, z które­go, jak mo­że­cie do­strzec, nie znik­nę­ły jesz­cze bo­żo­na­ro­dze­nio­we sym­bo­le. Bo choć oby­czaj każe wy­nieść cho­in­kę do dru­gie­go lu­te­go, w tym roku w wie­lu do­mach, tak­że na­szym, po­zo­sta­ła na dłu­żej.

Jako kraj i na­ród prze­ży­wa­my trud­ny czas. Wie­my, z czym się zma­ga­cie i do­sko­na­le ro­zu­mie­my wa­szą fru­stra­cję. Wie­le spraw nie ukła­da się tak, jak po­win­no. W du­żej mie­rze od­po­wia­da za to ano­ma­lia po­go­do­wa, ja­kiej nasz kraj, ale i cała Eu­ro­pa, nie do­świad­czy­ła od po­nad trzy­dzie­stu lat.

Wszy­scy bar­dzo chcie­li­by­śmy w tej chwi­li cie­szyć się z nad­cho­dzą­cych świąt Wiel­kiej Nocy. Świąt, któ­re są sym­bo­lem od­ra­dza­nia się ży­cia. Świąt w na­szej tra­dy­cji wio­sen­nych, zie­lo­nych i kwit­ną­cych. Trud­no jed­nak tak wła­śnie je po­strze­gać, wi­dząc do­oko­ła mnó­stwo śnie­gu, mar­z­nąc na uli­cy, a w nie­któ­rych przy­pad­kach tak­że w do­mach.

Po­go­da pła­ta fi­gla już po raz dru­gi. Po­dob­ne od­czu­cia to­wa­rzy­szy­ły nam prze­cież w grud­niu, gdy świę­tu­jąc Boże Na­ro­dze­nie, mie­li­śmy tem­pe­ra­tu­rę o ja­kiej ma­rzy­my na ma­jów­kę czy Boże Cia­ło, zaś fe­rie zi­mo­we bez gra­ma śnie­gu nie po­zwo­li­ły w tym roku cie­szyć się nar­ta­mi, san­ka­mi czy choć­by pro­stym le­pie­niem bał­wa­na.

Ktoś po­wie, że świę­ta to zwy­kłe dni, tyl­ko wzbo­ga­co­ne o ja­kieś sym­bo­le. Tak, wszy­scy jed­nak zda­je­my so­bie spra­wę, jak te sym­bo­le są dla nas waż­ne. Pla­nu­je­my na­sze ży­cie wła­śnie wo­kół świąt. Pla­nu­je­my coś na świę­ta, na przed, na po świę­tach. Zwłasz­cza Boże Na­ro­dze­nie, któ­re­go zwy­czaj­nie nie uda­ło nam się od­świę­cić, peł­ni taką wła­śnie rolę. Gwiazd­ka to też czas, w któ­rym wszy­scy sta­ra­my się być lep­si. Je­ste­śmy dla sie­bie mil­si, bar­dziej się o sie­bie trosz­czy­my.

Zwa­żyw­szy na to wszyst­ko, pod­ją­łem de­cy­zję bez pre­ce­den­su w na­szej hi­sto­rii. Za sześć ty­go­dni, w ter­mi­nie Świąt Wiel­kiej Nocy, od­świę­tuj­my raz jesz­cze Boże Na­ro­dze­nie.

Pu­blicz­ność, do­tych­czas nie­co pod­śmie­chu­ją­ca się z ka­zno­dziej­skie­go tonu pre­zy­den­ta, za­mar­ła. Nic do po­wie­dze­nia nie miał rów­nież Fi­lip. Wie­dział już, że wszyst­kie opra­co­wa­ne sce­na­riu­sze na nic się zda­dzą. Koss, co żeś ty wy­my­ślił? Co ja mam tym lu­dziom po­wie­dzieć? – gło­wił się, rów­no­cze­śnie wal­cząc, by nie po­ka­zać przed pu­blicz­no­ścią stre­su, któ­ry wła­śnie prze­szył go do cna. Ale nie tyl­ko na­ród był za­sko­czo­ny. Wi­docz­na w ka­drze przez uła­mek se­kun­dy mina pre­zy­den­to­wej sły­szą­cej za­po­wiedź, któ­ra wła­śnie wy­szła z ust jej męża, była pew­nia­kiem do zo­sta­nia vi­ra­lem. Nie prze­ga­dał tego na­wet ze swo­ją sta­rą! Co za gość! – my­ślał Grab­ski.

