22 osoby interesują się tą książką

Opis

RICHARD DAWKINS miał piętnaście lat, gdy sam wyrósł z religii. Napisał tę książkę,
by pomóc tym wszystkim, którzy podobnie jak on w tym wieku mają coraz więcej wątpliwości, ale obawiając się reakcji rodziny, środowiska, nie chcąc zrywać z tradycją albo urazić najbliższych i wreszcie wciąż wątpiąc, nie podejmują tego ostatecznego kroku. Tymczasem Dawkins pokazuje, że w Boga (czy w bogów) wierzyć nie należy,
bo prawdopodobieństwo, że takie istoty istnieją jest znikomo małe, a już z zupełną pewnością nie one stworzyły świat, w którym żyjemy, a też wierzyć nie warto, bo po pierwsze nie z religii pochodzi nasza moralność
(i w żadnych świętych księgach nie znajdziemy przepisu na to, by być dobrym człowiekiem), a po drugie świat bez bogów (i bez kleru) jest piękniejszy i lepszy. Rzeczywistość zaś jest wystarczająco magiczna i fascynująca sama z siebie i nie trzeba jej do tego dzieworództwa, zmartwychwstania i transsubstancjacji. Ani (tym bardziej) grzechu pierworodnego i Sądu Ostatecznego…

Wyrastając z Boga to zatem przewodnik dla wszystkich, którzy chcą… dorosnąć. W sześciu rozdziałach części pierwszej wspólnie
z autorem przyglądamy się temu, dlaczego religie – i ich święte księgi, czyli oczywiście też Biblia – nie mogą być dla nas wzorcem dobra, moralności i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, w sześciu składających się na część drugą zaś RICHARD DAWKINS wyjaśnia, dlaczego jedynie niereligijne myślenie, a przede wszystkim nauka, mogą pomóc zrozumieć nam, jak świat powstał i jak działa. A ta wiedza jest warunkiem, by świat ten uczynić lepszym.

 

RICHARD DAWKINS zadedykował tę książkę „tym wszystkim młodym ludziom, którzy są już dość dorośli, by samemu o sobie decydować”. Warto, by przeczytali ją też ich rodzice.

Janna Levin, autorka Black Hole Blues

 

Gdy ktoś rozważa niewiarę, polecałbym przeczytać najpierw Biblię. A potem Dawkinsa…

Penn Jillette, autor God, No!

 

Z literackim talentem i typowym dla siebie poczuciem humoru RICHARD DAWKINS znów pokazuje, jak oddzielić mity od rzeczywistości i czemu to jednak rzeczywistość powinna być nam bliższa. Wyrastając z Boga to więcej niż przewodnik dla początkujących ateistów. To przewodnik po myśleniu. I po świecie.

Neil Shubin, autor Naszej wewnętrznej menażerii

 

O autorze

RICHARD DAWKINS. Biolog ewolucyjny. Jego Bóg urojony stał się w wielu krajach książką kultową, ale już poprzednie jego książki, przede wszystkim Samolubny gen,  uczyniły go jednym z najpopularniejszych pisarzy naukowych na świecie. Nakładem Wydawnictwa CiS ukazały się: Rzeka genów, Najwspanialsze widowisko świata, Magia rzeczywistości oraz dwa tomy autobiografii (Apetyt na cuda i Światełko w mroku) I oczywiście Bóg urojony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2019 by Richard Dawkins Limited 2019

Tytul oryginalu: Outgrowing God. A Beginner’s Guide

Copyright © 2019 for this edition and for Polish translation

by Wydawnictwo CiS

Projekt okladki: Studio Gonzo & Co.

zdjecie na okladce: Adobe Stock

Korekta: zespól

Wszelkie prawa zastrzezone. Reprodukowanie, kodowanie w urzadzeniach do przetwarzania danych, przesylanie droga elektroniczna (przewodowo i bezprzewodowo), odtwarzanie w jakiejkolwiek formie w wystapieniach publicznych w calosci lub w czesci tylko za wylacznym, pisemnym zezwoleniem wlasciciela praw autorskich.

