Sto razy Sierpem - Jacek Sierpiński - ebook
Opis

Jacek Sierpiński - od końca lat 80. XX wieku działacz społeczny, popularyzator libertarianizmu, bloger, komentator rzeczywistości społecznej i politycznej. Do początku obecnego wieku związany z ruchem anarchistycznym, obecnie członek Stowarzyszenia Libertariańskiego. W 2014 roku kandydował do Parlamentu Europejskiego z listy Demokracji Bezpośredniej. Z zawodu informatyk. Publikował również wiersze i opowiadania, m. in. w "Fantastyce" i "Nowej Fantastyce".

Ebook zawiera sto wybranych jego tekstów publicystycznych z lat 1996-2018. "Dostaje się" w nich lewicy, prawicy i centrum, feministkom i korwinistom, klerykałom i antyklerykałom, a przede wszystkim władzy. Można przeczytać, czemu nie ma sensu dzielić liberalizmu na "gospodarczy" i "obyczajowy", dlaczego wbrew popularnym argumentom dlaczego historie śmierci Jezusa i kariery Hitlera nie są argumentem przeciwko demokracji, gdzie w Biblii można znaleźć twierdzenie, którego fałszywość została dowiedziona empirycznie oraz czemu mężczyzna w kobiecym stroju bulwersuje, podczas gdy kobieta w męskim stroju już nie. 22 lata twórczości kota, który chodził własnymi drogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Od autora
Kobiety, seks i pieniądze
Antyalkoholowy absurd
UPRrrrrrrrrrrrrrrr
Uwaga – nowa konstytucja!
Władza polityczna jako "strażnik" środowiska?
Tylko państwo, czyli argumenty mistrza kung-fu
Niech sczezną studenci!
I nikomu nie wolno się z tego śmiać
Przyjdzie urzędnik i wyrówna...
Różne oblicza różnorodności
Polowanie na czarownice?
Państwo a mafia
Dobrowolna rzeczpospolita
Własność a kradzież
Organy płciowe w czasie stosunku
Państwo nie musi udzielać ślubów
Kulturalni wrogowie wolności
O sataniście w wojsku i pewnym biskupie
Komu sprzyja wolny rynek?
O tak zwanej „własności intelektualnej” i patentach na oprogramowanie
Senator Szyszkowska dziwi się światu
Blogi, d***kracja i d***tatura
Antykapitalistyczny weekend z kapitalistą
Monarchia alternatywna
Dwa liberalizmy?
Podatek dla kibiców
Wypaczona odpowiedzialność
Ktoś będzie żył dłużej, by zginąć mógł ktoś
Chiny, Unia Europejska i JKM
Wzrost gospodarczy to nie wolny rynek
Hitler, antysemita wcale nie nadmierny
Amerykanie przegrali wojnę o ropę
Dyktatura polonistów
Demonstracja antypolskości
Facet na obcasach, czyli o stereotypach
Zakazać niewłaściwego odżywiania!
Racjonalni zwolennicy cenzury
Nacjonalista z „Wyborczej”
Czy Polska jest państwem policyjnym?
Omamieni buntownicy
Liberał
Ustanowieni przez Boga
Co wolno wojewodzie…
Parytet, czyli walka o stołki
Złodzieje
Parytet dobry na wszystko
Powraca słodko premier Kołodko…
Uczniowie do garnizonów, czyli najnowszy pomysł JKM
Pogarda dla dziewcząt uciesznych
Różne znaczy równe
Esteta Kukiz
Dokopać katolikom
Liberalizm oralno-analny
Państwo a przedłużanie gatunku
Chodź, pomaluj mój świat… urzędniku
Gleba, na której rodzi się faszyzm
Dlaczego nie jestem korwinistą
Dymanie niepoświęconym wibratorem
Co jest kradzione?
Więcej pieniędzy służbom?
I wyszli na skrajnych zamordystów
Fantasy, dzieło szatana
Sprawiedliwość społeczna
Klatka
Naziści są wszędzie
Sieć neutralna czy wolna?
Polityka dokopywania
Kingi Dunin hołd dla przymusu
Ostateczne rozwiązanie problemu nienawiści
Wałbrzych, czyli efekt cudzej kasy
Normalni chuligani i nieudolne państwo
Talib
Ateizm i zasady moralne
Jak przemija era monopolu fotoreportera
Dość terroru fiskusa!
Żakowski i wyszydzanie narodu
Stalin lepszy od demokracji, czyli kwintesencja korwinizmu
25 lat temu
Czym jest, a czym nie jest libertarianizm
Nagroda dla Balcerowicza
Hitler i Jezus – błędne argumenty przeciwko demokracji
Ruch Kukiza nieprzyjazny przedsiębiorcom
Państwo i kultura
Być kobietą
Obietnice Łukaszenki, obietnice Zandberga
Uchodźcy
Wszyscy jesteśmy potencjalnymi Stalinami
Antypolski projekt Ruchu Narodowego
Geocentryzm, czyli nauka XXI wieku
Lewica, czyli broń nie dla ludu
Parada równości i przymusu
Obrzydliwe, doprowadzające do płaczu… życie
Uczciwe wynagrodzenie?
Cyberinwigilacja – w 2011 skandal, w 2018 norma
@ > §
Polaków trzeba trzymać za mordę
Państwo nie gnije
Ksiądz profesor Guz i czary
Radny Kałuża i demokracja płynna
Francuzi protestują, Polacy świętują

