Straszny dwór - Alek Rogoziński - ebook + audiobook + książka

Straszny dwór ebook i audiobook

Alek Rogoziński

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Zbrodnia, literatura i siostra Małgorzata Chmielewska w oparach czarnego humoru!

W dworku Żeromskiego w Ciekotach atmosfera gęstnieje – i to wcale nie z powodu literackich uniesień. Trwają przygotowania do prestiżowego festiwalu, na który przybyli znani pisarze, oficjele oraz gość specjalny: siostra Małgorzata Chmielewska. Niestety, sielankę przerywa makabryczne odkrycie – w pobliskim stawie dryfują zwłoki młodego lokalnego poety.

Kto z szacownego grona gości postanowił skrócić życie artysty? Jaki związek ze zbrodnią ma hotel „Miodowy Młyn” w Opatowie oraz zabytkowy pałac w Czerwinie? Siostra Chmielewska, chcąc nie chcąc, znów wkracza do akcji, rozpoczynając śledztwo, które okaże się równie zabawne, co śmiertelnie niebezpieczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 242

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 24 min

Lektor: Katarzyna Pakosińska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Alek Rogo­ziń­ski, 2026 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Mał­go­rzata Tourgi Korekta: Joanna Bła­kita, Kry­styna Pod­le­ska Pro­jekt okładki, stron tytu­ło­wych i gra­fiki wnę­trza: Paweł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz.Art Design

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-952-7

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Oświadczenie

Jak zawsze z wielką mocą chciał­bym pod­kre­ślić, że wszyst­kie wyda­rze­nia opi­sane w niniej­szej powie­ści są wytwo­rem mojej roz­sza­la­łej wyobraźni. Więk­szość boha­te­rów także, choć aku­rat w tym przy­padku znaj­dzie­cie kilka wyjąt­ków. Ist­nieje bowiem (na szczę­ście!) sio­stra Mał­go­rzata Chmie­lew­ska, a dwor­kiem w Cie­ko­tach i Cen­trum „Szklany Dom” (które na potrzeby powie­ści pozwo­li­łem sobie posze­rzyć o kilka dodat­ko­wych pokoi gościn­nych) fak­tycz­nie opie­kuje się Woj­tek Pur­tak, wój­tem gminy Czer­win jest Grze­gorz Dłu­go­kęcki, a „Mio­do­wym Mły­nem” zarzą­dza Bar­bara Skow­ron. Posta­cią z krwi i kości jest także Mag­da­lena Zając, z któ­rej lata temu w jed­nej z powie­ści zro­bi­łem blon­dynkę, czego nie może mi daro­wać aż do dzi­siaj.

A teraz baw­cie się dobrze!

Wasz Alek

Postaci

Mał­go­rzata Chmie­lew­ska – sio­stra zakonna, która na festi­walu „Otwarte Książki” w Cie­ko­tach miała pod­pi­sy­wać swoją bio­gra­fię, ale na prze­szko­dzie sta­nął jej nie­bosz­czyk.

Bar­bara Skow­ron – wła­ści­cielka hotelu „Mio­dowy Młyn” w Opa­to­wie, szu­ka­jąca ory­gi­nal­nych (jak się oka­zało – za bar­dzo) form pro­mo­cji tego obiektu.

Mag­da­lena Zając – nauczy­cielka języka pol­skiego, która o mało co nie stała się ofiarą wku­rzo­nych gęsi.

Paweł „Pepe” Kwia­tek – agent lite­racki, cie­szący się chwi­lami odde­chu od sza­leństw swo­jej pra­co­daw­czyni.

Woj­ciech Pur­tak – dyrek­tor Cen­trum Edu­ka­cji i Kul­tury „Szklany Dom” w Cie­ko­tach, nieco zmar­twiony fak­tem, że pla­cówka ta zamie­niła się w miej­sce zbrodni i nawie­dzeń.

Leopold Mar­cin­kie­wicz – wscho­dząca gwiazda na fir­ma­men­cie pol­skiej twór­czo­ści poetyc­kiej.

Emil Ogło­ziń­ski – przy­ja­ciel Leopolda, uwa­ża­jący, że lepiej powie­dzieć dwa­dzie­ścia słów za mało niż jedno za dużo.

Anna Luiza Poni­mir­ska – ciotka Leopolda, wal­cząca z nim o zabyt­kowy dwo­rek.

Mar­cel Poni­mir­ski – syn Anny, uwa­ża­jący wszel­kie zja­wi­ska nie z tej ziemi za zwy­kłe kan­ciar­stwo.

Kor­dian Wysocki – roz­ta­cza­jący wokół sie­bie atmos­ferę tajem­ni­czo­ści star­szy pan, poda­jący się za medium i jasno­wi­dza.

Kor­ne­lia Wysocka – córka Kor­diana oraz jego prawa ręka, dba­jąca o to, aby nie­ła­two było się dowie­dzieć o jej ojcu cze­go­kol­wiek, co nie byłoby jedy­nie plotką.

Ignacy Klo­no­wicz – star­szej daty lite­rat, zako­chany w babci Leopolda.

Emi­lian Klo­no­wicz – ojciec Igna­cego, zako­rze­niony men­tal­nie w cza­sach, kiedy nie ist­niało jesz­cze okre­śle­nie „popraw­ność poli­tyczna”.

Marian Roz­ma­ryn – autor słyn­nej powie­ści grozy, któ­rej fabuła zaczęła nagle się zamie­niać w rze­czy­wi­stość.

Bożena Wier­ni­kow­ska – lite­ratka, sta­no­wiąca zda­niem swo­ich kole­gów po pió­rze zagro­że­nie bio­lo­giczne.

Nasta­zja Pasz­te­to­wicz – nieco prze­brzmiała gwiazda estrady, która przy­była na festi­wal w towa­rzy­stwie swo­jej papużki Lan­drynki, według opi­nii zło­śli­wych o wiele mądrzej­szej niż jej wła­ści­cielka.

Julian Kłę­bek – agent Nasta­zji, prze­ko­nany, że gwiazda dopro­wa­dzi go kie­dyś wprost na kozetkę u psy­cho­te­ra­peuty.

Pela­gia Hupało – opa­tow­ska wiedźma, a przy oka­zji bli­ska zna­joma sio­stry Chmie­lew­skiej.

Marek Monicki – sier­żant poli­cji, nie­cier­pli­wie odli­cza­jący chwile dzie­lące go od eme­ry­tury.

Grze­gorz Dłu­go­kęcki – wójt gminy Czer­win, odro­binę skon­fun­do­wany, że na jego tere­nie coś stra­szy bez uprzed­niego zło­że­nia poda­nia o wyra­że­nie na to zgody.

A także:

Klau­dia Hut­niak – naj­więk­sza, rzecz jasna, diwa pol­skiej pio­senki, któ­rej reci­tal w Cie­ko­tach miał być hoł­dem dla Rey­monta, któ­rego pomy­liła z Żerom­skim.

