Światło między nami. Historie o znakach od tych, którzy odeszli - Laura Lynne Jackson - ebook

Światło między nami. Historie o znakach od tych, którzy odeszli ebook

Laura Lynne Jackson

0,0

Opis

Czy istnieje świat „pomiędzy”? Gdzie kończy się życie, a zaczyna niebo?

Przeczytaj światowy bestseller i odkryj tajemnice zaświatów!

„Światło między nami. Historie o znakach od tych, którzy odeszli” to głęboka opowieść Laury Lynne Jackson, nauczycielki angielskiego, żony i matki, która odkryła w sobie niezwykły dar: zdolność komunikacji z tymi, którzy odeszli.

Książka zabiera nas w podróż poprzez historie z zaświatów, które poruszają i uzdrawiają. To nie tylko relacja medium–to lekcja, jak żyć pełniej tui teraz.

„Światło między nami. Historie o znakach od tych, którzy odeszli” jest dla ciebie, jeśli:

– doświadczyłeś straty i szukasz ukojenia;

– pragniesz głębszego zrozumienia problematyki życia i śmierci;

– jesteś gotowy otworzyć swój umysł i serce na niezwykłe możliwości naszej świadomości;

– fascynuje cię tematyka kontaktu z zaświatami, mediumizmu.

 

Odkryj, jak subtelna granica dzieli naszą ziemską rzeczywistość od tego, co jest po drugiej stronie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:The Light Between Us: Stories from Heaven. Lessons for the Living

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska Wydawczyni: Katarzyna Masłowska Redakcja: Adrian Kyć Korekta: Katarzyna Rogowska Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Ilustracje na okładce: © thebeststocker; Bipudas; Mst; Martyshova / Stock.Adobe.com

Copyright © 2015 by Laura Lynne Jackson LLC All rights reserved. Published in the United States by Spiegel & Grau, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC, New York.

Copyright © 2026 for the Polish edition by ILLUMINATIO an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Natalia Masłowska, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-739-6

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Dla mojej matki, Lindy Osvald, która nauczyła mnie, by ufać światłu we własnym wnętrzu i szanować światło między nami wszystkimi. Mamo, całe piękno tego świata, które wyraża się przeze mnie, istnieje dzięki Tobie. To Ty dałaś początek temu wszystkiemu. Dla Garetta, Ashley, Haydena i Juliet, którzy napełnili moje życie jasnością, szczęściem i znaczeniem – jesteście powodem wszystkiego, co robię. Dla Was wszystkich, którzy czytacie moją książkę – obyśmy zawsze mogli oświetlać sobie wzajemnie drogę.

SĄ TYLKO DWA SPOSOBY, ABY PRZEŻYĆ ŻYCIE. PIERWSZY – JAKBY NIC NIE BYŁO CUDEM. DRUGI – JAKBY WSZYSTKO NIM BYŁO.

WSTĘP

Jechałam na zachód autostradą Jericho Turnpike, kiedy zaczęły przychodzić wiadomości.

Złapałam mocno kierownicę swojej Hondy Pilot i skręciłam ostro w prawo na parking sklepu papierniczego Staples. Wcisnęłam hamulec i zatrzymałam się w połowie miejsca parkingowego.

Nie czułam się na to gotowa. Jeszcze chwilę wcześniej byłam tak zdenerwowana – a w zasadzie śmiertelnie przerażona – że musiałam brać głębokie oddechy, aby zachować spokój. Zaraz miałam się znaleźć w pomieszczeniu pełnym cierpiących osób. Tego wieczoru moim zadaniem było złagodzić ich ból, ale bałam się, że tylko go pogorszę.

Miałam na sobie zwyczajną czarną koszulkę i czarne spodnie. Nie chciałam, żeby kogoś rozpraszał wzór na mojej bluzce lub kwiaty na sukience. Z powodu stresu nie zjadłam nawet obiadu. Mój mąż Garrett nie wrócił jeszcze z pracy, dlatego poprosiłam mamę, by popilnowała w tym czasie naszych małych dzieci. Byłam spóźniona i próbowałam nadrobić trochę czasu po drodze, ale panował spory ruch, więc jechałam powoli.

Wtedy nagle zaczęły do mnie przychodzić.

Dzieci.

Znalazły się przy mnie wszystkie naraz. To było zadziwiające doświadczenie – jakbym była sama w pustym pokoju, aż tu nagle otworzyły się do niego drzwi i weszło dziesięć lub piętnaście osób. Mogłabym ich nie widzieć ani nie słyszeć, a i tak wiedziałabym, że tam są, bo je czułam. Wiedziałam, że nie jestem już sama. Takie właśnie uczucie towarzyszyło mi w mojej Hondzie Pilot – świadomość tego, że nie jestem sama.

Wtedy zaczęły nadchodzić słowa, imiona, historie, prośby, opisy, obrazy – wszystko, czym dzieci chciały się podzielić. Było tego tak wiele, że musiałam zwolnić.

– Chwila, chwila! – powiedziałam na głos, usiłując wydostać z torebki czerwony notes i długopis.

Zaczęłam pisać tak szybko, jak tylko mogłam, ale nie byłam w stanie nadążyć za wszystkimi wiadomościami – napływały całymi falami.

– Powiedz im, że wciąż tu jestem – mówiło jedno z dzieci.

– Powiedz im, że wciąż jestem częścią ich życia – wołało inne.

– Przekaż im: „Kocham was i widzę wszystko, co się u was dzieje”.

– Proszę, nie płaczcie po mnie. U mnie jest okej.

– Nie myślcie o mnie jako o kimś, kto odszedł. Ja nie odeszłam.