Sto razy Sierpem

Wydawnictwo Discordia

2018

ISBN: 978-83-953149-0-2

Autor: Jacek Sierpiński

Autor okładki: Piotr Janeczek

Od autora

Co mają ze sobą wspólnego Andrzej Rzepliński, Marek Jurek, Joanna Senyszyn, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Kołodko, Andrzej Sadowski, Krzysztof Łoziński, Paweł Kukiz, Adrian Zandberg, Janusz Palikot, Marek Magierowski, Jeremi Mordasewicz, Robert Tekieli, Jacek Żakowski, Tomasz Sommer, Dominika Wielowieyska, Lech Jęczmyk, Wojciech Orliński, Piotr Szumlewicz, Kinga Dunin, Maria Szyszkowska, Mirosław Orzechowski i Andrzej Wajda? To, że z każdym z nich w swoim czasie polemizowałem, lub krytykowałem jego wypowiedzi. Czasami było to jeszcze zanim dane nazwisko zrobiło się głośne - kto pamięta, że Andrzej Rzepliński jako przedstawiciel Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w 1998 r. popierał (ostatecznie oddalony przez sąd) pozew przeciwko pismu "Dobry Humor" za opublikowanie dowcipów o Murzynach, a Marek Magierowski jako publicysta "Rzeczpospolitej" tłumaczył chuligańskie zamieszki w 2011 r. w Wielkiej Brytanii jaraniem skrętów i oglądaniem pornografii przez ich uczestników?

Od lat 90. XX wieku krytykowałem lewicę i prawicę, SLD i AWS, PO i PiS, korwinistów i Razem, klerykałów i antyklerykałów, próby narzucania przymusem tak "politycznej poprawności", jak i konserwatyzmu obyczajowego. Krytykowałem obecnie obowiązującą konstytucję, zanim jeszcze weszła ona w życie, wyroki Trybunału Konstytucyjnego, wojnę w Iraku, "własność intelektualną". Broniłem "obrońców krzyża" (przed samozwańczymi anarchistami) i parady EuroPride (przed Pawłem Kukizem), broniłem uchodźców i niezależności sądów. Nic dziwnego, że przy takich poglądach jedynymi miejscami, w których mogłem i mogę swobodnie prezentować swoje opinie były niszowe "ziny" (takie jak np. Anarchistyczny Magazyn Autorów "Mać Pariadka" czy rozsyłana bezpłatnie pocztą "Gazeta An Arche"), a potem własna strona internetowa, blog i fanpage na Facebooku. Nigdy nie starałem się być zawodowym publicystą. Jestem kotem chodzącym własnymi drogami. Dlatego zapewne większość ludzi nie kojarzy mojego nazwiska i nie czytała tego, co pisałem i piszę - choć możliwe, że w pewnym dość wąskim środowisku moja publicystyka jest dość znana.