I:

Krzysz­tof Dar­ski – inspek­tor poli­cji, który nie mógł pojąć, jakim spo­so­bem doro­słe osoby uwie­rzyły w duchy.

Prolog

Czer­win, dzień po Wiel­ka­nocy, 1783 roku

– Czemu ten kocz­ko­dan stra­szy u mnie, a nie u cie­bie? – Anna z Szo­sta­kow­skich Lubi­czowa, pani na wło­ściach w Czer­wi­nie, patrzyła z wyrzu­tem na swoją młod­szą sio­strę Mariannę.

– A co to ja jestem, żeby to wie­dzieć? Duch Święty? – Ta w odpo­wie­dzi prze­wró­ciła oczami. – Może nie umie tra­fić do domu? Jak sama wiesz, naten­czas jak żyw jesz­cze był, to też czę­sto mu się to zda­rzało.

Anna w duchu przy­znała jej rację. Dopiero co wypra­wiony przez nie do Kró­le­stwa Nie­bie­skiego mąż Marianny, pod­cza­szy czer­ni­chow­ski Józef Celiń­ski, sły­nął z tego, że głowę do trun­ków miał sła­bo­witą, za to zami­ło­wa­nie do nich wręcz odwrot­nie – nad­zwy­czaj mocne. Parob­ko­wie znaj­do­wali go już w roz­ma­itych miej­scach: a to roz­ło­żo­nego malow­ni­czo na polu wśród kwie­cia rze­paku, a to w sto­dole słodko drze­mią­cego na sianku, a to w obo­rze wtu­lo­nego w nieco zdzi­wioną jego pochra­py­wa­niem trzodę chlewną.

Swój rekord pod­cza­szy pobił, kiedy raz wła­mał się po pijaku do kościoła, po czym, prze­ko­nany, że jest we wła­snej sypialni, zasnął pod ołta­rzem, przy­kryty obru­sem, a następ­nego ranka pie­kiel­nie prze­ra­ził odpra­wia­ją­cego mszę ojczulka oraz jego para­fian. Traf bowiem chciał, że gdy ksiądz w cza­sie kaza­nia opo­wia­dał o wskrze­sze­niu przez pro­roka Eli­ze­usza syna Szu­ne­mitki i doszedł do frag­mentu Biblii brzmią­cego: „Wtedy to chło­piec kich­nął sie­dem razy i otwo­rzył oczy”, wskrze­sił się też i pod­cza­szy. Wcią­gnąw­szy zaś nieco kadzi­dło­wego dymu, zaczął i on kichać tak roz­gło­śnie, że aż dopro­wa­dził do omdle­nia hra­binę Tur­bań­ską, pewną, że to sam Lucy­fer przy­zywa ją do pie­kieł za pale­nie tabaki, którą kra­dła swo­jemu mężowi.

I o ile w nad­uży­wa­niu trun­ków nie było w sumie nic złego, bo wszy­scy szlach­cice trak­to­wali to bez mała jako patrio­tyczny obo­wią­zek, o tyle nijak nie dało się powie­dzieć tego samego o dwóch innych pasjach Józefa. Czyli nad­uży­wa­niu dzie­wek słu­żeb­nych i hazar­dzie. Przy­ła­paw­szy mał­żonka kilka razy na rów­nie gor­szą­cych jej oczy, co w jego wyda­niu wyjąt­kowo mało este­tycz­nych sce­nach intym­nych, a potem dowie­dziaw­szy się, że zdą­żył już prze­grać w lanck­nechta kawał odzie­dzi­czo­nej po przod­kach ziemi, Marianna posta­no­wiła wziąć sprawy we wła­sne ręce. W związku z powyż­szym udała się na bagni­ska, gdzie zapła­ciła lokal­nej wiedź­mie za nawa­rze­nie tru­ją­cego naparu, który następ­nie dolała Józe­fowi do jego uko­cha­nego wina. Wypra­wiw­szy takim spo­so­bem męża w zaświaty, prze­jęła rządy nad wło­ściami i dwo­rem.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że dwa dni po swoim pogrze­bie Józef poja­wił się w poło­żo­nym nie­opo­dal dworku nale­żą­cym do sio­stry Marianny. Rzecz jasna nie cie­le­śnie, bo tej sztuczki umiał doko­nać w całej histo­rii świata tylko jeden czło­wiek, ale w cha­rak­te­rze ducha. Co do toż­sa­mo­ści zjawy nie mogło być żad­nych wąt­pli­wo­ści, opi­sały ją bowiem aż dwie dwórki, które za życia wie­lo­krot­nie był chę­do­żył. Ponie­waż obie wyka­zy­wały bujną wyobraź­nię, dodały jesz­cze, że pod­cza­szy miał „ognie w oczach”, „dia­bo­liczny wyraz twa­rzy”, a z jego ust „wydo­by­wał się syk wężom podobny”.

Marianna i od początku wta­jem­ni­czona we wszystko Anna na wszelki wypa­dek spraw­dziły, czy zewłok Józefa na pewno leży w trum­nie, a następ­nie wezwały egzor­cy­stę i zażą­dały, aby ode­słał ducha tam, gdzie jego miej­sce. Czyli w sumie gdzie­kol­wiek, skąd już ni­gdy wię­cej nie wróci. Ksiądz zro­bił swoje, a po kilku wie­czo­rach Józef znów się obja­wił, tym razem teścio­wej Anny, która od tego o mało co tru­pem nie padła. I choć aku­rat w tym star­sza z Szo­sta­kow­skich widziała duży plus, bo matkę swo­jego męża uwa­żała za starą zło­śliwą gropę, to jed­nak na dłuż­szą metę obco­wa­nie z wid­mem szwa­gra nijak jej się nie widziało.

– Weź coś z nim zrób! – zażą­dała teraz sta­now­czo, po tym jak z powodu Józefa inne szlach­cianki zaczęły omi­jać jej dom sze­ro­kim łukiem.

Anna lubiła wyda­wać przy­ję­cia i spo­ty­kać się na plo­teczki. Na myśl, że ze względu na ducha będzie musiała sama się tłuc wybo­istymi dro­gami do przy­ja­ció­łek, z miej­sca dostała glo­busa.

– Ale co? – zapy­tała nieco bez­rad­nie Marianna.

– Zasu­waj do tej wiedźmy! I to w te pędy! – roz­ka­zała jej Lubi­czowa. – Pomo­gła ci się pozbyć dziada, to teraz niech powie, jak ode­słać jego ducha w zaświaty.

– Kiedy tam się idzie mię­dzy bagnami i już raz o mało co nie stra­ci­łam tam życia – zapro­te­sto­wała Marianna. – Za to gdy stam­tąd wra­ca­łam, aku­rat w bagnie topiła się krowa, i to nie był miły widok. Nie zamie­rzam iść w jej ślady!

– Nie ważysz jesz­cze tyle co krowa – pocie­szyła ją sio­stra. – Poza tym mogę ci towa­rzy­szyć.

– Żeby­śmy uto­nęły razem? – zacie­ka­wiła się Marianna, po czym zmie­rzyw­szy kry­tycz­nym wzro­kiem Annę, dodała: – We dwie ważymy już wię­cej od krowy!

