Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 1 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 1 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Światło między oceanami - M. L. Stedman

Rok 1920. Tom Sherbourne, inżynier z Sydney, wciąż nie może się uporać ze wspomnieniami z Wielkiej Wojny. Posada latarnika na oddalonej o 100 mil od wybrzeży Australii niezamieszkanej wysepce Janus Rock i kochająca żona Isabel, która decyduje się dzielić z nim samotność, stopniowo przynoszą mu spokój i pozwalają pokonać upiory przeszłości. Los wystawia ich jednak na ciężką próbę. Po dwóch poronieniach i wydaniu na świat martwego chłopca, Isabel dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci, i popada w depresję. I wówczas zdarza się cud: do brzegu wyspy przybija łódź ze zwłokami mężczyzny i płaczącym niemowlęciem. Ulegając namowom żony, kierując się głosem serca, a nie zasadami moralnymi, Tom podejmuje decyzję, której konsekwencje położą się cieniem na życiu wielu ludzi...

Opinie o ebooku Światło między oceanami - M. L. Stedman

Fragment ebooka Światło między oceanami - M. L. Stedman

O książce

Rok 1920. Tom Sherbourne, inżynier z Sydney, wciąż nie może się uporać ze wspomnieniami z Wielkiej Wojny. Posada latarnika na oddalonej o 100 mil od wybrzeży Australii niezamieszkanej wysepce Janus Rock i kochająca żona Isabel, która decyduje się dzielić z nim samotność, stopniowo przynoszą mu spokój i pozwalają pokonać upiory przeszłości.

Los wystawia ich jednak na ciężką próbę. Po dwóch poronieniach i wydaniu na świat martwego chłopca Isabel dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci, i popada w depresję. I wówczas zdarza się cud: do brzegu wyspy przybija łódź ze zwłokami mężczyzny i płaczącym niemowlęciem. Ulegając namowom żony, kierując się głosem serca, a nie zasadami moralnymi, Tom podejmuje decyzję, której konsekwencje położą się cieniem na życiu wielu ludzi…

M.L. Stedman

Urodziła się i wychowała w Perth w Australii Zachodniej. Obecnie mieszka i pracuje w Londynie. Światło między oceanami jest jej debiutem literackim. Prawa do powieści kupili wydawcy z 41 krajów, przetłumaczono ją na 40 języków. W samej tylko Wielkiej Brytanii o możliwość publikacji tej książki zabiegało kilku wydawców, co w przypadku debiutu jest naprawdę niezwykłe. Na całym świecie sprzedało się ponad 2,3 miliona egzemplarzy!

W 2016 roku swoją premierę będzie miała długo wyczekiwana ekranizacja powieści, w doskonałej obsadzie, z Michaelem Fassbenderem i zdobywczyniami Oscarów®: Alicią Vikander oraz Rachel Weisz w rolach głównych.

Tytuł oryginału:THE LIGHT BETWEEN OCEANS

Copyright © Grasshill Communications Ltd. 2012All rights reservedPublished by arrangement with Conville & Walsh Ltd.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2013

Redakcja: Beata Słama

Cover art copyright © 2016 STORYTELLER DISTRIBUTION CO., LLCAll Rights Reserved

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Katarzyna Meszka

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7985-367-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Pamięci moich rodziców

CZĘŚĆ I

27 kwietnia 1926

W dniu, kiedy zdarzył się cud, Isabel klęczała na skraju klifu, modląc się nad małym krzyżem skleconym z drewna, które fale wyrzuciły na brzeg. Wysoko nad jej głową, na niebie tak błękitnym, jak widoczne w dole wody oceanu, dryfowała samotna tłusta chmura. Kobieta spryskała mogiłę wodą i uklepała ziemię wokół właśnie zasadzonego krzewu rozmarynu.

— …i nie wódź nas na pokuszenie, ale zbaw nas ode złego — szepnęła.

Przez moment miała wrażenie, że słyszy płacz dziecka. Natychmiast odegnała od siebie tę niedorzeczną myśl i skupiła się na stadzie wielorybów, które płynęły w stronę wybrzeża, by w cieplejszych wodach wydać na świat młode. Ich masywne ogony pojawiały się i znikały pod wodą niczym igły w błękitnym gobelinie. Znów usłyszała płacz dziecka, tym razem nieco głośniejszy. To niemożliwe, pomyślała.

Przed nią, aż po horyzont i dalej, do Afryki, ciągnął się ocean. Tu wody Oceanu Indyjskiego wpływały do Oceanu Południowego1, tworząc widoczny w dole bezkresny dywan. W dni takie jak ten miała wrażenie, że mogłaby przejść po nim, nie mocząc stóp, aż do Madagaskaru. Z drugiej strony wyspy niespokojne wody ciągnęły się aż do wybrzeży Australii, odległych o prawie sto mil. Niedaleko brzegu, pod powierzchnią, czaił się wysoki łańcuch zdradzieckich podwodnych gór, które wyrastały z dna niczym ogromne połamane zęby, czyhające na każdy niewinny statek płynący do upragnionego portu.

By zapobiec tragediom, na wyspie Janus Rock wybudowano latarnię morską, której światło ostrzegało przed niebezpieczeństwem z odległości trzydziestu mil. Co noc powietrze wypełniał jej monotonny szum, kiedy bezstronny w swych osądach snop światła obracał się to w jedną, to w drugą stronę, nie obwiniając skał, nie lękając się fal, a jeśli trzeba było, przynosząc wybawienie.

Płacz nie ustawał. Isabel usłyszała szczęk otwieranych drzwi i na balkonie pojawiła się smukła sylwetka Toma, który obserwował wyspę przez lornetkę.

— Izzy! — zawołał. — Łódź! — Wskazał zatoczkę. — Na plaży jest łódź!

Zniknął i chwilę później pojawił się w drzwiach na dole.

— Wygląda na to, że ktoś w niej jest! — krzyknął.

Isabel najszybciej jak mogła podbiegła do męża i razem pokonali stromą, wydeptaną ścieżkę prowadzącą w dół, do niewielkiej plaży.

— To rzeczywiście łódź — stwierdził Tom. — I… jasna cholera! W środku jest jakiś mężczyzna, ale… — Mężczyzna ani drgnął. Na wpół leżał, na wpół siedział oparty o ławkę, jednak płacz nie ustawał. Tom podszedł do łódki i spróbował zbudzić nieznajomego, raz za razem zerkając na dziób, skąd dobiegło kwilenie. Kiedy się wyprostował, trzymał w ramionach zawiniątko: maleńkie płaczące niemowlę, zawinięte w miękki damski sweter w kolorze lawendy.

— Jasna cholera! — zaklął. — Jasna cholera, Izzy. To…

— Dziecko! Boże Wszechmogący! Tom! No już, daj mi je!

Oddał jej tobołek i jeszcze raz spróbował obudzić nieznajomego, ten jednak nie oddychał. Tom spojrzał na Isabel, która przyglądała się maleńkiej istotce.

— On nie żyje, Izz. Co z dzieckiem? — spytał.

— Wygląda na zdrowe. Nie widzę żadnych siniaków ani skaleczeń. Jest takie maleńkie! — dodała, wpatrując się w niemowlę i tuląc je do siebie. — No już, cichutko. Nic ci nie będzie, kruszyno. Tu będziesz bezpieczna.

Tom stał nieruchomo, patrząc na ciało mężczyzny. Zamykał oczy i otwierał je, jakby chciał się upewnić, że nie śni. Dziecko przestało płakać i chciwie łapało powietrze.

— Ten człowiek nie ma żadnych ran i nie wygląda na chorego. Nie mógł dryfować zbyt długo… Aż trudno uwierzyć. — Urwał. — Weź dziecko do domu, Izz, a ja przyniosę coś, żeby przykryć ciało.

— Ale, Tom…

— Nie damy rady wciągnąć go na górę. Lepiej zostawić go tu, do czasu, aż nadejdzie pomoc. Nie chcę, żeby dobrały się do niego ptaki czy muchy. W szopie jest stare płótno, powinno wystarczyć. — Głos miał spokojny, ale jego dłonie i twarz były zimne, kiedy ostre jesienne słońce przesłoniły cienie przeszłości.

* * *

Janus Rock to zielona wyspa o powierzchni sześciuset pięćdziesięciu akrów. Rosnąca tam trawa wystarczyła, by wykarmić niewielkie stado owiec i kóz oraz kilka kurczaków, a górna warstwa gleby okazała się na tyle urodzajna, że można było założyć ogródek warzywny. Jedynymi drzewami były bliźniacze sosny zasadzone na wyspie przez ludzi z Point Partageuse, którzy w 1889 roku, przeszło trzydzieści lat temu, zbudowali latarnię morską. Skupisko starych mogił było wszystkim, co pozostało po tragedii, gdy statek Pride of Birmingham w biały dzień rozbił się o chciwe skały. Po latach na podobnym statku o dumnej nazwie Chance Brothers, przybyło z Anglii światło latarni, cud współczesnej techniki, gwarantujący statkom bezpieczeństwo, bez względu na to, jak niegościnne i zwodnicze były wody, po których pływały.

Podwodne prądy wyrzucały na brzeg rozmaite rzeczy: szczątki rozbitych statków, skrzynie z herbatą, kości wielorybów. Rupiecie pojawiały się nagle, kiedy chciały i jak chciały. Do stojącej pośrodku wyspy latarni morskiej tuliła się chatka latarnika i budynki gospodarcze, niszczejące od wiejących bezustannie gwałtownych wiatrów.