Wydanie I

Stare Groszki 2019

Adres redakcji:

Wydawnictwo CiS

Opoczynska 2A/5

02-526 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.cis.pl

ISBN 978-83-61710-35-6 (EAN 9788361710356)

ISBN (e-book) 978-83-61710-75-2

Publikacja elektroniczna

Dla Williama

i wszystkich mlodych ludzi,

którzy sa juz dosc dojrzali,

by samodzielnie o sobie decydowac

Czy wierzysz w Boga?

Tylko którego boga?

W ciagu naszej dlugiej historii ludzie z róznych czesci swiata wierzyli doslownie w tysiace róznych bogów. Politeisci nawet w wielu jednoczesnie (poli- pochodzi od greckiego slowa oznaczajacego „wiele”, a theos to po grecku bóg). Najwazniejszym bogiem wikingów byl Odyn (Wotan), a towarzyszyli mu miedzy innymi syn Baldur (symbol dobra, piekna i milosci — niestety dlugo nie pozyl), drugi syn Thor (bóg burzy i piorunów, posiadacz slynnego mlota) i Freja (bogini wegetacji, plodnosci i magii, ale tez patronka wojen). Byly tez inne boginie — Snotra (bogini madrosci i sprawiedliwosci), Frigg (bogini macierzynstwa) i Ran, która rzadzila morzami. Nordyccy bogowie zyli w Asgardzie i tam tez znajdowala sie Walhalla, gdzie trafiali polegli wojownicy.

Starozytni Grecy i Rzymianie tez byli politeistami. Ich bogowie — podobni jak bogowie wikingów — byli bardzo ludzcy i tak samo jak my odczuwali emocje oraz kierowali sie pragnieniami i zachciankami. Dwanascioro najwazniejszych greckich bogów ma swoich odpowiedników w religii Rzymu i przypisane sa im te same domeny. Najwazniejszym bogiem byl zatem dla Greków Zeus (rzymski Jowisz), zwany tez Gromowladnym (jak Thor wladal piorunami). Jego zona byla Hera (Junona). Bogiem morza byl Posejdon (Neptun) boginia milosci Afrodyta (Wenus). Hermes (Merkury) przedstawiany zwykle w uskrzydlonych sandalach byl boskim poslancem. Grecy (i Rzymianie) mieli nawet boga wina, Bachusa (Dionizosa), jak wielu innych bogów (i pólbogów) byl on synem Zeusa.

Hinduisci, którzy równiez sa politeistami, maja juz tysiace bogów (a w niektórych wersjach tej religii nawet jeszcze wiecej — miliony!).

Niezliczeni Grecy i Rzymianie uwazali swoich bogów na istoty jak najzupelniej realne. Modlili sie do nich, skladali im ofiary ze zwierzat, dziekowali im, gdy spotkalo ich cos dobrego, i im przypisywali wine, gdy spotkalo ich nieszczescie. Skad wiemy, ze starozytni nie mieli racji? Dlaczego dzis juz nikt nie wierzy w Zeusa? Nie wiemy i raczej nie da sie udzielic odpowiedzi na takie pytanie, niemniej wiekszosc z nas moze raczej spokojnie o sobie powiedziec, ze w odniesieniu do tych „starych” bogów jest ateistami (przedrostek „a” oznacza „nie”, a-teista zatem to ktos, nie wierzy w boga). Warto zreszta wiedziec, ze w swoim czasie Rzymianie o pierwszych chrzescijanach mówili, ze sa ateistami, wlasnie dlatego, ze ci nie wierzyli w Jupitera, Neptuna i innych rzymskich bogów. Dzis jednak „ateista” nazwiemy kogos, kto nie wierzy w zadnego boga.