– Proszę, powiedz im, że nie odeszłam!

Siedziałam w samochodzie zaparkowanym krzywo pod Staples i cały czas notowałam. Byłam otoczona dziećmi, których nikt inny nie mógł zobaczyć.

Po paru minutach schowałam notatnik do torebki, wyjechałam z powrotem na drogę i ruszyłam do hotelu Huntington Hilton przy ulicy Broadhollow najszybciej, jak mogłam. Przemknęłam przez hotelowe lobby i znalazłam salę konferencyjną, w której miało się odbywać wydarzenie. Napis przy wejściu był jedynie wskazówką, co miało mieć miejsce tego wieczoru: „Jak słuchać, gdy wasze dzieci mówią”.

Sala konferencyjna była dosyć nijaka – brązowe zasłony, lampy sufitowe, pluszowy dywan, krzesła obrotowe. Na środku pomieszczenia znajdował się duży prostokątny stół, przy którym siedziało sztywno dziewiętnaście osób. Kiedy weszłam, wszyscy odwrócili się do mnie i ucichli. Ich twarze były naznaczone smutkiem i lękiem. Wydawało się, że minęła minuta, zanim ktoś odważył się odetchnąć.

To byli rodzice.

W końcu przyszli gospodarze tego wieczoru – Phran i Bob Ginsbergowie, dyrektorzy Forever Family Foundation – i napięcie opadło. Przytulili mnie na powitanie i podsunęli krzesło. Podziękowałam, ale nie było możliwości, żebym usiadła – byłam na to za bardzo zdenerwowana. Bob stanął na środku pokoju i odkaszlnął.

– Przedstawiam państwu Laurę Lynne Jackson – powiedział łagodnym głosem. – Jest certyfikowanym medium współpracującym z Forever Family Foundation. Tego wieczoru spotyka się z nami, aby pomóc nam nauczyć się rozmawiać z naszymi dziećmi.

Bob odsunął się na bok i oddał mi głos. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na nabazgrane notatki, które trzymałam w ręce. Rodzice patrzyli na mnie wyczekująco. Nie wiedziałam, co powiedzieć ani jak zacząć. Minęła kolejna długa chwila, po czym powróciła ciężka, gęsta cisza.

Nikt, łącznie ze mną, nie wiedział, co miało zaraz nastąpić.

W końcu podniosłam wzrok i przemówiłam:

– Wasze dzieci tu są – wyrzuciłam z siebie – i chcą, żebyście o czymś wiedzieli.

Nazywam się Laura Lynne Jackson, jestem żoną, matką i nauczycielką angielskiego w szkole średniej.

Jestem też medium parapsychicznym.

Prawdopodobnie nie jestem osobą, którą ludzie wyobrażają sobie, kiedy myślą o medium. Nie wyczytuję informacji z herbacianych fusów ani z kart tarota i nie mam własnego salonu z charakterystyczną witryną. Nie jestem też wróżką i nie mam kryształowej kuli (no dobrze, mam jedną niewielką dla ozdoby, ale tylko dlatego, że kiedy zobaczyłam ją w sklepie, nie mogłam się powstrzymać przed zakupem). Jestem po prostu osobą, która ma dar – trochę silniejszy niż u innych.

Jestem jasnowidzącą, co oznacza, że posiadam umiejętność zdobywania informacji o ludziach i zdarzeniach za pomocą środków wykraczających poza pięć zmysłów. Jestem jasnosłyszącą – mogę rejestrować dźwięki inaczej niż za sprawą swoich uszu – i jasnoczującą, co pozwala mi odczuwać w sposób wykraczający poza ludzkie możliwości.

Mogę na przykład usiąść przy stoliku w restauracji i wyczuć szczególną energię ludzi, którzy byli tam przede mną – tak jakby zostawili dziesiątki pulsujących mocą odcisków palców. Jeżeli ta energia oddziałuje na mnie negatywnie, uprzejmie mówię kelnerce, że wolałabym usiąść gdzie indziej, albo informuję, że muszę wyjść, jeżeli jest to ostatni wolny stolik. Mąż i dzieci nie zawsze są tym zachwyceni – zresztą podobnie jak kelnerki.

Poza zdolnościami jasnowidzenia jestem także medium, co oznacza, że mogę porozumiewać się z ludźmi, którzy odeszli z tego świata.

Jeśli zadajesz sobie teraz pytanie, jak zdobyłam te zdolności, moją jedyną odpowiedzią jest: nie wiem. Spędziłam całe życie, usiłując rozwiązać tę zagadkę.

Poszukując odpowiedzi, poddałam się wielu badaniom – najpierw w Forever Family Foundation, naukowej organizacji non-profit, która pomaga osobom pogrążonym w żałobie. Następnie zrobiłam to samo w Windbridge Institute for Applied Research in Human Potential (Instytucie Badań Stosowanych nad Potencjałem Ludzkim Windbridge) w Arizonie. Przeszłam tam ośmioetapową, pięciokrotnie ślepą próbę przeprowadzoną przez naukowców, aby zostać jednym z nielicznych certyfikowanych mediów badawczych.

Nawet wtedy, gdy szukałam wszelkich możliwych odpowiedzi i mojego prawdziwego celu, starannie ukrywałam swoje zdolności przed resztą świata. Nie wiedziałam jeszcze, jakie miejsce miały one zająć w moim życiu ani co powinnam z nimi zrobić. Przez znaczną część życia usiłowałam znaleźć ścieżkę, która nie oznaczałaby, że zostanę medium.

