Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji - Richard Dawkins - ebook
Opis

„Barbarzyńcy stoją u bram”, jak pisał John Brockman we wstępie do książki Nauka a kreacjonizm. Trudno w to uwierzyć, ale prawie wszędzie na świecie z roku na rok zmniejsza się stopień akceptacji teorii ewolucji i coraz powszechniej daje się słyszeć głosy, że to „tylko teoria”. Świadomie lub nie (choć bardzo często z pełną premedytacją) ludzie mylą różne znaczenia słowa „teoria” i zapominają – lub nie chcą wiedzieć – że ewolucja jest teorią w takim samym znaczeniu jak teoria heliocentryczna czy teoria grawitacji. Ewolucja jest faktem. Takie niepokojące zjawiska obserwujemy nie tylko w państwach zacofanych i islamskich teokracjach, ale nawet w krajach najbardziej rozwiniętych i cywilizowanych. Tę niechlubną statystykę otwierają Stany Zjednoczone, gdzie dwie piąte mieszkańców pod wpływem indoktrynacji fundamentalistycznych kościołów uważa, że człowiek powstał „na obraz i podobieństwo Boga” dziesięć tysięcy lat temu, ale inne kraje, w tym również i Polska, niewiele im ustępują. U nas na pytanie „Czy człowiek powstał w obecnej postaci przed kilkoma tysiącami lat?” twierdząco odpowiada ponad jedna trzecia ankietowanych – to umieszcza Polskę na ostatnim miejscu w Europie. Co gorsza, prawie wszędzie przybywa ludzi, którzy nie chcą lub nie potrafią przyjąć do wiadomości, że życie ewoluowało na Ziemi od miliardów lat, a wspólny przodek człowieka i szympansa żył w Afryce parę milionów lat temu. Teorię ewolucji atakują państwa i Kościoły, papieże i kardynałowie, ajatollahowie i rabini. Sprzymierza się przeciw niej fundamentalistyczna prawica z radykalną lewicą… W imię źle pojmowanej wolności słowa i przekonań (a czasem, co zakrawa na jeszcze większą ironię, również w imię swobody badań naukowych) żąda się – w USA, Wielkiej Brytanii, w Rosji, ale także i w Polsce – wprowadzenia do szkół alternatywnych rzekomo „teorii” pochodzenia życia, z powszechnie promowaną koncepcją Inteligentnego Projektu na czele. Warto dodać, że w naszym kraju po ostatniej, wprowadzonej w 2017 roku reformie edukacji ewolucja praktycznie znikneła z programów nauczania w szkole podstawowej i średniej. Obowiązkiem człowieka myślącego jest opór wobec tej fali obskurantyzmu, a mało kto potrafi jak Richard Dawkins, autor światowych bestsellerów, w tym słynnego Samolubnego genu i nie mniej głośnego Boga urojonego, wywiązać się z tego zobowiązania z niekwestionowaną intelektualną kompetencją i werwą oraz równym im literackim talentem. Najwspanialsze widowisko świata to chyba pierwsza w literaturze popularnonaukowej próba zgromadzenia w jednej publikacji wszystkich – w tym momencie już nieodpartych – dowodów i świadectw potwierdzających, że ewolucja, choć nadal skrywa liczne tajemnice, jest na pewno czymś o wiele, wiele więcej niż „tylko teorią”. Cóż, ktoś, kto nie wierzy w teorię grawitacji, powinien wyskoczyć przez okno z X piętra, a kto nie wierzy w teorię ewolucji… powinien przeczytać najnowszą książkę Richarda Dawkinsa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 714

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2009 by Richard Dawkins

The Greatest Show on Earth. The Evidence for Evolution originally published in Great Britain in 2009 by Bantam Press an imprint of Transworld Publishers

Copyright © 2010, 2017 for the Polish translation and for this edition by Wydawnictwo CiS

All rights reserved. Przedruk i kopiowanie oraz rozpowszechnianie fragmentów lub całości w dowolnej postaci wyłącznie za pisemną zgodą wydawcy.

Przekład: Piotr J. Szwajcer

Konsultacja naukowa: prof. Magdalena Fikus, dr Paweł Golik, prof. Andrzej Jerzmanowski, dr Marcin Ryszkiewicz, dr Marcin Zych

Opracowanie redakcyjne: Ewa Szwajcer i Jakub Sanin

Korekta: Zespół D

Projekt okładki: wg Transworld. Jacket Art by Tom Poland/Transworld

Wydawnictwo CiS

Adres redakcji

02-526 Warszawa,

Opoczyńska 2A/5

e-mail:[email protected]

www.cis.pl

Wydanie II

Stare Groszki 2017

ISBN 978-83-61710-28-8

ISBN e-book 978-83-61710-69-1

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

WSTĘP

Liczba dostępnych świadectw ewolucji rośnie z dnia na dzień i nigdy jeszcze nie mieliśmy tylu dowodów jej prawdziwości. Paradoksalnie jednak w tym samym czasie rośnie w siłę antyewolucjonizm i tu też nie pamiętam, by kiedykolwiek był to ruch aż tak potężny. Ta książka stanowi moje osobiste podsumowanie świadectw ewolucji, empirycznych faktów, które potwierdzają, że sama teoria ewolucji jest faktem, faktem równie niezaprzeczalnym, jak inne naukowe fakty.

To nie jest moja pierwsza książka o ewolucji i chyba powinienem wyjaśnić, czym różni się od poprzednich. Otóż można ją nazwać „brakującym ogniwem” w moim dorobku. W Samolubnym genie i w Rozszerzonym fenotypie prezentowałem pewną szczególną wizję całkiem nieźle znanej teorii doboru naturalnego, ale nie poruszyłem w nich kwestii dowodów poświadczających to, iż ewolucja rzeczywiście zachodzi. W kolejnych trzech książkach — Ślepy zegarmistrz, Rzeka genów i (mój faworyt z tej trójki) Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa — starałem się na różne sposoby rozproszyć wątpliwości, jakie wzbudza koncepcja doboru naturalnego, choćby wyjaśniając, jaki może być pożytek z połowy oka, a jaki z połowy skrzydła oraz jak dobór naturalny może w ogóle działać, skoro większość mutacji jest szkodliwa. Znów jednak bardziej zająłem się usuwaniem przeszkód utrudniających zrozumienie ewolucji niż przedstawianiem dowodów świadczących, że nie jest ona żadną „taką sobie teorią”, lecz przyrodniczym faktem.

Najobszerniejsza z moich książek — The Ancestor’s Tale — prezentowała już pełną historię życia na Ziemi. Nadałem jej narracyjną formę wyprawy w głąb czasu, niemal Chaucerowskiej opowieści o podróży w poszukiwaniu przodków, ale i tym razem samą ewolucję uznałem za fakt niewymagający dowodzenia. W pewnym momencie uświadomiłem sobie jednak, że wciąż tak robię i że we wszystkich moich książkach ewolucja bierze się jakby znikąd. Od tej chwili narastała we mnie chęć wypełnienia tej istotnej luki, a ponieważ właśnie mamy rok 2009 i zbiegają się dwie ważne rocznice, a mianowicie mija 200 lat od urodzin Karola Darwina i 150 od ukazania się O powstawaniu gatunków, uznałem, że nadszedł odpowiedni moment, by zrealizować ten plan. Nic dziwnego, że w tak pełnym znaczących rocznic momencie na podobny pomysł wpadło wielu innych, dzięki czemu ukazało się sporo wybitnych opracowań, w tym wspaniała książka Ewolucja jest faktem Jerry’ego Coyne’a (moją entuzjastyczną z niej recenzję opublikował „Times Literary Supplement” i można ją znaleźć w Internecie: http://richarddawkins.net/article,3594,Heat-theHornet,Richard-Dawkins).

Roboczy tytuł, pod jakim mój agent literacki, niestrudzony wizjoner John Brockman, proponował planowaną książkę wydawcom, brzmiał Only a Theory [Tylko teoria], później jednak okazało się, że ten tytuł zdążył już „zająć” Kenneth Miller dla obszernej publikacji, w której opisywał i komentował jeden z licznych sądowych procesów (w tym akurat sam odegrał bardzo ważną rolę), w którym ewolucja znów musiała bronić swego miejsca w programach amerykańskich szkół. Nie zmartwiłem się zbytnio, bo od początku nie byłem przekonany, czy ten tytuł na pewno pasuje do przygotowywanej książki. Zmiana przyszła mi tym łatwiej, że w pewnym momencie odkryłem w dość nieoczekiwanym miejscu sformułowanie, które moim zdaniem pasowało znacznie bardziej. Otóż parę lat temu jakiś anonimowy sympatyk przysłał mi T-shirt z wielkim napisem: „Evolution, the Greatest Show on Earth, the Only Game in Town”[1] („Ewolucja — najwspanialsze widowisko świata, jedyna rozrywka w mieście”. Od czasu do czasu zakładałem ten T-shirt, zwłaszcza, kiedy prowadziłem wykład tak właśnie zatytułowany, i w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że to również świetny tytuł dla książki, trzeba go tylko trochę skrócić. I tak właśnie narodziło się Najwspanialsze widowisko świata, a „Tylko teoria” — tyle że ze znakiem zapytania, niezbędnym z racji kreacjonistycznych skłonności do cytowania sformułowań wyrwanych z kontekstu — stało się tytułem Rozdziału I.

Pomogło mi w pracy nad książką — i to na różne sposoby — bardzo wiele osób, w tym: Michael Yudkin, Richard Lenski, George Oster, Caroline Pond, Henri D. Grissino-Mayer, Jonathan Hodgkin, Matt Ridley, Peter Holland, Walter Joyce, Yan Wong, Will Atkinson, Latha Menon, Christopher Graham, Paula Kirby, Lisa Bauer, Owen Selly, Victor Flynn, Karen Owens, John Endler, Iain Douglas-Hamilton, Sheila Lee, Phil Lord, Christine DeBlase i Rand Russell.

Sally Gaminara oraz Hilary Redmon i ich (odpowiednio brytyjski i amerykański) zespoły okazali mi wyjątkowe wsparcie. Trzykrotnie podczas — wydawałoby się — końcowych etapów pracy nad książką w prasie naukowej pojawiały się informacje o nowych, ważnych odkryciach i trzykrotnie na moje nieśmiałe pytanie, czy w tak zaawansowanym stadium prac wydawniczych da się w ogóle coś jeszcze zrobić, żeby uwzględnić te najnowsze dowody, zamiast typowych dla większości wydawców narzekań i marudzenia z racji konieczności wprowadzania zmian w ostatniej chwili, usłyszałem zgodę. Nie przesadzę dużo, mówiąc, iż Sally i Hilary gotowe były góry dla mnie poruszyć. Nie mniej pomocny (i cierpliwy) był Gillian Somerscales, który nadzorował skład i kolacjonował książkę z prawdziwie literacką wrażliwością.

Po raz kolejny towarzyszyła mi w pracy moja żona Lalla — stylistycznie książka ta bardzo wiele jej zawdzięcza.

