Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Zbrodnia, literatura i siostra Małgorzata Chmielewska w oparach czarnego humoru!
W dworku Żeromskiego w Ciekotach atmosfera gęstnieje – i to wcale nie z powodu literackich uniesień. Trwają przygotowania do prestiżowego festiwalu, na który przybyli znani pisarze, oficjele oraz gość specjalny: siostra Małgorzata Chmielewska. Niestety, sielankę przerywa makabryczne odkrycie – w pobliskim stawie dryfują zwłoki młodego lokalnego poety.
Kto z szacownego grona gości postanowił skrócić życie artysty? Jaki związek ze zbrodnią ma hotel „Miodowy Młyn” w Opatowie oraz zabytkowy pałac w Czerwinie? Siostra Chmielewska, chcąc nie chcąc, znów wkracza do akcji, rozpoczynając śledztwo, które okaże się równie zabawne, co śmiertelnie niebezpieczne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 242
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 6 godz. 24 min
Lektor: Katarzyna Pakosińska
Copyright © by Alek Rogoziński, 2026 Copyright © for the Polish Edition by Purple Book Wydawnictwo, Warszawa 2026
Producent: Purple Book Sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki handlowy@purplebook.com.pl
Dane kontaktowe: Purple Book Wydawnictwo ul. Hankiewicza 2 02-103 Warszawa facebook.com/purplebookwydawnictwo instagram.com/purple_book_wydawnictwo www.purplebook.com.pl
Dyrektor Zarządzająca: Iga Rembiszewska Wydawca: Ewdokia Cydejko Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Trochonowicz (tel. 506 626 661)
Redakcja: Małgorzata Tourgi Korekta: Joanna Błakita, Krystyna Podleska Projekt okładki, stron tytułowych i grafiki wnętrza: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz.Art Design
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, czytam.pl, ksiazki.pl
Dystrybutor: Dressler Dublin Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki
ISBN 978-83-8310-952-7
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Jak zawsze z wielką mocą chciałbym podkreślić, że wszystkie wydarzenia opisane w niniejszej powieści są wytworem mojej rozszalałej wyobraźni. Większość bohaterów także, choć akurat w tym przypadku znajdziecie kilka wyjątków. Istnieje bowiem (na szczęście!) siostra Małgorzata Chmielewska, a dworkiem w Ciekotach i Centrum „Szklany Dom” (które na potrzeby powieści pozwoliłem sobie poszerzyć o kilka dodatkowych pokoi gościnnych) faktycznie opiekuje się Wojtek Purtak, wójtem gminy Czerwin jest Grzegorz Długokęcki, a „Miodowym Młynem” zarządza Barbara Skowron. Postacią z krwi i kości jest także Magdalena Zając, z której lata temu w jednej z powieści zrobiłem blondynkę, czego nie może mi darować aż do dzisiaj.
A teraz bawcie się dobrze!
Wasz Alek
Małgorzata Chmielewska – siostra zakonna, która na festiwalu „Otwarte Książki” w Ciekotach miała podpisywać swoją biografię, ale na przeszkodzie stanął jej nieboszczyk.
Barbara Skowron – właścicielka hotelu „Miodowy Młyn” w Opatowie, szukająca oryginalnych (jak się okazało – za bardzo) form promocji tego obiektu.
Magdalena Zając – nauczycielka języka polskiego, która o mało co nie stała się ofiarą wkurzonych gęsi.
Paweł „Pepe” Kwiatek – agent literacki, cieszący się chwilami oddechu od szaleństw swojej pracodawczyni.
Wojciech Purtak – dyrektor Centrum Edukacji i Kultury „Szklany Dom” w Ciekotach, nieco zmartwiony faktem, że placówka ta zamieniła się w miejsce zbrodni i nawiedzeń.
Leopold Marcinkiewicz – wschodząca gwiazda na firmamencie polskiej twórczości poetyckiej.
Emil Ogłoziński – przyjaciel Leopolda, uważający, że lepiej powiedzieć dwadzieścia słów za mało niż jedno za dużo.
Anna Luiza Ponimirska – ciotka Leopolda, walcząca z nim o zabytkowy dworek.
Marcel Ponimirski – syn Anny, uważający wszelkie zjawiska nie z tej ziemi za zwykłe kanciarstwo.
Kordian Wysocki – roztaczający wokół siebie atmosferę tajemniczości starszy pan, podający się za medium i jasnowidza.
Kornelia Wysocka – córka Kordiana oraz jego prawa ręka, dbająca o to, aby niełatwo było się dowiedzieć o jej ojcu czegokolwiek, co nie byłoby jedynie plotką.
Ignacy Klonowicz – starszej daty literat, zakochany w babci Leopolda.
Emilian Klonowicz – ojciec Ignacego, zakorzeniony mentalnie w czasach, kiedy nie istniało jeszcze określenie „poprawność polityczna”.
Marian Rozmaryn – autor słynnej powieści grozy, której fabuła zaczęła nagle się zamieniać w rzeczywistość.
Bożena Wiernikowska – literatka, stanowiąca zdaniem swoich kolegów po piórze zagrożenie biologiczne.
Nastazja Pasztetowicz – nieco przebrzmiała gwiazda estrady, która przybyła na festiwal w towarzystwie swojej papużki Landrynki, według opinii złośliwych o wiele mądrzejszej niż jej właścicielka.
Julian Kłębek – agent Nastazji, przekonany, że gwiazda doprowadzi go kiedyś wprost na kozetkę u psychoterapeuty.
Pelagia Hupało – opatowska wiedźma, a przy okazji bliska znajoma siostry Chmielewskiej.
Marek Monicki – sierżant policji, niecierpliwie odliczający chwile dzielące go od emerytury.
