Wydawca: Wydawnictwo CIS Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Światełko w mroku. Moje życie z nauką ebook

Richard Dawkins  

(0)
Promocja

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
59,90 50,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 667 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Światełko w mroku. Moje życie z nauką - Richard Dawkins

W roku 2006 po światowym sukcesie Boga urojonego Richard Dawkins stał się ikoną ruchów ateistycznych i sceptycznych. Ten sukces przyćmił nawet jego ważne dokonania naukowe i rolę, jaką  w popularyzacji neodarwinizmu –
i szerzej, naukowej wizji świata – odegrały jego poprzednie książki – od
Samolubnego genu poprzez Fenotyp rozszerzony i kilkanaście innych, aż po Rzekę genów, Najwspanialsze widowisko świata i Magię rzeczywistości. Dziś nikt, nawet przeciwnicy Dawkinsa (a ma ich wielu), nie kwestionuje jego wyjątkowej pozycji naukowca, intelektualisty i obrońcy rozumu.

Światełko w mroku to drugi tom wspomnień, które profesor Dawkins postanowił przygotować z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin (tom pierwszy – Apetyt na cuda – ukazał się w polskim przekładzie w maju 2016).

Opinie o ebooku Światełko w mroku. Moje życie z nauką - Richard Dawkins

Fragment ebooka Światełko w mroku. Moje życie z nauką - Richard Dawkins

Światełko w mroku

Moje życie w nauce

Richard Dawkins

Copyright © 2015 by Richard Dawkins

Copyright © 2016 for this edition and for Polish translation by Wydawnictwo CiS

Tytuł oryginału: Brief Candle in the Dark

Przekład: Piotr J. Szwajcer

Redakcja: Jacek Kowalczyk

Konsultacja naukowa: prof. Krzysztof Dołowy

Korekta: Joanna Rzepa

Projekt okładki: Studio Gonzo & Co.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, przesyłanie drogą elektroniczną (przewodowo i bezprzewodowo), odtwarzanie w jakiejkolwiek formie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym, pisemnym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I

Stare Groszki 2016

Adres redakcji:

Wydawnictwo CiS

Opoczyńska 2A/5

02-526 Warszawa

e-mail:CiS@CiS.pl

www.cis.pl

ISBN 978-83-61710-21-9

ISBN e-book 978-83-61710-64-6

EAN 9788361710219

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Lalli

Zgaśnij, wątłe światło!

Życie jest tylko przechodnim półcieniem,

Nędznym aktorem, który swoją rolę

Przez parę godzin wygrawszy na scenie,

W nicość przepada

William Shakespeare, Makbet, akt V, scena V

Nauka jako światło w mroku

Carl Sagan, podtytuł książki Świat nawiedzany przez demony

Lepiej zapalić światło, niż przeklinać ciemność

[anonim]

JUBILEUSZOWE WSPOMNIENIA

Co ja tu robię? Tu, w wielkim holu New College, szykując się do odczytania własnego wiersza setce gości zgromadzonych na uroczystej kolacji. W głębi duszy wciąż 25-latek, tyle że oszołomiony tym, iż właśnie przyszło mu celebrować zakończenie swojej 70. już podróży wokół Słońca. Widzę przed sobą długi, oświetlony świecami stół, zastawiony srebrem i kryształowo migoczącymi kieliszkami, w których odbijają się błyski świateł i iskra dowcipnych oraz błyskotliwych konwersacji. Otaczają mnie wspomnienia…

Dzieciństwo w kolonialnej Afryce, wśród wielkich, leniwie wygrzewających się w promieniach słońca motyli, ostry smak liści nasturcji, podkradanych z dawno już martwego ogrodu w Lilongwe, smak owoców mango — coś więcej niż słodycz, jakby okraszona szczyptą woni terpentyny i siarki. Potem szkoła z internatem w pachnących sosnami górach Vumba w Zimbabwe i następnie „powrót do domu” — Anglia i strzeliste, sięgające nieba iglice Salisbury i Oundle. Pierwsze lata studiów w Oksfordzie — stare mury, łodzie i dziewczęta, o których nawet nie śmiałem marzyć. Wreszcie narodziny prawdziwego zainteresowania nauką, wzbudzone przez głębokie filozoficzne pytania, na które tylko ona potrafi dać odpowiedź. Pierwsze kroki jako badacza i wykładowcy w Oksfordzie i Berkeley. Powrót do Oksfordu jako pełen entuzjazmu młody wykładowca. Kolejne badania (głównie wspólnie z moją pierwszą żoną Marian, która teraz siedzi też za stołem, niedaleko mnie). Wreszcie pierwsza książka — Samolubny gen. Wszystkie te słodkie wspomnienia wiodą mnie do moich 35. urodzin. Równo połowa tego, co dziś. To tej połowie poświęciłem pierwszy tom moich wspomnień — Apetyt na cuda.

Moje 35. urodziny przypomniał mi ostatnio ładny tekścik satyryka Alana Corena. Coren pisał tam, dworując sobie z czytelnika oczywiście, że właśnie skończył 35 lat i popadł z tego powodu w depresję — wszak osiągnął połowę życia i teraz czeka go już tylko droga w dół. Ja, jak sobie przypominam, zdecydowanie się tak nie czułem. Nadawałem właśnie przecież ostatni szlif mojej pierwszej, raczej młodzieńczej, jak dziś na to patrzę, książce i z niecierpliwością czekałem na jej publikację oraz na to, co będzie dalej.

O jednym z aspektów tego „dalej” zadecydowała nieoczekiwanie dobra sprzedaż mojego dzieła. To jego obecność na listach bestsellerów sprawiła, że znalazłem się w gronie tych, którzy wypytywani są na wszystkie możliwe tematy przez dziennikarzy walczących o wypełnienie wierszówki. Jednym z takich pytań jest: „Kogo najchętniej widziałby pan/pani na swoim przyjęciu urodzinowym?”. W czasach, gdy udzielałem jeszcze na nie odpowiedzi, mówiłem, że oczywiście wybitnych naukowców, ale też pisarzy i wszelkie twórcze osobowości. Każda z takich potencjalnych list na pewno zresztą zawierałaby też nazwiska co najmniej 15 osób, które dziś siedzą na tej sali — pisarzy, dramaturgów, osobowości telewizyjnych, muzyków, artystów komediowych, historyków, wydawców, aktorów i rekinów światowego biznesu.

Teraz, patrząc na te wszystkie miłe twarze przede mną, myślę sobie, że 35 lat temu taka mieszanka artystów i pisarzy na przyjęciu urodzinowym u naukowca byłaby czymś nieprawdopodobnym. Czyżby Zeitgeist tak bardzo się zmienił od czasu, gdy C.P. Snow użalał się nad tym, jak wielka przepaść dzieli świat nauki od świata kultury? Co uległo zmianie przez te trzy i pół dekady, po których błądzą właśnie moje myśli? Cóż — nie mogę w tym momencie nie sięgnąć mniej więcej w środek tego okresu i nie wspomnieć wspaniałego, niezapomnianego Douglasa Adamsa, niestety nieobecnego już wśród nas. W 1996 roku miałem 55 lat. O 10 lat młodszy Douglas był moim rozmówcą w przygotowywanym dla BBC programie Breaking the Science Barrier. Audycja miała pokazać, dlaczego nauka musi jak najszybciej stać się elementem szeroko rozumianej kultury, a rozmowa z Adamsem była jej kluczowym punktem. Oto, co wówczas powiedział (oczywiście to tylko fragment):

Myślę, że rola powieści nieco się zmieniła. W XIX wieku ludzie po powieść właśnie sięgali, by odnaleźć głęboką refleksję nad pytaniami o sens życia. To tego szukali u Tołstoja czy Dostojewskiego. Dzisiaj już wiedzą, że tak naprawdę naukowcy mają na ten temat znacznie więcej do powiedzenia od pisarzy. Sam, jeśli chcę się dowiedzieć czegoś ważnego, sięgam po książki naukowe. Powieści czytam dla odprężenia.

Czy to właśnie jest częścią zmian, o których mówię? Czy pisarze i dziennikarze — ci wszyscy, których C.P. Snow lokował w swojej „pierwszej kulturze” — zaczęli z czasem uczestniczyć też w drugiej? Czy Douglas, gdyby jeszcze żył, mógłby wrócić do lektury powieści i odkryć w nich to coś, po co zwrócił się do nauki? Dziś, 25 lat po tym, gdy Doug studiował anglistykę w Cambridge, są już przecież tacy autorzy jak Ian McEwan i A.S. Byatt i powieściopisarze, którzy kochają naukę i potrafią o niej pisać — choćby Philip Pullman, Martin Amis, William Boyd czy Barbara Kingsolver. Są też — i odnoszą sceniczne sukcesy — naprawdę świetne inspirowane nauką przedstawienia teatralne, jest i grono dramaturgów godnie kontynuujących tradycję Toma Stopparda i Michaela Freyna. Może to zgromadzenie gwiazd na moim przyjęciu (zebrała je tu razem moja żona, Lalla Ward, która sama jest artystką i aktorką świetnie oczytaną w nauce) jest swoistym symbolem tej kulturowej zmiany, a nie tylko rozpoczęcia przeze mnie kolejnego etapu życia? Czyżbyśmy byli właśnie świadkami twórczego zlewania się kultury naukowej i kultury „literacko-artystycznej” w coś, co mój agent literacki John Brockman od lat konsekwentnie i dyskretnie buduje w swoim internetowym „salonie”, w którym skupia oszałamiającą już listę naukowych autorów? A może to takie łączenie kultur, do którego próbowałem aspirować w moim Rozplataniu tęczy, gdzie — pod wpływem Lalli — starałem się sięgać do literatury i zasypywać przepaść między kulturą a nauką? Où sont les C.P. Snow’s d’antan?

Dwie anegdoty chyba dobrze to zilustrują (jeśli ktoś nie lubi dygresji, to raczej czyta nie tę książkę, co trzeba). Jednym z gości na moim jubileuszowym przyjęciu w New College był Redmond O’Hanlon — podróżnik, poszukiwacz, autor przezabawnych i groteskowych książek podróżniczych (między innymi Into the Heart of Borneo i In Trouble Again). Redmond i jego żona Belinda przez wiele lat organizowali u siebie głośne przyjęcia, na których bywał chyba cały literacki Londyn: pisarze i krytycy, dziennikarze i redaktorzy, poeci i wydawcy, agenci literaccy i gwiazdy literatury… Dosłownie wszyscy zjeżdżali się do położonego w odległym zakątku Oxfordshire wiejskiego domu O’Hanlonów, pełnego wypchanych węży, skurczonych głów, oprawionych skór i oprawnych w skórę książek i licznych egzotycznych okazów antropologicznej (i antropofagicznej, jak niektórzy podejrzewali) pasji gospodarza. Jednym słowem towarzystwo było bardzo zacne, a gdy pojawiał się też Salman Rushdie, nawet mocno zróżnicowane, choć jego liczni ochroniarze bawili się raczej we własnym gronie na górze.

