Strach ucieleśniony - Bessel van der Kolk - ebook

Strach ucieleśniony ebook

Bessel Van Der Kolk

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Książka Bessela van der Kolka jest pozycją szczególną. Stanowi kompendium współczesnej wiedzy na temat traumy, będąc jednocześnie głęboko osobistą, pełną pasji opowieścią o szukaniu dróg pomocy ludziom cierpiącym z powodu traumatycznych przeżyć. Autor – wybitny psychiatra, badacz i klinicysta – zaprasza do zrozumienia traumy i odkrywania kolejnych metod wyzwalania z jej uścisku. Śledzimy zawiłości diagnozy i odkrycia neuronauki. Przypatrujemy się sesjom terapeutycznym i pracy badawczej. Mimo poruszonych tu wstrząsających historii książka pozostawia głęboko humanistyczne, pełne optymizmu przesłanie: niezależnie od tego, w jak okrutne okoliczności rzuci nas życie, możemy zmobilizować w sobie siły nie tylko do przetrwania, ale także do uleczenia ze skutków przytłaczających doświadczeń. Otwartość na osiągnięcia nauki i prawdę doświadczenia, a także ogromne społeczne zaangażowanie Autora, czynią jego dzieło fascynującym poznawczo i niezwykle użytecznym dla praktyki terapeutycznej.

Pozycja dla profesjonalistów pracujących z traumą, dla tych z nas, którzy doświadczyli jej we własnym życiu, i dla wszystkich, którzy pragną zrozumieć drugiego człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 713

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Body Keeps the Score Copy­ri­ght © 2014 by Bes­sel van der Kolk Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Piotr Cie­ślak All rights rese­rved inc­lu­ding the right of repro­duc­tion in whole or in part of any form. This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Viking, an imprint of Pen­guin Publi­shing Group, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC.

Redak­cja: Ida Paw­łow­ska Korekta: Adam Osiń­ski, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Alex Merto Ilu­stra­cja na okładce: „Ica­rus”, plate VIII from Jazz, 1947 by Henri Matisse (1869–1954) © Suc­ces­sion H. Matisse Zdję­cie: © Natio­nal Museums Sco­tland / Brid­ge­man Ima­ges Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sja elek­tro­niczna w sys­te­mie Zecer: Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie trze­cie w nowym tłu­ma­cze­niu War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-860-2

Dedykacja

Pacjen­tom, mojej księ­dze świa­do­mo­ści ciała

Prolog. W obliczu traumy

Pro­log

W obli­czu traumy

Aby doświad­czyć traumy, nie trzeba wal­czyć na linii frontu ani tra­fić do obozu dla uchodź­ców w Syrii lub w Kongu. Trauma przy­da­rza się nam, naszym przy­ja­cio­łom, krew­nym i sąsia­dom. Bada­nia prze­pro­wa­dzone w USA przez Cen­ters for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion (Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób; CDC) wyka­zały, że co piąty Ame­ry­ka­nin był mole­sto­wany sek­su­al­nie w dzie­ciń­stwie, co czwarty został pobity przez rodzi­ców tak dotkli­wie, że zostały mu ślady na ciele, a co trze­cia para zmaga się z pro­ble­mem prze­mocy fizycz­nej we wła­snym domu. Co czwarte z nas dora­stało w rodzi­nie, w któ­rej jeden z bli­skich był alko­ho­li­kiem, a co ósme patrzyło, jak bito jego matkę1.

Przed­sta­wi­ciele gatunku ludz­kiego są isto­tami nie­zwy­kle odpor­nymi. Od zara­nia dzie­jów pod­no­simy się po bez­li­to­snych woj­nach i nie­zli­czo­nych kata­stro­fach (tych natu­ral­nych i tych spo­wo­do­wa­nych przez nas samych) oraz po incy­den­tach prze­mocy i zdrad w codzien­nym życiu. Ale każde trau­ma­tyczne doświad­cze­nie pozo­sta­wia po sobie ślady, zarówno na wielką skalę (w histo­rii i kul­tu­rze), jak i w naszym naj­bliż­szym oto­cze­niu, a mroczne sekrety są nie­po­strze­że­nie prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Ślady pozo­stają także w naszych umy­słach i wpły­wają na emo­cje, rzu­tują na zdol­ność do odczu­wa­nia rado­ści oraz intym­no­ści, a nawet na fizjo­lo­gię oraz układ odpor­no­ściowy.

Trauma dotyka nie tylko tych, któ­rzy bez­po­śred­nio jej doświad­czyli, lecz także wszyst­kich wokół. Żoł­nie­rze wra­ca­jący do domu z linii frontu mogą prze­ra­żać wła­sne rodziny wybu­chami wście­kło­ści albo emo­cjo­nalną obo­jęt­no­ścią. Żony męż­czyzn cier­pią­cych na zespół stresu poura­zo­wego (ang. post­trau­ma­tic stress disor­der; PTSD) czę­sto wpa­dają w depre­sję, a dzieci matek z depre­sją są nara­żone na zwięk­szone ryzyko dora­sta­nia w atmos­fe­rze nie­pew­no­ści i nie­po­koju. Doświad­cza­nie prze­mocy w śro­do­wi­sku rodzin­nym w dzie­ciń­stwie czę­sto utrud­nia nawią­zy­wa­nie sta­bil­nych, opar­tych na zaufa­niu rela­cji w doro­słym życiu.

Trauma z defi­ni­cji jest czymś nie do znie­sie­nia, nie do zaak­cep­to­wa­nia. U więk­szo­ści ofiar gwał­tów, wete­ra­nów wojen­nych czy mole­sto­wa­nych dzieci sama myśl o prze­ży­tej trau­mie wywo­łuje tak silny lęk, że pró­bują oni wyprzeć te wspo­mnie­nia i żyć tak, jakby nic się nie wyda­rzyło. Życie w cie­niu wspo­mnień o ter­ro­rze oraz wstyd pły­nący z doświad­cze­nia skraj­nej bez­sil­no­ści i bez­bron­no­ści wyma­gają ogrom­nego wysiłku.

Choć wszy­scy chcemy zosta­wić traumę za sobą, część naszego mózgu odpo­wie­dzialna za prze­trwa­nie (dzia­ła­jąca głę­boko pod war­stwą mózgu racjo­nal­nego) nie­szcze­gól­nie dobrze radzi sobie z wypie­ra­niem nega­tyw­nych wspo­mnień. Remi­ni­scen­cje trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia – nawet długo po jego zakoń­cze­niu – mogą zostać na nowo roz­bu­dzone przez choćby cień nie­bez­pie­czeń­stwa, który ożywi zabu­rzone obwody mózgu i skłoni je do wydzie­la­nia ogrom­nych ilo­ści hor­mo­nów stresu. Rodzi to nie­przy­jemne emo­cje, silne dozna­nia soma­tyczne oraz impul­sywne i agre­sywne zacho­wa­nia. Tego rodzaju post­trau­ma­tyczne reak­cje wydają się nie­zro­zu­miałe i przy­tła­cza­jące. Osoby, które prze­żyły traumę, czę­sto czują, że nie są w sta­nie nad nimi zapa­no­wać, i oba­wiają się, że są nie­od­wra­cal­nie zabu­rzone.

* * *

Po raz pierw­szy zain­te­re­so­wa­łem się medy­cyną pod­czas obozu let­niego, gdy mia­łem czter­na­ście lat. Mój kuzyn Michael nie dawał mi spać, wyja­śnia­jąc zawi­ło­ści dzia­ła­nia nerek. Opo­wia­dał, jak sub­stan­cje będące pochod­nymi prze­miany mate­rii wyda­lają, a potem odzy­skują te, które pozwa­lają utrzy­mać home­ostazę orga­ni­zmu. Urze­kły mnie jego opo­wie­ści o nie­zwy­kłych aspek­tach funk­cjo­no­wa­nia ciała. Póź­niej, na poszcze­gól­nych eta­pach stu­dio­wa­nia medy­cyny – nie­za­leż­nie od tego, czy zgłę­bia­łem chi­rur­gię, kar­dio­lo­gię czy pedia­trię – uwa­ża­łem za oczy­wi­ste, że warun­kiem zdro­wie­nia jest zro­zu­mie­nie dzia­ła­nia całego ludz­kiego orga­ni­zmu. Ale gdy roz­po­czą­łem staż psy­chia­tryczny, zdu­miał mnie kon­trast mię­dzy nie­wia­ry­godną zło­żo­no­ścią umy­słu oraz róż­no­rod­no­ścią inte­rak­cji i więzi mię­dzyludzkich a tym, jak nie­wiele psy­chia­trzy wie­dzą o źró­dłach pro­ble­mów, które leczą. Czy któ­re­goś dnia będziemy znać taj­niki mózgów, umy­słów i miło­ści tak dobrze, jak znamy inne układy skła­da­jące się na ludzki orga­nizm?

Choć od osią­gnię­cia tak głę­bo­kiego zro­zu­mie­nia dzielą nas jesz­cze dłu­gie lata, naro­dziny trzech dzie­dzin nauki zapo­cząt­ko­wały praw­dziwą eks­plo­zję wie­dzy o skut­kach traumy, nad­użyć i zanie­dbań. Te nowe dys­cy­pliny to: neu­ro­nauka, zaj­mu­jąca się bada­niem pro­ce­sów umy­sło­wych zacho­dzą­cych w mózgu; psy­cho­pa­to­lo­gia roz­wo­jowa, która bada wpływ nie­ko­rzyst­nych doświad­czeń na roz­wój umy­słu i mózgu; oraz neu­ro­bio­lo­gia inter­per­so­nalna, która sku­pia się na tym, jak nasze zacho­wa­nia wpły­wają na emo­cje, fizjo­lo­gię i nasta­wie­nie ota­cza­ją­cych nas osób.

Bada­nia pro­wa­dzone w ramach tych nowych dys­cy­plin poka­zały, że trauma przy­czy­nia się do rze­czy­wi­stych, fizjo­lo­gicz­nych zmian, obej­mu­ją­cych prze­stro­je­nie sys­temu alar­mo­wego mózgu, wzrost aktyw­no­ści hor­mo­nów stresu oraz mody­fi­ka­cje w ukła­dzie, który odsiewa infor­ma­cje istotne od nie­istot­nych. Zmiany te wyja­śniają, dla­czego ludzie strau­ma­ty­zo­wani stają się nad­mier­nie wyczu­leni na zagro­że­nia, przez co rza­dziej prze­ja­wiają spon­ta­niczne zacho­wa­nia w codzien­nym życiu. Poma­gają one także zro­zu­mieć, dla­czego osoby obcią­żone traumą tak czę­sto powta­rzają te same pro­ble­ma­tyczne zacho­wa­nia i mają trud­no­ści z ucze­niem się na błę­dach. Wiemy obec­nie, że takie postę­po­wa­nie nie wynika z braku kom­pasu moral­nego lub sil­nej woli i nie jest prze­ja­wem złego cha­rak­teru, lecz zostało spo­wo­do­wane rze­czy­wi­stymi zmia­nami, do jakich doszło w ich mózgach.

Ogromny wzrost wie­dzy doty­czą­cej pod­sta­wo­wych pro­ce­sów leżą­cych u pod­staw traumy przy­czy­nił się do powsta­nia nowych moż­li­wo­ści łago­dze­nia lub nawet eli­mi­no­wa­nia wyrzą­dzo­nych przez nią szkód. Możemy opra­co­wy­wać metody i tech­niki, które pomogą oca­la­łym odzy­skać peł­nię życia tu i teraz – oraz zna­leźć siłę, by iść dalej. W meto­dach tych zasad­ni­czo da się wyróż­nić trzy podej­ścia: (1) odgórne, pole­ga­jące na roz­mo­wie, nawią­zy­wa­niu (ponow­nym) kon­taktu z innymi oraz pozna­wa­niu i poj­mo­wa­niu tego, co dzieje się w nas pod­czas prze­twa­rza­nia trau­ma­tycz­nych wspo­mnień; (2) pole­ga­jące na przyj­mo­wa­niu leków, które blo­kują nie­pra­wi­dłowe reak­cje alar­mowe, bądź opie­ra­jące się na wyko­rzy­sty­wa­niu tech­nik, które wpły­wają na spo­sób upo­rząd­ko­wa­nia infor­ma­cji w mózgu; oraz; (3) oddolne, pole­ga­jące na pozwa­la­niu ciału na prze­ży­wa­nie doświad­czeń, które na głę­bo­kim i instynk­tow­nym pozio­mie sta­no­wią zaprze­cze­nie bez­rad­no­ści, wście­kło­ści lub zała­ma­nia ner­wo­wego, będą­cych skut­kiem traumy. O tym, które z tych podejść okaże się naj­lep­sze w przy­padku kon­kret­nego oca­la­łego, należy się prze­ko­nać empi­rycz­nie. Więk­szość osób, z któ­rymi pra­co­wa­łem, wyma­gała ich połą­cze­nia.

Na tym polega praca mojego życia. Poma­gali mi w niej kole­dzy i stu­denci z Trauma Cen­ter, które zało­ży­łem trzy­dzie­ści lat temu. Wspól­nie leczy­li­śmy tysiące strau­ma­ty­zo­wa­nych dzieci i doro­słych: ofiary mole­sto­wa­nia, klęsk żywio­ło­wych, wojen, wypad­ków i han­dlu ludźmi; osoby, które doświad­czyły prze­mocy ze strony naj­bliż­szych i ludzi zupeł­nie obcych. Od lat prak­ty­ku­jemy szcze­gó­łowe oma­wia­nie pro­ble­mów wszyst­kich pacjen­tów pod­czas coty­go­dnio­wych spo­tkań zespołu tera­peu­tycz­nego, a także dokładne oce­nia­nie sku­tecz­no­ści róż­nych form tera­pii w odnie­sie­niu do poszcze­gól­nych osób.

Nasza główna misja polega na roz­ta­cza­niu opieki nad dziećmi i doro­słymi zgła­sza­ją­cymi się do nas na tera­pię. Rów­no­cze­śnie od początku anga­żo­wa­li­śmy się w bada­nia nad wpły­wem trau­ma­tycz­nego stresu na różne grupy oraz nad tym, które metody lecze­nia są naj­sku­tecz­niej­sze. Otrzy­my­wa­li­śmy wspar­cie w postaci gran­tów badaw­czych z Natio­nal Insti­tute of Men­tal Health (Naro­do­wego Insty­tutu Zdro­wia Psy­chicz­nego), Natio­nal Cen­ter for Com­ple­men­tary and Alter­na­tive Medi­cine (Naro­do­wego Cen­trum Medy­cyny Kom­ple­men­tar­nej i Alter­na­tyw­nej), Cen­ters for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion i wielu pry­wat­nych fun­da­cji, dzięki czemu mogli­śmy badać sku­tecz­ność roz­ma­itych form lecze­nia – od far­ma­ko­te­ra­pii, przez tera­pię roz­mową, jogę, EMDR (odwraż­li­wia­nie i prze­twa­rza­nie za pomocą ruchu gałek ocznych) i teatr, aż po neu­ro­fe­ed­back.

Wyzwa­nie zawiera się w nastę­pu­ją­cym pyta­niu: „Jak ludzie mogą zyskać kon­trolę nad pozo­sta­ło­ściami daw­nej traumy i na nowo prze­jąć stery swo­jego życia?”. Pomocne oka­zują się roz­mowa, zro­zu­mie­nie i więzi mię­dzy­ludz­kie, leki mogą nato­miast łago­dzić nad­mierną aktyw­ność sys­te­mów alar­mo­wych. Widzimy jed­nak, że piętna prze­szło­ści można prze­mie­nić i że można odzy­skać samokon­trolę dzięki doświad­cze­niom fizycz­nym, które bez­po­śred­nio prze­ciw­sta­wiają się bez­sil­no­ści, wście­kło­ści i zała­ma­niu ner­wo­wemu – nie­od­łącz­nym ele­men­tom traumy. Nie mam ulu­bio­nej metody lecze­nia – nie ist­nieje bowiem jedno uni­wer­salne podej­ście, które spraw­dzi­łoby się u każ­dego. Prak­ty­kuję więc wszyst­kie formy tera­pii omó­wione w tej książce. Każda z nich może dopro­wa­dzić do głę­bo­kich zmian, w zależ­no­ści od natury kon­kret­nego pro­blemu oraz spe­cy­fiki danego pacjenta.