Pomysł książki i jej początki nałożyły się na ostatnie miesiące mojej pracy w katedrze noszącej imię Charlesa Simonyiego. Rozstając się z dumnie brzmiącym tytułem „Simonyi Professor for Public Understanding of Science”, czternaście lat i siedem książek po naszym pierwszym spotkaniu, raz jeszcze chciałbym wyrazić olbrzymią wdzięczność dla Charlesa. Lalla przyłącza się do tych podziękowań i tak jak ja ma nadzieję, że nasza przyjaźń będzie trwała jeszcze długo.

Zadedykowałem tę książkę Joshowi Timonenowi, chcąc w ten sposób zrewanżować się jemu i nielicznej grupce zapaleńców, którym powstanie zawdzięcza moja witryna, RichardDawkins.net. Internet zna Josha przede wszystkim jako wspaniałego i inspirującego projektanta stron, ale — wierzcie mi — to naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej, choć może w jego wypadku nie jest to najtrafniejsza metafora, gdyż nie oddaje ona pełnej skali jego rozlicznych talentów, wielkiego wkładu w nasze wspólne przedsięwzięcie, ani wreszcie ciepła i poczucia humoru, które nigdy go nie opuszczają.

ROZDZIAŁ ITYLKO TEORIA?

Wyobraź sobie, że jesteś wykładowcą historii Rzymu i nauczycielem łaciny i to, czego najbardziej pragniesz, to zarazić innych swoją miłością do antyku i podzielić się fascynacją, jaką w tobie wzbudzają elegie Owidiusza, poematy Wergilego, ascetyczna oszczędność łacińskiej gramatyki, tak wspaniale widoczna w mowach Cycerona, strategiczne niuanse wojen punickich, wodzowskie talenty Juliusza Cezara i erotyczne ekscesy późniejszych cesarzy… W każdym razie czeka cię trudne zadanie, które wymaga czasu, skupienia i poświęcenia. Jesteś na to przygotowany, lecz im bardziej się angażujesz, tym bardziej masz wrażenie, że większość twoich wysiłków idzie na marne, bo uwagę studentów wciąż stara się odciągnąć głośno ujadająca sfora żałosnych ignorantów (jako miłośnik łaciny określisz ich raczej mianem „ignoramus”, wiedząc, że tak powinna brzmieć liczba mnoga[2]). Otóż te „szczekające kundelki” z nieprawdopodobnym wręcz zapałem (a przy okazji ze sporym wsparciem politycznym i jeszcze pokaźniejszym finansowym) próbują wmówić twoim nieszczęsnym studentom, że tak naprawdę Rzymianie nigdy nie istnieli. Ich przekaz jest prosty — nie było żadnego Imperium Rzymskiego, a cały nasz świat powstał na krótko przed nami. Hiszpański, włoski, francuski, portugalski, kataloński, okcytański (czyli prowansalski), romansz i wszystkie dialekty zaliczane do tej grupy językowej powstały niezależnie, rozprzestrzeniły się spontanicznie i nie mają żadnych wspólnych korzeni, jakiejś tam łaciny chociażby. W rezultacie ty, zamiast z pełnym zaangażowaniem realizować swoje szlachetne powołanie wykładowcy, uczonego i klasycysty, musisz marnować czas i energię na przekonywanie słuchaczy, że Rzymianie jednak istnieli. W innych okolicznościach nad taką głupotą i ignorancją, z jaką przyszło ci walczyć, mógłbyś tylko zapłakać, teraz jednak zbyt wiele czasu zajmuje ci zwalczanie tych bredni…

No, dobrze — jeśli moja opowieść o profesorze latynistyki wydaje się komuś zbyt wydumana, oto przykład bardziej realistyczny. Tym razem pomyśl, że wykładasz całkiem współczesną historię, ale twoje seminarium poświęcone dziejom Europy w XX wieku jest nie dość że bojkotowane przez niektórych studentów, to pojawiają się też na nim nieproszeni goście, którzy, wrzeszcząc i wszczynając burdy, usiłują zakłócić jego przebieg. Przy czym gołym okiem widać, że twoi oponenci reprezentują środowisko sprawnie zorganizowane, zamożne i dysponujące silnym politycznym zapleczem. Nietrudno się domyślić, że mówię o ludziach, którzy zaprzeczają historyczności Holocaustu, czyli tzw. negacjonistach. Różnica polega na tym, że jakkolwiek w rzeczywistości nikt (chyba?) nie przeczy istnieniu Rzymu, to negacjoniści istnieją naprawdę i stanowią jak najbardziej realną polityczną siłę — są przy tym dość hałaśliwi, a zarazem (z pozoru przynajmniej) wystarczająco plastyczni, by nawet się uczyć. Warto dodać, że publicznie popiera ich co najmniej jeden przywódca wielkiego kraju, a w swych szeregach mają przynajmniej jednego katolickiego biskupa. Teraz wyobraź sobie, że jako wykładowca historii współczesnej nieustannie spotykasz się z nachalnymi żądaniami, by w trakcie zajęć „nauczać o kontrowersji” i dawać „równe szanse” „alternatywnej teorii”[3], zgodnie z którą nie było Zagłady, a cały Holokaust to syjonistyczny wymysł. W pewnym sensie zresztą takie pomysły wspiera wciąż jeszcze modny w kręgach intelektualnych relatywizm, głoszący iż obiektywna prawda nie istnieje — jeśli by tak było, to istotnie kwestia historyczności Shoah stanowiłaby wyłącznie problem indywidualnych przekonań, można w istnienie obozów koncentracyjnych wierzyć, albo nie, a wszystkie punkty widzenia są równie sensowne i równie „godne szacunku”.

Tymczasem — proszę mi wierzyć — los bardzo wielu nauczycieli nauk przyrodniczych wcale nie jest dziś lepszy niż mojego wyimaginowanego historyka. Kiedy ci ludzie starają się objaśnić podstawową zasadę biologii, kiedy próbują ukazać świat ożywiony w jego historycznym kontekście, czyli z perspektywy ewolucyjnej, kiedy wreszcie badają i wyjaśniają naturę życia, są nękani i poddawani mobbingowi, rzuca im się kłody pod nogi i próbuje zastraszać, a szantażowanie utratą pracy nie należy do rzadkości. Strata czasu, z jaką się to wszystko wiąże, to może nie tak wielki problem, ale listy z pogróżkami od rodziców i drwiące uśmieszki biednych odmóżdżonych dzieciaków na pewno nie są przyjemne. W tym samym czasie innym nauczycielom w Stanach Zjednoczonych nakazuje się korzystanie z zaaprobowanych przez odpowiednie komisje stanowe podręczników, z których słowo „ewolucja” zostało starannie wyrugowane, albo też jakiś domorosły cenzor podmienił je na „zmiana w czasie”. Do tej pory podśmiewaliśmy się z tego, sądząc, że to wyłącznie amerykańska specjalność, obecnie jednak podobne problemy dotarły już i na Stary Kontynent — po części oczywiście (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii) dzieje się tak wpływem naszych zaatlantyckich sąsiadów, ale znacznie istotniejszym czynnikiem jest coraz liczniejsza grupa uczniów wyznających islam: jak wiadomo, tzw. multikulturalizm jest oficjalnie promowaną doktryną, a poza tym nikt nie chce być uznany za rasistę.

Mówi się — skądinąd w pełni zasadnie — że teologowie i wyższej rangi duchowni nie mają żadnego problemu z teorią ewolucji i często nawet wspierają naukowców w walce z obskurantyzmem. Sam zresztą mogę poświadczyć, że tak jest — dwukrotnie miałem okazję do owocnej współpracy z ówczesnym biskupem Oksfordu (dzisiejszym lordem Harriesem). W roku 2004 wspólnie napisaliśmy do „Sunday Timesa” artykuł, którego konkluzja brzmiała: „Dziś nie ma już nad czym «debatować». Ewolucja jest faktem i z chrześcijańskiej perspektywy jest jednym z najwspanialszych dzieł bożych”. To akurat zdanie wyszło spod pióra biskupa Harriesa, ale co do całej reszty artykułu w pełni się ze sobą zgadzaliśmy. Dwa lata później wspólnie z biskupem Harriesem byliśmy inicjatorami listu otwartego do ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira:

Szanowny Panie Premierze

W tym wspólnym wystąpieniu grupy naukowców i biskupów chcielibyśmy wyrazić głęboką troskę, jaką budzi w nas formuła programowa nauk przyrodniczych w Emmanuel City Technology College w Gateshead.

Ewolucjonizm jest teorią naukową o olbrzymiej mocy eksplanacyjnej i znajduje zastosowanie przy wyjaśnianiu bardzo wielu różnorodnych zjawisk w bardzo licznych dyscyplinach naukowych. Teoria ta oczywiście może być rozwijana, weryfikowana, a nawet istotnie modyfikowana w wyniku konfrontacji ze świadectwami empirycznymi. Nie jest ona natomiast, jak wyraził się rzecznik college’u, jedynie „przedmiotem wiary” na tej samej zasadzie, co biblijna koncepcja stworzenia, która wszak spełniać ma inne funkcje i służyć innym celom.

Chodzi nam zresztą o problem znacznie szerszy niż sytuacja w tej jednej szkole — otóż poważny niepokój budzi to, czego się naucza i jak się tego naucza praktycznie we wszystkich nowo powstałych szkołach wyznaniowych. Naszym zdaniem programy nauczania we wszystkich tych placówkach (oczywiście również w Emmanuel City Technology College) powinny być ściśle nadzorowane, aby zapewnić właściwy rozdział nauki i religii.

Z wyrazami szacunku

Rt Revd Richard Harries, biskup Oxfordu; Sir David Attenborough FRS; Rt Revd Christopher Herbert, biskup St Albans; Lord May of Oxford, Przewodniczący Royal Society; Profesor John Enderby FRS, Physical Secretary, Royal Society; Rt Revd John Oliver, biskup Hereford; Rt Revd Mark Santer, Bishop of Birmingham; Sir Neil Chalmers, dyrektor Natural History Museum; Rt Revd Thomas Butler, biskup Southwark; Sir Martin Rees FRS, Astronomer Royal; Rt Revd Kenneth Stevenson, biskup Portsmouth; Profesor Patrick Bateson FRS, Biological Secretary, Royal Society; Rt Revd Crispian Hollis, biskup Portsmouth (Kościół rzymskokatolicki); Sir Richard Southwood FRS; Sir Francis Graham-Smith FRS, były Physical Secretary, Royal Society; Profesor Richard Dawkins FRS[4]

Przygotowaliśmy ten list z biskupem Harriesem w pewnym pośpiechu, ale — przynajmniej o ile pamiętam — nikt spośród tych, do których zwróciliśmy się z prośbą o jego podpisanie, nie odmówił; ani żaden naukowiec, ani żaden biskup.