– Głu­piaś! – fuk­nęła ta. – Jak jedna wpad­nie, to druga ją wycią­gnie. Musimy tam iść! Nie lubi­łam two­jego męża, nawet kiedy żył, i nie życzę sobie spo­ty­kać go po śmierci. No już! Rusz się!

Marianna zawsze ule­gała sio­strze. Tak stało się i tym razem. Tego samego, mgli­stego popo­łu­dnia udały się na bagni­ska. Wiedźma je wysłu­chała, póź­niej tro­chę pogłów­ko­wała, a na koniec wrę­czyła im szał­wię i pole­ciła, aby ją zapa­liły o pół­nocy, a potem o pół­nocy jej dymem oka­dziły domo­stwa, na wszelki wypa­dek oba, koniecz­nie w obec­no­ści czar­nego kota.

Kiedy sio­stry chciały zapła­cić, wiedźma odmó­wiła przy­ję­cia pie­nię­dzy, a w zamian za swoją radę popro­siła, aby szlach­cianki wybro­niły ją przed lokal­nym pro­bosz­czem. Księ­dzu jej dzia­łal­ność od lat była bowiem solą w oku i posta­no­wił zro­bić wszystko, aby wyku­rzyć ją z tego miej­sca. Sio­stry obie­cały, że wsta­wią się za nią, i pobie­gły prze­pę­dzać Józefa. O pół­nocy w towa­rzy­stwie mocno zde­gu­sto­wa­nego i bez­u­stan­nie zie­wa­ją­cego czar­nego kota o imie­niu Augu­ścik, któ­rego musiały uwią­zać na postronku, żeby nie nawiał, obe­szły z szał­wią oba domo­stwa, przy oka­zji nara­ża­jąc się na podej­rze­nia służby, że zidio­ciały już do końca.

O dziwo jed­nak od tego czasu duch pod­cza­szego prze­stał nawie­dzać ich wło­ści. Gorzej jed­nak wyszło z wypeł­nie­niem obiet­nicy, którą zło­żyły wiedź­mie. Do księ­dza co prawda poszły, ten jed­nak zdra­dził im pewną tajem­nicę i obie­cał coś, co spra­wiło, że zamiast stać po stro­nie kobiety, która wyświad­czyła im przy­sługę, stały się jej wro­gami. Wiedźma cze­kała cier­pli­wie, aż pew­nego dnia, kiedy wra­cała z pól, gdzie rwała zioła potrzebne do wywa­rów, zoba­czyła, jak ksiądz w towa­rzy­stwie szlach­cia­nek pod­pala jej chatę. Kiedy stam­tąd uszli, wyraź­nie zado­wo­leni ze swo­jego czynu, weszła do środka i nie bacząc na to, że może stra­cić życie, ura­to­wała coś, co było dla niej naj­cen­niej­sze i co w związku z tym scho­wała wyjąt­kowo dobrze. Starą, czarną księgę…

Zasia­dła do niej po kilku dniach, daleko od Czer­wina, w nowym, naprędce zna­le­zio­nym, rów­nie odlud­nym lokum, odstą­pio­nym jej przez kole­żankę po fachu, która prze­no­siła się w oko­lice Gdań­ska, twier­dząc, że tam jest lep­sze powie­trze, łatwiej o czar­nego kota i mniej się kaszle. Nie mówiąc już o tym, że ludzie jakoś przy­jaź­niej trak­tują cza­row­nice.

Poże­gnaw­szy przy­ja­ciółkę, wiedźma otwo­rzyła księgę, któ­rej sama tro­chę się bała i w związku z tym zaglą­dała do niej jedy­nie od wiel­kiego dzwonu, odna­la­zła odpo­wied­nie strony, po czym wcie­liła w życie zapi­sane tam instruk­cje. Nad obiema szlach­cian­kami oraz ich potom­stwem zacią­żyło od tej chwili pra­stare zaklę­cie.

Lata mijały i mijały aż do cza­sów, kiedy po sta­nie szla­chec­kim nie zostało nawet wspo­mnie­nie, bagna osu­szono i posta­wiono tam osie­dle miesz­ka­niowe, na miej­scu chaty wiedźmy wyrósł super­mar­ket „Dino”, dwo­rek Anny prze­ro­biono na hotel, a rezy­den­cja Marianny obró­ciła się w ruinę i nie potrzeba było zjawy, żeby się jej wystra­szyć.

Zaklę­cie jed­nak trwało i rychło miało skom­pli­ko­wać życie kilku nie­świa­do­mym jego ist­nie­nia oso­bom.

Rozdział I

Każdy, kto usi­ło­wał dostać się do hotelu „Mio­dowy Młyn” w Opa­to­wie w ciągu ostat­niego pół­ro­cza, czyli w cza­sie, który upły­nął od popeł­nio­nego tam mor­der­stwa, musiał przejść przez tak zwaną próbę Mariana. Pozwa­lała ona od razu zorien­to­wać się per­so­ne­lowi hotelu, z jaką osobą ma do czy­nie­nia.

Marian był kotem. Poja­wił się kie­dyś pod hote­lem i poob­ser­wo­waw­szy go uważ­nie przez kilka dni, posta­no­wił, że wła­śnie tutaj będzie jego nowy dom. Wła­ści­cielkę tego przy­bytku uro­bił sobie mniej wię­cej w pół dnia, a pra­cow­ni­ków w pozo­stałe pół i od następ­nego poranka miał tu już swoje kró­le­stwo, służbę i pałac. Z tego ostat­niego, czyli naprędce wyko­na­nej drew­nia­nej budki, obser­wo­wał przy­by­wa­ją­cych tutaj gości. Tych lep­szych zaszczy­cał łaska­wym pozwo­le­niem, aby go pogła­skali i zło­żyli hołd jego wybit­nej uro­dzie. Tych o gor­szym cha­rak­te­rze trak­to­wał obo­jęt­nie albo z nie­chę­cią. Z cza­sem wszy­scy miej­scowi nauczyli się bez­kry­tycz­nie wie­rzyć kociej intu­icji.

Tego dnia Marian był w wyjąt­kowo dobrym nastroju, wyni­ka­ją­cym z faktu, że aż trzy osoby dały się nabrać na jego osca­rową rolę bied­nego, sła­nia­ją­cego się z głodu zwie­rzątka i ura­czyły go saszet­kami z kur­czacz­kiem. Na widok dosko­nale mu już zna­nej Magdy Zając posta­no­wił więc się nie wygłu­piać i nie żebrać, tym bar­dziej że i tak nie zdo­łałby zmie­ścić w brzu­chu niczego wię­cej. Nawet naj­smacz­niej­szego. Zamiast tra­dy­cyj­nego ocie­ra­nia się o nogi i sła­bych miau­ków, wska­zu­ją­cych, że bez papu dłu­żej nie pocią­gnie, dał się jej pogła­skać, z prze­je­dze­nia nie mając nawet ochoty zmie­nić pozy­cji z leżą­cej na sie­dzącą.