Napi­sa­łem tę książkę, by słu­żyła jako prze­wod­nik, a zara­zem stała się zapro­sze­niem do zmie­rze­nia się z realiami traumy; do odkry­wa­nia, jak naj­le­piej ją leczyć, oraz do zobo­wią­za­nia się w ramach całego spo­łe­czeń­stwa, by zapo­bie­gać jej wystę­po­wa­niu wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami.

Część pierwsza. Odkrywanie traumy na nowo

Część pierw­sza

Odkry­wa­nie traumy na nowo

Rozdział 1. Lekcje od weteranów z Wietnamu

Roz­dział 1

Lek­cje od wete­ra­nów z Wiet­namu

Sta­łem się tym, kim teraz jestem, kiedy mia­łem dwa­na­ście lat, pew­nego mroź­nego, pochmur­nego dnia zimą roku 1974 (…). Dawno temu; zdą­ży­łem jed­nak prze­ko­nać się, że nie­prawdą jest to, co mówią o prze­szło­ści – że czas leczy wszel­kie rany (…). Teraz wiem, że w ten opusz­czony zaułek spo­glą­dam od dwu­dzie­stu sze­ściu lat.

– Kha­led Hos­se­ini, Chło­piec z lataw­cem1

Życie nie­któ­rych osób układa się w spójną opo­wieść. Moje miało wiele przerw i ponow­nych począt­ków. Tak wła­śnie działa trauma. Prze­rywa wątek (…). Po pro­stu się przy­da­rza, a życie toczy się dalej. Nikt nie może nas na nią przy­go­to­wać.

– Jes­sica Stern, To nie mogło się zda­rzyć2

Wtorek, po świą­tecz­nym week­en­dzie, 4 lipca 1978 roku był moim pierw­szym dniem pracy jako psy­chia­try w bostoń­skiej kli­nice Vete­rans Admi­ni­stra­tion (Depar­ta­ment ds. Wete­ra­nów; VA). Wie­sza­łem wła­śnie na ścia­nie nowego gabi­netu repro­duk­cję mojego ulu­bio­nego obrazu Pie­tera Bru­egla, Ślepcy pro­wa­dzący ślep­ców, kiedy usły­sza­łem jakiś hałas dobie­ga­jący z recep­cji znaj­du­ją­cej się na końcu kory­ta­rza. Chwilę póź­niej drzwi się otwo­rzyły i do środka wpadł wielki roz­czo­chrany męż­czy­zna w popla­mio­nym trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, z egzem­pla­rzem maga­zynu „Sol­dier of For­tune” pod pachą. Olbrzym był nie­wąt­pli­wie ska­co­wany i tak wzbu­rzony, że nie mia­łem poję­cia, jak mógł­bym mu pomóc. Popro­si­łem, żeby usiadł i powie­dział, co mogę dla niego zro­bić.

Miał na imię Tom. Dzie­sięć lat wcze­śniej słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej i wal­czył w Wiet­na­mie. Świą­teczny week­end, zamiast z rodziną, spę­dził w swo­jej kan­ce­la­rii praw­nej w cen­trum Bostonu, pijąc alko­hol i oglą­da­jąc stare zdję­cia. Wie­dział z doświad­cze­nia, że rumor, fajer­werki i pik­nik w ogro­dzie sio­stry, otu­lo­nym wcze­sno­let­nią zie­le­nią, dopro­wa­dzą go do szału – wszystko to koja­rzyło mu się z Wiet­na­mem. Kiedy się dener­wo­wał, wolał nie prze­by­wać z rodziną, ponie­waż oba­wiał się, że zacznie prze­ja­wiać agre­sywne zacho­wa­nia wobec żony i dwóch małych synów. Hałas czy­niony przez dzieci draż­nił go do tego stop­nia, że wybie­gał z domu, by nie wyrzą­dzić im krzywdy. Uspo­ka­jały go jedy­nie picie na umór i ryzy­kow­nie szybka jazda har­leyem.

Noc nie przy­no­siła uko­je­nia – jego sen raz po raz roz­dzie­rały kosz­mary o zasadzce na wiet­nam­skim polu ryżo­wym, gdzie nie­mal wszy­scy towa­rzy­sze z plu­tonu pole­gli lub odnie­śli rany. Powra­cały do niego też kosz­marne obrazy mar­twych wiet­nam­skich dzieci. Wizje były tak potworne, że bał się zasnąć i przez więk­szość nocy szu­kał znie­czu­le­nia w alko­holu. Rano żona zasta­wała go nie­przy­tom­nego na kana­pie w salo­nie i gdy przy­go­to­wy­wała chłop­com śnia­da­nie, musiała cho­dzić na palusz­kach, podob­nie jak oni.

Tom opo­wie­dział mi o swo­jej sytu­acji i wspo­mniał, że ukoń­czył liceum jako pry­mus. Było to w 1965 roku. Potem zaś, zgod­nie z rodzinną tra­dy­cją, wła­ści­wie od razu zacią­gnął się do pie­choty mor­skiej. Jego ojciec w cza­sie II wojny świa­to­wej słu­żył w armii gene­rała Pat­tona, a Tom ni­gdy nie kwe­stio­no­wał ojcow­skich ocze­ki­wań – jako czło­wiek wyspor­to­wany, inte­li­gentny i mający zdol­no­ści przy­wód­cze po ukoń­cze­niu pod­sta­wo­wego szko­le­nia czuł się silny i sku­teczny. Nale­żał do zespołu, który był gotowy na wszystko. W Wiet­na­mie szybko został dowódcą plu­tonu i miał ośmiu pod­ko­mend­nych. Umie­jęt­ność prze­trwa­nia w bło­cie, pod ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych, może dać ludziom poczu­cie, że pora­dzą sobie w pra­wie każ­dej sytu­acji. Kiedy Tom odsłu­żył swoje i z hono­rami prze­szedł w stan spo­czynku, pra­gnął jedy­nie zosta­wić Wiet­nam za sobą. I na pozór to wła­śnie zro­bił. Poszedł do col­lege’u i ukoń­czył stu­dia praw­ni­cze – jedno i dru­gie dzięki pro­gra­mom wspar­cia dla wete­ra­nów – a potem poślu­bił swoją lice­alną miłość i docze­kał się dwóch synów. Nie­po­koił go jed­nak jego chłód emo­cjo­nalny wzglę­dem żony, choć to prze­cież jej listy utrzy­my­wały go przy zdro­wych zmy­słach w pie­kle wiet­nam­skiej dżun­gli. Tom usi­ło­wał zacho­wy­wać się nor­mal­nie, mając nadzieję, że w końcu uda mu się naprawdę odzy­skać dawne życie. Kiedy do mnie przy­szedł, miał pro­spe­ru­jącą kan­ce­la­rię i rodzinę jak z obrazka. Nie czuł się jed­nak do końca sobą – jakby był mar­twy w środku.

Mimo że Tom był pierw­szym wete­ra­nem, z jakim zetkną­łem się na płasz­czyź­nie zawo­do­wej, wiele ele­men­tów jego histo­rii było mi zna­nych. Dora­sta­łem w powo­jen­nej Holan­dii, gdzie bawi­łem się w zbom­bar­do­wa­nych budyn­kach, i byłem synem czło­wieka, który jako otwarty prze­ciw­nik nazi­stów tra­fił do obozu. Ojciec wpraw­dzie ni­gdy nie roz­po­wia­dał o swo­ich wojen­nych prze­ży­ciach, lecz mie­wał wybu­chy wście­kło­ści, które wpra­wiały mnie – wtedy wciąż małego chłopca – w praw­dziwe osłu­pie­nie. Jak to moż­liwe, że czło­wiek, który każ­dego ranka, gdy reszta rodziny jesz­cze spała, cicho scho­dził po scho­dach, by oddać się modli­twie i lek­tu­rze Biblii, mógł mieć tak poryw­czy tem­pe­ra­ment? Jak ktoś, kto poświę­cił życie walce o spra­wie­dli­wość spo­łeczną, mógł być do tego stop­nia prze­peł­niony gnie­wem? Byłem świad­kiem podob­nie zagad­ko­wego zacho­wa­nia u mojego wujka, który został poj­many przez Japoń­czy­ków w holen­der­skich wów­czas Indiach Wschod­nich (obec­nie Indo­ne­zja) i wysłany na przy­mu­sowe roboty w Bir­mie (obec­nie Mjanma), gdzie pra­co­wał przy wzno­sze­niu słyn­nego mostu na rzece Kwai. On także rzadko wspo­mi­nał o woj­nie, znacz­nie czę­ściej zaś wybu­chał nie­po­ha­mo­wa­nym gnie­wem.

Słu­cha­jąc Toma, zasta­na­wia­łem się, czy mój wujek i ojciec mie­wali kosz­mary i nawra­ca­jące wspo­mnie­nia. Czy oni także czuli się zdy­stan­so­wani emo­cjo­nal­nie od naj­bliż­szych i czy rów­nież nie byli zdolni do odczu­wa­nia praw­dzi­wej przy­jem­no­ści? Gdzieś z tyłu głowy musia­łem też mieć wspo­mnie­nia mojej prze­ra­żo­nej (a czę­sto też budzą­cej prze­ra­że­nie) matki, która cza­sem napo­my­kała o trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach z dzie­ciń­stwa, a jak wydaje mi się z dzi­siej­szej per­spek­tywy, nie­jed­no­krot­nie ponow­nie je odgry­wała. Kiedy pyta­łem o prze­szłość, miała w zwy­czaju nagle mdleć, a potem oskar­żała mnie, że to przeze mnie zna­la­zła się w takim sta­nie.

Gdy prze­ko­nał się, że naprawdę go słu­cham, Tom zaczął opo­wia­dać o ogrom­nym prze­ra­że­niu i zagu­bie­niu. Bał się, że idzie w ślady ojca, który był wiecz­nie zły i rzadko roz­ma­wiał ze swo­imi dziećmi, chyba że chciał w nie­przy­chylny spo­sób porów­nać je do swo­ich towa­rzy­szy broni, któ­rzy w oko­li­cach Bożego Naro­dze­nia w 1944 roku stra­cili życie pod­czas bitwy o Ardeny.

Kiedy sesja dobie­gała końca, zro­bi­łem to, co zwy­kle robią leka­rze: sku­pi­łem się na tej czę­ści histo­rii, którą sądzi­łem, że rozu­miem – czyli na kosz­ma­rach Toma. Pod­czas stu­diów medycz­nych pra­co­wa­łem w labo­ra­to­rium snu, obser­wu­jąc cykle snu i marzeń sen­nych u bada­nych. Mia­łem też na kon­cie kilka publi­ka­cji na temat kosz­ma­rów. Ponadto uczest­ni­czy­łem we wcze­snych bada­niach nad dobro­czyn­nym wpły­wem środ­ków psy­cho­ak­tyw­nych, które wtedy – w latach 70. – dopiero zaczęto sto­so­wać. Choć nie zda­wa­łem sobie w pełni sprawy ze skali pro­ble­mów Toma, kosz­mary były dla mnie punk­tem zacze­pie­nia, a jako entu­zja­styczny zwo­len­nik lep­szego życia dzięki che­mii prze­pi­sa­łem mu lek, który miał sku­tecz­nie ogra­ni­czać ich czę­stość i nasi­le­nie. Zapro­si­łem Toma na wizytę kon­tro­lną za dwa tygo­dnie.

Pod­czas następ­nej wizyty już na wstę­pie zapy­ta­łem Toma, jak zadzia­łał lek. Odparł, że nie wziął ani pigułki. Usi­łu­jąc ukryć poiry­to­wa­nie, zapy­ta­łem o powody. „Zda­łem sobie sprawę z tego, że gdy­bym wziął ten śro­dek i pozbył się kosz­ma­rów – wyja­śnił – to tak, jak­bym porzu­cił moich przy­ja­ciół, a ich śmierć poszłaby wtedy na marne. Muszę być żywym pomni­kiem pole­głych towa­rzy­szy z Wiet­namu”.

Osłu­pia­łem: lojal­ność Toma wzglę­dem zmar­łych nie pozwa­lała mu żyć wła­snym życiem, podob­nie jak jego ojcu nie pozwa­lało żyć odda­nie wobec przy­ja­ciół żoł­nie­rzy. Wynie­sione z pól bitew­nych doświad­cze­nia syna i ojca spra­wiły, że reszta ich życia stała się nie­istotna. Jak do tego doszło i czy dało się z tym coś zro­bić? Tam­tego ranka zda­łem sobie sprawę z tego, że resztę życia zawo­do­wego prawdopodob­nie spę­dzę na pró­bach odkry­wa­nia tajem­nic traumy. Dla­czego czy­jeś prze­ra­ża­jące doświad­cze­nia nie­odwo­łal­nie więżą go w prze­szło­ści? Jakie zja­wi­ska zacho­dzące w ludz­kim umy­śle spra­wiają, że czło­wiek upar­cie tkwi w pułapce miej­sca, które tak roz­pacz­li­wie pra­gnie opu­ścić? Czemu wojna Toma nie zakoń­czyła się w lutym 1969 roku – z chwilą gdy rodzice wyści­skali go na Logan Inter­na­tio­nal Air­port w Bosto­nie po dłu­gim locie powrot­nym z Da Nang?

Potrzeba Toma, by odgry­wać rolę żywego pomnika swo­ich towa­rzy­szy, uświa­do­miła mi, że cierpi on na zabu­rze­nie, któ­rego zło­żo­ność znacz­nie wykra­cza poza złe wspo­mnie­nia, zakłó­ce­nia rów­no­wagi che­micz­nej w mózgu czy zmiany w obwo­dach decy­du­ją­cych o odczu­wa­niu stra­chu. Przed zasadzką na polu ryżo­wym Tom był odda­nym i lojal­nym przy­ja­cie­lem – czło­wie­kiem, który cie­szył się życiem, miał wiele zain­te­re­so­wań i zdol­ność do odczu­wa­nia przy­jem­no­ści. W jed­nej prze­ra­ża­ją­cej chwili trauma odmie­niła wszystko.

Pod­czas mojej prak­tyki w VA pozna­łem wielu męż­czyzn, któ­rzy reago­wali podob­nie. Nawet w obli­czu drob­nych uciąż­li­wo­ści wete­rani czę­sto w jed­nej chwili wpa­dali w skrajną wście­kłość. Na pły­tach gip­sowo-kar­to­no­wych w publicz­nie dostęp­nych czę­ściach kli­niki pełno było śla­dów po ude­rze­niach ich pię­ści, a ochro­nia­rze co rusz musieli strzec recep­cjo­ni­stów i rze­czo­znaw­ców ubez­pie­cze­nio­wych przed roz­ju­szo­nymi wete­ra­nami. Ich zacho­wa­nia, rzecz jasna, prze­ra­żały – ale mnie także cie­ka­wiły.

W domu z żoną zma­ga­li­śmy się z podob­nymi pro­ble­mami u naszych kil­ku­lat­ków, które regu­lar­nie wpa­dały w złość, gdy kaza­li­śmy im jeść szpi­nak lub wło­żyć skar­petki. Dla­czego więc zupeł­nie nie przej­mo­wa­łem się nie­doj­rza­łym zacho­wa­niem moich dzieci, ale głę­boko nie­po­ko­iło mnie to, co działo się z wete­ra­nami (oczy­wi­ście bio­rąc poprawkę na roz­miar, jako że ci potężni męż­czyźni byli w sta­nie wyrzą­dzić znacz­nie więk­sze szkody niż nasze malu­chy)? Byłem bowiem głę­boko prze­ko­nany, że dzięki wła­ści­wej opiece moje dzieci nauczą się radzić sobie z fru­stra­cją i roz­cza­ro­wa­niem. Wąt­pi­łem jed­nak w to, czy zdo­łam pomóc wete­ra­nom odzy­skać utra­coną na woj­nie samo­kon­trolę.