Grzegorz Długokęcki – wójt gminy Czerwin, odrobinę skonfundowany, że na jego terenie coś straszy bez uprzedniego złożenia podania o wyrażenie na to zgody.
A także:
Klaudia Hutniak – największa, rzecz jasna, diwa polskiej piosenki, której recital w Ciekotach miał być hołdem dla Reymonta, którego pomyliła z Żeromskim.
I:
Krzysztof Darski – inspektor policji, który nie mógł pojąć, jakim sposobem dorosłe osoby uwierzyły w duchy.
Czerwin, dzień po Wielkanocy, 1783 roku
– Czemu ten koczkodan straszy u mnie, a nie u ciebie? – Anna z Szostakowskich Lubiczowa, pani na włościach w Czerwinie, patrzyła z wyrzutem na swoją młodszą siostrę Mariannę.
– A co to ja jestem, żeby to wiedzieć? Duch Święty? – Ta w odpowiedzi przewróciła oczami. – Może nie umie trafić do domu? Jak sama wiesz, natenczas jak żyw jeszcze był, to też często mu się to zdarzało.
Anna w duchu przyznała jej rację. Dopiero co wyprawiony przez nie do Królestwa Niebieskiego mąż Marianny, podczaszy czernichowski Józef Celiński, słynął z tego, że głowę do trunków miał słabowitą, za to zamiłowanie do nich wręcz odwrotnie – nadzwyczaj mocne. Parobkowie znajdowali go już w rozmaitych miejscach: a to rozłożonego malowniczo na polu wśród kwiecia rzepaku, a to w stodole słodko drzemiącego na sianku, a to w oborze wtulonego w nieco zdziwioną jego pochrapywaniem trzodę chlewną.
Swój rekord podczaszy pobił, kiedy raz włamał się po pijaku do kościoła, po czym, przekonany, że jest we własnej sypialni, zasnął pod ołtarzem, przykryty obrusem, a następnego ranka piekielnie przeraził odprawiającego mszę ojczulka oraz jego parafian. Traf bowiem chciał, że gdy ksiądz w czasie kazania opowiadał o wskrzeszeniu przez proroka Elizeusza syna Szunemitki i doszedł do fragmentu Biblii brzmiącego: „Wtedy to chłopiec kichnął siedem razy i otworzył oczy”, wskrzesił się też i podczaszy. Wciągnąwszy zaś nieco kadzidłowego dymu, zaczął i on kichać tak rozgłośnie, że aż doprowadził do omdlenia hrabinę Turbańską, pewną, że to sam Lucyfer przyzywa ją do piekieł za palenie tabaki, którą kradła swojemu mężowi.
I o ile w nadużywaniu trunków nie było w sumie nic złego, bo wszyscy szlachcice traktowali to bez mała jako patriotyczny obowiązek, o tyle nijak nie dało się powiedzieć tego samego o dwóch innych pasjach Józefa. Czyli nadużywaniu dziewek służebnych i hazardzie. Przyłapawszy małżonka kilka razy na równie gorszących jej oczy, co w jego wydaniu wyjątkowo mało estetycznych scenach intymnych, a potem dowiedziawszy się, że zdążył już przegrać w lancknechta kawał odziedziczonej po przodkach ziemi, Marianna postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. W związku z powyższym udała się na bagniska, gdzie zapłaciła lokalnej wiedźmie za nawarzenie trującego naparu, który następnie dolała Józefowi do jego ukochanego wina. Wyprawiwszy takim sposobem męża w zaświaty, przejęła rządy nad włościami i dworem.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że dwa dni po swoim pogrzebie Józef pojawił się w położonym nieopodal dworku należącym do siostry Marianny. Rzecz jasna nie cieleśnie, bo tej sztuczki umiał dokonać w całej historii świata tylko jeden człowiek, ale w charakterze ducha. Co do tożsamości zjawy nie mogło być żadnych wątpliwości, opisały ją bowiem aż dwie dwórki, które za życia wielokrotnie był chędożył. Ponieważ obie wykazywały bujną wyobraźnię, dodały jeszcze, że podczaszy miał „ognie w oczach”, „diaboliczny wyraz twarzy”, a z jego ust „wydobywał się syk wężom podobny”.
Marianna i od początku wtajemniczona we wszystko Anna na wszelki wypadek sprawdziły, czy zewłok Józefa na pewno leży w trumnie, a następnie wezwały egzorcystę i zażądały, aby odesłał ducha tam, gdzie jego miejsce. Czyli w sumie gdziekolwiek, skąd już nigdy więcej nie wróci. Ksiądz zrobił swoje, a po kilku wieczorach Józef znów się objawił, tym razem teściowej Anny, która od tego o mało co trupem nie padła. I choć akurat w tym starsza z Szostakowskich widziała duży plus, bo matkę swojego męża uważała za starą złośliwą gropę, to jednak na dłuższą metę obcowanie z widmem szwagra nijak jej się nie widziało.
– Weź coś z nim zrób! – zażądała teraz stanowczo, po tym jak z powodu Józefa inne szlachcianki zaczęły omijać jej dom szerokim łukiem.
Anna lubiła wydawać przyjęcia i spotykać się na ploteczki. Na myśl, że ze względu na ducha będzie musiała sama się tłuc wyboistymi drogami do przyjaciółek, z miejsca dostała globusa.
– Ale co? – zapytała nieco bezradnie Marianna.
– Zasuwaj do tej wiedźmy! I to w te pędy! – rozkazała jej Lubiczowa. – Pomogła ci się pozbyć dziada, to teraz niech powie, jak odesłać jego ducha w zaświaty.
– Kiedy tam się idzie między bagnami i już raz o mało co nie straciłam tam życia – zaprotestowała Marianna. – Za to gdy stamtąd wracałam, akurat w bagnie topiła się krowa, i to nie był miły widok. Nie zamierzam iść w jej ślady!