Zresztą również arcybiskup Canterbury nie ma żadnych problemów z ewolucją, podobnie jak papież (pominąwszy pewien intrygujący i subtelny problem, a mianowicie paleontologiczne datowanie powstania duszy), a także wszyscy wykształceni księża czy profesorowie teologii. Miedzy innymi z tego powodu chcę w tej książce przedstawić najrozmaitsze świadectwa dowodzące realności ewolucji, tego, iż jest ona faktem, a nie hipotezą. W każdym razie nie jest to książka wymierzona przeciw jakiejkolwiek religii (taką już zresztą napisałem, a nie ma po co wchodzić dwa razy do tej samej rzeki). Doświadczenie wskazuje, że biskupi i teologowie, którzy poznali dowody przemawiające na rzecz teorii Darwina, zaprzestali walki z nią. Niektórzy, co prawda, z pewnymi oporami, inni jednak, jak choćby biskup Harries, z wielkim entuzjazmem, w sumie jednak wszyscy (poza, rzecz jasna, tymi, którzy z pełną determinacją wolą pozostać niedoinformowani) muszą zaakceptować fakt ewolucji. Być może pomaga w tym przyjęcie, że Bóg jedynie zainicjował ten proces, a później nie kontrolował dokładnie całego jego przebiegu. Zapewne dla osób wierzących oznacza to, iż Bóg najpierw w jakiś sposób „uruchomił” Wszechświat, a jego narodziny uczcił, nadając mu w pełni zharmonizowany zespół praw i stałych fizycznych, dobranych tak, by zrealizować jakiś dla nas tajemniczy plan, w którym jednak my, ludzie, mamy do odegrania swoją rolę. W każdym razie jest tak, że z większym lub mniejszym entuzjazmem ludzie Kościoła (a przynamniej sporej części Kościołów chrześcijańskich) uznają dziś dowody przemawiające na rzecz ewolucji.

Jednak jeśli nawet co lepiej wykształceni hierarchowie i duchowni nie mają problemów z ewolucją, nie powinniśmy popadać w samozadowolenie i przyjmować, iż podobnie rzecz się ma również z ich „owieczkami”. Niestety jest przeciwnie — a świadczą o tym między innymi wyniki badań opinii publicznej, które zamieszczam w Dodatku. Na przykład nadal ponad czterdzieści procent Amerykanów nie zgadza się z twierdzeniem, że człowiek wyewoluował z innych zwierząt, i przyjmuje, że my (a również całe życie na Ziemi) zostaliśmy stworzeni przez Boga z grubsza dziesięć tysięcy lat temu.

Ja nadal uważam, że to tylko teoria.

W Wielkiej Brytanii proporcja zwolenników takiego poglądu jest nieco niższa, ale i tak pozostaje niepokojąco wysoka, to zaś powinno martwić tak samo Kościoły, jak i naukowców. Między innymi i z tego powodu uznałem, że niezbędna jest książka taka jak ta. I dlatego też w dalszych jej partiach posługiwał się będę terminem „ewolucyjni (historyczni) negacjoniści” jako określeniem tych wszystkich, którzy wciąż wierzą, że historię świata mierzyć należy w tysiącach, a nie w miliardach lat, a ludzie spacerowali sobie wśród dinozaurów. Przypominam — tak sądzi ponad dwie piąte mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a choć wyniki badań opinii publicznej nieco się różnią w różnych krajach, to nie odbiegają zbytnio od tej proporcji. Czasem więc zamiast o historycznych negacjonistach będę więc mówił o „czterdziestoprocentowych”.

Skoro zaś już tyle było mowy o oświeconych biskupach i teologach, dodam jeszcze, iż byłoby bardzo miłe z ich strony, gdyby nieco bardziej zaangażowali się w zwalczanie antynaukowych nonsensów, które sami wszak odrzucają. Wciąż jeszcze bowiem zbyt wielu kapłanów — wśród nich tacy, którzy doskonale wiedzą, że Adam i Ewa nigdy nie istnieli — znalazłszy się na kazalnicy, bez zastanowienia zaczyna snuć różne moralne i teologiczne rozważania z tą parą w roli głównej i nie przyjdzie im nawet do głowy, by jasno stwierdzić, że w rzeczywistości nie było żadnych „prarodziców”! Oczywiście gdy spytamy, dlaczego to robią, natychmiast usłyszymy, że przecież chodzi o czysto symboliczne znaczenie tych postaci, a naprawdę istotna jest dopiero kwestia grzechu pierworodnego albo też pochwała cnoty niewinności. Poza tym — coś takiego też zdarzało mi się usłyszeć — nikt przecież nie może być na tyle głupi, by wierzyć w te bajki. Czy jednak można oczekiwać tego od wiernych? Czy istotnie każdy, kto zasiada w kościelnych ławach (bądź klęczy na modlitewnym dywaniku), dysponuje tak świetną znajomością Pisma, by wiedzieć, które jego ustępy odczytywać dosłownie, a w których szukać jedynie znaczeń symbolicznych? Czy to naprawdę tak łatwe dla zwykle nienajlepiej wykształconego parafianina? Jasne, że nie, i doprawdy trudno mieć pretensje, gdy któryś z nich temu wyzwaniu nie sprosta (jeśli ktoś uzna to twierdzenie za gołosłowne, niech zerknie do Dodatku). Zatem proszę was, biskupi, księża i duchowni wszelkich wyznań — bądźcie ostrożni! Igracie z ogniem i niebezpieczeństwo czyha tuż za progiem (choć niektórzy sądzą, iż dawno już próg ten przekroczyło). Przecież Pismo jasno mówi, „niech mowa wasza będzie tak, tak — nie, nie”. Aby więc „tak” nie wiodło ku potępieniu, czyż nie powinniście z większą odwagą zwalczać wciąż powszechnie pokutujących fałszywych przekonań (choć może mówmy raczej o ignorancji) i starać się przynajmniej budzić w waszych słuchaczach chęć aktywnego wspierania nauki i nauczycieli?

Historyczni negacjoniści, jak ich tu nazywam, również należą do grupy czytelników, do których adresuję swoją książkę, ale chyba bardziej zależy mi na tym, by dotrzeć do ludzi, którzy sami nie mają takich problemów, lecz, stykając się z nimi w najbliższym otoczeniu — w rodzinie czy kościele — nie czują się wystarczająco dobrze zaopatrzeni w argumenty, by bronić swoich przekonań. Na dalszych stronach na pewno znajdą dość amunicji.

Powtórzmy zatem — ewolucja jest faktem i nie ma żadnych, najmniejszych nawet, sensownych powodów, by fakt ten negować. Dowody świadczące o tym, że ewolucja „działa”, są równie mocne, jak świadectwa Holocaustu czy zbrodni stalinowskich, nawet jeśli uwzględnimy, że o XX-wiecznych tragediach wciąż jeszcze możemy usłyszeć od naocznych świadków. Tak więc to prawda — jesteśmy kuzynami szympansów! Nieco odleglejsze pokrewieństwo łączy nas z innymi małpami Starego Świata, jeszcze dalsze z mrównikami i manatami… Ba!, nasze drzewo genealogiczne obejmuje też banany i brukiew, a tę listę każdy może kontynuować niemal tak długo, jak zapragnie. Tak, wiem — to nie jest „oczywista oczywistość”, odległe pokrewieństwo nie rzuca się w oczy i dlatego jeszcze niedawno większość ludzi, również wykształconych, nie sądziła, że taka jest prawda. Niemniej coś, co niegdyś miało status hipotezy, dziś już nie podlega dyskusji. Nie musiało tak być, ale tak jest, a wiemy to za sprawą niezliczonych świadectw i dowodów przemawiających na rzecz teorii ewolucji. Ewolucja jest faktem, a ta książka ma to wykazać. Żaden szanujący się naukowiec nie podważa dziś ewolucji i, podobnie, żaden myślący i pozbawiony uprzedzeń czytelnik, doczytawszy do ostatniej strony, nie będzie w nią powątpiewał.

Jeśli tak jest, dlaczego wciąż mówimy o darwinowskiej teorii ewolucji. Wszak takie sformułowanie tylko ułatwia życie różnej maści kreacjonistom (historycznym negacjonistom, czterdziestoprocentowcom etc.), którzy przyjmują, że słowo „teoria” to wyraz kompromisu, ustępstwo sprzyjające ich przyszłemu zwycięstwu.

CO TO JEST TEORIA? CO TO JEST FAKT?

Tylko teoria? Rozważmy zatem, co to znaczy „teoria”. Słownik języka polskiego PWN podaje (miedzy innymi) następujące trzy znaczenia tego słowa:

1. «całościowa koncepcja zawierająca opis i wyjaśnienie określonych zjawisk i zagadnień […]»

2. «dział nauki o literaturze, kulturze, sztuce itp. zajmujący się systematyzowaniem pojęć i twierdzeń leżących u podstaw tych dziedzin»

3. «teza jeszcze nieudowodniona lub nieznajdująca potwierdzenia w praktyce»[5].

Łatwo zauważyć, że znaczenia te bardzo istotnie się od siebie różnią, i łatwo też odpowiedzieć, dlaczego „teoria ewolucji”: naukowcy posługują się znaczeniem 1., kreacjoniści zaś — czasem ze szczerego przekonania, czasem z czystej złośliwości — przyjmują, że chodzi tu o znaczenie 3. Dobrym przykładem teorii w znaczeniu 1. jest teoria heliocentryczna opisująca orbitalny ruch Ziemi i pozostałych planet Układu Słonecznego wokół Słońca. Teoria ewolucji równie doskonale spełnia warunki określone w tej definicji, jest bowiem „całościową koncepcją zawierającą opis i wyjaśnienie określonych zjawisk i zagadnień”, a przy tym równocześnie (to już ze znaczenia 2.) „działem nauki zajmującym się systematyzowaniem pojęć i twierdzeń leżących u podstaw [biologii]”. Zarazem (tu już sięgam do encyklopedycznej, a nie słownikowej definicji pojęcia „teoria”) teoria ewolucji jest „systemem pojęć, definicji, aksjomatów i twierdzeń ustalających relacje między tymi pojęciami i aksjomatami, tworzącym spójny system pojęciowy opisujący jakąś wybraną fizyczną lub abstrakcyjną dziedzinę”[6]1. Ewolucja miała niegdyś status hipotezy, ale — tu znów odwołuję się do wiedzy encyklopedycznej — została uznana za naukową teorię, gdy potwierdziły ją świadectwa empiryczne. W każdym razie na pewno nie można o teorii ewolucji powiedzieć, iż jest „tylko teorią” w słownikowym znaczeniu 3., czyli „tezą jeszcze nieudowodnioną lub nieznajdującą potwierdzenia w praktyce”, ani też „[czyjąkolwiek] koncepcją na określony temat” (to też ze Słownika języka polskiego). W każdym razie naukowcy i kreacjoniści słowo „teoria” rozumieją odmiennie. Tymczasem ewolucja jest teorią w takim samym sensie jak teoria heliocentryczna. Nie ma najmniejszych powodów, by uważać ją za „tylko teorię”.