Nie­stety, moje szko­le­nie psy­chia­tryczne w żad­nej mie­rze nie przy­go­to­wało mnie do radze­nia sobie z wyzwa­niami, jakie sta­wiali przede mną Tom i inni wete­rani. Uda­łem się do biblio­teki medycz­nej, aby poszu­kać ksią­żek poru­sza­ją­cych kwe­stie neu­roz wojen­nych, ner­wicy fron­to­wej, wyczer­pa­nia bojo­wego i innych ter­mi­nów lub dia­gnoz, które mogłyby rzu­cić świa­tło na przy­pa­dło­ści tych pacjen­tów. Ku mojemu zasko­cze­niu w biblio­tece w VA nie było ani jed­nej pozy­cji na temat żad­nego z wymie­nio­nych zabu­rzeń. Minęło pięć lat, odkąd ostatni ame­ry­kań­ski żoł­nierz opu­ścił Wiet­nam, a kwe­stia traumy wojen­nej wciąż zda­wała się nikogo nie obcho­dzić. W końcu w biblio­tece Coun­tway w Harvard Medi­cal School odkry­łem opu­bli­ko­waną w 1941 roku książkę zaty­tu­ło­waną The Trau­ma­tic Neu­ro­ses of War [Trau­ma­tyczne wojenne ner­wice poura­zowe] psy­chia­try Abrama Kar­di­nera. Lekarz przed­sta­wił w niej swoje spo­strze­że­nia doty­czące wete­ra­nów I wojny świa­to­wej, a sama książka uka­zała się z myślą o ogrom­nej fali ofiar ner­wicy fron­to­wej, jakiej nadej­ście prze­wi­dy­wano w kon­tek­ście trwa­ją­cej wów­czas II wojny świa­to­wej1.

Kar­di­ner opi­sał w niej te same zja­wi­ska, które obser­wo­wa­łem: po woj­nie jego pacjen­tów ogar­niało poczu­cie bez­na­dziei. Sta­wali się wyob­co­wani i ode­rwani od rze­czy­wi­sto­ści, nawet jeśli wcze­śniej funk­cjo­no­wali dobrze. To, co Kar­di­ner nazwał „trau­ma­tycz­nymi neu­ro­zami” (ang. trau­ma­tic neu­ro­ses), dziś okre­ślamy mia­nem zespołu stresu poura­zo­wego, czyli PTSD. Badacz zauwa­żył, że u osób cier­pią­cych na ner­wice poura­zowe wykształca się skłon­ność do nie­ustan­nego bycia w pogo­to­wiu i wyczu­le­nie na zagro­że­nia. Moją uwagę w szcze­gól­no­ści zwró­ciło pod­su­mo­wa­nie: „Istotą ner­wicy jest fizjo­ner­wica”2. Innymi słowy – wbrew przy­pusz­cze­niom nie­któ­rych ludzi – stres poura­zowy nie „sie­dzi wyłącz­nie w gło­wie”, lecz ma pod­łoże fizjo­lo­giczne. Kar­di­ner już wtedy zda­wał sobie sprawę z tego, że źró­dłem obja­wów jest reak­cja całego ciała na pier­wotną traumę.

Spo­strze­że­nia naukowca potwier­dzały moje obser­wa­cje, co w jakimś sen­sie mnie pokrze­piało, choć nie zawie­rały wielu wska­zó­wek doty­czą­cych tego, jak mogę pomóc wete­ra­nom. Brak lite­ra­tury sta­no­wił prze­szkodę, lecz Elvin Sem­rad, mój wybitny nauczy­ciel, zawsze powta­rzał, aby­śmy pod­cho­dzili do pod­ręcz­ni­ków ze scep­ty­cy­zmem. Mawiał, że mamy tylko jeden praw­dziwy pod­ręcz­nik: pacjen­tów, i powin­ni­śmy ufać jedy­nie temu, czego uczymy się od nich, oraz wła­snemu doświad­cze­niu. Wydaje się to pro­ste, lecz Sem­rad – choć sam suge­ro­wał bazo­wa­nie na wła­snej wie­dzy – ostrze­gał zara­zem, jak trudny jest to pro­ces. Ludzie z natury są bowiem eks­per­tami w myśle­niu życze­nio­wym i zaciem­nia­niu prawdy. Pamię­tam, jak powie­dział: „Głów­nym źró­dłem naszego cier­pie­nia są kłam­stwa, które sobie powta­rzamy”. Gdy pra­co­wa­łem w VA, szybko odkry­łem, jak bole­sne może być sta­wia­nie czoła rze­czy­wi­sto­ści. Doty­czyło to zarówno moich pacjen­tów, jak i mnie samego.

Tak naprawdę nie chcemy wie­dzieć, przez co prze­cho­dzą żoł­nie­rze na polu walki. Tak naprawdę nie chcemy wie­dzieć, ile dzieci jest mole­sto­wa­nych i mal­tre­to­wa­nych ani w ilu związ­kach – a jak się oka­zuje, pra­wie w jed­nej trze­ciej – na jakimś eta­pie docho­dzi do prze­mocy. Wolimy myśleć o rodzi­nach jako o bez­piecz­nych przy­sta­niach w bez­dusz­nym świe­cie, a o ojczyź­nie jako o miej­scu zamiesz­ka­nym przez oświe­co­nych, cywi­li­zo­wa­nych ludzi. Wolimy wie­rzyć, że okru­cień­stwo jest domeną jakichś odle­głych rejo­nów i kra­jów, takich jak Dar­fur czy Kongo. Wystar­cza­jąco trudno jest być świad­kiem czy­je­goś bólu. Nie powinno więc dzi­wić, że osoby dotknięte traumą czę­sto nie są w sta­nie znieść wspo­mnień i się­gają po sub­stan­cje psy­cho­ak­tywne, alko­hol lub samo­oka­le­cze­nia, by stłu­mić świa­do­mość nie do znie­sie­nia.

Tom i inni wete­rani byli moimi pierw­szymi nauczy­cie­lami w dąże­niu do zro­zu­mie­nia tego, jak przy­tła­cza­jące doświad­cze­nia są w sta­nie nisz­czyć życie, oraz do poszu­ki­wa­nia spo­so­bów na to, by mogli na nowo zacząć żyć pełną pier­sią.

Trauma i utrata siebie

Pierw­sze bada­nie, które prze­pro­wa­dzi­łem w VA, zaczęło się od sys­te­ma­tycz­nego pyta­nia wete­ra­nów o ich prze­ży­cia w Wiet­na­mie. Chcia­łem się dowie­dzieć, co popchnęło ich na skraj prze­pa­ści i dla­czego nie­któ­rzy zała­mali się pod wpły­wem tego doświad­cze­nia, inni byli zaś w sta­nie wró­cić do nor­mal­nego życia3. Więk­szość męż­czyzn, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, uda­wała się na wojnę w prze­świad­cze­niu, że jest do niej dobrze przy­go­to­wana, a rygor szko­le­nia pod­sta­wo­wego i wspólne mie­rze­nie się z nie­bez­pie­czeń­stwami zbli­żyły ich do sie­bie. Wymie­niali się zdję­ciami rodzin i part­ne­rek. Tole­ro­wali nie­do­cią­gnię­cia towa­rzy­szy i byli gotowi zary­zy­ko­wać dla nich życie. Więk­szość miała zaufa­nego kolegę, któ­remu zwie­rzała się z naj­mrocz­niej­szych sekre­tów, a nie­któ­rzy dzie­lili się nawet koszul­kami i skar­pet­kami.

Wielu spo­śród tych męż­czyzn miało przy­jaź­nie podobne do tej, jaką Tom nawią­zał z Ale­xem. Tom poznał Alexa – Wło­cha zamiesz­ka­łego w Mal­den w sta­nie Mas­sa­chu­setts – pierw­szego dnia w obcym kraju i od razu nawią­zali nić poro­zu­mie­nia. Wspól­nie jeź­dzili jeepem, słu­chali tej samej muzyki i czy­tali sobie nawza­jem listy z domu. Razem się upi­jali i uga­niali się za tymi samymi wiet­nam­skimi dziew­czy­nami z barów.

Pew­nego dnia tuż przed zacho­dem słońca, po mniej wię­cej trzech mie­sią­cach misji, Tom wypro­wa­dził oddział na patrol przez pole ryżowe. Nagle z zie­lo­nej ściany drzew ota­cza­ją­cej ich dżun­gli posy­pał się grad strza­łów, które tra­fiały jego towa­rzy­szy, jed­nego po dru­gim. Tom opo­wie­dział mi, że patrzył bez­sil­nie, jak w ciągu zale­d­wie kilku sekund wszy­scy człon­ko­wie jego plu­tonu zostają zabici lub ranni. Ni­gdy nie udało mu się wyrzu­cić z pamięci jed­nego obrazu: Alexa leżą­cego na polu ryżo­wym twa­rzą do dołu, ze sto­pami w górze. Roz­pła­kał się, gdy o tym wspo­mi­nał: „Był jedy­nym praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, jakiego kie­dy­kol­wiek mia­łem”. Póź­niej Tom co noc sły­szał krzyki swo­ich ludzi i widział ich ciała pada­jące na pod­mo­kły grunt. Wszel­kie dźwięki, zapa­chy lub obrazy, które koja­rzyły mu się z zasadzką (na przy­kład odgłosy sztucz­nych ogni w Dzień Nie­pod­le­gło­ści), spra­wiały, że czuł się tak samo spa­ra­li­żo­wany, prze­ra­żony i wście­kły jak tego dnia, gdy śmi­gło­wiec ewa­ku­ował go z pola ryżo­wego.

Być może jesz­cze gor­sze niż nawra­ca­jące retro­spek­cje z zasadzki były wspo­mnie­nia tego, co wyda­rzyło się póź­niej. Mogłem sobie wyobra­zić, jak wście­kłość z powodu śmierci przy­ja­ciela może stać się przy­czyną kolej­nych nie­szczęść. Zanim Tom zdo­był się na odwagę, by mi o tym opo­wie­dzieć, przez kilka mie­sięcy zma­gał się z para­li­żu­ją­cym wsty­dem. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów wete­rani wojenni, tacy jak Achil­les z Iliady Homera, reago­wali na śmierć towa­rzy­szy aktami okrut­nej zemsty. Naza­jutrz po zasadzce Tom wpadł w szał w pobli­skiej wio­sce, gdzie zabił dzieci, zastrze­lił nie­win­nego rol­nika i zgwał­cił wiet­nam­ską kobietę. Po czymś takim nor­malny powrót do domu stał się wła­ści­wie nie­moż­liwy. Jak mógł­byś sta­nąć twa­rzą w twarz ze swoją uko­chaną i powie­dzieć jej, że bru­tal­nie kogoś zgwał­ciłeś; wyrzą­dzi­łeś potworną krzywdę oso­bie takiej jak ona? Jak mógł­byś patrzeć na sta­wia­ją­cego pierw­sze kroki synka, wra­ca­jąc myślami do dziecka, które zamor­do­wa­łeś? Tom prze­żył śmierć Alexa tak, jakby nie­od­wra­cal­nie znisz­czona została jakaś jego część – część dobra, hono­rowa i godna zaufa­nia. Trauma, nie­za­leż­nie od tego, czy jest wyni­kiem cze­goś, co zro­biono tobie, czy raczej cze­goś, co zro­bi­łeś sam, pra­wie zawsze utrud­nia nawią­zy­wa­nie intym­nych rela­cji. Jak możesz nauczyć się ponow­nie zaufać sobie albo komu­kol­wiek innemu po doświad­cze­niu cze­goś tak nie­wy­obra­żal­nego? I na odwrót: jak możesz wejść w intymną rela­cję po tym, jak padłeś ofiarą bru­tal­nego gwałtu?

Tom sumien­nie przy­cho­dził na wizyty, a ja sta­wa­łem się dla niego kołem ratun­ko­wym – ojcem, któ­rego obec­no­ści ni­gdy tak naprawdę nie czuł; Ale­xem, który prze­żył zasadzkę. Potrzeba wiel­kiego zaufa­nia i odwagi, aby pozwo­lić sobie na pamię­ta­nie. Dla osób dźwi­ga­ją­cych brze­mię traumy jed­nym z naj­trud­niej­szych wyzwań jest zmie­rze­nie się ze wsty­dem doty­czą­cym wła­snego zacho­wa­nia w trak­cie trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia, nie­za­leż­nie od tego, czy ów wstyd jest obiek­tyw­nie uza­sad­niony (jak w przy­padku popeł­nia­nia okrut­nych czy­nów), czy nie (jak w przy­padku dziecka, które pró­buje udo­bru­chać oprawcę). Jedną z pierw­szych osób opi­su­ją­cych to zja­wi­sko była Sarah Haley, która zaj­mo­wała w kli­nice VA gabi­net znaj­du­jący się przez ścianę z moim. W publi­ka­cji zaty­tu­ło­wa­nej Kiedy pacjent mówi o okru­cień­stwach4, która stała się istot­nym punk­tem wyj­ścia do zde­fi­nio­wa­nia dia­gnozy PTSD, Sarah opi­sała nie­zwy­kle trudne do prze­ła­ma­nia bariery przed mówie­niem (oraz słu­cha­niem) o strasz­li­wych czy­nach, jakie czę­sto popeł­niają żoł­nie­rze w cza­sie dzia­łań wojen­nych. Wystar­cza­jąco trudno jest sta­wić czoło cier­pie­niu zada­nemu przez innych. Tym­cza­sem wiele strau­ma­ty­zo­wa­nych osób w głębi duszy jesz­cze bar­dziej prze­śla­duje wstyd odczu­wany z powodu tego, co same zro­biły lub czego nie zro­biły w zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach. Gar­dzą tym, jak bar­dzo czuły się prze­ra­żone, bez­wolne, roz­go­rącz­ko­wane albo wście­kłe.

W póź­niej­szych latach zetkną­łem się z podob­nym zja­wi­skiem u ofiar mole­sto­wa­nia w dzie­ciń­stwie. Więk­szość z nich prze­peł­nia strasz­liwy wstyd z powodu tego, co robiły, by prze­żyć i pod­trzy­mać więź ze swoim prze­śla­dowcą. Doty­czyło to zwłasz­cza tych czę­stych sytu­acji, gdy sprawcą był ktoś bli­ski dziecku – czło­wiek, od któ­rego pozo­sta­wało ono zależne. Skut­kiem tego może być nie­pew­ność (byłem ofiarą czy chęt­nym uczest­ni­kiem?), która z kolei pro­wa­dzi do zatar­cia gra­nic mię­dzy miło­ścią a stra­chem; bólem a przy­jem­no­ścią. Do tej kwe­stii będę wra­cał w dal­szej czę­ści książki.

Odrętwienie

Być może naj­gor­szym spo­śród obja­wów Toma było emo­cjo­nalne odrę­twie­nie. Z całego serca chciał kochać swoją rodzinę, lecz po pro­stu nie umiał wzbu­dzić w sobie głę­bo­kich uczuć do żad­nego z bli­skich. Czuł się emo­cjo­nal­nie zdy­stan­so­wany od wszyst­kich, jakby jego serce skuł lód, a on sam żył za szklaną ścianą. Odrę­twie­nie to obej­mo­wało także jego samego. Poza chwi­lo­wymi napa­dami wście­kło­ści i wsty­dem nie czuł wła­ści­wie nic. Wyznał, że z tru­dem roz­po­zna­wał się w lustrze przy gole­niu. Sły­sząc wła­sne słowa w sądzie, gdy wystę­po­wał w imie­niu klienta, czuł się tak, jakby obser­wo­wał sie­bie z oddali. Dzi­wił się, jak ten facet, który wygląda i mówi cał­kiem jak on, jest w sta­nie wysu­wać tak prze­ko­nu­jące argu­menty. Kiedy wygry­wał sprawę, uda­wał zado­wo­le­nie, a kiedy prze­gry­wał, miał takie wra­że­nie, jakby prze­wi­dział porażkę wcze­śniej i pogo­dził się z nią, zanim jesz­cze do niej doszło. Choć był bar­dzo sku­tecz­nym praw­ni­kiem, zawsze odno­sił wra­że­nie zawie­sze­nia w nie­okre­ślo­nej prze­strzeni, pozba­wie­nia poczu­cia kie­runku i sensu.