– Ale cię upa­sły… – mruk­nęła Magda, z nie­sma­kiem kon­sta­tu­jąc, że nie­ba­wem kocu­rowi łatwiej będzie się tur­lać, niż cho­dzić.

Marian popa­trzył na nią złym wzro­kiem, ozna­cza­ją­cym: „Czy ty się ostat­nio prze­glą­da­łaś w lustrze?”, po czym z wyraźną urazą, ale i z pew­nym wysił­kiem odwró­cił się do niej ogo­nem.

– Chcesz mu dać jedzonko? – zapy­tała z tro­ską obser­wu­jąca ją od hote­lo­wych drzwi gospo­dyni „Mio­do­wego Młyna”.

– Nie żar­tuj! – prych­nęła Zając z poli­to­wa­niem. – Prze­cież ten kot zaczyna już przy­po­mi­nać war­chlaka.

– Nie on jeden! – Bar­bara poto­czyła po niej zna­czą­cym wzro­kiem. – Kawa?

Magda potak­nęła i weszła do hotelu.

– O, dałaś radę – mruk­nęła Skow­ron zło­śli­wie. – Co nie zmie­nia faktu, że jesz­cze tro­chę i będę musiała posze­rzyć drzwi.

– Też się cie­szę, że cię widzę – odpo­wie­działa Zając, posta­no­wiw­szy w duchu nie reago­wać na ową potwarz. – A co do wagi to od jutra zaczy­nam dietę i szyb­kie spa­cery. Z tobą! Też ci się przyda, bo sie­dzisz i sie­dzisz w tej swo­jej kan­cia­pie i powoli sta­jesz się zmur­szałą matroną. Tro­chę pocho­dzisz, to od razu odży­jesz!

– Już raz w tym roku byłam na spa­ce­rze – poin­for­mo­wała ją przy­ja­ciółka. – I wystar­czy!

Minęły recep­cję i prze­szły do czę­ści restau­ra­cyj­nej.

– Popro­szę o latte. – Magda uśmiech­nęła się do dziew­czyny sto­ją­cej za barem. – Na odtłusz­czo­nym mleku.

Bar­bara skrzy­wiła się lekko.

– Na odtłusz­czo­nym? – powtó­rzyła powoli. – Kogo ty chcesz oszu­kać? Zjesz coś? Bezę?

– Rozu­miem, że po remon­cie siłowni został ci sty­ro­pian i teraz go upłyn­niasz jako deser?

– Nie robi­łam żad­nego remontu – poin­for­mo­wała Bar­bara. – Na razie mnie nie stać.

Przy­ja­ciółka popa­trzyła na nią uważ­nie. Choć ktoś, kto ich nie znał, a jedy­nie przy­słu­chi­wałby się tej kon­wer­sa­cji, mógłby dojść do wnio­sku, że obie się wza­jem­nie nie zno­szą, to wta­jem­ni­czeni wie­dzieli, że jest aku­rat odwrot­nie i w każ­dej sytu­acji mogą na sie­bie liczyć.

– Jak bar­dzo jest źle? – spy­tała Magda, sado­wiąc się przy sto­liku.

– Bywało lepiej – przy­znała Bar­bara.

Zając znała ją zbyt długo, aby nie wie­dzieć, co kryje się w tej wstrze­mięź­li­wej odpo­wie­dzi.

– Czyli dupa – pod­su­mo­wała krótko. – Co się dzieje?

– Życie. – Bar­bara wzru­szyła ramio­nami. – Sezo­nowa posu­cha. Taki mamy kli­mat, są okresy hossy i okresy bessy. Teraz wypadł Rów Mariań­ski. Wszystko w nor­mie.

– Powiedzmy, że ci wie­rzę – mruk­nęła Zając. – A swoją drogą, powiem ci, że mnie to zadzi­wia. Ludzie lecą na jakieś takie chore atrak­cje, a praw­dziwe perły leżą odło­giem. Zresztą może je za mało rekla­mu­jemy. Mamy prze­cież tyle samo zabyt­ków co San­do­mierz. Tam walą tłumy przez okrą­gły rok, a nas poza sezo­nem omi­jają.

– U nich kręcą Ojca Mate­usza – przy­po­mniała Skow­ron. – Stała pro­mo­cja na cały kraj!

– No wła­śnie… – Magda zasta­no­wiła się przez chwilę. – My też coś takiego powin­ni­śmy mieć! I to na stałe!

– Mie­li­śmy – mruk­nęła Bar­bara. – Mor­der­stwo.

Jej wypo­wiedź doty­czyła nie­bosz­czyka, który został pół roku wcze­śniej zna­le­ziony w hote­lo­wej siłowni i któ­rego mor­dercę wytro­piła sio­stra Mał­go­rzata Chmie­lew­ska, oka­zu­jąc się o wiele sku­tecz­niej­sza od poli­cji. Potem wyda­wało się, że w „Mio­do­wym Mły­nie” roze­grała się kolejna tra­ge­dia, kiedy wypa­trzono w oknie byłego bur­mi­strza Opa­towa z nożem w klatce pier­sio­wej. Szybko jed­nak się oka­zało, że nic mu się nie stało, a jedy­nie ćwi­czył do roli Ham­leta, którą miał grać w ama­tor­skim teatrze, i był bar­dzo zdzi­wiony, kiedy znie­nacka do jego pokoju wpa­dło kil­ka­na­ście jed­no­stek róż­nej płci, z czego jedna z okrzy­kiem, że wie, jak się robi sztuczne oddy­cha­nie. Ponie­waż ową ostat­nią jed­nostką był męż­czy­zna, to bur­mistrz, będący zna­nym homo­fo­bem, na prze­ra­ża­jącą myśl, że zaraz przy­ssie mu się do ust inny chłop, natych­miast zmar­twych­wstał. W ten spo­sób liczba mor­derstw popeł­nio­nych w „Mio­do­wym Mły­nie” pozo­stała bez zmian.

– No tak – przy­znała Zając – ale to dzia­łało tylko przez chwilę. A mnie cho­dzi o coś na stałe.

– Czyli…?

– No wiesz… coś nie­co­dzien­nego.

Bar­bara popa­trzyła na nią podejrz­li­wie.

– Rozu­miem, że mor­der­stwo uwa­żasz za coś powsze­dniego – mruk­nęła z prze­ką­sem. – Jedziesz z rana po chleb, przy oka­zji kupisz pączki, kogoś zastrze­lisz i aku­rat wybija trzy­na­sta, można iść do fry­zjera.

– Oj tam. – Magda ski­nęła z wdzięcz­no­ścią kel­nerce, która posta­wiła przed nią szklankę z kawą. – Mam na myśli coś, co się nie koja­rzy ze zbrod­nią, tylko z zagadką i tajem­nicą. Coś jak na przy­kład… duch mły­na­rza.

Skow­ron zamru­gała z wyraź­nym zdzi­wie­niem na twa­rzy.

– Słu­cham?!