Po ponad dwudziestu latach takiego hobbystycznego pisania postanowiłem wybrać sto swoich tekstów i udostępnić je w formie książki. Są wśród nich zarówno krótkie felietony i komentarze, jak i dłuższe, bardziej "intelektualne" artykuły. Przypuszczam, że niewielu będzie takich, którzy zgodzą się z przekazem zawartym w nich wszystkich. Może jednak dam im przynajmniej do myślenia.

Kobiety, seks i pieniądze

(1996 r.)

Do napisania tego tekstu zainspirowały mnie zamieszczone w styczniowych "Zielonych Brygadach" (pismo to powoli staje się przytułkiem dla najdziwaczniejszych, byle zgodnych z panującymi akurat intelektualnymi modami twierdzeń) wynurzenia pewnej feministki, uskarżającej się, że „świat jest na tyle brutalny, że dyskryminuje kobiety w ogóle, przy okazji wartościując je jeszcze pod względem urody”. Konkretnym tego przykładem był dla niej fakt, że mężczyźni na stanowiskach kierowniczych – co wykazały badania – wolą zatrudniać kobiety ładne, chociaż z mniejszymi umiejętnościami niż kobiety niezbyt atrakcyjne, ale o większych zdolnościach. Komentarz tejże feministki co do owego faktu był następujący: „Precz z męskim stylem życia, gdzie priorytetem są pieniądze, seks i kariera”.

Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że jest to dowód na brak zdolności kobiet do logicznego myślenia. Nie będę jednak pochopnie uogólniał i powiem jedynie, że to owa feministka wykazała brak tej zdolności. Po pierwsze bowiem podany przykład nie jest przykładem na dyskryminację kobiet w ogóle. (Tak nawiasem mówiąc, u nas w kraju bardziej dostrzegalne są dla mnie instytucjonalne przejawy dyskryminacji mężczyzn – np. tylko mężczyźni zmuszani są do odbywania zasadniczej służby wojskowej; jeśli ktoś nie widzi w tym przejawu dyskryminacji, niech wyobrazi sobie sytuację, w której przymus służby wojskowej dotyczy jedynie kobiet. Inny przykład to późniejszy wiek nabywania przez mężczyzn uprawnień emerytalnych – mimo iż mężczyźni żyją średnio krócej! Jednak co ciekawe, większości mężczyzn ta dyskryminacja nie przeszkadza). Jeśli bowiem mężczyzna woli zatrudnić ładną, acz mniej kompetentną kobietę niż kobietę mniej ładną, ale bardziej kompetentną, to jest oczywiste, że wyżej ceni sobie towarzystwo ładnej kobiety niż kompetencję i zatem woli zatrudnić tę kobietę również niż mężczyznę o kompetencjach porównywalnych z tą brzydszą. Dyskryminowane więc są nie tylko kobiety uznane za brzydkie, ale i mężczyźni. Przekonałem się kiedyś o tym na własnej skórze, gdy jako bezrobotny szukałem pracy i zgłosiłem się na ogłoszenie: „Potrzebna osoba do biura” – na miejscu okazało się, że chodzi o kobietę. (Chciałbym nadmienić tu przy okazji, że nie zawsze kierowanie się kryterium urody kandydatki (czy kandydata) przy zatrudnieniu świadczy o preferowaniu urody kosztem kompetencji. W pewnych zawodach (np. modelki czy modela) uroda może być głównym elementem wymaganych kompetencji. Co prawda ocena tej urody dokonywana jest wówczas obowiązujących w danej kulturze standardów, ale nie sądzę, by mogła istnieć społeczność bez takowych standardów, co najwyżej mogłoby funkcjonować ich wewnątrz niej wiele. Jest to jednak temat do osobnych rozważań). Po drugie, jeśli mężczyzna zatrudnia kobietę ładniejszą, ale mniej kompetentną (czyli mniej wydajną i przynoszącą jego firmie mniejsze zyski), to w oczywisty sposób jego priorytetem nie są tu pieniądze ani kariera. Owszem, prawdopodobne, że jest nim seks. Odwrotnie, typowe dla wielu feministek żądanie, by kierował się on przy zatrudnianiu nie urodą, ale kompetencjami kandydatki (czyli jej przydatnością do pomnażania zysków jego firmy) jest żądaniem, by jego priorytetem były właśnie pieniądze i kariera, natomiast w żadnym wypadku nie seks. Innymi słowy, by kierował się w dyskryminowaniu priorytetami Mamona, broń Boże nie Erosa. Bowiem preferowanie przy zatrudnianiu osób bardziej kompetentnych jest także dyskryminacją. Dyskryminacja – czyli odmienne traktowanie – jest tu nieuchronna, jako że zawsze przyjęty może zostać co najwyżej jeden z kandydatów, a reszta musi zostać odrzucona. Nie można wszystkich przyjąć na jedno miejsce. Otwartą sprawą jest natomiast kryterium, jakie się przy tej dyskryminacji przyjmie. Feministki, o których tu mowa, nie chcą, by tym kryterium była uroda, lecz kompetencje – jak widać, według nich mężczyzna nie powinien widzieć w kobiecie obiektu przeżycia estetycznego czy – o zgrozo! – pożądania seksualnego, a narzędzie do zdobywania pieniędzy.