Jedy­nym, co raz na jakiś czas przy­no­siło mu ulgę od wra­że­nia bez­ce­lo­wo­ści, było inten­sywne zaan­ga­żo­wa­nie w kon­kretną sprawę. W trak­cie naszej tera­pii Tom bro­nił gang­stera oskar­żo­nego o mor­der­stwo. Przez cały pro­ces był bez reszty pochło­nięty opra­co­wy­wa­niem stra­te­gii wygra­nia sprawy i nie­jed­no­krot­nie zary­wał noce, by zagłę­bić się w coś, co rze­czy­wi­ście go eks­cy­to­wało. Tłu­ma­czył mi, że to jak udział w woj­nie – czuł wtedy, że żyje pełną pier­sią i nic innego nie ma dla niego zna­cze­nia. Ale w chwili, gdy wygrał tę sprawę, ule­ciały z niego cała ener­gia i poczu­cie celu. Kosz­mary wró­ciły, podob­nie jak napady wście­kło­ści, które były tak silne, że musiał prze­pro­wa­dzić się do motelu, by nie skrzyw­dzić żony ani dzieci. Samot­ność także była jed­nak prze­ra­ża­jąca, z pełną mocą wra­cały w niej bowiem widma wojny. Tom sta­rał się zaprząt­nąć czymś umysł. Pra­co­wał, pił alko­hol, brał nar­ko­tyki i robił wszystko, byle unik­nąć kon­fron­ta­cji ze swo­imi demo­nami.

Cią­gle prze­glą­dał egzem­pla­rze „Sol­dier of For­tune”, fan­ta­zju­jąc o zacią­gnię­ciu się w cha­rak­te­rze najem­nika do udziału w jed­nym z licz­nych kon­flik­tów zbroj­nych o zasięgu regio­nal­nym, jakie sza­lały wów­czas w Afryce. Tam­tej wio­sny wypro­wa­dził swo­jego har­leya i ruszył w podróż auto­stradą Kan­ca­ma­gus w New Hamp­shire. Wibra­cje, pręd­kość jazdy i zwią­zane z nią nie­bez­pie­czeń­stwo pomo­gły mu się pozbie­rać na tyle, że był w sta­nie opu­ścić pokój w motelu i wró­cić do rodziny.

Reorganizacja percepcji

Inne bada­nie, jakie prze­pro­wa­dzi­łem w VA, zaczęło się od gro­ma­dze­nia infor­ma­cji o kosz­ma­rach, a skoń­czyło na zgłę­bia­niu tego, jak trauma wpływa na ludz­kie postrze­ga­nie i wyobraź­nię. Jako pierw­szy do mojego bada­nia kosz­ma­rów zgło­sił się Bill, były lekarz woj­skowy, który dekadę wcze­śniej brał udział w cięż­kich wal­kach w Wiet­na­mie. Po przej­ściu do cywila zgło­sił się do semi­na­rium duchow­nego i został przy­dzie­lony do pierw­szej para­fii, kościoła kon­gre­ga­cyj­nego na przed­mie­ściach Bostonu. Radził sobie cał­kiem dobrze, dopóki jemu i jego żonie nie przy­szło na świat pierw­sze dziecko. Nie­długo potem żona Billa, pie­lę­gniarka, wró­ciła do pracy, on zaś pozo­stał w domu, gdzie opie­ko­wał się nie­mow­lę­ciem, opra­co­wy­wał coty­go­dniowe kaza­nia i zaj­mo­wał się innymi obo­wiąz­kami para­fial­nymi. Już pierw­szego dnia, kiedy został sam z dziec­kiem, które zaczęło pła­kać, nagle zalała go fala nie­da­ją­cych się wytrzy­mać obra­zów umie­ra­ją­cych dzieci w Wiet­na­mie.

Bill musiał zadzwo­nić do żony, by przy­je­chała zająć się ich pocie­chą, a sam, spa­ni­ko­wany, zna­lazł się w VA. Powie­dział, że wciąż sły­szy płacz małych dzieci i widzi ich popa­rzone, zakrwa­wione buzie. Moi kole­dzy leka­rze uznali, że to psy­choza, ponie­waż zgod­nie z wie­dzą zawartą w pod­ręcz­ni­kach z tam­tych cza­sów halu­cy­na­cje słu­chowe i wzro­kowe sta­no­wiły objawy schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej. W tych samych książ­kach, w któ­rych opi­sano wska­za­nia do posta­wie­nia takiej dia­gnozy, przy­ta­czano także przy­czynę scho­rze­nia: psy­choza Billa miała być wywo­łana przez poczu­cie emo­cjo­nal­nego odsu­nię­cia na boczny tor przez żonę, która prze­lała swoje uczu­cia na nowo naro­dzone dziecko.

Gdy przy­sze­dłem tego dnia na izbę przy­jęć, zoba­czy­łem Billa oto­czo­nego przez zatro­ska­nych leka­rzy, któ­rzy zamie­rzali podać mu silne leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne i wysłać na oddział zamknięty. Opi­sali jego objawy i popro­sili mnie o opi­nię. Ponie­waż pra­co­wa­łem wcze­śniej na oddziale spe­cja­li­zu­ją­cym się w lecze­niu schi­zo­fre­ni­ków, przy­pa­dek Billa bar­dzo mnie zain­try­go­wał. Coś w jego dia­gno­zie mi nie paso­wało. Popro­si­łem Billa o roz­mowę, a po wysłu­cha­niu jego histo­rii mimo­wol­nie spa­ra­fra­zo­wa­łem słowa Zyg­munta Freuda o trau­mie, które wypo­wie­dział w 1895 roku: „Myślę, że ten czło­wiek cierpi z powodu wspo­mnień”. Powie­dzia­łem Bil­lowi, że spró­buję mu pomóc, i po zaor­dy­no­wa­niu kilku leków, które miały na celu opa­no­wa­nie napa­dów paniki, zapy­ta­łem, czy byłby skłonny wró­cić za kilka dni, aby wziąć udział w moim bada­niu kosz­ma­rów5. Zgo­dził się.

W ramach tego bada­nia pod­da­wa­li­śmy jego uczest­ni­ków testowi Ror­scha­cha6. W odróż­nie­niu od innych, które wyma­gają odpo­wie­dzi na pro­ste pyta­nia, reak­cji w teście Ror­scha­cha wła­ści­wie nie da się sfał­szo­wać. Stwa­rza on uni­ka­tową oka­zję do obser­wo­wa­nia, jak ludzie kon­stru­ują w wyobraźni kon­kretny obraz men­talny na pod­sta­wie cze­goś, co zasad­ni­czo jest bodź­cem nie­ma­ją­cym żad­nego okre­ślo­nego zna­cze­nia: plamy atra­mentu. Ponie­waż ludzie z natury chcą nada­wać rze­czom sens, mamy skłon­ność do dostrze­ga­nia w owych pla­mach obra­zów lub nawet całych histo­rii, podob­nie jak robimy to w piękny letni dzień, gdy leżymy na łące i upa­tru­jemy róż­nych wizu­al­nych zna­czeń w pły­ną­cych nad naszymi gło­wami chmu­rach. To, co dana osoba dostrzega we wspo­mnia­nych pla­mach, może nam wiele powie­dzieć o tym, co dzieje się w jej umy­śle. Na widok dru­giej kartki testu Ror­scha­cha Bill wykrzyk­nął z prze­ra­że­niem: „To jest dziecko, które zgi­nęło w wybu­chu w Wiet­na­mie! Zobacz, tu pośrodku są zwę­glone ciało i rany. Krew try­ska wszę­dzie dookoła!”. Dyszał, a na czoło wystą­piły mu kro­pelki potu. Wyglą­dał tak, jakby wpadł w panikę podobną do tej, która wcze­śniej spro­wa­dziła go do kli­niki VA. Choć sły­sza­łem opo­wie­ści wete­ra­nów wojen­nych o nawra­ca­ją­cych retro­spek­cjach, po raz pierw­szy byłem świad­kiem takiego zja­wi­ska. W tam­tej chwili, w moim gabi­ne­cie, Bill naj­wy­raź­niej widział te same obrazy, czuł te same zapa­chy i odbie­rał te same fizyczne dozna­nia, które towa­rzy­szyły mu w trak­cie pier­wot­nego, trau­ma­tycz­nego zda­rze­nia. Dzie­sięć lat po tym, jak w poczu­ciu bez­sil­no­ści trzy­mał w ramio­nach umie­ra­jące dziecko, Bill na nowo prze­ży­wał tamtą traumę po ujrze­niu plamy atra­mentu.

Obser­wo­wa­nie nawrotu kosz­mar­nych wspo­mnień Billa w moim gabi­ne­cie pomo­gło mi uzmy­sło­wić sobie cier­pie­nia, jakie regu­lar­nie sta­wały się udzia­łem wete­ra­nów, któ­rych pró­bo­wa­łem leczyć. W ten spo­sób uświa­do­mi­łem sobie, jak ważne jest zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia. Samo trau­ma­tyczne zda­rze­nie, jak­kol­wiek potworne, miało począ­tek, śro­dek i koniec, ja tym­cza­sem na wła­sne oczy prze­ko­na­łem się, że retro­spek­cje (nazy­wane też fla­sh­bac­kami) mogą być jesz­cze gor­sze. Ni­gdy nie wiesz, kiedy znów cię osa­czą ani kiedy zosta­wią w spo­koju. Musiały minąć lata, żebym opra­co­wał sku­teczną tera­pię tego rodzaju nawra­ca­ją­cych wspo­mnień, a Bill oka­zał się jed­nym z moich naj­waż­niej­szych men­to­rów.

Gdy pod­da­li­śmy testowi Ror­scha­cha kolej­nych dwu­dzie­stu jeden wete­ra­nów, ich reak­cje oka­zały się spójne: na widok dru­giej karty szes­na­stu zare­ago­wało tak, jakby prze­ży­wali traumę wojenną. Druga karta w tym teście jest zara­zem pierw­szą zawie­ra­jącą kolor, co czę­sto skut­kuje tak zwa­nym szo­kiem kolo­ry­stycz­nym. Inter­pre­tu­jąc tę kartę, wete­rani mówili na przy­kład: „To są wnętrz­no­ści mojego przy­ja­ciela Jima po tym, jak roze­rwał go pocisk z moź­dzie­rza”; „To szyja mojego przy­ja­ciela Danny’ego po tym, gdy pocisk odstrze­lił mu głowę pod­czas lun­chu”. Żaden nie wspo­mniał o tań­czą­cych mni­chach, trze­po­czą­cych skrzy­dłami moty­lach, moto­cy­kli­stach ani dowol­nym innym spo­śród typo­wych – choć nie­kiedy spe­cy­ficz­nych – obra­zów, jakie widzi na tej kar­cie wielu ludzi.

O ile więk­szość byłych żoł­nie­rzy była głę­boko poru­szona tym, co zoba­czyła, o tyle reak­cja pię­ciu oka­zała się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jąca; patrzyli tak, jakby mieli w gło­wie pustkę. „To nic takiego – stwier­dził jeden z nich. – Po pro­stu tro­chę atra­mentu”. Rzecz jasna mieli rację, lecz nor­malna ludzka reak­cja na nie­jed­no­znaczny bodziec wizu­alny polega na odczy­ta­niu z niego cze­goś dzięki wyobraźni.

Wyniki testów Ror­scha­cha powie­działy nam, że osoby obcią­żone traumą mają ten­den­cję do patrze­nia przez jej pry­zmat na wszystko, co znaj­duje się w ich oto­cze­niu, oraz trud­no­ści z wła­ści­wym inter­pre­to­wa­niem tego, co się w owym oto­cze­niu dzieje. Ich życie wła­ści­wie zdo­mi­no­wały skraj­no­ści. Dowie­dzie­li­śmy się też, że trauma wpływa na wyobraź­nię. Pię­ciu męż­czyzn, któ­rzy nie umieli nadać pla­mom żad­nego zna­cze­nia, zatra­ciło zdol­ność do pusz­cza­nia wodzy fan­ta­zji. Podob­nie było z pozo­sta­łymi szes­na­stoma, któ­rzy dostrze­gali w pla­mach jedy­nie sceny z prze­szło­ści, co świad­czy o braku ela­stycz­no­ści umy­słu, będą­cej prze­cież fila­rem wyobraźni. Po pro­stu w kółko odtwa­rzali w myślach ten sam zaci­na­jący się film.

Wyobraź­nia ma decy­du­jący wpływ na jakość naszego życia. Dzięki niej możemy ode­rwać się od rutyny i fan­ta­zjo­wać o podró­żach, roz­ko­szach pod­nie­bie­nia, sek­sie, zako­cha­niu się czy o dowie­dze­niu wła­snej racji – wszyst­kim, co czyni życie inte­re­su­ją­cym. Wyobraź­nia pozwala snuć wizje nowych moż­li­wo­ści i sta­nowi nie­odzowny punkt wyj­ścia do urze­czy­wist­nia­nia naszych nadziei. Roz­pala kre­atyw­ność, uwal­nia od nudy, łago­dzi cier­pie­nia, wzmaga przy­jem­ność i wzbo­gaca naj­in­tym­niej­sze rela­cje. Ludzie, któ­rzy cią­gle, kom­pul­syw­nie roz­pa­mię­tują prze­szłość – ten ostatni raz, kiedy czuli się w coś sil­nie zaan­ga­żo­wani i prze­ży­wali głę­bo­kie emo­cje – cier­pią na brak wyobraźni i zanik ela­stycz­no­ści umy­sło­wej. Bez wyobraźni nie ma nadziei; nie ma szans na marze­nia o lep­szej przy­szło­ści, nie ma chęci uda­nia się dokądś, celu do osią­gnię­cia.

Testy Ror­scha­cha nauczyły nas też, że ludzie strau­ma­ty­zo­wani patrzą na świat zupeł­nie ina­czej niż pozo­stali. Dla więk­szo­ści z nas męż­czy­zna spa­ce­ru­jący chod­ni­kiem to po pro­stu ktoś, kto gdzieś idzie. Ofiara gwałtu może w nim jed­nak ujrzeć poten­cjal­nego napast­nika i wpaść w panikę. U zwy­kłego dziecka surowa nauczy­cielka może budzić onie­śmie­le­nie, lecz dla bitego przez ojczyma dziecka nie­jed­no­krot­nie uosa­bia ona kolej­nego oprawcę, na widok któ­rego wybuch­nie gnie­wem albo prze­ra­żone skuli się w kącie.

W pułapce traumy

Do naszej kli­niki drzwiami i oknami pchali się wete­rani szu­ka­jący pomocy psy­chia­trycz­nej. Nie­stety, z powodu dotkli­wego nie­do­boru wykwa­li­fi­ko­wa­nej kadry więk­szość z nich mogli­śmy jedy­nie zapi­sy­wać na liście ocze­ku­ją­cych, nawet jeśli wią­zało się to z ryzy­kiem dal­szego wyrzą­dza­nia przez nich krzywd sobie i swoim rodzi­nom. Zauwa­ży­li­śmy gwał­towny wzrost liczby aresz­to­wań byłych żoł­nie­rzy za prze­stęp­stwa z uży­ciem prze­mocy i pijac­kie awan­tury, a także alar­mu­jącą czę­sto­tli­wość samo­bójstw. W końcu otrzy­ma­łem pozwo­le­nie na stwo­rze­nie grupy dla mło­dych wete­ra­nów z Wiet­namu, która miała być czymś w rodzaju prze­cho­walni do czasu roz­po­czę­cia praw­dzi­wej tera­pii.

Pod­czas sesji dla byłych żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej pierw­szy męż­czy­zna, który zabrał głos, oświad­czył sta­now­czo: „Nie chcę roz­ma­wiać o woj­nie”. Odpar­łem, że człon­ko­wie grupy mogą roz­ma­wiać, o czym­kol­wiek zechcą. W końcu, po pół godzi­nie nie­zno­śnej ciszy, jeden z żoł­nie­rzy zaczął rela­cjo­no­wać kata­strofę swo­jego śmi­głowca. Ku mojemu zdu­mie­niu reszta natych­miast się oży­wiła i zaczęła w bar­dzo emo­cjo­nalny spo­sób opo­wia­dać o trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach. Tydzień póź­niej na spo­tka­niu poja­wili się wszy­scy. Na kolej­nym także. Odna­leźli w gru­pie oddźwięk oraz sens w tym, co wcze­śniej spro­wa­dzało się do prze­ra­że­nia i pustki. Zyskali odno­wione poczu­cie kole­żeń­stwa, tak istotne dla ich wojen­nych doświad­czeń. Nale­gali, abym wstą­pił do ich nowo utwo­rzo­nej „jed­nostki”, i dali mi na uro­dziny mun­dur kapi­tana mari­nes. Gdy patrzę na to z per­spek­tywy czasu, mam świa­do­mość, że ten gest ujaw­niał część pro­blemu: albo nale­ża­łeś do grupy, albo nie; albo nale­ża­łeś do jed­nostki, albo byłeś nikim. Świat po trau­mie zostaje ostro spo­la­ry­zo­wany, podzie­lony na osoby obda­rzone wie­dzą i tych, któ­rzy tej wie­dzy nie mają. Ludziom bez podob­nych trau­ma­tycz­nych doświad­czeń nie można ufać, bo nie potra­fią takich prze­żyć zro­zu­mieć. Nie­stety, w tym gro­nie czę­sto są mał­żon­ko­wie, dzieci i współ­pra­cow­nicy.

Póź­niej pro­wa­dzi­łem inną grupę, tym razem wete­ra­nów z armii Pat­tona – męż­czyzn już dobrze po sie­dem­dzie­siątce, z któ­rych każdy mógłby być moim ojcem. Spo­ty­ka­li­śmy się w ponie­dział­kowe poranki o ósmej. Śnie­życe w Bosto­nie cza­sami para­li­żują trans­port publiczny, tym bar­dziej więc zdu­mie­wało mnie, że na spo­tka­nia sta­wiali się jak jeden mąż, nawet pod­czas zamieci, choć nie­któ­rzy musieli brnąć przez śnieg kilka mil, by dotrzeć do kli­niki VA. Na Gwiazdkę poda­ro­wali mi woj­skowy zega­rek z lat 40. Tak jak w przy­padku mojej grupy mari­nes, „za swo­jego” uznali mnie dopiero wtedy, gdy zosta­łem jed­nym z nich.

Choć wszyst­kie te doświad­cze­nia były bar­dzo poru­sza­jące, ogra­ni­cze­nia tera­pii gru­po­wej sta­wały się oczy­wi­ste w chwi­lach, kiedy pro­si­łem uczest­ni­ków, by opo­wie­dzieli o pro­ble­mach, z jakimi bory­kają się na co dzień: o rela­cjach z żonami, dziećmi, part­ner­kami i rodziną; o ukła­dach z prze­ło­żo­nymi i o czer­pa­niu satys­fak­cji z pracy; o nad­uży­wa­niu alko­holu. Zwy­kle wyco­fy­wali się z takich roz­mów rakiem lub nawet nie chcieli ich zaczy­nać. Za to po raz enty opo­wia­dali o tym, jak wbili nóż w serce nie­miec­kiego żoł­nie­rza w lesie Hürtgen albo jak ich śmi­gło­wiec został zestrze­lony nad dżun­glą w Wiet­na­mie.

Bez względu na to, czy do trau­ma­tycz­nych zda­rzeń doszło dzie­sięć, czy ponad czter­dzie­ści lat temu, moi pacjenci nie byli w sta­nie zasy­pać prze­pa­ści mię­dzy wojen­nymi doświad­cze­niami a obec­nym życiem. W jakiś nie­po­jęty spo­sób to samo wyda­rze­nie, które przy­spo­rzyło im tak wiele bólu, stało się jedy­nym źró­dłem sensu. Dopiero wtedy, gdy wra­cali do trau­ma­tycz­nej prze­szło­ści, czuli, że naprawdę żyją.

Diagnozowanie stresu pourazowego

W tych daw­nych dniach w kli­nice VA stwier­dza­li­śmy u wete­ra­nów roz­ma­ite przy­pa­dło­ści – alko­ho­lizm, nad­uży­wa­nie sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych, depre­sję, zabu­rze­nia nastroju, a nawet schi­zo­fre­nię – i wypró­bo­wy­wa­li­śmy na nich wszyst­kie znane nam z pod­ręcz­ni­ków metody tera­pii. Mimo to mie­li­śmy świa­do­mość, jak nie­wiele osią­gamy. Prze­pi­sy­wane przez nas silne leki czę­sto otę­piały ich do takiego stop­nia, że ledwo byli w sta­nie funk­cjo­no­wać. Kiedy zachę­ca­li­śmy ich do szcze­gó­ło­wego opi­sa­nia trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia, zamiast roz­wią­zać pro­blem, czę­sto mimo­wol­nie uru­cha­mia­li­śmy lawinę retro­spek­cji. Wielu rezy­gno­wało z tera­pii, bo nie umie­li­śmy pomóc, a na domiar złego cza­sami pogar­sza­li­śmy sprawę.

Punkt zwrotny nastą­pił w latach 80., kiedy to grupa wete­ra­nów z Wiet­namu, wspie­ra­nych przez nowo­jor­skich psy­cho­ana­li­ty­ków Cha­ima Sha­tana i Roberta J. Liftona, dzięki sku­tecz­nemu lob­bin­gowi w Ame­ri­can Psy­chia­tric Asso­cia­tion (Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Psy­chia­tryczne; APA) dopro­wa­dziła do zde­fi­nio­wa­nia nowej jed­nostki cho­ro­bo­wej: zespołu stresu poura­zo­wego (PTSD). Jed­nostka ta obej­mo­wała objawy w więk­szym lub mniej­szym stop­niu wspólne dla wszyst­kich naszych wete­ra­nów. Sys­te­ma­tyczne iden­ty­fi­ko­wa­nie symp­to­mów i zebra­nie ich w postaci jed­nego zabu­rze­nia pozwo­liło w końcu nadać nazwę cier­pie­niu ludzi przy­tło­czo­nych prze­ra­że­niem i bez­sil­no­ścią. Dzięki poja­wie­niu się ram kon­cep­cyj­nych PTSD przy­go­to­wany został grunt pod rady­kalną zmianę w rozu­mie­niu pacjen­tów. W dal­szej kolej­no­ści dopro­wa­dziło to do ist­nej eks­plo­zji badań nauko­wych i prób opra­co­wa­nia sku­tecz­nych metod tera­peu­tycz­nych.

Zain­spi­ro­wany moż­li­wo­ściami, jakie otwie­rała nowa dia­gnoza, zapro­po­no­wa­łem kli­nice VA prze­pro­wa­dze­nie badań nad bio­lo­gią trau­ma­tycz­nych wspo­mnień. Czy retro­spek­cje osób cier­pią­cych na PTSD róż­niły się od remi­ni­scen­cji innych ludzi? U więk­szo­ści z nas pamięć o nie­przy­jem­nym zda­rze­niu po jakimś cza­sie zaciera się lub zyskuje łagod­niej­szą wymowę. Tym­cza­sem lwia część naszych pacjen­tów nie potra­fiła prze­kształ­cić prze­szło­ści w zamknięty dawno temu roz­dział7.

Na samym początku pisem­nej odmowy przy­zna­nia mi grantu badaw­czego stwier­dzono: „Ni­gdy nie wyka­zano, że PTSD jest istotny dla misji reali­zo­wa­nej przez Vete­rans Admi­ni­stra­tion”. Od tam­tej pory dia­gno­zo­wa­nie PTSD i ura­zów mózgu stało się, rzecz jasna, jed­nym z fila­rów misji VA, a na pro­wa­dze­nie „opar­tej na dowo­dach tera­pii” strau­ma­ty­zo­wa­nych wete­ra­nów wojen­nych prze­zna­cza się znaczne środki. W tam­tym cza­sie sprawy wyglą­dały jed­nak ina­czej, ja zaś – nie chcąc dalej pra­co­wać w orga­ni­za­cji, któ­rej poglądy na rze­czy­wi­stość tak dalece odbie­gały od moich – zło­ży­łem rezy­gna­cję. W 1982 roku dosta­łem się do Mas­sa­chu­setts Men­tal Health Cen­ter, har­wardz­kiego szpi­tala aka­de­mic­kiego, gdzie stu­dio­wa­łem wcze­śniej psy­chia­trię. W ramach moich nowych obo­wiąz­ków naucza­łem dzie­dziny, która dopiero się roz­wi­jała – psy­cho­far­ma­ko­lo­gii, czyli sto­so­wa­nia leków w celu zła­go­dze­nia obja­wów zabu­rzeń psy­chicz­nych.

W nowej pracy nie­mal każ­dego dnia spo­ty­ka­łem się z pro­ble­mami, które – jak sądzi­łem – zosta­wi­łem za sobą w VA. Doświad­cze­nia zebrane w kon­tak­tach z wete­ra­nami do tego stop­nia uwraż­li­wiły mnie na wpływ traumy, że z zupeł­nie innym nasta­wie­niem słu­cha­łem pacjen­tów z depre­sją lub sta­nami lęko­wymi, któ­rzy opo­wia­dali mi o mole­sto­wa­niu i prze­mocy w rodzi­nie. Szcze­gól­nie ude­rzyło mnie to, jak wiele pacjen­tek mówiło o mole­sto­wa­niu sek­su­al­nym w dzie­ciń­stwie. Począt­kowo uwa­ża­łem to za zdu­mie­wa­jące, ponie­waż w kla­sycz­nym wów­czas pod­ręcz­niku psy­chia­trii wyraź­nie napi­sano, że kazi­rodz­two jest w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­zwy­kle rzad­kim zja­wi­skiem i dotyka mniej wię­cej co milio­no­wej kobiety8. Bio­rąc pod uwagę to, że żyło tam wtedy około stu milio­nów kobiet, zacho­dzi­łem w głowę, jakim cudem nie­mal połowa z nich – czter­dzie­ści sie­dem ze stu teo­re­tycz­nych ofiar w całym kraju – tra­fiła wła­śnie do mojego gabi­netu w pod­zie­miach szpi­tala.

W pod­ręcz­niku napi­sano ponadto: „Nie ma kon­sen­susu co do roli kazi­rod­czej rela­cji mię­dzy ojcem a córką jako źró­dła póź­niej­szych poważ­nych psy­cho­pa­to­lo­gii”. Tym­cza­sem tych z moich pacjen­tek, które doświad­czyły kazi­rodz­twa, z pew­no­ścią nie mogłem nazwać „wol­nymi od póź­niej­szych poważ­nych psy­cho­pa­to­lo­gii” – były w głę­bo­kiej depre­sji, zagu­bione i czę­sto prze­ja­wiały oso­bli­wie auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia, takie jak cię­cie się żylet­kami. Auto­rzy pod­ręcz­nika posu­wali się wręcz do uspra­wie­dli­wia­nia kazi­rodz­twa, twier­dząc, że „takie kazi­rod­cze zacho­wa­nia zmniej­szają praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia psy­choz u osoby bada­nej i pozwa­lają na lep­sze przy­sto­so­wa­nie się do świata zewnętrz­nego”9. W rze­czy­wi­sto­ści oka­zało się, że kazi­rodz­two ma skraj­nie destruk­cyjny wpływ na dobro­stan kobiet.

Pod wie­loma wzglę­dami pacjentki te nie róż­niły się zbyt­nio od wete­ra­nów wojen­nych, któ­rych nie­dawno pozo­sta­wi­łem, odcho­dząc z VA. One też mie­wały kosz­mary i nawra­ca­jące prze­ra­ża­jące wspo­mnie­nia. U nich także spo­ra­dyczne napady gniewu prze­pla­tały się z dłu­gimi okre­sami emo­cjo­nal­nego odrę­twie­nia. Więk­szość z nich doświad­czała dużych trud­no­ści w kon­tak­tach z ludźmi i pod­trzy­my­wa­niu zna­czą­cych rela­cji.

Jak już wiemy, wojna nie jest jedyną kata­strofą, która obraca ludz­kie życia w perzynę. Pod­czas gdy mniej wię­cej u co czwar­tego żoł­nie­rza, który słu­żył w stre­fach kon­flik­tów wojen­nych, przy­pusz­czal­nie doj­dzie do roz­woju poważ­nego stresu poura­zo­wego10, więk­szość Ame­ry­ka­nów w jakimś momen­cie życia doświad­cza bru­tal­nego prze­stęp­stwa. Dokładne raporty ujaw­niają, że ofiarą gwałtu w USA padło nawet dwa­na­ście milio­nów kobiet. Ponad połowa tych gwał­tów spo­tyka dziew­częta poni­żej pięt­na­stego roku życia11. Dla wielu ludzi wojna zaczyna się w domu: każ­dego roku zgła­sza­nych jest mniej wię­cej trzy miliony przy­pad­ków znę­ca­nia się nad dziećmi i zanie­dby­wa­nia ich. Milion spo­śród tych spraw jest na tyle poważ­nych i wia­ry­god­nych, by zmu­sić opiekę spo­łeczną i sądy do pod­ję­cia dzia­łań12. Innymi słowy, na każ­dego żoł­nie­rza w zagra­nicz­nych stre­fach wojny przy­pada dzie­się­cioro dzieci, któ­rym nie­bez­pie­czeń­stwo grozi we wła­snym domu. Zja­wi­sko to ma szcze­gól­nie tra­giczną wymowę, ponie­waż dora­sta­ją­cym dzie­ciom bar­dzo trudno jest wró­cić do zdro­wia w sytu­acji, gdy źró­dłem stra­chu i cier­pie­nia nie jest wróg, lecz wła­śni opie­ku­no­wie.

Nowe zrozumienie

W ciągu trzech dekad, jakie minęły, odkąd pozna­łem Toma, dowie­dzie­li­śmy się bar­dzo wiele nie tylko o wpły­wie i prze­ja­wach traumy, lecz także o spo­so­bach poma­ga­nia obcią­żo­nym nią oso­bom w powro­cie do nor­mal­nego życia. Dzięki meto­dom neu­ro­obra­zo­wa­nia, dostęp­nym od początku lat 90. ubie­głego wieku, zaczę­li­śmy pozna­wać rze­czy­wi­ste zmiany, jakie zacho­dzą w strau­ma­ty­zo­wa­nych umy­słach. Oka­zało się to nie­zbędne, aby­śmy mogli w pełni uświa­do­mić sobie rze­czy­wi­ste szkody wyrzą­dzane przez traumę i wyty­czyć zupeł­nie nowe ścieżki ich lecze­nia.

Zaczę­li­śmy rów­nież rozu­mieć, jak przy­tła­cza­jące doświad­cze­nia rzu­tują na nasze naj­głęb­sze odczu­cia oraz podej­ście do fizycz­nej rze­czy­wi­sto­ści – czyli sedno tego, kim jeste­śmy. Dowie­dzie­li­śmy się, że trauma nie jest jedy­nie wyda­rze­niem, do któ­rego doszło w prze­szło­ści, sta­nowi ona bowiem także ślad, jaki wyda­rze­nie to pozo­sta­wiło w mózgu i całym ciele. Ślad ten ma trwały wpływ na to, jak orga­nizm czło­wieka stara się prze­trwać w teraź­niej­szo­ści.

Trauma skut­kuje cał­ko­witą reor­ga­ni­za­cją spo­sobu prze­twa­rza­nia bodź­ców zmy­sło­wych przez mózg. Zmie­nia ona nie tylko to, jak myślimy i o czym, lecz także samą zdol­ność myśle­nia. Odkry­li­śmy, że poma­ga­nie ofia­rom traumy w odnaj­dy­wa­niu słów opi­su­ją­cych to, co je spo­tkało, jest nie­zwy­kle istotne, ale samo w sobie na ogół nie wystar­cza. Akt rela­cjo­no­wa­nia swo­jej histo­rii nie musi zmie­niać auto­ma­tycz­nych reak­cji fizycz­nych i hor­mo­nal­nych, jakie zacho­dzą w ciele, które przez cały czas pozo­staje w sta­nie skraj­nie pod­wyż­szo­nej czuj­no­ści, w każ­dej chwili gotowe na gwałt lub inną formę napa­ści. Aby doszło do praw­dzi­wej zmiany, ciało musi się nauczyć, że nie­bez­pie­czeń­stwo minęło i może ono wró­cić do życia w realiach teraź­niej­szo­ści. Dzięki naszym pró­bom zro­zu­mie­nia traumy zaczę­li­śmy myśleć ina­czej zarówno o struk­tu­rze umy­słu, jak i o uzdra­wia­ją­cych go pro­ce­sach.

Rozdział 2. Przełomy w rozumieniu umysłu i mózgu

Roz­dział 2

Prze­łomy w rozu­mie­niu umy­słu i mózgu

Im więk­sze wąt­pli­wo­ści, tym donio­ślej­sze odkry­cie. Im mniej­sze wąt­pli­wo­ści, tym odkry­cie mniej­sze. Nie ma wąt­pli­wo­ści, nie ma odkry­cia.

– C.C. Chang, The Prac­tice of Zen

Żyjesz w tym małym wycinku czasu, który jest twój, lecz wyci­nek ten obej­muje nie tylko twoje życie; to suma wszyst­kich innych żyć toczą­cych się rów­no­le­gle (…). To, czym jesteś, sta­nowi wyraz histo­rii.

– Robert Penn War­ren, World Eno­ugh and Time

Pod koniec lat 60., pod­czas rocz­nego urlopu mię­dzy pierw­szym a dru­gim rokiem stu­diów medycz­nych, przy­pad­kowo sta­łem się świad­kiem donio­słej zmiany w podej­ściu medy­cyny do zabu­rzeń psy­chicz­nych. Udało mi się zdo­być cie­płą posadkę asy­stenta na oddziale badaw­czym w Mas­sa­chu­setts Men­tal Health Cen­ter (MMHC), gdzie byłem odpo­wie­dzialny za orga­ni­zo­wa­nie zajęć rekre­acyj­nych dla pacjen­tów. MMHC od dawna ucho­dził za jeden z naj­lep­szych szpi­tali psy­chia­trycz­nych w kraju, klej­not w koro­nie aka­de­mic­kiego impe­rium, jakim była Harvard Medi­cal School. Celem badań na oddziale, gdzie pra­co­wa­łem, było usta­le­nie, czy w przy­padku mło­dych ludzi, u któ­rych stwier­dzono pierw­sze w życiu schi­zo­fre­niczne zała­ma­nie ner­wowe, lepiej spraw­dzi się psy­cho­te­ra­pia czy far­ma­ko­te­ra­pia.

Pod­sta­wową metodą lecze­nia zabu­rzeń psy­chicz­nych w MMHC pozo­sta­wała wów­czas tera­pia roz­mową, wywo­dząca się z tra­dy­cji psy­cho­ana­lizy freu­dow­skiej. Jed­nak na początku lat 50. grupa fran­cu­skich naukow­ców odkryła zwią­zek nazwany chlo­ro­pro­ma­zyną (sprze­da­wany potem pod nazwą Tho­ra­zine), który „uspo­ka­jał” pacjen­tów – łago­dził objawy pobu­dze­nia i uro­jeń. Odkry­cie to dało począ­tek nadzie­jom na opra­co­wa­nie środ­ków pozwa­la­ją­cych na lecze­nie poważ­nych pro­ble­mów psy­chicz­nych, takich jak depre­sja, ataki paniki, stany lękowe i mania, oraz na łago­dze­nie nie­któ­rych naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cych obja­wów schi­zo­fre­nii.

Jako asy­stent nie mia­łem nic wspól­nego z bada­niami pro­wa­dzo­nymi na oddziale. Ni­gdy nie infor­mo­wano mnie, w jaki spo­sób leczeni są poszcze­gólni pacjenci. Wszy­scy byli mniej wię­cej w moim wieku – stu­denci z Harvardu, MIT i Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego. Nie­któ­rzy pró­bo­wali ode­brać sobie życie. Inni kale­czyli się nożami lub żylet­kami. Kilku napa­dło na swo­ich współ­lo­ka­to­rów bądź w inny spo­sób wzbu­dziło strach rodzi­ców albo przy­ja­ciół nie­prze­wi­dy­wal­nym, irra­cjo­nal­nym zacho­wa­niem. Moim zada­niem było orga­ni­zo­wa­nie im zajęć typo­wych dla stu­denc­kiej braci, takich jak wyj­ścia do piz­ze­rii, biwa­ko­wa­nie w pobli­skich lasach, oglą­da­nie meczów Red Sox czy żeglo­wa­nie po rzece Char­les.

Jako zupełny nowi­cjusz w tej dzie­dzi­nie w zebra­niach na oddziale uczest­ni­czy­łem w dużym sku­pie­niu, sta­ra­jąc się roz­szy­fro­wać skom­pli­ko­wany spo­sób wypo­wie­dzi i logikę pacjen­tów. Musia­łem też nauczyć się radzić sobie z ich irra­cjo­nal­nymi wybu­chami zło­ści i zamy­ka­niem się w sobie podyk­to­wa­nym lękiem. Któ­re­goś ranka natkną­łem się na pacjentkę sto­jącą niczym posąg, z twa­rzą zamarłą ze stra­chu i ręką unie­sioną w obron­nym geście. Stała w swoim pokoju w kom­plet­nym bez­ru­chu przez co naj­mniej dwa­na­ście godzin. Leka­rze powie­dzieli mi, co jej dolega – kata­to­nia. Ale nawet z pod­ręcz­ni­ków, do któ­rych ucie­kłem się w poszu­ki­wa­niu wyja­śnień, nie dowie­dzia­łem się ani słowa o tym, co można w tym wypadku zro­bić. Po pro­stu pozwa­la­li­śmy cho­ro­bie toczyć się swoim torem.

O traumie przed świtem

Spę­dzi­łem na oddziale wiele nocy i week­en­dów, dzięki czemu zyska­łem stycz­ność ze zja­wi­skami, jakich inni leka­rze nie mieli spo­sob­no­ści oglą­dać pod­czas swo­ich krót­kich wizyt. Pacjenci, któ­rzy nie mogli spać, czę­sto przy­cho­dzili owi­nięci szla­fro­kami do zaciem­nio­nej dyżurki pie­lę­gniar­skiej, aby poroz­ma­wiać. W głę­bo­kiej ciszy nocy zda­wali się bar­dziej otwarci i opo­wia­dali mi histo­rie o biciu, napa­ściach i mole­sto­wa­niu; o krzyw­dach czę­sto zada­wa­nych przez ich rodzi­ców, a cza­sami przez krew­nych, kole­gów z klasy albo sąsia­dów. Dzie­lili się wspo­mnie­niami o tym, jak bez­radni i prze­ra­żeni leżeli w łóżku w nocy, sły­sząc, jak matka jest bita przez męża albo part­nera; jak rodzice wykrzy­kują do sie­bie potworne groźby; jak z hukiem pękają roz­bi­jane meble. Inni opo­wia­dali o pija­nych ojcach i o tym, jak nasłu­chi­wali ich kro­ków na pół­pię­trze, cze­ka­jąc w stra­chu, aż ci wejdą do pokoju, by wycią­gnąć ich z łóżek i uka­rać za jakieś uro­jone prze­wi­nie­nie. Kilka kobiet wspo­mniało, jak leżały bez­sen­nie i nie­ru­chomo, cze­ka­jąc na nie­unik­nione – brata lub ojca, który je mole­sto­wał.

W trak­cie poran­nych obcho­dów mło­dzi leka­rze przed­sta­wiali swoje przy­padki prze­ło­żo­nym, a my, pomoc­nicy, mogli­śmy jedy­nie obser­wo­wać ten rytuał w mil­cze­niu. Rzadko wspo­mi­nali o histo­riach, jakie dane mi było wysłu­chać, choć w wielu póź­niej­szych bada­niach potwier­dzono zna­cze­nie takich noc­nych spo­wie­dzi. Wiemy obec­nie, że ponad połowa osób szu­ka­ją­cych opieki psy­chia­trycz­nej doświad­czyła napa­ści, porzu­ce­nia, zanie­dba­nia, a nawet gwałtu w dzie­ciń­stwie bądź była świad­kami prze­mocy w rodzi­nie1. Prze­ży­cia te na ogół zda­wały się jed­nak pomi­jane pod­czas obchodu. Byłem czę­sto zasko­czony bez­na­mięt­nym tonem oma­wia­nia obja­wów oraz nakła­dem czasu prze­zna­cza­nego na próby opa­no­wa­nia myśli samo­bój­czych i zacho­wań auto­de­struk­cyj­nych zamiast na ana­li­zo­wa­nie przy­czyn despe­ra­cji i bez­sil­no­ści. Zaska­ki­wało mnie także i to, jak nie­wiele uwagi poświę­cano osią­gnię­ciom i aspi­ra­cjom pacjen­tów. Temu, kogo kochali albo nie­na­wi­dzili, co ich moty­wo­wało i anga­żo­wało, co pętało im ręce, a co uspo­ka­jało – innymi słowy: kra­jo­bra­zowi ich wewnętrz­nego świata.

Kilka lat póź­niej, jako młody lekarz, zetkną­łem się ze szcze­gól­nie jaskra­wym przy­kła­dem dzia­ła­nia modelu opar­tego na medy­ka­li­za­cji życia. Pra­co­wa­łem wtedy doryw­czo w kato­lic­kim szpi­talu, gdzie wyko­ny­wa­łem bada­nia fizy­kalne kobiet, które przyj­mo­wano na tera­pię elek­trow­strzą­sami z powodu depre­sji. Jako cie­kaw­ski imi­grant czę­sto odry­wa­łem wzrok od ich kart, by zwy­czaj­nie zapy­tać o życie. W wielu z nich pękały wów­czas tamy i opo­wia­dały o bole­snych mał­żeń­stwach, trud­nych dzie­ciach i poczu­ciu winy z powodu abor­cji. Gdy zwie­rzały się ze swo­ich prze­żyć, sta­wały się pogod­niej­sze i czę­sto wylew­nie dzię­ko­wały mi za ich wysłu­cha­nie. Nie­które zasta­na­wiały się nawet, czy po tym, jak zrzu­ciły z bar­ków ten cię­żar, wciąż potrze­bują elek­trow­strzą­sów. Pod koniec takich spo­tkań zawsze czu­łem się przy­gnę­biony. Wie­dzia­łem bowiem, że zabiegi, jakim kobiety te zostaną pod­dane naza­jutrz rano, sku­tecz­nie wymażą z ich pamięci wspo­mnie­nia naszej roz­mowy. Nie wytrwa­łem długo w tej pracy.

W dni wolne od zajęć na oddziale MMHC czę­sto cho­dzi­łem do Coun­tway Library of Medi­cine, aby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o pacjen­tach, któ­rym mia­łem poma­gać. Pew­nego sobot­niego popo­łu­dnia natra­fi­łem na tom, który jest ceniony do dziś: wydany w 1911 roku pod­ręcz­nik Eugena Bleu­lera Demen­tia Pra­ecox, or the Group of Schi­zo­ph­re­nias [Otę­pie­nie wcze­sne lub grupa schi­zo­fre­nii]. Spo­strze­że­nia Bleu­lera oka­zały się fascy­nu­jące:

Spo­śród schi­zo­fre­nicz­nych halu­cy­na­cji cie­le­snych zde­cy­do­wa­nie naj­częst­sze i naj­waż­niej­sze są omamy sek­su­alne. Pacjenci prze­ży­wają rado­ści i unie­sie­nia zwią­zane z typową i aty­pową satys­fak­cją sek­su­alną, znacz­nie czę­ściej jed­nak doświad­czają wra­żeń zwią­za­nych z roz­ma­itymi obsce­nicz­nymi i odpy­cha­ją­cymi prak­ty­kami, jakie tylko są w sta­nie wycza­ro­wać w naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kich fan­ta­zjach. Pacjenci płci męskiej snują wizje o odcią­ga­niu nasie­nia i sty­mu­lo­wa­niu bole­snych erek­cji. Pacjentki są gwał­cone i oka­le­czane na naj­bar­dziej dia­bo­liczne spo­soby (…). Pomimo sym­bo­licz­nego zna­cze­nia wielu tego rodzaju halu­cy­na­cji więk­szość z nich odpo­wiada rze­czy­wi­stym dozna­niom2.

Zasta­no­wiło mnie to. Nasi pacjenci mieli halu­cy­na­cje, a leka­rze ruty­nowo o nie pytali i odno­to­wy­wali je, trak­tu­jąc jako jeden z obja­wów świad­czą­cych o skali zabu­rzeń. Ale jeśli histo­rie, jakich wysłu­chi­wa­łem po nocach, były praw­dziwe, to może „halu­cy­na­cje” te sta­no­wiły w isto­cie frag­menty wspo­mnień rze­czy­wi­stych doświad­czeń? A może były jedy­nie wytwo­rami cho­rych mózgów? Czy ludzie mogą wyobra­żać sobie fizyczne dozna­nia, jakich ni­gdy nie doświad­czyli? Czy mię­dzy kre­atyw­no­ścią a pato­lo­giczną wyobraź­nią ist­nieje wyraźna gra­nica? A mię­dzy pamię­cią a wyobraź­nią? Pyta­nia te do dziś pozo­stają bez odpo­wie­dzi, lecz bada­nia wyka­zały, że osoby mole­sto­wane w dzie­ciń­stwie czę­sto wyka­zują objawy soma­tyczne (takie jak ból brzu­cha) nie­ma­jące oczy­wi­stej przy­czyny fizjo­lo­gicz­nej, sły­szą głosy ostrze­ga­jące przed nie­bez­pie­czeń­stwem albo oskar­ża­jące je o potworne zbrod­nie.

Wielu pacjen­tów bez wąt­pie­nia prze­ja­wiało agre­sywne, dzi­waczne i auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia, zwłasz­cza gdy czuli się sfru­stro­wani, tłam­szeni albo nie­ro­zu­miani. Wpa­dali wtedy w złość, rzu­cali tale­rzami, tłu­kli szyby i kale­czyli się odłam­kami szkła. W tam­tym cza­sie nie mia­łem poję­cia, dla­czego ktoś miałby zare­ago­wać wście­kło­ścią lub stra­chem na jakąś pro­za­iczną prośbę („Pozwól, że oczysz­czę ci włosy z tej mazi”). Zazwy­czaj postę­po­wa­łem zgod­nie z radami doświad­czo­nych pie­lę­gnia­rek, które sygna­li­zo­wały mi, kiedy się wyco­fać, a jeśli to nie poma­gało – kiedy unie­ru­cho­mić pacjenta. Byłem zasko­czony, a zara­zem zanie­po­ko­jony satys­fak­cją, jaką cza­sami odczu­wa­łem, gdy powa­la­łem pacjenta na pod­łogę, aby pie­lę­gniarka mogła podać mu zastrzyk. Stop­niowo uświadamia­łem sobie, że znaczna część naszego szko­le­nia zawo­do­wego kon­cen­tro­wała się na utrzy­ma­niu kon­troli nad sytu­acją w obli­czu prze­ra­ża­ją­cych i dez­orien­tu­ją­cych realiów.

Sylvia była piękną dzie­więt­na­sto­let­nią stu­dentką Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego, która zwy­kle znaj­do­wała sobie na oddziale samotny kąt. Wyglą­dała na śmier­tel­nie prze­ra­żoną i wła­ści­wie się nie odzy­wała, lecz cią­gnęła się za nią repu­ta­cja dziew­czyny wpły­wo­wego bostoń­skiego mafioso, która przy­da­wała jej aury tajem­ni­czo­ści. Po ponad tygo­dniu odma­wia­nia jedze­nia, gdy zaczęła szybko tra­cić na wadze, leka­rze uznali, że należy kar­mić ją siłą. Potrzeba było nas trzech, żeby ją przy­trzy­mać. Następ­nego, by wepchnąć gumową rurkę do jej gar­dła, oraz pie­lę­gniarki, która wle­wała odżyw­czy płyn do jej żołądka. Póź­niej, pod­czas noc­nych wyznań, Sylvia nie­śmiało i z waha­niem zwie­rzyła mi się, że jej brat i wuj mole­sto­wali ją, gdy była dziec­kiem. Uświa­do­mi­łem sobie wtedy, że nasz pokaz „tro­ski” o jej dobro­stan musiał być dla niej czymś w rodzaju zbio­ro­wego gwałtu. To i podobne doświad­cze­nia pomo­gły mi w sfor­mu­ło­wa­niu zasady, którą prze­ka­zy­wa­łem potem stu­den­tom: jeśli robisz pacjen­towi coś, czego nie zro­bił­byś przy­ja­cio­łom albo dzie­ciom, zasta­nów się, czy aby mimo­wol­nie nie odtwa­rzasz traumy z jego prze­szło­ści.

Jako asy­stent odpo­wie­dzialny za zapew­nia­nie cho­rym roz­ry­wek zauwa­ży­łem coś jesz­cze: pacjenci w gru­pie byli zadzi­wia­jąco nie­zdarni i nie­sko­or­dy­no­wani. Kiedy jecha­li­śmy na kem­ping, więk­szość stała bez­rad­nie, pod­czas gdy ja roz­bi­ja­łem namioty. Raz w trak­cie szkwału pra­wie wywró­ci­li­śmy się na rzece Char­les do góry dnem, bo wszy­scy tkwili sku­leni na zawietrz­nej, jakby nie poj­mo­wali, że muszą prze­nieść się na drugą stronę, by łódź utrzy­mała rów­no­wagę. Pod­czas meczów siat­kówki człon­ko­wie per­so­nelu zawsze byli lepiej sko­or­dy­no­wani niż pacjenci. Inna wspólna cecha moich pod­opiecz­nych pole­gała na tym, że nawet naj­swo­bod­niej­sze roz­mowy w ich wyda­niu zda­wały się sztuczne, pozba­wione natu­ral­nej gesty­ku­la­cji i mimiki, typo­wych dla dys­ku­tu­ją­cych przy­ja­ciół. Zna­cze­nie tych spo­strze­żeń stało się dla mnie jasne dopiero po tym, jak pozna­łem Petera Levine’a i Pat Ogden, tera­peu­tów spe­cja­li­zu­ją­cych się w pracy z cia­łem. W dal­szych roz­dzia­łach napi­szę znacz­nie sze­rzej o tym, jak trauma gnieź­dzi się w ludz­kim ciele.

Nadawanie sensu cierpieniu

Po roku na oddziale badaw­czym wró­ci­łem na stu­dia, a potem – już jako świeżo upie­czony lekarz – tra­fi­łem z powro­tem do MMHC, gdzie dosta­łem się na spe­cja­li­za­cję z psy­chia­trii, co przy­ją­łem z ogromną rado­ścią. W ramach tego samego pro­gramu stu­dio­wało wielu zna­nych psy­chia­trów, w tym Eric Kan­del, póź­niej­szy lau­reat Nagrody Nobla w dzie­dzi­nie fizjo­lo­gii i medy­cyny. To tutaj, w cza­sie mojego szko­le­nia, pra­cu­jący w labo­ra­to­rium w pod­zie­miach szpi­tala Allan Hob­son odkrył komórki mózgu odpo­wie­dzialne za powsta­wa­nie marzeń sen­nych. To wła­śnie w MMHC prze­pro­wa­dzono pierw­sze bada­nia nad che­micz­nymi pod­sta­wami depre­sji. Ale dla wielu z nas, rezy­den­tów, naj­cie­kawsi byli sami cho­rzy. Spę­dza­li­śmy z nimi sześć godzin dzien­nie, a potem spo­ty­ka­li­śmy się w gru­pie z bar­dziej doświad­czo­nymi psy­chia­trami, aby dzie­lić się spo­strze­że­niami, zada­wać pyta­nia i wal­czyć o tytuł autora najbar­dziej bły­sko­tli­wej uwagi.

Elvin Sem­rad, nasz wybitny nauczy­ciel, robił, co mógł, by znie­chę­cić nas do czy­ta­nia pod­ręcz­ni­ków psy­chia­trii na pierw­szym roku. (Ta inte­lek­tu­alna gło­dówka być może tłu­ma­czy to, że więk­szość z nas póź­niej nie tylko pochła­niała tony ksią­żek, lecz także sama chęt­nie się­gała po pióro). Sem­rad nie chciał, aby nasze postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści zostało przy­sło­nięte pseu­do­pew­no­ścią dia­gnoz psy­chia­trycz­nych. Pamię­tam, jak kie­dyś zapy­ta­łem go: „Jak nazwał­byś tego pacjenta: schi­zo­fre­ni­kiem czy cho­rym na zabu­rze­nie schi­zo­afek­tywne?”. Przy­sta­nął i potarł brodę, jakby w głę­bo­kim zamy­śle­niu. „Myślę, że nazwał­bym go Micha­elem McIn­tyre’em” – odparł.

Sem­rad nauczył nas, że więk­szość ludz­kich cier­pień wynika z miło­ści i straty, a zada­niem tera­peu­tów jest poma­ga­nie pacjen­tom w „uzna­wa­niu, doświad­cza­niu i zno­sze­niu” realiów życia, ze wszyst­kimi rado­ściami i smut­kami. „Naj­więk­szym źró­dłem naszego cier­pie­nia są kłam­stwa, które sobie powta­rzamy” – mawiał, zachę­ca­jąc nas do szcze­ro­ści wobec samych sie­bie w każ­dym aspek­cie tego, czego doświad­czamy. Czę­sto powta­rzał, że ludzie nie poczują się lepiej, dopóki w pełni nie dowie­dzą się tego, co wie­dzą, i nie poczują tego, co czują.

Pamię­tam, jak bar­dzo zasko­czył mnie ów sza­no­wany pro­fe­sor z Harvardu, gdy wyznał, że lubi zasy­piać, czu­jąc obok sie­bie obec­ność żony, bo daje mu to poczu­cie spo­koju. Dzie­ląc się tak pro­stą ludzką potrzebą, uświa­da­miał nam, jak wielki wpływ mają one na kształt naszego życia. Jeśli je baga­te­li­zu­jemy, umniej­szamy wła­sną egzy­sten­cję, bez względu na to, jak wznio­słe są nasze myśli i jak wiele osią­gnę­li­śmy. Sem­rad powie­dział nam, że zdro­wie­nie zależy od wie­dzy empi­rycz­nej: możesz w pełni pano­wać nad swoim życiem dopiero wtedy, gdy umiesz uznać rze­czy­wi­stość wła­snego ciała we wszyst­kich jego fizjo­lo­gicz­nych wymia­rach.

Nasza dzie­dzina wie­dzy zmie­rzała jed­nak w innym kie­runku. W 1968 roku w „Ame­ri­can Jour­nal of Psy­chia­try” opu­bli­ko­wano wyniki bada­nia prze­pro­wa­dzo­nego na oddziale, na któ­rym kie­dyś byłem asy­sten­tem. Wska­zy­wały one jed­no­znacz­nie, że pacjenci ze schi­zo­fre­nią pod­da­wani wyłącz­nie far­ma­ko­te­ra­pii osią­gali lep­sze wyniki niż ci, któ­rzy trzy razy w tygo­dniu odby­wali sesje psy­cho­te­ra­pii z naj­lep­szymi bostoń­skimi spe­cja­li­stami3. Bada­nie to było jed­nym z wielu kamieni milo­wych na dro­dze, która stop­niowo pro­wa­dziła do zmiany nasta­wie­nia medy­cyny i psy­chia­trii wobec pro­ble­mów psy­cho­lo­gicz­nych: od uzna­wa­nia nie­skoń­cze­nie róż­no­rod­nych prze­ja­wów nie­zno­śnych uczuć i rela­cji do modelu bazu­ją­cego na wielu odręb­nych „zabu­rze­niach” wyni­ka­ją­cych z nie­pra­wi­dło­wo­ści dzia­ła­nia mózgu.

Podej­ście medy­cyny do ludz­kiego cier­pie­nia zawsze było zde­ter­mi­no­wane przez bie­żące zdo­by­cze postępu tech­nicz­nego. Przed epoką oświe­ce­nia aber­ra­cje w zacho­wa­niu przy­pi­sy­wano woli boskiej, grze­chom, magii, cza­row­ni­com i złym duchom. Dopiero w XIX wieku fran­cu­scy i nie­mieccy naukowcy zaczęli ana­li­zo­wać zacho­wa­nia przez pry­zmat adap­ta­cji do zło­żo­no­ści świata. Teraz poja­wił się nowy para­dyg­mat: gniew, pożą­da­nie, duma, chci­wość, skąp­stwo i leni­stwo (oraz wszyst­kie inne odwieczne przy­pa­dło­ści ludz­kiego cha­rak­teru) zostały nazwane „zabu­rze­niami”, które można wyle­czyć dzięki poda­wa­niu odpo­wied­nich sub­stan­cji che­micz­nych4. Wielu psy­chia­trów z ulgą i zachwy­tem uświa­do­miło sobie, że dzięki temu stali się „praw­dzi­wymi naukow­cami” – takimi jak ich kole­dzy ze stu­diów medycz­nych, któ­rzy mieli labo­ra­to­ria, pro­wa­dzili eks­pe­ry­menty na zwie­rzę­tach, dys­po­no­wali kosz­towną apa­ra­turą i robili skom­pli­ko­wane testy dia­gno­styczne – i odło­żyło na bok mętne teo­rie filo­zo­fów takich jak Freud czy Jung. Auto­rzy jed­nego z naj­waż­niej­szych pod­ręcz­ni­ków psy­chia­trycz­nych posu­nęli się nawet do stwier­dze­nia: „Za przy­czynę cho­rób psy­chicz­nych uznaje się obec­nie nie­pra­wi­dło­wo­ści w funk­cjo­no­wa­niu mózgu; zabu­rze­nia rów­no­wagi che­micz­nej”5.

Tak jak moi kole­dzy, ja rów­nież z entu­zja­zmem powi­ta­łem far­ma­ko­lo­giczną rewo­lu­cję. W 1973 roku zosta­łem pierw­szym star­szym rezy­den­tem psy­cho­far­ma­ko­lo­gii w MMHC. Być może byłem też pierw­szym bostoń­skim psy­chia­trą, który podał lit pacjentce z psy­chozą mania­kalno-depre­syjną, dziś czę­ściej nazy­waną cho­robą afek­tywną dwu­bie­gu­nową. (Czy­ta­łem o pro­wa­dzo­nych w Austra­lii pra­cach Johna Cade’a nad litem i dosta­łem od komi­sji szpi­tal­nej pozwo­le­nie na wypró­bo­wa­nie tego środka). Pod wpły­wem litu kobieta, która rok w rok przez trzy­dzie­ści pięć lat popa­dała w maju w manię, a w listo­pa­dzie w depre­sję przy­pra­wia­jącą ją o myśli samo­bój­cze, wyrwała się z cyklu cho­roby i przez trzy lata, kiedy była pod moją opieką, jej nastrój pozo­sta­wał sta­bilny. Wcho­dzi­łem też w skład pierw­szego ame­ry­kań­skiego zespołu badaw­czego testu­ją­cego lek prze­ciw­p­sy­cho­tyczny o nazwie Clo­za­ril na prze­wle­kle cho­rych pacjen­tach, któ­rzy z braku innego pomy­słu byli prze­trzy­my­wani na zapy­zia­łych oddzia­łach sta­rych szpi­tali psy­chia­trycz­nych6. Nie­któ­rzy reago­wali na śro­dek w iście cudowny spo­sób; ludzie, któ­rzy więk­szość życia spę­dzili w strasz­li­wych realiach wła­snego zamknię­tego świata, mogli wró­cić do rodzin i spo­łecz­no­ści. Pacjenci pogrą­żeni w mroku i roz­pa­czy zaczęli reago­wać na piękno kon­tak­tów z ludźmi oraz czer­pać przy­jem­ność z pracy i zabawy. Dzięki tym zdu­mie­wa­ją­cym osią­gnię­ciom nabie­ra­li­śmy opty­mi­zmu i prze­ko­na­nia, że w końcu uda się nam poko­nać cier­pie­nie.

Środki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne były jed­nym z głów­nych czyn­ni­ków, który dopro­wa­dził do zmniej­sze­nia liczby sta­łych pacjen­tów szpi­tali psy­chia­trycz­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z ponad 500 tysięcy w 1955 roku do nie­ca­łych 100 tysięcy w 1996 roku7. Tych, któ­rzy nie znają realiów świata psy­chia­trii sprzed poja­wie­nia się wspo­mnia­nych metod far­ma­ko­te­ra­pii, zapew­niam, że zmiana była nie­mal nie­wy­obra­żalna. Jako stu­dent pierw­szego roku odwie­dzi­łem szpi­tal sta­nowy Kan­ka­kee w Illi­nois i zoba­czy­łem, jak krępy pie­lę­gniarz polewa wodą z węża dzie­siątki brud­nych, nagich, nie­sko­or­dy­no­wa­nych pacjen­tów w ogo­ło­co­nej z mebli sali wypo­sa­żo­nej w rynienki kana­li­za­cyjne. Dziś wspo­mnie­nie to wydaje mi się bar­dziej kosz­ma­rem niż czymś, co widzia­łem na wła­sne oczy. Moją pierw­szą pracą po ukoń­cze­niu rezy­den­tury w 1974 roku było sta­no­wi­sko przed­ostat­niego w hie­rar­chii waż­no­ści dyrek­tora Boston State Hospi­tal, sza­cow­nej nie­gdyś insty­tu­cji, w któ­rej daw­niej prze­by­wały tysiące pacjen­tów, roz­lo­ko­wa­nych w budyn­kach na obsza­rze dzie­sią­tek hek­ta­rów. Już wów­czas jed­nak budynki te – w tym szklar­nie, ogrody i warsz­taty – w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści popa­dały w ruinę. Za cza­sów mojego dyrek­to­ro­wa­nia pacjen­tów stop­niowo prze­no­szono do „spo­łecz­no­ści”, jak w bar­dzo ogól­ni­kowy spo­sób nazy­wano ano­ni­mowe schro­ni­ska i domy opieki, gdzie tra­fiała więk­szość z nich. (Jak na iro­nię szpi­tal miał począt­kowo sta­tus azylu. Ter­min ten ozna­czał „sank­tu­arium” i dopiero potem nabrał dodat­ko­wego zna­cze­nia. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił on wspólne schro­nie­nie dla spo­łecz­no­ści, w któ­rej każdy znał imiona i przy­pa­dło­ści pacjen­tów). W 1979 roku, wkrótce po tym, jak pod­ją­łem pracę w VA, bramy Boston State Hospi­tal zostały zamknięte na głu­cho, a sama pla­cówka prze­mie­niła się w osie­dle widmo.