Przejdźmy teraz do zarzutu, iż ewolucja nigdy nie została „udowodniona”. Ten argument o rzekomym braku dowodów miałby stanowić dla naukowców przypomnienie, że może im grozić utrata społecznego zaufania. Wciąż zresztą niektórzy bardzo wpływowi filozofowie twierdzą, że nauka niczego nie jest w stanie tak naprawdę „dowieść”. Matematycy mogą, co prawda, coś udowodnić — zgodnie z pewnymi krańcowymi poglądami tylko oni — ale reprezentantom nauk przyrodniczych i ścisłych pozostaje tylko satysfakcja z tego, że nie potrafią obalić jakiegoś twierdzenia, choćby się najusilniej starali. Zresztą nawet tak oczywiste stwierdzenie jak to, że Księżyc jest mniejszy od Słońca, nie może być (znów, powtarzam, według niektórych szkół filozoficznych) dowiedzione w takim znaczeniu, jak choćby twierdzenie Pitagorasa. Oczywiście za trafnością tej astronomicznej obserwacji przemawia tak wiele dowodów, że twierdzenie, iż pozostaje ona nadal nieudowodnioną hipotezą, i odmawianie jej statusu „faktu”, jest krańcowym idiotyzmem dla wszystkich oprócz garstki metodologicznych pedantów. Dokładnie tak samo jest w przypadku ewolucji. Można by powiedzieć, że to nie teoria tylko fakt, taki sam jak to, że Paryż leży na półkuli północnej. Choć „topór logiki rządzi w tym mieście”[7]2, gdy teorie nie dają żadnego pola wątpliwościom, wtedy zaczynamy nazywać je faktami. Im intensywniej jakaś teoria jest atakowana, tym — rzecz jasna jeśli zdoła ataki te przetrwać — bardziej zbliża się do tego, co zdrowy rozsądek każe nam uznać właśnie za niekwestionowalny fakt.

Mógłbym oczywiście kontynuować te rozważania, posługując się wciąż określeniami „teoria w znaczeniu 1.” i „teoria w znaczeniu 2.”, zdaję sobie jednak sprawę, że numerki czasem trudno zapamiętać i dlatego chciałbym zaproponować odmienną terminologię. Jeśli chodzi o znaczenie 3., nie ma wielkiego problemu — „hipoteza” to bardzo wygodne pojęcie. Wszyscy wiedzą, że hipoteza to pomysł, idea, która dopiero oczekuje na weryfikację — potwierdzenie lub falsyfikację. W przypadku ewolucji tak właśnie było w czasach Darwina, dziś jednak ten etap mamy już za sobą. Z „teorią w znaczeniu 1.” jest nieco trudniej. Najprościej (i najmilej) byłoby oczywiście nadal posługiwać się tym terminem, tak jakby inne znaczenia nie istniały (w sumie zresztą czyż nie powinny nie istnieć, wszak mamy już „hipotezę”, „pomysł” etc.), uniknęlibyśmy w ten sposób wielu nieporozumień. Niemniej słowo „teoria” w znaczeniu „hipoteza” jest powszechnie używane i nie mamy możliwości, by tego zakazać. Dlatego też zdecydowałem się na, być może, kosztowny (ale, mam nadzieję, wybaczalny) zabieg, a mianowicie postanowiłem pożyczyć od matematyków termin „teoremat”. Ponieważ i to nie jest pojęcie do końca odpowiadające moim potrzebom — acz nadal pożytki przewyższają zagrożenia — a dodatkowo jeszcze matematycy mogliby poczuć się znieważeni (czego za wszelka cenę chciałbym uniknąć) zdecydowałem się dokonać jeszcze drobnej modyfikacji i wprowadzić zgrabny, jak mniemam, neologizm „teorum”[8]. Może jednak najpierw wyjaśnię, co oznacza teoremat w matematyce (a przy okazji wyjaśnię, co miałem na myśli, mówiąc, iż w zasadzie tylko matematycy mogą rzeczywiście coś udowodnić — żeby nie było wątpliwości: prawnicy, mimo iż roszczą sobie takie pretensje, są w tej konkurencji bez szans).

Dla matematyka dowód twierdzenia polega na logicznym wykazaniu, że wniosek (czyli twierdzenie) wypływa z przyjętych przesłanek (aksjomatów). Na przykład twierdzenie („teoremat”) Pitagorasa jest bezwzględnie prawdziwe, o ile tylko rozpatrujemy je w ramach geometrii euklidesowej, której jednym z aksjomatów jest to, iż dwie linie równoległe nigdy się nie przetną. Można zmierzyć tysiące trójkątów prostokątnych z intencją obalenia twierdzenia Pitagorasa, ale, wierzcie mi, to marnowanie czasu. Pitagoras przeprowadził dowód swojego twierdzenia, który każdy może sprawdzić — dzięki temu wiemy, że to twierdzenie jest po prostu prawdziwe. I już. Właśnie tym jest dowód dla matematyka: to coś, co pozwala odróżnić hipotezę od twierdzenia (teorematu), czyli uniknąć semantycznego zamieszania z pojęciem „teoria”. Warto zresztą w tym momencie raz jeszcze sięgnąć do słownika, by się dowiedzieć, co dokładnie znaczy teoremat — otóż zgodnie z formalną, logiczną definicją jest to: „twierdzenie pochodne, występujące w obrębie systemu dedukcyjnego, wyprowadzone za pomocą wnioskowania dedukcyjnego z aksjomatów tego systemu”. Hipoteza może nawet wyglądać bardzo prawdopodobnie, ale takiego „wyprowadzenia” się (dotychczas) nie doczekała. W matematyce mamy wiele takich przypadków, jednym z najsłynniejszych jest tzw. hipoteza Goldbacha, głosząca, że każda parzysta liczba naturalna może zostać przedstawiona jako suma dwóch liczb pierwszych. Jak na razie matematykom nie udało się tej hipotezy obalić, przynajmniej dla liczb mniejszych od 300 tysięcy milionów milionów milionów. Kierując się zdrowym rozsądkiem, powinniśmy już zatem w zasadzie mówić „fakt Goldbacha”. Tak jednak nie jest, bo jak dotąd hipotezy Goldbacha nie udało się nikomu udowodnić, mimo że na szczęśliwca, który taki dowód przedstawi, czekają bardzo hojne nagrody. Ponieważ jednak wciąż go nie ma, matematycy nadal — i słusznie — mówią tylko o hipotezie, konsekwentnie odmawiając możliwości „awansu” na szczebel twierdzenia, ten bowiem może nastąpić dopiero, gdy wymagany dowód zostanie przedstawiony. I wówczas będziemy już mieli twierdzenie (teoremat) Goldbacha, a może raczej „teoremat Iksińskiego”, od nazwiska tego, który wreszcie rozwiąże ten liczący sobie już ponad dwieście pięćdziesiąt lat problem teorii liczb.

Hipotezę Goldbacha wykorzystał kiedyś (skądinąd z właściwym dla siebie sarkazmem) Carl Sagan, komentując dość liczne przypadki osobników twierdzących, że zostali porwani przez obcych:

Zdarza się, że otrzymuję list od człowieka, który twierdzi, że „jest w kontakcie” z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji i pisze, iż „mogę zadać im dowolne pytanie”. Przez lata przygotowałem już sobie sporą liczbę takich pytań. Przybysze muszą być, co oczywiste, przedstawicielami bardzo rozwiniętej cywilizacji. Proszę ich zatem, by podali „krótki dowód wielkiego twierdzenia Fermata albo hipotezy Goldbacha” […] I jakoś na takie pytania nigdy nie dostaję odpowiedzi. Natomiast gdy chcę, by wyjaśnili, „czy powinniśmy być dobrzy?”, odpowiedź przychodzi praktycznie zawsze. W kwestiach mętnych, niejednoznacznych, a zwłaszcza w sferze konwencjonalnej moralności, Obcy okazują się ekspertami i z najwyższą radością odpowiadają, gdy o coś takiego ich się pyta. Ilekroć jednak zadaję bardziej szczegółowe pytania, kiedy chcę się przekonać, czy wiedzą coś, czego my, ludzie, jeszcze nie wiemy, odpowiedzią jest milczenie…

Wielkie twierdzenie Fermata opisuje pewne właściwości liczb naturalnych. Podobnie jak w przypadku hipotezy Goldbacha przez kilkaset lat (a dokładnie od roku 1637, kiedy to Pierre de Fermat zanotował je na marginesie pewnego matematycznego dzieła i opatrzył następującą uwagą: „Znalazłem zaiste zadziwiający dowód tego twierdzenia. Niestety, margines jest zbyt mały, by go pomieścić”) nikomu nie udało się podać warunków, w jakich opisana w nim przez Fermata właściwość nie byłaby spełniona, i przez z górą trzy wieki wielkie twierdzenie Fermata było jednym ze świętych Graali matematyki. Ostatecznie dowód przedstawił dopiero w roku 1995 angielski matematyk Andrew Wiles, nim jednak to nastąpiło, część przedstawicieli tej dyscypliny twardo obstawała, by mówić o „hipotezie Fermata” i nie używać nazwy „wielkie twierdzenie”. Tak przy okazji — dowód Wilesa zajmuje ponad dwieście stron i opiera się na najnowszych odkryciach i zaawansowanych technikach dwudziestowiecznej nauki, nic dziwnego więc, iż większość matematyków uważa, że Pierre de Fermat (nie ujmując nic szczerości jego intencji) pomylił się, sądząc, że znalazł dowód swojego twierdzenia. Z naszego punktu widzenia cała ta opowieść jest o tyle istotna, że stanowi bardzo dobrą ilustrację różnicy między twierdzeniem a hipotezą.

Jak już mówiłem, postanowiłem pożyczyć od matematyków termin „teoremat” i posługiwać się nim, nieco go, co prawda, zmodyfikowawszy (do „teorum”, przez analogię do „decorum”, gdyby ktoś zapomniał), żeby uniknąć skojarzeń z logiką i matematyką. Mamy zatem odtąd „teorum ewolucji”, „teorum heliocentryczne”, czyli różne naukowe teorie spełniające i słownikową (w znaczeniu 1.), i encyklopedyczną definicję pojęcia „teoria”, są bowiem „całościowymi [empirycznie zweryfikowanymi] koncepcjami zawierającymi opis i wyjaśnienie określonych zjawisk i zagadnień”.

Oczywiście, jak już wyżej wyjaśniałem, teorum naukowe niejako z definicji nie jest (i nie może być) udowodnione w takim sensie, jak teoremat (twierdzenie) w matematyce. Na co dzień uznajemy jednak, iż takie teora są po prostu faktami, tak jak faktem jest to, że Ziemia jest kulista, nie płaska, a rośliny zielone uzyskują energię ze światła słonecznego. Oba powyższe stwierdzenia to przykłady naukowych teorów — poparte są nieprzebraną ilością świadectw empirycznych (dowodów) oraz powszechnie zaakceptowane przez obserwatorów, czyli niekwestionowalne. W języku potocznym nazywamy je faktami. A jak to z faktami bywa, każdy pedant może się przyczepić, że jest możliwe (a przynajmniej nie sposób wykluczyć), iż zarówno instrumenty pomiarowe, którymi się posługujemy, jak i narządy zmysłów pozwalające odczytać wyniki pomiarów, dają się na jakiś wielce przemyślny sposób łudzić. Bertrand Russell stwierdził kiedyś na przykład: „No, cóż — może istotnie każdy z nas znalazł się na tym świecie zaledwie pięć minut temu, tyle że z całkiem gotowymi wspomnieniami, a również już w dziurawych skarpetkach i z fryzurą, która wręcz woła o fryzjera. Wziąwszy pod uwagę dowody na rzecz ewolucji, jakie już są nam dostępne, przyjęcie, iż jest ona czymkolwiek innym niż po prostu faktem, wymagałoby równie wielkiej ekwilibrystyki, jak wiara w scenariusz wyżej opisany. W takie oszustwo ze strony stwórcy mało kto chyba, nawet spośród najgorliwszych jego wyznawców, byłby gotów uwierzyć”.