Czy przypadkiem nie jest to żądanie, by mężczyzna widział i traktował kobietę tak, jak one same widzą i traktują mężczyzn? Traktowanie mężczyzn jako przede wszystkim narzędzi do zdobywania pieniędzy – ogólniej środków utrzymania – wydaje się być odwieczną skłonnością kobiet. Pokazują to choćby rubryki ogłoszeń matrymonialno-towarzyskich w gazetach: o ile mężczyźni poszukują na ogół kobiet ładnych, młodych, bezpruderyjnych i namiętnych, o tyle kobiety często kładą nacisk na takie walory potencjalnego partnera, jak zamożność, ustabilizowana pozycja, posiadanie mieszkania czy samochodu. Helen E. Fisher w swej książce Anatomia miłości przytacza wyniki badań przeprowadzonych przez psychologa Davida Bussa, które wykazały, że „od żyjących na wsi Zulusów po mieszkańców miast brazylijskich (…) kobiety skłaniały się ku mężczyznom ustatkowanym i zamożnym” (inaczej niż mężczyźni, kierujący się raczej kryteriami erotyczno-estetycznymi). Według niej jest to wykształcona ewolucyjnie, wrodzona cecha: „Cenione przez kobiety bogactwo jest (…) świadectwem władzy, prestiżu, powodzenia, zdolności utrzymania innych osób. I dobre są ku temu powody: z biologicznego punktu widzenia jest korzystne, by niewiasta upodobała sobie kogoś, kto potrafi zatroszczyć się o dzieci”. Jednak sądzę, że biologicznym uwarunkowaniem jest tu jedynie to, iż kobiety są skłonne wyżej cenić Mamona – dobrobyt materialny (względem innych wartości, np. Erosa – seksu) niż mężczyźni. Faktem jest natomiast, że historycznie rzecz biorąc mężczyźni mieli na ogół – przynajmniej od chwili wynalezienia pługa – większe możliwości zdobywania środków utrzymania, byli pod tym względem skuteczniejsi. Dlatego też najlepszą strategią osiągnięcia dobrobytu dla kobiety był związek z dostarczającym tych środków mężczyzną (i nierzadko traktowanie go zgodnie z zasadą terrańskich psów: „jeśli istota umie myśleć, to lubi myśleć, że jest bogiem; odnoś się do niej jak do bóstwa, a będzie twym chętnym niewolnikiem”). Obecnie kobiety mają coraz więcej możliwości samodzielnego zdobywania środków utrzymania. Mężczyźni nie są już im tak bardzo potrzebni jako ich dostarczyciele. Naturalną koleją rzeczy ich emancypacji powinno być wyzbycie się przez nie utrwalonego przez historyczne okoliczności spojrzenia na mężczyznę jako na przede wszystkim źródło pieniędzy i ponowne (?) spojrzenie nań jako na przede wszystkim obiekt seksualnego pożądania. A to z kolei powinno pomagać im uznać w sobie taki obiekt dla mężczyzn. Wydaje mi się, że proces ten w pewnym stopniu zachodzi już w bogatych krajach. W tym świetle postulat feministek, by mężczyźni oceniali kobiety pod względem ich zawodowych kompetencji jest wyrazem patologicznego kulturowego skostnienia części emancypujących się kobiet – próbą narzucenia mężczyznom nienaturalnego, uwarunkowanego właśnie historyczną materialną przewagą męskiej płci, tradycyjnego spojrzenia kobiet na ich samych.