Isabel weszła do kuchni i z dzieckiem w ramionach usiadła przy starym drewnianym stole. Tom starannie wytarł buty i położył na ramieniu żony stwardniałą dłoń.

— Przykryłem biedaka. Jak tam dziecko?

— To dziewczynka — odparła z uśmiechem Isabel. — Wykąpałam ją. Wygląda na zdrową.

Dziecko utkwiło w nim spojrzenie dużych oczu.

— Jak, do licha, udało jej się przeżyć? — zastanawiał się Tom.

— Dałam jej trochę mleka. — Popatrzyła na niemowlę. — Prawda, skarbie? — zagruchała czule. — Jest taka idealna, Tom — dodała, całując małą. — Bóg jeden wie, przez co musiała przejść.

Tom wyciągnął z sosnowej szafki butelkę brandy, wlał do szklanki niewielką ilość i wychylił duszkiem. Usiadł obok żony, obserwując tańczące na jej twarzy słoneczne refleksy, kiedy pochylała się nad dzieckiem. Niemowlę wodziło za nią wzrokiem, jakby bało się, że jeśli choć na chwilę straci ją z oczu, Isabel zniknie.

— Maleństwo — szepnęła kobieta — biedne, biedne maleństwo. — Niemowlę tuliło się do jej piersi. Tom wyczuł w głosie żony z trudem powstrzymywane łzy. Wróciły wspomnienia, które niczym duchy zawisły w powietrzu.

— Chyba cię polubiła — zauważył. — Patrząc na nią, zastanawiam się, jak by to było… — ciągnął, jakby mówił do siebie. — To znaczy… nie chciałem… — dodał pospiesznie. — Chodzi o to, że wyglądasz, jakbyś została do tego stworzona. — Mówiąc to, pogłaskał jej policzek.

Isabel podniosła wzrok i spojrzała na męża.

— Wiem, kochanie. Wiem, co miałeś na myśli. Czuję to samo.

Otoczył ją ramieniem. Pachniał brandy.

— Och, Tom, dzięki Bogu, że w porę ją znaleźliśmy.

Tom pocałował Isabel i musnął ustami czoło dziecka. Siedzieli tak przez chwilę, aż niemowlę zaczęło się wiercić, wyciągając ku nim małą piąstkę.

W końcu Tom dźwignął się od stołu.

— Muszę wysłać sygnał. Powiadomię o łodzi, niech przyślą kogoś po ciało i pannę Mazgajską.

— Jeszcze nie! — zaprotestowała Isabel, dotykając paluszków dziecka. — To znaczy… nie musisz robić tego teraz. Temu biedakowi to i tak nie zrobi różnicy. A maleństwo dość już ma chyba łodzi, przynajmniej na jakiś czas. Zaczekaj. Daj jej odetchnąć.

— Miną godziny, zanim tu dotrą. Nic jej nie będzie. Zobacz, już się uspokoiła.

— Zaczekajmy. Przecież to i tak nic nie zmieni.

— Muszę zapisać wszystko w dzienniku. Wiesz przecież, że powinienem od razu zgłaszać podobne wypadki. — Rzeczywiście, obowiązkiem Toma było zapisywanie wszelkich ważnych wydarzeń, które miały miejsce na wyspie albo w jej pobliżu, począwszy od przepływających statków i pogody, a na problemach ze sprzętem skończywszy.

— Zaczekaj z tym do rana, dobrze?

— A jeśli to łódź ze statku?

— To nie jest szalupa ratunkowa — zauważyła Isabel.

— W takim razie dziecko ma matkę, która czeka na nie gdzieś na brzegu i rwie włosy z głowy. Jak byś się czuła, gdyby chodziło o twoje dziecko?

— Widziałeś sweter. Matka na pewno wypadła za burtę i utonęła.

— Kochanie, nie wiemy nic o jej matce. Nie wiemy nawet, kim jest ten mężczyzna.

— To najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie, prawda? Niemowlęta nie oddalają się same od rodziców.

— Izzy, wszystko jest możliwe. Skąd mamy wiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło?

— Czy kiedykolwiek słyszałeś o niemowlęciu dryfującym w łodzi na pełnym morzu, bez matki? — Mówiąc to, mocniej przytuliła dziecko do piersi.

— To poważna sprawa, Izz. Ten człowiek nie żyje.

— Ale dziecko żyje. Miej serce, Tom.

Coś w jej głosie sprawiło, że zamiast sprzeciwić się żonie, Tom rozważył jej prośbę. Może chce spędzić trochę czasu z dzieckiem? Może jest jej to winien? Isabel spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

— Ostatecznie… — mruknął, choć nie przyszło mu to łatwo — mogę zaczekać. Ale wyślę sygnał jutro z samego rana, zaraz po tym, jak wyłączę światła.

Isabel pocałowała go i delikatnie uścisnęła jego ramię.

— Lepiej wrócę do latarni. Właśnie wymieniałem lampę rtęciową — dodał.

Idąc ścieżką, usłyszał głos Isabel, która śpiewała: Wiej wietrze południowy, południowy, południowy, wiej wietrze południowy nad pięknym, niebieskim morzem. Dźwięki piosenki nie uspokoiły go jednak, gdy wchodząc po schodach do latarni, próbował zapomnieć o zaniedbaniu, jakiego dopuścił się na prośbę żony.

ROZDZIAŁ 1

16 grudnia 1918

— Tak, rozumiem — odparł Tom Sherbourne. Siedział w spartańsko urządzonym pokoju, dającym niewielkie wytchnienie od panującej na zewnątrz duchoty. Letni deszcz dzwonił o szyby, sprawiając, że ludzie na ulicach w pośpiechu szukali schronienia.

— Będzie naprawdę ciężko. — Mężczyzna po drugiej stronie biurka pochylił się do przodu, dla podkreślenia swoich słów. — To nie żarty. Nie chodzi o to, że zatoka Byron jest najgorszym przydziałem, ale chcę mieć pewność, że wiesz, na co się decydujesz. — Ubił kciukiem tytoń i zapalił fajkę. Podanie Toma było podobne do wielu innych z tamtego okresu: urodzony dwudziestego ósmego września 1893 roku, wojnę spędził na froncie, znał międzynarodowy kod sygnałowy i alfabet Morse’a, zdrowy i wysportowany, zwolniony z wojska z odznaczeniami. Zgodnie z panującymi zasadami, pierwszeństwo należało się byłym wojskowym.

— Na pewno nie… — Tom urwał i chwilę później zaczął od nowa. — Z całym szacunkiem, panie Coughlan, ale nie ma nic gorszego niż front zachodni.

Mężczyzna po raz kolejny utkwił wzrok w dokumentach i spojrzał na Toma, jakby szukał czegoś w jego oczach, w twarzy.

— Tak, synu. Pewnie masz rację. — Znudzonym głosem wyrecytował regułkę: — Sam opłacasz przejazd. Jesteś zmiennikiem, więc nie masz urlopu. Stałym pracownikom przysługuje miesięczny urlop pod koniec każdego trzyletniego kontraktu. — Sięgnął po grube pióro i podpisał formularz. Przyłożył pieczątkę do nasączonej tuszem poduszeczki. — Witamy… — przybił pieczątkę w trzech miejscach — w Stowarzyszeniu Latarników.

Formularz opatrzono datą szesnastego grudnia 1918.

* * *

Sześć miesięcy spędzone w zatoce Byron u wybrzeży Nowej Południowej Walii, w towarzystwie dwóch latarników i ich rodzin, uświadomiło Tomowi, jak wygląda codzienne życie latarnika. Po zatoce Byron przyszedł czas na Maatsuyker, dziką wyspę na południe od Tasmanii, gdzie przez większą część roku padał deszcz, a wiejące w czasie sztormów porywiste wiatry ciskały kurczęta wprost w oszalałe fale.

Jako latarnik Tom Sherbourne ma mnóstwo czasu na rozmyślania o wojnie. O twarzach i głosach swych towarzyszy, którzy w taki czy inny sposób uratowali mu życie. O ostatnich słowach konających żołnierzy i bezładnej paplaninie, której nie mógł zrozumieć, a mimo to, słuchając jej, uparcie kiwał głową.

Nie był jednym z tych, którzy wlekli za sobą pourywane kończyny i których wnętrzności wylewały się z brzucha niczym oślizgłe węgorze. Trujący gaz nie zmienił jego płuc i mózgu w kleistą breję. A mimo to cierpiał, zmuszony do życia w ciele człowieka, który na wojnie dopuścił się potwornych rzeczy. Wspomnienia tych wydarzeń wlokły się za nim niczym drugi cień.

Próbuje o tym nie myśleć. Wielokrotnie widział, co wspomnienia potrafią zrobić z człowiekiem. Dlatego wciąż żyje na krawędzi czegoś, czego sam nie potrafi nazwać. Kiedy śni o tamtych latach, Tom, którego widzi w snach, ten, który ma na rękach ludzką krew, jest zaledwie ośmioletnim chłopcem. W snach to właśnie on staje naprzeciwko mężczyzn uzbrojonych w strzelby i bagnety i bezradny patrzy na własne skarpety, wiedząc, że aby je podciągnąć, będzie musiał odłożyć broń, która i tak ciąży mu w rękach. Jakby tego było mało, nigdzie nie może odnaleźć matki.