W kazdym razie ja — podejrzewam, ze podobnie jak Ty — nie wierze w Jupitera, w Posejdona, w Thora ani w Wenus, ani tez w Erosa, Snotre, Marsa, Odyna i Apolla. Nie wierze równiez w bogów starozytnego Egiptu, w tym w Ozyrysa, Thota, Nut, Anubisa, a tez w jego brata Horusa (który, tak nawiasem mówiac, podobnie jak Jezus i wielu innych bogów z calego swiata mial „narodzic sie z dziewicy”). I dalej. Nie wierze w Hadad i Enlila, ani Anu, Dogona i Marduka — bogów Babilonu. Nie wierze w Anyanwu, Mawu, Ngai — bogów slonca z Afryki — ani w Bila, Gnowee, Wala, Wuriupranili i Karraur oraz wielu innych bogów i bogin slonca australijskich Aborygenów. Nie wierze tez w celtyckich bogów, w tym tez w Edaine (irlandzka boginie slonca) i Elatha (jej towarzysza — ksiezycowego boga). Nie wierze w Mazu, chinska boginie wody, w Dakuwaqe (boga-rekina z Fiji) ani nawet w Ilujanke, boskiego weza, który walczyl z hetyckimi bogami i niemal ich pokonal. Nie wierze w zadnego z setek, tysiecy (a moze wrecz setek tysiecy?) bogów nieba, rzek, slonca, gwiazd, pogody, ognia, lasu... Uff, bardzo duzo jest tych bogów do niewierzenia!

Nie wierze tez w Jahwe (lub Jehowe — mozna pisac i tak, i tak; tak to jest, gdy nie uzywa sie w pismie samoglosek), Boga Zydów, co juz — calkiem mozliwe — rózni mnie od Ciebie, przynajmniej jesli wychowano Cie w wierze zydowskiej, chrzescijanskiej lub muzulmanskiej. A to dlatego, ze ten zydowski Bóg zostal z czasem przejety przez chrzescijan, a potem (pod arabskim imieniem Allah, co oznacza po prostu „Bóg”) przez wyznawców islamu. Tak — chrzescijanstwo i islam to w pewnym sensie odlamy judaizmu. Pierwsza czesc chrzescijanskiej Biblii jest wprost przejeta od Zydów, a z kolei Koran, swieta ksiega islamu, w znacznej mierze opiera sie na zydowskich pismach. Te trzy religie — judaizm, chrzescijanstwo i islam — czesto nawet sie laczy i wspólnie okresla mianem „abrahamowych”, poniewaz wszystkie odwoluja sie do mitycznego patriarchy Abrahama, którego Zydzi uznaja za ojca-zalozyciela swojego narodu. Z Abrahamem spotkamy sie jeszcze w nastepnym rozdziale.

Religie te nazywa sie tez monoteistycznymi, poniewaz ich wyznawcy twierdza, ze wierza tylko w jednego Boga (Jahwe to bóg dzis dominujacy i wiekszosc ludzi na swiecie, gdy mówi o swoim bogu, jego wlasnie ma na mysli (to „ten” Bóg), dlatego, piszac o nim, bede pisal „Bóg” z duzej litery, jako imie wlasne). Napisalem „twierdza, ze wierza” w pelni swiadomie i to z kilku powodów. Otóz Jahwe mial nader skromne poczatki, byl bowiem plemiennym bogiem starozytnych Izraelitów, którzy wierzyli, ze otoczyl ich szczególna opieka jako „lud wybrany” (to tylko splot szczególnych historycznych przypadków — w tym dokonany przez cesarza Konstantyna w 312 roku wybór chrzescijanstwa na oficjalna religie imperium rzymskiego — sprawil, ze dzis kult Jahwe rozprzestrzenil sie na caly swiat). W czasach, gdy rodzil sie judaizm, wokól brzegów Morza Sródziemnego zylo bardzo wiele innych plemion, a te mialy wlasnych bogów, którzy, jak zapewne wierzyli ich wyznawcy, wlasnie ich plemie otaczali szczególna troska. Sami starozytni Izraelici zas, jakkolwiek czcili wlasnego boga, czyli wlasnie Jahwe, to wcale nie uwazali, ze inni bogowie, jak chocby Baal, bóg plodnosci ich sasiadów Kannanitów, nie istnieja. Przyjeli po prostu, ze ich bóg jest potezniejszy, a dodatkowo byli przekonani, ze jest bogiem wyjatkowo zaborczym i zawistnym (do tej kwestii jeszcze wrócimy) i biada temu, kto zostanie przylapany na flirtowaniu z jakimikolwiek innymi bogami.