– Nie ważysz jeszcze tyle co krowa – pocieszyła ją siostra. – Poza tym mogę ci towarzyszyć.
– Żebyśmy utonęły razem? – zaciekawiła się Marianna, po czym zmierzywszy krytycznym wzrokiem Annę, dodała: – We dwie ważymy już więcej od krowy!
– Głupiaś! – fuknęła ta. – Jak jedna wpadnie, to druga ją wyciągnie. Musimy tam iść! Nie lubiłam twojego męża, nawet kiedy żył, i nie życzę sobie spotykać go po śmierci. No już! Rusz się!
Marianna zawsze ulegała siostrze. Tak stało się i tym razem. Tego samego, mglistego popołudnia udały się na bagniska. Wiedźma je wysłuchała, później trochę pogłówkowała, a na koniec wręczyła im szałwię i poleciła, aby ją zapaliły o północy, a potem o północy jej dymem okadziły domostwa, na wszelki wypadek oba, koniecznie w obecności czarnego kota.
Kiedy siostry chciały zapłacić, wiedźma odmówiła przyjęcia pieniędzy, a w zamian za swoją radę poprosiła, aby szlachcianki wybroniły ją przed lokalnym proboszczem. Księdzu jej działalność od lat była bowiem solą w oku i postanowił zrobić wszystko, aby wykurzyć ją z tego miejsca. Siostry obiecały, że wstawią się za nią, i pobiegły przepędzać Józefa. O północy w towarzystwie mocno zdegustowanego i bezustannie ziewającego czarnego kota o imieniu Auguścik, którego musiały uwiązać na postronku, żeby nie nawiał, obeszły z szałwią oba domostwa, przy okazji narażając się na podejrzenia służby, że zidiociały już do końca.
O dziwo jednak od tego czasu duch podczaszego przestał nawiedzać ich włości. Gorzej jednak wyszło z wypełnieniem obietnicy, którą złożyły wiedźmie. Do księdza co prawda poszły, ten jednak zdradził im pewną tajemnicę i obiecał coś, co sprawiło, że zamiast stać po stronie kobiety, która wyświadczyła im przysługę, stały się jej wrogami. Wiedźma czekała cierpliwie, aż pewnego dnia, kiedy wracała z pól, gdzie rwała zioła potrzebne do wywarów, zobaczyła, jak ksiądz w towarzystwie szlachcianek podpala jej chatę. Kiedy stamtąd uszli, wyraźnie zadowoleni ze swojego czynu, weszła do środka i nie bacząc na to, że może stracić życie, uratowała coś, co było dla niej najcenniejsze i co w związku z tym schowała wyjątkowo dobrze. Starą, czarną księgę…
Zasiadła do niej po kilku dniach, daleko od Czerwina, w nowym, naprędce znalezionym, równie odludnym lokum, odstąpionym jej przez koleżankę po fachu, która przenosiła się w okolice Gdańska, twierdząc, że tam jest lepsze powietrze, łatwiej o czarnego kota i mniej się kaszle. Nie mówiąc już o tym, że ludzie jakoś przyjaźniej traktują czarownice.
Pożegnawszy przyjaciółkę, wiedźma otworzyła księgę, której sama trochę się bała i w związku z tym zaglądała do niej jedynie od wielkiego dzwonu, odnalazła odpowiednie strony, po czym wcieliła w życie zapisane tam instrukcje. Nad obiema szlachciankami oraz ich potomstwem zaciążyło od tej chwili prastare zaklęcie.
Lata mijały i mijały aż do czasów, kiedy po stanie szlacheckim nie zostało nawet wspomnienie, bagna osuszono i postawiono tam osiedle mieszkaniowe, na miejscu chaty wiedźmy wyrósł supermarket „Dino”, dworek Anny przerobiono na hotel, a rezydencja Marianny obróciła się w ruinę i nie potrzeba było zjawy, żeby się jej wystraszyć.
Zaklęcie jednak trwało i rychło miało skomplikować życie kilku nieświadomym jego istnienia osobom.
Każdy, kto usiłował dostać się do hotelu „Miodowy Młyn” w Opatowie w ciągu ostatniego półrocza, czyli w czasie, który upłynął od popełnionego tam morderstwa, musiał przejść przez tak zwaną próbę Mariana. Pozwalała ona od razu zorientować się personelowi hotelu, z jaką osobą ma do czynienia.
Marian był kotem. Pojawił się kiedyś pod hotelem i poobserwowawszy go uważnie przez kilka dni, postanowił, że właśnie tutaj będzie jego nowy dom. Właścicielkę tego przybytku urobił sobie mniej więcej w pół dnia, a pracowników w pozostałe pół i od następnego poranka miał tu już swoje królestwo, służbę i pałac. Z tego ostatniego, czyli naprędce wykonanej drewnianej budki, obserwował przybywających tutaj gości. Tych lepszych zaszczycał łaskawym pozwoleniem, aby go pogłaskali i złożyli hołd jego wybitnej urodzie. Tych o gorszym charakterze traktował obojętnie albo z niechęcią. Z czasem wszyscy miejscowi nauczyli się bezkrytycznie wierzyć kociej intuicji.
Tego dnia Marian był w wyjątkowo dobrym nastroju, wynikającym z faktu, że aż trzy osoby dały się nabrać na jego oscarową rolę biednego, słaniającego się z głodu zwierzątka i uraczyły go saszetkami z kurczaczkiem. Na widok doskonale mu już znanej Magdy Zając postanowił więc się nie wygłupiać i nie żebrać, tym bardziej że i tak nie zdołałby zmieścić w brzuchu niczego więcej. Nawet najsmaczniejszego. Zamiast tradycyjnego ocierania się o nogi i słabych miauków, wskazujących, że bez papu dłużej nie pociągnie, dał się jej pogłaskać, z przejedzenia nie mając nawet ochoty zmienić pozycji z leżącej na siedzącą.