Antyalkoholowy absurd

(1996 r.)

W ostatnich miesiącach Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych przy pomocy „Gazety Wyborczej” z wielkim hukiem przeprowadzała wśród młodzieży szkolnej ankietę pod hasłem „Czy młodzi muszą pić”. Jedno z pytań ankiety brzmiało: „Są kraje, np. USA, w których obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21. roku życia. Czy byłbyś za tym, aby w Polsce wprowadzono taki przepis?”. Jak podała „GW”, z ponad 4000 odpowiedzi na to pytanie aż 62% brzmiało „tak”. Pan Krzysztof Wojcieszek, reprezentujący ową agencję, skomentował to w sposób następujący: „Czy to nie wspaniałe, że aż dwie trzecie pytanych byłoby skłonne poprzeć taki przepis, przepis działający wbrew swobodzie?”.

Cała akcja niepokojąco przypomina obyczaje minionej epoki, gdzie do dobrego tonu należało, by decyzje władzy wyglądały na spełnianie słusznych żądań społeczeństwa. Robotnicy na masówkach potępiali „syjonistów” czy „warchołów”, po czym robotnicze państwo podejmowało odpowiednie kroki. W tym przypadku jednak absurd jest tak oczywisty, że dziwię się, iż nikt do tej pory nie zwrócił na to publicznie uwagi.

Jak wynikało z publikowanych w „Wyborczej” tekstów, złem, któremu powinno się przeciwstawić jest to, że pije młodzież poniżej 18 roku życia i że po alkohol sięga się w coraz młodszym wieku. Obecnie obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu osobom niepełnoletnim, jednak zakaz ten jest nagminnie nieprzestrzegany, co zresztą udowodniła sama „Gazeta”, wysyłając po zakup wódki uczniów podstawówki. Wprowadzenie ewentualnego zakazu sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21 lat oznaczałoby więc tak naprawdę wprowadzenie zakazu sprzedaży tego alkoholu osobom w wieku 18-21 lat. Pytanie: co może mieć wspólnego zakaz sprzedaży alkoholu ludziom w wieku pomiędzy 18 a 21 rokiem życia z ograniczeniem spożycia tegoż przez osoby poniżej 18 lat?

Jeśli ktoś uważa, że podniesienie granicy wieku spowoduje, że olewany dotychczas nagminnie przepis zacznie być nagle skrupulatnie przestrzegany (w odniesieniu do osób poniżej osiemnastki), można mieć wątpliwości co do jego sprawności umysłowej. Myślę jednak, że urzędnicy z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych nie są aż tak naiwni. Wiedzą natomiast, że jeśli nie będą pokazywać, że „coś robią”, mogą zostać im zabrane fundusze albo i stołki. Zorganizowanie i odpowiednie nagłośnienie ankiety daje im okazję do wykazania się, ale trzeba pomyśleć też o przyszłości. Jak urzędnik może najlepiej pokazać, że „coś robi”? Ano, wymyślając i przepychając nowe, „rozwiązujące problemy” przepisy, zakazy i nakazy. Domaganie się wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu osobom poniżej 21 lat daje wygodny argument w rozmowach ze zwierzchnikami i tłumaczeniu się przed opinią publiczną, zwłaszcza jeśli poprze się to 62% głosów „za” z odpowiednio rozreklamowanej ankiety. Parę przemyconych manipulacji słownych i już można wmawiać, że 62% z tych co odpowiedzieli (ok. 4000 osób) to 62% „pytanych” (wszystkich młodych ludzi czytających „Wyborczą”) i że ich opinia odzwierciedla opinię polskiej młodzieży. A także, że opowiadanie się za takim zakazem to przykład („wspaniałego”) „samoograniczenia” tej młodzieży – to, że samoograniczyć można się po prostu nie kupując alkoholu i nie pijąc, zaś proponowany zakaz dotyczyłby także (a w obecnej chwili wyłącznie, jako że odpowiadający na ankietę mieli poniżej 18 lat) innych, to drobnostka niewarta uwagi. Ważne, by ludzie uwierzyli, że cnotę samoograniczenia można uprawiać wyłącznie za pośrednictwem państwowego urzędnika i policjanta.