Zdarzyło się kiedyś tak, że gdy Redmond organizował u siebie kolejne przyjęcie, my z Lallą mieliśmy u siebie gościa — Nathana Myhrvolda, wówczas jeszcze kluczową postać Microsoftu (Chief Technology Officer) i nadal jednego z najbardziej kreatywnych geeków Doliny Krzemowej. Nathan z wykształcenia jest matematykiem i fizykiem, po doktoracie w Princeton pracował nawet przez rok w Cambridge ze Stephenem Hawkingiem. To był ten okres, gdy Stephen mógł jeszcze mówić, choć już wtedy w sposób zrozumiały tylko dla najbliższych współpracowników, którzy służyli mu za tłumaczy. Nathan należał do tego grona najzdolniejszych fizyków — sekretarzy. Dziś jest jednym z najbardziej innowacyjnych przedstawicieli nowych technologii. W każdym razie gdy Redmond i Belinda zaprosili nas do siebie, odmówiliśmy w pierwszej chwili, wyjaśniając, że sami mamy gościa. Oni, towarzyscy jak zawsze, natychmiast stwierdzili, że mamy wziąć go ze sobą.

Nathan jest człowiekiem bardzo uprzejmym, nigdy się nie narzuca ani tym bardziej nie monopolizuje konwersacji. Któryś z sąsiadów przy stole pewnie spytał, czym się zajmuje, i jakoś po chwili rozmowa zeszła na teorię strun i inne tajemnicze odkrycia współczesnej fizyki… i po krótkiej chwili zgromadzeni wokół stołu humaniści dali się zauroczyć. Wcześniej, jak zwykle, krążyły wśród nich głównie „intelektualne” aforyzmy. Jednak fala, która rozchodziła się od tego końca stołu, przy którym siedział Nathan, porwała wszystkich i literacki wieczór zamienił się w nieformalne seminarium z fizyki współczesnej, a kiedy w seminarium biorą udział ludzie o tak wielkiej inteligencji, jak wielu obecnych tam gości, nie może być ono nudne. Długo jeszcze później pławiliśmy się z Lallą w (odbitej) chwale tych, którzy przyprowadzili ze sobą tak nieoczekiwanego gościa, a wkrótce po tym archetypicznym wręcz „trzeciokulturowym” przyjęciu Redmond zadzwonił i powiedział mojej żonie, że choć od lat organizuje przyjęcia dla intelektualnych elit Londynu, to jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by jego goście słuchali kogoś z takim nabożeństwem.

Moja druga anegdota łączy się z wydarzeniem, które było niemal lustrzanym odbiciem literackiego przyjęcia u O’Hanlonów. W Oxford Payhouse odbywała się premiera sztuki Kopenhaga. To kameralna opowieść o jednej z większych naukowych zagadek drugiej wojny światowej: w 1941 roku w okupowanej przez Niemców Danii tajemniczą wizytę Nielsowi Bohrowi składa Werner Heisenberg. O czym rozmawiali ci dwaj genialni fizycy i jaką rolę podczas wojny odegrał pracujący dla hitlerowców Heisenberg (por. s. 251)? Przedstawienie oglądaliśmy w towarzystwie autora sztuki, dramaturga i powieściopisarza Michaela Freyna i jego żony, bardzo cenionej pisarki Claire Tomalin. Po spektaklu Michael został zaproszony do jednej z sal na górze, gdzie zarzuciła go pytaniami cała grupa oksfordzkich fizyków. Spotkał mnie ten zaszczyt, że mogłem słuchać tej wymiany myśli między prawdziwym arystokratą literatury i filozofii, jakim bez wątpienia jest Freyn, a śmietanką oksfordzkich uczonych (w ich gronie było kilku członków Royal Society). Jeszcze jeden wieczór z prawdziwymi bohaterami trzeciej kultury, wieczór, który 30 lat wcześniej dla C.P. Snowa byłby prawdziwą niespodzianką. Ale na pewno miłą.

Mam wielką nadzieję, że moje książki — poczynając od Samolubnego genu z 1976 roku — w pewnym przynajmniej stopniu przyczyniły się do tej zmiany kulturowego pejzażu, obok, oczywiście, dzieł takich uczonych jak Stephen Hawking, Peter Atkins, Carl Sagan, Edward O. Wilson, Steve Jones, Stephen Jay Gould, Steven Pinker, Richard Fortey, Lawrence Krauss, Daniel Kahneman, Helena Cronin, Daniel Dennett, Brian Greene, obaj M. Ridleyowie (Mark i Matt), obaj Seanowie Carrollsowie (fizyk i biolog), Victor Stenger i wielu innych. Ważna była, jak sądzę, medialna wrzawa, jaką nasze książki wywołały. Nie mówię w tym miejscu o dziennikarzach naukowych, wyjaśniających kwestie naukowe szerokiej publiczności, choć oczywiście to też bardzo ważne. Świadomie ograniczam się jednak do książek pisanych przez ludzi uprawiających naukę zawodowo i skierowanych do takich samych jak oni profesjonalistów z własnej oraz z innych dziedzin, tyle że napisanych w taki sposób i takim językiem, że nawet nieprofesjonalista może zajrzeć piszącemu przez ramię i zrozumieć toczącą się debatę. Lubię myśleć, że jestem jednym z tych, którzy ten „front” trzeciej kultury otworzyli.

W odróżnieniu od Apetytu na cuda drugi tom mojej autobiografii nie jest skomponowany chronologicznie, nie jest też — gdyby ktoś żywił takie obawy — zapisem wspomnieniowych refleksji z mojego urodzinowego przyjęcia w New College. To raczej cała seria różnych wspomnień, poukładanych (nie do końca konsekwentnie) w kilka grup tematycznych i poprzedzielanych dygresjami i anegdotami. A ponieważ nie muszę trzymać się chronologii, porządek tematów też jest do pewnego stopnia arbitralny. Niemniej jakąś dyscyplinę chciałbym zachować — napisałem na przykład w pierwszym tomie, że jeśli mógłbym o czymś powiedzieć, że mnie ukształtowało, to na pierwszym miejscu wymieniłbym Oksford. Na początek wróćmy zatem w jego otoczone poświatą kamienne mury.

RZECZY, KTÓRE ROBISZ W OKSFORDZIE, BĘDĄC NAUCZYCIELEM AKADEMICKIM

Od roku 1970 do 1990 byłem wykładowcą (University Lecturer) zachowania zwierząt na Wydziale Zoologii Uniwersytetu w Oksfordzie, a potem mnie awansowano i przez kolejne pięć lat zajmowałem stanowisko starszego wykładowcy (Reader). Obowiązki wykładowcy nie były zbyt obciążające, przynajmniej według amerykańskich standardów. Poza wykładami z zachowania zwierząt współprowadziłem też nowy kurs z ewolucji (byłem jednym z tych, którzy doprowadzili do jego inauguracji). Ewolucja była oczywiście zawsze kluczowym elementem wszystkich kursów, ale dzięki nowej opcji studenci zyskali możliwość pełniejszego wykorzystania długotrwałego doświadczenia Oksfordu w tej dziedzinie. Poza tym prowadziłem wykłady nie tylko dla studentów zoologii i nauk biologicznych, ale również nauk humanistycznych i psychologii — na obu tych kierunkach były to zajęcia dla wyróżniających się osób, kończące się egzaminem.

Dla studentów zoologii prowadziłem też roczny kurs programowania. Co ciekawe, to właśnie te zajęcia pokazały mi, jak mocno się oni między sobą różnią — przepaść między najzdolniejszymi a najmniej zdolnymi nigdzie nie uwidaczniała się tak mocno. Najsłabsi po prostu niczego nie chwytali, pomimo moich najlepszych starań oraz tego, że z innymi „niekomputerowymi” przedmiotami nie mieli kłopotów. Najlepsi zaś? No cóż — Kate Lessells pojawiła się dość późno i opuściła wszystkie wykłady w pierwszej połowie semestru. Przyszła dopiero na ćwiczenia. Zaprotestowałem: „Nigdy nie dotknęłaś komputera, opuściłaś cztery tygodnie wykładów, a teraz chcesz zdawać egzamin praktyczny?”.

— A o czym pan mówił na wykładach? — spytała z kamienną twarzą młoda kobieta w typie chłopczycy.

Poczułem się nieco skonsternowany: — Mam ci w pięć minut streścić cztery tygodnie wykładów?!

Skinęła głową, wciąż niewzruszona, ale z cieniem czegoś, co mógłbym nazwać ironicznym uśmieszkiem.

— W porządku — odpowiedziałem. Nie wiem, czy chciałem ją postawić w trudnej sytuacji, czy raczej uznałem, że nie mogę nie podjąć takiego wyzwania. — Sama prosiłaś.

I rzeczywiście skondensowałem cztery godziny wykładów do pięciominutowego ekstraktu. Kiwała głową po każdym zdaniu, nie robiła żadnych notatek i nie powiedziała ani słowa. A później ta nieprawdopodobnie mądra osóbka zasiadła spokojnie za konsolą, zrobiła ćwiczenie, które zadałem studentom i… wyszła z sali. Tak przynajmniej to dziś pamiętam. Może trochę przesadzam, ale późniejsze losy Kate wskazują, że raczej nie.

Poza prowadzeniem wykładów i ćwiczeń na Wydziale Zoologii moje obowiązki dydaktyczne obejmowały też bycie tutorem, co robiłem w New College (był nowy w 1379 roku, teraz jest jednym z najstarszych na Oksfordzie), którego członkiem zostałem w 1970 roku. Większość wykładowców i profesorów Oksfordu i Cambridge należy do jednego z ponad 30 (a może 40?) kolegiów i „domów” (Halls)1, które tworzą te „federalne” uniwersytety. Na moją pensję składały się Uniwersytet Oksfordzki (do moich obowiązków należało tu prowadzenie wykładów i badań na Wydziale Zoologii) i New College, gdzie zobowiązany byłem zajmować się tutoringiem co najmniej sześć godzin tygodniowo. Często byłem tutorem studentów z innych wydziałów — efekt „wymiany” z ich stałymi tutorami; dość powszechna praktyka w naukach biologicznych, chyba rzadsza w innych. Gdy zaczynałem uczyć, zwykle były to jeszcze spotkania indywidualne, choć z czasem coraz częściej miałem dwóch podopiecznych naraz. Na młodszych latach studiów bardzo lubiłem system tutorialny, choć zdecydowanie preferowałem układ „jeden na jednego”, kiedy mogłem czytać na głos swoją pracę tutorowi, który albo robił notatki i później dyskutowaliśmy nad jego uwagami, albo po prostu przerywał i komentował w trakcie. Dzisiaj oksfordzcy tutorzy zwykle mają jednocześnie dwóch albo i trzech studentów w ciągu godziny i prac nie czyta się już na bieżąco, tylko trzeba je dostarczyć przed zajęciami.

W pierwszych latach, jakie spędziłem w New College, mieliśmy u siebie wyłącznie studentów mężczyzn. W 1974 roku ta część z nas, członków kolegium, która chciała dopuszczenia kobiet do studiów, minimalnie przegrała głosowanie — nie uzyskaliśmy większości dwóch trzecich głosów. Część głosów sprzeciwu, jakie się wówczas pojawiły, miała czysto mizoginiczny charakter. Na szczęście nie słyszy się już od dawna takich rzeczy, więc ja też nie będę tu przytaczał owych „argumentów”. W każdym razie już wówczas miałem niekłamaną satysfakcję, mogąc na spotkaniu kolegium przytoczyć liczne dane statystyczne obalające niektóre przynajmniej z bardziej absurdalnych tez o intelektualnej niższości kobiet.