– No, sama pomyśl… – cią­gnęła nie­zra­żona Magda. – „Mio­dowy Młyn” aż się prosi o jakąś legendę! Ludzie to uwiel­biają! Puści­łoby się w inter­ne­cie infor­ma­cję, że tu stra­szy i że ktoś widział postać w oknie pokoju, który teo­re­tycz­nie był pusty i zamknięty. A ktoś inny sły­szał kroki w nocy. I ponure zawo­dze­nia!

– Zamie­rzasz śpie­wać? – zacie­ka­wiła się Bar­bara.

– Albo dźwięk koła młyń­skiego, mimo że go tutaj nie ma – dokoń­czyła siłą roz­pędu Zając.

Hote­larka patrzyła na nią przez chwilę jak na wariatkę.

– Mówisz serio? – upew­niła się.

– Jak naj­bar­dziej.

– Czyli twoim zda­niem mam teraz zacząć uda­wać, że są tu duchy?

– Yhm.

– I zain­we­sto­wać w prze­ście­ra­dła, żeby móc zacząć łazić w nocy po kory­ta­rzach w cha­rak­te­rze bia­łej damy? – Bar­bara na­dal miała na poły roz­ba­wiony, a na poły zdu­miony wyraz twa­rzy. – Może sama tu strasz? A nie, sorry, kory­ta­rze są wąskie i mogła­byś się zakli­no­wać.

– Wiel­kie dzięki – prych­nęła gniew­nie Zając. – Pró­buję ci pomóc, a ty sobie ze mnie żarty robisz.

– Bo to, co mówisz, też brzmi jak żart. Duch mły­na­rza, dobre sobie! Kto w tych cza­sach wie­rzy w duchy?

– Zdzi­wi­ła­byś się, jak wiele osób – mruk­nęła Magda. – Mam cza­sem wra­że­nie, że my się w ogóle cofamy.

– Ty raczej przesz do przodu – zauwa­żyła Bar­bara. – Zwłasz­cza na wadze.

– Oj, prze­stań już! – zgro­miła ją przy­ja­ciółka. – Prze­cież czy­ta­łaś bada­nia!

– Które?

– Te, w któ­rych wyszło, że co trzeci nasz rodak jest prze­ko­nany, że ludzie żyli w cza­sach dino­zau­rów…

– Klau­dia Hut­niak na pewno. Wypro­wa­dzała małego tirek­sika na poranne siu­siu!

– A pra­wie połowa nie uznaje teo­rii ewo­lu­cji – dokoń­czyła Zając. – I bodajże co piąty uważa, że Zie­mia jest pła­ska. Sama widzia­łaś, jakie się larum zro­biło po wpro­wa­dze­niu edu­ka­cji zdro­wot­nej. Zdro­wot­nej! Nie sek­su­al­nej, choć też by się przy­dało! Nie­ba­wem znów doj­dziemy do tego, że w razie cho­roby trzeba ludzi wsa­dzać do pieca na trzy Zdro­waśki.

– Do czego zmie­rzasz? – Skow­ron posta­no­wiła uciąć tyradę przy­ja­ciółki, zanim doj­dzie do post­po­no­wa­nia poli­ty­ków, nie­chyb­nie z każ­dej opcji.

– Do tego, że według innych badań pra­wie połowa ludz­ko­ści wie­rzy w zja­wi­ska nad­przy­ro­dzone – poin­for­mo­wała ją trium­fal­nie Magda. – W duchy, klą­twy, wiedźmy, jasno­wi­dzów. Czyli w ducha mły­na­rza pew­nie też by uwie­rzyła. Nawet nie wiesz, ilu jest entu­zja­stów takich histo­rii. Ogłoś, że masz nawie­dzony hotel, i będziesz miała wszystko zabu­ko­wane do dwa tysiące pięć­dzie­sią­tego.

– Na razie naj­bar­dziej nawie­dzona w tym hotelu jesteś ty!

– Po pro­stu to prze­myśl.

– Jasne, a jak mnie zamkną za wpro­wa­dza­nie ludzi w błąd, będziesz mi przy­no­siła do wię­zie­nia czo­snek i cebulę.

– Niby z jakiego para­grafu mają cię wsa­dzić do pier­dla? To już prę­dzej do psy­chia­tryka.

– No fak­tycz­nie zna­ko­mita alter­na­tywa. Lecę, pędzę!

– Poga­daj sobie z Roz­ma­ry­nem, to może zmie­nisz zda­nie…

Bar­bara wytrzesz­czyła oczy.

– Czyś ty się sza­leju naja­dła? – zapy­tała z lekką zgrozą. – Naj­pierw wymy­ślasz jakieś idio­ty­zmy, a teraz każesz mi roz­ma­wiać z zio­łami! Co dalej? Mam otwo­rzyć gabi­net wróżb czy co? W sumie to pro­ste. Kupię sobie na Temu cygań­ską chu­stę i magiczną kulę. Kota już mam.

– Marian nie jest czarny – przy­po­mniała Magda.

– Rasistka…

– W sumie Roz­ma­ryn też jest Marian. Tyle że to czło­wiek – wyja­śniła Zając. – Autor ksią­żek grozy, w któ­rych wyko­rzy­stuje histo­rie o zja­wi­skach nad­przy­ro­dzo­nych. Będzie na festi­walu w Cie­ko­tach. Nic ci się nie zmie­niło? Jedziesz?

– Oczy­wi­ście. – Skow­ron poki­wała głową. – Zabie­ram ze sobą sio­strę i…

Chciała jesz­cze coś dodać, ale w tym momen­cie do restau­ra­cji wszedł szczu­pły, ubrany na czarno i ostrzy­żony na jeża czter­dzie­sto­la­tek. Na jego widok obie się uśmiech­nęły.

– Pepe!

Tytu­ło­wany tym pseu­do­ni­mem Paweł Kwia­tek pod­szedł do nich, po czym każdą ser­decz­nie uści­skał.

– Sia­daj! – popro­siła Bar­bara. – I mów, co ci podać. Wolisz moją gęsinę czy swój ramen?

Pepe, który na co dzień pra­co­wał jako agent zwa­rio­wa­nej autorki kry­mi­na­łów Róży Krull, hob­by­stycz­nie zaj­mo­wał się także kuli­na­riami. Wydał nawet pięć ksią­żek kuchar­skich, a owa chiń­ska zupa była jego kul­to­wym daniem. Skow­ron, raz ją spró­bo­waw­szy na impre­zie z oka­zji pro­mo­cji któ­rejś z ksią­żek Krull, tak się nią zachwy­ciła, że natych­miast – oczy­wi­ście za zgodą mistrza – wpro­wa­dziła ją do swo­jego menu.

– Może być ramen – odpo­wie­dział, zaj­mu­jąc miej­sce przy stole. – Zaba­wię się w Magdę Ges­sler i oce­nię, czy nie sko­pa­ły­ście smaku.

– Jesteś sam? – zdzi­wiła się Magda. – Róży nie będzie?