Oczywiście nie należy przy tym zwracać uwagi na fakt, że to, iż młodzi piją dowodzi właśnie nieskuteczności już istniejącego zakazu i pokazuje, że Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wcale tych problemów nie rozwiązuje. Jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że w takim razie jest ona niepotrzebna…

Pomysł z podniesieniem granicy wieku uprawniającej do zakupu alkoholu do 21 lat służy wyłącznie uwiarygodnieniu się grupki urzędasów. Jego wejście w życie oznaczałoby dalsze zwiększenie możliwości wtrącania się władzy w życie ludzi i zwiększenie ryzyka upokarzającej sytuacji, gdy chcąc wypić kieliszek wina czy butelkę piwa w restauracji musielibyśmy legitymować się przed kelnerem czy właścicielem, bojącym się kontroli i prowokacji. A za jakiś czas urzędnicy najpewniej wyskoczyliby z pomysłem, że w celu powstrzymania rosnącej fali alkoholizmu wśród nieletnich należy podnieść granicę do powiedzmy 30 lat.

Przykre, że w uwiarygodnianiu biurokratów z PARPA i propagowaniu ich absurdalnej idei wziął udział największy polski dziennik. Mimo iż nie mam specjalnych złudzeń co do „GW”, nie potrafię zrozumieć, jaki interes miała jej redakcja w reklamowaniu tego idiotyzmu. Chyba, że chodzi o układy osobiste.

Miejmy nadzieję, że społeczeństwo mimo wszystko dostrzeże oczywiste przegięcie i nie da się wodzić za nos grupce etatowych „działaczy”. Warto jednak zwrócić uwagę na dalsze losy tego pomysłu.

UPRrrrrrrrrrrrrrrr

(1996 r.)

W 341 numerze związanego z UPR tygodnika „Najwyższy Czas” pan Barnim Regalica w artykule „W swoje ręce…” przypomniał sprawę grupy chuliganów z Legionowa, którzy parę miesięcy temu podjęli akcję „oczyszczania” miasta z tzw. lumpów. Jeden z owych lumpów został przez nich pobity na śmierć, po czym sprawą zajęła się prokuratura. Jak pisze pan Regalica, umieszczeni w areszcie śledczym sprawcy tego morderstwa okazują gremialną skruchę – z wyjątkiem jednego, „który otwarcie przyznaje, że likwidacja lumpów, takich jak zabity, jest pożyteczna, a w ogóle to taką akcję należy rozszerzyć”. Ten to nieokazujący skruchy chuligan „zaznaczył, że jego wzorami są silni ludzie, tacy jak Napoleon albo Tejkowski”.

Pan Regalica przyznaje, że ten chłopak budzi jego sympatię. Jego zdaniem zachowanie owego młodego chuligana w śledztwie, obrona swoich racji, „dowodzi przynajmniej siły charakteru, cechy rzadko obecnie spotykanej”. Świadczy też o – uwaga! – „pewnym poczuciu odpowiedzialności za zbiorowość”. W sumie szkoda, „że chyba najwartościowsza jednostka w całej tej grupie dostanie najwyższy wyrok – tylko przez brak obłudnej skruchy”.

Pan Regalica wprawdzie nie pochwala tego, co wraz ze swoimi kumplami robiła owa „najwartościowsza jednostka”, ale tylko dlatego, że „społeczeństwo współczesne nie może dopuszczać samosądów jako sposobu eliminowania patologii społecznych”.

Tak więc dla pana Regalicy zabicie lumpa za to, że jest lumpem (nie wspomina on o tym, by młodzi chuligani napadali i bili swoje ofiary w odwecie za popełniane przez nie mordy, kradzieże, pobicia czy gwałty), w każdym razie lumpem źle ubranym (na ofiary wybierano „wyraźny element, nie atakując ludzi pijanych, ale dobrze ubranych, zadbanych”) jest aktem „samosądu”. Czyli – lump popełnia przestępstwo będąc (źle ubranym) lumpem. Należy wyciągnąć wniosek, że jeśli karania bądź eksterminacji lumpów dokonywałoby państwo, to byłoby to nie tylko moralnie dopuszczalne, ale i moralnie zasługujące na uznanie.