Na ostatnim roku studiów analizowałam dzieła Szekspira na Oksfordzie i byłam zdecydowana, by oddać się pracy naukowej. Po zakończeniu nauki rozważałam zostanie prawniczką. Dostałam się nawet do dwóch wiodących szkół prawniczych, postanowiłam jednak podążyć za pasją do nauczania. W całym swoim życiu myślałam o sobie przede wszystkim jako o nauczycielce. W szkole nie było miejsca na odczytywanie aury czy komunikację z duszami.

Właśnie w taki sposób przez ponad dwadzieścia lat prowadziłam sekretne podwójne życie.

Za dnia uczyłam nastolatków o Makbecie i Gronach gniewu, ale wieczorami, gdy mój mąż opiekował się dziećmi na dole, ja w sypialni na piętrze prowadziłam prywatne rozmowy telefoniczne z celebrytami, sportowcami, astronautami, politykami, prezesami firm i innymi. Pomagałam im wejrzeć w rzeczywistość wykraczającą poza powszechnie akceptowane granice ludzkiego doświadczenia.

Prowadząc to podwójne życie, odkryłam zaskakujący fakt – nie różniłam się tak bardzo od innych. Co prawda moje wyjątkowe zdolności sprawiały, że czułam się inna i nie do końca „normalna”, zaczęłam jednak dostrzegać, że same zdolności nie są jeszcze prawdziwym darem.

Wspaniałym darem, który otrzymałam, była świadomość, że wszystkich nas łączą potężne więzi światła i miłości – zarówno na tym świecie, jak i poza nim. Ten dar należy do nas wszystkich.

Ta książka jest o wędrówce od ciemności ku światłu – podobnie jak całe moje życie. Opowiada historię podróży, którą podjęłam, by zrozumieć swoje prawdziwe przeznaczenie i nasze więzi ze światem. Pokładam wielką nadzieję, że znajdziesz w mojej ścieżce coś, co odpowiada twojemu życiu.

Jeżeli ci się to uda, możesz dojść do takiego samego wniosku co ja – że potężne więzi łączące nas z ukochanymi osobami tutaj i w życiu pozaziemskim mogą w nieporównywalny z niczym sposób rozwinąć to, jak żyjemy i kochamy w obecnej chwili – jeśli otworzymy na nie serca i umysły.

Nawet wtedy, gdy udało mi się to pojąć, nie pomyślałam, żeby podzielić się tą wiedzą ze światem. Nie miałam jeszcze planów napisania książki. Pewnego dnia, gdy pełniłam dyżur na korytarzu w liceum, poczułam nagły, wszechogarniający napływ informacji i przekazów ze wszechświata. To było jak błyskawica, która przynosi natychmiastową jasność umysłu. Podstawowy przekaz był prosty.

Musisz podzielić się swoją historią.

Nie miało to nic wspólnego ze mną, tylko z moim przesłaniem. Życiowe lekcje z moich odczytów nie powinny być tajemnicą. Miały zostać przekazane światu.

Nie traktuję tej książki jako prywatnego pamiętnika, ale jako sposób na podzielenie się niektórymi ze swoich najbardziej uderzających i wnikliwych odczytów, których dokonałam przez te wszystkie lata. Pozwoliły one wielu ludziom nawiązać kontakt z ukochanymi osobami po Drugiej Stronie, uleczyć stare rany, przezwyciężyć przeszłość, wyobrazić sobie życie na nowo i ostatecznie zrozumieć swoją prawdziwą ścieżkę oraz przeznaczenie na tym świecie. Te odczyty były dla mnie niezwykle pouczające i wzruszające.

Odczyty, tak samo zresztą jak historia mojego życia, opowiadają w zasadzie o tym samym: o odważnym, nieustępliwym poszukiwaniu odpowiedzi przez ludzkość. Jako studentka literatury byłam zachęcana do zadawania sobie najbardziej fundamentalnych pytań. Dlaczego tu jesteśmy? Co oznacza istnienie? Jakie jest nasze życiowe przeznaczenie? Nie twierdzę, że udało mi się odnaleźć wszystkie odpowiedzi. Jedyne, co mogę zrobić, to opowiedzieć własną historię i podzielić się głębokim przekonaniem, że jeżeli przynajmniej nie rozważymy możliwości życia po śmierci – jeżeli nie uwzględnimy całego bogactwa dowodów na trwałość świadomości, które pojawiły się w ostatnich latach – odetniemy sobie ścieżkę do źródła piękna, ukojenia, pokrzepienia i miłości. Jeżeli jednak otworzymy się na tę dyskusję, będziemy mogli stać się szczęśliwszymi, jaśniejszymi, bardziej autentycznymi ludźmi. Zbliżymy się do własnej prawdy – do nas samych. Będziemy mogli stać się najlepszą wersją siebie, która pozwala dzielić się z innymi tym, co mamy najlepsze, i zmieniać w ten sposób świat.

Wszystko, czego pragnę, to prowadzić rozmowę. Chcę zapewnić możliwość spojrzenia na świat innego niż tylko tradycyjne. Chcę zagłębić się w to, co raz za razem dostrzegałam w swoich odczytach – w działanie wszechświata na zasadzie synchroniczności, niewidzialnej siły, która spaja zdarzenia i napełnia znaczeniem wszystkie nasze działania.

Chcę ci uświadomić, że ta książka znalazła się w twoich rękach nie bez przyczyny.

Najbardziej ze wszystkiego chcę rozmawiać o zachwycającej prawdzie, która dzięki mojej pracy stała się dla mnie oczywista: że wspaniałe struny energii świetlnej zespalają nas wszystkich tutaj, na ziemi, oraz łączą nas z naszymi bliskimi, którzy odeszli.

Jestem w stanie dostrzec te struny światła. Dostrzec światło między nami.