– Ale cię upasły… – mruknęła Magda, z niesmakiem konstatując, że niebawem kocurowi łatwiej będzie się turlać, niż chodzić.
Marian popatrzył na nią złym wzrokiem, oznaczającym: „Czy ty się ostatnio przeglądałaś w lustrze?”, po czym z wyraźną urazą, ale i z pewnym wysiłkiem odwrócił się do niej ogonem.
– Chcesz mu dać jedzonko? – zapytała z troską obserwująca ją od hotelowych drzwi gospodyni „Miodowego Młyna”.
– Nie żartuj! – prychnęła Zając z politowaniem. – Przecież ten kot zaczyna już przypominać warchlaka.
– Nie on jeden! – Barbara potoczyła po niej znaczącym wzrokiem. – Kawa?
Magda potaknęła i weszła do hotelu.
– O, dałaś radę – mruknęła Skowron złośliwie. – Co nie zmienia faktu, że jeszcze trochę i będę musiała poszerzyć drzwi.
– Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedziała Zając, postanowiwszy w duchu nie reagować na ową potwarz. – A co do wagi to od jutra zaczynam dietę i szybkie spacery. Z tobą! Też ci się przyda, bo siedzisz i siedzisz w tej swojej kanciapie i powoli stajesz się zmurszałą matroną. Trochę pochodzisz, to od razu odżyjesz!
– Już raz w tym roku byłam na spacerze – poinformowała ją przyjaciółka. – I wystarczy!
Minęły recepcję i przeszły do części restauracyjnej.
– Poproszę o latte. – Magda uśmiechnęła się do dziewczyny stojącej za barem. – Na odtłuszczonym mleku.
Barbara skrzywiła się lekko.
– Na odtłuszczonym? – powtórzyła powoli. – Kogo ty chcesz oszukać? Zjesz coś? Bezę?
– Rozumiem, że po remoncie siłowni został ci styropian i teraz go upłynniasz jako deser?
– Nie robiłam żadnego remontu – poinformowała Barbara. – Na razie mnie nie stać.
Przyjaciółka popatrzyła na nią uważnie. Choć ktoś, kto ich nie znał, a jedynie przysłuchiwałby się tej konwersacji, mógłby dojść do wniosku, że obie się wzajemnie nie znoszą, to wtajemniczeni wiedzieli, że jest akurat odwrotnie i w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć.
– Jak bardzo jest źle? – spytała Magda, sadowiąc się przy stoliku.
– Bywało lepiej – przyznała Barbara.
Zając znała ją zbyt długo, aby nie wiedzieć, co kryje się w tej wstrzemięźliwej odpowiedzi.
– Czyli dupa – podsumowała krótko. – Co się dzieje?
– Życie. – Barbara wzruszyła ramionami. – Sezonowa posucha. Taki mamy klimat, są okresy hossy i okresy bessy. Teraz wypadł Rów Mariański. Wszystko w normie.
– Powiedzmy, że ci wierzę – mruknęła Zając. – A swoją drogą, powiem ci, że mnie to zadziwia. Ludzie lecą na jakieś takie chore atrakcje, a prawdziwe perły leżą odłogiem. Zresztą może je za mało reklamujemy. Mamy przecież tyle samo zabytków co Sandomierz. Tam walą tłumy przez okrągły rok, a nas poza sezonem omijają.
– U nich kręcą Ojca Mateusza – przypomniała Skowron. – Stała promocja na cały kraj!
– No właśnie… – Magda zastanowiła się przez chwilę. – My też coś takiego powinniśmy mieć! I to na stałe!
– Mieliśmy – mruknęła Barbara. – Morderstwo.
Jej wypowiedź dotyczyła nieboszczyka, który został pół roku wcześniej znaleziony w hotelowej siłowni i którego mordercę wytropiła siostra Małgorzata Chmielewska, okazując się o wiele skuteczniejsza od policji. Potem wydawało się, że w „Miodowym Młynie” rozegrała się kolejna tragedia, kiedy wypatrzono w oknie byłego burmistrza Opatowa z nożem w klatce piersiowej. Szybko jednak się okazało, że nic mu się nie stało, a jedynie ćwiczył do roli Hamleta, którą miał grać w amatorskim teatrze, i był bardzo zdziwiony, kiedy znienacka do jego pokoju wpadło kilkanaście jednostek różnej płci, z czego jedna z okrzykiem, że wie, jak się robi sztuczne oddychanie. Ponieważ ową ostatnią jednostką był mężczyzna, to burmistrz, będący znanym homofobem, na przerażającą myśl, że zaraz przyssie mu się do ust inny chłop, natychmiast zmartwychwstał. W ten sposób liczba morderstw popełnionych w „Miodowym Młynie” pozostała bez zmian.
– No tak – przyznała Zając – ale to działało tylko przez chwilę. A mnie chodzi o coś na stałe.
– Czyli…?
– No wiesz… coś niecodziennego.
Barbara popatrzyła na nią podejrzliwie.
– Rozumiem, że morderstwo uważasz za coś powszedniego – mruknęła z przekąsem. – Jedziesz z rana po chleb, przy okazji kupisz pączki, kogoś zastrzelisz i akurat wybija trzynasta, można iść do fryzjera.
– Oj tam. – Magda skinęła z wdzięcznością kelnerce, która postawiła przed nią szklankę z kawą. – Mam na myśli coś, co się nie kojarzy ze zbrodnią, tylko z zagadką i tajemnicą. Coś jak na przykład… duch młynarza.
Skowron zamrugała z wyraźnym zdziwieniem na twarzy.