– Wyje­chała – odpo­wie­dział Pepe z wyraźną ulgą. – Na „poszu­ki­wa­nie weny”.

– To zna­czy?

– Na Kretę. Moim zda­niem znaj­dzie tam jedy­nie oliwę z oli­wek, ale i tak się cie­szę, że mam choć dwa tygo­dnie odpo­czynku. Nawet nie wie­cie, jaka to radość, kiedy nie budzi was SMS: „Czy pamię­tasz, gdzie poło­ży­łam to, co zgu­bi­łam w zeszłym mie­siącu?”.

– No tak… – wes­tchnęła Bar­bara. – Cała Róża.

– A co u was? – zapy­tał Pepe. – Gotowe na imprezę?

– Ow­szem – potwier­dziła Zając.

– Kre­acje wybrane?

– Magda wkłada namiot – poin­for­mo­wała go z nie­skry­wa­nym sar­ka­zmem Skow­ron. – W nic innego się nie mie­ści.

– A ty zaraz poje­dziesz w skórce z Mariana…

– Co ci kot zawi­nił?!

– Kot nic, ale jego wła­ści­cielka sporo!

Pepe przy­zwy­cza­jony był do stylu ich kon­wer­sa­cji.

– To nie będzie łatwa impreza… – wes­tchnął, igno­ru­jąc zło­śli­wo­ści przy­ja­ció­łek.

– Czemu? – Magda popa­trzyła na niego pyta­jąco.

– Mam wra­że­nie, że Woj­tek tro­chę prze­sa­dził.

– Z czym? – zapy­tała Bar­bara.

– Zapro­sił towa­rzy­stwo, które nor­mal­nie nie powinno się zna­leźć w jed­nym miej­scu bez nad­zoru służb – wyja­śnił agent Krull.

– Czyli? – drą­żyła Zając. – Bo szcze­rze mówiąc, tylko tak pobież­nie spoj­rza­łam na pro­gram i zapa­mię­ta­łam jedy­nie sio­strę i Klau­dię Hut­niak.

– I jakie­goś Roz­ma­ryna – przy­po­mniała cicho Bar­bara.

– Hut­niak to jesz­cze nic – wes­tchnął Pepe. – Będzie też Nasta­zja Pasz­te­to­wicz.

– A kto to? – Magda popa­trzyła na niego nie­pew­nie. – Powin­nam znać?

– Jeśli nie znasz, to tylko dobrze świad­czy o twoim guście – sko­men­to­wał Kwia­tek. – Kilka lat temu miała parę hitów, a teraz wiecz­nie usi­łuje o sobie przy­po­mi­nać. Tro­chę despe­racko. Biła się nawet w klatce.

– W jakiej klatce? – zdzi­wiła się tym razem Bar­bara.

– We freak figh­tach. Takie bija­tyki dla świ­rów. Ale za ogromne pie­nią­dze. Wytrzy­mała w tej klatce całe dwa­dzie­ścia sekund. No ale jej prze­ciw­niczką była Facjata, więc i tak długo dała radę.

– Facja… Kto?! – Skow­ron miała coraz bar­dziej osłu­piały wyraz twa­rzy.

– Influ­en­cerka z Tik­Toka – wyja­śnił cier­pli­wie Pepe, nie dzi­wiąc się, że tak porządne kobiety jak jego opa­tow­skie przy­ja­ciółki nie mają zie­lo­nego poję­cia o cele­bryc­kich pato­lo­giach. – Poka­zuje tam, że dziew­czyny też mogą upra­wiać sztuki walki. Ma biceps więk­szy niż wszyst­kie moje mię­śnie razem wzięte. Myślę, że to w ogóle jest facet, ale jako kobieta kroi więk­szą kasę. A co do Pasz­te­to­wicz to o wiele popu­lar­niej­sza jest jej papużka Lan­drynka.

– Że co? – zdu­miała się Magda.

– Lan­drynka – powtó­rzył Kwia­tek. – Papużka. Mówi ludz­kim gło­sem. To zna­czy, powta­rza to, co usły­szała. Nasta­zja nagrywa z nią fil­miki, w któ­rych Lan­drynka oce­nia pio­senki albo występy jej kon­ku­ren­tek. Na przy­kład na widok Klau­dii Hut­niak wykrzyk­nęła: „Waria-tka! Waria-tka!”, a kiedy zoba­czyła Marylę w stroju świ­te­zianki, to zro­biła dziób w siup i spa­dła z drążka. Jest zabawna, w odróż­nie­niu od swo­jej opie­kunki. Ma nawet wła­sny fan club na Insta­gra­mie.

– Mówisz serio? – upew­niła się Bar­bara.

– Jak naj­bar­dziej. Nasta­zja pew­nie przy­je­dzie z Lan­drynką, bo ni­gdy się nie roz­stają, to sama zoba­czysz. Klau­dia jej nie­na­wi­dzi, z powodu tych jej okrzy­ków.

– Kogo nie­na­wi­dzi? – usi­ło­wała spre­cy­zo­wać Magda. – Nasta­zji czy Lan­drynki?

– Obu. Mówię wam, że z tego wynik­nie jakieś pie­kło – wes­tchnął Pepe. – Do tego będzie też typ, który podaje się za jasno­wi­dza i medium. Roz­ma­wia­łem z nim kie­dyś przez chwilę. Na któ­rychś tar­gach. Jeśli on widzi przy­szłość, to ja jestem balet­nicą kla­syczną.

– Może jesteś – zauwa­żyła Zając. – Tylko jesz­cze nie odkry­łeś swo­jego talentu.

– Z moim krę­go­słu­pem bar­dziej nadaję się do tańca eks­pe­ry­men­tal­nego. – Poki­wał smut­nie głową Kwia­tek, który z powodu nawra­ca­ją­cego lum­bago zawsze woził ze sobą pla­stry roz­grze­wa­jące.

Skow­ron mach­nęła ręką.

– Kto jesz­cze tam będzie?

– Ignacy Klo­no­wicz – zara­por­to­wał. – Lite­rat. Nawet nie­źle pisze. I dobrze się trzyma. Nie­dawno zosta­li­śmy zapro­szeni z Różą na jego sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny, ale nie­stety nie poszli­śmy, bo byli­śmy w Trój­mie­ście. A szkoda, bo wyna­jął salę w Sky Hall. Podobno stam­tąd jest bajeczny widok na całą War­szawę! Swoją drogą był z tego nie­zgor­szy skan­dal, bo po wszyst­kim jakaś kel­nerka oskar­żyła jego ojca o mole­sto­wa­nie.

– Ojca?! – Magda zro­biła wiel­kie oczy. – Skoro on ma sie­dem­dzie­siąt pięć lat, to ile ma ten ojciec? Sto?!

– Yhm, skoń­czy w sobotę – potwier­dził Pepe z lek­kim roz­tar­gnie­niem. – Albo może sto pięć czy dzie­sięć? Kto by to pamię­tał. Będziemy świę­to­wali ów fakt w Cie­ko­tach, to się zoba­czy na tor­cie.