Przyjrzyjmy się może teraz, co — według słowników i encyklopedii — znaczy fakt. Znów sięgamy do słownika (SJP PWN) i (znów) znajdujemy kilka znaczeń, z których w tym momencie interesujące są dla nas dwa:

1. «to, co zaszło lub zachodzi w rzeczywistości»

2. fakt naukowy «stwierdzenie konkretnego stanu rzeczy lub zdarzenia w określonym czasie i przestrzeni».

Proszę zauważyć, że podobnie jak teorum, tak i fakt nie ma w tym ujęciu równie rygorystycznego statusu, jak (udowodnione na mocy definicji) twierdzenie matematyczne (teoremat), które jest nieuchronną konsekwencją przyjętych założeń (aksjomatów). Przede wszystkim „stwierdzenie konkretnego stanu rzeczy lub zdarzenia” może być po prostu błędne, i to głęboko błędne. Dość często niestety o czymś takim zapomina się na sali sądowej. Tymczasem zwłaszcza prawnicy, nierzadko przeceniający „zeznania naocznych świadków”, powinni z pokorą przyswoić lekcję, jakiej udzielają nam psychologowie. Jest na przykład taki wspaniały eksperyment zaprojektowany przez profesora Daniela J. Simonsa z University of Illinois. Otóż mamy (jako uczestnicy eksperymentu) obserwować uważnie dwudziestopięciosekundowy filmik, na którym kilkoro młodych ludzi, ustawionych w kółko, rzuca do siebie dwiema piłkami do koszykówki. Gracze ciągle się przemieszczają i zamieniają miejscami, my zaś — tak brzmi instrukcja eksperymentatora — mamy dokładnie policzyć, ile rzutów zostało wykonanych. Nie jest to zatem proste zadanie. Wreszcie nagranie się kończy i psycholog starannie zapisuje wyniki podawane mu przez kolejnych badanych. I nadal nikt z tego grona jeszcze nie wie, że tak naprawdę w eksperymencie chodzi o coś zupełnie innego. Sensacja wybucha dopiero po zakończeniu projekcji i po przepytaniu wszystkich po kolei o liczbę oddanych rzutów. Wówczas bowiem pada pytanie: „A kto widział goryla?”. W tym momencie zwykle niemal wszyscy dębieją i zapada głucha cisza. Wtedy prowadzący eksperyment ponownie puszcza kasetę, ale najpierw uprzedza, by uważnie oglądać, co się dzieje, zamiast liczyć wymieniane piłki. I raptem okazuje się, że w dziewiątej sekundzie filmu w środek kółka utworzonego przez graczy z pełną nonszalancją wmaszerowuje osobnik w stroju goryla, przystaje i, gapiąc się prosto w kamerę, wali się w piersi, jakby złośliwie drwił sobie w ten sposób z naocznych świadków. Po chwili, równie niefrasobliwie jak wszedł, spokojnie wychodzi przez drzwi po przeciwległej stronie sali (zdjęcia z eksperymentu można obejrzeć na 8 stronie kolorowej wkładki). Goryl obecny jest na ekranie równo dziewięć sekund, to więcej niż jedna trzecia nagrania, a mimo to zdecydowana większość uczestników eksperymentu po prostu go nie zauważa. Ba — wszyscy ci ludzie przed każdym sądem gotowi byliby przysiąc, że żadnego przebierańca w stroju wielkiej małpy nie widzieli, a przecież samo zadanie (liczenie piłek) wymagało od nich wielkiej koncentracji, więc film oglądali w należytą uwagą. Eksperyment Simonsa powtarzali w wielu wariantach liczni badacze i wyniki za każdym razem były zbliżone. Bardzo podobne były również reakcje pełnych niedowierzania badanych, gdy eksperymentator tłumaczył im, co się stało. Jak więc widać, nawet na „naocznych świadkach” opisujących „to, co zaszło w rzeczywistości”, na podstawie zaobserwowanych „w określonym czasie i przestrzeni” zdarzeń, nie zawsze można polegać; takie relacje nieraz są, a na pewno mogą być, kompletnie niewiarogodne. Tę ludzką przypadłość i zawodność naszych zmysłów świetnie potrafią wykorzystywać prestidigitatorzy, stosując bardzo wyrafinowane sztuczki mające rozpraszać uwagę widzów.

Niektóre słownikowe definicje faktu mówią o „realnych zdarzeniach” i „konkretnym stanie rzeczy”, przeciwstawiając te jego właściwości czemuś, co może zostać jedynie wywnioskowane. Zapewne ma to brzmieć pejoratywnie, ale czy rzeczywiście ma to sens. Przecież — choć to nieco sprzeczne z potoczną intuicją — staranne wnioskowanie może być znacznie lepszym narzędziem poznania rzeczywistości niż „naoczna obserwacja”. Sam dosłownie osłupiałem, kiedy przeprowadzono na mnie „test Simonsa”. Nie dość, że nie zobaczyłem goryla, to jeszcze absolutnie nie chciałem uwierzyć, że on tam był. Od tego momentu jednak nauczyłem się nie ulegać pokusie (a nawet wręcz automatyzmowi) zawierzenia świadectwu zmysłów, jeśli można posłużyć się naukowym wnioskowaniem. Sądzę też, że filmik Simonsa z gorylem powinno się pokazywać każdej ławie przysięgłych, zanim rozpocznie naradę nad werdyktem. Sędziom zresztą też.

Oczywiście w ostatniej instancji wszelkie wnioskowanie opiera się na świadectwie zmysłów. Na przykład musimy posłużyć się oczami, by obejrzeć wydruk z maszyny sekwencjonującej DNA (albo z Wielkiego Zderzacza Hadronów). Ale — i to właśnie jest sprzeczne z potoczną intuicją — bezpośrednia obserwacja jakiegoś domniemanego zdarzenia (na przykład morderstwa), nawet samego momentu zbrodni, niekoniecznie musi być świadectwem bardziej wiarogodnym niż zdecydowanie już niebezpośrednia obserwacja pewnych jego konsekwencji, na przykład wyników analizy DNA pobranego z plam krwi, włączonych jako element łańcucha dowodowego. Błędna identyfikacja sprawcy jest bardziej prawdopodobna, kiedy sąd kieruje się „bezpośrednimi” świadectwami (relacjami naocznych świadków), niż gdy dokonuje jej na podstawie „niebezpośrednich” dowodów, takich jak ślady DNA. Tak przy okazji — bardzo długa lista osób, które zostały niesłusznie skazane na podstawie zeznań świadków, a potem, często dopiero po wielu latach, uniewinnione, właśnie w oparciu o badania DNA, to wyjątkowo przygnębiająca lektura. Tylko w Teksasie udało się doprowadzić do rewizji trzydziestu pięciu wyroków, od kiedy sądy zaczęły wreszcie dopuszczać dowód z DNA. A pamiętajmy, że mówimy o tych, którzy szczęśliwie dożyli, wziąwszy zaś pod uwagę, jak chętnie w tym stanie wykonuje się egzekucje (George W. Bush, kiedy przez sześć kolejnych lat był gubernatorem Teksasu, podpisywał wyrok śmierci średnio co dwa tygodnie), wielu tej szansy nie dano. Bardzo wiele jednak wskazuje, że znacząca liczba skazanych pozostałaby przy życiu, gdyby w ich sprawach można było wykorzystać dowód z DNA.

W każdym razie w mojej książce wnioskowanie traktować będę bardzo poważnie; oczywiście mam tu na myśli rzetelne i spełniające kryteria naukowe wyciąganie wniosków. Właśnie to potężne i niezawodne narzędzie posłuży mi do wykazania, że ewolucja jest faktem. Dlaczego tak należy postąpić? Chociażby z tego powodu, że olbrzymia większość ewolucyjnych zmian jest niedostrzegalna gołym okiem. Co więcej, niemal wszystkie zaszły, nim jeszcze ktokolwiek z nas się urodził, a nawet te, które zachodzą teraz, zachodzą zbyt wolno, by dało się je zaobserwować w czasie jednego ludzkiego życia. Nie inaczej jest z oddalaniem się kontynentów — Afryki i Ameryki Południowej. Jak przekonamy się w Rozdziale IX, jest to proces zdecydowanie zbyt powolny, by dało się go „po prostu” dostrzec. W tym sensie z ewolucją jest podobnie jak z dryfem kontynentalnym — wnioskowanie po fakcie to jedyne, co możemy czynić, choćby z tego oczywistego powodu, że wcześniej, nim dany proces się rozpoczął, nie istnieliśmy. To jednak nie oznacza, że choć na (nano)sekundę wolno nam zwątpić w moc wnioskowania. Oddalanie się kontynentów jest dziś powszechnie uznawane za bezdyskusyjny, niepodważalny fakt (w potocznym rozumieniu słowa fakt). Faktem jest również, że mamy wspólnych przodków z jeżozwierzem i granatowcem.

Wyobraźmy sobie teraz, że jesteśmy detektywami na miejscu zbrodni. Morderca dawno już zbiegł i nie mamy żadnych szans, by na własne oczy zobaczyć, co się naprawdę zdarzyło. (Zresztą eksperyment z gorylem i wiele innych, podobnych, nauczyły nas, by zbytnio nie dowierzać własnym zmysłom). Co zatem może zrobić detektyw? Otóż ma do dyspozycji liczne ślady, które pozostawił sprawca, a im naprawdę można zaufać — to ślady stóp, odciski palców (a dziś również tzw. genetyczny odcisk palca), plamy krwi, listy, notatki… Świat wygląda dziś tak, jak wygląda i jak powinien wyglądać, mając taką, a nie inną historię.

Dwóch omawianych wyżej słownikowych znaczeń pojęcia „teoria” nie dzieli aż tak wielka przepaść, czego dowodzi wiele historycznych przykładów. Również dzieje nauki dostarczają licznych ilustracji, gdy dzisiejsze teorum zaczynało jako „tylko” hipoteza. Tak było z teorią dryfu kontynentalnego, którą z początku niemal powszechnie wyśmiewano i długo trwało, nim zyskała status niekwestionowanego naukowego faktu (teorum). W zasadzie zresztą nietrudno coś takiego wyjaśnić. Podobnie jak procesów przeciwnych. To jednak, iż niektóre przekonania, niegdyś powszechnie podzielane, z czasem okazały się błędne, nie oznacza, byśmy musieli się obawiać, że za sprawą świadectw, które pojawią się w nieokreślonej przyszłości, ten sam los nieuchronnie czeka prawdy uznawane dzisiaj. Jak poważne jest to niebezpieczeństwo, zależy (między innymi) od tego, na ile silne są dowody, na które powołujemy się w danym momencie. Niegdyś ludzie myśleli, że Słońce jest mniejsze od Ziemi, ponieważ nie dysponowali odpowiednimi świadectwami. Dziś mamy dowody, które naszym przodkom były niedostępne, i możemy być też pewni, że tych dowodów nikt nigdy nie zakwestionuje. W tej sferze przynajmniej nie mówimy o hipotezach, które — tylko jak dotąd — przetrwały próby obalenia. Oczywiście w innych obszarach w wielu kwestiach możemy błądzić, ale jesteśmy też w stanie sporządzić listę „faktów”, co do których mamy absolutną pewność. Ewolucja i teoria heliocentryczna kiedyś na takiej liście by się nie znalazły, ale dziś ich obecność na niej jest bezdyskusyjna.