Ponieważ to światło jest tutaj – wiąże nas ze sobą i przeplata nasze losy – ponieważ wszyscy czerpiemy siły z tego samego źródła energii i znamy prawdę.

Niczyje życie nie jest nieistotne.

Nikt nie zostaje zapomniany przez wszechświat.

Każdy z nas może wspaniale rozjaśnić ten świat.

Po prostu nie wszyscy jeszcze odkryliśmy, jak ogromną siłą dysponujemy.

Nie spodziewam się, że moje idee zostaną zaakceptowane bez oporu. Jestem nauczycielką od blisko dwóch dekad i nie przekonują mnie sklecone naprędce teorie czy argumenty pozbawione podstaw. Zawsze uczyłam krytycznego myślenia – dociekania i analizy pytań – i w podobny sposób podchodziłam do swojego daru. Pozwoliłam, by naukowcy zbadali moje zdolności. Dyskutowałam ze śmiałymi odkrywcami i z ludźmi obdarzonymi ogromnym intelektem. Śledziłam naukowe odkrycia ostatniego ćwierćwiecza, które zapewniły nam zadziwiające spostrzeżenia dotyczące ludzkich możliwości.

Zrozumiałam, jak wiele niezwykłych zdarzeń w moim życiu staje się spójnych i wytłumaczalnych dzięki temu, czego dowiadujemy się teraz o potędze i wytrzymałości ludzkiej świadomości.

Mimo to najważniejsze lekcje w tej książce nie pochodzą od naukowców, badaczy ani odkrywców. I z pewnością nie pochodzą też ode mnie. Nie jestem prorokiem ani wyrocznią – jestem tylko pośredniczką.

Najważniejsze lekcje pochodzą od świetlistych bytów, które sięgają ku nam spoza duchowej granicy.

Przeprowadziłam odczyty dla setek ludzi jako medium parapsychiczne. Niektórzy z nich byli bogaci i znani, większość zupełnie nie. W trakcie tych odczytów łączyłam ich z ukochanymi osobami, których nie ma już na tej ziemi. Ci, którzy odeszli, dają nam cudowne spojrzenie na istnienie i wszechświat.

Pierwszy krok w naszej podróży jest prosty – wymaga jedynie otwarcia umysłu na możliwość, że istnienie wychodzi poza to, co łatwo możemy poznać za pomocą pięciu zmysłów.

Ogromna część z nas już to zrobiła. Większość wierzy w jakąś siłę wyższą, jakkolwiek ją nazwać. Ja ją nazywam wszechświatem, inni – Bogiem. Byłam wychowana w wierze w Boga i wciąż w Niego wierzę, z tym że dla mnie wszystkie religie są jak ogromny talerz potłuczony na wiele odłamków. Każdy z nich jest inny, ale wciąż są częścią tego samego talerza. Słowa, których używamy, by opisywać nasza wiarę, nie są tak istotne jak to, w co właściwie wierzymy.

Często jesteśmy już gotowi uwierzyć w coś większego od nas samych – czego nie możemy udowodnić, wyjaśnić ani nawet w pełni zrozumieć. Nie boimy się przekroczyć tej granicy wątpliwości. Ale jeśli pokonamy kolejną barierę i pojmiemy, że nasza świadomość nie kończy się wraz ze śmiercią, że staje się trwałą częścią znacznie ważniejszej wędrówki – wtedy dzieje się coś naprawdę niesamowitego.

Bo skoro możemy uwierzyć w życie pozaziemskie, musimy uwzględnić szansę na to, że da się z nim połączyć.

Szczerze mówiąc, gdyby te zdumiewające rzeczy nie przytrafiły mi się osobiście, nie jestem pewna, czy uwierzyłabym, że są możliwe. Ale miały miejsce w moim życiu i dlatego wiem nie tylko, że są możliwe – wiem, że są prawdziwe.

I wiem, że kiedy otwieramy nasze umysły na to, jak jesteśmy nawzajem powiązani, uświadamiamy sobie, że stanowimy część całości obejmującej przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zaczynamy dostrzegać połączenia, znaczenia i światło tam, gdzie wcześniej widzieliśmy tylko ciemność.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Dziadek

W słoneczne, środowe, sierpniowe popołudnie, kiedy miałam jedenaście lat, chlapaliśmy się z siostrą i bratem w głębokim na metr naziemnym basenie na podwórku naszego domu na Long Island. Pozostało nam zaledwie kilka dni do rozpoczęcia roku szkolnego i staraliśmy się wycisnąć z lata ostatnie krople zabawy. Mama wyszła na dwór z informacją, że zamierza odwiedzić dziadków w Roslyn – jakieś pięćdziesiąt minut drogi samochodem. Od lat jeździłam z nią do dziadków, uwielbiałam to. Dorastałam jednak i miałam różne zajęcia, tak więc mama czasem wybierała się sama i zostawiała nas w domu. W ten piękny, słoneczny dzień nie łudziła się nawet, że wyciągnie nas z basenu.

– Bawcie się dobrze, dzieciaki! – zawołała do nas. – Wrócę za kilka godzin.

Wtedy nagle spanikowałam.

Poczułam to głęboko w kościach. Czystą, niewytłumaczalną, lodowatą panikę. Wrzasnęłam do mamy z basenu:

– Czekaj! Muszę pojechać z tobą!

– Nie musisz, jeśli wolisz zostać. – Zaśmiała się mama. – Pobaw się, jest taki piękny dzień.

Ja jednak płynęłam już jak szalona do brzegu basenu. Rodzeństwo przyglądało mi się, jakby coś było ze mną nie tak.

– Nie! – krzyknęłam. – Chcę jechać z tobą! Proszę, bardzo proszę, zaczekaj na mnie.