Jego roz­mów­czy­nie naj­wy­raź­niej lekko zamu­ro­wało.

– I naj­lep­sze na koniec – wes­tchnął Kwia­tek. – Roz­ma­ryn…

Zając unio­sła brwi.

– Co z nim?

– Będzie pro­mo­wał swoją nową książkę o nawie­dzo­nych dwo­rach i udo­wad­niał, że w Cie­ko­tach też stra­szy. W tym celu przy­wle­cze tam tego jasno­wi­dza, o któ­rym już mówi­łem. Szy­kuje nam się seans spi­ry­ty­styczny.

Zapa­dła chwila ciszy. Bar­bara prze­wró­ciła oczami.

– Bła­gam cię! – par­sk­nęła.

– Dokład­nie tak samo zare­ago­wa­łem – rzekł Pepe z peł­nym zro­zu­mie­niem. – Bo jeśli ktoś tam stra­szy, to co naj­wy­żej Woj­tek. Schudł już tyle, że może robić za kościo­trupa Żerom­skiego.

– Szczę­ściarz – wes­tchnęła Magda. – Ale medium też może nam się przy­dać! Jako kon­sul­tant!

Pepe spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

– Coś kom­bi­nu­je­cie… – mruk­nął.

– My? – obu­rzyła się Zając prze­kor­nie. – Ni­gdy.

– Mów! – zażą­dał Kwia­tek.

Magda odchrząk­nęła.

– Hmmm… Jak to ująć…? Roz­wa­żamy wpro­wa­dze­nie w „Mio­do­wym” pew­nych atrak­cji.

– Nie my – spro­sto­wała Bar­bara. – Tylko ty.

– Jakich atrak­cji? – zapy­tał w tym samym momen­cie Pepe.

– No, żeby tu stra­szyło… – wyja­śniła Zając. – To zna­czy, coś wię­cej niż Bar­bara.

Kwia­tek ścią­gnął brwi.

– Prze­pra­szam, ale… co?

– No na przy­kład duch mły­na­rza – wyja­śniła zbita z pan­ta­łyku Magda. – Jako lokalna atrak­cja, która przy­cią­gnie do hotelu nowych gości.

Pepe, przed któ­rym kel­nerka posta­wiła wła­śnie miskę z rame­nem, zastygł z łyżką w poło­wie drogi do ust.

– Ja was bar­dzo lubię – zaczął ostroż­nie – ale mam nie­od­parte wra­że­nie, że mówi­cie coś bez sensu.

– Ona mówi, nie ja – spro­sto­wała kolejny raz Bar­bara. – Magda uważa, że naj­lep­szym lekar­stwem na moje pro­blemy będzie zjawa z zaświa­tów. Jesz­cze tro­chę mnie powy­kań­cza i sama będę tu stra­szyła.

– Masz kło­poty? – Kwia­tek wyła­pał z jej słów te naj­waż­niej­sze.

– No mam, mam – przy­znała nie­chęt­nie hote­larka. – Dla­tego chęt­nie się na chwilę od nich uwol­nię. Mam nadzieję, że w tych Cie­ko­tach atrak­cji nam nie zabrak­nie!

I, rzecz jasna, wymó­wiła te słowa w złą godzinę. Gdyby tylko mogła prze­wi­dzieć, jakie atrak­cje będą ją oraz jej towa­rzy­szy cze­kały w „Szkla­nym Domu”, nie­wąt­pli­wie wola­łaby zostać w „Mio­do­wym Mły­nie”. Nawet w cha­rak­te­rze bia­łej damy w prze­ście­ra­dle.

Rozdział II

Choć Cen­trum Kul­tury w Cie­ko­tach od frontu nie robiło może jakie­goś prze­sad­nie osza­ła­mia­ją­cego wra­że­nia, to wystar­czyło jedy­nie przejść przez pierw­szy nowo­cze­sny budy­nek, aby tuż za nim zoba­czyć siel­ski kra­jo­braz, gdzie główną rolę grał zre­kon­stru­owany dwo­rek, w któ­rym mło­dość spę­dził Ste­fan Żerom­ski, oraz znaj­du­jący się po jego lewej stro­nie ogromny staw.

Sam pisarz miesz­kał w Cie­ko­tach zale­d­wie przez dwa­na­ście lat swo­jego dzie­ciń­stwa i wieku nasto­let­niego. Przy­je­chał tu w sło­neczny czerw­cowy dzień tysiąc osiem­set sie­dem­dzie­sią­tego pierw­szego roku wraz z ojcem, mamą oraz dwiema sio­strami. Szybko poko­chał swój nowy dom, jego bie­lone ściany, skrzy­piące modrze­wiowe pod­łogi i sie­lan­kowe oto­cze­nie. Tu też zaczął two­rzyć. Pra­wie ni­gdy nie roz­sta­wał się z zeszy­tem, w któ­rym zapi­sy­wał swoje wier­sze. Ale jako że nie samą poezją czło­wiek żyje, poma­gał też w sia­no­ko­sach i żni­wach. Wypro­wa­dził się stąd po śmierci taty, kiedy miał zale­d­wie osiem­na­ście lat. I już ni­gdy do Cie­kot nie wró­cił. Dwo­rek spło­nął doszczęt­nie w tysiąc dzie­więć­set pierw­szym roku. Decy­zję o jego rekon­struk­cji pod­jęto dopiero sto dzie­więć lat póź­niej. Został zaaran­żo­wany i wypo­sa­żony zgod­nie z opi­sami samego Żerom­skiego, a teraz mie­ściło się tu muzeum jego imie­nia.

Tego przed­po­łu­dnia kró­lo­wał tu chaos, cha­rak­te­ry­styczny po tro­sze dla każ­dego miej­sca, w któ­rym za pięć minut roz­po­cząć ma się jakaś impreza. Samo­chody na par­kingu stały krzywo, ktoś cofał pod prąd, ktoś inny trą­bił bez wyraź­nego powodu, a nad tym wszyst­kim uno­sił się dono­śny, histe­ryczny krzyk.

– Miej nas, Panie, w swej opiece! To ona… – wes­tchnął Pepe, sta­jąc na przed­ostat­nim wol­nym miej­scu na par­kingu, i zga­sił sil­nik.

– Kto? – zapy­tała Magda, zer­ka­jąc do lusterka, by popra­wić ucze­sa­nie.

– Klau­dia – wyja­śnił smęt­nie Kwia­tek. – Ewen­tu­al­nie ktoś obdziera ze skóry pawia.

Zanim zdą­żyli wysiąść, drzwi od strony pasa­żera otwo­rzyły się z impe­tem i do środka zaj­rzała zady­szana kobieta w śred­nim wieku, z obłę­dem w oczach i roz­czo­chra­nymi krę­co­nymi wło­sami wyglą­da­ją­cymi tak, jakby cze­sała je w cza­sie orkanu, i to szczer­ba­tym grze­bie­niem. Pepe z tru­dem roz­po­znał w niej na co dzień spo­kojną i ele­gancką Jadwigę Masel­niak, prawą rękę dyrek­tora tego miej­sca.