Biolodzy dość często odwołują się do różnicy między faktem ewolucji (wszystkie żywe organizmy są spokrewnione), a teorią, wyjaśniającą dlaczego tak jest (najczęściej oznacza to dobór naturalny, jako że ta teoria podaje wyjaśnienia mniej sprzeczne niż jej rywalki, takie jak lamarkizm, odwołujący się do mechanizmu „zaniku narządów nieużywanych” i „dziedziczenia cech nabytych”). Sam Darwin dopuszczał oba te rozumowania jako alternatywne, hipotetyczne wyjaśnienia, a to z tego powodu, że w jego czasach nie było jeszcze tak przekonujących dowodów i poważni uczeni mogli poważnie debatować nad ewolucją i tym, czy jej narzędziem rzeczywiście jest dobór naturalny. Dziś sama ewolucja nie może być kwestionowana, z czasem bowiem zyskała status faktu, ale oczywiście nadal można rozważać, czy istotnie dobór naturalny jest tym mechanizmem, który ją napędza.

W autobiografii Karol Darwin wspomina, jak w roku 1838 „dla rozrywki” zabrał się za lekturę dzieła Malthusa Prawo ludności (Matt Ridley podejrzewa, że lekturę te podsunęła Darwinowi Harriet Martineau, obdarzona wybitną inteligencją przyjaciółka jego brata Erazma) i właśnie rozważania Malthusa stały się dla niego inspiracją przy formułowaniu teorii doboru naturalnego. „Wreszcie trafiłem na teorię, z którą mogłem pracować” — pisał Darwin. Dobór naturalny był dla niego z początku tylko hipotezą, może prawdziwą, może nie. Podobnie zresztą myślał o samej ewolucji. Nim dwadzieścia jeden lat później (w 1859) Darwin zdecydował się na publikację O powstawaniu gatunków, zebrał dość świadectw empirycznych, by nabrać pewności co do samej ewolucji, ale nadal jeszcze nie mógł być pewien prawdziwości koncepcji doboru naturalnego, jeszcze wiele bowiem było trzeba, by ta hipoteza również uzyskała status faktu. W pewnym sensie całe główne dzieło Darwina jest próbą przeniesienia doboru naturalnego ze sfery hipotez do sfery faktów. Ta próba trwała aż do momentu, gdy — a tak jest obecnie — nikt poważny nie ma już żadnych wątpliwości, a sami naukowcy (przynajmniej w mniej formalnym kontekście) uznają ewolucję za fakt. Wszyscy poważni biolodzy zgadzają się też dziś, że dobór naturalny jest jednym z najważniejszych mechanizmów napędowych ewolucji, aczkolwiek — i tu już przedstawiciele tej dyscypliny spierają się co do szczegółów — nie jedynym. Nawet jednak jeśli istotnie są jeszcze inne mechanizmy, jakoś nie udało mi się do tej pory spotkać poważnego biologa, który potrafiłby wskazać sensowną alternatywę dla doboru naturalnego jako siły napędowej ewolucji w znaczeniu adaptacyjnym: ewolucji owocującej rosnącym dostosowaniem.

W każdym razie kolejne rozdziały tej książki chciałbym poświęcić wykazaniu, że ewolucja po prostu jest faktem, a również opisaniu jej niewyobrażalnej potęgi, piękna i prostoty. Ewolucja jest w nas, wokół nas i między nami, a jej dokonania przetrwały przez eony utrwalone w skałach. A ponieważ, jak już pisałem, ludzkie życie nie trwa niestety dość długo, byśmy mogli obserwować przebieg ewolucji własnymi oczami[9], posłużę się przywoływaną już metaforą detektywa, który post factum pojawia się na miejscu zbrodni i musi dopiero wydedukować, co tam zaszło. W naszym przypadku owe ślady i dowody, które ma do dyspozycji detektyw, są o wiele liczniejsze, bardziej przekonujące i bardziej niepodważalne niż cokolwiek, co kiedykolwiek zademonstrowano przed jakimkolwiek sądem, niezależnie nawet od liczby naocznych świadków. Mamy zatem niepodważalne dowody; niepodważalne przynajmniej, jeśli ktoś kieruje się rozumem. Czy jednak przeciwnicy ewolucji istotnie odwołują się do rozumu i czy ich wątpliwości są uzasadnione? Cóż — przekonajmy się!

ROZDZIAŁ IIPSY, KROWY I KAPUSTA

Co sprawiło, że idea Darwina tak późno pojawiła się na historycznej scenie? Czemu tyle trwało, nim ludzkość wpadła na pomysł tak oczywisty i prosty — znacznie oczywistszy, gdy idei tej się przyjrzeć, niż matematyczne idee, które Newton dał nam dwieście lat wcześniej (czy nawet te, które dwa tysiące lat wcześniej obmyślił Archimedes)? Na te pytania istnieje mnóstwo odpowiedzi. Może ludzi przerażał bezmiar czasu, niezbędny, by zaszła tak wielka zmiana; może ludzki umysł gubił się w przepastnej głębi geologicznych epok, czyli nie potrafił odróżnić czasu geologicznego od tych kilkudziesięciu lat, jakimi dysponuje każdy z nas. A może winę ponosi religijna indoktrynacja? Może też akceptacja ewolucji okazała się tak trudna, gdyż łudząca iluzja projektu i stwórcy istotnie jest bardzo kusząca w kontekście niewyobrażalnej złożoności narządów takich jak choćby oko. Pewnie wszystkie te czynniki odegrały swoją rolę. Jednak Ernst Mayr, nestor i wielka postać neodarwinowskiej syntezy (zmarł w roku 2005 w wieku 100 lat) konsekwentnie głosił, że przyczyna leży całkiem gdzie indziej. Według Mayra winną całego zamieszania była wywodząca się jeszcze z antyku filozoficzna doktryna, współcześnie określana mianem esencjalizmu. Tak więc to duch Platona przesłaniał nam ewolucję[10].

DUCH PLATONA

Dla Platona cała „rzeczywistość”, jaką postrzegamy, jest niczym więcej niż cieniami pojawiającymi się na ścianach jaskini, gdy płonie ognisko. Platon, jak wszyscy klasyczni greccy myśliciele, w głębi duszy był geometrą. Dla niego jednak trójkąt narysowany na piasku był tylko niedoskonałym cieniem prawdziwej esencji trójkąta, w idealnym trójkącie bowiem każda krawędź stanowi fragment euklidesowej prostej, ma długość, ale nie ma żadnej szerokości, każda linia jest nieskończenie cienka, a dwie linie równoległe nigdy się nie przecinają. Zsumowane kąty takiego idealnego trójkąta dają dokładnie 180 stopni, ani o pikosekundę mniej lub więcej. W każdym razie trójkąt narysowany na piasku nie jest prawdziwym trójkątem (esencją trójkąta), lecz jedynie jego ulotnym cieniem.

Biologia, jak twierdził Mayr, jest zarażona własną wersją esencjalizmu, a ów biologiczny esencjalizm traktuje tapiry i króliki, pangoliny i dromadery tak, jakby były trójkątami, rombami, paraboloidami i dwunastościanami. Królik zatem, który biega przed naszym nosem, w istocie jest bladym cieniem „idei” czy „esencji” królika; prawdziwego platońskiego królika, który przebywa gdzieś tam w konceptualnej przestrzeni wraz z idealnymi kształtami i bryłami geometrycznymi. Realne króliki, zwierzęta z krwi i kości, mogą się różnić się od siebie, ale na te różnice zawsze należy patrzeć jako na pełne błędów odstępstwa od esencji królika.

Trzeba przyznać rację Mayrowi, że taki obraz jest krańcowo aewolucyjny. Platonik wszelkie zmiany, jakie mogą zajść w króliku, traktuje jako odejście od ideału, nic dziwnego zatem, iż zawsze odczuwa opór przeciwko takiej zmianie — zupełnie jakby biedny królik przywiązany był elastyczną nicią do idealnego Królika w Niebiesiech. Ewolucyjne podejście jest krańcowo odmienne — formy potomne mogą nieustannie oddzielać się od swoich poprzedników, a każdy potomek może stać się przodkiem dla przyszłych wariantów. Nie przypadkiem Alfred Russell Wallace, człowiek, który niezależnie od Darwina i w tym samym momencie również odkrył ewolucję poprzez dobór naturalny, zatytułował rozprawę, w której odkrycie to opublikował, On the tendency of varieties to depart indefinitely from the original type (O dążności odmian do nieskończonego odbiegania od typu pierwotnego).

W każdym razie, jeśliby miało istnieć coś takiego jak wzorcowy królik, ów zaszczytny tytuł przyznać należy niczemu więcej niż najwyższemu punktowi krzywej dzwonowej opisującej rozkład cech w populacji jak najprawdziwszych, kłębiących się oraz podskakujących — i wciąż zmieniających się — futrzastych króliczków. A taki punkt z czasem wędruje i w miarę przemijania kolejnych generacji może dotrzeć do miejsca (które oczywiście trudno zdefiniować), gdzie owa „norma”, to, co nazywamy królikiem, oddaliła się tak daleko od swego pierwowzoru, że w zasadzie zasługuje już na zupełnie nową nazwę. Jak więc widać, nie ma żadnej ponadczasowej „królikowatości”, żadnego idealnego („esencjonalnego”) królika, krążącego gdzieś po orbicie. Jest tylko populacja futrzastych, długouchych koprofagów, intensywnie poruszających wąsikami, a ich wielkość, kształt, umaszczenie (i apetyt seksualny) podlegają prawom rozkładu statystycznego. To, co niegdyś znajdowało się na długouchym krańcu krzywej, w późniejszym geologicznym kształcie może wyznaczać sam jej szczyt, a jeśli uwzględnimy odpowiednio dużą liczbę pokoleń, może się zdarzyć, iż rozkłady jakiejś cechy w populacji przodków i odległych potomków już w ogóle się nie pokrywają: okazuje się, że nawet królik o najdłuższych uszach wśród prapra…pradziadków miał uszy krótsze niż najbardziej krótkouchy z jego dalekich potomków. Wszystko płynie, jak mawiał inny grecki filozof, Heraklit, nie ma nic stałego. I nieraz po setkach milionów lat może być bardzo trudne do uwierzenia, że jakiś zwierzak w ogóle może być potomkiem królika i to mimo że w żadnym pokoleniu typ dominujący nie różnił się jakoś znacząco od przeciętnej w pokoleniu swoich rodziców czy dzieci. Ten sposób rozumowania Mayr nazwał myśleniem populacyjnym. Była to dla niego antyteza esencjalizmu i dlatego właśnie, jak twierdził, tak trudno było zaakceptować idee Darwina, albowiem my wszyscy — czy to za sprawą dziedzictwa greckiej filozofii, czy z innych powodów — najwyraźniej nosimy esencjalizm w naszym mentalnym DNA.

Dla kogoś z platońskimi klapkami na oczach królik to królik, i już. Sama idea, że króliczy gatunek konstytuuje wędrujący obłok statystycznych średnich, albo że (typowy) współczesny królik może drastycznie różnić się od swego odległego o miliony lat przodka (i tak samo być niepodobnym do swego potomka, który nadejdzie za milion lat), stanowi pogwałcenie wewnętrznego tabu. I rzeczywiście — od psychologów zajmujących się rozwojem języka wiemy, że dzieci są naturalnymi, instynktownymi esencjalistami. Być może zresztą muszą, jeśli mają zachować zdrowie psychiczne w momencie, gdy ich rozwijające się umysły zajmują się dzieleniem świata na odrębne kategorie, z których każda zasługuje na odrębną nazwę. Wszak nawet Księga Rodzaju głosi, że pierwszym zadaniem Adama było nadanie imion wszystkim zwierzętom.

Jeśli Mayr ma rację, to rzeczywiście nic dziwnego, że my, ludzie, musieliśmy tak długo — aż do drugiej połowy XIX wieku — czekać na Karola Darwina. Raz jeszcze przyjrzyjmy się, jak bardzo antyesencjalistyczna jest ewolucja. Otóż w opisanym wyżej ujęciu populacyjnym istotne jest to, że każdy gatunek skoligacony jest z każdym innym, na przykład królik z leopardem, za pośrednictwem sieci „ogniw pośrednich”, z których każde jest tak podobne do swego sąsiada w tym długim łańcuchu, że w zasadzie bez problemów mogłoby mieć z nim płodne potomstwo. Istotnie — trudno wyobrazić sobie cokolwiek, co mocniej naruszałoby esencjalistyczne tabu. I to, o czym piszę, nie jest wcale wyłącznie przeprowadzanym w wyobraźni eksperymentem myślowym. Naprawdę — przynajmniej w ewolucjonistycznej perspektywie — istnieje szereg „zwierząt pośrednich”, łączących królika z leopardem. Każde z tych zwierząt kiedyś żyło, oddychało i uprawiało seks i każde z nich powinno zostać zaliczone do dokładnie tego samego gatunku, jak jego bezpośredni sąsiedzi w rozciągającym się przez eony czasu ewolucyjnym continuum. Wszystkie te zwierzęta były równocześnie potomkami swoich sąsiadów i przodkami kolejnych. Ten długi łańcuch zwierząt łączy ze sobą królika i leoparda — acz, jak przekonamy się później, nigdy nie istniał żaden „krópard”. Podobne ciągi łączą królika z wombatem, leoparda z homarem i każde żyjące dziś zwierzę oraz każdą współczesną roślinę z każdym innym żywym organizmem zamieszkującym naszą planetę. Być może część z moich czytelników potrafi już wyjaśnić, dlaczego ta w pewien sposób szokująca wizja nieuchronnie wynika z przyjęcia ewolucyjnego światopoglądu, na użytek pozostałych pozwolę sobie jednak nieco ją rozwinąć. Posłużę się w tym celu eksperymentem myślowym, który ochrzciłem mianem „punkt zwrotny”.

Weźmy zatem królika, a raczej królicę (choć to wybór czysto arbitralny; dla poniższych rozważań płeć naszego bohatera nie ma żadnego znaczenia). Postawmy ją obok jej matki, teraz, jaką trzecią z kolei postawmy w szeregu babcię, czyli mamę mamy. I tak dalej, przez milenia i epoki, aż przed naszymi oczyma rozwinie się pozornie nieskończony łańcuch królic, każde ze zwierzątek z mamą z jednej strony i córką z drugiej. A teraz urządźmy sobie spacer wzdłuż tego łańcucha, cofając się w czasie, i z uwagą oraz starannie przyglądajmy się mijanym zwierzakom. Cóż zobaczymy — otóż okaże się, iż mijane królice z czasem zaczynają się nieco różnić od swej współczesnej potomkini, ale zmiany następują tak wolno, że praktycznie nie mamy szans dostrzec różnicy między córką a matką, tak samo, jak nie widzimy ruchu małej wskazówki naręcznego zegarka, i w pewnym sensie tak samo, jak trudno nam obserwować dorastanie dziecka. Widzimy dopiero, gdy raptem staje się nastolatkiem, a później dorosłym człowiekiem. W eksperymencie z królicami istnieje jeszcze jeden czynnik, który sprawia, że tak trudno nam odróżnić od siebie kolejne pokolenia. Otóż w każdej dekadzie i w każdym stuleciu dzieje się tak, że zróżnicowanie wewnątrz populacji jest większe niż międzypokoleniowe różnice między matkami a córkami. Jeśli zatem próbujemy dojrzeć ruch naszej „wskazówki godzinowej”, porównując matki i córki (a nawet babcie i wnuczki), minimalne odmienności mogą nam umknąć przysłonięte zróżnicowaniem hasających po okolicznych łąkach krewnych i przyjaciół podglądanej przez nas rodziny.

Tak czy inaczej, z wolna i niepostrzeżenie, w miarę naszej wędrówki przez pokolenia dotrzemy wreszcie do królic, które wyglądają już całkiem odmiennie niż ich (odległe) potomkinie i bardziej niż do królika podobne są do ryjówek (choć też nie do końca). I właśnie jedno z tych zwierząt nazwę „punktem zwrotnym”, to ono bowiem było najpóźniejszym — i najbliższym współczesności — wspólnym przodkiem (w linii żeńskiej, co jednak nie ma specjalnego znaczenia) królika i leoparda. Nie wiemy, co prawda, jak dokładnie wyglądało, ale z ewolucyjnego punktu widzenia bez wątpienia musiało istnieć. Oczywiście, tak jak wszystkie inne zwierzęta, samiczka ta należała do tego samego gatunku co jej matka i wszystkie córki. Przyjmijmy teraz, że w „punkcie zwrotnym” decydujemy się zmienić kierunek wędrówki w czasie i zaczynamy poruszać się w stronę teraźniejszości, kierując się w stronę leoparda (oczywiście trzeba będzie uważnie wybierać właściwe rozgałęzienia, przebierając wśród bardzo różnych potomków naszego „punktu zwrotnego”). Teraz po każdej ryjówkoidalnej samiczce pojawi się jej córka. I znów, niedostrzegalnie i stopniowo, przedmiot naszych obserwacji będzie się zmieniać, a owe ogniwa pośrednie mogą nadal w niczym nie przypominać żadnego istniejącego współcześnie gatunku, choć oczywiście są bardzo podobne do siebie. W każdym razie, jeśli odpowiednio długo posuwać się będziemy wzdłuż osi czasu to, mimo iż może się nam wydawać, że nic się nie zmienia, w pewnym momencie staniemy oko w oko z leopardzicą.

Ten eksperyment myślowy skomentować można na wiele sposobów. Po pierwsze zatem musimy pamiętać, iż jakkolwiek ja zdecydowałem się tu na wyprawę od królika do leoparda, to równie dobrze moglibyśmy wybrać się w podróż od jeżozwierza do delfina, od walabii do żyrafy czy wreszcie od człowieka do łupacza. Nie ma to żadnego znaczenia, pomiędzy każdymi dwoma gatunkami bowiem zawsze znajdziemy drogę i zawsze będzie na niej ów „punkt zwrotny”, a to z tego prostego powodu, że każdy z żyjących współcześnie gatunków ma wspólnego przodka z dowolnym innym gatunkiem i zawsze można go znaleźć, odpowiednio długo cofając się w czasie.

I kwestia druga — otóż to, o czym mówimy, to łańcuch zwierząt łączących jeden ze współczesnych gatunków z drugim. W żadnym wypadku nie chodzi o pokazanie, jak to królik wyewoluował w leoparda. Już lepiej pasowałaby dewolucja pierwszego z naszych bohaterów aż do „punktu zwrotnego”, a później dopiero ewolucja, której efektem będzie piękny drapieżny kot. Jak jeszcze nieraz przekonamy się w tej książce, wciąż trzeba tłumaczyć, że współczesne gatunki nie ewoluują jedne w drugie. Nie! One mają wspólnych przodków, są więc kuzynami. Tak właśnie brzmi odpowiedź na wciąż — niestety — ponawiany zarzut: „No bo jak to jest? — sam nieraz słyszałem to pytanie. — Przecież jeśli ludzie wyewoluowali z szympansów, to dlaczego wciąż jeszcze istnieją szympansy”.

Po trzecie — w naszej wyprawie do punktu zwrotnego dość arbitralnie zdecydowaliśmy się później podążać do leoparda. Oczywiście mógłbym argumentować, że opisuję w ten sposób fragment realnej ewolucyjnej historii, ale nie to jest najważniejsze. Jak pamiętacie, ostrzegałem, że w podróży powrotnej będziemy musieli ignorować wiele rozgałęzień. Każde z nich doprowadziłoby nas do zupełnie innego celu. Dlaczego? Po prostu owo zwierzę, które my nazwaliśmy punktem zwrotnym, jest odległym przodkiem nie tylko królików i leopardów, ale również bardzo dużej części wszystkich żyjących współcześnie gatunków.

I wreszcie po czwarte (powtarzam się, ale to naprawdę ważne!): jakkolwiek olbrzymie mogą się wydawać różnice między gatunkami, które my obraliśmy jako dwa krańce naszej podróży, każdy kolejny jej etap, od córki do matki i od matki do córki, był to bardzo, bardzo drobny kroczek i każde zwierzę, które mijaliśmy, było tak podobne do swoich sąsiadów w łańcuchu, jak tylko podobne bywają mamy i córki. Więcej — były znacznie bardziej podobne do siebie niż do typowego przedstawiciela gatunku, do którego należały.

Tak oto nasz prosty eksperyment myślowy pozwolił pokazać, iż ułudą jest owa wspaniała grecka świątynia idealnych platońskich form. I teraz widać również, że jeśli Mayr miał rację w tym, że esencjalistyczne uprzedzenia tkwią głęboko w każdym z nas, to nie mylił się też, wyjaśniając, dlaczego tak trudno było nam zaakceptować ideę ewolucji.

Pojęcie „esencjalizm” pojawiło się dopiero po II wojnie światowej, Darwin oczywiście go nie znał. Natomiast doskonale znał jego biologiczny odpowiednik, a mianowicie koncepcję „niezmienności gatunków”. Zwalczaniu tej koncepcji Karol Darwin poświecił bardzo wiele wysiłku. Poglądy twórcy teorii ewolucji wyrażone w licznych książkach (być może w najmniejszym stopniu w O powstawaniu gatunków) staną się dla nas w pełni zrozumiałe dopiero, gdy uświadomimy sobie, że znaczna część spośród tych, do których się zwracał, była esencjalistami i nigdy nie wątpiła w „niezmienność gatunków”. Jednym z najbardziej przekonujących argumentów, jakimi posługiwał się Darwin, był „dowód z udomowienia”. Dlatego właśnie domestykacji zwierząt poświęcę resztę tego rozdziału.

RZEŹBIĄC GENETYCZNĄ PULĘ

Darwin wiedział bardzo dużo o hodowli i uprawach, wiele rozmawiał z hodowcami gołębi oraz ogrodnikami i kochał psy[11]. Udomowionym gatunkom zwierząt i roślin Darwin poświęcił nie tylko pierwszy rozdział O powstawaniu gatunków, ale nawet całą książkę: Zmienność zwierząt i roślin w stanie udomowienia, w której kolejnych rozdziałach możemy przeczytać o psach i kotach, koniach i osłach, świniach, krowach, owcach i kozach, królikach, gołębiach (im poświęcone są nawet dwa rozdziały, bo gołębiami Darwin szczególnie się interesował), kurach i innym ptactwie, a także o licznych roślinach, w tym o bardzo zajmującym przypadku kapusty. Kapusta właśnie stanowi największe wyzwanie, z jakim w świecie roślin muszą poradzić sobie wszelkiej maści zwolennicy esencjalizmu i niezmienności gatunków. Dzika kapusta Brassica oleracea, zwana kapustą warzywną lub ogrodową, to w sumie niczym niewyróżniająca się roślina, wyglądająca trochę jak chwast. Wystarczyło jednak zaledwie kilka stuleci, by za pomocą niezbyt wyrafinowanych metod i różnych technik hodowlanych ogrodnicy zdołali z tej niepozornej roślinki ukształtować („wyrzeźbić”) warzywa tak różne jak brokuły, kalafior, kalarepa, jarmuż, brukselka, gorczyca i rzepak, nie wspominając oczywiście o licznych jarzynach, które nadal nazywamy po prostu kapustą.

Kolejny przykład takiego genetycznego rzeźbienia, to przemiana wilka (Canis lupus) w ponad dwieście ras psów (Canis familiaris) — tyle przynajmniej ras oficjalnie uznaje brytyjski UK Kennel Club[12], a warto dodać, że zgodnie z ostrymi wymogami profesjonalnej hodowli większość z nich jest od siebie genetycznie odseparowana przepisami ostrzejszymi od reguł apartheidu. Tymczasem wiele wskazuje, że wszystkie współczesne psy są potomkami wilka i tylko wilka, choć do jego udomowienia mogło dojść niezależnie w kilku miejscach. Wspominam o tym, sami ewolucjoniści bowiem nie zawsze tak myśleli. Darwin na przykład i wielu jego współczesnych podejrzewali, że wśród dzikich przodków naszych psów jest nie tylko wilk, ale i inne gatunki, między innymi szakal. Zwolennikiem tej hipotezy był też wybitny austriacki etolog, Noblista Konrad Lorenz. W wydanej po raz pierwszy w roku 1949 książce I tak człowiek trafił na psa Lorenz twierdził wręcz, że większość psich ras wywodzi się od szakala, a na przodka-wilka mogą powoływać się tylko nieliczne, w tym jego ulubieniec czau-czau. Problem w tym, że sam Lorenz nie znalazł żadnych poważnych dowodów przemawiających za tą hipotezą poza różnicami w charakterze i osobowości obserwowanych zwierzaków. Rozwiązanie zagadki przyniosła dopiero genetyka molekularna — dziś wiemy na pewno, że wszystkie psie rasy pochodzą wyłącznie od wilka; ani szakal, ani kojot, ani lis nie figurują wśród ich przodków.

Pisząc o domestykacji, chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na jej zadziwiającą moc zmiany wyglądu i zachowania dzikich zwierząt, a także na szybkość zachodzenia takich przemian. Hodowców w tym kontekście postrzegać można jak modelarzy, którzy pracują w idealnie plastycznym surowcu, a może jako rzeźbiarzy z dłutem w ręku kształtujących psy, konie, krowy czy kapustę zgodnie z dowolną swoją zachcianką. Do tej metafory zresztą jeszcze powrócimy, ważniejsze w tym momencie jest natomiast podobieństwo do naturalnej ewolucji — choć czynnikiem, który odpowiada za selekcję jest człowiek, nie natura, to mechanizm pozostaje ten sam. Dlatego właśnie Darwin tak wiele uwagi poświęcił udomowieniu gatunków w początkowych rozdziałach O powstawaniu gatunków. Jako ilustracja mechanizmów działania ewolucji dobór sztuczny nadaje się równie dobrze, jak naturalny; różnią się naprawdę wyłącznie jednym szczegółem.

Oczywiście, jeśli chcemy wyrażać się precyzyjnie, to musimy pamiętać, że nasz hodowca-rzeźbiarz kształtuje nie tyle wygląd psa albo kapusty, co pulę genetyczną rasy (odmiany) lub gatunku. „Pula genetyczna” to centralna koncepcja teorii znanej jako „neodarwinizm” (albo „synteza neodarwinowska”). Darwin nie mógł jej znać, bo — podobnie jak pojęcie genu — była obca jego epoce. Oczywiście twórca teorii ewolucji doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż pewne charakterystyczne cechy są „zachowywane” w rodzinie: dzieci zwykle podobne są do swoich rodziców (i krewnych), a psy i gołębie hoduje się właśnie ze względu na owe cechy. Dziedziczność jest centralnym pojęciem również Darwinowskiego ujęcia doboru naturalnego. „Pula genetyczna” to jednak coś nieco innego — ten termin ma sens tylko w kontekście Mendlowskich praw dziedziczenia oraz założenia, że muszą istnieć jakieś niezależne „cząsteczki” dziedziczności. Karol Darwin jednak, choć Grzegorz Mendel, austriacki mnich i ojciec współczesnej genetyki, był jego współczesnym, nigdy nie czytał jego prac publikowanych w mało znanym niemieckim czasopiśmie.

Mendlowski gen działa na zasadzie „wszystko albo nic” („all-or-nothing”). Kiedy zostałeś poczęty, od swojego ojca nie otrzymałeś żadnej „substancji”, która zmieszałaby się z tym, co przekazała ci matka, tak jak mieszamy czerwoną i niebieską farbę, żeby otrzymać fiolet. Gdyby to tak działała dziedziczność (a tak mniemała większość ludzi w czasach Darwina), każdy z nas byłby jakąś pośrednią mieszaniną, czymś w połowie drogi miedzy matką a ojcem, a wówczas bardzo szybko znikłoby całe zróżnicowanie wewnątrz populacji (niezależnie od tego, jak wytrwale będziemy mieszać purpurę z purpurą, nigdy nie odtworzymy oryginalnego niebieskiego ani czerwieni). Każdy z nas z własnego doświadczenia doskonale wie, że taki zanik wewnątrzpopulacyjnego zróżnicowania nie następuje. Jak pokazał Mendel, dzieje się tak dlatego, że kiedy u dziecka dochodzi do mieszania się matczynych i ojcowskich genów (sam Mendel nie używał określenia „gen”, ukuto je bowiem dopiero w roku 1909), to nie jest tak jak mieszanie farb, ale bardziej jak tasowanie kart. Dziś oczywiście wiemy, że geny to odcinki DNA i nie są one bytami fizycznie odrębnymi, jak karty, ale to nie zmienia samej zasady: geny się nie mieszają, one ulegają przetasowaniu. Czasem oczywiście talia jest źle tasowana, na przykład kilka „kart” skleja się nawet na wiele pokoleń, nim jakieś kolejne przetasowanie zdoła je rozdzielić.

Każde z twoich jajeczek (albo plemników, jeśli jesteś mężczyzną) zawiera wariant genu pochodzący bądź to od twojego ojca, bądź matki, a nie ich mieszaninę. Każdy z tych genów trafił do ciebie od jednego — i tylko jednego — z czworga twoich dziadków i od jednego (nie muszę już chyba dodawać, że tylko jednego) z ośmiorga pradziadków[13].

W zasadzie coś takiego powinno być od dawna oczywiste. Przecież jeśli krzyżujesz samca i samicę, spodziewasz się syna albo córki, a nie hermafrodyty[14]. W sumie to oczywiste i nie trzeba być geniuszem, żeby coś takiego wymyślić, nie ruszając się nawet z fotela. W końcu doświadczenie podpowiada, że zasada „wszystko albo nic” powinna obowiązywać dla wszystkich cech, nie tylko dla płci. Zresztą Darwin był już naprawdę bardzo blisko tego odkrycia i zatrzymał się dosłownie w ostatniej chwili. Oto, co pisał w roku 1866 do Alfreda Wallace’a:

Drogi Wallace

Mam wrażenie, że Pan nie do końca zrozumiał, co mam na myśli, pisząc o niemieszaniu się różnych odmian. To nie odnosi się do płodności. Pozwolę sobie wytłumaczyć to Panu na przykładzie — otóż skrzyżowałem ze sobą dwie odmiany groszku pachnącego, bardzo różniące się ubarwieniem, i uzyskałem, nawet z tego samego strączka, rośliny dokładnie takie, jak rodzicielskie; żadna nie miała barwy pośredniej. Coś takiego musi dziać się również z Pańskimi motylami […]. Z pozoru zakrawa to na cud, ale nie wiem, czy doprawdy jest to coś bardziej cudownego, niż to, że każda samica na tym świecie rodzi zawsze bądź to męskiej, bądź żeńskiej płci potomstwo.

Jak widzimy zatem Darwin istotnie był bardzo bliski odkrycia Mendlowskiego prawa niemieszania się genów (jak dziś byśmy je nazwali)[15]. W pewnym sensie mamy tu analogię do często podnoszonego (głównie przez poszkodowanych i ich apologetów) zarzutu, jakoby to inni uczeni epoki wiktoriańskiej, na przykład Patrick Matthew i Edward Blyth, odkryli dobór naturalny przed Darwinem. W pewnym sensie to prawda, przyznawał to zresztą sam autor O powstawaniu gatunków, moim zdaniem jednak wszelkie dowody świadczą, że żaden z poprzedników nie docenił wagi swego odkrycia. Odmiennie niż Darwin i Wallace nie dostrzegli oni w doborze ogólnej zasady o uniwersalnym znaczeniu, fenomenu zdolnego kierować ewolucją i doskonaleniem się wszystkich żywych bytów. Podobnie korespondencja Darwina wskazuje, że istotnie był on bardzo bliski odkrycia natury dziedziczności, ale nie pojął wagi „reguły niemieszania”, w szczególności zaś nie zrozumiał, że właśnie wpadł na trop rozwiązania wielkiej zagadki, dlaczego różne odmiany automatycznie nie znikają z populacji. To zadanie pozostawił dopiero dwudziestowiecznym naukowcom[16], choć ci musieli budować swe wyjaśnienia na odkryciach Grzegorza Mendla, który najwyraźniej wyprzedził swój czas.