Niech ten czas, któ­ry do nie­go po­zo­stał, bę­dzie tym cza­sem ra­do­sne­go ocze­ki­wa­nia, do­strze­ga­nia do­bra w dru­gim czło­wie­ku i od­bu­do­wy wspól­no­ty. A gdy do na­sze­go kra­ju wresz­cie za­wi­ta praw­dzi­wa wio­sna, obie­cu­ję wam, że urzą­dzi­my rów­nie peł­ne ra­do­ści świę­ta Wiel­kiej Nocy. Za­graj­my z po­go­dą w jej grę i ograj­my ją!

We­so­łych świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Na­jazd ka­me­ry na roz­świe­tlo­ną cho­in­kę był zna­kiem, że to wszyst­ko, co pre­zy­dent miał do prze­ka­za­nia na­ro­do­wi. Nie było żad­ne­go epi­lo­gu w sty­lu: „Żar­to­wa­łem. Wiem, że mam dziw­ne po­czu­cie hu­mo­ru. Wy­bacz­cie!”. Nie. On na­praw­dę po­wie­dział to, co po­wie­dział, a Fi­lip stał przed za­sko­czo­nym tłu­mem żąd­nym wy­ja­śnień, od­no­śnie do tego, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło. Ko­mik zro­bił je­dy­ne, co przy­szło mu do gło­wy – za­czął się śmiać. I choć był to z jego stro­ny chi­chot ner­wo­wy, pu­blicz­ność go pod­chwy­ci­ła i za­raz śmia­li się wszy­scy. Po­sta­wił na szcze­rość. Usiadł na sce­nie i za­czął grać za­ła­ma­ne­go, przy­go­to­wa­ne­go na wie­le, ale nie na to. Po­czuł, że sala mu sprzy­ja. Roz­krę­cał się co­raz bar­dziej, aż w koń­cu uznał, że to­tal­na im­pro­wi­za­cja na­praw­dę do­brze mu idzie. Mógł­by na­wet cie­szyć się tą chwi­lą, gdy­by nie to, że od kil­ku mi­nut w jego kie­sze­ni nie­ustan­nie wi­bro­wał te­le­fon. Nie mu­siał spraw­dzać, by wie­dzieć, kto z taką de­ter­mi­na­cją pró­bo­wał się do nie­go do­bić. Wie­dział, że tyl­ko Ri­chard nie po­tra­fi po­jąć, że jego roz­mów­cy mogą ro­bić w ży­ciu co­kol­wiek in­ne­go, niż cze­kać na te­le­fon od nie­go.

Gdy wresz­cie za­koń­czył, przy dźwię­ku okla­sków wbiegł do to­a­le­ty, by w jako ta­kiej ci­szy ode­brać po­łą­cze­nie od na­tręt­ne­go sze­fa. Miał już przy­go­to­wa­ną wy­mów­kę, ale tym ra­zem Ri­chard nie żą­dał żad­nych wy­ja­śnień. Pod­eks­cy­to­wa­ny wy­krzy­czał:

– Sły­sza­łeś tego idio­tę?

– Co nie­co. – Fi­lip ro­zej­rzał się po ka­fel­kach, po­śród któ­rych przy­szło mu pro­wa­dzić ten dia­log. – Na ba­se­nie by­łem.

– Po­słu­chał nas. Mnie po­słu­chał. Łyk­nął te­mat, ro­zu­miesz? Ro­bi­my o tym cały na­stęp­ny od­ci­nek.

– A twój, że tak po­wiem, po­wrót do świa­ta ko­bie­cych serc?

– Co? Pie­przyć! Od­wo­łu­je­my. Zna­czy od­wo­łu­je­my od­wo­ła­nie. Niech się tę­czo­wi jesz­cze cie­szą z co­ming outu roku.

– A za­pła­cisz? Obie­ca­łeś, że…

– Ten jak zwy­kle tyl­ko o so­bie! Za­pła­cę, pew­nie, że za­pła­cę! Chcę cały od­ci­nek o tym po­pie­przo­nym Bo­żym Na­ro­dze­niu w kwiet­niu – zde­cy­do­wał Ri­chard, nie ma­jąc w tam­tej chwi­li zie­lo­ne­go po­ję­cia, jak tą de­cy­zją na­mie­sza w ży­ciu Fi­li­pa i ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa.

11