– Słucham?!
– No, sama pomyśl… – ciągnęła niezrażona Magda. – „Miodowy Młyn” aż się prosi o jakąś legendę! Ludzie to uwielbiają! Puściłoby się w internecie informację, że tu straszy i że ktoś widział postać w oknie pokoju, który teoretycznie był pusty i zamknięty. A ktoś inny słyszał kroki w nocy. I ponure zawodzenia!
– Zamierzasz śpiewać? – zaciekawiła się Barbara.
– Albo dźwięk koła młyńskiego, mimo że go tutaj nie ma – dokończyła siłą rozpędu Zając.
Hotelarka patrzyła na nią przez chwilę jak na wariatkę.
– Mówisz serio? – upewniła się.
– Jak najbardziej.
– Czyli twoim zdaniem mam teraz zacząć udawać, że są tu duchy?
– Yhm.
– I zainwestować w prześcieradła, żeby móc zacząć łazić w nocy po korytarzach w charakterze białej damy? – Barbara nadal miała na poły rozbawiony, a na poły zdumiony wyraz twarzy. – Może sama tu strasz? A nie, sorry, korytarze są wąskie i mogłabyś się zaklinować.
– Wielkie dzięki – prychnęła gniewnie Zając. – Próbuję ci pomóc, a ty sobie ze mnie żarty robisz.
– Bo to, co mówisz, też brzmi jak żart. Duch młynarza, dobre sobie! Kto w tych czasach wierzy w duchy?
– Zdziwiłabyś się, jak wiele osób – mruknęła Magda. – Mam czasem wrażenie, że my się w ogóle cofamy.
– Ty raczej przesz do przodu – zauważyła Barbara. – Zwłaszcza na wadze.
– Oj, przestań już! – zgromiła ją przyjaciółka. – Przecież czytałaś badania!
– Które?
– Te, w których wyszło, że co trzeci nasz rodak jest przekonany, że ludzie żyli w czasach dinozaurów…
– Klaudia Hutniak na pewno. Wyprowadzała małego tireksika na poranne siusiu!
– A prawie połowa nie uznaje teorii ewolucji – dokończyła Zając. – I bodajże co piąty uważa, że Ziemia jest płaska. Sama widziałaś, jakie się larum zrobiło po wprowadzeniu edukacji zdrowotnej. Zdrowotnej! Nie seksualnej, choć też by się przydało! Niebawem znów dojdziemy do tego, że w razie choroby trzeba ludzi wsadzać do pieca na trzy Zdrowaśki.
– Do czego zmierzasz? – Skowron postanowiła uciąć tyradę przyjaciółki, zanim dojdzie do postponowania polityków, niechybnie z każdej opcji.
– Do tego, że według innych badań prawie połowa ludzkości wierzy w zjawiska nadprzyrodzone – poinformowała ją triumfalnie Magda. – W duchy, klątwy, wiedźmy, jasnowidzów. Czyli w ducha młynarza pewnie też by uwierzyła. Nawet nie wiesz, ilu jest entuzjastów takich historii. Ogłoś, że masz nawiedzony hotel, i będziesz miała wszystko zabukowane do dwa tysiące pięćdziesiątego.
– Na razie najbardziej nawiedzona w tym hotelu jesteś ty!
– Po prostu to przemyśl.
– Jasne, a jak mnie zamkną za wprowadzanie ludzi w błąd, będziesz mi przynosiła do więzienia czosnek i cebulę.
– Niby z jakiego paragrafu mają cię wsadzić do pierdla? To już prędzej do psychiatryka.
– No faktycznie znakomita alternatywa. Lecę, pędzę!
– Pogadaj sobie z Rozmarynem, to może zmienisz zdanie…
Barbara wytrzeszczyła oczy.
– Czyś ty się szaleju najadła? – zapytała z lekką zgrozą. – Najpierw wymyślasz jakieś idiotyzmy, a teraz każesz mi rozmawiać z ziołami! Co dalej? Mam otworzyć gabinet wróżb czy co? W sumie to proste. Kupię sobie na Temu cygańską chustę i magiczną kulę. Kota już mam.
– Marian nie jest czarny – przypomniała Magda.
– Rasistka…
– W sumie Rozmaryn też jest Marian. Tyle że to człowiek – wyjaśniła Zając. – Autor książek grozy, w których wykorzystuje historie o zjawiskach nadprzyrodzonych. Będzie na festiwalu w Ciekotach. Nic ci się nie zmieniło? Jedziesz?
– Oczywiście. – Skowron pokiwała głową. – Zabieram ze sobą siostrę i…
Chciała jeszcze coś dodać, ale w tym momencie do restauracji wszedł szczupły, ubrany na czarno i ostrzyżony na jeża czterdziestolatek. Na jego widok obie się uśmiechnęły.
– Pepe!
Tytułowany tym pseudonimem Paweł Kwiatek podszedł do nich, po czym każdą serdecznie uściskał.
– Siadaj! – poprosiła Barbara. – I mów, co ci podać. Wolisz moją gęsinę czy swój ramen?
Pepe, który na co dzień pracował jako agent zwariowanej autorki kryminałów Róży Krull, hobbystycznie zajmował się także kulinariami. Wydał nawet pięć książek kucharskich, a owa chińska zupa była jego kultowym daniem. Skowron, raz ją spróbowawszy na imprezie z okazji promocji którejś z książek Krull, tak się nią zachwyciła, że natychmiast – oczywiście za zgodą mistrza – wprowadziła ją do swojego menu.
– Może być ramen – odpowiedział, zajmując miejsce przy stole. – Zabawię się w Magdę Gessler i ocenię, czy nie skopałyście smaku.
– Jesteś sam? – zdziwiła się Magda. – Róży nie będzie?