– Dobrze, że jeste­ście – jęk­nęła z roz­pa­czą. – Mamy… sytu­ację. – Mach­nęła dło­nią w stronę scho­dów wej­ścio­wych do cen­trum kul­tury.

Pepe podą­żył wzro­kiem za jej ręką i zoba­czył kil­ku­oso­bową grupę, pośrodku któ­rej znaj­do­wała się naj­bar­dziej kapry­śna diwa rodzi­mej estrady. Po chwili dotarła do niego też treść jej słów.

– Gdzie jest ten cho­lerny ptak?! – wrzesz­czała z furią Hut­niak. – No gdzie?!

– Pro­szę się uspo­koić… – mówił ktoś nie­śmiało.

– Daj­cie mi go, to go prze­ro­bię na pie­czy­ste! – pie­kliła się diwa.

– Lan­drynka nie zro­biła tego spe­cjal­nie. – W sto­ją­cej obok niej niziut­kiej, zażyw­nej kobie­cie w prze­sad­nie błysz­czą­cej sukni Kwia­tek z tru­dem roz­po­znał Nasta­zję.

Kiedy ją widział poprzed­nio na jakimś party, mniej wię­cej pół roku temu, była szczu­pła, żeby nie powie­dzieć – wychu­dzona. Teraz pre­zen­to­wała się tak, jakby po tam­tej impre­zie zja­dła samą sie­bie. W rękach ści­skała pustą klatkę i miała zatro­skaną minę, choć Pepe był skłonny się zało­żyć, że całe to zamie­sza­nie wcale jej nie mar­twi.

– Nie spe­cjal­nie?! – Klau­dia odwró­ciła się do niej gwał­tow­nie. – To był mój kol­czyk mocy!

– Ona po pro­stu lubi bły­skotki…

– To nie była bły­skotka, tylko ener­ge­tyczny kata­li­za­tor sce­niczny.

Kwia­tek uniósł brwi.

– Klau­dia jest, jak widzę, w szczy­to­wej for­mie – mruk­nął do Magdy, która jedy­nie poki­wała głową.

W tym momen­cie ze środka budynku wybiegł Woj­tek Pur­tak. Miał minę kogoś, kto wła­śnie roz­waża zmianę zawodu z ani­ma­tora kul­tury na hodowcę pie­cza­rek.

– Co tu się dzieje?! – zawo­łał z prze­ję­ciem. – Dla­czego jesz­cze nie zaczęła się próba?

– Jej obsrany ptak ukradł mi kol­czyk. To jest arma­ge­don! – oznaj­miła Klau­dia dra­ma­tycz­nie, pod­kre­śla­jąc wagę swo­ich słów przy­ło­że­niem ręki do klatki pier­sio­wej w oko­li­cach serca. – Bez kol­czyka nie mogę śpie­wać, bo był spe­cjal­nie wybrany na ten wie­czór przez mojego guru! Z Tan­za­nii! Miał mi zapew­nić połą­cze­nie z korze­niem prawdy! Nie mogę wyko­ny­wać reper­tu­aru z nowej płyty bez korze­nia, bo nie mam się wtedy czym zespo­lić z matką naturą!

– Ja pier­dzielę… – mruk­nął agent Nasta­zji, Julian Kłę­bek, wpa­trzony w Hut­niak takim wzro­kiem, jakby miał przed sobą kosmitkę.

– Nie obsrany ptak, tylko papużka, bar­dzo czy­sta – zapro­te­sto­wała w tej samej chwili Pasz­te­to­wicz, w duchu zgod­nie z podej­rze­niami Kwiatka roz­ko­szu­jąca się tą sceną i żału­jąca jedy­nie tego, że nie może z niej zro­bić live’a na Insta­gra­mie. Oglą­dal­ność na pewno byłaby rekor­dowa!

– Rozu­miem – zapew­nił Woj­tek, zasta­na­wia­jąc się, co go opę­tało, żeby zapro­sić Klau­dię i Nasta­zję, a nie kolejny raz Annę Marię Jopek. Ona nie przy­wo­ziła ze sobą zwie­rząt i nie potrze­bo­wała korze­nia, żeby śpie­wać jak sam anioł. – Dokąd ta papużka pole­ciała?

– Tam – odpo­wie­działo jed­no­cze­śnie kilka osób, wska­zu­jąc różne kie­runki.

Sio­stra Mał­go­rzata Chmie­lew­ska, która przy­je­chała chwilę wcze­śniej razem z Bar­barą i dotąd stała obok Pepe i Magdy, obser­wu­jąc całą tę scenę z uśmie­chem peł­nym nie­do­wie­rza­nia, zro­biła krok do przodu.

– Zawsze możemy się pomo­dlić o odna­le­zie­nie kol­czyka – zapro­po­no­wała.

Zapa­dła krótka cisza. Nawet Klau­dia wpa­dła w wyraźną kon­ster­na­cję, wyni­ka­jącą głów­nie z tego, że zapo­mniała, jakiego jest aktu­al­nie wyzna­nia. Zmie­niała je ostat­nio tak czę­sto, że w sumie nie była pewna, czy aby w tym tygo­dniu nie wypada jej kato­li­cyzm. Jeśli tak, to nie mogła wysłać Chmie­lew­skiej do dia­bła. Jako córa Kościoła powinna bowiem mieć sza­cu­nek dla habitu zakon­nego. Nie­za­leż­nie od tego, kto by go nosił.

– Niby do kogo mam się pomo­dlić? – zapy­tała w końcu z rezy­gna­cją. – Jaki święty jest od biżu­te­rii rąb­nię­tej przez ptaka?

– Antoni – odpo­wie­działa sio­stra. – Jest od wszyst­kich zagu­bio­nych rze­czy, nie tylko biżu­te­rii. Pro­szę spró­bo­wać się do niego zwró­cić. Jak ma dobry humor, to pomaga. Wiele razy dzięki niemu coś zna­la­złam.

Choć osoby nie­wie­rzące potrak­to­wały jej słowa z pobłaż­li­wym uśmie­chem, to Hut­niak nagle poczuła w sobie ducha Vio­letty Vil­las. Nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gestem roz­go­niła sto­ją­cych dokoła niej ludzi, po czym teatral­nie padła na kolana i z emfazą zaczęła zma­wiać „Święty Antoni nasz, któ­ryś jest w nie­bie” na modłę pacie­rza, zmie­nia­jąc jedy­nie frazę „chleba naszego powsze­dniego” na „kol­czyka mojego zagu­bio­nego”. Brzmiało to co prawda nieco bluź­nier­czo, ale naj­wy­raź­niej podzia­łało, bo chwilę póź­niej tuż nad jej głową roz­le­gło się zna­jome:

– Waria-tka! Waria-tka!

Wszy­scy zadarli głowy. Na gałęzi sta­rego drzewa, dokład­nie nad wej­ściem do „Szkla­nego Domu”, sie­działa Lan­drynka. Na jed­nym ze szpo­nów miała coś, co błysz­czało w słońcu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki