Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Książka Bessela van der Kolka jest pozycją szczególną. Stanowi kompendium współczesnej wiedzy na temat traumy, będąc jednocześnie głęboko osobistą, pełną pasji opowieścią o szukaniu dróg pomocy ludziom cierpiącym z powodu traumatycznych przeżyć. Autor – wybitny psychiatra, badacz i klinicysta – zaprasza do zrozumienia traumy i odkrywania kolejnych metod wyzwalania z jej uścisku. Śledzimy zawiłości diagnozy i odkrycia neuronauki. Przypatrujemy się sesjom terapeutycznym i pracy badawczej. Mimo poruszonych tu wstrząsających historii książka pozostawia głęboko humanistyczne, pełne optymizmu przesłanie: niezależnie od tego, w jak okrutne okoliczności rzuci nas życie, możemy zmobilizować w sobie siły nie tylko do przetrwania, ale także do uleczenia ze skutków przytłaczających doświadczeń. Otwartość na osiągnięcia nauki i prawdę doświadczenia, a także ogromne społeczne zaangażowanie Autora, czynią jego dzieło fascynującym poznawczo i niezwykle użytecznym dla praktyki terapeutycznej.
Pozycja dla profesjonalistów pracujących z traumą, dla tych z nas, którzy doświadczyli jej we własnym życiu, i dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć drugiego człowieka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 713
Tytuł oryginału: The Body Keeps the Score Copyright © 2014 by Bessel van der Kolk Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Piotr Cieślak All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part of any form. This edition published by arrangement with Viking, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.
Redakcja: Ida Pawłowska Korekta: Adam Osiński, Beata Wójcik Projekt okładki: Alex Merto Ilustracja na okładce: „Icarus”, plate VIII from Jazz, 1947 by Henri Matisse (1869–1954) © Succession H. Matisse Zdjęcie: © National Museums Scotland / Bridgeman Images Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka Wersja elektroniczna w systemie Zecer: Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie trzecie w nowym tłumaczeniu Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-860-2
Pacjentom, mojej księdze świadomości ciała
Prolog
W obliczu traumy
Aby doświadczyć traumy, nie trzeba walczyć na linii frontu ani trafić do obozu dla uchodźców w Syrii lub w Kongu. Trauma przydarza się nam, naszym przyjaciołom, krewnym i sąsiadom. Badania przeprowadzone w USA przez Centers for Disease Control and Prevention (Centra Kontroli i Prewencji Chorób; CDC) wykazały, że co piąty Amerykanin był molestowany seksualnie w dzieciństwie, co czwarty został pobity przez rodziców tak dotkliwie, że zostały mu ślady na ciele, a co trzecia para zmaga się z problemem przemocy fizycznej we własnym domu. Co czwarte z nas dorastało w rodzinie, w której jeden z bliskich był alkoholikiem, a co ósme patrzyło, jak bito jego matkę1.
Przedstawiciele gatunku ludzkiego są istotami niezwykle odpornymi. Od zarania dziejów podnosimy się po bezlitosnych wojnach i niezliczonych katastrofach (tych naturalnych i tych spowodowanych przez nas samych) oraz po incydentach przemocy i zdrad w codziennym życiu. Ale każde traumatyczne doświadczenie pozostawia po sobie ślady, zarówno na wielką skalę (w historii i kulturze), jak i w naszym najbliższym otoczeniu, a mroczne sekrety są niepostrzeżenie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ślady pozostają także w naszych umysłach i wpływają na emocje, rzutują na zdolność do odczuwania radości oraz intymności, a nawet na fizjologię oraz układ odpornościowy.
Trauma dotyka nie tylko tych, którzy bezpośrednio jej doświadczyli, lecz także wszystkich wokół. Żołnierze wracający do domu z linii frontu mogą przerażać własne rodziny wybuchami wściekłości albo emocjonalną obojętnością. Żony mężczyzn cierpiących na zespół stresu pourazowego (ang. posttraumatic stress disorder; PTSD) często wpadają w depresję, a dzieci matek z depresją są narażone na zwiększone ryzyko dorastania w atmosferze niepewności i niepokoju. Doświadczanie przemocy w środowisku rodzinnym w dzieciństwie często utrudnia nawiązywanie stabilnych, opartych na zaufaniu relacji w dorosłym życiu.
Trauma z definicji jest czymś nie do zniesienia, nie do zaakceptowania. U większości ofiar gwałtów, weteranów wojennych czy molestowanych dzieci sama myśl o przeżytej traumie wywołuje tak silny lęk, że próbują oni wyprzeć te wspomnienia i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Życie w cieniu wspomnień o terrorze oraz wstyd płynący z doświadczenia skrajnej bezsilności i bezbronności wymagają ogromnego wysiłku.
Choć wszyscy chcemy zostawić traumę za sobą, część naszego mózgu odpowiedzialna za przetrwanie (działająca głęboko pod warstwą mózgu racjonalnego) nieszczególnie dobrze radzi sobie z wypieraniem negatywnych wspomnień. Reminiscencje traumatycznego zdarzenia – nawet długo po jego zakończeniu – mogą zostać na nowo rozbudzone przez choćby cień niebezpieczeństwa, który ożywi zaburzone obwody mózgu i skłoni je do wydzielania ogromnych ilości hormonów stresu. Rodzi to nieprzyjemne emocje, silne doznania somatyczne oraz impulsywne i agresywne zachowania. Tego rodzaju posttraumatyczne reakcje wydają się niezrozumiałe i przytłaczające. Osoby, które przeżyły traumę, często czują, że nie są w stanie nad nimi zapanować, i obawiają się, że są nieodwracalnie zaburzone.
Po raz pierwszy zainteresowałem się medycyną podczas obozu letniego, gdy miałem czternaście lat. Mój kuzyn Michael nie dawał mi spać, wyjaśniając zawiłości działania nerek. Opowiadał, jak substancje będące pochodnymi przemiany materii wydalają, a potem odzyskują te, które pozwalają utrzymać homeostazę organizmu. Urzekły mnie jego opowieści o niezwykłych aspektach funkcjonowania ciała. Później, na poszczególnych etapach studiowania medycyny – niezależnie od tego, czy zgłębiałem chirurgię, kardiologię czy pediatrię – uważałem za oczywiste, że warunkiem zdrowienia jest zrozumienie działania całego ludzkiego organizmu. Ale gdy rozpocząłem staż psychiatryczny, zdumiał mnie kontrast między niewiarygodną złożonością umysłu oraz różnorodnością interakcji i więzi międzyludzkich a tym, jak niewiele psychiatrzy wiedzą o źródłach problemów, które leczą. Czy któregoś dnia będziemy znać tajniki mózgów, umysłów i miłości tak dobrze, jak znamy inne układy składające się na ludzki organizm?
Choć od osiągnięcia tak głębokiego zrozumienia dzielą nas jeszcze długie lata, narodziny trzech dziedzin nauki zapoczątkowały prawdziwą eksplozję wiedzy o skutkach traumy, nadużyć i zaniedbań. Te nowe dyscypliny to: neuronauka, zajmująca się badaniem procesów umysłowych zachodzących w mózgu; psychopatologia rozwojowa, która bada wpływ niekorzystnych doświadczeń na rozwój umysłu i mózgu; oraz neurobiologia interpersonalna, która skupia się na tym, jak nasze zachowania wpływają na emocje, fizjologię i nastawienie otaczających nas osób.
Badania prowadzone w ramach tych nowych dyscyplin pokazały, że trauma przyczynia się do rzeczywistych, fizjologicznych zmian, obejmujących przestrojenie systemu alarmowego mózgu, wzrost aktywności hormonów stresu oraz modyfikacje w układzie, który odsiewa informacje istotne od nieistotnych. Zmiany te wyjaśniają, dlaczego ludzie straumatyzowani stają się nadmiernie wyczuleni na zagrożenia, przez co rzadziej przejawiają spontaniczne zachowania w codziennym życiu. Pomagają one także zrozumieć, dlaczego osoby obciążone traumą tak często powtarzają te same problematyczne zachowania i mają trudności z uczeniem się na błędach. Wiemy obecnie, że takie postępowanie nie wynika z braku kompasu moralnego lub silnej woli i nie jest przejawem złego charakteru, lecz zostało spowodowane rzeczywistymi zmianami, do jakich doszło w ich mózgach.
Ogromny wzrost wiedzy dotyczącej podstawowych procesów leżących u podstaw traumy przyczynił się do powstania nowych możliwości łagodzenia lub nawet eliminowania wyrządzonych przez nią szkód. Możemy opracowywać metody i techniki, które pomogą ocalałym odzyskać pełnię życia tu i teraz – oraz znaleźć siłę, by iść dalej. W metodach tych zasadniczo da się wyróżnić trzy podejścia: (1) odgórne, polegające na rozmowie, nawiązywaniu (ponownym) kontaktu z innymi oraz poznawaniu i pojmowaniu tego, co dzieje się w nas podczas przetwarzania traumatycznych wspomnień; (2) polegające na przyjmowaniu leków, które blokują nieprawidłowe reakcje alarmowe, bądź opierające się na wykorzystywaniu technik, które wpływają na sposób uporządkowania informacji w mózgu; oraz; (3) oddolne, polegające na pozwalaniu ciału na przeżywanie doświadczeń, które na głębokim i instynktownym poziomie stanowią zaprzeczenie bezradności, wściekłości lub załamania nerwowego, będących skutkiem traumy. O tym, które z tych podejść okaże się najlepsze w przypadku konkretnego ocalałego, należy się przekonać empirycznie. Większość osób, z którymi pracowałem, wymagała ich połączenia.
Na tym polega praca mojego życia. Pomagali mi w niej koledzy i studenci z Trauma Center, które założyłem trzydzieści lat temu. Wspólnie leczyliśmy tysiące straumatyzowanych dzieci i dorosłych: ofiary molestowania, klęsk żywiołowych, wojen, wypadków i handlu ludźmi; osoby, które doświadczyły przemocy ze strony najbliższych i ludzi zupełnie obcych. Od lat praktykujemy szczegółowe omawianie problemów wszystkich pacjentów podczas cotygodniowych spotkań zespołu terapeutycznego, a także dokładne ocenianie skuteczności różnych form terapii w odniesieniu do poszczególnych osób.
Nasza główna misja polega na roztaczaniu opieki nad dziećmi i dorosłymi zgłaszającymi się do nas na terapię. Równocześnie od początku angażowaliśmy się w badania nad wpływem traumatycznego stresu na różne grupy oraz nad tym, które metody leczenia są najskuteczniejsze. Otrzymywaliśmy wsparcie w postaci grantów badawczych z National Institute of Mental Health (Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego), National Center for Complementary and Alternative Medicine (Narodowego Centrum Medycyny Komplementarnej i Alternatywnej), Centers for Disease Control and Prevention i wielu prywatnych fundacji, dzięki czemu mogliśmy badać skuteczność rozmaitych form leczenia – od farmakoterapii, przez terapię rozmową, jogę, EMDR (odwrażliwianie i przetwarzanie za pomocą ruchu gałek ocznych) i teatr, aż po neurofeedback.
Wyzwanie zawiera się w następującym pytaniu: „Jak ludzie mogą zyskać kontrolę nad pozostałościami dawnej traumy i na nowo przejąć stery swojego życia?”. Pomocne okazują się rozmowa, zrozumienie i więzi międzyludzkie, leki mogą natomiast łagodzić nadmierną aktywność systemów alarmowych. Widzimy jednak, że piętna przeszłości można przemienić i że można odzyskać samokontrolę dzięki doświadczeniom fizycznym, które bezpośrednio przeciwstawiają się bezsilności, wściekłości i załamaniu nerwowemu – nieodłącznym elementom traumy. Nie mam ulubionej metody leczenia – nie istnieje bowiem jedno uniwersalne podejście, które sprawdziłoby się u każdego. Praktykuję więc wszystkie formy terapii omówione w tej książce. Każda z nich może doprowadzić do głębokich zmian, w zależności od natury konkretnego problemu oraz specyfiki danego pacjenta.