Co do tego, czy wspólczesni chrzescijanie i muzulmanie istotnie sa monoteistami, tez mozna zywic pewne watpliwosci. Na przyklad jedni i drudzy wierza w istnienie uosobienia zla, czyli Szatana. Pojawia sie on pod wieloma imionami — jako „Zly” po prostu, ale tez jako Belzebub, Belial czy Lucyfer. Co prawda, nie nazywa sie go bogiem, ale wedlug wyznawców tych religii obdarzony jest on iscie boskimi mocami i jest na tyle potezny, ze wraz ze swymi silami zla potrafi opierac sie Bogu i jego „zastepom dobra”. Systemy religijne czesto dziedzicza rózne idee po starszych od siebie religiach. Ta wizja kosmicznej wojny sil dobra przeciw silom zla zapewne przejeta zostala z zaratusztrianizmu, bardzo starej religii stworzonej przez perskiego proroka Zaratustre, która miala silny wplyw na wszystkie religie abrahamowe. Wedlug Zaratustry istnieje dwóch (równorzednych) bogów — dobry Ormuzd (Ahura Mazda) i zly Aryman (Angra Mainju) — którzy tocza ze soba wieczna walke. Dzis zyja jeszcze na swiecie wyznawcy zaratusztrianizmu, glównie w Indiach. Nie musze chyba dodawac, ze to kolejna religia, w której bogów nie wierze. Wy pewnie zreszta tez nie.

Tak na marginesie. Jednym z najdziwniejszych oskarzen, jakie padaja pod adresem ateistów, glównie w Ameryce i w krajach islamu, jest twierdzenie, ze czcza oni Szatana (sa „satanistami”, jak sie to mówi). To kompletny absurd, bo jezeli ktos jest ateista, to przeciez nie wierzy w zadnych bogów; ani w dobrych, ani w zlych. Ateisci nie wierza w zadne nadnaturalne byty. Tylko ludzie religijni (teisci) moga wierzyc w Szatana — przeciez gdy ktos wierzy w Szatana, to po prostu wierzy w boga. Tyle ze innego.

Chrzescijanstwo zahacza o politeizm jeszcze innym ze swoich dogmatów. Mamy w nim bowiem Trójce Swieta skladajaca sie z „Ojca, Syna i Ducha Swietego”, którzy opisywani sa jako „jeden Bóg w trzech osobach i w jednej substancji”. Co do tego, co mialoby oznaczac to „jeden w trzech i trzech w jednym”, przez dlugie stulecia toczyly sie spory, nieraz bardzo gwaltowne i krwawe. Dla niektórych zreszta moze to nadal brzmiec jako próba wtloczenia politeizmu do monoteistycznej formuly i nikt nie powinien miec pretensji, jesli nazwiesz chrzescijanstwo triteizmem. Jeden z pierwszych wielkich podzialów w chrzescijanstwie na Kosciól Wschodni (prawoslawny) i Zachodni (rzymskokatolicki) w duzym stopniu wiazal sie z debata nad tym, czy Duch Swiety „wywodzi sie” (cokolwiek by to mialo oznaczac) od Ojca i Syna, czy tylko od Ojca. Wlasnie nad takimi „problemami” debatuja od wieków teolodzy.

W rzymskim katolicyzmie mamy do tego jeszcze Marie, Matke Boska, która katolicy traktuja w zasadzie jak boginie, z ta jedna róznica, ze tak sie jej nie nazywa. Oficjalnie katolicy zaprzeczaja zatem, by Maria byla boginia, ale jednak modla sie do niej i czcza ja we wszystkich swoich swiatyniach. Co wiecej, wierza, ze tez zostala „niepokalanie poczeta”. Co to znaczy? Otóz katolicy uwazaja, ze wszyscy ludzie obciazeni sa „grzechem pierworodnym”, nawet noworodki, choc mogloby sie wydawac, ze one przynajmniej sa jeszcze zbyt male, by zgrzeszyc. Maria natomiast — i obok niej tylko Jezus — byli poczeci bezgrzesznie, przez co byli wyjatkowi. Cala reszta ludzi mialaby dziedziczyc grzech pierwszego czlowieka, Adama. W rzeczywistosci oczywiscie zaden Adam, czyli „pierwszy czlowiek”, nigdy nie istnial, nie mógl wiec zgrzeszyc, ale katolickim teologom takie drobiazgi nigdy nie przeszkadzaly. Katolicy glosza tez, ze Maria nie umarla zwyczajnie, jak wszyscy ludzie przed nia i po niej, tylko zostala „wniebowzieta” razem ze swój a fizyczna powloka, chociaz nadal nie ma zgody, czy stalo sie to za zycia, czy w chwili smierci. Do tego przedstawiaja ja jako „Królowa Niebios” (a czasem nawet „Królowa Wszechswiata”) z niewielka korona na glowie. To wszystko sprawia, ze mozna w niej widziec boginie tak samo jak chocby w tysiacach hinduskich bogin (które skadinad dla samych hinduistów sa tylko inna wersja — inkarnacja, czyli wcieleniem — ich jedynego Boga). W kazdym razie jesli politeistami byli starozytni Grecy, Rzymianie i wikingowie, to rzymskich katolików tez nalezaloby uznac za reprezentantów tej grupy wierzen.

Katolicki kult swietych równiez na to wskazuje. Za swietych katolicyzm uznaje ludzi, którzy za zycia byli „szczególnie pobozni” i posmiertnie zostali „kanonizowani” przez któregos z papiezy. Jan Pawel II kanonizowal za swego pontyfikatu 483 takich nowych swietych, ale obecny papiez, Franciszek I, ma na tym polu jeszcze wieksze osiagniecia — tylko jednego dnia do grona swietych dolaczyl (co najmniej) 813 osób. Swieci posiadaja zazwyczaj okreslone zdolnosci, co sprawia, ze zaleznie od okolicznosci warto modlic sie do takich, którzy maja odpowiednie kompetencje. I tak na przyklad swiety Andrzej jest patronem wlascicieli sklepów rybnych, swiety Bernard architektów, swiety Drogo — wlascicieli kawiarn, swiety Gummarus — drwali[1], a swieta Lidwina ma pod swoja opieka lyzwiarzy. Jesli ktos chcialby pomodlic sie o cierpliwosc, katolicy doradziliby pewnie sw. Rite z Cascii, patronke od spraw beznadziejnych, a w kryzysie wiary pomóc moze swiety Jan od Krzyza. Sa tez swieci specjalizujacy sie w chorobach psychicznych albo w nowotworach. Ba, nawet gdy ktos cos zgubi, na przyklad klucze, tez jest specjalny swiety, którego warto prosic o wstawiennictwo (to sw. Antoni Padewski, gdyby ktos chcial wiedziec). A pamietajmy, ze poza swietymi religia katolicka widzi tez w niebie miejsce dla aniolów (licznych rang — od serafinów poprzez archanioly do najnizej w hierarchii usytuowanych aniolów-strózy). Oczywiscie kazdy katolik powie natychmiast, ze anioly nie sa bogami ani nawet pólbogami, podobnie jak swieci, do których katolicy nie tyle sie modla, a jedynie prosza o wstawiennictwo i dobre slowo u Boga. W anioly zreszta wierza równiez muzulmanie. W diably tez, tyle ze oni nazywaja je dzinami, ifritami, maridami i tak dalej.

No dobrze — moim zdaniem nie ma tak naprawde wielkiego znaczenia, czy Maria, swieci, archaniolowie i aniolowie sa bogami, pólbogami, czy zadnym z nich, a spór o to, czy archaniolów nalezy uznac za pólbogów, to jak klótnia o róznice miedzy skrzatami a krasnalami. Pewnie nie wierzysz w skrzaty ani chochliki, ale za to jest bardzo prawdopodobne, ze wychowano cie w jednej z trzech religii abrahamowych — jako chrzescijanina, muzulmanina lub zyda[2]. Mnie na przyklad wychowywano na chrzescijanina — zostalem ochrzczony, chodzilem do chrzescijanskich szkól i wieku 13 lat przystapilem nawet do konfirmacji, w Kosciele anglikanskim oczywiscie (w koncu jestem Anglikiem). Dwa lata pózniej ostatecznie porzucilem chrzescijanstwo. Jednym z powodów podjecia tej decyzji bylo to, iz juz pare lat wczesniej, w wieku dziewieciu lat, zaczalem zdawac sobie sprawe, ze gdybym zyl stulecia wczesniej, a moi rodzice byli wikingami, ja wierzylbym w Thora i Odyna, a gdyby byli Grekami, skladalbym ofiary Zeusowi i Afrodycie. W moich czasach z kolei, gdybym urodzil sie w Pakistanie albo w Egipcie, „wiedzialbym”, ze Jezus byl prorokiem, ale na pewno nie Synem Bozym, jak kaza chrzescijanscy kaplani. Gdyby zas moi rodzice byli poboznymi zydami, nadal razem z nimi czekalbym na od dawna przepowiadanego Mesjasza-zbawce, zamiast wierzyc w to, ze proroctwo to juz sie spelnilo i zbawil nas Jezus, czego uczono w mojej chrzescijanskiej szkole. Po prostu ludzie wychowywani w róznych krajach przejmuja zwykle wiare swoich rodziców, czyli wierza w tego boga (lub bogów), w których wierzy sie w ich kraju, a raczej w ich rodzinie. Rózne wiary zas sa ze soba jawnie sprzeczne, a wiec wszyscy nie moga miec racji. I nawet jesli jedna z religii jest prawdziwa — czyli którys z bogów naprawde istnieje — dlaczego ma byc to akurat ta, która wyznaje sie w twojej ojczyznie, a raczej, która wyznawali twoi rodzice? I to wcale nie jest sarkazm, gdy pytam: „Czy to nie jest dziwne, ze prawie kazde dziecko przejmuje wiare swoich rodziców i ze zawsze jest to ta (jedyna) prawdziwa religia?”. Jedna z rzeczy, które mnie zawsze irytuje, jest, gdy ktos kategoryzuje dzieci ze wzgledu na religie ich rodziców i mówi o „katolickich dzieciach”, „protestanckich dzieciach” albo „muzulmanskich dzieciach”. I takie rzeczy slyszymy, gdy te dzieci sa jeszcze za male, by mówic! Jak mozna im przypisywac przekonania religijne?! To zupelnie jakbysmy dzielili dzieci na „socjalistyczne” i „konserwatywne”, a nikt przeciez tak nie robi. Tak przy okazji — oczywiscie nie powinnismy tez mówic o „ateistycznych dzieciach”.

Przejdzmy teraz do innej kwestii. Jest pare okreslen, których uzywa sie wobec ludzi deklarujacych niewiare. Sa na przyklad tacy, którzy unikaja slowa „ateista”, nawet jesli otwarcie deklaruja, ze nie wierza w zadnego znanego z imienia boga. Tacy ludzie czasem mówia o sobie, ze sa „agnostykami” (to slowo tez wywodzi sie z greki, od slowa „gnoza” oznaczajacego wiedze). Stworzyl je Thomas Henry Huxley, przyjaciel Karola Darwina, zwany tez „Buldogiem Darwina”, a to dlatego, ze wielokrotnie bronil stworzonej przez swego przyjaciela teorii ewolucji publicznie, gdy jej autor byl zbyt skromny, zbyt zajety lub zbyt chory, by sam wystapic w jej obronie. Niektórzy ludzie przedstawiajacy sie jako agnostycy twierdza, ze jest równie prawdopodobne to, ze (jakis) bóg istnieje i ze nie istnieje, a my po prostu nie wiemy. Dla mnie to dosc marna argumentacja i sadze, ze Huxley by sie ze mna zgodzil. Nie mozemy dowiesc, ze nie ma wrózek, ale przeciez nikt chyba na tej podstawie nie stwierdzi, ze jest szansa pól na pól, ze na jakas trafimy. W kazdym razie co rozsadniejsi agnostycy uwazaja, ze jakkolwiek pewnosci nie ma, ale jest raczej malo prawdopodobne, by jacys bogowie istnieli, ale, to fakt, sa tez tacy, którzy wcale tej mozliwosci nie wykluczaja. Cóz — to zalety ignorancji...