Po przebudzeniu trafia do świata pełnego wiatru, fal, światła i mechanizmów, które podtrzymują płomień i obracają światło, utrzymując je w ciągłym ruchu.

Gdyby tylko mógł uciec wystarczająco daleko — z dala od ludzi i wspomnień — czas uleczyłby rany.

* * *

Niewielka wyspa Janus Rock, oddalona tysiące mil od zachodniego wybrzeża, była najdalszym miejscem, do którego trafił wychowany w Sydney Tom. Tamtejsza latarnia morska była ostatnim zakątkiem Australii, który widział, gdy w 1915 roku wypływał do Egiptu na pokładzie transportowca. Powietrze pachniało eukaliptusami jeszcze długo po tym, jak stracił z oczu wybrzeże Albany, a gdy przestał czuć tę woń, ogarnęła go niewypowiedziana tęsknota. Kilka godzin później, w najodleglejszym zakątku swej ojczyzny zobaczył światło — pięciosekundowe błyski, których widok towarzyszył mu w czasie wojennej zawieruchy niczym wspomnienie pożegnalnego pocałunku. Kiedy w czerwcu 1920 roku dowiedział się o wolnej posadzie na wyspie Janus, miał wrażenie, że światło latarni go przyzywa.

Przycupnięta na krawędzi szelfu kontynentalnego Janus Rock cieszyła się złą sławą. I choć praca w tak trudnych warunkach oznaczała nieco wyższe zarobki, stare wygi mówiły, że nie jest warta tych pieniędzy, które i tak są niewielkie. Latarnik zastąpiony przez Toma, Trimble Docherty, wywołał prawdziwą burzę, kiedy zgłosił, że jego żona dawała znaki przepływającym statkom, wywieszając kolorowe flagi międzynarodowego kodu sygnałowego. To oburzyło ówczesne władze z dwóch powodów: po pierwsze, zastępca kierownika związku latarników zakazał używania flag na wyspie Janus, ponieważ przepływające statki, aby je zobaczyć, podpływały niebezpiecznie blisko brzegu, po drugie, żona Docherty’ego, która jakoby wywieszała flagi, od jakiegoś czasu nie żyła.

Nastąpiła gwałtowna wymiana korespondencji pomiędzy Fremantle i Melbourne. Zastępca kierownika z Fremantle przedstawił ludziom z centrali stanowisko obrony Docherty’ego i historię jego długoletniej służby, a ci postanowili przyjrzeć się pracy latarnika, kosztom i przestrzeganiu przez niego zasad. W końcu osiągnięto kompromis, zgodnie z którym Docherty poszedł na sześciomiesięczny przymusowy urlop, a jego miejsce na wyspie zajął Tom.

— W normalnych okolicznościach nie wysłalibyśmy tam jednej osoby, bo to odległe miejsce i rodzina może stanowić nie tylko oparcie, ale i wielką pomoc — zwrócił się naczelnik okręgu do Toma. — Ale ponieważ jest to sytuacja przejściowa… Wypłynie pan z Partageuse za dwa dni — dodał, składając podpis na półrocznym kontrakcie Toma.

* * *

Tom niewiele miał do załatwienia. Nie musiał się z nikim żegnać. Dwa dni później wszedł na trap z przerzuconym przez ramię workiem marynarskim. Parowiec o wdzięcznej nazwie Prometheus płynął niezmordowanie wzdłuż południowych wybrzeży Australii, zawijając do rozmaitych portów pomiędzy Sydney i Perth. Nieliczne kabiny zarezerwowane dla pasażerów podróżujących pierwszą klasą znajdowały się na górnym pokładzie, nieopodal dziobu. Płynący trzecią klasą Tom dzielił kabinę z podstarzałym marynarzem. „Pływam tą drogą od pięćdziesięciu lat. Nie mieliby czelności prosić mnie o pieniądze. Prawdziwy pech”, powiedział radośnie marynarz i skupił się na wielkiej butelce wysokoprocentowego rumu. Zmęczony wdychaniem oparów alkoholowych Tom za dnia przechadzał się po pokładzie, czekając na wieczorną partyjkę kart.

* * *

Nietrudno było się domyślić, kto spędził wojnę na froncie, a kto przesiedział ją w domu. Ludzie ciągnęli do swoich. Siedzenie pod pokładem budziło wspomnienia transportowców, które zabrały ich na Bliski Wschód, a później dalej, do Francji. Wystarczyło wejść na pokład, by instynktownie wyczuć, kto jest oficerem, a kto niższy rangą.

Tak jak na transportowcach ludzie szukali tu rozrywki, która ożywi atmosferę i umili podróż. Gra, w którą grali, również wydawała się znajoma. Wygrywał ten, kto pierwszy zdobył coś, co należało do pasażera pierwszej klasy. Nie chodziło jednak o byle jaką rzecz, ale o damskie figi. Wygrana rosła dwukrotnie, jeśli trofeum zostało zdjęte z właścicielki.

Prowodyr, wąsaty mężczyzna nazwiskiem McGowan, o palcach pożółkłych od papierosów Woodbine, powiedział, że rozmawiał z jednym ze stewardów o liście gości: wybór był dość ograniczony. W dziesięciu kajutach mieszkali: prawnik z żoną (lepiej trzymać się od nich z daleka), kilka podstarzałych par, dwie stare panny (brzmiało obiecująco) oraz podróżująca samotnie córka jakiegoś człowieka z wyższych sfer.

— Przypuszczam, że moglibyśmy wspiąć się z boku i wejść przez okno — powiedział. — Kto idzie ze mną?

To, że przedsięwzięcie było ryzykowne, nie zaskoczyło Toma. Odkąd wrócił, słyszał wiele podobnych opowieści o mężczyznach ryzykujących życie dla kaprysu, skakali przez szlabany na przejazdach kolejowych i rzucali się w środek wiru, żeby zobaczyć, czy dadzą radę wypłynąć na powierzchnię. Wielu z tych, którzy uniknęli śmierci, podświadomie wciąż jej szukało. Jednak ci ludzie sami sobie byli panami, a ich słowa tylko czczymi przechwałkami.

* * *

Kolejnej nocy, kiedy dręczące go koszmary stały się nie do wytrzymania, Tom postanowił uciec przed nimi na pokład. Była druga. O tej porze mógł spacerować, gdzie tylko chciał, więc przechadzał się, patrząc na widoczną na wodzie srebrzystą smugę księżycowego światła. Wszedł na górny pokład, chwytając się poręczy, i przez chwilę rozkoszował się łagodną bryzą, podziwiając usiane gwiazdami nocne niebo.

Kątem oka w iluminatorze jednej z kabin dostrzegł błysk. Najwidoczniej pasażerowie podróżujący pierwszą klasą również miewali problemy z zaśnięciem. Nagle obudził się w nim szósty zmysł — znajomy, nieokreślony instynkt, ostrzegający go przed niebezpieczeństwem. Najciszej jak mógł podkradł się do kabiny i zajrzał przez iluminator.

W skąpym świetle zobaczył kobietę, która tuliła się do ściany, choć stojący przed nią mężczyzna nie zdążył jej nawet dotknąć. Jego twarz dzielił zaledwie cal od twarzy kobiety, oczy patrzyły na nią pożądliwie. Tom potrzebował chwili, by rozpoznać w nim mężczyznę spod pokładu, i przypomniał sobie nagrodę. Cholerni idioci. Nacisnął klamkę i drzwi się otworzyły.

— Zostaw ją — powiedział, wchodząc do kabiny. Głos miał spokojny, ale stanowczy.

Mężczyzna odwrócił się, żeby spojrzeć na intruza, i widząc Toma, uśmiechnął się.

— Chryste! Myślałem, że to steward! Możesz mi pomóc, właśnie…

— Powiedziałem, żebyś dał jej spokój. Wynoś się. Natychmiast.

— Jeszcze nie skończyłem. Właśnie zamierzałem sprawić pani wielką przyjemność. — Cuchnął alkoholem i papierosami.

Tom położył mu rękę na ramieniu i ścisnął tak mocno, że mężczyzna krzyknął. Był dobre sześć cali niższy od Toma, a mimo to zamierzył się na niego. Tom złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę. — Nazwisko i stopień!

— McKenzie. Szeregowy. CX-trzy-dwa-siedem-siedem. — Mężczyzna odruchowo podał swój numer identyfikacyjny.

— Szeregowy, proszę natychmiast przeprosić tę młodą damę, wrócić do kabiny i nie pokazywać się na pokładzie, dopóki nie zacumujemy. Zrozumiano?

— Tak jest! — McKenzie spojrzał na dziewczynę. — Proszę wybaczyć, panienko. Nie chciałem panienki skrzywdzić.

Przerażona kobieta niemal niezauważalnie skinęła głową.

— A teraz wynocha! — warknął Tom.

Mężczyzna w jednej chwili stracił pewność siebie i powłócząc nogami, wyszedł z kajuty.

— Nic pani nie jest? — zwrócił się Tom do kobiety.

— Chyba… chyba nie.

— Skrzywdził panią?

— Właściwie… — mówiła bardziej do siebie niż do niego — …właściwie nawet mnie nie dotknął.