– Lauro, naprawdę wszystko w porządku.

– Nie, mamo, ja muszę jechać z tobą!

– Już dobrze, uspokój się. – Mama przestała się śmiać. – Wróć do domu i się przebierz. Poczekam na ciebie.

Ociekając wodą, wbiegłam do środka, narzuciłam na siebie ubrania i wyleciałam z powrotem. Wsiadłam do samochodu, wciąż wpół przemoczona i całkowicie przerażona. Po godzinie wjeżdżałyśmy na podjazd domu dziadków i dostrzegłam dziadka – na którego mówiłam „dziadzio” – machającego do nas z tylnej werandy. Dopiero wtedy, kiedy mogłam go już zobaczyć i przytulić, mój strach opadł. Kolejne kilka godzin spędziliśmy razem na werandzie. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, śpiewaliśmy i opowiadaliśmy sobie nawzajem żarty. Kiedy musiałam już wracać, ucałowałam go i przytuliłam, a na koniec powiedziałam, że go kocham.

To był ostatni raz, kiedy widziałam go żywego.

Nie wiedziałam, że dziadek czuł się wtedy słaby i zmęczony. Dorośli nigdy by mi o tym nie powiedzieli. Kiedy spędzałam z nim czas tamtego dnia, był taki jak zawsze – ciepły, zabawny i żartobliwy. Pewnie musiał wykorzystać wszystkie pozostałe mu siły, żeby wydawać mi się zdrowym. Trzy dni po moich odwiedzinach poszedł do lekarza, a ten przekazał mu druzgocącą wiadomość: miał białaczkę.

Trzy tygodnie później dziadek odszedł.

Kiedy mama usadziła siostrę, brata i mnie na kanapie i delikatnie przekazała nam wiadomość, że dziadka już z nami nie ma, poczułam przypływ emocji. Szok. Dezorientację. Niedowierzanie. Złość. Ogromny smutek. Głębokie, bolesne uczucie tęsknoty, chociaż brakowało go zaledwie chwilę.

Najgorsze było jednak okropne, rozdzierające poczucie winy.

W momencie, gdy dowiedziałam się, że mój dziadek odszedł, zrozumiałam dokładnie, dlaczego tak spanikowałam i koniecznie chciałam go zobaczyć. Wiedziałam, że miał umrzeć.

Oczywiście nie mogłam tego tak naprawdę wiedzieć. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że był chory. Ale jednak jakimś cudem wiedziałam. Z jakiego innego powodu mogłam domagać się spotkania z nim?

Skoro wiedziałam, to dlaczego nie powiedziałam tego na głos – do dziadka, do mamy, nawet do siebie samej? Nie pojawiła mi się w głowie żadna klarowna myśl ani przeczucie tego, że z moim dziadkiem może być coś nie tak. Odwiedzając go, nie miałam powodów, aby sądzić, że to będzie ostatni raz, kiedy go zobaczę, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób o tym wiedziałam. W ogóle tego nie pojmowałam, co sprawiało, że było mi bardzo nieswojo, jakbym w jakiś sposób przyczyniła się do odejścia dziadka. Wyobrażałam sobie, że jestem niejako zespolona z okrutnymi siłami, które odebrały mu życie. To wszystko powodowało, że czułam się winna.

Zaczęłam myśleć, że coś jest ze mną nie tak. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z osobą, która mogłaby wyczuć, że ktoś ma zaraz umrzeć, a teraz przydarzyło się to właśnie mnie i nie wiedziałam, jak zacząć to rozumieć. Rozumiałam tylko, że okropnie jest wiedzieć, że coś takiego się wydarzy. Odtąd byłam przekonana o tym, że jestem nienormalna – że jestem przeklęta.

Tydzień później miałam sen.

Byłam w nim dorosłą aktorką. Mieszkałam w Australii. Miałam na sobie długą, kolorową dziewiętnastowieczną suknię i czułam się piękna. Nagle znikąd pojawiła się we mnie przytłaczająca obawa o moją rodzinę, tę z prawdziwego życia. Poczułam ucisk w piersi i upadłam na podłogę. Wiedziałam, że umieram.

Nie obudziłam się jednak. Sen wciąż trwał. Poczułam, że opuszczam moje materialne ciało i staję się dryfującą świadomością. Mogłam obserwować wszystko dookoła. Zobaczyłam rodzinę zebraną nad moim leżącym ciałem. Wszyscy płakali. Obserwowanie ich cierpienia sprawiało mi ogromny ból. Próbowałam do nich zawołać:

– Nie martwcie się, ja żyję! Śmierć nie istnieje!

Na nic się to nie zdało, bo nie byłam już w stanie wydobyć z siebie głosu. Nie mogli mnie usłyszeć, zdołałam jedynie przesłać im swoje myśli. Wtedy zaczęłam powoli odpływać, oddalać się od nich jak balonik wypełniony helem. Unosiłam się daleko, daleko nad nimi, ku ciemności. Gęstej, spokojnej ciemności, w której migały setki cudownych światełek. Z każdej strony czułam przemożny spokój i błogość.

Dokładnie w tamtym momencie ujrzałam niesamowity obraz.

Zobaczyłam dziadka.