Sa równiez ludzie, którzy nie wierza w zadnego z wyznawanych dotad — i nazwanych — bogów, ale sa przekonani, ze musi istniec „jakas wyzsza moc”, „czysty duch”, innymi slowy twórcza niematerialna inteligencja, o której nie wiemy nic poza tym, ze zaprojektowala i stworzyla Wszechswiat. Od takich ludzi mozna uslyszec — „Cóz, nie wierze w Boga (zwykle maja w tym momencie na mysli któras z religii abrahamowych), ale nie wierze tez, ze ten swiat to wszystko, co istnieje. Musi istniec cos wiecej, cos wiekszego od niego i poza nim”. Niektórzy zwolennicy takiego pogladu nazywaja siebie „panteistami”. Panteisci maja pewien problem z okresleniem, w co tak naprawde wierza. Slyszymy od nich: „Mój Bóg jest wszystkim”, „Mój Bóg jest natura”, „Mój Bóg jest Wszechswiatem” czy wreszcie „Bóg to najglebsza tajemnica tego wszystkiego, czego nie wiemy”. Albert Einstein, jeden z najwiekszych fizyków XX wieku, uzywal slowa „Bóg” z grubsza wlasnie w tym znaczeniu. Mozna sie spierac, czym mialby byc taki bóg, ale bez watpienia diametralnie rózni sie on Boga, który wysluchuje modlitw, zna najglebsze mysli i wybacza grzechy (lub srogo za nie karze) — a to wszystko potrafi Bóg[3] religii abrahamowych. Tak wiec jesli ktos wam powie, ze nawet Einstein, genialny fizyk, wierzyl w Boga, powiedzcie mu, ze sie myli (albo klamie) — Einstein absolutnie jednoznacznie, kategorycznie i wielokrotnie deklarowal, ze w zadnego osobowego boga, który potrafi takie rzeczy, jakie wyznawcy religii abrahamowych twierdza, ze potrafi, nie wierzy.

Mamy tez „deistów”. Ci z kolei tez nie wierza w zadnego z tysiecy bogów istniejacych na swiecie religii, ale wierza w „cos” nieco lepiej zdefiniowanego niz bóg panteistów. Otóz wierza oni w stwórcza inteligencje, która ustalila prawa rzadzace Wszechswiatem, wprawila wszystko w ruch, tworzac czas i przestrzen, ale potem juz nic nie robila (robil?, robilo?). Czesc przywódców amerykanskiej rewolucji, czyli „Ojców Zalozycieli” Stanów Zjednoczonych, w tym na przyklad Thomas Jefferson i James Madison, byla deistami. Podejrzewam, ze gdyby zyli juz po Darwinie, a nie w XVIII wieku, byliby ateistami, ale oczywiscie nie moge tego w zaden sposób udowodnic.

Gdy zas mowa o dowodach — jesli ktos uwaza sie za ateiste, to rzecz jasna nie oznacza, ze moze udowodnic, ze nie ma bogów (i Boga). Scisle mówiac, w ogóle nie da sie udowodnic, ze cos nie istnieje. Nie mozemy dowiesc, ze nie ma bogów, tyle ze tak samo nie potrafimy dowiesc, ze nie istnieja wrózki, elfy, gobliny i rózowe jednorozce albo Swiety Mikolaj lub Wrózka Zebuszka... Sa miliardy rzeczy, które mozna sobie wyobrazic, a których nieistnienia nikt nie bedzie mógl udowodnic. Filozof Bertrand Russell wspaniale to zilustrowal bardzo obrazowa opowiescia. Jesli ci powiem — wyjasnial swoim sluchaczom na wykladach — ze wokól Slonca orbituje porcelanowy czajniczek, nie bedziesz w stanie nigdy udowodnic, ze nie mówie prawdy. Jednak nie jest to jeszcze zaden powód, by w istnienie takiego czajniczka wierzyc. Literalnie rzecz biorac, wszyscy powinnismy byc zatem „czajniczkowymi agnostykami”. W praktyce jednak jestesmy a-czajniczkowcami. Mozesz zatem byc ateista — choc formalnie taka postawe nalezaloby uznac za agnostycyzm — w takim samym sensie, w jakim mimo równego braku dowodów na nieistnienie tych istot wszyscy jestesmy a-skrzatystami, a-magistami i a- rózne inne byty, które sobie mozna wyobrazic.

W zasadzie, czysto formalnie rzecz biorac, powinnismy zatem pozostac na poziomie niewiedzy — agnostycyzmu — gdy mowa o tych miliardach bytów i obiektów, które potrafimy sobie wyobrazic, a których nieistnienia nikt nie jest w stanie dowiesc (tak naprawde w ogóle nie mozna dowiesc, ze cos nie istnieje. Nie pozwalaja na to prawa logiki). Ale jakos tak jest, ze po prostu w nie nie wierzymy, a dopóki ktos nam nie przedstawi przekonujacego dowodu, rozwazanie ich istnienia to po prostu marnowanie czasu. Tak postepujemy chocby w przypadku Thora, Apolla, Ra, Marduka. Mitry i Wielkiego Manitou. Dlaczego zatem nie pójsc o krok dalej i nie zastosowac tej samej reguly wobec Jahwe i Allaha?

„Dopóki ktos nie przedstawi nam przekonujacego dowodu”, napisalem. No cóz — cale mnóstwo ludzi twierdzilo, ze jest w stanie zaprezentowac w pelni przekonujace argumenty, by wierzyc w (takiego lub innego) boga albo przynajmniej w jakas „wyzsza moc” lub „stwórcza inteligencje” (Inteligentnego Projektanta). Warto bez watpienia przyjrzec sie tym argumentom i sprawdzic, czy rzeczywiscie sa az tak nieodparte. Poswiece im zatem w tej ksiazce sporo miejsca, zwlaszcza w Czesci II, kiedy bede wam mówil o ewolucji. Na razie ogranicze sie do przypomnienia, ze ewolucja jest po prostu faktem. Tak, jestesmy bliskimi kuzynami szympansów, nieco odleglejszymi innych malp, i dosc juz odlegle — ale nadal — spokrewnieni jestesmy z rybami.

Wielu ludzi wierzy w (swoich) bogów, jako dowód ich istnienia uznajac (wlasne) „swiete pisma” — Biblie, Koran czy jakies inne. Mam nadzieje, ze lektura juz tylko tego rozdzialu przygotowala was, by do takiego argumentu na rzecz wiary podchodzic z pewnym dystansem. Przede wszystkim jest bardzo duzo róznych religii i wiele z nich ma swoje swiete ksiegi. Skad zatem przekonanie, ze akurat ta tradycja religijna, w której ktos zostal wychowany, jest ta prawdziwa. Jezeli — jak slyszymy od dziecinstwa — wszystkie inne swiete ksiegi sa falszywe, skad mozna miec pewnosc, ze ta jedna, która lezy w pokoju rodziców, mówi prawde. Zapewne wiekszosc czytelników tej ksiazki miala od dziecka kontakt z jedna swieta ksiega, z chrzescijanska Biblia[4]. Jej wlasnie poswiece kolejny rozdzial. Przyjrzymy sie zatem temu, kto napisal Biblie, i zadamy pytanie, czy rzeczywiscie mamy wierzyc, ze to, co tam napisane, to prawda.

Koniec wersji demonstracyjnej.

Przypisy

[1] Anglosaskich drwali — patronem polskich drwali jest sw. Józef albo (jak kto woli) sw. Henryk z Bolsano (przyp. tlum.).

[2] Ze wzgledu na plec autora i wlasna zdecydowalem sie wybrac do przekladu rodzaj meski (jezyk polski zmusza do takiego wyboru, w odróznieniu od angielskiego). Mam nadzieje, ze czytelniczki sie za to nie obraza (przyp. tlum).

[3] Podobnie jak autor staram sie przestrzegac tu reguly, zgodnie z która slowo „Bóg” piszemy duza litera, gdy jest to nazwa wlasna — na przyklad imie boga religii abrahamowych (przyp. tlum.).

[4] W polskim katolicyzmie bedzie to raczej wylacznie Nowy Testament, choc tez nie do konca. Katolicy, jak wynika z badan (nie tylko polscy) znacznie gorzej znaja Biblie niz czlonkowie Kosciolów protestanckich. I rzadziej tez ja czytaja (przyp. red.).