Właściwie nawet wygraliśmy to głosowanie w 1974 roku, co pozwoliło zmienić status kolegium i przynajmniej dopuścić przyjmowanie kobiet na pierwsze lata studiów. Tyle że — tak to już bywa przy demokratycznych procedurach — nasze zwycięstwo musieliśmy opłacić drobnym, jak wówczas sądziliśmy, ustępstwem. Zgodziliśmy się na to, że w osobnym głosowaniu zostanie rozstrzygnięte, od kiedy rekrutacja studentek rzeczywiście zostanie uruchomiona. Założyliśmy, że kolejne głosowanie też pójdzie po naszej myśli. Tak się jednak nie stało. Może ci z naszych oponentów, którzy zaproponowali powtórne głosowanie, sprytnie przewidzieli, że ich główny przeciwnik będzie na nim nieobecny (urlop naukowy w Stanach). Nie wiem. Niemniej skutek był taki, że New College nie znalazł się nawet w gronie pierwszych pięciu męskich kolegiów, które otworzyły swoje podwoje dla kobiet, mimo że był jednym z tych, które najwcześniej wprowadziły do swojego statutu odpowiednie zmiany (i pierwszym (!) — i to jeszcze na długo przed moimi czasami — który rozważał taką ewentualność).

Jakkolwiek zmiana statutu nie umożliwiła nam przyjmowania kobiet na studia, to mogliśmy już głosować nad kobiecymi kandydaturami na członków kolegium. Niestety — pierwsza kobieta, którą wybraliśmy, jakkolwiek wybitna specjalistka w swojej dziedzinie, sama zachowywała się jak najgorszy mizogin. Bezlitośnie sekowała i studentki, i pracowniczki naukowe (wiem to od jednej z jej współpracownic, z którą się przyjaźniłem). Z kolejnymi wyborami mieliśmy już jednak więcej szczęścia i dziś New College jest już otwartą koedukacyjną społecznością ze wszystkimi pożytkami, jakie z tego wynikają.

Rekrutacja

Jednym z najpoważniejszych i najtrudniejszych obowiązków, jakie przydzielono mi na Oksfordzie, było przyjmowanie młodych ludzi na studia biologiczne w New College. Najtrudniejsze było to, że musiałem regularnie odrzucać tak wielu naprawdę dobrych kandydatów — chętnych było po prostu zbyt wielu, a konkurencja nadzwyczaj ostra. Co roku, w listopadzie, ściągały do Oksfordu setki młodych, żądnych wiedzy ludzi. Przyjeżdżali tu ze wszystkich zakątków Wielkiej Brytanii (i nie tylko) na rozmowę wstępną, często w niedopasowanych (i zbyt cienkich jak na angielską zimę) garniturach. Widać było, że nie przywykli do takiego stroju i klimatu. Kolegia zapewniały im na ten czas mieszkania w pokojach studentów, z których większość rozjeżdżała się wtedy do domów na przerwę. Zostawało tylko kilku ochotników, którzy niczym „pasterze” opiekowali się przyjezdnymi, pokazywali im uczelnię i miasto i dbali, by poza chłodem nic więcej im nie dokuczało.

Poza rozmowami kwalifikacyjnymi czytałem też (przynajmniej póki praktyka ta była realizowana) odpowiedzi nadsyłane na oksfordzki „egzamin wstępny”. To był, muszę przyznać, nader dziwaczny i osobliwy kwestionariusz. Były tam na przykład pytania takie jak „Dlaczego zwierzęta mają głowy?” albo „Dlaczego krowa ma cztery nogi, a stołek do dojenia trzy?” (pytania też przygotowywałem, ale te akurat nie są moje). Ani w tym kwestionariuszu egzaminacyjnym, ani podczas rozmów wstępnych nie chodziło nam o sprawdzenie formalnej wiedzy potencjalnych kandydatów. W zasadzie trudno powiedzieć, co tak naprawdę testowaliśmy — inteligencję? Tak, ale raczej nie tę, którą mierzą testy IQ. Może bardziej „zdolność do konstruktywnego myślenia w kategoriach przydatnych w określonej dyscyplinie naukowej” (w moim przypadku oczywiście w biologii): myślenie lateralne, intuicja biologiczna, trochę może też „uczalność” — „Czy uczenie kogoś takiego będzie cennym doświadczeniem? Czy ten ktoś sam skorzysta ze sposobu uczenia promowanego w Oxbridge, w szczególności z unikalnego systemu tutorów?”.

Pora na dygresję. Za chwilę się okaże, dlaczego uznałem ją za ważną. Otóż w 1998 roku poproszono mnie, bym wręczył nagrodę zwycięzcy finału „University Challenge”. To organizowany przez BBC quiz wiedzy ogólnej, w którym mierzą się przedstawiciele różnych uniwersytetów (kolegia Oksfordu i Cambridge mają prawo wystawiać własnych reprezentantów). Poziom — nieprawdopodobnie wysoki. Żaden z teleturniejów, niezależnie od wysokości nagród, nie ma porównania. Wręczając w Manchesterze nagrody zwycięzcom (Magdalen College, Oksford, pokonał w finale Birkbeck, Londyn), powiedziałem (cytuję za Wikipedią, ale sam też mniej więcej tak to pamiętam):

Wraz z moimi kolegami prowadzimy w Oksfordzie kampanię mającą doprowadzić do zaprzestania posługiwania się wynikami testu A (A-level, ogólnokrajowy egzamin przeprowadzany na zakończenie szkoły średniej, sprawdzający wiedzę szczegółową) jako kryterium kwalifikacyjnym przyjęcia na studia. Chcemy go zastąpić „University Challenge”. Mówię całkiem poważnie! Typ umysłowości, który jest niezbędny, by tu wygrać — tu nie liczy się tylko wiedza — jest tym, czego tu chcemy. Chłonny, plastyczny umysł, który potrafi wykorzystać każdą sposobność, to właśnie coś, czego potrzeba na uniwersytecie. Również.

Opowiedziałem też wówczas historyjkę o pewnej studentce historii z Oksfordu, która nie potrafiła znaleźć Afryki na globusie. Gdy w rozmowie z jednym z moich kolegów stwierdziłem, że ta pani nigdy nie powinna zostać przyjęta na nasz (ani na żaden inny) uniwersytet, ten zaprotestował, mówiąc, że pewnie po prostu opuściła akurat tę lekcję z geografii. Otóż nie! Jeżeli ktoś musi się dowiadywać na lekcji geografii, gdzie leży Afryka — jeżeli, przeżywszy na świecie 17 lat, nie nabył takiej wiedzy przez osmozę albo po prostu ze zwykłej ciekawości — oznacza to, że osobnik ów nie odniesie żadnych korzyści z uniwersyteckiej edukacji. Nie ten typ umysłowości, by tak rzec. To oczywiście przykład krańcowy, niemniej dobrze ilustruje, dlaczego test wiedzy ogólnej w stylu „University Challenge” powinien być częścią naszych procedur kwalifikacyjnych; nie test wiedzy (wiadomości), ale właśnie wiedzy ogólnej, umiejętności myślenia. Taki papierek lakmusowy pozwalający ocenić chęć do nauki i umiejętność uczenia się (teachability).

Co ciekawe, moja sugestia nie jest tak do końca żartem. Wszak Oksford od dawna podejmował (i nadal tak czyni) wysiłki, by sprawdzać u kandydatów coś więcej niż tylko wąską wiedzę z obszaru, który chcą oni studiować. Stąd jedno z typowych pytań, jakie mógłbym zadać w czasie egzaminu (zaczerpnięte od Petera Medawara):

El Greco znany jest z tego, że malował wyjątkowo szczupłe i wydłużone postacie. Pojawiła się koncepcja, że to dlatego, iż miał wadę wzroku, która sprawiała, że widział wszystko rozciągnięte w pionie. Czy to wiarygodna teoria wyjaśniająca specyfikę jego stylu?

Niektórzy orientowali się natychmiast (tych oceniłbym najwyżej) — „Nie, to złe wyjaśnienie, bo przecież gdyby tak było, patrząc na swoje obrazy, widziałby postacie jeszcze bardziej rozciągnięte”. Inni początkowo mieli pewne problemy, ale wystarczyło parę wskazówek, by naprowadzić ich na właściwy tok rozumowania. Część sprawiała wtedy wrażenie zaintrygowanych, ale i też trochę złych na siebie, że nie dostrzegli pułapki. Takich ludzi również oceniałem wysoko, jako zdecydowanie „wyuczalnych”. Niektórzy się nie poddawali — „Może wada wzroku El Greco sprawiała, że jako wydłużone widział tylko odległe obiekty, na przykład modela, a już nie to, co miał bezpośrednio przed oczyma, na płótnie”. Taka próba również dobrze rokuje…

Byli jednak i tacy, którzy w ogóle nie potrafili zrozumieć, w czym problem, mimo że starałem się ich podprowadzić we właściwym kierunku. W tym przypadku zaznaczałem, że moim zdaniem mała jest szansa, by kandydat cokolwiek sobie na naszej uczelni przyswoił.

Postanowiłem trochę więcej napisać o pytaniach, jakie oksfordzcy tutorzy zadają na rozmowie wstępnej, z dwóch powodów. Po pierwsze takie rozmowy kwalifikacyjne i sztuka ich prowadzenia to temat ciekawy sam w sobie. Po drugie zaś, zdradzam tu kilka tajemnic akademickiej kuchni, bo może się to przydać tym młodym ludziom, którzy planują ubiegać się o przyjęcie na któryś z uniwersytetów przeprowadzających wciąż jeszcze takie rozmowy kwalifikacyjne (niestety jest ich coraz mniej).

Oto na przykład problem — analogiczny do „zagadki El Greco” — którym sam się czasem posługiwałem:

Dlaczego odbicie w lustrze zamienia prawą stronę z lewą, a nie odwraca obrazu do góry nogami? I czy jest to zagadnienie z obszaru psychologii, fizyki, filozofii, czy może jeszcze z innej dyscypliny?

Także i w tym przypadku chodziło mi o to, by przetestować „uczalność” studenta; zdolność do przeprowadzenia logicznego rozumowania, nawet jeśli ktoś nie potrafi rozwiązać zagadki natychmiast. Ta zresztą akurat jest wbrew pozorom całkiem trudna. Pomaga, jeśli posiada się umiejętność właściwego przeformułowania (reframe) problemu i pomyśli nie o lustrze, ale choćby o szklanych drzwiach, na przykład o drzwiach w hotelu z wielkim napisem LOBBY. Kiedy patrzymy na nie od środka, napis wygląda jak . Łatwiej ten efekt wyjaśnić w przypadku szklanych drzwi niż lustra, a potem już uogólnienie do odbicia zwierciadlanego to czysta fizyka. To doskonale ukazuje przydatność umiejętności przeformułowania problemu, by uczynić go rozwiązywalnym. Zawsze mogłem też komuś zwrócić uwagę, że obraz na siatkówce jest odwrócony, a mimo to widzimy świat prawidłowo, a nie postawiony na głowie. „I proszę mi to wyjaśnić…”.