Był tutaj, obecny w przestrzeni tuż nade mną – co prawda nie ciałem, tylko raczej duszą, która była doskonale, niezaprzeczalnie i całkowicie jego. Moja świadomość od razu rozpoznała jego świadomość. Był punktem światła podobnym do jaśniejącej gwiazdy na ciemnym nocnym niebie. Światło było silne, przyciągało mnie do siebie i przepełniało miłością. Patrzyłam na prawdziwe „ja” mojego dziadka – nie na ziemskie ciało, lecz na wewnętrzne światło będące jego istotą. Widziałam energię jego duszy. Zrozumiałam, że jest bezpieczny i znajduje się w przepięknym miejscu wypełnionym miłością. Wiedziałam, że jest w domu, i w tej chwili pojęłam, że to właśnie miejsce, z którego wszyscy się wywodzimy i do którego należymy. Wrócił tam, skąd pochodził.

Kiedy uzmysłowiłam sobie, że dziadek nigdy nie przestał istnieć, nie byłam już tak smutna. Poczułam ogromną miłość i ukojenie, a w momencie poznania prawdy – wielką radość. Zanim dotarłam do domu, by połączyć się z dziadkiem, zdało mi się, że coś oplata się wokół mnie i ciągnie mnie z powrotem.

Usiadłam na łóżku. Moja twarz była mokra. Płakałam, ale nie ze smutku. To były łzy radości. Płakałam, bo mogłam znów zobaczyć dziadka!

Długo jeszcze leżałam tak i płakałam. Zobaczyłam, że śmierć nie oznacza utraty ludzi, których kochamy. Wiedziałam, że dziadek jest wciąż obecny w moim życiu. Byłam tak bardzo wdzięczna za ten sen.

Dopiero po wielu latach zdobyłam wystarczające doświadczenie, aby zrozumieć, jak ważne było dla mnie odejście dziadka i wszystkie zdarzenia z tym związane.

Moje przeczucie w basenie było początkiem podróży duszy dziadka do innego miejsca. Kochałam go tak bardzo, moja więź z nim była tak głęboka, że moja dusza wyczuwała, iż jego dusza wybiera się w podróż. Nie było to żadne przekleństwo – dzięki temu mogłam spędzić ostatnie, cudowne popołudnie z dziadkiem. Jeśli to nie był dar, to co nim jest?

A co ze snem?

Przekonał mnie, że dziadek nie odszedł. Był po prostu gdzie indziej. Ale gdzie? Gdzie właściwie mógł się znajdować?

Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, kiedy miałam jedenaście lat. Z czasem zrozumiałam, że dziadek przedostał się na Drugą Stronę.

Co mam na myśli, mówiąc Druga Strona?

Jest prosta analogia pozwalająca to wytłumaczyć. Wyobraź sobie swoje ciało jako samochód – najpierw nowy, później starszy, a potem już naprawdę wiekowy. Co dzieje się ze starymi samochodami? Pozbywamy się ich.

Nikt nie pozbywa się jednak nas – ludzi, którzy jeździli tymi samochodami. Wciąż istniejemy i idziemy dalej. Jesteśmy czymś znacznie więcej niż samochód – on nigdy nas nie określał. Definiuje nas to, co zostaje, kiedy porzucamy zużyty samochód. Trwamy dłużej.

Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia mówią o tym, że jesteśmy znacznie trwalsi niż nasz organizm. Istniejemy, idziemy dalej. Jesteśmy czymś więcej niż tylko materią. Określa nas to, co zostaje z nami, kiedy już porzucimy nasze ciała – radości, sny, marzenia, miłość i świadomość.

Nie jesteśmy ciałami obdarzonymi duszą.

Jesteśmy duszami obdarzonymi ciałem.

Nasza dusza trwa dalej. Nasza świadomość trwa dalej. Energia, która daje nam życie, trwa dalej. Druga Strona jest miejscem, do którego wędrują nasze dusze, gdy ciało już się podda.

Pojawiają się w związku z tym liczne pytania. Czy Druga Strona jest jakimś miejscem? Czy to inny poziom istnienia? Wymiar? Czy jest ona materialna, czy duchowa? Czy to miejsce przejścia, czy ostateczny cel? Jak ona wygląda? Jak w niej jest? Czy są tam pozłacane chmury i perłowe bramy? Czy są tam anioły? Czy jest tam Bóg? Czy Druga Strona to niebo?

Powoli uczyłam się rozumieć Drugą Stronę, ale jestem pewna, że nawet dziś mam jedynie fragment wiedzy na jej temat. Nie musimy wizualizować sobie ani starać się pojąć w pełni Drugiej Strony, aby czerpać z niej ukojenie. Większość z nas i tak już wierzy, że ukochane osoby, które odeszły, wciąż są z nami – w naszym duchu i w naszych sercach – i możemy przywołać je poprzez wspomnienia. Taka wiara jest bardzo ożywcza.

Jednak to, co dzieje się z naszymi bliskimi po śmierci, zdaje się nieskończenie bardziej pocieszające. Ich dusze są znacznie bliżej, niż sobie wyobrażamy.

Dzięki mojemu darowi poznałam dwie istotne prawdy:

1. Nasze dusze trwają i powracają do miejsca, które nazywamy Drugą Stroną.

2. Druga Strona jest naprawdę bardzo blisko.

Jak blisko? Spróbuj wziąć do ręki zwykłą kartkę. Trzymaj ją przed sobą, jakbyś z niej czytała. Zauważ, jak równo kartka przecina przestrzeń, ustala granicę. Może być półprzezroczysta i krucha – zaledwie kilka połączonych ze sobą włókien drzewnej pulpy – ale niezaprzeczalnie tworzy pewną granicę. Rozdziela ogromne liczby molekuł, atomów i cząstek subatomowych. Kiedy trzymasz ją przed sobą, ty i miliardy różnych rzeczy jesteście po jednej stronie, a miliardy innych – krzesła, okna, samochody, ludzie, parki, góry i oceany – po drugiej.

Ze swojej strony kartki bez trudu jednak widzisz, słyszysz i możesz dosięgnąć tego, co jest po tej drugiej stronie. Twoje palce już przekroczyły tę granicę – trzymasz przecież kartkę. Obie strony mogą być oddzielone, ale stanowią praktycznie jedno i to samo. Druga strona jest tak niedaleko.

Za każdym razem, kiedy napotkasz określenie „Druga Strona”, spróbuj przywołać w myślach tę kartkę. I zadaj sobie pytanie: „Co, jeśli granica między naszym ziemskim życiem a życiem pośmiertnym jest cienka i delikatna jak kartka papieru?”.

Co, jeśli Druga Strona jest tuż obok nas?

2

Dziewczyna ze sklepu spożywczego

Byłam dziwnym dzieckiem już na długo przed incydentem w basenie. Byłam nadpobudliwa i nieprzewidywalna. Reagowałam silnie na całkiem zwyczajne rzeczy. „Gdy Laura jest szczęśliwa, przeżywa to silniej niż inne dzieci, które kiedykolwiek widziałam – pisała mama w mojej dziecięcej książeczce, kiedy miałam roczek. – Ale gdy jest jej smutno, nie ma dziecka smutniejszego od niej”.

Na świecie jest mnóstwo ruchliwych i energicznych dzieci, tylko że we mnie wciąż kipiała niespożyta energia. Kiedy poszłam do pierwszej klasy, już w pierwszym tygodniu do mojej mamy zadzwoniła pielęgniarka szkolna.

– Najpierw przekażę pani dobre wieści – powiedziała. – Udało nam się zatrzymać krwawienie.

Okazało się, że uderzyłam w drabinkę na placu zabaw, co skończyło się rozcięciem na czole. Mama zabrała mnie do lekarza, który założył siedem szwów. Tydzień później wpadłam w straszną furię, ponieważ moja siostra została zaproszona na basen do sąsiadów, a ja nie. Przewróciłam ciężką drewnianą drabinę od łóżka piętrowego, która uderzyła mnie w tył głowy. Mama znowu zabrała mnie do lekarza, a on założył mi kolejne trzy szwy, po czym zaczął jej zadawać mnóstwo trudnych pytań.

Byłam malutkim, drobnym i chudym jak patyk blond potworkiem z grzywką, ale potrafiłam dać się we znaki. Mama musiała przytrzymywać mnie przy ziemi ręką lub nogą, żeby mnie ubrać. Gdyby zostawiła mnie choć na sekundę, już bym zwiała. Ciągle wpadałam na różne rzeczy: drzwi, ściany, skrzynki pocztowe, samochody na parkingu. Kiedy mama spuszczała mnie z oczu, chwilę potem słyszała huk albo trzask. Na początku mnie przytulała i pocieszała, ale po jakimś czasie zaczęła po prostu mówić: „Ojej, Laura Lynne znowu wpadła na ścianę”.

Gdy denerwowała mnie starsza siostra, Christine, zaczynałam tupać nogami i nacierałam na nią jak byk. Kończyło się to tym, że albo uderzałam ją z impetem i przewracałam, albo schodziła mi z drogi i to ja lądowałam na ziemi.

– Idź do swojego pokoju – mówiła mama – i nie wychodź, dopóki nie zaczniesz zachowywać się jak człowiek.

Najgorszą karą było jednak siedzenie nieruchomo.

Kiedy zachowałam się szczególnie źle, mama kazała mi usiąść na krześle i się nie ruszać. Nie przez godzinę, nawet nie przez dziesięć minut – doskonale wiedziała, na co mnie stać. Miałam usiedzieć w bezruchu przez minutę.

To i tak było dla mnie za długo. Nigdy mi się nie udało.

Myślimy o sobie jako o solidnych, stabilnych, cielesnych istotach. Ale to nieprawda.

Podobnie jak wszystko inne we wszechświecie składamy się z atomów i cząstek, które nieustannie wibrują energią, wciąż będąc w ruchu. Wibracje cząstek mają różne częstotliwości. Kiedy przyglądamy się krzesłu, nie widzimy ruchu atomów, z których ono się składa, a jednak to się dzieje. Ten wibrujący ruch definiuje całą materię – wszystko, co powstało, wszelkie życie. Nie jesteśmy tak solidni, jak nam się wydaje. Składamy się z energii. Podejrzewam, że moje wibracje były intensywniejsze niż u innych dzieci.

Poza tym dzieciństwo miałam całkiem normalne. Dorastałam w Greenlawn – cudownej, pełnej zieleni wiosce na Long Island, zamieszkanej przez klasę średnią. Mój ojciec był węgierskim emigrantem w pierwszym pokoleniu i uczył francuskiego w szkole średniej. Rodzice mojej matki pochodzili z Niemiec, a ona sama była nauczycielką angielskiego w liceum, przez jakiś czas jednak nie pracowała, żeby zajmować się trójką dzieci.

Nie byliśmy biedni, ale też nie szastaliśmy pieniędzmi. Musiałam czekać na wizyty u fryzjera i nosiłam stare ubrania po siostrze. Mama poświęciła się, aby zapewnić nam jak najwspanialsze dzieciństwo. Kiedy nie było jej stać na nowe zabawki, robiła świetne samochody, pociągi, a nawet całe wioski z pomalowanego jaskrawo kartonu. Rysowała krótkie scenki i postaci na naszych papierowych torebkach na drugie śniadanie. Na święta i urodziny ozdabiała cały dom, a na jedno z urodzinowych przyjęć Christine zrobiła śliczne kapelusze dla niej i jej koleżanek. Trzymała nas z dala od telewizora i zachęcała do rozwijania wyobraźni. Christine i ja ciągle rysowałyśmy i malowałyśmy, otworzyłyśmy nawet naszą małą galerię sztuki (jedno arcydzieło kosztowało dziesięć centów). Mama sprawiła, że moje dzieciństwo było magiczne.

Mimo to nie da się zaprzeczyć, że byłam trudnym dzieckiem i różniłam się od innych.

Kiedy miałam sześć lat, któregoś dnia mama zabrała mnie ze sobą do sklepu spożywczego. Gdy czekałyśmy w kolejce do kasy, nagle ogarnęło mnie ogromne wzruszenie, aż chciałam wybuchnąć płaczem. Czułam się tak, jakbym stała na plaży i została powalona przez ogromną falę emocji. To mnie przytłoczyło. Stałam tam, odczuwając nieznośny smutek i dezorientację, ale nie powiedziałam nic mamie. Wtedy moją uwagę przykuła kasjerka.

Była młoda, miała może dwadzieścia lat i nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nie wyglądała na zdenerwowaną, nie płakała. Wydawała się raczej znudzona, wiedziałam jednak, że nie w tym rzecz. Byłam pewna, że to ona jest źródłem mojego straszliwego smutku. To, że przejmowałam smutek kasjerki, było dla mnie oczywiste. Nie miałam pojęcia, co to oznacza ani dlaczego tak się dzieje. Nie wiedziałam nawet, czy takie rzeczy zdarzają się często, czy nie. Mogłam jedynie być pewna, że czuję jej smutek i że powoduje to u mnie wielki dyskomfort i dezorientację – a także, że nie mogę tego zatrzymać.

Miałam przeżyć jeszcze wiele podobnych doświadczeń. Czasem mijałam nieznajomego na ulicy, kiedy nagle uderzała mnie potężna fala złości lub zmartwienia. Innym razem zdarzało mi się chłonąć uczucia przyjaciół i kolegów z klasy. W większości przypadków okazywało się to trudne i przykre, ale mogłam też odczuwać radosne emocje.

Zawsze, gdy byłam w pobliżu kogoś szczególnie szczęśliwego, czułam pozytywne uniesienie – jakbym nie tylko przejmowała emocje, ale także je wzmacniała. Doświadczałam czasem czystej, niepohamowanej radości w sytuacjach, które wyraźnie wymagały spokojniejszej reakcji. Małe, radosne chwile – jedzenie lodów z przyjaciółmi, pływanie w letni dzień, siedzenie obok uśmiechniętej mamy – potrafiły wywołać we mnie prawdziwą euforię i uskrzydlić moją duszę.

Dziś nadal potrafię przywołać te błogie chwile i wciąż mam skłonność do przesadnych reakcji. Niekiedy wystarcza mi wysłuchanie piosenki, przeczytanie wiersza, ujrzenie obrazu, a nawet kęs czegoś pysznego, abym odczuła eksplozję radości i dobrego samopoczucia. To tak, jakbym w chwilach prostej radości najwyraźniej odczuwała połączenie ze światem.

Kiedy byłam dzieckiem, oznaczało to, że od niezwykłej radości przechodziłam do stanu głębokiego przygnębienia w zależności od tego, z kim przebywałam. Miałam głębokie spadki energii, po których następowała niebotyczna euforia, a potem kolejny spadek – przypominało to kolejkę górską wahań nastroju. Nauczyłam się przewidywać te szalone zmiany i przeczekiwać je do czasu, aż udawało mi się odzyskać równowagę.

Uświadomienie sobie, że potrafię przejmować emocje innych osób, było znaczącym krokiem w stronę zrozumienia, dlaczego byłam tak zmienna emocjonalnie. Musiały jednak minąć lata, abym zrozumiała, że moja dziwna zdolność nie jest aż tak niecodzienna i że posiada nazwę – empatia.

Empatia opisuje naszą zdolność do rozumienia i dzielenia emocji innych. Przeprowadzono na jej temat kilka przełomowych eksperymentów naukowych. Szczególnie ważne są badania dwóch neurobiologów: Giacomo Rizzolattiego i Marco Iacoboniego, które wykazały, że mózgi niektórych zwierząt i prawie wszystkich ludzi zawierają komórki zwane neuronami lustrzanymi. Neurony lustrzane aktywują się zarówno podczas wykonywania, jak i postrzegania aktywności. Iacoboni tłumaczy to w ten sposób: „Jeśli widzisz, że odczuwam emocjonalny niepokój, neurony lustrzane w twoim mózgu to naśladują. Wiesz, jak się czuję, ponieważ odczuwasz dosłownie to, co ja”.

Empatia to jeden z rodzajów głębokiego połączenia między istotami ludzkimi. To dzięki niej jesteśmy szczęśliwi, kiedy nasza ulubiona drużyna zwycięża. Choć sami nie gramy, z radością przyjmujemy uniesienie zawodników. Dzięki empatii czujemy potrzebę wsparcia ofiar tragedii, która wydarzyła się po drugiej stronie globu. Potrafimy postawić się w sytuacji kogoś zupełnie nam obcego i czuć jego rozpacz.

Innymi słowy, wszystkie istoty ludzkie są ze sobą powiązane w znaczący sposób. Istnieją między nami realne, witalne ścieżki.

Na początku postrzegałam je jako współdzielony smutek lub radość. Później zaczęłam widzieć łączące nas struny światła. Moje zrozumienie naszych wzajemnych połączeń zaczęło się rozwijać tego dnia w sklepie spożywczym, a każde kolejne doświadczenie pogłębiało wiedzę na temat światła obecnego między nami.

CZĘŚĆ DRUGA

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ TRZECIA

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORCE

Dostępne w wersji pełnej