W trak­cie mojego pobytu w tym szpi­talu kon­ty­nu­owa­łem prace w labo­ra­to­rium psy­cho­far­ma­ko­lo­gicz­nym MMHC, w któ­rym obrano wów­czas inny niż wcze­śniej kie­ru­nek badań. W latach 60. naukowcy z Natio­nal Insti­tu­tes of Health (Naro­dowe Insty­tuty Zdro­wia; NIH) zaczęli opra­co­wy­wać tech­niki izo­lo­wa­nia i mie­rze­nia pozio­mów hor­mo­nów oraz neu­ro­prze­kaź­ni­ków we krwi i w mózgu. Neu­ro­prze­kaź­niki to che­miczni posłańcy, któ­rzy prze­no­szą infor­ma­cje mię­dzy neu­ro­nami, a tym samym pozwa­lają nam funk­cjo­no­wać w świe­cie.

Kiedy naukowcy zna­leźli dowody na to, że nie­pra­wi­dłowy poziom nora­dre­na­liny ma zwią­zek z depre­sją, a dopa­miny ze schi­zo­fre­nią, poja­wiła się nadzieja, że da się opra­co­wać leki pozwa­la­jące na sko­ry­go­wa­nie tego rodzaju nie­pra­wi­dło­wo­ści che­micz­nych w mózgu. Nadzieja ta ni­gdy się w pełni nie ziściła, lecz wysiłki na rzecz bada­nia wpływu leków na objawy zabu­rzeń psy­chicz­nych dopro­wa­dziły do kolej­nej głę­bo­kiej zmiany w naszej pro­fe­sji. Naukowcy potrze­bo­wali pre­cy­zyj­nego i sys­te­ma­tycz­nego spo­sobu komu­ni­ko­wa­nia swo­ich spo­strze­żeń, co dopro­wa­dziło do opra­co­wa­nia tak zwa­nych kry­te­riów dia­gno­stycz­nych badań (ang. rese­arch dia­gno­stic cri­te­ria), do czego nawet ja – jako skromny asy­stent – także się w pew­nym stop­niu przy­czy­ni­łem. Osta­tecz­nie stały się one pod­stawą pierw­szego sys­temu dia­gno­zo­wa­nia scho­rzeń psy­chicz­nych, a mia­no­wi­cie wyda­wa­nego przez Ame­ri­can Psy­chia­tric Asso­cia­tion pod­ręcz­nika Dia­gno­stic and Sta­ti­sti­cal Manual of Men­tal Disor­ders (DSM) [Dia­gno­styczny i sta­ty­styczny pod­ręcz­nik zabu­rzeń psy­chicz­nych], czę­sto nazy­wa­nego zresztą „biblią psy­chia­trii”. Przed­mowa do prze­ło­mo­wego, trze­ciego wyda­nia (DSM-3) z 1980 roku była sto­sow­nie skromna i przy­zna­wała, że sys­tem ten jest nie­pre­cy­zyjny – na tyle nie­ści­sły, że ni­gdy nie powi­nien być uży­wany do celów kry­mi­na­li­stycz­nych ani ubez­pie­cze­nio­wych8. Wkrótce pokażę, że skrom­ność ta nie­stety była krót­ko­trwała.

Nieunikniony wstrząs

Gdy mie­rzy­łem się z wie­loma nie­roz­wi­kła­nymi zagad­kami stresu poura­zo­wego, zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy nie­któ­rych spo­śród nich nie da się roz­wią­zać dzięki rodzą­cej się wów­czas dzie­dzi­nie wie­dzy – neu­ro­nauce. Zain­spi­ro­wany tym pomy­słem zaczą­łem brać udział w spo­tka­niach Ame­ri­can Col­lege of Neu­rop­sy­cho­phar­ma­co­logy (Ame­ry­kań­skie Kole­gium Neu­rop­sy­cho­far­ma­ko­lo­gii; ACNP). W 1984 roku ACNP zapew­niło chęt­nym moż­li­wość wzię­cia udziału w wielu fascy­nu­ją­cych wykła­dach na temat opra­co­wy­wa­nia nowych leków, lecz dopiero na kilka godzin przed pla­no­wa­nym lotem powrot­nym do Bostonu wysłu­cha­łem pre­lek­cji Ste­vena Maiera z Uni­wer­sy­tetu Kolo­rado, który współ­pra­co­wał z Mar­ti­nem Selig­ma­nem z Uni­wer­sy­tetu Pen­syl­wa­nii. Tema­tem wykładu było zja­wi­sko wyuczo­nej bez­rad­no­ści u zwie­rząt. Maier i Selig­man wie­lo­krot­nie razili zamknięte w klat­kach psy prą­dem elek­trycz­nym, co nazy­wali „nie­unik­nio­nym wstrzą­sem”9. Jako miło­śnik psów byłem prze­ko­nany, że ni­gdy nie pod­jął­bym się takiego bada­nia, jed­nak cie­ka­wiło mnie, jaki wpływ to okrutne postę­po­wa­nie wywarło na zwie­rzęta.

Bada­cze pod­dali psy serii wstrzą­sów elek­trycz­nych, a potem otwo­rzyli klatki i ponow­nie potrak­to­wali czwo­ro­nogi prą­dem. Wszyst­kie psy z grupy kon­tro­l­nej, które nie były wcze­śniej rażone w ten spo­sób, natych­miast czmych­nęły z kla­tek, lecz te, które wcze­śniej zostały pod­dane nie­unik­nio­nym wstrzą­som, nie pró­bo­wały ucie­kać nawet wtedy, gdy drzwiczki sze­roko otwarto – po pro­stu leżały, skom­lały i defe­ko­wały. Sama moż­li­wość ucieczki naj­wy­raź­niej wcale nie musi ozna­czać, że strau­ma­ty­zo­wane zwie­rzęta wybiorą wol­ność – i nie ina­czej jest u ludzi. Wielu po pro­stu się pod­daje, tak jak psy Maiera i Selig­mana. Zamiast zary­zy­ko­wać i spró­bo­wać cze­goś nowego, pozo­stają w dobrze im zna­nym lęku.

Pre­lek­cja Maiera wywarła na mnie ogromne wra­że­nie. Moi obar­czeni traumą pacjenci doświad­czyli cze­goś bar­dzo podob­nego do tego, co bada­cze zro­bili nie­szczę­snym psom. Oni rów­nież zostali wysta­wieni na dzia­ła­nie kogoś (lub cze­goś) i wyrzą­dziło im to strasz­liwą krzywdę – taką, przed którą nie mogli uciec. Doko­na­łem w myślach szyb­kiego prze­glądu moich pacjen­tów. Pra­wie wszy­scy zostali w jakiś spo­sób uwię­zieni albo unie­ru­cho­mieni; nie­zdolni do pod­ję­cia dzia­łań, które mogłyby zapo­biec nie­unik­nio­nemu. Ich reak­cja walki lub ucieczki została zablo­ko­wana, co skut­ko­wało skraj­nym pobu­dze­niem bądź zała­ma­niem.

Maier i Selig­man odkryli także, że pod­da­wane wstrzą­som psy wydzie­lały znacz­nie więk­sze od typo­wych ilo­ści hor­mo­nów stresu. Spo­strze­że­nie to potwier­dziło wstępne odkry­cia doty­czące pod­staw stresu poura­zo­wego. Grupa mło­dych bada­czy – wśród nich Steve South­wick i John Kry­stal z Yale, Arieh Sha­lev z Hadas­sah Medi­cal School w Jero­zo­li­mie, Frank Put­nam z Natio­nal Insti­tute of Men­tal Health oraz Roger Pit­man, który póź­niej tra­fił na Harvard – doszła do wnio­sku, że osoby obcią­żone traumą wydzie­lają duże ilo­ści hor­mo­nów stresu jesz­cze długo po tym, gdy rze­czy­wi­ste zagro­że­nie ustąpi. Z kolei Rachel Yehuda z Mount Sinai w Nowym Jorku przed­sta­wiła nam zakra­wa­jące na para­doks wyniki badań, zgod­nie z któ­rymi osoby z PTSD cechują się niskim pozio­mem kor­ty­zolu, jed­nego z hor­mo­nów stresu. Jej odkry­cia zaczęły nabie­rać sensu dopiero w świe­tle dal­szych badań, które poka­zały, że kor­ty­zol nie­jako koń­czy reak­cję stre­sową i komu­ni­kuje orga­ni­zmowi, że wszystko w porządku. Tym­cza­sem w PTSD hor­mony stresu nie wra­cają do bazo­wego poziomu po ustą­pie­niu zagro­że­nia.

Byłoby ide­al­nie, gdyby hor­mo­nalny sys­tem stresu bły­ska­wicz­nie reago­wał na nie­bez­pie­czeń­stwo, a potem szybko przy­wra­cał nas do rów­no­wagi. Tym­cza­sem u pacjen­tów z PTSD powrót do rów­no­wagi jest zakłó­cony. Choć nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, na­dal poja­wiają się u nich sygnały walki, ucieczki lub zamro­że­nia, a cały sys­tem nie wraca do normy tak samo, jak działo się to u wspo­mnia­nych psów. Cią­głe wydzie­la­nie hor­mo­nów stresu mani­fe­stuje się pobu­dze­niem i paniką, a w dłuż­szej per­spek­ty­wie sieje spu­sto­sze­nie w orga­ni­zmie.

Tego dnia spóź­ni­łem się na samo­lot, bo po pro­stu musia­łem poroz­ma­wiać ze Ste­ve­nem Maie­rem. Jego warsz­taty dostar­czyły mi nie tylko wska­zó­wek doty­czą­cych pod­sta­wo­wych pro­ble­mów moich pacjen­tów, lecz także moż­li­wo­ści ich roz­wią­za­nia. Razem z Selig­ma­nem odkrył on na przy­kład, że jedyny spo­sób naucze­nia strau­ma­ty­zo­wa­nych psów, by po otwar­ciu drzwi­czek zeszły z siatki, która raziła je prą­dem, polega na wie­lo­krot­nym wycią­ga­niu ich z klatki, aby mogły fizycz­nie się prze­ko­nać, jak mogą uciec. Zasta­na­wia­łem się, czy nie mogli­by­śmy w podobny spo­sób pomóc moim pacjen­tom zerwać z prze­świad­cze­niem, że nie mogą zro­bić nic, by się obro­nić. Czy oni także potrze­bo­wali doświad­czeń fizycz­nych, aby odzy­skać wewnętrzne poczu­cie kon­troli? A gdyby dało się ich nauczyć, że fizyczny ruch pozwala uciec od poten­cjal­nego zagro­że­nia – podob­nego do daw­nej trau­ma­tycz­nej sytu­acji, w któ­rej czuli się uwię­zieni i unie­ru­cho­mieni? To jeden z moich klu­czo­wych wnio­sków – sze­rzej oma­wiam go w pią­tej czę­ści książki, poświę­co­nej lecze­niu.

Dal­sze bada­nia na zwie­rzę­tach – myszach, szczu­rach, kotach, mał­pach i sło­niach – przy­nio­sły kolejne intry­gu­jące rezul­taty10. Na przy­kład gdy naukowcy odtwa­rzali gło­śne, natar­czywe dźwięki, myszy wycho­wane w przy­tul­nych gniaz­dach i mające pod dostat­kiem poży­wie­nia natych­miast ucie­kały do sie­bie. Ale inne myszy, które dora­stały w hała­sie i nie mogły liczyć na pełną miskę, także ucie­kały do domu, nawet po pew­nym cza­sie spę­dzo­nym w przy­jem­niej­szym oto­cze­niu11.

Wystra­szone zwie­rzęta ucie­kają do domu nie­za­leż­nie od tego, czy jest on bez­pieczny, czy budzi lęk. Pomy­śla­łem o moich pacjen­tach z prze­mo­co­wymi rodzi­nami, wra­ca­ją­cych do nich mimo ryzyka kolej­nej krzywdy. Czy osoby z traumą są ska­zane na szu­ka­nie ucieczki do tego, co znane? Jeśli tak, dla­czego tak się dzieje i czy można pomóc im stwo­rzyć więź z miej­scami i aktyw­no­ściami dają­cymi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i przy­jem­no­ści?12

Uzależnieni od traumy: ból rozkoszy i rozkosz bólu

Jed­nym z doświad­czeń, które szcze­gól­nie ude­rzyły mnie i mojego kolegę Marka Gre­en­berga pod­czas pro­wa­dze­nia grup tera­peu­tycz­nych dla żoł­nie­rzy wal­czą­cych w Wiet­na­mie, była nie­zwy­kła żywio­ło­wość, z jaką opo­wia­dali oni o kata­stro­fach śmi­głow­ców i umie­ra­ją­cych towa­rzy­szach broni – choć wspo­mnie­nia te budziły w nich żal i grozę. (Chris Hed­ges, były kore­spon­dent „New York Timesa”, który rela­cjo­no­wał wiele bru­tal­nych kon­flik­tów, zaty­tu­ło­wał swoją książkę War Is a Force That Gives Us Meaning [Wojna jest siłą, która daje nam sens]13). Wiele strau­ma­ty­zo­wa­nych osób wydaje się dążyć do prze­żyć, które dla więk­szo­ści są odstrę­cza­jące14, a pacjenci czę­sto uskar­żają się na nie­okre­ślone poczu­cie pustki i nudy, jakie towa­rzy­szy im, gdy nie są roz­gnie­wani, pod pre­sją albo zaan­ga­żo­wani w jakieś ryzy­kowne dzia­ła­nia.

Kiedy moja pacjentka Julia miała szes­na­ście lat, została bestial­sko zgwał­cona w pokoju hote­lo­wym. Sprawca gro­ził jej bro­nią palną. Nie­długo potem zwią­zała się z bru­tal­nym alfon­sem, który zro­bił z niej pra­cow­nicę sek­su­alną. Regu­lar­nie ją bił. Wie­lo­krot­nie tra­fiała do aresztu za świad­cze­nie usług sek­su­al­nych, lecz zawsze wra­cała do swo­jego alfonsa. W końcu zain­ter­we­nio­wali jej dziad­ko­wie, któ­rzy opła­cili inten­sywny sta­cjo­narny pro­gram reha­bi­li­ta­cyjny. Po jego ukoń­cze­niu pod­jęła pracę jako recep­cjo­nistka i zaczęła uczęsz­czać na zaję­cia w miej­sco­wym col­lege’u. W ramach kursu z socjo­lo­gii napi­sała pracę seme­stralną o wyzwa­la­ją­cych moż­li­wo­ściach branży ero­tycz­nej, a na jej potrzeby prze­czy­tała wspo­mnie­nia kilku sław­nych pra­cow­nic sek­su­al­nych. Stop­niowo rezy­gno­wała z pozo­sta­łych kur­sów. Zwią­zek z kolegą z jej roku roz­padł się szybko, bo jak sama powie­działa, chło­pak śmier­tel­nie ją nudził, a jego zami­ło­wa­nie do maj­tek typu bok­serki – odrzu­cało. Potem poznała w metrze nar­ko­mana, który naj­pierw ją pobił, a potem zaczął prze­śla­do­wać. Osta­tecz­nie, po kolej­nym dotkli­wym pobi­ciu, zde­cy­do­wała się wró­cić na tera­pię.

Tego rodzaju nawra­ca­jące trau­ma­tyczne prze­ży­cia Freud nazwał „przy­mu­sem powta­rza­nia”. Wie­rzył on – podob­nie jak wielu jego naśla­dow­ców – że powie­la­nie wła­snych sche­ma­tów to pod­świa­dome próby prze­ję­cia kon­troli nad trau­ma­tyczną sytu­acją, które w końcu mają dopro­wa­dzić do opa­no­wa­nia jej i roz­wią­za­nia. Nie ma żad­nych dowo­dów na słusz­ność tej teo­rii, gdyż powta­rza­nie jedy­nie potę­guje ból i nie­na­wiść do samego sie­bie. Nawet w trak­cie tera­pii ponowne prze­ży­wa­nie traumy na nowo może nasi­lać fik­sa­cje i obse­sje.