Napisałem tę książkę, by służyła jako przewodnik, a zarazem stała się zaproszeniem do zmierzenia się z realiami traumy; do odkrywania, jak najlepiej ją leczyć, oraz do zobowiązania się w ramach całego społeczeństwa, by zapobiegać jej występowaniu wszelkimi dostępnymi środkami.
Część pierwsza
Odkrywanie traumy na nowo
Rozdział 1
Lekcje od weteranów z Wietnamu
Stałem się tym, kim teraz jestem, kiedy miałem dwanaście lat, pewnego mroźnego, pochmurnego dnia zimą roku 1974 (…). Dawno temu; zdążyłem jednak przekonać się, że nieprawdą jest to, co mówią o przeszłości – że czas leczy wszelkie rany (…). Teraz wiem, że w ten opuszczony zaułek spoglądam od dwudziestu sześciu lat.
– Khaled Hosseini, Chłopiec z latawcem1
Życie niektórych osób układa się w spójną opowieść. Moje miało wiele przerw i ponownych początków. Tak właśnie działa trauma. Przerywa wątek (…). Po prostu się przydarza, a życie toczy się dalej. Nikt nie może nas na nią przygotować.
– Jessica Stern, To nie mogło się zdarzyć2
Wtorek, po świątecznym weekendzie, 4 lipca 1978 roku był moim pierwszym dniem pracy jako psychiatry w bostońskiej klinice Veterans Administration (Departament ds. Weteranów; VA). Wieszałem właśnie na ścianie nowego gabinetu reprodukcję mojego ulubionego obrazu Pietera Bruegla, Ślepcy prowadzący ślepców, kiedy usłyszałem jakiś hałas dobiegający z recepcji znajdującej się na końcu korytarza. Chwilę później drzwi się otworzyły i do środka wpadł wielki rozczochrany mężczyzna w poplamionym trzyczęściowym garniturze, z egzemplarzem magazynu „Soldier of Fortune” pod pachą. Olbrzym był niewątpliwie skacowany i tak wzburzony, że nie miałem pojęcia, jak mógłbym mu pomóc. Poprosiłem, żeby usiadł i powiedział, co mogę dla niego zrobić.
Miał na imię Tom. Dziesięć lat wcześniej służył w piechocie morskiej i walczył w Wietnamie. Świąteczny weekend, zamiast z rodziną, spędził w swojej kancelarii prawnej w centrum Bostonu, pijąc alkohol i oglądając stare zdjęcia. Wiedział z doświadczenia, że rumor, fajerwerki i piknik w ogrodzie siostry, otulonym wczesnoletnią zielenią, doprowadzą go do szału – wszystko to kojarzyło mu się z Wietnamem. Kiedy się denerwował, wolał nie przebywać z rodziną, ponieważ obawiał się, że zacznie przejawiać agresywne zachowania wobec żony i dwóch małych synów. Hałas czyniony przez dzieci drażnił go do tego stopnia, że wybiegał z domu, by nie wyrządzić im krzywdy. Uspokajały go jedynie picie na umór i ryzykownie szybka jazda harleyem.
Noc nie przynosiła ukojenia – jego sen raz po raz rozdzierały koszmary o zasadzce na wietnamskim polu ryżowym, gdzie niemal wszyscy towarzysze z plutonu polegli lub odnieśli rany. Powracały do niego też koszmarne obrazy martwych wietnamskich dzieci. Wizje były tak potworne, że bał się zasnąć i przez większość nocy szukał znieczulenia w alkoholu. Rano żona zastawała go nieprzytomnego na kanapie w salonie i gdy przygotowywała chłopcom śniadanie, musiała chodzić na paluszkach, podobnie jak oni.
Tom opowiedział mi o swojej sytuacji i wspomniał, że ukończył liceum jako prymus. Było to w 1965 roku. Potem zaś, zgodnie z rodzinną tradycją, właściwie od razu zaciągnął się do piechoty morskiej. Jego ojciec w czasie II wojny światowej służył w armii generała Pattona, a Tom nigdy nie kwestionował ojcowskich oczekiwań – jako człowiek wysportowany, inteligentny i mający zdolności przywódcze po ukończeniu podstawowego szkolenia czuł się silny i skuteczny. Należał do zespołu, który był gotowy na wszystko. W Wietnamie szybko został dowódcą plutonu i miał ośmiu podkomendnych. Umiejętność przetrwania w błocie, pod ogniem karabinów maszynowych, może dać ludziom poczucie, że poradzą sobie w prawie każdej sytuacji. Kiedy Tom odsłużył swoje i z honorami przeszedł w stan spoczynku, pragnął jedynie zostawić Wietnam za sobą. I na pozór to właśnie zrobił. Poszedł do college’u i ukończył studia prawnicze – jedno i drugie dzięki programom wsparcia dla weteranów – a potem poślubił swoją licealną miłość i doczekał się dwóch synów. Niepokoił go jednak jego chłód emocjonalny względem żony, choć to przecież jej listy utrzymywały go przy zdrowych zmysłach w piekle wietnamskiej dżungli. Tom usiłował zachowywać się normalnie, mając nadzieję, że w końcu uda mu się naprawdę odzyskać dawne życie. Kiedy do mnie przyszedł, miał prosperującą kancelarię i rodzinę jak z obrazka. Nie czuł się jednak do końca sobą – jakby był martwy w środku.
Mimo że Tom był pierwszym weteranem, z jakim zetknąłem się na płaszczyźnie zawodowej, wiele elementów jego historii było mi znanych. Dorastałem w powojennej Holandii, gdzie bawiłem się w zbombardowanych budynkach, i byłem synem człowieka, który jako otwarty przeciwnik nazistów trafił do obozu. Ojciec wprawdzie nigdy nie rozpowiadał o swoich wojennych przeżyciach, lecz miewał wybuchy wściekłości, które wprawiały mnie – wtedy wciąż małego chłopca – w prawdziwe osłupienie. Jak to możliwe, że człowiek, który każdego ranka, gdy reszta rodziny jeszcze spała, cicho schodził po schodach, by oddać się modlitwie i lekturze Biblii, mógł mieć tak porywczy temperament? Jak ktoś, kto poświęcił życie walce o sprawiedliwość społeczną, mógł być do tego stopnia przepełniony gniewem? Byłem świadkiem podobnie zagadkowego zachowania u mojego wujka, który został pojmany przez Japończyków w holenderskich wówczas Indiach Wschodnich (obecnie Indonezja) i wysłany na przymusowe roboty w Birmie (obecnie Mjanma), gdzie pracował przy wznoszeniu słynnego mostu na rzece Kwai. On także rzadko wspominał o wojnie, znacznie częściej zaś wybuchał niepohamowanym gniewem.
Słuchając Toma, zastanawiałem się, czy mój wujek i ojciec miewali koszmary i nawracające wspomnienia. Czy oni także czuli się zdystansowani emocjonalnie od najbliższych i czy również nie byli zdolni do odczuwania prawdziwej przyjemności? Gdzieś z tyłu głowy musiałem też mieć wspomnienia mojej przerażonej (a często też budzącej przerażenie) matki, która czasem napomykała o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, a jak wydaje mi się z dzisiejszej perspektywy, niejednokrotnie ponownie je odgrywała. Kiedy pytałem o przeszłość, miała w zwyczaju nagle mdleć, a potem oskarżała mnie, że to przeze mnie znalazła się w takim stanie.
Gdy przekonał się, że naprawdę go słucham, Tom zaczął opowiadać o ogromnym przerażeniu i zagubieniu. Bał się, że idzie w ślady ojca, który był wiecznie zły i rzadko rozmawiał ze swoimi dziećmi, chyba że chciał w nieprzychylny sposób porównać je do swoich towarzyszy broni, którzy w okolicach Bożego Narodzenia w 1944 roku stracili życie podczas bitwy o Ardeny.
Kiedy sesja dobiegała końca, zrobiłem to, co zwykle robią lekarze: skupiłem się na tej części historii, którą sądziłem, że rozumiem – czyli na koszmarach Toma. Podczas studiów medycznych pracowałem w laboratorium snu, obserwując cykle snu i marzeń sennych u badanych. Miałem też na koncie kilka publikacji na temat koszmarów. Ponadto uczestniczyłem we wczesnych badaniach nad dobroczynnym wpływem środków psychoaktywnych, które wtedy – w latach 70. – dopiero zaczęto stosować. Choć nie zdawałem sobie w pełni sprawy ze skali problemów Toma, koszmary były dla mnie punktem zaczepienia, a jako entuzjastyczny zwolennik lepszego życia dzięki chemii przepisałem mu lek, który miał skutecznie ograniczać ich częstość i nasilenie. Zaprosiłem Toma na wizytę kontrolną za dwa tygodnie.
Podczas następnej wizyty już na wstępie zapytałem Toma, jak zadziałał lek. Odparł, że nie wziął ani pigułki. Usiłując ukryć poirytowanie, zapytałem o powody. „Zdałem sobie sprawę z tego, że gdybym wziął ten środek i pozbył się koszmarów – wyjaśnił – to tak, jakbym porzucił moich przyjaciół, a ich śmierć poszłaby wtedy na marne. Muszę być żywym pomnikiem poległych towarzyszy z Wietnamu”.
Osłupiałem: lojalność Toma względem zmarłych nie pozwalała mu żyć własnym życiem, podobnie jak jego ojcu nie pozwalało żyć oddanie wobec przyjaciół żołnierzy. Wyniesione z pól bitewnych doświadczenia syna i ojca sprawiły, że reszta ich życia stała się nieistotna. Jak do tego doszło i czy dało się z tym coś zrobić? Tamtego ranka zdałem sobie sprawę z tego, że resztę życia zawodowego prawdopodobnie spędzę na próbach odkrywania tajemnic traumy. Dlaczego czyjeś przerażające doświadczenia nieodwołalnie więżą go w przeszłości? Jakie zjawiska zachodzące w ludzkim umyśle sprawiają, że człowiek uparcie tkwi w pułapce miejsca, które tak rozpaczliwie pragnie opuścić? Czemu wojna Toma nie zakończyła się w lutym 1969 roku – z chwilą gdy rodzice wyściskali go na Logan International Airport w Bostonie po długim locie powrotnym z Da Nang?
Potrzeba Toma, by odgrywać rolę żywego pomnika swoich towarzyszy, uświadomiła mi, że cierpi on na zaburzenie, którego złożoność znacznie wykracza poza złe wspomnienia, zakłócenia równowagi chemicznej w mózgu czy zmiany w obwodach decydujących o odczuwaniu strachu. Przed zasadzką na polu ryżowym Tom był oddanym i lojalnym przyjacielem – człowiekiem, który cieszył się życiem, miał wiele zainteresowań i zdolność do odczuwania przyjemności. W jednej przerażającej chwili trauma odmieniła wszystko.
Podczas mojej praktyki w VA poznałem wielu mężczyzn, którzy reagowali podobnie. Nawet w obliczu drobnych uciążliwości weterani często w jednej chwili wpadali w skrajną wściekłość. Na płytach gipsowo-kartonowych w publicznie dostępnych częściach kliniki pełno było śladów po uderzeniach ich pięści, a ochroniarze co rusz musieli strzec recepcjonistów i rzeczoznawców ubezpieczeniowych przed rozjuszonymi weteranami. Ich zachowania, rzecz jasna, przerażały – ale mnie także ciekawiły.
W domu z żoną zmagaliśmy się z podobnymi problemami u naszych kilkulatków, które regularnie wpadały w złość, gdy kazaliśmy im jeść szpinak lub włożyć skarpetki. Dlaczego więc zupełnie nie przejmowałem się niedojrzałym zachowaniem moich dzieci, ale głęboko niepokoiło mnie to, co działo się z weteranami (oczywiście biorąc poprawkę na rozmiar, jako że ci potężni mężczyźni byli w stanie wyrządzić znacznie większe szkody niż nasze maluchy)? Byłem bowiem głęboko przekonany, że dzięki właściwej opiece moje dzieci nauczą się radzić sobie z frustracją i rozczarowaniem. Wątpiłem jednak w to, czy zdołam pomóc weteranom odzyskać utraconą na wojnie samokontrolę.
Niestety, moje szkolenie psychiatryczne w żadnej mierze nie przygotowało mnie do radzenia sobie z wyzwaniami, jakie stawiali przede mną Tom i inni weterani. Udałem się do biblioteki medycznej, aby poszukać książek poruszających kwestie neuroz wojennych, nerwicy frontowej, wyczerpania bojowego i innych terminów lub diagnoz, które mogłyby rzucić światło na przypadłości tych pacjentów. Ku mojemu zaskoczeniu w bibliotece w VA nie było ani jednej pozycji na temat żadnego z wymienionych zaburzeń. Minęło pięć lat, odkąd ostatni amerykański żołnierz opuścił Wietnam, a kwestia traumy wojennej wciąż zdawała się nikogo nie obchodzić. W końcu w bibliotece Countway w Harvard Medical School odkryłem opublikowaną w 1941 roku książkę zatytułowaną The Traumatic Neuroses of War [Traumatyczne wojenne nerwice pourazowe] psychiatry Abrama Kardinera. Lekarz przedstawił w niej swoje spostrzeżenia dotyczące weteranów I wojny światowej, a sama książka ukazała się z myślą o ogromnej fali ofiar nerwicy frontowej, jakiej nadejście przewidywano w kontekście trwającej wówczas II wojny światowej1.
Kardiner opisał w niej te same zjawiska, które obserwowałem: po wojnie jego pacjentów ogarniało poczucie beznadziei. Stawali się wyobcowani i oderwani od rzeczywistości, nawet jeśli wcześniej funkcjonowali dobrze. To, co Kardiner nazwał „traumatycznymi neurozami” (ang. traumatic neuroses), dziś określamy mianem zespołu stresu pourazowego, czyli PTSD. Badacz zauważył, że u osób cierpiących na nerwice pourazowe wykształca się skłonność do nieustannego bycia w pogotowiu i wyczulenie na zagrożenia. Moją uwagę w szczególności zwróciło podsumowanie: „Istotą nerwicy jest fizjonerwica”2. Innymi słowy – wbrew przypuszczeniom niektórych ludzi – stres pourazowy nie „siedzi wyłącznie w głowie”, lecz ma podłoże fizjologiczne. Kardiner już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że źródłem objawów jest reakcja całego ciała na pierwotną traumę.
Spostrzeżenia naukowca potwierdzały moje obserwacje, co w jakimś sensie mnie pokrzepiało, choć nie zawierały wielu wskazówek dotyczących tego, jak mogę pomóc weteranom. Brak literatury stanowił przeszkodę, lecz Elvin Semrad, mój wybitny nauczyciel, zawsze powtarzał, abyśmy podchodzili do podręczników ze sceptycyzmem. Mawiał, że mamy tylko jeden prawdziwy podręcznik: pacjentów, i powinniśmy ufać jedynie temu, czego uczymy się od nich, oraz własnemu doświadczeniu. Wydaje się to proste, lecz Semrad – choć sam sugerował bazowanie na własnej wiedzy – ostrzegał zarazem, jak trudny jest to proces. Ludzie z natury są bowiem ekspertami w myśleniu życzeniowym i zaciemnianiu prawdy. Pamiętam, jak powiedział: „Głównym źródłem naszego cierpienia są kłamstwa, które sobie powtarzamy”. Gdy pracowałem w VA, szybko odkryłem, jak bolesne może być stawianie czoła rzeczywistości. Dotyczyło to zarówno moich pacjentów, jak i mnie samego.
Tak naprawdę nie chcemy wiedzieć, przez co przechodzą żołnierze na polu walki. Tak naprawdę nie chcemy wiedzieć, ile dzieci jest molestowanych i maltretowanych ani w ilu związkach – a jak się okazuje, prawie w jednej trzeciej – na jakimś etapie dochodzi do przemocy. Wolimy myśleć o rodzinach jako o bezpiecznych przystaniach w bezdusznym świecie, a o ojczyźnie jako o miejscu zamieszkanym przez oświeconych, cywilizowanych ludzi. Wolimy wierzyć, że okrucieństwo jest domeną jakichś odległych rejonów i krajów, takich jak Darfur czy Kongo. Wystarczająco trudno jest być świadkiem czyjegoś bólu. Nie powinno więc dziwić, że osoby dotknięte traumą często nie są w stanie znieść wspomnień i sięgają po substancje psychoaktywne, alkohol lub samookaleczenia, by stłumić świadomość nie do zniesienia.
Tom i inni weterani byli moimi pierwszymi nauczycielami w dążeniu do zrozumienia tego, jak przytłaczające doświadczenia są w stanie niszczyć życie, oraz do poszukiwania sposobów na to, by mogli na nowo zacząć żyć pełną piersią.
Pierwsze badanie, które przeprowadziłem w VA, zaczęło się od systematycznego pytania weteranów o ich przeżycia w Wietnamie. Chciałem się dowiedzieć, co popchnęło ich na skraj przepaści i dlaczego niektórzy załamali się pod wpływem tego doświadczenia, inni byli zaś w stanie wrócić do normalnego życia3. Większość mężczyzn, z którymi rozmawiałem, udawała się na wojnę w przeświadczeniu, że jest do niej dobrze przygotowana, a rygor szkolenia podstawowego i wspólne mierzenie się z niebezpieczeństwami zbliżyły ich do siebie. Wymieniali się zdjęciami rodzin i partnerek. Tolerowali niedociągnięcia towarzyszy i byli gotowi zaryzykować dla nich życie. Większość miała zaufanego kolegę, któremu zwierzała się z najmroczniejszych sekretów, a niektórzy dzielili się nawet koszulkami i skarpetkami.
Wielu spośród tych mężczyzn miało przyjaźnie podobne do tej, jaką Tom nawiązał z Alexem. Tom poznał Alexa – Włocha zamieszkałego w Malden w stanie Massachusetts – pierwszego dnia w obcym kraju i od razu nawiązali nić porozumienia. Wspólnie jeździli jeepem, słuchali tej samej muzyki i czytali sobie nawzajem listy z domu. Razem się upijali i uganiali się za tymi samymi wietnamskimi dziewczynami z barów.
Pewnego dnia tuż przed zachodem słońca, po mniej więcej trzech miesiącach misji, Tom wyprowadził oddział na patrol przez pole ryżowe. Nagle z zielonej ściany drzew otaczającej ich dżungli posypał się grad strzałów, które trafiały jego towarzyszy, jednego po drugim. Tom opowiedział mi, że patrzył bezsilnie, jak w ciągu zaledwie kilku sekund wszyscy członkowie jego plutonu zostają zabici lub ranni. Nigdy nie udało mu się wyrzucić z pamięci jednego obrazu: Alexa leżącego na polu ryżowym twarzą do dołu, ze stopami w górze. Rozpłakał się, gdy o tym wspominał: „Był jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem”. Później Tom co noc słyszał krzyki swoich ludzi i widział ich ciała padające na podmokły grunt. Wszelkie dźwięki, zapachy lub obrazy, które kojarzyły mu się z zasadzką (na przykład odgłosy sztucznych ogni w Dzień Niepodległości), sprawiały, że czuł się tak samo sparaliżowany, przerażony i wściekły jak tego dnia, gdy śmigłowiec ewakuował go z pola ryżowego.
Być może jeszcze gorsze niż nawracające retrospekcje z zasadzki były wspomnienia tego, co wydarzyło się później. Mogłem sobie wyobrazić, jak wściekłość z powodu śmierci przyjaciela może stać się przyczyną kolejnych nieszczęść. Zanim Tom zdobył się na odwagę, by mi o tym opowiedzieć, przez kilka miesięcy zmagał się z paraliżującym wstydem. Od niepamiętnych czasów weterani wojenni, tacy jak Achilles z Iliady Homera, reagowali na śmierć towarzyszy aktami okrutnej zemsty. Nazajutrz po zasadzce Tom wpadł w szał w pobliskiej wiosce, gdzie zabił dzieci, zastrzelił niewinnego rolnika i zgwałcił wietnamską kobietę. Po czymś takim normalny powrót do domu stał się właściwie niemożliwy. Jak mógłbyś stanąć twarzą w twarz ze swoją ukochaną i powiedzieć jej, że brutalnie kogoś zgwałciłeś; wyrządziłeś potworną krzywdę osobie takiej jak ona? Jak mógłbyś patrzeć na stawiającego pierwsze kroki synka, wracając myślami do dziecka, które zamordowałeś? Tom przeżył śmierć Alexa tak, jakby nieodwracalnie zniszczona została jakaś jego część – część dobra, honorowa i godna zaufania. Trauma, niezależnie od tego, czy jest wynikiem czegoś, co zrobiono tobie, czy raczej czegoś, co zrobiłeś sam, prawie zawsze utrudnia nawiązywanie intymnych relacji. Jak możesz nauczyć się ponownie zaufać sobie albo komukolwiek innemu po doświadczeniu czegoś tak niewyobrażalnego? I na odwrót: jak możesz wejść w intymną relację po tym, jak padłeś ofiarą brutalnego gwałtu?
Tom sumiennie przychodził na wizyty, a ja stawałem się dla niego kołem ratunkowym – ojcem, którego obecności nigdy tak naprawdę nie czuł; Alexem, który przeżył zasadzkę. Potrzeba wielkiego zaufania i odwagi, aby pozwolić sobie na pamiętanie. Dla osób dźwigających brzemię traumy jednym z najtrudniejszych wyzwań jest zmierzenie się ze wstydem dotyczącym własnego zachowania w trakcie traumatycznego wydarzenia, niezależnie od tego, czy ów wstyd jest obiektywnie uzasadniony (jak w przypadku popełniania okrutnych czynów), czy nie (jak w przypadku dziecka, które próbuje udobruchać oprawcę). Jedną z pierwszych osób opisujących to zjawisko była Sarah Haley, która zajmowała w klinice VA gabinet znajdujący się przez ścianę z moim. W publikacji zatytułowanej Kiedy pacjent mówi o okrucieństwach4, która stała się istotnym punktem wyjścia do zdefiniowania diagnozy PTSD, Sarah opisała niezwykle trudne do przełamania bariery przed mówieniem (oraz słuchaniem) o straszliwych czynach, jakie często popełniają żołnierze w czasie działań wojennych. Wystarczająco trudno jest stawić czoło cierpieniu zadanemu przez innych. Tymczasem wiele straumatyzowanych osób w głębi duszy jeszcze bardziej prześladuje wstyd odczuwany z powodu tego, co same zrobiły lub czego nie zrobiły w zaistniałych okolicznościach. Gardzą tym, jak bardzo czuły się przerażone, bezwolne, rozgorączkowane albo wściekłe.
W późniejszych latach zetknąłem się z podobnym zjawiskiem u ofiar molestowania w dzieciństwie. Większość z nich przepełnia straszliwy wstyd z powodu tego, co robiły, by przeżyć i podtrzymać więź ze swoim prześladowcą. Dotyczyło to zwłaszcza tych częstych sytuacji, gdy sprawcą był ktoś bliski dziecku – człowiek, od którego pozostawało ono zależne. Skutkiem tego może być niepewność (byłem ofiarą czy chętnym uczestnikiem?), która z kolei prowadzi do zatarcia granic między miłością a strachem; bólem a przyjemnością. Do tej kwestii będę wracał w dalszej części książki.
Być może najgorszym spośród objawów Toma było emocjonalne odrętwienie. Z całego serca chciał kochać swoją rodzinę, lecz po prostu nie umiał wzbudzić w sobie głębokich uczuć do żadnego z bliskich. Czuł się emocjonalnie zdystansowany od wszystkich, jakby jego serce skuł lód, a on sam żył za szklaną ścianą. Odrętwienie to obejmowało także jego samego. Poza chwilowymi napadami wściekłości i wstydem nie czuł właściwie nic. Wyznał, że z trudem rozpoznawał się w lustrze przy goleniu. Słysząc własne słowa w sądzie, gdy występował w imieniu klienta, czuł się tak, jakby obserwował siebie z oddali. Dziwił się, jak ten facet, który wygląda i mówi całkiem jak on, jest w stanie wysuwać tak przekonujące argumenty. Kiedy wygrywał sprawę, udawał zadowolenie, a kiedy przegrywał, miał takie wrażenie, jakby przewidział porażkę wcześniej i pogodził się z nią, zanim jeszcze do niej doszło. Choć był bardzo skutecznym prawnikiem, zawsze odnosił wrażenie zawieszenia w nieokreślonej przestrzeni, pozbawienia poczucia kierunku i sensu.
Jedynym, co raz na jakiś czas przynosiło mu ulgę od wrażenia bezcelowości, było intensywne zaangażowanie w konkretną sprawę. W trakcie naszej terapii Tom bronił gangstera oskarżonego o morderstwo. Przez cały proces był bez reszty pochłonięty opracowywaniem strategii wygrania sprawy i niejednokrotnie zarywał noce, by zagłębić się w coś, co rzeczywiście go ekscytowało. Tłumaczył mi, że to jak udział w wojnie – czuł wtedy, że żyje pełną piersią i nic innego nie ma dla niego znaczenia. Ale w chwili, gdy wygrał tę sprawę, uleciały z niego cała energia i poczucie celu. Koszmary wróciły, podobnie jak napady wściekłości, które były tak silne, że musiał przeprowadzić się do motelu, by nie skrzywdzić żony ani dzieci. Samotność także była jednak przerażająca, z pełną mocą wracały w niej bowiem widma wojny. Tom starał się zaprzątnąć czymś umysł. Pracował, pił alkohol, brał narkotyki i robił wszystko, byle uniknąć konfrontacji ze swoimi demonami.
Ciągle przeglądał egzemplarze „Soldier of Fortune”, fantazjując o zaciągnięciu się w charakterze najemnika do udziału w jednym z licznych konfliktów zbrojnych o zasięgu regionalnym, jakie szalały wówczas w Afryce. Tamtej wiosny wyprowadził swojego harleya i ruszył w podróż autostradą Kancamagus w New Hampshire. Wibracje, prędkość jazdy i związane z nią niebezpieczeństwo pomogły mu się pozbierać na tyle, że był w stanie opuścić pokój w motelu i wrócić do rodziny.
Inne badanie, jakie przeprowadziłem w VA, zaczęło się od gromadzenia informacji o koszmarach, a skończyło na zgłębianiu tego, jak trauma wpływa na ludzkie postrzeganie i wyobraźnię. Jako pierwszy do mojego badania koszmarów zgłosił się Bill, były lekarz wojskowy, który dekadę wcześniej brał udział w ciężkich walkach w Wietnamie. Po przejściu do cywila zgłosił się do seminarium duchownego i został przydzielony do pierwszej parafii, kościoła kongregacyjnego na przedmieściach Bostonu. Radził sobie całkiem dobrze, dopóki jemu i jego żonie nie przyszło na świat pierwsze dziecko. Niedługo potem żona Billa, pielęgniarka, wróciła do pracy, on zaś pozostał w domu, gdzie opiekował się niemowlęciem, opracowywał cotygodniowe kazania i zajmował się innymi obowiązkami parafialnymi. Już pierwszego dnia, kiedy został sam z dzieckiem, które zaczęło płakać, nagle zalała go fala niedających się wytrzymać obrazów umierających dzieci w Wietnamie.
Bill musiał zadzwonić do żony, by przyjechała zająć się ich pociechą, a sam, spanikowany, znalazł się w VA. Powiedział, że wciąż słyszy płacz małych dzieci i widzi ich poparzone, zakrwawione buzie. Moi koledzy lekarze uznali, że to psychoza, ponieważ zgodnie z wiedzą zawartą w podręcznikach z tamtych czasów halucynacje słuchowe i wzrokowe stanowiły objawy schizofrenii paranoidalnej. W tych samych książkach, w których opisano wskazania do postawienia takiej diagnozy, przytaczano także przyczynę schorzenia: psychoza Billa miała być wywołana przez poczucie emocjonalnego odsunięcia na boczny tor przez żonę, która przelała swoje uczucia na nowo narodzone dziecko.
Gdy przyszedłem tego dnia na izbę przyjęć, zobaczyłem Billa otoczonego przez zatroskanych lekarzy, którzy zamierzali podać mu silne leki przeciwpsychotyczne i wysłać na oddział zamknięty. Opisali jego objawy i poprosili mnie o opinię. Ponieważ pracowałem wcześniej na oddziale specjalizującym się w leczeniu schizofreników, przypadek Billa bardzo mnie zaintrygował. Coś w jego diagnozie mi nie pasowało. Poprosiłem Billa o rozmowę, a po wysłuchaniu jego historii mimowolnie sparafrazowałem słowa Zygmunta Freuda o traumie, które wypowiedział w 1895 roku: „Myślę, że ten człowiek cierpi z powodu wspomnień”. Powiedziałem Billowi, że spróbuję mu pomóc, i po zaordynowaniu kilku leków, które miały na celu opanowanie napadów paniki, zapytałem, czy byłby skłonny wrócić za kilka dni, aby wziąć udział w moim badaniu koszmarów5. Zgodził się.
W ramach tego badania poddawaliśmy jego uczestników testowi Rorschacha6. W odróżnieniu od innych, które wymagają odpowiedzi na proste pytania, reakcji w teście Rorschacha właściwie nie da się sfałszować. Stwarza on unikatową okazję do obserwowania, jak ludzie konstruują w wyobraźni konkretny obraz mentalny na podstawie czegoś, co zasadniczo jest bodźcem niemającym żadnego określonego znaczenia: plamy atramentu. Ponieważ ludzie z natury chcą nadawać rzeczom sens, mamy skłonność do dostrzegania w owych plamach obrazów lub nawet całych historii, podobnie jak robimy to w piękny letni dzień, gdy leżymy na łące i upatrujemy różnych wizualnych znaczeń w płynących nad naszymi głowami chmurach. To, co dana osoba dostrzega we wspomnianych plamach, może nam wiele powiedzieć o tym, co dzieje się w jej umyśle. Na widok drugiej kartki testu Rorschacha Bill wykrzyknął z przerażeniem: „To jest dziecko, które zginęło w wybuchu w Wietnamie! Zobacz, tu pośrodku są zwęglone ciało i rany. Krew tryska wszędzie dookoła!”. Dyszał, a na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Wyglądał tak, jakby wpadł w panikę podobną do tej, która wcześniej sprowadziła go do kliniki VA. Choć słyszałem opowieści weteranów wojennych o nawracających retrospekcjach, po raz pierwszy byłem świadkiem takiego zjawiska. W tamtej chwili, w moim gabinecie, Bill najwyraźniej widział te same obrazy, czuł te same zapachy i odbierał te same fizyczne doznania, które towarzyszyły mu w trakcie pierwotnego, traumatycznego zdarzenia. Dziesięć lat po tym, jak w poczuciu bezsilności trzymał w ramionach umierające dziecko, Bill na nowo przeżywał tamtą traumę po ujrzeniu plamy atramentu.
Obserwowanie nawrotu koszmarnych wspomnień Billa w moim gabinecie pomogło mi uzmysłowić sobie cierpienia, jakie regularnie stawały się udziałem weteranów, których próbowałem leczyć. W ten sposób uświadomiłem sobie, jak ważne jest znalezienie rozwiązania. Samo traumatyczne zdarzenie, jakkolwiek potworne, miało początek, środek i koniec, ja tymczasem na własne oczy przekonałem się, że retrospekcje (nazywane też flashbackami) mogą być jeszcze gorsze. Nigdy nie wiesz, kiedy znów cię osaczą ani kiedy zostawią w spokoju. Musiały minąć lata, żebym opracował skuteczną terapię tego rodzaju nawracających wspomnień, a Bill okazał się jednym z moich najważniejszych mentorów.
Gdy poddaliśmy testowi Rorschacha kolejnych dwudziestu jeden weteranów, ich reakcje okazały się spójne: na widok drugiej karty szesnastu zareagowało tak, jakby przeżywali traumę wojenną. Druga karta w tym teście jest zarazem pierwszą zawierającą kolor, co często skutkuje tak zwanym szokiem kolorystycznym. Interpretując tę kartę, weterani mówili na przykład: „To są wnętrzności mojego przyjaciela Jima po tym, jak rozerwał go pocisk z moździerza”; „To szyja mojego przyjaciela Danny’ego po tym, gdy pocisk odstrzelił mu głowę podczas lunchu”. Żaden nie wspomniał o tańczących mnichach, trzepoczących skrzydłami motylach, motocyklistach ani dowolnym innym spośród typowych – choć niekiedy specyficznych – obrazów, jakie widzi na tej karcie wielu ludzi.
O ile większość byłych żołnierzy była głęboko poruszona tym, co zobaczyła, o tyle reakcja pięciu okazała się jeszcze bardziej niepokojąca; patrzyli tak, jakby mieli w głowie pustkę. „To nic takiego – stwierdził jeden z nich. – Po prostu trochę atramentu”. Rzecz jasna mieli rację, lecz normalna ludzka reakcja na niejednoznaczny bodziec wizualny polega na odczytaniu z niego czegoś dzięki wyobraźni.
Wyniki testów Rorschacha powiedziały nam, że osoby obciążone traumą mają tendencję do patrzenia przez jej pryzmat na wszystko, co znajduje się w ich otoczeniu, oraz trudności z właściwym interpretowaniem tego, co się w owym otoczeniu dzieje. Ich życie właściwie zdominowały skrajności. Dowiedzieliśmy się też, że trauma wpływa na wyobraźnię. Pięciu mężczyzn, którzy nie umieli nadać plamom żadnego znaczenia, zatraciło zdolność do puszczania wodzy fantazji. Podobnie było z pozostałymi szesnastoma, którzy dostrzegali w plamach jedynie sceny z przeszłości, co świadczy o braku elastyczności umysłu, będącej przecież filarem wyobraźni. Po prostu w kółko odtwarzali w myślach ten sam zacinający się film.
Wyobraźnia ma decydujący wpływ na jakość naszego życia. Dzięki niej możemy oderwać się od rutyny i fantazjować o podróżach, rozkoszach podniebienia, seksie, zakochaniu się czy o dowiedzeniu własnej racji – wszystkim, co czyni życie interesującym. Wyobraźnia pozwala snuć wizje nowych możliwości i stanowi nieodzowny punkt wyjścia do urzeczywistniania naszych nadziei. Rozpala kreatywność, uwalnia od nudy, łagodzi cierpienia, wzmaga przyjemność i wzbogaca najintymniejsze relacje. Ludzie, którzy ciągle, kompulsywnie rozpamiętują przeszłość – ten ostatni raz, kiedy czuli się w coś silnie zaangażowani i przeżywali głębokie emocje – cierpią na brak wyobraźni i zanik elastyczności umysłowej. Bez wyobraźni nie ma nadziei; nie ma szans na marzenia o lepszej przyszłości, nie ma chęci udania się dokądś, celu do osiągnięcia.
Testy Rorschacha nauczyły nas też, że ludzie straumatyzowani patrzą na świat zupełnie inaczej niż pozostali. Dla większości z nas mężczyzna spacerujący chodnikiem to po prostu ktoś, kto gdzieś idzie. Ofiara gwałtu może w nim jednak ujrzeć potencjalnego napastnika i wpaść w panikę. U zwykłego dziecka surowa nauczycielka może budzić onieśmielenie, lecz dla bitego przez ojczyma dziecka niejednokrotnie uosabia ona kolejnego oprawcę, na widok którego wybuchnie gniewem albo przerażone skuli się w kącie.
Do naszej kliniki drzwiami i oknami pchali się weterani szukający pomocy psychiatrycznej. Niestety, z powodu dotkliwego niedoboru wykwalifikowanej kadry większość z nich mogliśmy jedynie zapisywać na liście oczekujących, nawet jeśli wiązało się to z ryzykiem dalszego wyrządzania przez nich krzywd sobie i swoim rodzinom. Zauważyliśmy gwałtowny wzrost liczby aresztowań byłych żołnierzy za przestępstwa z użyciem przemocy i pijackie awantury, a także alarmującą częstotliwość samobójstw. W końcu otrzymałem pozwolenie na stworzenie grupy dla młodych weteranów z Wietnamu, która miała być czymś w rodzaju przechowalni do czasu rozpoczęcia prawdziwej terapii.
Podczas sesji dla byłych żołnierzy piechoty morskiej pierwszy mężczyzna, który zabrał głos, oświadczył stanowczo: „Nie chcę rozmawiać o wojnie”. Odparłem, że członkowie grupy mogą rozmawiać, o czymkolwiek zechcą. W końcu, po pół godzinie nieznośnej ciszy, jeden z żołnierzy zaczął relacjonować katastrofę swojego śmigłowca. Ku mojemu zdumieniu reszta natychmiast się ożywiła i zaczęła w bardzo emocjonalny sposób opowiadać o traumatycznych przeżyciach. Tydzień później na spotkaniu pojawili się wszyscy. Na kolejnym także. Odnaleźli w grupie oddźwięk oraz sens w tym, co wcześniej sprowadzało się do przerażenia i pustki. Zyskali odnowione poczucie koleżeństwa, tak istotne dla ich wojennych doświadczeń. Nalegali, abym wstąpił do ich nowo utworzonej „jednostki”, i dali mi na urodziny mundur kapitana marines. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, mam świadomość, że ten gest ujawniał część problemu: albo należałeś do grupy, albo nie; albo należałeś do jednostki, albo byłeś nikim. Świat po traumie zostaje ostro spolaryzowany, podzielony na osoby obdarzone wiedzą i tych, którzy tej wiedzy nie mają. Ludziom bez podobnych traumatycznych doświadczeń nie można ufać, bo nie potrafią takich przeżyć zrozumieć. Niestety, w tym gronie często są małżonkowie, dzieci i współpracownicy.
Później prowadziłem inną grupę, tym razem weteranów z armii Pattona – mężczyzn już dobrze po siedemdziesiątce, z których każdy mógłby być moim ojcem. Spotykaliśmy się w poniedziałkowe poranki o ósmej. Śnieżyce w Bostonie czasami paraliżują transport publiczny, tym bardziej więc zdumiewało mnie, że na spotkania stawiali się jak jeden mąż, nawet podczas zamieci, choć niektórzy musieli brnąć przez śnieg kilka mil, by dotrzeć do kliniki VA. Na Gwiazdkę podarowali mi wojskowy zegarek z lat 40. Tak jak w przypadku mojej grupy marines, „za swojego” uznali mnie dopiero wtedy, gdy zostałem jednym z nich.
Choć wszystkie te doświadczenia były bardzo poruszające, ograniczenia terapii grupowej stawały się oczywiste w chwilach, kiedy prosiłem uczestników, by opowiedzieli o problemach, z jakimi borykają się na co dzień: o relacjach z żonami, dziećmi, partnerkami i rodziną; o układach z przełożonymi i o czerpaniu satysfakcji z pracy; o nadużywaniu alkoholu. Zwykle wycofywali się z takich rozmów rakiem lub nawet nie chcieli ich zaczynać. Za to po raz enty opowiadali o tym, jak wbili nóż w serce niemieckiego żołnierza w lesie Hürtgen albo jak ich śmigłowiec został zestrzelony nad dżunglą w Wietnamie.
Bez względu na to, czy do traumatycznych zdarzeń doszło dziesięć, czy ponad czterdzieści lat temu, moi pacjenci nie byli w stanie zasypać przepaści między wojennymi doświadczeniami a obecnym życiem. W jakiś niepojęty sposób to samo wydarzenie, które przysporzyło im tak wiele bólu, stało się jedynym źródłem sensu. Dopiero wtedy, gdy wracali do traumatycznej przeszłości, czuli, że naprawdę żyją.
W tych dawnych dniach w klinice VA stwierdzaliśmy u weteranów rozmaite przypadłości – alkoholizm, nadużywanie substancji psychoaktywnych, depresję, zaburzenia nastroju, a nawet schizofrenię – i wypróbowywaliśmy na nich wszystkie znane nam z podręczników metody terapii. Mimo to mieliśmy świadomość, jak niewiele osiągamy. Przepisywane przez nas silne leki często otępiały ich do takiego stopnia, że ledwo byli w stanie funkcjonować. Kiedy zachęcaliśmy ich do szczegółowego opisania traumatycznego wydarzenia, zamiast rozwiązać problem, często mimowolnie uruchamialiśmy lawinę retrospekcji. Wielu rezygnowało z terapii, bo nie umieliśmy pomóc, a na domiar złego czasami pogarszaliśmy sprawę.
Punkt zwrotny nastąpił w latach 80., kiedy to grupa weteranów z Wietnamu, wspieranych przez nowojorskich psychoanalityków Chaima Shatana i Roberta J. Liftona, dzięki skutecznemu lobbingowi w American Psychiatric Association (Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne; APA) doprowadziła do zdefiniowania nowej jednostki chorobowej: zespołu stresu pourazowego (PTSD). Jednostka ta obejmowała objawy w większym lub mniejszym stopniu wspólne dla wszystkich naszych weteranów. Systematyczne identyfikowanie symptomów i zebranie ich w postaci jednego zaburzenia pozwoliło w końcu nadać nazwę cierpieniu ludzi przytłoczonych przerażeniem i bezsilnością. Dzięki pojawieniu się ram koncepcyjnych PTSD przygotowany został grunt pod radykalną zmianę w rozumieniu pacjentów. W dalszej kolejności doprowadziło to do istnej eksplozji badań naukowych i prób opracowania skutecznych metod terapeutycznych.
Zainspirowany możliwościami, jakie otwierała nowa diagnoza, zaproponowałem klinice VA przeprowadzenie badań nad biologią traumatycznych wspomnień. Czy retrospekcje osób cierpiących na PTSD różniły się od reminiscencji innych ludzi? U większości z nas pamięć o nieprzyjemnym zdarzeniu po jakimś czasie zaciera się lub zyskuje łagodniejszą wymowę. Tymczasem lwia część naszych pacjentów nie potrafiła przekształcić przeszłości w zamknięty dawno temu rozdział7.
Na samym początku pisemnej odmowy przyznania mi grantu badawczego stwierdzono: „Nigdy nie wykazano, że PTSD jest istotny dla misji realizowanej przez Veterans Administration”. Od tamtej pory diagnozowanie PTSD i urazów mózgu stało się, rzecz jasna, jednym z filarów misji VA, a na prowadzenie „opartej na dowodach terapii” straumatyzowanych weteranów wojennych przeznacza się znaczne środki. W tamtym czasie sprawy wyglądały jednak inaczej, ja zaś – nie chcąc dalej pracować w organizacji, której poglądy na rzeczywistość tak dalece odbiegały od moich – złożyłem rezygnację. W 1982 roku dostałem się do Massachusetts Mental Health Center, harwardzkiego szpitala akademickiego, gdzie studiowałem wcześniej psychiatrię. W ramach moich nowych obowiązków nauczałem dziedziny, która dopiero się rozwijała – psychofarmakologii, czyli stosowania leków w celu złagodzenia objawów zaburzeń psychicznych.
W nowej pracy niemal każdego dnia spotykałem się z problemami, które – jak sądziłem – zostawiłem za sobą w VA. Doświadczenia zebrane w kontaktach z weteranami do tego stopnia uwrażliwiły mnie na wpływ traumy, że z zupełnie innym nastawieniem słuchałem pacjentów z depresją lub stanami lękowymi, którzy opowiadali mi o molestowaniu i przemocy w rodzinie. Szczególnie uderzyło mnie to, jak wiele pacjentek mówiło o molestowaniu seksualnym w dzieciństwie. Początkowo uważałem to za zdumiewające, ponieważ w klasycznym wówczas podręczniku psychiatrii wyraźnie napisano, że kazirodztwo jest w Stanach Zjednoczonych niezwykle rzadkim zjawiskiem i dotyka mniej więcej co milionowej kobiety8. Biorąc pod uwagę to, że żyło tam wtedy około stu milionów kobiet, zachodziłem w głowę, jakim cudem niemal połowa z nich – czterdzieści siedem ze stu teoretycznych ofiar w całym kraju – trafiła właśnie do mojego gabinetu w podziemiach szpitala.
W podręczniku napisano ponadto: „Nie ma konsensusu co do roli kazirodczej relacji między ojcem a córką jako źródła późniejszych poważnych psychopatologii”. Tymczasem tych z moich pacjentek, które doświadczyły kazirodztwa, z pewnością nie mogłem nazwać „wolnymi od późniejszych poważnych psychopatologii” – były w głębokiej depresji, zagubione i często przejawiały osobliwie autodestrukcyjne zachowania, takie jak cięcie się żyletkami. Autorzy podręcznika posuwali się wręcz do usprawiedliwiania kazirodztwa, twierdząc, że „takie kazirodcze zachowania zmniejszają prawdopodobieństwo wystąpienia psychoz u osoby badanej i pozwalają na lepsze przystosowanie się do świata zewnętrznego”9. W rzeczywistości okazało się, że kazirodztwo ma skrajnie destrukcyjny wpływ na dobrostan kobiet.
Pod wieloma względami pacjentki te nie różniły się zbytnio od weteranów wojennych, których niedawno pozostawiłem, odchodząc z VA. One też miewały koszmary i nawracające przerażające wspomnienia. U nich także sporadyczne napady gniewu przeplatały się z długimi okresami emocjonalnego odrętwienia. Większość z nich doświadczała dużych trudności w kontaktach z ludźmi i podtrzymywaniu znaczących relacji.
Jak już wiemy, wojna nie jest jedyną katastrofą, która obraca ludzkie życia w perzynę. Podczas gdy mniej więcej u co czwartego żołnierza, który służył w strefach konfliktów wojennych, przypuszczalnie dojdzie do rozwoju poważnego stresu pourazowego10, większość Amerykanów w jakimś momencie życia doświadcza brutalnego przestępstwa. Dokładne raporty ujawniają, że ofiarą gwałtu w USA padło nawet dwanaście milionów kobiet. Ponad połowa tych gwałtów spotyka dziewczęta poniżej piętnastego roku życia11. Dla wielu ludzi wojna zaczyna się w domu: każdego roku zgłaszanych jest mniej więcej trzy miliony przypadków znęcania się nad dziećmi i zaniedbywania ich. Milion spośród tych spraw jest na tyle poważnych i wiarygodnych, by zmusić opiekę społeczną i sądy do podjęcia działań12. Innymi słowy, na każdego żołnierza w zagranicznych strefach wojny przypada dziesięcioro dzieci, którym niebezpieczeństwo grozi we własnym domu. Zjawisko to ma szczególnie tragiczną wymowę, ponieważ dorastającym dzieciom bardzo trudno jest wrócić do zdrowia w sytuacji, gdy źródłem strachu i cierpienia nie jest wróg, lecz właśni opiekunowie.
W ciągu trzech dekad, jakie minęły, odkąd poznałem Toma, dowiedzieliśmy się bardzo wiele nie tylko o wpływie i przejawach traumy, lecz także o sposobach pomagania obciążonym nią osobom w powrocie do normalnego życia. Dzięki metodom neuroobrazowania, dostępnym od początku lat 90. ubiegłego wieku, zaczęliśmy poznawać rzeczywiste zmiany, jakie zachodzą w straumatyzowanych umysłach. Okazało się to niezbędne, abyśmy mogli w pełni uświadomić sobie rzeczywiste szkody wyrządzane przez traumę i wytyczyć zupełnie nowe ścieżki ich leczenia.
Zaczęliśmy również rozumieć, jak przytłaczające doświadczenia rzutują na nasze najgłębsze odczucia oraz podejście do fizycznej rzeczywistości – czyli sedno tego, kim jesteśmy. Dowiedzieliśmy się, że trauma nie jest jedynie wydarzeniem, do którego doszło w przeszłości, stanowi ona bowiem także ślad, jaki wydarzenie to pozostawiło w mózgu i całym ciele. Ślad ten ma trwały wpływ na to, jak organizm człowieka stara się przetrwać w teraźniejszości.
Trauma skutkuje całkowitą reorganizacją sposobu przetwarzania bodźców zmysłowych przez mózg. Zmienia ona nie tylko to, jak myślimy i o czym, lecz także samą zdolność myślenia. Odkryliśmy, że pomaganie ofiarom traumy w odnajdywaniu słów opisujących to, co je spotkało, jest niezwykle istotne, ale samo w sobie na ogół nie wystarcza. Akt relacjonowania swojej historii nie musi zmieniać automatycznych reakcji fizycznych i hormonalnych, jakie zachodzą w ciele, które przez cały czas pozostaje w stanie skrajnie podwyższonej czujności, w każdej chwili gotowe na gwałt lub inną formę napaści. Aby doszło do prawdziwej zmiany, ciało musi się nauczyć, że niebezpieczeństwo minęło i może ono wrócić do życia w realiach teraźniejszości. Dzięki naszym próbom zrozumienia traumy zaczęliśmy myśleć inaczej zarówno o strukturze umysłu, jak i o uzdrawiających go procesach.
Rozdział 2
Przełomy w rozumieniu umysłu i mózgu
Im większe wątpliwości, tym donioślejsze odkrycie. Im mniejsze wątpliwości, tym odkrycie mniejsze. Nie ma wątpliwości, nie ma odkrycia.
– C.C. Chang, The Practice of Zen
Żyjesz w tym małym wycinku czasu, który jest twój, lecz wycinek ten obejmuje nie tylko twoje życie; to suma wszystkich innych żyć toczących się równolegle (…). To, czym jesteś, stanowi wyraz historii.
– Robert Penn Warren, World Enough and Time
Pod koniec lat 60., podczas rocznego urlopu między pierwszym a drugim rokiem studiów medycznych, przypadkowo stałem się świadkiem doniosłej zmiany w podejściu medycyny do zaburzeń psychicznych. Udało mi się zdobyć ciepłą posadkę asystenta na oddziale badawczym w Massachusetts Mental Health Center (MMHC), gdzie byłem odpowiedzialny za organizowanie zajęć rekreacyjnych dla pacjentów. MMHC od dawna uchodził za jeden z najlepszych szpitali psychiatrycznych w kraju, klejnot w koronie akademickiego imperium, jakim była Harvard Medical School. Celem badań na oddziale, gdzie pracowałem, było ustalenie, czy w przypadku młodych ludzi, u których stwierdzono pierwsze w życiu schizofreniczne załamanie nerwowe, lepiej sprawdzi się psychoterapia czy farmakoterapia.
Podstawową metodą leczenia zaburzeń psychicznych w MMHC pozostawała wówczas terapia rozmową, wywodząca się z tradycji psychoanalizy freudowskiej. Jednak na początku lat 50. grupa francuskich naukowców odkryła związek nazwany chloropromazyną (sprzedawany potem pod nazwą Thorazine), który „uspokajał” pacjentów – łagodził objawy pobudzenia i urojeń. Odkrycie to dało początek nadziejom na opracowanie środków pozwalających na leczenie poważnych problemów psychicznych, takich jak depresja, ataki paniki, stany lękowe i mania, oraz na łagodzenie niektórych najbardziej niepokojących objawów schizofrenii.
Jako asystent nie miałem nic wspólnego z badaniami prowadzonymi na oddziale. Nigdy nie informowano mnie, w jaki sposób leczeni są poszczególni pacjenci. Wszyscy byli mniej więcej w moim wieku – studenci z Harvardu, MIT i Uniwersytetu Bostońskiego. Niektórzy próbowali odebrać sobie życie. Inni kaleczyli się nożami lub żyletkami. Kilku napadło na swoich współlokatorów bądź w inny sposób wzbudziło strach rodziców albo przyjaciół nieprzewidywalnym, irracjonalnym zachowaniem. Moim zadaniem było organizowanie im zajęć typowych dla studenckiej braci, takich jak wyjścia do pizzerii, biwakowanie w pobliskich lasach, oglądanie meczów Red Sox czy żeglowanie po rzece Charles.
Jako zupełny nowicjusz w tej dziedzinie w zebraniach na oddziale uczestniczyłem w dużym skupieniu, starając się rozszyfrować skomplikowany sposób wypowiedzi i logikę pacjentów. Musiałem też nauczyć się radzić sobie z ich irracjonalnymi wybuchami złości i zamykaniem się w sobie podyktowanym lękiem. Któregoś ranka natknąłem się na pacjentkę stojącą niczym posąg, z twarzą zamarłą ze strachu i ręką uniesioną w obronnym geście. Stała w swoim pokoju w kompletnym bezruchu przez co najmniej dwanaście godzin. Lekarze powiedzieli mi, co jej dolega – katatonia. Ale nawet z podręczników, do których uciekłem się w poszukiwaniu wyjaśnień, nie dowiedziałem się ani słowa o tym, co można w tym wypadku zrobić. Po prostu pozwalaliśmy chorobie toczyć się swoim torem.
Spędziłem na oddziale wiele nocy i weekendów, dzięki czemu zyskałem styczność ze zjawiskami, jakich inni lekarze nie mieli sposobności oglądać podczas swoich krótkich wizyt. Pacjenci, którzy nie mogli spać, często przychodzili owinięci szlafrokami do zaciemnionej dyżurki pielęgniarskiej, aby porozmawiać. W głębokiej ciszy nocy zdawali się bardziej otwarci i opowiadali mi historie o biciu, napaściach i molestowaniu; o krzywdach często zadawanych przez ich rodziców, a czasami przez krewnych, kolegów z klasy albo sąsiadów. Dzielili się wspomnieniami o tym, jak bezradni i przerażeni leżeli w łóżku w nocy, słysząc, jak matka jest bita przez męża albo partnera; jak rodzice wykrzykują do siebie potworne groźby; jak z hukiem pękają rozbijane meble. Inni opowiadali o pijanych ojcach i o tym, jak nasłuchiwali ich kroków na półpiętrze, czekając w strachu, aż ci wejdą do pokoju, by wyciągnąć ich z łóżek i ukarać za jakieś urojone przewinienie. Kilka kobiet wspomniało, jak leżały bezsennie i nieruchomo, czekając na nieuniknione – brata lub ojca, który je molestował.
W trakcie porannych obchodów młodzi lekarze przedstawiali swoje przypadki przełożonym, a my, pomocnicy, mogliśmy jedynie obserwować ten rytuał w milczeniu. Rzadko wspominali o historiach, jakie dane mi było wysłuchać, choć w wielu późniejszych badaniach potwierdzono znaczenie takich nocnych spowiedzi. Wiemy obecnie, że ponad połowa osób szukających opieki psychiatrycznej doświadczyła napaści, porzucenia, zaniedbania, a nawet gwałtu w dzieciństwie bądź była świadkami przemocy w rodzinie1. Przeżycia te na ogół zdawały się jednak pomijane podczas obchodu. Byłem często zaskoczony beznamiętnym tonem omawiania objawów oraz nakładem czasu przeznaczanego na próby opanowania myśli samobójczych i zachowań autodestrukcyjnych zamiast na analizowanie przyczyn desperacji i bezsilności. Zaskakiwało mnie także i to, jak niewiele uwagi poświęcano osiągnięciom i aspiracjom pacjentów. Temu, kogo kochali albo nienawidzili, co ich motywowało i angażowało, co pętało im ręce, a co uspokajało – innymi słowy: krajobrazowi ich wewnętrznego świata.
Kilka lat później, jako młody lekarz, zetknąłem się ze szczególnie jaskrawym przykładem działania modelu opartego na medykalizacji życia. Pracowałem wtedy dorywczo w katolickim szpitalu, gdzie wykonywałem badania fizykalne kobiet, które przyjmowano na terapię elektrowstrząsami z powodu depresji. Jako ciekawski imigrant często odrywałem wzrok od ich kart, by zwyczajnie zapytać o życie. W wielu z nich pękały wówczas tamy i opowiadały o bolesnych małżeństwach, trudnych dzieciach i poczuciu winy z powodu aborcji. Gdy zwierzały się ze swoich przeżyć, stawały się pogodniejsze i często wylewnie dziękowały mi za ich wysłuchanie. Niektóre zastanawiały się nawet, czy po tym, jak zrzuciły z barków ten ciężar, wciąż potrzebują elektrowstrząsów. Pod koniec takich spotkań zawsze czułem się przygnębiony. Wiedziałem bowiem, że zabiegi, jakim kobiety te zostaną poddane nazajutrz rano, skutecznie wymażą z ich pamięci wspomnienia naszej rozmowy. Nie wytrwałem długo w tej pracy.
W dni wolne od zajęć na oddziale MMHC często chodziłem do Countway Library of Medicine, aby dowiedzieć się czegoś więcej o pacjentach, którym miałem pomagać. Pewnego sobotniego popołudnia natrafiłem na tom, który jest ceniony do dziś: wydany w 1911 roku podręcznik Eugena Bleulera Dementia Praecox, or the Group of Schizophrenias [Otępienie wczesne lub grupa schizofrenii]. Spostrzeżenia Bleulera okazały się fascynujące:
Spośród schizofrenicznych halucynacji cielesnych zdecydowanie najczęstsze i najważniejsze są omamy seksualne. Pacjenci przeżywają radości i uniesienia związane z typową i atypową satysfakcją seksualną, znacznie częściej jednak doświadczają wrażeń związanych z rozmaitymi obscenicznymi i odpychającymi praktykami, jakie tylko są w stanie wyczarować w najbardziej ekstrawaganckich fantazjach. Pacjenci płci męskiej snują wizje o odciąganiu nasienia i stymulowaniu bolesnych erekcji. Pacjentki są gwałcone i okaleczane na najbardziej diaboliczne sposoby (…). Pomimo symbolicznego znaczenia wielu tego rodzaju halucynacji większość z nich odpowiada rzeczywistym doznaniom2.
Zastanowiło mnie to. Nasi pacjenci mieli halucynacje, a lekarze rutynowo o nie pytali i odnotowywali je, traktując jako jeden z objawów świadczących o skali zaburzeń. Ale jeśli historie, jakich wysłuchiwałem po nocach, były prawdziwe, to może „halucynacje” te stanowiły w istocie fragmenty wspomnień rzeczywistych doświadczeń? A może były jedynie wytworami chorych mózgów? Czy ludzie mogą wyobrażać sobie fizyczne doznania, jakich nigdy nie doświadczyli? Czy między kreatywnością a patologiczną wyobraźnią istnieje wyraźna granica? A między pamięcią a wyobraźnią? Pytania te do dziś pozostają bez odpowiedzi, lecz badania wykazały, że osoby molestowane w dzieciństwie często wykazują objawy somatyczne (takie jak ból brzucha) niemające oczywistej przyczyny fizjologicznej, słyszą głosy ostrzegające przed niebezpieczeństwem albo oskarżające je o potworne zbrodnie.
Wielu pacjentów bez wątpienia przejawiało agresywne, dziwaczne i autodestrukcyjne zachowania, zwłaszcza gdy czuli się sfrustrowani, tłamszeni albo nierozumiani. Wpadali wtedy w złość, rzucali talerzami, tłukli szyby i kaleczyli się odłamkami szkła. W tamtym czasie nie miałem pojęcia, dlaczego ktoś miałby zareagować wściekłością lub strachem na jakąś prozaiczną prośbę („Pozwól, że oczyszczę ci włosy z tej mazi”). Zazwyczaj postępowałem zgodnie z radami doświadczonych pielęgniarek, które sygnalizowały mi, kiedy się wycofać, a jeśli to nie pomagało – kiedy unieruchomić pacjenta. Byłem zaskoczony, a zarazem zaniepokojony satysfakcją, jaką czasami odczuwałem, gdy powalałem pacjenta na podłogę, aby pielęgniarka mogła podać mu zastrzyk. Stopniowo uświadamiałem sobie, że znaczna część naszego szkolenia zawodowego koncentrowała się na utrzymaniu kontroli nad sytuacją w obliczu przerażających i dezorientujących realiów.
Sylvia była piękną dziewiętnastoletnią studentką Uniwersytetu Bostońskiego, która zwykle znajdowała sobie na oddziale samotny kąt. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną i właściwie się nie odzywała, lecz ciągnęła się za nią reputacja dziewczyny wpływowego bostońskiego mafioso, która przydawała jej aury tajemniczości. Po ponad tygodniu odmawiania jedzenia, gdy zaczęła szybko tracić na wadze, lekarze uznali, że należy karmić ją siłą. Potrzeba było nas trzech, żeby ją przytrzymać. Następnego, by wepchnąć gumową rurkę do jej gardła, oraz pielęgniarki, która wlewała odżywczy płyn do jej żołądka. Później, podczas nocnych wyznań, Sylvia nieśmiało i z wahaniem zwierzyła mi się, że jej brat i wuj molestowali ją, gdy była dzieckiem. Uświadomiłem sobie wtedy, że nasz pokaz „troski” o jej dobrostan musiał być dla niej czymś w rodzaju zbiorowego gwałtu. To i podobne doświadczenia pomogły mi w sformułowaniu zasady, którą przekazywałem potem studentom: jeśli robisz pacjentowi coś, czego nie zrobiłbyś przyjaciołom albo dzieciom, zastanów się, czy aby mimowolnie nie odtwarzasz traumy z jego przeszłości.
Jako asystent odpowiedzialny za zapewnianie chorym rozrywek zauważyłem coś jeszcze: pacjenci w grupie byli zadziwiająco niezdarni i nieskoordynowani. Kiedy jechaliśmy na kemping, większość stała bezradnie, podczas gdy ja rozbijałem namioty. Raz w trakcie szkwału prawie wywróciliśmy się na rzece Charles do góry dnem, bo wszyscy tkwili skuleni na zawietrznej, jakby nie pojmowali, że muszą przenieść się na drugą stronę, by łódź utrzymała równowagę. Podczas meczów siatkówki członkowie personelu zawsze byli lepiej skoordynowani niż pacjenci. Inna wspólna cecha moich podopiecznych polegała na tym, że nawet najswobodniejsze rozmowy w ich wydaniu zdawały się sztuczne, pozbawione naturalnej gestykulacji i mimiki, typowych dla dyskutujących przyjaciół. Znaczenie tych spostrzeżeń stało się dla mnie jasne dopiero po tym, jak poznałem Petera Levine’a i Pat Ogden, terapeutów specjalizujących się w pracy z ciałem. W dalszych rozdziałach napiszę znacznie szerzej o tym, jak trauma gnieździ się w ludzkim ciele.
Po roku na oddziale badawczym wróciłem na studia, a potem – już jako świeżo upieczony lekarz – trafiłem z powrotem do MMHC, gdzie dostałem się na specjalizację z psychiatrii, co przyjąłem z ogromną radością. W ramach tego samego programu studiowało wielu znanych psychiatrów, w tym Eric Kandel, późniejszy laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny. To tutaj, w czasie mojego szkolenia, pracujący w laboratorium w podziemiach szpitala Allan Hobson odkrył komórki mózgu odpowiedzialne za powstawanie marzeń sennych. To właśnie w MMHC przeprowadzono pierwsze badania nad chemicznymi podstawami depresji. Ale dla wielu z nas, rezydentów, najciekawsi byli sami chorzy. Spędzaliśmy z nimi sześć godzin dziennie, a potem spotykaliśmy się w grupie z bardziej doświadczonymi psychiatrami, aby dzielić się spostrzeżeniami, zadawać pytania i walczyć o tytuł autora najbardziej błyskotliwej uwagi.
Elvin Semrad, nasz wybitny nauczyciel, robił, co mógł, by zniechęcić nas do czytania podręczników psychiatrii na pierwszym roku. (Ta intelektualna głodówka być może tłumaczy to, że większość z nas później nie tylko pochłaniała tony książek, lecz także sama chętnie sięgała po pióro). Semrad nie chciał, aby nasze postrzeganie rzeczywistości zostało przysłonięte pseudopewnością diagnoz psychiatrycznych. Pamiętam, jak kiedyś zapytałem go: „Jak nazwałbyś tego pacjenta: schizofrenikiem czy chorym na zaburzenie schizoafektywne?”. Przystanął i potarł brodę, jakby w głębokim zamyśleniu. „Myślę, że nazwałbym go Michaelem McIntyre’em” – odparł.
Semrad nauczył nas, że większość ludzkich cierpień wynika z miłości i straty, a zadaniem terapeutów jest pomaganie pacjentom w „uznawaniu, doświadczaniu i znoszeniu” realiów życia, ze wszystkimi radościami i smutkami. „Największym źródłem naszego cierpienia są kłamstwa, które sobie powtarzamy” – mawiał, zachęcając nas do szczerości wobec samych siebie w każdym aspekcie tego, czego doświadczamy. Często powtarzał, że ludzie nie poczują się lepiej, dopóki w pełni nie dowiedzą się tego, co wiedzą, i nie poczują tego, co czują.
Pamiętam, jak bardzo zaskoczył mnie ów szanowany profesor z Harvardu, gdy wyznał, że lubi zasypiać, czując obok siebie obecność żony, bo daje mu to poczucie spokoju. Dzieląc się tak prostą ludzką potrzebą, uświadamiał nam, jak wielki wpływ mają one na kształt naszego życia. Jeśli je bagatelizujemy, umniejszamy własną egzystencję, bez względu na to, jak wzniosłe są nasze myśli i jak wiele osiągnęliśmy. Semrad powiedział nam, że zdrowienie zależy od wiedzy empirycznej: możesz w pełni panować nad swoim życiem dopiero wtedy, gdy umiesz uznać rzeczywistość własnego ciała we wszystkich jego fizjologicznych wymiarach.
Nasza dziedzina wiedzy zmierzała jednak w innym kierunku. W 1968 roku w „American Journal of Psychiatry” opublikowano wyniki badania przeprowadzonego na oddziale, na którym kiedyś byłem asystentem. Wskazywały one jednoznacznie, że pacjenci ze schizofrenią poddawani wyłącznie farmakoterapii osiągali lepsze wyniki niż ci, którzy trzy razy w tygodniu odbywali sesje psychoterapii z najlepszymi bostońskimi specjalistami3. Badanie to było jednym z wielu kamieni milowych na drodze, która stopniowo prowadziła do zmiany nastawienia medycyny i psychiatrii wobec problemów psychologicznych: od uznawania nieskończenie różnorodnych przejawów nieznośnych uczuć i relacji do modelu bazującego na wielu odrębnych „zaburzeniach” wynikających z nieprawidłowości działania mózgu.
Podejście medycyny do ludzkiego cierpienia zawsze było zdeterminowane przez bieżące zdobycze postępu technicznego. Przed epoką oświecenia aberracje w zachowaniu przypisywano woli boskiej, grzechom, magii, czarownicom i złym duchom. Dopiero w XIX wieku francuscy i niemieccy naukowcy zaczęli analizować zachowania przez pryzmat adaptacji do złożoności świata. Teraz pojawił się nowy paradygmat: gniew, pożądanie, duma, chciwość, skąpstwo i lenistwo (oraz wszystkie inne odwieczne przypadłości ludzkiego charakteru) zostały nazwane „zaburzeniami”, które można wyleczyć dzięki podawaniu odpowiednich substancji chemicznych4. Wielu psychiatrów z ulgą i zachwytem uświadomiło sobie, że dzięki temu stali się „prawdziwymi naukowcami” – takimi jak ich koledzy ze studiów medycznych, którzy mieli laboratoria, prowadzili eksperymenty na zwierzętach, dysponowali kosztowną aparaturą i robili skomplikowane testy diagnostyczne – i odłożyło na bok mętne teorie filozofów takich jak Freud czy Jung. Autorzy jednego z najważniejszych podręczników psychiatrycznych posunęli się nawet do stwierdzenia: „Za przyczynę chorób psychicznych uznaje się obecnie nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu; zaburzenia równowagi chemicznej”5.
Tak jak moi koledzy, ja również z entuzjazmem powitałem farmakologiczną rewolucję. W 1973 roku zostałem pierwszym starszym rezydentem psychofarmakologii w MMHC. Być może byłem też pierwszym bostońskim psychiatrą, który podał lit pacjentce z psychozą maniakalno-depresyjną, dziś częściej nazywaną chorobą afektywną dwubiegunową. (Czytałem o prowadzonych w Australii pracach Johna Cade’a nad litem i dostałem od komisji szpitalnej pozwolenie na wypróbowanie tego środka). Pod wpływem litu kobieta, która rok w rok przez trzydzieści pięć lat popadała w maju w manię, a w listopadzie w depresję przyprawiającą ją o myśli samobójcze, wyrwała się z cyklu choroby i przez trzy lata, kiedy była pod moją opieką, jej nastrój pozostawał stabilny. Wchodziłem też w skład pierwszego amerykańskiego zespołu badawczego testującego lek przeciwpsychotyczny o nazwie Clozaril na przewlekle chorych pacjentach, którzy z braku innego pomysłu byli przetrzymywani na zapyziałych oddziałach starych szpitali psychiatrycznych6. Niektórzy reagowali na środek w iście cudowny sposób; ludzie, którzy większość życia spędzili w straszliwych realiach własnego zamkniętego świata, mogli wrócić do rodzin i społeczności. Pacjenci pogrążeni w mroku i rozpaczy zaczęli reagować na piękno kontaktów z ludźmi oraz czerpać przyjemność z pracy i zabawy. Dzięki tym zdumiewającym osiągnięciom nabieraliśmy optymizmu i przekonania, że w końcu uda się nam pokonać cierpienie.
Środki przeciwpsychotyczne były jednym z głównych czynników, który doprowadził do zmniejszenia liczby stałych pacjentów szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych z ponad 500 tysięcy w 1955 roku do niecałych 100 tysięcy w 1996 roku7. Tych, którzy nie znają realiów świata psychiatrii sprzed pojawienia się wspomnianych metod farmakoterapii, zapewniam, że zmiana była niemal niewyobrażalna. Jako student pierwszego roku odwiedziłem szpital stanowy Kankakee w Illinois i zobaczyłem, jak krępy pielęgniarz polewa wodą z węża dziesiątki brudnych, nagich, nieskoordynowanych pacjentów w ogołoconej z mebli sali wyposażonej w rynienki kanalizacyjne. Dziś wspomnienie to wydaje mi się bardziej koszmarem niż czymś, co widziałem na własne oczy. Moją pierwszą pracą po ukończeniu rezydentury w 1974 roku było stanowisko przedostatniego w hierarchii ważności dyrektora Boston State Hospital, szacownej niegdyś instytucji, w której dawniej przebywały tysiące pacjentów, rozlokowanych w budynkach na obszarze dziesiątek hektarów. Już wówczas jednak budynki te – w tym szklarnie, ogrody i warsztaty – w przeważającej części popadały w ruinę. Za czasów mojego dyrektorowania pacjentów stopniowo przenoszono do „społeczności”, jak w bardzo ogólnikowy sposób nazywano anonimowe schroniska i domy opieki, gdzie trafiała większość z nich. (Jak na ironię szpital miał początkowo status azylu. Termin ten oznaczał „sanktuarium” i dopiero potem nabrał dodatkowego znaczenia. W rzeczywistości stanowił on wspólne schronienie dla społeczności, w której każdy znał imiona i przypadłości pacjentów). W 1979 roku, wkrótce po tym, jak podjąłem pracę w VA, bramy Boston State Hospital zostały zamknięte na głucho, a sama placówka przemieniła się w osiedle widmo.
W trakcie mojego pobytu w tym szpitalu kontynuowałem prace w laboratorium psychofarmakologicznym MMHC, w którym obrano wówczas inny niż wcześniej kierunek badań. W latach 60. naukowcy z National Institutes of Health (Narodowe Instytuty Zdrowia; NIH) zaczęli opracowywać techniki izolowania i mierzenia poziomów hormonów oraz neuroprzekaźników we krwi i w mózgu. Neuroprzekaźniki to chemiczni posłańcy, którzy przenoszą informacje między neuronami, a tym samym pozwalają nam funkcjonować w świecie.
Kiedy naukowcy znaleźli dowody na to, że nieprawidłowy poziom noradrenaliny ma związek z depresją, a dopaminy ze schizofrenią, pojawiła się nadzieja, że da się opracować leki pozwalające na skorygowanie tego rodzaju nieprawidłowości chemicznych w mózgu. Nadzieja ta nigdy się w pełni nie ziściła, lecz wysiłki na rzecz badania wpływu leków na objawy zaburzeń psychicznych doprowadziły do kolejnej głębokiej zmiany w naszej profesji. Naukowcy potrzebowali precyzyjnego i systematycznego sposobu komunikowania swoich spostrzeżeń, co doprowadziło do opracowania tak zwanych kryteriów diagnostycznych badań (ang. research diagnostic criteria), do czego nawet ja – jako skromny asystent – także się w pewnym stopniu przyczyniłem. Ostatecznie stały się one podstawą pierwszego systemu diagnozowania schorzeń psychicznych, a mianowicie wydawanego przez American Psychiatric Association podręcznika Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM) [Diagnostyczny i statystyczny podręcznik zaburzeń psychicznych], często nazywanego zresztą „biblią psychiatrii”. Przedmowa do przełomowego, trzeciego wydania (DSM-3) z 1980 roku była stosownie skromna i przyznawała, że system ten jest nieprecyzyjny – na tyle nieścisły, że nigdy nie powinien być używany do celów kryminalistycznych ani ubezpieczeniowych8. Wkrótce pokażę, że skromność ta niestety była krótkotrwała.
Gdy mierzyłem się z wieloma nierozwikłanymi zagadkami stresu pourazowego, zacząłem się zastanawiać, czy niektórych spośród nich nie da się rozwiązać dzięki rodzącej się wówczas dziedzinie wiedzy – neuronauce. Zainspirowany tym pomysłem zacząłem brać udział w spotkaniach American College of Neuropsychopharmacology (Amerykańskie Kolegium Neuropsychofarmakologii; ACNP). W 1984 roku ACNP zapewniło chętnym możliwość wzięcia udziału w wielu fascynujących wykładach na temat opracowywania nowych leków, lecz dopiero na kilka godzin przed planowanym lotem powrotnym do Bostonu wysłuchałem prelekcji Stevena Maiera z Uniwersytetu Kolorado, który współpracował z Martinem Seligmanem z Uniwersytetu Pensylwanii. Tematem wykładu było zjawisko wyuczonej bezradności u zwierząt. Maier i Seligman wielokrotnie razili zamknięte w klatkach psy prądem elektrycznym, co nazywali „nieuniknionym wstrząsem”9. Jako miłośnik psów byłem przekonany, że nigdy nie podjąłbym się takiego badania, jednak ciekawiło mnie, jaki wpływ to okrutne postępowanie wywarło na zwierzęta.
Badacze poddali psy serii wstrząsów elektrycznych, a potem otworzyli klatki i ponownie potraktowali czworonogi prądem. Wszystkie psy z grupy kontrolnej, które nie były wcześniej rażone w ten sposób, natychmiast czmychnęły z klatek, lecz te, które wcześniej zostały poddane nieuniknionym wstrząsom, nie próbowały uciekać nawet wtedy, gdy drzwiczki szeroko otwarto – po prostu leżały, skomlały i defekowały. Sama możliwość ucieczki najwyraźniej wcale nie musi oznaczać, że straumatyzowane zwierzęta wybiorą wolność – i nie inaczej jest u ludzi. Wielu po prostu się poddaje, tak jak psy Maiera i Seligmana. Zamiast zaryzykować i spróbować czegoś nowego, pozostają w dobrze im znanym lęku.
Prelekcja Maiera wywarła na mnie ogromne wrażenie. Moi obarczeni traumą pacjenci doświadczyli czegoś bardzo podobnego do tego, co badacze zrobili nieszczęsnym psom. Oni również zostali wystawieni na działanie kogoś (lub czegoś) i wyrządziło im to straszliwą krzywdę – taką, przed którą nie mogli uciec. Dokonałem w myślach szybkiego przeglądu moich pacjentów. Prawie wszyscy zostali w jakiś sposób uwięzieni albo unieruchomieni; niezdolni do podjęcia działań, które mogłyby zapobiec nieuniknionemu. Ich reakcja walki lub ucieczki została zablokowana, co skutkowało skrajnym pobudzeniem bądź załamaniem.
Maier i Seligman odkryli także, że poddawane wstrząsom psy wydzielały znacznie większe od typowych ilości hormonów stresu. Spostrzeżenie to potwierdziło wstępne odkrycia dotyczące podstaw stresu pourazowego. Grupa młodych badaczy – wśród nich Steve Southwick i John Krystal z Yale, Arieh Shalev z Hadassah Medical School w Jerozolimie, Frank Putnam z National Institute of Mental Health oraz Roger Pitman, który później trafił na Harvard – doszła do wniosku, że osoby obciążone traumą wydzielają duże ilości hormonów stresu jeszcze długo po tym, gdy rzeczywiste zagrożenie ustąpi. Z kolei Rachel Yehuda z Mount Sinai w Nowym Jorku przedstawiła nam zakrawające na paradoks wyniki badań, zgodnie z którymi osoby z PTSD cechują się niskim poziomem kortyzolu, jednego z hormonów stresu. Jej odkrycia zaczęły nabierać sensu dopiero w świetle dalszych badań, które pokazały, że kortyzol niejako kończy reakcję stresową i komunikuje organizmowi, że wszystko w porządku. Tymczasem w PTSD hormony stresu nie wracają do bazowego poziomu po ustąpieniu zagrożenia.
Byłoby idealnie, gdyby hormonalny system stresu błyskawicznie reagował na niebezpieczeństwo, a potem szybko przywracał nas do równowagi. Tymczasem u pacjentów z PTSD powrót do równowagi jest zakłócony. Choć niebezpieczeństwo minęło, nadal pojawiają się u nich sygnały walki, ucieczki lub zamrożenia, a cały system nie wraca do normy tak samo, jak działo się to u wspomnianych psów. Ciągłe wydzielanie hormonów stresu manifestuje się pobudzeniem i paniką, a w dłuższej perspektywie sieje spustoszenie w organizmie.
Tego dnia spóźniłem się na samolot, bo po prostu musiałem porozmawiać ze Stevenem Maierem. Jego warsztaty dostarczyły mi nie tylko wskazówek dotyczących podstawowych problemów moich pacjentów, lecz także możliwości ich rozwiązania. Razem z Seligmanem odkrył on na przykład, że jedyny sposób nauczenia straumatyzowanych psów, by po otwarciu drzwiczek zeszły z siatki, która raziła je prądem, polega na wielokrotnym wyciąganiu ich z klatki, aby mogły fizycznie się przekonać, jak mogą uciec. Zastanawiałem się, czy nie moglibyśmy w podobny sposób pomóc moim pacjentom zerwać z przeświadczeniem, że nie mogą zrobić nic, by się obronić. Czy oni także potrzebowali doświadczeń fizycznych, aby odzyskać wewnętrzne poczucie kontroli? A gdyby dało się ich nauczyć, że fizyczny ruch pozwala uciec od potencjalnego zagrożenia – podobnego do dawnej traumatycznej sytuacji, w której czuli się uwięzieni i unieruchomieni? To jeden z moich kluczowych wniosków – szerzej omawiam go w piątej części książki, poświęconej leczeniu.
Dalsze badania na zwierzętach – myszach, szczurach, kotach, małpach i słoniach – przyniosły kolejne intrygujące rezultaty10. Na przykład gdy naukowcy odtwarzali głośne, natarczywe dźwięki, myszy wychowane w przytulnych gniazdach i mające pod dostatkiem pożywienia natychmiast uciekały do siebie. Ale inne myszy, które dorastały w hałasie i nie mogły liczyć na pełną miskę, także uciekały do domu, nawet po pewnym czasie spędzonym w przyjemniejszym otoczeniu11.
Wystraszone zwierzęta uciekają do domu niezależnie od tego, czy jest on bezpieczny, czy budzi lęk. Pomyślałem o moich pacjentach z przemocowymi rodzinami, wracających do nich mimo ryzyka kolejnej krzywdy. Czy osoby z traumą są skazane na szukanie ucieczki do tego, co znane? Jeśli tak, dlaczego tak się dzieje i czy można pomóc im stworzyć więź z miejscami i aktywnościami dającymi poczucie bezpieczeństwa i przyjemności?12
Jednym z doświadczeń, które szczególnie uderzyły mnie i mojego kolegę Marka Greenberga podczas prowadzenia grup terapeutycznych dla żołnierzy walczących w Wietnamie, była niezwykła żywiołowość, z jaką opowiadali oni o katastrofach śmigłowców i umierających towarzyszach broni – choć wspomnienia te budziły w nich żal i grozę. (Chris Hedges, były korespondent „New York Timesa”, który relacjonował wiele brutalnych konfliktów, zatytułował swoją książkę War Is a Force That Gives Us Meaning [Wojna jest siłą, która daje nam sens]13). Wiele straumatyzowanych osób wydaje się dążyć do przeżyć, które dla większości są odstręczające14, a pacjenci często uskarżają się na nieokreślone poczucie pustki i nudy, jakie towarzyszy im, gdy nie są rozgniewani, pod presją albo zaangażowani w jakieś ryzykowne działania.
Kiedy moja pacjentka Julia miała szesnaście lat, została bestialsko zgwałcona w pokoju hotelowym. Sprawca groził jej bronią palną. Niedługo potem związała się z brutalnym alfonsem, który zrobił z niej pracownicę seksualną. Regularnie ją bił. Wielokrotnie trafiała do aresztu za świadczenie usług seksualnych, lecz zawsze wracała do swojego alfonsa. W końcu zainterweniowali jej dziadkowie, którzy opłacili intensywny stacjonarny program rehabilitacyjny. Po jego ukończeniu podjęła pracę jako recepcjonistka i zaczęła uczęszczać na zajęcia w miejscowym college’u. W ramach kursu z socjologii napisała pracę semestralną o wyzwalających możliwościach branży erotycznej, a na jej potrzeby przeczytała wspomnienia kilku sławnych pracownic seksualnych. Stopniowo rezygnowała z pozostałych kursów. Związek z kolegą z jej roku rozpadł się szybko, bo jak sama powiedziała, chłopak śmiertelnie ją nudził, a jego zamiłowanie do majtek typu bokserki – odrzucało. Potem poznała w metrze narkomana, który najpierw ją pobił, a potem zaczął prześladować. Ostatecznie, po kolejnym dotkliwym pobiciu, zdecydowała się wrócić na terapię.
Tego rodzaju nawracające traumatyczne przeżycia Freud nazwał „przymusem powtarzania”. Wierzył on – podobnie jak wielu jego naśladowców – że powielanie własnych schematów to podświadome próby przejęcia kontroli nad traumatyczną sytuacją, które w końcu mają doprowadzić do opanowania jej i rozwiązania. Nie ma żadnych dowodów na słuszność tej teorii, gdyż powtarzanie jedynie potęguje ból i nienawiść do samego siebie. Nawet w trakcie terapii ponowne przeżywanie traumy na nowo może nasilać fiksacje i obsesje.