– Wyjechała – odpowiedział Pepe z wyraźną ulgą. – Na „poszukiwanie weny”.
– To znaczy?
– Na Kretę. Moim zdaniem znajdzie tam jedynie oliwę z oliwek, ale i tak się cieszę, że mam choć dwa tygodnie odpoczynku. Nawet nie wiecie, jaka to radość, kiedy nie budzi was SMS: „Czy pamiętasz, gdzie położyłam to, co zgubiłam w zeszłym miesiącu?”.
– No tak… – westchnęła Barbara. – Cała Róża.
– A co u was? – zapytał Pepe. – Gotowe na imprezę?
– Owszem – potwierdziła Zając.
– Kreacje wybrane?
– Magda wkłada namiot – poinformowała go z nieskrywanym sarkazmem Skowron. – W nic innego się nie mieści.
– A ty zaraz pojedziesz w skórce z Mariana…
– Co ci kot zawinił?!
– Kot nic, ale jego właścicielka sporo!
Pepe przyzwyczajony był do stylu ich konwersacji.
– To nie będzie łatwa impreza… – westchnął, ignorując złośliwości przyjaciółek.
– Czemu? – Magda popatrzyła na niego pytająco.
– Mam wrażenie, że Wojtek trochę przesadził.
– Z czym? – zapytała Barbara.
– Zaprosił towarzystwo, które normalnie nie powinno się znaleźć w jednym miejscu bez nadzoru służb – wyjaśnił agent Krull.
– Czyli? – drążyła Zając. – Bo szczerze mówiąc, tylko tak pobieżnie spojrzałam na program i zapamiętałam jedynie siostrę i Klaudię Hutniak.
– I jakiegoś Rozmaryna – przypomniała cicho Barbara.
– Hutniak to jeszcze nic – westchnął Pepe. – Będzie też Nastazja Pasztetowicz.
– A kto to? – Magda popatrzyła na niego niepewnie. – Powinnam znać?
– Jeśli nie znasz, to tylko dobrze świadczy o twoim guście – skomentował Kwiatek. – Kilka lat temu miała parę hitów, a teraz wiecznie usiłuje o sobie przypominać. Trochę desperacko. Biła się nawet w klatce.
– W jakiej klatce? – zdziwiła się tym razem Barbara.
– We freak fightach. Takie bijatyki dla świrów. Ale za ogromne pieniądze. Wytrzymała w tej klatce całe dwadzieścia sekund. No ale jej przeciwniczką była Facjata, więc i tak długo dała radę.
– Facja… Kto?! – Skowron miała coraz bardziej osłupiały wyraz twarzy.
– Influencerka z TikToka – wyjaśnił cierpliwie Pepe, nie dziwiąc się, że tak porządne kobiety jak jego opatowskie przyjaciółki nie mają zielonego pojęcia o celebryckich patologiach. – Pokazuje tam, że dziewczyny też mogą uprawiać sztuki walki. Ma biceps większy niż wszystkie moje mięśnie razem wzięte. Myślę, że to w ogóle jest facet, ale jako kobieta kroi większą kasę. A co do Pasztetowicz to o wiele popularniejsza jest jej papużka Landrynka.
– Że co? – zdumiała się Magda.
– Landrynka – powtórzył Kwiatek. – Papużka. Mówi ludzkim głosem. To znaczy, powtarza to, co usłyszała. Nastazja nagrywa z nią filmiki, w których Landrynka ocenia piosenki albo występy jej konkurentek. Na przykład na widok Klaudii Hutniak wykrzyknęła: „Waria-tka! Waria-tka!”, a kiedy zobaczyła Marylę w stroju świtezianki, to zrobiła dziób w siup i spadła z drążka. Jest zabawna, w odróżnieniu od swojej opiekunki. Ma nawet własny fan club na Instagramie.
– Mówisz serio? – upewniła się Barbara.
– Jak najbardziej. Nastazja pewnie przyjedzie z Landrynką, bo nigdy się nie rozstają, to sama zobaczysz. Klaudia jej nienawidzi, z powodu tych jej okrzyków.
– Kogo nienawidzi? – usiłowała sprecyzować Magda. – Nastazji czy Landrynki?
– Obu. Mówię wam, że z tego wyniknie jakieś piekło – westchnął Pepe. – Do tego będzie też typ, który podaje się za jasnowidza i medium. Rozmawiałem z nim kiedyś przez chwilę. Na którychś targach. Jeśli on widzi przyszłość, to ja jestem baletnicą klasyczną.
– Może jesteś – zauważyła Zając. – Tylko jeszcze nie odkryłeś swojego talentu.
– Z moim kręgosłupem bardziej nadaję się do tańca eksperymentalnego. – Pokiwał smutnie głową Kwiatek, który z powodu nawracającego lumbago zawsze woził ze sobą plastry rozgrzewające.
Skowron machnęła ręką.
– Kto jeszcze tam będzie?
– Ignacy Klonowicz – zaraportował. – Literat. Nawet nieźle pisze. I dobrze się trzyma. Niedawno zostaliśmy zaproszeni z Różą na jego siedemdziesiąte piąte urodziny, ale niestety nie poszliśmy, bo byliśmy w Trójmieście. A szkoda, bo wynajął salę w Sky Hall. Podobno stamtąd jest bajeczny widok na całą Warszawę! Swoją drogą był z tego niezgorszy skandal, bo po wszystkim jakaś kelnerka oskarżyła jego ojca o molestowanie.
– Ojca?! – Magda zrobiła wielkie oczy. – Skoro on ma siedemdziesiąt pięć lat, to ile ma ten ojciec? Sto?!
– Yhm, skończy w sobotę – potwierdził Pepe z lekkim roztargnieniem. – Albo może sto pięć czy dziesięć? Kto by to pamiętał. Będziemy świętowali ów fakt w Ciekotach, to się zobaczy na torcie.
Jego rozmówczynie najwyraźniej lekko zamurowało.
– I najlepsze na koniec – westchnął Kwiatek. – Rozmaryn…
Zając uniosła brwi.
– Co z nim?
– Będzie promował swoją nową książkę o nawiedzonych dworach i udowadniał, że w Ciekotach też straszy. W tym celu przywlecze tam tego jasnowidza, o którym już mówiłem. Szykuje nam się seans spirytystyczny.
Zapadła chwila ciszy. Barbara przewróciła oczami.
– Błagam cię! – parsknęła.
– Dokładnie tak samo zareagowałem – rzekł Pepe z pełnym zrozumieniem. – Bo jeśli ktoś tam straszy, to co najwyżej Wojtek. Schudł już tyle, że może robić za kościotrupa Żeromskiego.
– Szczęściarz – westchnęła Magda. – Ale medium też może nam się przydać! Jako konsultant!
Pepe spojrzał na nią podejrzliwie.
– Coś kombinujecie… – mruknął.
– My? – oburzyła się Zając przekornie. – Nigdy.
– Mów! – zażądał Kwiatek.
Magda odchrząknęła.
– Hmmm… Jak to ująć…? Rozważamy wprowadzenie w „Miodowym” pewnych atrakcji.
– Nie my – sprostowała Barbara. – Tylko ty.
– Jakich atrakcji? – zapytał w tym samym momencie Pepe.
– No, żeby tu straszyło… – wyjaśniła Zając. – To znaczy, coś więcej niż Barbara.
Kwiatek ściągnął brwi.
– Przepraszam, ale… co?
– No na przykład duch młynarza – wyjaśniła zbita z pantałyku Magda. – Jako lokalna atrakcja, która przyciągnie do hotelu nowych gości.
Pepe, przed którym kelnerka postawiła właśnie miskę z ramenem, zastygł z łyżką w połowie drogi do ust.
– Ja was bardzo lubię – zaczął ostrożnie – ale mam nieodparte wrażenie, że mówicie coś bez sensu.
– Ona mówi, nie ja – sprostowała kolejny raz Barbara. – Magda uważa, że najlepszym lekarstwem na moje problemy będzie zjawa z zaświatów. Jeszcze trochę mnie powykańcza i sama będę tu straszyła.
– Masz kłopoty? – Kwiatek wyłapał z jej słów te najważniejsze.
– No mam, mam – przyznała niechętnie hotelarka. – Dlatego chętnie się na chwilę od nich uwolnię. Mam nadzieję, że w tych Ciekotach atrakcji nam nie zabraknie!
I, rzecz jasna, wymówiła te słowa w złą godzinę. Gdyby tylko mogła przewidzieć, jakie atrakcje będą ją oraz jej towarzyszy czekały w „Szklanym Domu”, niewątpliwie wolałaby zostać w „Miodowym Młynie”. Nawet w charakterze białej damy w prześcieradle.
Choć Centrum Kultury w Ciekotach od frontu nie robiło może jakiegoś przesadnie oszałamiającego wrażenia, to wystarczyło jedynie przejść przez pierwszy nowoczesny budynek, aby tuż za nim zobaczyć sielski krajobraz, gdzie główną rolę grał zrekonstruowany dworek, w którym młodość spędził Stefan Żeromski, oraz znajdujący się po jego lewej stronie ogromny staw.
Sam pisarz mieszkał w Ciekotach zaledwie przez dwanaście lat swojego dzieciństwa i wieku nastoletniego. Przyjechał tu w słoneczny czerwcowy dzień tysiąc osiemset siedemdziesiątego pierwszego roku wraz z ojcem, mamą oraz dwiema siostrami. Szybko pokochał swój nowy dom, jego bielone ściany, skrzypiące modrzewiowe podłogi i sielankowe otoczenie. Tu też zaczął tworzyć. Prawie nigdy nie rozstawał się z zeszytem, w którym zapisywał swoje wiersze. Ale jako że nie samą poezją człowiek żyje, pomagał też w sianokosach i żniwach. Wyprowadził się stąd po śmierci taty, kiedy miał zaledwie osiemnaście lat. I już nigdy do Ciekot nie wrócił. Dworek spłonął doszczętnie w tysiąc dziewięćset pierwszym roku. Decyzję o jego rekonstrukcji podjęto dopiero sto dziewięć lat później. Został zaaranżowany i wyposażony zgodnie z opisami samego Żeromskiego, a teraz mieściło się tu muzeum jego imienia.
Tego przedpołudnia królował tu chaos, charakterystyczny po trosze dla każdego miejsca, w którym za pięć minut rozpocząć ma się jakaś impreza. Samochody na parkingu stały krzywo, ktoś cofał pod prąd, ktoś inny trąbił bez wyraźnego powodu, a nad tym wszystkim unosił się donośny, histeryczny krzyk.
– Miej nas, Panie, w swej opiece! To ona… – westchnął Pepe, stając na przedostatnim wolnym miejscu na parkingu, i zgasił silnik.
– Kto? – zapytała Magda, zerkając do lusterka, by poprawić uczesanie.
– Klaudia – wyjaśnił smętnie Kwiatek. – Ewentualnie ktoś obdziera ze skóry pawia.
Zanim zdążyli wysiąść, drzwi od strony pasażera otworzyły się z impetem i do środka zajrzała zadyszana kobieta w średnim wieku, z obłędem w oczach i rozczochranymi kręconymi włosami wyglądającymi tak, jakby czesała je w czasie orkanu, i to szczerbatym grzebieniem. Pepe z trudem rozpoznał w niej na co dzień spokojną i elegancką Jadwigę Maselniak, prawą rękę dyrektora tego miejsca.
– Dobrze, że jesteście – jęknęła z rozpaczą. – Mamy… sytuację. – Machnęła dłonią w stronę schodów wejściowych do centrum kultury.
Pepe podążył wzrokiem za jej ręką i zobaczył kilkuosobową grupę, pośrodku której znajdowała się najbardziej kapryśna diwa rodzimej estrady. Po chwili dotarła do niego też treść jej słów.
– Gdzie jest ten cholerny ptak?! – wrzeszczała z furią Hutniak. – No gdzie?!
– Proszę się uspokoić… – mówił ktoś nieśmiało.
– Dajcie mi go, to go przerobię na pieczyste! – piekliła się diwa.
– Landrynka nie zrobiła tego specjalnie. – W stojącej obok niej niziutkiej, zażywnej kobiecie w przesadnie błyszczącej sukni Kwiatek z trudem rozpoznał Nastazję.
Kiedy ją widział poprzednio na jakimś party, mniej więcej pół roku temu, była szczupła, żeby nie powiedzieć – wychudzona. Teraz prezentowała się tak, jakby po tamtej imprezie zjadła samą siebie. W rękach ściskała pustą klatkę i miała zatroskaną minę, choć Pepe był skłonny się założyć, że całe to zamieszanie wcale jej nie martwi.
– Nie specjalnie?! – Klaudia odwróciła się do niej gwałtownie. – To był mój kolczyk mocy!
– Ona po prostu lubi błyskotki…
– To nie była błyskotka, tylko energetyczny katalizator sceniczny.
Kwiatek uniósł brwi.
– Klaudia jest, jak widzę, w szczytowej formie – mruknął do Magdy, która jedynie pokiwała głową.
W tym momencie ze środka budynku wybiegł Wojtek Purtak. Miał minę kogoś, kto właśnie rozważa zmianę zawodu z animatora kultury na hodowcę pieczarek.
– Co tu się dzieje?! – zawołał z przejęciem. – Dlaczego jeszcze nie zaczęła się próba?
– Jej obsrany ptak ukradł mi kolczyk. To jest armagedon! – oznajmiła Klaudia dramatycznie, podkreślając wagę swoich słów przyłożeniem ręki do klatki piersiowej w okolicach serca. – Bez kolczyka nie mogę śpiewać, bo był specjalnie wybrany na ten wieczór przez mojego guru! Z Tanzanii! Miał mi zapewnić połączenie z korzeniem prawdy! Nie mogę wykonywać repertuaru z nowej płyty bez korzenia, bo nie mam się wtedy czym zespolić z matką naturą!
– Ja pierdzielę… – mruknął agent Nastazji, Julian Kłębek, wpatrzony w Hutniak takim wzrokiem, jakby miał przed sobą kosmitkę.
– Nie obsrany ptak, tylko papużka, bardzo czysta – zaprotestowała w tej samej chwili Pasztetowicz, w duchu zgodnie z podejrzeniami Kwiatka rozkoszująca się tą sceną i żałująca jedynie tego, że nie może z niej zrobić live’a na Instagramie. Oglądalność na pewno byłaby rekordowa!
– Rozumiem – zapewnił Wojtek, zastanawiając się, co go opętało, żeby zaprosić Klaudię i Nastazję, a nie kolejny raz Annę Marię Jopek. Ona nie przywoziła ze sobą zwierząt i nie potrzebowała korzenia, żeby śpiewać jak sam anioł. – Dokąd ta papużka poleciała?
– Tam – odpowiedziało jednocześnie kilka osób, wskazując różne kierunki.
Siostra Małgorzata Chmielewska, która przyjechała chwilę wcześniej razem z Barbarą i dotąd stała obok Pepe i Magdy, obserwując całą tę scenę z uśmiechem pełnym niedowierzania, zrobiła krok do przodu.
– Zawsze możemy się pomodlić o odnalezienie kolczyka – zaproponowała.
Zapadła krótka cisza. Nawet Klaudia wpadła w wyraźną konsternację, wynikającą głównie z tego, że zapomniała, jakiego jest aktualnie wyznania. Zmieniała je ostatnio tak często, że w sumie nie była pewna, czy aby w tym tygodniu nie wypada jej katolicyzm. Jeśli tak, to nie mogła wysłać Chmielewskiej do diabła. Jako córa Kościoła powinna bowiem mieć szacunek dla habitu zakonnego. Niezależnie od tego, kto by go nosił.
– Niby do kogo mam się pomodlić? – zapytała w końcu z rezygnacją. – Jaki święty jest od biżuterii rąbniętej przez ptaka?
– Antoni – odpowiedziała siostra. – Jest od wszystkich zagubionych rzeczy, nie tylko biżuterii. Proszę spróbować się do niego zwrócić. Jak ma dobry humor, to pomaga. Wiele razy dzięki niemu coś znalazłam.
Choć osoby niewierzące potraktowały jej słowa z pobłażliwym uśmiechem, to Hutniak nagle poczuła w sobie ducha Violetty Villas. Nieznoszącym sprzeciwu gestem rozgoniła stojących dokoła niej ludzi, po czym teatralnie padła na kolana i z emfazą zaczęła zmawiać „Święty Antoni nasz, któryś jest w niebie” na modłę pacierza, zmieniając jedynie frazę „chleba naszego powszedniego” na „kolczyka mojego zagubionego”. Brzmiało to co prawda nieco bluźnierczo, ale najwyraźniej podziałało, bo chwilę później tuż nad jej głową rozległo się znajome:
– Waria-tka! Waria-tka!
Wszyscy zadarli głowy. Na gałęzi starego drzewa, dokładnie nad wejściem do „Szklanego Domu”, siedziała Landrynka. Na jednym ze szponów miała coś, co błyszczało w słońcu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