Kolejny z moich ulubionych cykli pytań służył już przetestowaniu intuicji biologicznej. „Ilu masz dziadków i babć?” Czworo. „A pradziadków?” Ośmioro. „Prapra…?” Szesnaścioro. „To powiedz w takim razie, ilu twoich przodków żyło na świecie dwa tysiące lat temu, w czasach Chrystusa?”. Co błyskotliwsi natychmiast się orientowali, że nie można tak podwajać w nieskończoność, bo bardzo szybko liczba potencjalnych przodków przekroczy wielkość dzisiejszej populacji świata, czyli miliardy, a przecież w I wieku ludzi na pewno nie było aż tylu. Na tej podstawie już dość łatwo jest dojść do wniosku, że wszyscy musimy być ze sobą spokrewnieni i mieć jakiegoś wspólnego przodka, który żył stosunkowo niedawno. To pytanie można też postawić w inny sposób: „Jak daleko musielibyśmy cofnąć się w czasie, by trafić na kogoś, od kogo pochodzimy i ty, i ja?”. Do dziś pamiętam odpowiedź, jakiej udzieliła mi pewna młoda kobieta pochodząca z wiejskich regionów Walii. Usłyszawszy je, spojrzała na mnie nieprzejednanym wzrokiem i po chwili wycedziła: „Do małp!”. Nie dostała się na Oksford, ale nie z tego powodu…

Nie trafił też do nas ostatecznie inny młody człowiek, absolwent jednej z cenionych prywatnych szkół. Rozwalony w fotelu, wysłuchał mojego pytania, po czym, przeciągając nieco spółgłoski, stwierdził: „To chyba cholernie głupie pytanie”. (Gdy wracam myślami do tej sceny, wydaje mi się, że trzymał też nogi na stole, ale to chyba musi być fałszywe wspomnienie. Zapewne efekt wrażenia, jakie na mnie wywarł). W każdym razie tę ripostę na długo zapamiętałem. Muszę przyznać, że mi zaimponował, ale niestety konkurencja była tego roku wyjątkowo ostra, zarekomendowałem go więc mojemu wojowniczemu koledze z innego kolegium, który go przyjął. Młody człowiek wyjechał nawet później na badania terenowe do Afryki, gdzie ponoć marnie skończył, bo niestety zagapił się na szarżującego słonia.

Mój znajomy z filozofii z kolei miał inne ulubione pytanie, rzeczywiście dobre: „Skąd możesz wiedzieć, że w tym momencie nie śnisz?”. Inny posługiwał się następującą zagadką:

Pewien mnich [nie mam pojęcia, dlaczego to musiał być mnich; pewnie chodziło o dodanie kolorytu] wstawał o świcie i wyruszał długą, krętą ścieżką na szczyt pobliskiego wzgórza. Droga zabierała mu cały dzień. Gdy już dotarł na miejsce, spędzał tam całą noc w górskim szałasie, po czym o tej samej porze następnego ranka schodził tą samą ścieżką w dół. Czy możemy być pewni, że istnieje jakieś określone miejsce na ścieżce, w którym mnich znajdzie się w oba dni, schodząc i wchodząc?

Odpowiedź brzmi — tak, ale nie każdy na nią od razu wpada i nie wszyscy potrafią też wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Tymczasem znów wystarczy odpowiednio problem przeformułować. Wyobraź sobie po prostu, że w tej samej chwili, gdy nasz mnich zaczyna wspinać się na górę, inny rusza tą samą ścieżką ze szczytu w dół. To oczywiste, że obaj panowie muszą się spotkać o określonej porze w ciągu dnia. Zagadka bardzo mi się spodobała, ale jak mi się przynajmniej wydaje, nigdy nie wykorzystałem jej podczas rozmowy kwalifikacyjnej, ponieważ, gdy już się zna rozwiązanie, nic więcej nie da się zrobić. Nie tak jak przy „problemie El Greco”, odwróconym obrazie na siatkówce czy wreszcie pytaniu o sen. Niemniej i w tym przypadku mamy dobrą ilustrację pożytków, jakie wynikają z umiejętności przeformułowania problemu. Moim zdaniem to nader istotny aspekt „myślenia lateralnego”.

Pytaniem, którym nigdy się nie posłużyłem, choć w sumie dobrze nadaje się do przetestowania matematycznej intuicji kandydata, a ta bez wątpienia może się biologowi przydać (to nie to samo, zwracam uwagę, co umiejętności stricte matematyczne, jak biegłość w algebrze czy arytmetyce — co oczywiście też żadnemu biologowi co najmniej nie zaszkodzi), jest pytanie o to, dlaczego tak wiele oddziaływań — grawitacja, światło, fale radiowe, dźwięk… — podlega „prawu odwróconych kwadratów”: gdy oddalamy się od źródła sygnału, ich siła maleje proporcjonalnie do kwadratu odległości. Dlaczego tak się dzieje? Intuicyjnie można to wyjaśnić na przykład tak — każde oddziaływanie tego typu rozchodzi się równomiernie we wszystkie strony, jakby rozciągając się na wewnętrznej powierzchni rozszerzającej się sfery. Im większa jej powierzchnia, tym „cieniej rozsmarowane” jest analizowane oddziaływanie. Pole powierzchni kuli natomiast jest proporcjonalne do kwadratu promienia (co każdy powinien pamiętać z lekcji geometrii euklidesowej w szkole, a nawet potrafić to udowodnić; o to jednak podczas rozmów kwalifikacyjnych nie prosiłem). Stąd prawo odwróconych kwadratów — wystarczy matematyczna intuicja, nawet bez matematycznych manipulacji, a czegoś takiego właśnie oczekiwałbym od studenta biologii.

Rozpoczynająca się od takiego pytania dyskusja mogłaby rozwijać się już bez matematycznych odniesień, tylko pod kątem czysto biologicznych implikacji, znów by lepiej ocenić „uczalność” kandydata. Otóż na przykład samice jedwabnika przywabiają samców za pomocą chemicznych sygnałów — „feromonów” — których obecność samce potrafią wykryć nawet z wielkiej odległości. Czy prawo odwróconych kwadratów będzie działało i w tym przypadku? Zapewne tak, ale inteligentny student zauważy szybko, że przede wszystkim feromon może zostać poniesiony w określonym kierunku przez wiatr. To pierwsza modyfikacja. Nawet zresztą jeśli wiatru nie ma, może dodać bystry rozmówca, feromon nie będzie rozprzestrzeniał się „sferycznie”, bo połowa sfery jest niedostępna (ziemia!), a większość drugiej połowy jest zbyt wysoko. W tym momencie tutor może sięgnąć po kolejny przykład, niemal na pewno nieznany potencjalnemu studentowi. Otóż ze względu na zależność od ciśnienia i gradientu temperatury fale dźwiękowe przemieszczają się w morzu na pewnych głębokościach dalej (i z mniejszą prędkością) niż na innych. W jednej z takich warstw (nazywanej SOFAR lub Sound Channel) fala dźwiękowa odbijana jest od jej krawędzi, co oznacza, że rozchodzi się zdecydowanie bardziej pierścieniowo niż sferycznie. Wybitny ekspert od waleni (i znany działacz na rzecz ochrony przyrody) Roger Payne uważa, że jeśli wieloryb wystarczająco donośnie wykonujący swoją pieśń znajdzie się w tej warstwie, jego śpiew teoretycznie przynajmniej może być słyszalny nawet po drugiej stronie Atlantyku (co samo w sobie powinno zainspirować naszego rozmówcę). Pytanie — czy w przypadku wielorybich pieśni prawo odwrotności kwadratów też znajduje zastosowanie? Czy też, skoro obszar propagacji fali ma kształt bliższy pierścieniowi niż sferze, zasięg fali będzie raczej proporcjonalny do promienia niż do kwadratu promienia (jak wiemy, powierzchnia koła jest proporcjonalna do promienia). Tyle że nawet i w tym przypadku nie mamy przecież do czynienia z płaskim pierścieniem. Cóż, sensowną odpowiedzią na takie pytanie ze strony kandydata — ja przynajmniej bym jej przyklasnął — byłoby stwierdzenie: „Niestety, to zbyt skomplikowane zagadnienie, bym mógł się pokusić o rozstrzygnięcie go, kierując się wyłącznie intuicją. Lepiej zadzwońmy do jakiegoś fizyka”.

Zapewne jak większość moich kolegów tutorów poczuwałem się do szczególnej lojalności wobec kandydatów (niektórych przynajmniej), którzy trafili do mnie na rozmowę wstępną. Niestety — ponad połowę zawsze musiałem odrzucić, co często było nader przykrym doświadczeniem. W takich przypadkach dokładałem wszelkich starań, by przynajmniej tych najlepszych odrzuconych umieścić w którymś z innych oksfordzkich kolegiów, przekonując moich kolegów o niekwestionowanych zaletach rekomendowanych przeze mnie młodych ludzi. Czułem się wręcz urażony, gdy jakieś kolegium zdecydowało się ostatecznie przyjąć kogoś z własnej listy rezerwowej, ewidentnie o gorszych kwalifikacjach niż polecani przeze mnie kandydaci, których ja musiałem odrzucić wyłącznie z powodu ścisłego limitu liczby miejsc. Podejrzewam zresztą, że moi koledzy byli równie lojalni wobec „swoich” typów. System oksfordzki, w którym każde kolegium osobno przyjmuje kandydatów, jest, przyznam, trudny do obrony. Mam wręcz wrażenie, że samo jego skomplikowanie odstrasza kandydatów od starania się o przyjęcie i to w większym stopniu niż pozbawione już podstaw przekonanie, jakoby Oksford był „snobistycznym” uniwersytetem tylko dla bogaczy. Był taki kiedyś, to trzeba pamiętać, ale teraz jest raczej wręcz przeciwnie.

Przez większość życia wyglądałem na mniej lat, niż miałem (ten wątek jeszcze wróci, gdy będę opowiadał o moich telewizyjnych przygodach) i to doprowadziło do zabawnej sytuacji podczas którejś z sesji rozmów kwalifikacyjnych. Wymęczony i z kompletnie wysuszonym gardłem po całym dniu wywiadów z kandydatami na studia, postanowiłem wpaść do pubu Kings Arms, mieszczącego się dokładnie naprzeciwko New College. Czekałem na zamówione piwo, kiedy podszedł do mnie wysoki młody człowiek, objął przyjacielsko za ramię i tubalnym głosem spytał: „I jak ci dzisiaj poszło?”. Był to jeden z kandydatów, których rano interrogowałem. Najwyraźniej zapamiętał moją twarz, tylko że nie skojarzył jej wśród całego tłumu nowych twarzy, jakie widział tego dnia, i wziął mnie za jednego ze swoich konkurentów. W każdym razie Andrew Pomiankowski dostał się do New College, skończył studia z wyróżnieniem, zrobił doktorat w Sussex u Johna Maynarda Smitha i dziś jest profesorem genetyki ewolucyjnej w londyńskim University College. Jest jednym z wielu bardzo mądrych młodych ludzi, których miałem zaszczyt uczyć.

I może jeszcze jedna opowieść o wyjątkowym studencie, który doskonale wręcz przystawał do systemu tutorialnego. Miałem właśnie spotkanie w moim gabinecie w New College z kolejnym podopiecznym. Często, przyznam, moje rozmowy przeciągały się ponad przepisaną godzinę i tak było i tym razem. Następny w kolejce czekał już pod drzwiami. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że mam aż tak donośny głos. Perorowałem coś namiętnie na jakiś temat, kiedy drzwi się otworzyły i wkroczył ów oczekujący na swoją porę student, oświadczając kategorycznie: „Nie — z tym, co pan właśnie powiedział, absolutnie nie mogę się zgodzić!”. To był Simon Baron-Cohen i dziś jestem absolutnie pewien, że to on miał rację, a ja się myliłem. Obecnie jest profesorem Cambridge znanym na całym świecie ze swych pionierskich prac nad autyzmem (choć może mimo wszystko cieszy się mniejszą sławą niż jego kuzyn, skandalizujący, ale wielce zabawny aktor i reżyser Sacha Baron-Cohen).

Mój doktorant — a później w zasadzie nawet mój mentor — Alan Grafen, był gwiazdą już na studiach, choć on akurat przez pierwsze lata w New College nie był moim uczniem. Ale jego przyjaciel i bliski współpracownik Mark Ridley — tak. Nie tak matematycznie ukierunkowany jak Alan, ale również człowiek o olbrzymiej wiedzy, świetny znawca historii biologii o krytycznym umyśle, doskonały wykładowca i wyśmienity stylista. Napisał wiele wybitnych książek, w tym jeden z dwóch podstawowych podręczników ewolucji (to jedna z tych pozycji, które amerykańskie księgarnie ulokowane na uniwersyteckich kampusach zamawiają hurtem i ustawiają w stosach przy wejściu. Po czym domawiają nowe wydanie). Alan i Mark sporo pracowali razem, prowadzili nawet wspólnie badania terenowe nad albatrosami na jednej z wysp archipelagu Galápagos (z bardzo utalentowaną młodą naukowiec z Niemiec Catie Rechten). Alan opowiadał mi potem, że kiedy leciał z Markiem na Galápagos, w pewnym momencie bardzo zaintrygował go cichy, regularny pomruk dochodzący z sąsiedniego siedzenia. Okazało się, że to jego towarzysz po cichu recytuje sobie łacińską poezję. Cóż, cały Mark — jestem pewien, że potrafiłby też pisać eleganckie sonety. Również w bardzo markowym stylu były podziękowania dla profesora Southwooda, które zamieścił w swojej pierwszej książce. Profesor, jak tam napisał, był promotorem jego pracy doktorskiej, „gdy Richard Dawkins miał urlop naukowy na Plantacjach”. „Plantacje” to Floryda.

Mark często bywa mylony ze swoim studiującym w tym samym czasie na Oksfordzie rówieśnikiem Mattem Ridleyem (nie są spokrewnieni, aczkolwiek, jak sprawdził Matt, należą do tej samej „grupy rodowej” chromosomu Y). Przyjaźnię się z oboma i obaj są równie wybitnymi biologami, jak pisarzami. Redaktor jednego z czasopism dał im kiedyś — nie uprzedzając — do „krzyżowej” recenzji nowe książki „imiennika”. Obie były entuzjastyczne, a Mark dodał jeszcze, że kolejna książka Matta „będzie stanowić doskonałe uzupełnienie do ich wspólnego CV”.

Zawsze gdy moi oksfordzcy podopieczni kończyli swój pierwszy okres (pierwsze trzy lata studiów), bardzo poważnie podchodziłem do przygotowania ich do końcowych testów. Amerykańscy studenci zwykle każdy semestr kończą egzaminem, a na niektórych kursach są nawet egzaminy śródsemestralne. Na Oksfordzie jest zupełnie inaczej. Poza nieformalnym testem zwanym Collections, który poszczególne kolegia organizują we własnym zakresie, żeby sprawdzać postępy swoich studentów, ale który w zasadzie nie ma oficjalnego umocowania, większość studentów Oksfordu nie musi zdawać żadnego egzaminu ani na drugim, ani na trzecim roku. Wszystko jest za to upakowane na koniec trzeciego roku w budzące grozę finals, których wagę dodatkowo podkreśla ściśle egzekwowany dress code. Obowiązuje jednolity, uniwersytecki strój, od czego nie toleruje się żadnych odstępstw. Za moich czasów był to ciemny garnitur i biała muszka dla mężczyzn, ciemna spódniczka, biała bluzka i czarny krawat dla kobiet, do tego czarna akademicka toga i czarny biret. Jedyna zmiana nastąpiła w 2012 roku, kiedy władze Uniwersytetu znalazły ładny sposób na „odpłciowienie” tego rytuału, czyli odejście od politycznie nieakceptowalnego już narzucania ról płciowych. Wprowadzono wtedy zasadę, że „studenci mogą nosić strój tej płci, z którą się identyfikują”.

Do atmosfery zastraszenia, jaką może wywoływać taka przymusowa uniformizacja, dochodzi jeszcze ścisła inwigilacja wszystkich zdających. Na przykład egzaminowany może udać się do toalety tylko w towarzystwie „strażnika” (tej samej płci oczywiście), który ma dopilnować, by ten nie miał możliwości skorzystania z ewentualnie ukrytych tam ściągawek. Faktem jest, że w czasach, gdy i mnie zdarzało się już pilnować na egzaminach, raczej nie przeszukiwaliśmy ani studentów, ani kabin… Z drugiej strony w moich czasach nie było jeszcze smartfonów…

Cały sztafaż egzaminu końcowego w pewnym sensie służyć ma zastraszeniu zdających i załamania nerwowe istotnie się w tym czasie zdarzają. David McFarland, tutor psychologii z Balliol College, opowiadał mi kiedyś, że zadzwonił do niego jeden z nadzorujących egzamin pracowników uniwersytetu, by poinformować, że: „Niepokoimy się o pańskiego ucznia, pana X. Stawia coraz większe litery. Teraz już każda ma ponad trzy cale”.

Uważałem zawsze, że moim obowiązkiem jako tutora są regularne i częste spotkania z podopiecznymi, zwłaszcza w ostatnim semestrze. Chodziło o to, by pomóc im w przygotowaniach do egzaminów końcowych i pokazać, jak i do czego mają się uczyć. Często zbierałem na przykład całą grupę w swoim gabinecie i trenowaliśmy technikę zdawania egzaminu. Zachowywałem się jak rasowy coach i nawet tworzyłem dla nich testowe pytania. Uczyłem też zarządzania czasem. Na każde pytanie dawałem im tylko godzinę. To istotne ograniczenie, bowiem w części pisemnej egzaminu końcowego każdy zdający musiał wybrać trzy tematy z dwunastu i łącznie miał trzy godziny na napisanie prac o nich. Podczas naszych „sesji treningowych” niemal wymuszałem na studentach, by twardo trzymali się limitów czasowych — trzy godziny, trzy prace, zatem tylko godzina na każdy temat. Może nawet trochę przesadzałem, ale chciałem ostrzec ich przed pułapką, w jaką w egzaminacyjnym stresie wpadało wielu zdających — poświęcali większość czasu na pisanie o tym, co ich najbardziej interesowało i na czym znali się najlepiej, a na pozostałe pytania tego czasu już nie starczało.

„Wyobraź sobie — mówiłem — że jesteś najwybitniejszym na świecie specjalistą w jakiejś dziedzinie. Gdy masz ograniczony czas, po prostu nie możesz napisać wszystkiego, co wiesz”. Przywoływałem w tym momencie piękną metaforę góry lodowej Ernesta Hemingwaya. Otóż dziewięć dziesiątych takiej góry znajduje się pod wodą. Tej części nie widać. „Jeśli znasz się na czymś doskonale — tłumaczyłem — możesz opowiadać o tym tygodniami. Ale ty masz tylko godzinę! Zatem przebiegle ukaż tylko wierzchołek góry swojej wiedzy i niech egzaminator sam oceni, jak wiele musiałeś ukryć. Na przykład stwierdzenie «Abstrahując od zastrzeżeń, jakie sformułowali Brown i McAlister…» sugeruje, że gdybyś tylko miał dość czasu, bez wątpienia z owymi krytykami (których prace świetnie znasz) doskonale byś sobie poradził. Nie rób jednak tego, bo gdy zaczniesz zbyt mocno wgłębiać się w temat, nie dasz rady zająć się pozostałymi górami, które też masz pokazać. Odpowiednia wzmianka, posłużenie się właściwym nazwiskiem we właściwym kontekście wystarczą; osoba sprawdzająca twoją pracę wypełni luki sama”.

Powinienem jednak w tym momencie dodać, że technika góry lodowej działa tylko dlatego, że zakładamy, iż czytelnik (egzaminator w tym przypadku) dysponuje odpowiednią wiedzą. Jest natomiast strategią wyjątkowo paskudną na przykład w instrukcjach użytkownika, kiedy autor wie, o czym pisze (i jakie informacje ma przekazać), czytelnik natomiast nie. Steven Pinker w świetnej książce Piękny styl bardzo mocno to podkreśla i pisze wręcz o „przekleństwie wiedzy”. Ostrzega, że gdy próbujemy wyjaśnić coś osobie dysponującej mniejszą niż my wiedzą, technika góry lodowej jest wręcz przeciwskuteczna. Sprawdza się na egzaminie, ale przecież w takiej sytuacji można raczej bezpiecznie założyć, że czytelnik-egzaminator musi już sporo wiedzieć. A przynajmniej powinien…

Kiedy sam przygotowywałem się do egzaminu końcowego, mądry Harold Pusey też zorganizował dla nas taki grupowy coaching i wśród wskazówek, jakie nam dał, również znajdowała się technika góry lodowej, tyle że on posłużył się inną metaforą — wystawy sklepowej. Równie dobrą — dobrze przygotowana wystawa nie może być przeładowana. Kilka dobranych ze smakiem przedmiotów, właściwie wyeksponowanych, stwarza pokusę, by obejrzeć przebogatą ofertę, która skrywa się w środku. Dobry projektant nigdy nie wystawia wszystkiego w oknie.

Kolejna wskazówka pana Puseya (Tak! Pana Puseya! To był przedstawiciel starej akademickiej szkoły. Nigdy nie zależało mu na zrobieniu doktoratu), którą również wiernie przekazałem moim studentom, brzmiała — kiedy dostaniesz spis tematów i znajdziesz swój ulubiony, nie zaczynaj od razu pisania. Najpierw wybierz wszystkie trzy, które musisz omówić. Potem, nim jeszcze przystąpisz do pracy, na trzech różnych kartkach zrób plan dla każdej odpowiedzi. Jak się przekonasz, gdy już zaczniesz pierwszy temat, podczas pisania będą ci też przychodzić do głowy różne rzeczy związane z kolejnymi zagadnieniami. Trzeba je wtedy zapisać na właściwej kartce. Gdy przystąpisz do następnych poleceń, okaże się, że spora część pracy jest już za tobą. I to jakby w doliczonym czasie (mam wrażenie, że ta porada może też przydać się amerykańskim studentom zdającym Advance Placement).

Nie miałem jednak odwagi przekazać moim podopiecznym kolejnej porady Harolda. Otóż tłumaczył on nam, by darować sobie ślęczenie nad powtarzaniem materiału na tydzień przed egzaminem. Lepiej spędzić ten czas nad rzeką, pływając łódką, i niech to wszystko z człowieka spłynie… Inną wskazówkę jednak powtarzałem — przez ten okres, gdy zdajesz końcowe egzaminy w Oksfordzie, masz pewnie w głowie więcej skondensowanej wiedzy niż w jakimkolwiek innym momencie swojego życia. Twoja zadanie przez te kilka tygodni polega na tym, by ową wiedzę, powtarzając, usystematyzować: szukaj powiązań i zależności między jej różnymi obszarami.

Gdy pracowałem na Wydziale Zoologii, co jakiś czas sam też musiałem zasiadać w komisji egzaminacyjnej. To bardzo odpowiedzialne zajęcie (pominąwszy już nawet, jak czaso- i pracochłonne). Przede wszystkim nieustannie jesteś świadom, że w twoich rękach leży decyzja o całym przyszłym życiu obiecujących i pełnych entuzjazmu młodych ludzi. Zresztą do pewnego stopnia niesprawiedliwość jest już wbudowana w sam system egzaminacyjny. Chociażby to, że efektem finalnym jest podział studentów na trzy odrębne kategorie, od najwyższej do najniższej, a wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że tych z dołu wyższej kategorii różni od najlepszych z niższej znacznie mniej niż od najlepszych w swojej kategorii. Pisałem zresztą na ten temat w artykule The tyranny of the discontinuous mind (kiedy gościnnie redagowałem „New Statesman”; więcej na ten temat w e-apendyksie) i tu już go nie będę rozwijał, zwłaszcza że są też inne problemy, z którymi każdy egzaminator może — i powinien — coś zrobić. Czy na przykład sama kolejność sprawdzania prac nie ma wpływu na ocenę? Czy nie stajemy się zmęczeni, czytając tak godzinami tekst po tekście, a w efekcie, wskutek wyczerpania, nie zaczynamy zaniżać — lub zawyżać — ocen? Nawet zresztą jeśli to nie jest fizyczne zmęczenie, to czy nie działa tu zwykłe znudzenie, choćby tym, że trzeba przeczytać ileś tam prac z odpowiedziami na te same, najpopularniejsze pytania, więc z konieczności niemal identycznych? Czy to nie daje nieuzasadnionej przewagi tym kandydatom, którzy wybierają tematy mniej popularne? A może zyskują ci, których czytasz na końcu?

Starałem się walczyć z „efektem kolejności”, wykorzystując najrozmaitsze sztuczki, które każdy biolog poznaje, gdy uczy się projektować eksperymenty. Na przykład nie czytałem po kolei trzech prac pierwszego zdającego, potem trzech prac drugiego i tak dalej. Zamiast tego lepiej czytać najpierw wszystkie pierwsze prace, potem drugie… Jeszcze lepiej zresztą sprawdzać je w losowej kolejności. A co z charakterem pisma — czy nieświadomie nie dajemy się uwieść starannie stawianym literom, a żywimy uprzedzenia wobec tych, co bazgrzą jak kura pazurem? A przecież taka umiejętność (ani taka przypadłość) nie mają żadnego wpływu na jakość wykształcenia. Moja pierwsza żona Marian też bywała członkiem komisji egzaminacyjnej na naszym wydziale w tych samych latach, co ja. Eksperymentowaliśmy wtedy z czytaniem sobie wzajem prac studentów na głos, właśnie by wyeliminować „efekt charakteru pisma”. Ta metoda miała też inne plusy. Po przeczytaniu każde z nas w jednym momencie („na trzy”) wpisywało ocenę, na którą naszym zdaniem praca zasługiwała. Gdy się zgadzały, mieliśmy pewność, że się nie mylimy. Zresztą i tak wszystkie oksfordzkie egzaminy czytane są niezależnie przez dwie osoby — to samo w sobie stanowi pewne zabezpieczenie przed niesprawiedliwą oceną i uprzedzeniami. Poza tym dziś (ta zasada nie obowiązywała jeszcze, gdy ja bywałem egzaminatorem) tożsamość zdającego jest kodowana i sprawdzający widzi tylko przypisany mu losowy numer. To chroni przed czysto personalnymi uprzedzeniami (w jedną i drugą stronę), co jest istotne zwłaszcza na tak małych wydziałach jak zoologia, gdzie praktycznie wszyscy pracownicy znają wszystkich studentów.

Z problemem „efektu kolejności” miałem też do czynienia w innych sytuacjach niż egzaminy końcowe, a mianowicie jako członek różnych ciał kolegialnych, których zadaniem było przyjmowanie nowych wykładowców bądź członków kolegium albo też wręczanie nagród i wyróżnień. Na przykład Royal Society przyznaje corocznie Michael Faraday Prize — nagrodę za promowanie nauki dla szerokiej publiczności. Mnie to wyróżnienie spotkało w 1990 roku i jako zdobywca nagrody zostałem później włączony w skład komitetu decydującego, komu ma być ona przyznana. Członkostwo nie było stałe, tylko pięcioletnie, a ja przez trzy ostatnie lata swojej kadencji pełniłem funkcję przewodniczącego. Już przez pierwsze dwa lata pracy w tym gremium niepokoiła mnie myśl, że efekt kolejności wpływa na nasze wybory. Obowiązywała wtedy następująca procedura — otrzymywaliśmy dossier każdego kandydata, zawierające jego życiorys i listy popierające. Na razie wszystko dobrze. Potem komitet dyskutował nad poszczególnymi kandydaturami, tyle że w stałym porządku (zapewne alfabetycznym, co sprawę jeszcze pogarsza, ale o tym później). Oczywiście jakaś kolejność musi zostać przyjęta i niezależnie od reguły, która ją określa, pewien „efekt kolejności” zawsze występuje. Łatwo było zauważyć na przykład, że nad pierwszymi dossier dyskutowaliśmy znacznie dłużej, a potem, w miarę jak zbliżał się wieczór, kolejnym poświęcaliśmy coraz mniej uwagi. Niestety, bywało tak również wtedy, gdy na początku lądował kandydat, który tak naprawdę i tak nie miał żadnych szans, my jednak wgłębialiśmy się w jego zasługi w najdrobniejszych detalach, a potem nie starczało czasu na pełne omówienie naprawdę dobrych kandydatur.

Kiedy zostałem wybrany na przewodniczącego, wprowadziłem nowy system, który z czystym sumieniem mogę zarekomendować wszelkim tego typu ciałom, dlatego pozwolę go tu sobie szczegółowo opisać. Otóż wprowadziłem zasadę, że zanim rozpoczniemy dyskusję plenarną, każdy z nas czyta wszystkie dossier i wypisuje na kartce nazwiska trzech kandydatów, o których chciałby rozmawiać w pierwszej kolejności, przydzielając im też od razu punkty — trzy dla osoby, której kandydaturę, jak uważa, warto omówić jako pierwszą, potem dwa i jeden. Na samym początku posiedzenia zbierałem od wszystkich te kartki, zliczałem, ile punktów kto otrzymał, i tak wyłaniała się kolejność dyskutowania kandydatur. Wcześniej jednak dobitnie wyjaśniałem, że to nie jest żadne wstępne głosowanie — że chodziwyłącznie o określenie porządku, w jakim omawiane będą kandydatury, tyle że nie będzie to porządek alfabetyczny (ani odwrócony alfabetyczny, od Z do A, stosowany czasem, by zniwelować przewagę, jaką automatycznie uzyskują ludzie z nazwiskami zaczynającymi się na pierwsze litery alfabetu; to chwalebna strategia, ale niestety równie nieskuteczna), lecz kolejność zdeterminowana przez określone preferencje naszej grupy. Oczywiście też arbitralna, ale przynajmniej z logicznym kryterium, jakim było nasze wcześniejsze tajne głosowanie. Po zakończeniu dyskusji zarządzałem kolejne (też tajne) głosowanie, by wybrać ostatecznego zwycięzcę. Mógł nim być ten, który wygrał na początku, ale wcale niekoniecznie — po wyczerpującej dyskusji część ludzi mogła przecież zmienić zdanie. Przy starym systemie większość czasu marnowaliśmy na kandydatów, którzy i tak nie mieli żadnych szans. Nowy sprawił, że mogliśmy omawiać wyczerpująco — i w sensownej kolejności — te kandydatury, które nie stały od razu na straconej pozycji.

Wicedyrektor (Sub-Warden)

Uczestnictwo w pracy komitetów wybierających nowych wykładowców i członków kolegium było jednym z poważniejszych obowiązków, jakie wypełniałem na Oksfordzie. Miałem też inne — finansowe, wychowawcze, porządkowe. To prosta konsekwencja faktu, że członkostwo w którymkolwiek z oksfordzkich kolegiów oznacza też udział w zarządzaniu wielką instytucją charytatywną i podejmowanie decyzji o inwestycjach i wydatkach, a w przypadku instytucji tak zamożnej jak New College w grę wchodziły naprawdę duże sumy. Poza tym członkowie kolegium są zbiorowo odpowiedzialni za bezpieczeństwo i warunki bytowe studentów, a także za przestrzeganie przez nich dyscypliny oraz — między innymi — za utrzymywanie w należytym stanie kolegialnej kaplicy i innych zabytkowych średniowiecznych budynków. Wybieraliśmy spośród siebie osoby odpowiedzialne za te sfery działania kolegium, ale szczęśliwie — i bardzo mądrze — mnie nigdy żadne stanowisko nie zostało przydzielone (byłbym wyjątkowo kiepskim zarządcą!). Jest jednak funkcja, przed której sprawowaniem żaden członek New College nie może się uchylić — wicedyrektor. Inne oksfordzkie kolegia mogą sobie wybierać własnych wicedyrektorów (Vice-Warden, Vice-Master, Vice-Principal, Vice-Provost — zależnie od tego, o którym z kolegiów mówimy; paleta tytułów przełożonego jest szeroka) i staje się nim ktoś, kogo pozostali szanują na tyle, by wybrać go na tak ważne stanowisko. New College rządzi się własnymi prawami — my nie wybieramy wicedyrektora; to stanowisko to przymusowe brzemię, które co rok dźwiga na swych barkach kolejny (decyduje czas przyjęcia) nieszczęśnik spośród członków kolegium. U nas z tytułem wicedyrektora nie wiążą się ani zaszczyty, ani szacunek kolegów. Każdego roku — aż do 1989, gdy wyrok wreszcie padł na mnie — mogłem tylko czekać, kiedy przyjdzie mój czas. Egzekucja nieuchronnie się zbliżała, gdy tylko ktoś z listy powyżej mnie ubywał — umierał albo, co zdarzało się znacznie częściej, odchodził na profesurę gdzie indziej. „Nieuchronnie”, bo tak naprawdę panicznie się tej chwili bałem.

Uciążliwość powinności wicedyrektora w pewnym przynajmniej stopniu rekompensuje ich ograniczenie w czasie — to w sumie tylko rok. Niemniej przez ten rok byłem zobligowany do uczestniczenia we wszystkich spotkaniach wszystkich komitetów, podkomitetów i komisji (również rozpatrujących kwestie kadrowe i personalne), a podczas zebrań całego kolegium do moich obowiązków należało protokołowanie. W sumie całkiem dobrze się bawiłem, przygotowując protokoły tak, by rozbawić też moich kolegów — przynajmniej tych, którzy je czytali (dalece nie wszyscy, jak się szybko przekonałem). Zastępca dyrektora musi też objąć przewodnictwo obrad, kiedy sam dyrektor (Warden) jest nieobecny lub też gdy temat posiedzenia bezpośrednio go dotyczy. To wiąże się ze szczególną odpowiedzialnością, kiedy przedmiotem obrad jest wybór nowego dyrektora, ponieważ to jego zastępca odpowiada wtedy za całą procedurę głosowania. Na szczęście za mojej kadencji coś takiego się nie zdarzyło. Czterokrotnie uczestniczyłem w wyborach dyrektora jako członek New College i szczęśliwie za każdym razem funkcję wice- pełnił w tym momencie ktoś, kto dobrze się do tej roli nadawał albo potrafił do niej dorosnąć. No, może raz było inaczej, ale za pomocą zakulisowych rozgrywek udało się doprowadzić do tego, że aktualny wice-, osobnik niezbyt stabilny emocjonalnie, by nie powiedzieć, że zwykły mizantrop, został na kluczowy czas zastąpiony przez osobę cieszącą się zaufaniem całego zespołu. Jak mówię, miałem szczęście — o moim braku politycznego wyrobienia niech świadczy fakt, że w trzech na cztery elekcje, w których uczestniczyłem, „mój” kandydat przegrywał w ostatniej turze.

Jako wicedyrektor prezydowałem też podczas uroczystych kolacji w kolegium i do moich obowiązków należało odmówienie modlitw przed (Benedictus benedicat) i po (Benedicto benedicatur). Jeden z moich poprzedników na tym stanowisku, historyk starożytności Geoffrey de Ste Croix, powołując się na konflikt sumienia, odmawiał prowadzenia modlitw (określał się jako „umiarkowanie wojujący ateista”). Konsekwentnie jednak, kierując się zasadą wolności sumienia, ustępował na ten czas miejsca komuś, kto modły odmawiał zamiast niego. Pamiętam jak kiedyś, gdy byłem gościem na uroczystej kolacji w naszym siostrzanym King’s College, rolę gospodarza pełnił niezrównany Sydney Brenner, jeden z ojców-założycieli genetyki molekularnej i laureat Nagrody Nobla (w jego przypadku w pełni zasłużonej, a bywa różnie…). Sydney poprosił wszystkich zgromadzonych o powstanie, po czym zwrócił się do najbliższego sąsiada: „Doktorze X, czy byłby pan łaskaw zmówić modlitwę?”. Ja jednak zostałem wychowany w innej szkole — pod tym względem jestem uczniem wielkiego filozofa sir Alfreda Ayera. On, gdy był wicedyrektorem New College, bez żadnych oporów intonował wspólne modły: „Nigdy nie skłamię, ale nie mam żadnych obiekcji przed wypowiadaniem sądów, które nie mają żadnego sensu”.

Kiedyś bardzo ostro zaatakowała mnie za to Julia Neuberger, jedna z najbardziej znanych brytyjskich rabinek, odznaczona najwyższymi brytyjskimi orderami członkini Izby Lordów, ciesząca się doskonałą opinią w „wyższych sferach”. Siedzieliśmy akurat koło siebie na jakimś dość formalnym lunchu i kiedy przyznałem, że bez oporów prowadziłem modły w New College, z furią oskarżyła mnie o hipokryzję. Zaoponowałem, argumentując, że jakkolwiek modlitwa może znaczyć wiele dla niej, dla mnie to coś bez znaczenia, z czym mam więc walczyć? To po prostu sprawa dobrego wychowania, uprzejmy gest — coś jak zdjęcie butów przed wejściem do hinduistycznej lub buddyjskiej świątyni. Wreszcie, dodałem, to oznaka szacunku dla odwiecznej tradycji (choć tak naprawdę nie byłem i nie jestem pewien owej „odwieczności”. Czy przypadkiem, jak wiele „odwiecznych” tradycji, Benedictus benedicat nie wywodzi się z XIX wieku?).

Innym razem, po dyskusji w Wellington College, w której oprócz mnie uczestniczyli między innymi biskup Oksfordu, filozof A.C. Grayling i dziennikarz Charles Moore (który z jakichś powodów zaopatrzył się na tę okazję w dwie śrutówki), gospodarze zaprosili nas na kolację. Przełożony kolegium, sam Anthony Seldon, uprzejmie poprosił mnie, bym przed posiłkiem odmówił jakąś świecką modlitwę dziękczynną. Wezwany tak z nagła do odpowiedzi, nie wymyśliłem nic lepszego niż „Za wszystkie te dary, które wkrótce spożyjemy, dziękujemy ci, kucharzu”.

Najnudniejszym chyba z obowiązków wicedyrektora było przygotowywanie mów na najrozmaitsze okazje, najczęściej powitalnych dla nowych członków kolegium i pożegnalnych dla tych, którzy nas opuszczali. To chyba właśnie tych mów najbardziej się obawiałem, gdy uświadamiałem sobie, że nieuchronnie zbliża się moja tura, zwłaszcza że na żywo słuchałem wielokrotnie w tej roli mówców wyjątkowo marnych, ale i naprawdę dobrych. Gdy już padło na mnie, jakoś sobie poradziłem, choć kosztowało mnie to sporo pracy. Wszystkie wystąpienia starannie przygotowywałem i to nie sam — nieocenionym pomocnikiem była dla mnie Helena Cronin, filozofka i historyk nauki z London School of Economics, a przede wszystkim osoba o wiele bardziej dowcipna ode mnie. Bardzo blisko wówczas współpracowaliśmy, pomagając sobie wzajem przy pisaniu książek. Wrócę zresztą jeszcze do tego wątku.

Przygotowywanie wystąpień powitalnych dla nowych członków kolegium było trudne między innymi z racji tej ich nowości — nie znaliśmy ich i trzeba było polegać na materiałach dostarczonych wraz z CV. W curriculum vitae przyjętej właśnie na prawo Suzanne Gibson przeczytałem natomiast, że jako naukowca szczególnie interesuje ją „ciało […] jako struktura wizualna i narracyjna”. Nie mogłem sobie darować, a przy tym miałem niezłą zabawę, gdy w mowie powitalnej wcieliłem się w rolę obrońcy, wyedukowanego za parę lat przez nowe kadry prawa New College:

Wysoki sądzie! Mój szacowny kolega przedstawił właśnie dowody, że widziano mojego klienta, jak nocą zakopywał ciało. To prawda, panie i panowie przysięgli, ale jak zaraz wykażę, ciało to jedynie struktura wizualna i narracyjna. A czy można kogoś skazać wyłącznie za zakopanie struktury wizualno-narracyjnej?!

Na szczęście Suzy miała poczucie humoru. Potem nawet się zaprzyjaźniliśmy. Kolejnym „nowicjuszem”, którego witałem tego wieczoru, był Wes Williams, romanista i bardzo cenny nabytek dla kolegium, jak się później okazało. Mieliśmy już u siebie dwóch Williamsów, tego więc zaanonsowałem tak:

Przez długie lata mieliśmy u siebie tylko jednego Williamsa. Było ciężko i mam wrażenie, że zbyt długo czekaliśmy na to, by załatwić sobie drugiego. Niemniej udało się, a dziś z dumą mogę powiedzieć, że możemy przywitać w gronie członków New College również trzeciego Williamsa. Oficjalnie oświadczam przy tej okazji, że od tej pory przy wszystkich przyszłych wyborach zawsze będzie rozpatrywana kandydatura co najmniej jednego Williamsa. Tego wymaga od nas fair play.

Wszystkie te mowy powitalne wygłaszane były zawsze podczas tak zwanych deserów. To dość dziwaczny obyczaj, kultywowany chyba w większości kolegiów Oxbridge, za którym zresztą nigdy nie przepadałem. Z grubsza wygląda to tak, że po kolacji członkowie kolegium zbierają się w bocznej sali, wokół stołu (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) krążą karafki i butelki z porto, winami bordoskimi i reńskimi, a młodsi pracownicy roznoszą orzechy, owoce i czekoladki. New College miał do tego własne oryginalne uzupełnienie w postaci dziwacznej „tradycji” (XIX-wiecznej, jak łatwo się domyślić), zwanej „port railway” (pociągiem porto) — butelki i karafki podawano też nad płonącym pośrodku sali kominkiem. Do tego dochodziła jeszcze tabaka, aczkolwiek mimo że wędrowała po sali, w mojej epoce mało kto już jej zażywał, zwłaszcza od czasu, gdy pewien mocno już posunięty w latach i dawno emerytowany członek kolegium tak donośnie się rozkichał, że niemal przez cały wieczór zagłuszał wszystkie rozmowy.

Jakkolwiek wicedyrektor nie musi już (na szczęście — w innych kolegiach to się zdarza) rozsadzać wszystkich członków kolegium i ich gości podczas „deseru”, to oczekuje się, że będzie pełnił honory domu i bawił towarzystwo. Zwykle mi się to udawało, ale pamiętam jeden nader trudny wieczór. Pomagałem wszystkim znaleźć sobie jakieś miejsce, gdy nagle atmosfera mocno się zagęściła. Coś było nie tak. Istotnie — sir Michael Dummett, bez wątpienia wybitny filozof, następca Freddiego Ayera na stanowisku Wykeham Professor of Logic, wielce zasłużona persona walki z rasizmem, światowy autorytet w dziedzinie gier karcianych i teorii wyborów, był też niestety prawdziwym cholerykiem. Kiedy się wściekał, stawał się jeszcze bledszy niż zwykle, co sprawiało — choć może to już tylko moja rozgorączkowana wyobraźnia — że z białej jak kreda twarzy błyskały tylko czerwone oczy. Przerażający widok! Niemniej taki właśnie miałem przed sobą, a moim obowiązkiem jako wice- było rozwiązywanie podobnych problemów. Złowrogi pomruk przeszedł nagle we wściekły wrzask: „Jeszcze nigdy mnie tak nie obrażono! Jest pan człowiekiem kompletnie pozbawionym dobrych manier. Na pewno kończył pan Eton!”. Celem tych obelg na szczęście nie byłem ja, lecz nieco ekscentryczny, ale błyskotliwy specjalista od historii klasycznej Robin Lane Fox. Przerażony i skonsternowany, próbował dowiedzieć się, o co chodzi sir Michaelowi: „Ale co się stało? Co ja zrobiłem?”. Sam też się nie zorientowałem, zwłaszcza że — jako gospodarz wieczoru wiedziałem o tym — panowie siedzieli niemal najdalej od siebie, jak to możliwe. Dopiero później wszystko mi wyjaśniono. Otóż cała rzecz zaczęła się podczas lunchu. To nie jest w kolegium żaden formalny posiłek, obowiązuje samoobsługa i każdy siada tam, gdzie chce; zwykle decyduje kolejność przyjścia. Tego dnia Robin zauważył, że jedna z nowo przyjętych członkiń nieśmiało rozgląda się za wolnym miejscem. Chcąc zachować się uprzejmie, wskazał jej dostępny stolik, pech chciał jednak, że do tego właśnie krzesła dokładnie w tym momencie zmierzał sir Michael. Uznał to za zniewagę i dusił ją w sobie cały dzień, ale wieczorem już nie wytrzymał i wybuchł. Wszystko zresztą zakończyło się szczęśliwie, o czym — stosunkowo niedawno — doniósł mi sam Robin. Parę dni po tym nieprzyjemnym incydencie profesor Dummett zaprosił go do siebie i nader uprzejmie przeprosił, dodając, że jest ostatnią osobą w całym kolegium, którą chciałby urazić. Niemniej wciąż się cieszę, że to nie ja stałem się ofiarą napadu wściekłości sir Michaela, co spokojnie mogło się zdarzyć, zważywszy, że był on żarliwym (rzymskim) katolikiem i krzewił swoją wiarę z zapałem neofity.

To oczywiście nie ma żadnego znaczenia, ale Robin Lane Fox istotnie był absolwentem Eton. Szerszej publiczności jest zresztą znany raczej nie jako historyk, tylko autor działu poświęconego ogrodom w „Financial Times” oraz książki Better Gardening. W publikacji tej po rozdziale „Better Trees” („Lepsze drzewa”) znajdziemy rozdział „Better Shrubs” („Lepsze krzewy”), rozpoczynający się uroczo wręcz anachronicznym i charakterystycznym dla stylu Robina wprowadzeniem:

Schodząc z gałęzi na poziom lepszych krzaków, nie zamierzam jednak porzucić czasów, gdy świat był młody i dinozaury przechadzały się wśród metasekwoi. Gdzie zresztą przedstawiciel wymierającego gatunku, który reprezentuję, czyli wykładowca historii starożytnej na Oksfordzie (oksfordzki don) mógłby się czuć lepiej niż między mastodontami i dimetrodonami? Z drugiej strony, jakkolwiek dawno uznano nas za gatunek zagrożony, wciąż jeszcze trwamy.

Jako ceniony na całym świecie specjalista od Aleksandra Wielkiego Robin zgodził się być konsultantem filmu Aleksander i to na osobistą prośbę reżysera Olivera Stone’a. Będąc zapalonym jeźdźcem, postawił tylko jeden warunek — pojawi się na ekranie, prowadząc szarżę konną. Warunek został przyjęty.

Miałem wielkie szczęście, że mogłem przez wiele lat pracować w otoczeniu tak specyficznych (ekscentrycznych?) i kompletnie nieprzewidywalnych ludzi. W tym towarzystwie nawet zebrania rady wydziału bywały zabawne. Podobne historyjki mógłbym zresztą opowiadać o wielu moich współpracownikach, kolegach i przyjaciołach, ale może już dość. Niech tych kilka anegdotek wystarczy. Może dzięki nim moi czytelnicy na nowo zdefiniują sobie pojęcie „ekscentryczny”.

Z olbrzymią sympatią wspominam New College i wszystkich przyjaciół, których udało mi się tam zyskać przez lata. Zresztą jestem pewien, że żywiłbym podobne sentymenty, gdyby los rzucił mnie do innego kolegium — a pewnie nawet do Cambridge. Te instytucje są pod wieloma względami bardzo do siebie podobne. To cudowne miejsca, grupujące uczonych najróżniejszych specjalności, ale podzielających zbliżone akademickie i edukacyjne wartości, na czym, w co pragnę wierzyć, korzystają nasi studenci. Nie brak tu oczywiście silnych osobowości (i ekscentryków, jak mówiłem), co sprawia, że kolegiami Oxbridge bardzo trudno jest zarządzać, o czym przekonało się wielu, którzy na najwyższe stanowiska trafiali tu z zewnętrznego świata. Tak, czasem zachowujemy się jak akademickie primadonny i pycha każe nam myśleć, że jesteśmy mądrzejsi, niż w rzeczywistości. Mamy też jednak pewne przymioty, które pychę tę niwelują i dlatego nikogo nie dziwi, że przy lunchu można usłyszeć, jak ktoś ze śmiechem opowiada anegdotkę z sobą w roli głównego bohatera:

Zadzwonił dziś do mnie student z uniwersyteckiej gazety i spytał: „Doktorze, jak mógłby pan wyjaśnić fakt, że na pańskim dzisiejszym porannym wykładzie jeden ze studentów ziewał z nudów tak mocno, że aż zwichnął sobie szczękę?”.

Z tej samej gazety („Cherwell”, od rzeki Cherwell płynącej przez Oksford) zadzwonili kiedyś do mnie. Robili ankietę wśród młodszych wykładowców, by się przekonać, na ile są oni cool. Aby to ocenić, przygotowali listę pytań. Zaczęło się od ceny paczki Dureksów, potem jednak mój rozmówca zażyczył sobie, bym mu powiedział, ile kosztuje Big Mac. W mojej naiwności odpowiedziałem, że z kolorowym monitorem jakieś dwa tysiące funtów. Tak się zaczął śmiać, że nie dał rady dokończyć kwestionariusza i odłożył słuchawkę.

Podczas mojej kadencji jako wice- musiałem też wygłosić mowę pożegnalną dla naszego kapelana Jeremy’ego Sheehy, któremu Kościół anglikański wyznaczył inne zadanie. Często z wielebnym głosowaliśmy identycznie, miał podobne do moich liberalne poglądy na wiele kwestii, o czym nie omieszkałem wspomnieć w moim wystąpieniu, mówiąc, jak to podczas zebrań kolegium „znacząco porozumiewaliśmy się wzrokiem ponad dzielącą nas otchłanią”. Kuchnia New College serwowała wtedy nadzwyczajny pudding, przepyszną czarną galaretę udekorowaną białym kremowym sosem. Niestety, w menu przysmak ten pojawiał się pod raczej niefortunną nazwą Nègre en Chemise. Wielebny Jeremy wielokrotnie i w pełni słusznie wyrażał irytację z tego powodu i postanowiłem, że jako swego rodzaju prezent pożegnalny sprawię, by została ona zmieniona. Udałem się do szefa kuchni (jako wicedyrektor miałem takie kompetencje) i poprosiłem, by podał nam ów pudding na kolację, ale już pod inną nazwą. By uhonorować odchodzącego, wybrałem Prêtre en Surplice2. Moja prośba została spełniona, ale jakiś czas później do menu powróciła dawna nazwa. Nie byłem już wtedy wicedyrektorem i nic nie mogłem z tym zrobić. (Opowiadano mi o podobnym przypadku w jednym z angielskich domów starców. Tam w menu znalazł się klasyczny angielski pudding, z łojem, rodzynkami, słodkim sosem z jajek oraz mleka, który oferowano pensjonariuszom pod nazwą Spotty Dick. Inspektor rządowy przysłany przez lokalną administrację zażądał natychmiastowego usunięcia tego określenia z karty dań jako „seksistowskiego”).

Swoistym ukoronowaniem oratorskiej kariery każdego wicedyrektora New College jest wystąpienie na „jarmarku” (goudy), jak nazywa się tu dorocznie organizowane uroczyste przyjęcie dla emerytowanych członków kolegium. Co rok na taką kolację zapraszana jest nieco inna grupa — obowiązuje kryterium czasu odejścia, tak że średni wiek gości zmienia się, acz oczywiście (z całym szacunkiem dla Ponurego Kosiarza) w miarę cofania się w rocznikach obejmuje ono coraz większe przedziały wiekowe, aż wreszcie dochodzi do grupy, którą nazywamy w naszym żargonie „starym jarmarkiem” (old gaudy); tak mówimy o wszystkich, którzy odeszli z kolegium przed pewną określoną (i nader odległą) datą. Później cykl zaczyna się od nowa i znów na przyjęcie zapraszani są ci, którzy na emeryturę przeszli stosunkowo niedawno, z grubsza przed dekadą (to „młody jarmark”). Tak się zdarzyło, że gdy padło na mnie, przyszła pora na „stary jarmark”. Jako że tych najstarszych pozostało już naprawdę niewielu i stoły świeciłyby pustkami, doprosiliśmy też trochę młodej krwi, czyli naukowców trzydziestokilkuletnich. Czekało mnie więc trudne zadanie przygotowania wystąpienia dla sali, na której siedzieli ludzie, których dzieliła wojna światowa, wielki kryzys i, z grubsza licząc, jakieś 50 lat doświadczeń. Niełatwo coś takiego skomponować. Próbowałem grać trochę na kontraście między szalonymi latami 20. (to wtedy nasi seniorzy rozpoczynali studia), a teraźniejszością, latami 70., które przynajmniej do pewnego stopnia w porównaniu z czasami, na które przypadła moja młodość (lata 60.), można było traktować jako epokę stabilności. Siebie określiłem jako człowieka, który w życiu doszedł właśnie do „pory lunchu”, potem dodałem coś o „złotym wieku, który czeka zrzędliwych młodzieniaszków”, co, jak miałem nadzieję, mogło rozbawić naszych seniorów, nie irytując młodszych uczestników spotkania (którzy pewnie i tak nie potraktowali tego poważnie).

Próbowałem też wzbudzić nostalgię za dawnymi laty, a przy okazji zadziwić nieco i rozbawić młodszych gości, cytując co ciekawsze passusy z Junior Common Room (JCR) Suggestions Book, którą uprzejmie udostępnił mi archiwista naszego kolegium. Sam zresztą też z niedowierzaniem odkryłem na przykład, że w latach 20., co jasno wynikało z licznych wpisów, wszystkie wanny umieszczone były w jednej wielkiej sali i tylko oddzielono je parawanami. Stąd skargi takie jak poniższa: „Czy dżentelmen, który dziś rano nader nieumiejętnie usiłował śpiewać (piąta wanna po lewej stronie), mógłby zaniechać takich prób?”. Jeszcze większe zdziwienie budził powszechny najwyraźniej w tych czasach stosunek do służby. Szczęśliwie te akurat nawyki pokolenia Wielkiej Wojny (ludzi urodzonych na przełomie wieków) nie cechują współczesnych oksfordczyków (może z wyjątkiem osławionego Bullingdon Club). Oto zresztą przykłady:

Jak widzę, jeśli ktoś chce zamówić do swojego pokoju tacę kanapek z ogórkami do popołudniowej herbaty, musi o tym poinformować kuchnię przed godziną 11. To bardzo niewygodne rozwiązanie.

Czy czyściciel butów albo łazienkowy mógłby też w łaźni czyścić nasze buty piłkarskie z błota (i natłuszczać je ewentualnie)?

Bardzo dużo było też skarg na skrzypiące drzwi. Mam nieodparte wrażenie, że ludzie z naszego pokolenia raczej poszukaliby olejarki, niż czekali, aż ktoś ze służby załatwi to za nich.

Największe jednak rozczulenie wzbudziły we mnie liczne wpisy dokumentujące nostalgię za minioną epoką:

Czy byłoby możliwe dostarczenie do starej łazienki nowej pary szczotek do włosów (koniecznie z twardym włosiem) i nowego grzebienia?

Chciałbym zasugerować, że w JCR powinny z powrotem znaleźć się przyrządy do czyszczenia fajek. To znacznie przydatniejsze niż wykałaczki, które otrzymujemy obecnie.

Chciałem dziś rano