Tom przyjrzał się jej twarzy — szare oczy dziewczyny wydawały się nieco spokojniejsze. Jej ciemne włosy opadały miękkimi falami do połowy pleców, a pięści zaciskały się na kołnierzyku nocnej koszuli. Tom zdjął wiszący na haczyku szlafrok i zarzucił jej na ramiona.

— Dziękuję — odparła.

— Musiała się pani nieźle przestraszyć. Obawiam się, że niektórzy z nas odzwyczaili się od cywilizowanego towarzystwa.

Nie odpowiedziała.

— Ten człowiek nie będzie już pani niepokoił. — Postawił krzesło, które przewrócił, wchodząc do kabiny. — Może wnieść pani na niego skargę, ale obawiam się, że wojna wystarczająco namieszała mu w głowie.

Spojrzała na niego pytająco.

— Walka na froncie zmienia ludzi. Niektórzy przestają dostrzegać różnicę między dobrem a złem. — Ruszył do wyjścia, jednak w ostatniej chwili się odwrócił. — Ma pani wszelkie prawo, by wnieść przeciwko niemu oskarżenie, ale myślę, że i bez tego ma dość kłopotów. Tak jak mówiłem, wszystko zależy od pani. — Po tych słowach wyszedł z kajuty.

ROZDZIAŁ 2

Point Partageuse został nazwany na cześć francuskich odkrywców, którzy nanieśli na mapę przylądek w południowo-zachodniej części Australii na długo przed tym, zanim Brytyjczycy zaczęli kolonizować zachód, w 1826 roku. Od tamtej pory osadnicy wędrowali z Albany na północ i na południe z kolonii Swan River, roszcząc sobie prawo do napotykanych po drodze dziewiczych lasów. Wysokie niczym katedry drzewa ustąpiły miejsca pastwiskom. W leśnej głuszy powstawały prymitywne drogi, wyrąbywane kawałek po kawałku przez białoskórych mężczyzn, którym towarzyszyły zaprzęgi silnych, potężnych koni. Ziemia, która nigdy dotąd nie zaznała ingerencji człowieka, była wypalana i obdzierana ze skóry, oznaczana na mapach i mierzona przez tych, którzy postanowili spróbować szczęścia na półkuli, gdzie czekały na nich rozpacz, śmierć albo niewyobrażalne bogactwa.

Mieszkańcy Partaguese byli niczym drobinki kurzu na wietrze, które osiadły w miejscu, gdzie jeden ocean łączył się z drugim. To tu znaleźli wodę pitną, naturalny port i urodzajną glebę. Tutejszy port nie mógł się równać z tym, który wybudowano w Albany, jednak wystarczał miejscowym do transportu drewna sandałowego i wołowiny. W okolicy, niczym porosty na skale, rozkwitały kolejne interesy. Niebawem w miasteczku powstała szkoła, rozmaite kościoły, domy z cegły oraz kamienia i kolejne z desek i blachy. Tuż po nich sklepy, ratusz, a nawet filia agencji rolnej Dalgety’ego. I puby. Mnóstwo pubów.

* * *

W początkowym okresie rozwoju miasta mieszkańcy Point Partageuse wierzyli, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Wieści ze świata napływały powoli niczym skapujące z liści krople deszczu — strzęp informacji tu, plotka tam. Po pojawieniu się linii telegraficznej w 1890 roku życie w miasteczku nabrało tempa, zwłaszcza gdy w nielicznych domach pojawiły się pierwsze telefony. W 1899 roku miasteczko wysłało swoje oddziały do Transwalu i straciło kilku mieszkańców, mimo to życie w Partageuse nadal płynęło spokojnie i leniwie: nie należało się spodziewać niczego wyjątkowo okropnego ani też cudownego.

Inne miasteczka na zachodzie postrzegały rzeczy zupełnie inaczej. Na przykład Kalgoorie, wybudowane setki mil od wybrzeża, z ukrytymi pod pustynią podziemnymi rzekami złota. Przybysze napływali do miasta uzbrojeni w taczki i sita, a wyjeżdżali samochodami, które kupili za bryłki złota wielkości kociąt. Nic dziwnego, że tamtejsze ulice nazywano imionami takich ludzi, jak mityczny Krezus. Kalgoorie miało to, czego pragnął świat. To, co mieli do zaoferowania mieszkańcy Point Partageuse — drewno sandałowe — było niczym w porównaniu z trawiącą Kal gorączką złota.

Sytuacja zmieniła się w 1914 roku, kiedy mieszkańcy Partageuse odkryli, że oni również mają coś, czego pożąda świat: mężczyzn. Młodych, silnych i zdrowych mężczyzn. Mężczyzn, którzy całe życie machali siekierami, orali ziemię i walczyli o przetrwanie. Którzy mieli stać się pierwszymi ofiarami złożonymi na ołtarzach wojny toczącej się na drugim końcu świata.

Rok 1914 był rokiem flag i pachnących nowością mundurów. Rok później życie w Point Partageuse nabrało innego wymiaru. Nagle przestało być nieciekawie i spokojnie, gdy zamiast rosłych ukochanych mężów i synów do miasteczka zaczęły napływać kolejne telegramy. Skrawki papieru wypadały z odrętwiałych kobiecych rąk i unosiły się na wietrze, zabierając ze sobą lakoniczną wiadomość, że chłopiec, którego karmiły piersią, kąpały i beształy, nie wróci do domu. Świat późno upomniał się o mieszkańców Point Partageuse i już na początku zażądał od nich ofiar.

Naturalnie utrata dzieci była czymś, z czym należało się pogodzić. Nikt nie mógł zagwarantować, że poczęcie zakończy się udanym porodem ani że udany poród będzie gwarancją długiego i szczęśliwego życia. Natura dbała o to, by tylko silne, szczęśliwe jednostki dostąpiły życia w raju. By się o tym przekonać, wystarczyło zajrzeć do Biblii. Miejscowy cmentarz również opowiadał historie dzieci, które z powodu ukąszenia węża, gorączki albo upadku z wozu w końcu posłuchały słów matczynej kołysanki i zamknęły swe oczęta. Te, które przeżyły, przyzwyczajały się do tego, że na stole pojawiał się jeden talerz mniej, tak jak przyzwyczajały się do ścisku, jaki panował w domu, gdy na świat przychodziło rodzeństwo. Niczym na polach pszenicy, obsianych gęściej niż to konieczne, Bóg zsyłał do Point Partageuse dzieci i zabierał je do siebie według jakiegoś tajemniczego niebiańskiego kalendarza.

Władze miejscowego cmentarza skrupulatnie odnotowywały każdy z tych przypadków, a posępne, samotne nagrobki nie pozwalały zapomnieć o dziesiątkach niewinnych istnień, które odeszły z tego świata z powodu grypy, utonięcia, przygniecione drzewami czy rażone piorunem. Jednak w 1915 roku rejestry zaczęły kłamać. Chłopcy i mężczyźni nieustannie tracili życie, a mimo to cmentarne księgi nie wspominały o nich ani słowem.

Prawda była taka, że ciała chłopców leżały w błocie z dala od rodzinnych domów. Władze robiły, co mogły. Tam, gdzie pozwalały na to warunki, kopano groby. Jeśli zebrane szczątki umożliwiały identyfikację ciała, dokładano wszelkich starań, by tak się stało, i zapewniano ofierze godny pochówek. Prowadzono rejestry. Nieco później zaczęto robić fotografie grobów i za sumę dwóch funtów, jednego szylinga i sześciu pensów rodzina mogła kupić specjalną pamiątkową tabliczkę. Z upływem czasu pojawiały się kolejne pomniki ku czci poległych. Ludzie przestali rozpamiętywać straty i zaczęli mówić o tym, co dzięki nim zyskali. Zwycięstwo miało upojny smak, choć, jak mawiali niektórzy: „Zwycięstwo okupione śmiercią to żadne zwycięstwo”.

* * *

Bez mężczyzn Point Partageuse przypominał dziurawy szwajcarski ser. I nie chodziło o nabór. Nikt nie zmuszał tych mężczyzn, by szli i walczyli.

Jednak przewrotny los najokrutniej obszedł się ze „szczęściarzami”, którzy wrócili do domu, do czystego mieszkania, wystrojonych dzieci i psa z przywiązaną do obroży kolorową wstążką. Psy zwykle jako pierwsze zauważały, że coś jest nie tak. Nie chodziło o to, że niektórzy z nich stracili oko albo nogę. Po powrocie zachowywali się tak, jakby utracili znacznie więcej, jakby ich myśli dryfowały w zupełnie innym miejscu, daleko od ciała.

Na przykład taki Billy Wishart z młyna Sadlera. Ma trójkę dzieci i żonę, o jakiej marzy każdy mężczyzna. Po powrocie zaczął pić i nie jest w stanie podnieść do ust łyżki z zupą. Ręce drżą mu tak bardzo, że nie potrafi sam zapiąć guzików. Wieczorem kładzie się do łóżka w ubraniu i zwinięty w kłębek szlocha jak dziecko. Albo młody Sam Dowsett, który przeżył bitwę o Gallipoli2 tylko po to, by pod Bullecourt stracić obie ręce i połowę twarzy. Jego owdowiała matka nie może spać, myśląc o tym, kto zaopiekuje się chłopcem, kiedy jej zabraknie. Żadna dziewczyna w okolicy nie jest na tyle głupia, by wyjść za kogoś, kto przypomina dziurawy szwajcarski ser.

Przez długi czas ludzie mieli zdziwione miny wytwornych graczy, których nagle poinformowano, że reguły gry uległy zmianie. Pocieszali się myślą, że ich chłopcy nie zginęli na próżno i stali się częścią wspaniałej walki o słuszną sprawę. Były chwile, kiedy naprawdę w to wierzyli, i z trudem powstrzymywali pełen rozpaczy, wściekły wrzask, który od dawna wiązł w gardłach.

* * *

Po wojnie ludzie szukali wytłumaczenia dla tych, którzy wracając z frontu, nie stronili od alkoholu, bijatyk i nie potrafili utrzymać pracy dłużej niż kilka dni. Miejscowi przedsiębiorcy jakoś sobie radzili. Kelly wciąż był właścicielem sklepu spożywczego. Stary Len Bradshaw nadal prowadził sklep mięsny, choć młody Len tylko czekał, kiedy przejmie jego interes; wystarczyło spojrzeć, jak szarogęsił się za ladą i sięgał po kotlet albo świński ryj. Pani Inkpen (której imię pozostawało tajemnicą, choć siostra mówiła do niej Popsy) zaczęła zarządzać kuźnią, kiedy jej mąż Mack zginął w bitwie pod Gallipoli. Była twarda jak żelazo, którym podkuwano końskie kopyta. Jej pracownicy, potężni mężczyźni, zawsze zwracali się do niej z szacunkiem — „Tak, pani Inkpen”, „Nie, pani Inkpen”, „Trzy pełne worki, pani Inkpen” — choć w porównaniu z nimi była prawdziwą kruszyną.

Ludzie wiedzieli, komu udzielić kredytu, do kogo pójść po pożyczkę i komu wierzyć, kiedy wracali z towarem i domagali się zwrotu pieniędzy. Sklep tekstylno-pasmanteryjny Mouchemore’a przeżywał prawdziwe oblężenie koło Bożego Narodzenia i Wielkanocy, a późną jesienią zarabiał krocie na sprzedaży wełny i damskiej bielizny. Larry Mouchemore, gładząc wąsy, poprawiał wszystkich tych, którzy niepoprawnie wymawiali jego nazwisko (bardziej jak „mów”, nie jak „mysz”) i z obawą spoglądał na panią Thurkle, która ubzdurała sobie, że tuż obok otworzy zakład kuśnierski. Sklep z futrami? W Point Partageuse? Wyobrażacie sobie? Uśmiechał się łagodnie, kiedy pół roku później sklep został zamknięty. W akcie „sąsiedzkiej życzliwości” kupił resztę towarów, które sprzedał za pokaźną sumę kapitanowi parowca płynącego do Kanady, gdzie — zdaniem kapitana — ludzie oszaleli na punkcie futer.

W 1920 roku mieszkańcy Point Partageuse poczuli dumę okupioną bolesnymi doświadczeniami, tak charakterystyczną dla każdego miasteczka na zachodzie Australii. Pośrodku zielonego skweru, nieopodal głównej ulicy, stanął granitowy obelisk z nazwiskami chłopców i mężczyzn, którzy nie wrócą już do domów, by zaorać pola i ściąć drzewa, choć wielu mieszkańców wciąż czekało na ich powrót. Stopniowo życie w miasteczku wróciło do normy, przypominając tkaninę, w której każda nić splatała się z innymi poprzez szkołę, pracę i małżeństwo, tworząc misterny wzór niewidoczny dla ludzi z zewnątrz.

Janus Rock — łódź z zapasami przypływała tu cztery razy w roku — wisiała na skraju tej tkaniny niczym oberwany guzik, który lada chwila oderwie się i spadnie na Antarktydę.

* * *

Długie wąskie molo w Point Partageuse zrobiono z tego samego drewna, które przewożono wagonami, by załadować je na statki. Wody rozległej zatoki, nad którą zbudowano miasto, przypominały płynny turkus. W dniu, kiedy statek Toma zacumował, lśniły niczym polerowane szkło.

W porcie zapanowało ożywienie. Mężczyźni krzątali się, ładując i rozładowując towary, dźwigali je i siłowali się z ładunkiem pośród krzyków i gwizdów. To samo działo się na brzegu, gdzie ludzie pojawiali się i znikali, przychodząc pieszo albo przyjeżdżając wozami zaprzężonymi w konie.

Jedyną osobą, która nie brała udziału w tej krzątaninie, była młoda kobieta karmiąca chlebem stado mew. Śmiejąc się, rozrzucała okruchy i patrzyła, jak ptaki, krzycząc, wykłócają się o najlepsze kąski. Mewa w locie pochwyciła smakołyk i zanurkowała po kolejny, czym jeszcze bardziej rozbawiła dziewczynę.

Tom miał wrażenie, że minęły lata, odkąd ostatni raz słyszał tak szczery, niewinny śmiech. Było pogodne zimowe popołudnie, a on nigdzie się nie spieszył i nie miał nic do roboty. Popłynie na Janus Rock dopiero za kilka dni, po tym jak spotka się z właściwymi ludźmi i podpisze odpowiednie dokumenty. Tymczasem nie musiał wypełniać żadnych rejestrów, polerować pryzmatów ani dolewać paliwa do zbiorników. Miał przed sobą szczęśliwą roześmianą dziewczynę — dowód, że wojna naprawdę się skończyła. Usiadł na ławce nieopodal molo, pozwalając, by promienie słońca pieściły jego twarz. Patrzył na nieznajomą, na długie ciemne włosy, falujące jak rzucona na wiatr rybacka sieć. Spoglądał na jej palce, kreślące w powietrzu skomplikowane wzory. Dopiero po chwili zauważył, jaka jest ładna, może nawet piękna.

— Dlaczego się uśmiechasz? — Głos dziewczyny wyrwał go z zadumy.

— Przepraszam. — Tom poczuł, że się czerwieni.

— Nigdy nie przepraszaj za to, że się uśmiechasz! — powiedziała głosem, w którym pobrzmiewał smutek, ale po chwili jej twarz pojaśniała. — Nie jesteś z Partageuse.

— Rzeczywiście, nie jestem.

— Ja mieszkam tu od urodzenia. Chcesz trochę chleba?

— Dzięki, nie jestem głodny.

— Nie dla ciebie, głuptasie! Dla mew.

Wyciągnęła ku niemu pociemniałą skórkę chleba. Rok temu, może jeszcze wczoraj, Tom odmówiłby i odszedł. Jednak ciepło, poczucie wolności, uśmiech dziewczyny i coś, czego nie potrafił nazwać, sprawiło, że przystał na jej propozycję.

— Założę się, że więcej mew przyleci do mnie niż do ciebie — zaszczebiotała.

— W porządku! Sama tego chciałaś! — odparł.

— W takim razie zaczynajmy! — krzyknęła, śmiejąc się. Cisnęli w powietrze garść okruchów i pochylili głowy, gdy rozwrzeszczane mewy rzuciły się na jedzenie, nurkując w powietrzu i tłukąc wściekle skrzydłami.

— Kto wygrał? — spytał ze śmiechem Tom, gdy w jego ręku nie został już kawałek chleba.

— Och! Zapomniałam policzyć. — Dziewczyna wzruszyła ramionami. — Powiedzmy, że był remis.

— Dobrze. — Założył czapkę i sięgnął po płócienny worek. — Lepiej już pójdę. Dzięki. Było miło.

— To tylko głupia zabawa — zauważyła z uśmiechem.

— W takim razie dziękuję za przypomnienie mi, że głupie zabawy mogą być miłe. — Zarzucił worek na barczyste ramię i odwrócił się w stronę miasta. — Miłego popołudnia, panienko.

* * *

Tom zadzwonił do drzwi pensjonatu przy głównej ulicy. Dom należał do pani Mewett, korpulentnej kobiety po sześćdziesiątce.

— W liście napisano, że jest pan kawalerem i pochodzi ze wschodniego wybrzeża, tak więc byłabym wdzięczna, gdyby pamiętał pan, że jesteśmy w Point Partageuse. To chrześcijańska placówka. Palenie tytoniu i spożywanie alkoholu na terenie pensjonatu jest zabronione.

Tom spodziewał się, że kobieta wręczy mu klucz, jednak ona ściskała go w dłoni i ani myślała oddać.

— Proszę zapomnieć o dawnych zwyczajach. Zmienię prześcieradło po pańskim wyjeździe i mam nadzieję, że nie będę musiała go szorować, jeśli wie pan, co mam na myśli. Drzwi zamykamy o dwudziestej drugiej, śniadanie podajemy o szóstej. Kto nie zejdzie na czas, będzie chodził głodny. Herbatkę pijamy o siedemnastej trzydzieści; w tym przypadku również nie czekamy na spóźnialskich. Lunch proszę jadać na mieście.

— Bardzo dziękuję, pani Mewett — odparł Tom. Postanowił zachować powagę na wypadek, gdyby uśmiech oznaczał złamanie kolejnej zasady.

— Ciepła woda to dodatkowy szyling tygodniowo. Od pana zależy, czy chce pan z niej skorzystać, czy też nie. Z doświadczenia wiem, że w pańskim wieku zimna woda jeszcze nikomu nie zaszkodziła. — Po tych słowach wręczyła mu klucz do pokoju. Kiedy, utykając, ruszyła w głąb korytarza, Tom zastanawiał się, czy istnieje ktoś taki jak pan Mewett, który choć trochę lubi tę kobietę.

W małym pokoju na tyłach domu wyjął zawartość płóciennego worka, ustawiając mydło i przybory do golenia na jedynej półce. Złożył kalesony i razem ze skarpetami schował je do szuflady. Na koniec otworzył wąską szafę i powiesił w niej trzy koszule, dwie pary spodni, garnitur i krawat. Włożył do kieszeni książkę i wyruszył na zwiedzanie miasta.

* * *

Jedynym obowiązkiem Toma Sherbourne’a w Point Partageuse był obiad w towarzystwie kapitana portu i jego żony. Kapitan Percy Hasluck odpowiadał za wszystko, co działo się w porcie, i tradycją było, że kolejni latarnicy z Janus Rock przed wypłynięciem na wyspę jedli z nim uroczysty obiad.

Tom umył się i ogolił, nałożył brylantynę na włosy, przygładził je, przypiął kołnierzyk i włożył garnitur. Słoneczna pogoda ostatnich dni ustąpiła miejsca niskim chmurom i mroźnemu antarktycznemu wiatrowi, więc zdecydował, że lepiej będzie, jeśli włoży ciężki dwurzędowy płaszcz.

Wyszedł z pensjonatu wcześniej, niż było to konieczne, i dotarł do domu kapitana grubo przed czasem. Gospodarz powitał go ciepłym, szerokim uśmiechem, a gdy Tom przeprosił za tak wczesne najście, „pani kapitan Hasluck”, jak mówił o niej mąż, klasnęła i zaszczebiotała:

— Boże jedyny, panie Sherbourne! Proszę nie przepraszać za to, że zaszczycił nas pan swoją obecnością, zwłaszcza że przyniósł pan takie piękne kwiaty. — Mówiąc to, powąchała róże, które Tom za dodatkową opłatą zerwał w ogrodzie pani Mewett. Kobieta zadarła głowę, żeby lepiej mu się przyjrzeć. — Dobry Boże! Jest pan prawie tak wysoki jak ta latarnia! — powiedziała i zaśmiała się z własnego żartu.

Kapitan wziął kapelusz i płaszcz Toma.

— Zapraszam do salonu.

— Powiedział pająk do muchy! — dodała śpiewnym głosem jego żona.

— Sam pan widzi, że moja małżonka to prawdziwa żartownisia! — skomentował kapitan. Tom zaczął się obawiać, że czeka go długi i męczący wieczór.

— Sherry? A może szklaneczkę porto? — spytała pani kapitanowa.

— Okaż trochę litości i przynieś biedakowi butelkę piwa — poprosił ze śmiechem kapitan Hasluck. Poklepał Toma po plecach. — A teraz siadaj, młodzieńcze, i opowiedz mi o sobie.

Na szczęście w tym samym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.

— Przepraszam — bąknął kapitan. Chwilę później Tom usłyszał w korytarzu jego donośny głos: — Cyrilu, Bertho. Jak miło, że przyszliście. Pozwólcie, że wezmę wasze kapelusze.

Pani kapitanowa wróciła do salonu ze srebrną tacą, na której stała butelka piwa i szklanki.

— Pomyśleliśmy, że zaprosimy kilkoro znajomych, żeby przedstawić pana miejscowym. Partageuse to niezwykle przyjazne miejsce.

Wraz z kapitanem do pokoju weszli kolejni goście: Cyril Chipper, pulchny prezes lokalnego zarządu dróg, i jego żona Bertha, chuda jak szczapa, ponura kobieta.

— No i co pan sądzi o lokalnych drogach? — zagadnął Toma Cyril, kiedy tylko zostali sobie przedstawieni. — Szczerze. Jak wypadają na tle wschodu?

— Ależ Cyrilu, daj spokój temu biednemu człowiekowi — zbeształa go żona. Tom dziękował Bogu nie tylko za tę interwencję, ale także za to, że w głębi domu znów rozległ się dźwięk dzwonka.

— Bill, Violet, jak miło was widzieć! — wykrzyknął kapitan, otwierając drzwi. — No, no, młoda damo, muszę przyznać, że z dnia na dzień robisz się coraz piękniejsza.

Chwilę później wrócił do salonu w towarzystwie postawnego mężczyzny z siwymi wąsami i jego żony, krzepkiej, rumianej kobiety.

— To Bill Graysmark, jego żona, Violet, i ich córka… — odwrócił się — …gdzie ona się podziała? W każdym razie Bill i Violet mają córkę, która gdzieś tu się kręci. Przypuszczam, że niebawem do nas dołączy. Bill jest dyrektorem szkoły w Partageuse.

— Miło mi pana poznać. — Tom uścisnął rękę mężczyzny i ukłonił się jego żonie.

— A zatem — zaczął Bill Graysmark — jest pan gotowy zamieszkać na Janus Rock?

— Mam nadzieję, że wkrótce się przekonam — odparł Tom.

— To ponure miejsce.

— Nie jest pan pierwszą osobą, która mi o tym mówi.

— Na Janus Rock nie ma dróg — wtrącił Cyril Chipper.

— Tak, to oczywiste — odrzekł uprzejmie Tom.

— Nie mam najlepszego zdania o miejscach, w których nie ma dróg — ciągnął Chipper takim tonem, jakby rozprawiał o kwestiach moralnych.

— Brak dróg będzie najmniejszym z twoich problemów, synu — zauważył Graysmark.

— Proszę, tatku, daj spokój. — Tom stał plecami do drzwi, kiedy do salonu weszła córka dyrektora. — Twoje ponure opowieści są ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba temu biednemu człowiekowi.

— Ach! Mówiłem, że niebawem do nas dołączy — przypomniał radośnie kapitan Hasluck. — Oto Isabel Graysmark. Isabel, poznaj, proszę, pana Sherbourne’a.

Tom wstał, a gdy się odwrócił, zobaczył znajomą twarz. Zamierzał napomknąć coś o mewach, jednak dziewczyna uciszyła go uprzejmym:

— Miło mi pana poznać, panie Sherbourne.

— Proszę mi mówić Tom — powiedział, myśląc, że może rzeczywiście nie powinna spędzać popołudni, dokarmiając portowe ptaki. Zastanawiał się też, co kryje się za tajemniczym uśmiechem Isabel Graysmark.

* * *

W czasie kolacji Hasluckowie raczyli Toma opowieściami o Point Partageuse i latarni, którą zbudowano za życia ojca kapitana.

— Jest niezwykle istotna dla handlu — zapewnił kapitan portu. — Ocean Południowy jest wystarczająco zdradziecki na powierzchni, nie mówiąc o pasmach podwodnych gór. Każdy wie, że bezpieczny transport jest kluczem do sukcesu.

— To oczywiste, iż prawdziwą podstawą transportu są dobre drogi. — Chipper próbował sprowadzić rozmowę na jedyny znany sobie temat.

Tom udawał, że słucha go z zainteresowaniem, jednak wciąż zerkał na Isabel. Siedząc nieco z boku, niezauważona przez resztę towarzystwa, przedrzeźniała Cyrila Chippera, gestykulując i robiąc zabawne miny.

Widząc to, Tom próbował zachować powagę, jednak w pewnej chwili wybuchnął śmiechem, który natychmiast zmienił w udawany atak kaszlu.

— Wszystko w porządku, Tom? — spytała żona kapitana. — Przyniosę ci wody.

Nawet na nią nie spojrzał i zanosząc się kaszlem, bąknął tylko:

— Dziękuję. Pójdę z panią. Nie mam pojęcia, skąd ten kaszel.

Kiedy wstał, Isabel spoważniała i zwróciła się do Chippera:

— Kiedy Tom wróci, musi mu pan koniecznie opowiedzieć o drogach z drewna eukaliptusa. — Zaraz potem spojrzała na Toma. — Pospiesz się, bo pan Chipper ma w zanadrzu całe mnóstwo ciekawych opowieści. — Uśmiechnęła się niewinnie, choć Tom mógłby przysiąc, że kąciki jej ust nieznacznie drgnęły.

* * *

Kiedy spotkanie dobiegało końca, goście życzyli Tomowi wszystkiego dobrego podczas pobytu na wyspie Janus.

— Wyglądasz na mężczyznę ulepionego z twardej gliny — zauważył Hasluck. Bill Graysmark skwitował jego słowa skinieniem głowy.

— Cóż, dziękuję. Miło było państwa poznać. Tom ściskał ręce dżentelmenom i kłaniał się paniom. — Dziękuję, że zadbała pani o to, by wprowadzono mnie w tajniki budowy dróg na zachodzie Australii — zwrócił się szeptem do Isabel. — Szkoda, że nie miałem okazji się zrewanżować. — Chwilę później goście opuścili dom kapitana i wyszli w chłodną zimową noc.

ROZDZIAŁ 3

Windward Spirit, łódź zaopatrująca wszystkie latarnie morskie wzdłuż tej części wybrzeża, była starą łajbą, o której Ralph Addicott mówił, że jest wierna jak pies. Stary Ralph pływał na niej od lat i chwalił się, że ma najlepszą pracę na świecie.

— Ty pewnie jesteś Tom Sherbourne — zagaił, kiedy Tom bladym świtem wyruszał w swą pierwszą podróż na Janus Rock. — Witam na pokładzie! — Mówiąc to, wskazał gołe deski i łuszczącą się od morskiej soli farbę.

— Miło mi pana poznać. — Tom uścisnął dłoń mężczyzny. Silnik pracował na jałowym biegu i powietrze wypełniał zapach spalin. Temperatura w kabinie była niewiele wyższa od panującego na zewnątrz, przenikliwego chłodu potęgowanego przez gwałtowne podmuchy wiatru.

W luku na tyłach kabiny pojawiła się burza czerwonych loków.

— Wygląda na to, że możemy płynąć, Ralph. Łajba jest gotowa — oświadczył ich właściciel, młody chłopak.

— Bluey, to jest Tom Sherbourne — przedstawił Toma Ralph.

— Witam — rzucił radośnie chłopak, przeciskając się przez luk.

— Dzień dobry.

— Cholerna pogoda! Mam nadzieję, że spakowałeś wełniane kalesony. Skoro tu jest tak zimno, to nie wyobrażam sobie, co będzie na Janus Rock — dodał Bluey, chuchając w dłonie.

Podczas gdy oprowadzał Toma po łodzi, kapitan po raz ostatni sprawdził osprzęt. Kawałkiem starej flagi przetarł brudny od morskiej soli barometr i krzyknął:

— Przygotować liny. Wypływamy! — Otworzył przepustnicę. — No, dalej, staruszko, w drogę — mruknął, wyprowadzając łódź z przystani.

Tom przyjrzał się wiszącej na tablicy mapie. Nawet powiększona do tej skali, wyspa Janus przypominała niewielką plamkę pośród ławicy innych wysp. Spojrzał na bezkresne morze i odetchnął gęstym słonym powietrzem. Nie oglądał się za siebie, żeby się przypadkiem nie rozmyślić.

W miarę jak oddalali się od brzegu, woda pod nimi stawała się coraz głębsza, a jej kolor przywodził na myśl ciemną glebę. Od czasu do czasu Ralph pokazywał Tomowi coś ciekawego — morskiego orła albo stado delfinów dokazujących przed dziobem. W pewnej chwili, daleko na horyzoncie, dostrzegli komin parowca. Co jakiś czas Bluey wychodził z kambuza, racząc ich gorącą herbatą w wyszczerbionych emaliowanych kubkach. Ralph opowiadał historie o szalejących na morzu sztormach i dramatycznej sytuacji latarni w tej części wybrzeża. W zamian za to Tom uraczył go opowieściami o życiu w zatoce Byron i na wyspie Maatsuyker, tysiące mil na wschód.

— Skoro przetrwałeś na Maatsuyker, istnieje szansa, że przeżyjesz na Janus Rock — skwitował Ralph. Zerknął na zegarek. — Może się zdrzemniesz? Przed nami jeszcze długa droga, chłopcze.

* * *

Kiedy po krótkiej drzemce Tom wyszedł na pokład, Bluey przemawiał ściszonym głosem do Ralpha, który słuchając go, kręcił głową.

— Chcę tylko wiedzieć, czy to prawda. Przecież nic się nie stanie, jeśli go o to spytam — upierał się Bluey.

— Spytasz mnie o co? — wtrącił się Tom.

— Czy… — Bluey zerknął na Ralpha. Rozdarty między ciekawością a obawą przed niezadowoleniem malującym się na twarzy kapitana, zaczerwienił się i się nie odezwał.

— W porządku. To nie moja sprawa — mruknął Tom, spoglądając na spiętrzone wody, szare jak skóra foki.

— Byłem za młody. Mama nie pozwoliła mi dodać sobie lat, żebym mógł się zaciągnąć. Słyszałem, że…

Tom spojrzał na chłopaka i uniósł pytająco brwi.

— Podobno został pan odznaczony Krzyżem Wojskowym — powiedział Bluey. — Wyczytali to w pańskich papierach.

Tom wpatrywał się w wodę. Widząc to, Bluey posmutniał i wyglądał na speszonego.

— Chodzi o to, że jestem dumny, iż mogłem uścisnąć rękę prawdziwego bohatera.

— Kawałek mosiądzu nie czyni człowieka bohaterem — odparł Tom. — Większość tych, którzy naprawdę zasłużyli na medale, odeszła z tego świata. Na twoim miejscu nie ekscytowałbym się tak bardzo — dodał i odwrócił się, by spojrzeć na mapę.

* * *

— Oto i ona! — wykrzyknął Bluey, podając Tomowi lornetkę.

— Miejsce, które przez kolejne sześć miesięcy będziesz nazywał domem. — Ralph zachichotał.

Tom spojrzał przez lornetkę na wyspę, która wyłaniała się z wody niczym ogromny morski potwór. Widoczny z daleka klif był najwyższym punktem Janus Rock, dalej teren opadał łagodnie aż do przeciwległego brzegu.

— Stary Neville ucieszy się na nasz widok — rzekł Ralph. — Nie był zadowolony, kiedy przez Trimble’a ściągnęli go z emerytury. Ale prawda jest taka, że żaden latarnik nie zostawi latarni bez nadzoru, bez względu na to, jak bardzo na nią psioczył. Lepiej, żebyś wiedział, że Neville Whittnish nie należy do wesołków. Nie jest też zbyt rozmowny.

Molo ciągnęło się dobre sto stóp od linii brzegu. Zbudowano je na palach wystarczająco wysokich, by przetrwały najwyższe przypływy i najgwałtowniejsze sztormy. Wielokrążek był otaklowany, gotowy wciągnąć zapasy na szczyt urwistego wzniesienia, do budynków gospodarczych. Na brzegu czekał na nich ponury mężczyzna po sześćdziesiątce, o ogorzałej od wiatru, pobrużdżonej twarzy.

— Ralph. Bluey — powitał ich niedbałym skinieniem głowy. — Ty pewnie jesteś moim zastępcą — zwrócił się do Toma.

— Tom Sherbourne. Miło mi pana poznać — odparł Tom, wyciągając rękę.

Mężczyzna spojrzał na niego nieobecnym wzrokiem, jakby potrzebował chwili, żeby przypomnieć sobie, co właściwie oznacza ten gest. W końcu potrząsnął ręką Toma, jakby chciał się przekonać, czy jego zastępca ma silne ramiona.

— Tędy — mruknął i nie czekając, aż Tom zbierze swoje rzeczy, powlókł się w stronę latarni. Było wczesne popołudnie i po wielu godzinach spędzonych na wzburzonym morzu Tom czuł się nieswojo, mając pod stopami twardy grunt. Zarzucił worek na plecy i zataczając się, ruszył za latarnikiem, zostawiając z tyłu Ralpha i Blueya, którzy rozładowywali zapasy.

— Chatka latarnika — oznajmił Whittnish, kiedy zbliżyli się do niskiego budynku z dachem z blachy falistej. Tom dostrzegł trzy zbiorniki na deszczówkę i szereg budynków gospodarczych, w których przechowywano zapasy dla domu i latarni. — Możesz zostawić worek w korytarzu — dodał, otwierając drzwi. — Musisz się dużo nauczyć. — Odwrócił się na pięcie i ruszył prosto do wieży. Chociaż miał swoje lata, jego krok pozostał pewny i sprężysty.

Tom zauważył, że kiedy Whittnish mówił o latarni, jego głos się zmieniał; jakby opowiadał o wiernym psie albo ukochanej róży.

— Nawet po tylu latach wciąż jest piękna — powiedział. Zbudowana z białego kamienia, mierząca sto trzydzieści stóp wieża wyglądała na tle ciemnoszarego nieba jak stojący nad krawędzią klifu ogromny kawał kredy. Tom był zaskoczony nie tylko jej rozmiarami, ale i smukłą elegancją.

To, co zobaczył za zielonymi drzwiami, wyglądało mniej więcej tak, jak się spodziewał. Wystarczyło kilka kroków, by przejść z jednego końca pomieszczenia na drugi. Kroków, które rozbrzmiewały w ciszy niczym huk zbłąkanych kul, odbijając się echem od pomalowanej zieloną farbą podłogi i pobielonych wapnem ścian. Nieliczne meble — dwie szafki i mały stolik — ustawiono na tyłach pomieszczenia, gdzie kuliły się pod ścianami niczym banda garbusów. Pośrodku stał ciężki metalowy cylinder, sięgający wysoko w górę, aż do laterny. W jego wnętrzu umieszczono ciężarki mechanizmu, który pierwotnie obracał układem optycznym.

Na górę prowadziły wąskie spiralne schody, które znikały za metalowym podestem wysoko w górze. Tom wszedł za latarnikiem na kolejny, jeszcze węższy poziom, i dalej w górę wąską spiralą schodów, aż dotarli na piąte piętro, tuż poniżej laterny — administracyjnego serca latarni. W niewielkim pomieszczeniu stało biurko z rejestrami, aparat telegraficzny i lornetka. Naturalnie nie było w nim łóżka ani wygodnych foteli, zamiast tego w pokoju stało twarde drewniane krzesło z wysokim oparciem. Kolejne pokolenia mocnych, zgrubiałych rąk sprawiły, że jego poręcze były gładkie i lekko błyszczące.

Tom zauważył, że należy wyczyścić barometr, jednak coś innego zwróciło jego uwagę. Kiedy spojrzał na mapy, dostrzegł kłębek wełny z wetkniętymi w środek drutami i kawałkiem czegoś, co wyglądało jak początek szalika.

— To starego Docherty’ego — wyjaśnił Whittnish.

Tom wiedział, że w chwilach spokoju latarnicy zajmują się rozmaitymi rzeczami: rzeźbią figury szachowe w muszlach lub drewnie, a robienie na drutach jest równie popularne.

Whittnish przejrzał dziennik i zapiski dotyczące pogody, a chwilę później poprowadził Toma piętro wyżej, na szczyt latarni. Szkło laterny przypominało gładką taflę, tu i ówdzie poprzecinaną astragalami, które trzymały szyby na miejscu. Na zewnątrz wieżę okalała metalowa galeria z niebezpiecznie wyglądającą drabiną, połączoną z wąskim pomostem, tuż pod wiatrowskazem kołyszącym się na wietrze.

— Jest piękna — przyznał Tom. Patrzył na umieszczoną na obrotowym podwyższeniu ogromną soczewkę. Była znacznie wyższa od niego i przywodziła na myśl szklany ul. Byli w samym sercu Janus Rock, pełnym światła, jasności i ciszy.

Twarz starego latarnika rozjaśnił przelotny uśmiech.

— Znam ją od dziecka. Tak, to prawdziwa piękność.

* * *

Nazajutrz rano Ralph stanął na molo.

— Jesteśmy prawie gotowi do drogi powrotnej. Chcesz, żebyśmy następnym razem przywieźli ci trochę gazet?

— Wiadomości spóźnione o kilka miesięcy to żadne wiadomości. Wolałbym zaoszczędzić pieniądze i kupić dobrą książkę — odparł Tom.

Ralph rozejrzał się, sprawdzając, czy wszystko jest jak należy.

— No cóż, nic tu po nas. Jesteś pewien, że nie zmienisz zdania, synu?

Tom uśmiechnął się smutno.

— Tak, Ralphie, jestem pewien.

— Ani się obejrzysz, a będziemy z powrotem. Trzy miesiące to nic, jeśli nie spodziewasz się zbyt wiele!

— Traktuj latarnię z należytym szacunkiem, a nie sprawi ci żadnych kłopotów — dodał Whittnish. — Jasność umysłu i cierpliwość to wszystko, czego ci trzeba.

— Zobaczę, co da się zrobić — odparł Tom, spoglądając na Blueya, który szykował się do podróży. — Widzimy się za trzy miesiące, Bluey?

— Jasne.

Łódź odbiła od brzegu, zostawiając za sobą pas spienionej wody. Powietrze wypełnił zapach spalin i ogłuszający ryk silnika. Tom jeszcze długo stał na molo, patrząc, jak Windward Spirit zmienia się w maleńką plamkę na stalowoszarym horyzoncie, by ostatecznie zniknąć pośród bezmiaru wody.

Wówczas nastała chwila bezruchu. Nie ciszy: fale wciąż roztrzaskiwały się o skały, ryczący wiatr wciskał się do uszu, a obluzowane drzwi w jednym z budynków gospodarczych otwierały się i zamykały z głuchym łoskotem. Po raz pierwszy od lat Tom poczuł wewnętrzny spokój.

W milczeniu wszedł na szczyt klifu. Gdzieś w oddali rozległ się dźwięk koziego dzwonka i gdakanie kur. Nagle, nie wiadomo dlaczego, te odgłosy nabrały nowego znaczenia. Oznaczały, że gdzieś, tuż obok, toczy się życie. Tom pokonał sto osiemdziesiąt cztery stopnie prowadzące na szczyt latarni i wyszedł na galerię. Wiatr rzucił się na niego niczym drapieżca, pchając go z powrotem do wyjścia, aż do chwili, gdy Tom znalazł w sobie wystarczająco dużo sił, by zacisnąć dłonie na metalowej balustradzie.

Po raz pierwszy spojrzał na roztaczający się przed nim widok. Stojąc setki stóp nad poziomem morza, jak urzeczony wpatrywał się w wody oceanu, które z hukiem rozbijały się o widoczne w dole klify. Fale rozchlapywały się niczym gęsta biała farba, przez którą — od czasu do czasu — przebijał niebieski podkład. Na drugim końcu wyspy wody oceanu przedarły się przez rząd ogromnych głazów, tworząc naturalną sadzawkę. Jej widok sprawił, że Tom poczuł się, jakby zwisał z krawędzi nieba. Powoli obszedł całą galerię, spoglądając na otaczającą go pustkę. Miał wrażenie, że jego płuca nigdy nie będą wystarczająco duże, by odetchnąć taką ilością powietrza, wzrok nie obejmie takiego ogromu przestrzeni, a uszy nie przyzwyczają się do ryku oceanu. Przez ułamek sekundy czuł się, jakby jego ciało nie miało granic.

Zamrugał i pokręcił głową. Niebezpiecznie zbliżył się do wiru i żeby nie utonąć, musiał skupić się na biciu swojego serca i twardym metalu pod stopami. Wyprężył się jak struna. Utkwił wzrok w obluzowanym zawiasie i postanowił, że zacznie swój pobyt na Janus Rock od naprawienia drzwi. Potrzebuje czegoś konkretnego. Musi zająć czymś umysł, bo jeśli tego nie zrobi, jego dusza uleci ku niebu jak balon. W ten sposób zdołał przetrwać cztery lata pełne krwi i szaleństwa: zawsze wiedz, gdzie leży twoja broń, gdy na dziesięć minut zdrzemniesz się w wykopanej przez siebie ziemiance; zawsze sprawdzaj maskę przeciwgazową; upewnij się, że każdy z twoich ludzi dobrze zrozumiał rozkazy. Nie myśl o tym, co przyniosą kolejne miesiące czy lata, skup się na tym, co tu i teraz, na kolejnej godzinie, może jeszcze następnej. Wszystko inne jest spekulacją.

Podniósł do oczu lornetkę i rozejrzał się po wyspie w poszukiwaniu kolejnych śladów życia. Musi zobaczyć kozy i owce. Policzyć je. Musi skupić się na czymś konkretnym. Na mosiężnych urządzeniach, które należy wypolerować, szkle, które trzeba wyczyścić — najpierw zewnętrzne szyby latarni, dopiero później pryzmaty. Trzeba przynieść olej, zadbać o płynną pracę mechanizmu i uzupełnić poziom rtęci. Trzymał się każdej z tych myśli jak szczebli drabiny, dzięki której mógł wrócić do tego, co znał, do własnego życia.

* * *

Tej nocy, gdy zapalił lampę, jego powolne, ostrożne ruchy przywodziły na myśl kapłanów, którzy tysiące lat temu na wyspie Faros rozpalili ogień w pierwszej latarni morskiej. Wszedł po wąskich metalowych schodach prowadzących na wewnętrzny pomost zbudowany wokół lampy, schylając głowę przeszedł przez otwór wprost do serca urządzenia. Podał paliwo, rozpalając ogień pod zbiornikiem, sprawiając, że zaczęło parować i dotarło do osłony w postaci gazu. Wówczas zbliżył do osłony zapałkę, która zamieniła parę w biały płomień. Zszedł na niższy poziom i uruchomił silnik. Światło zaczęło się obracać, emitując równe, pięciosekundowe błyski. Tom sięgnął po pióro i zanotował w szerokim, oprawionym w skórę dzienniku:

Zapalono o 17.09. Wiatr północny/północno-wschodni 15 węzłów. Zachmurzenie duże, wietrznie. Morze 6.

Pod notatką zapisał swoje inicjały:

T.S.

Ten zapisek był kontynuacją opowieści, którą kilka godzin temu zakończył Whittnish, a przed nim Docherty. Tom był częścią nieprzerwanego łańcucha, kolejnym latarnikiem, opiekunem płomienia.

Kiedy upewnił się, że wszystko jest jak należy, wrócił do chatki. Jego ciało domagało się snu, ale wiedział dobrze, że aby pracować, musi coś zjeść. W spiżarni znalazł konserwy z wołowiną, puszki fasoli i gruszek, sardynki, cukier oraz duży słoik miętówek, które tak uwielbiała nieżyjąca pani Docherty. Pierwszego wieczoru zjadł kilka podpłomyków zostawionych przez Whittnisha, kawałek sera i pomarszczone jabłko.

Siedząc przy kuchennym stole, spoglądał na drżący od czasu do czasu płomień lampy naftowej. Wiatr prowadził nieustającą wojnę z szybami, podsycany wilgotnym rykiem fal. Tom zadrżał na myśl, że jest jedyną osobą, która to słyszy, jedynym człowiekiem w promieniu stu mil. Pomyślał o mewach kulących się w gniazdach na klifach i chronionych przez lodowatą wodę rybach, które przycupnęły bez ruchu pośród raf. Każda istota potrzebuje schronienia.

Poszedł z lampą do sypialni. Kiedy zdejmował buty i rozbierał się do kalesonów, jego cień pełzał po ścianie niczym płaski olbrzym. Włosy miał sztywne od morskiej soli, a skórę szorstką od wiatru. Odrzucił kołdrę i wślizgnął się do łóżka. Niebawem zasnął kołysany do snu szumem fal i opętańczym zawodzeniem wiatru. Przez całą noc wysoko w górze światło latarni morskiej przecinało mrok niczym miecz.