Dla pana Regalicy zabijanie członków danej zbiorowości arbitralnie uznanych za szkodliwych świadczy o „poczuciu odpowiedzialności” za tę zbiorowość. No cóż, w takim razie Lenin z Trockim też mieli duże poczucie odpowiedzialności za zbiorowość, eksterminując „wrogów rewolucji”. Hitler też miał duże poczucie takiej odpowiedzialności, eksterminując Żydów, których uważał za zagrażających narodowi niemieckiemu. Czy z tego powodu Lenin, Trocki i Hitler budzą sympatię pana Regalicy?

UPR jest za karą śmierci dla morderców. Pan Regalica ubolewa jednak nad wysokim wyrokiem, który dostanie „najwartościowsza jednostka”. Jak widać, lump za to, że jest (źle ubranym) lumpem zasługuje na śmierć bardziej – choć może nie w wyniku samosądu – niż ten, który go zabija. Morderstwo popełnione na „untermenschu” nie jest morderstwem – jest „eliminacją patologii społecznej”.

Skrucha jest dla pana Regalicy czymś obłudnym, zaś jej brak świadczy o „sile charakteru”. Wprawdzie bardzo możliwe, że skrucha towarzyszy „najwartościowszego” chuligana jest skruchą pozorną, skąd to jednak pan Regalica wie? Przypuśćmy, że jakiś przestępca rzeczywiście okaże skruchę. Dla pana Regalicy będzie to powód, by nim dodatkowo pogardzać. Świadczy to dobitnie, że moralnością pana Regalicy nie jest moralność chrześcijańska, ale moralność więziennej grypsery – kult siły i oparty na nim barbarzyński kodeks honorowy. (Mam wrażenie, że spora część prawicy wyznaje właśnie taką moralność, zaś idee chrześcijańskie są tylko powierzchownym opakowaniem).

Nawet, jeśli skrucha pozostałych chuliganów byłaby co do jednego obłudna, i tak to nie świadczy na korzyść „najwartościowszej jednostki”. Kto obłudnie przyznaje się do skruchy, ten nie uważa swojej postawy za coś złego, ale i nie uważa jej za coś, czego warto bronić nawet wobec grożących kar, jak Staś Tarkowski swojej wiary przed Mahdim. Kto kaja się za zabijanie lumpów, ten nie musi uważać, że zabijanie lumpów jest złe, ale i nie uważa tego za cnotę i powinność moralną. Natomiast ten, kto otwarcie broni takiego postępowania, uważa je za cnotę. Jest o wiele bardziej prawdopodobne, że jeśli wyjdzie z więzienia, dalej będzie robił to samo, bo tak mu dyktuje jego sumienie. Możliwe, że poza lumpami znajdzie jeszcze inne kategorie ludzi, których należy mordować.

Prawdę mówiąc, ja bym nie ryzykował. Gościa powinno się powiesić bez żadnych ceregieli. W tym przypadku – odmiennie niż pan Regalica – nie miałbym nic przeciw samosądowi.

Uwaga – nowa konstytucja!

(1997 r.)

6 stycznia br. parlamentarna komisja konstytucyjna uchwaliła projekt nowej ustawy zasadniczej. Jej kształt był i dalej jest przedmiotem wielu sporów. Tym niemniej, jak można stwierdzić na podstawie informacji przekazywanych przez media, spory te nie dotyczyły raczej tej części konstytucji, która ma największe znaczenie dla przeciętnego człowieka, to znaczy rozdziałów mówiących o konstytucyjnych gwarancjach dla jego wolności oraz jego uprawnieniach jako obywatela RP. Kłócono się o treść preambuły, o uprawnienia poszczególnych organów władzy, o powiaty, gospodarstwa rodzinne, stosunki państwo-Kościół czy kwestię przekazywania uprawnień organów władzy państwowej instytucjom międzynarodowym. Jedyne niewielkie spory dotyczące praw (czy raczej przywilejów) obywatelskich sprowadzały się do tego, czy i w jakim stopniu państwo ma finansować obywatelom służbę zdrowia i szkolnictwo. Można więc sądzić, że co do wolności i praw obywateli panuje zgoda pomiędzy wszystkimi liczącymi się siłami politycznymi i że w związku z tym nie zajdą tu już żadne istotniejsze zmiany, a kwestie te nie będą w znaczący sposób nagłaśniane przed czekającym nas referendum konstytucyjnym (przypominam – po uchwaleniu przez Zgromadzenie Narodowe konstytucja musi zostać przegłosowana w referendum). Niestety po przeczytaniu uchwalonego projektu można dojść do wniosku, że zgoda ta to zgoda elit na to, by nie wiązać sobie rąk jakimiś tam gwarancjami dla wolności jednostki, przeszkadzającymi w zmuszaniu jej do tego, co uznają za stosowne rządzący.

Projekt nowej konstytucji nie przewiduje właściwie żadnych gwarancji nienaruszalności wolności człowieka. Owszem, pisze się, że „wolność człowieka podlega ochronie prawnej” (art. 29, ust. 1), ale wartościami nadrzędnymi w stosunku do niej są, jak się okazuje, bezpieczeństwo państwa, „porządek publiczny”, „moralność publiczna”, zdrowie i ochrona środowiska – w imię owych wartości państwo może ustanawiać ustawowe ograniczenia tej wolności (tenże sam art. 29, ust. 3). Oczywiście pojęcia „porządku publicznego” i „moralności publicznej” nie są nigdzie w tym projekcie konstytucji zdefiniowane. Tak więc w rzeczywistości wspomniany art. 29 mówi: „Władza ustawodawcza może uchwalać ustawy dowolnie ograniczające wolność człowieka, jeśli tylko uzna, że jest to w interesie bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego lub moralności publicznej, bądź też przyczyni się to do ochrony czyjegoś zdrowia lub środowiska”.

W zgodzie z tym postanowieniem pozostają wszystkie postanowienia szczegółowe. I tak art. 41, ust. 1 oznajmia: „Każdemu zapewnia się nietykalność osobistą i wolność osobistą”, lecz zaraz dodaje: „Pozbawienie lub ograniczenie wolności może nastąpić tylko na zasadach i w trybie określonych w ustawie”. Oczywiście wolność jednostki sama przez się określa swoje granice, nie można tu dopuścić wolności mordowania, gwałcenia, rabowania, niszczenia cudzego mienia i ogólnie naruszania wolności innych ludzi. Jednak wspomniany artykuł nie mówi, że wolności można pozbawiać tylko tych, co naruszają wolność innych. Mówi on, że władza ustawodawcza może zezwolić na pozbawienie ludzi wolności w każdym przypadku, w jakim uzna to za stosowne.

Ustawa przewidująca karę więzienia za picie piwa, seks oralny czy noszenie długich włosów byłaby całkowicie zgodna z uchwaloną w tym brzmieniu konstytucją. (W razie czego można byłoby powołać się na art. 29 i „moralność publiczną”, „porządek publiczny” lub zdrowie – alkohol jak wiadomo jest niezdrowy). Podobnie wprowadzenie przymusowej pracy na wzór leninowskiej Rosji. Przesada? Wcale nie, spójrzmy na art. 63, ust. 2, mówiący, że „obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę”. Może odczytajmy to inaczej: „Władza ustawodawcza może, kiedy tylko się jej spodoba, uchwalać ustawy zezwalające władzy wykonawczej na zmuszanie kogokolwiek do takiej pracy, jaką uzna za stosowne”. W świetle dwóch wymienionych wyżej artykułów całkowicie zgodne z konstytucją byłoby np. wydanie ustawy nakładającej na obywateli obowiązek przepracowania jakiejś liczby dni w roku przy powiedzmy odśnieżaniu, remontach dróg czy budowie domów i zezwalającej policji na przymusowe doprowadzenie ich do miejsca pracy.

Oczywiście nie są to tylko możliwości teoretyczne. Kary więzienia za seks oralny czy noszenie długich włosów na razie nie ma, ale już przesyłanie siecią komputerową pornograficznych obrazków czy gromadzenie się w większej liczbie na ulicy bez uprzedniego zgłoszenia tego w urzędzie gminy może zaowocować nie tylko tymczasowym zatrzymaniem, ale i karnym aresztem. Przymusowej pracy przy odśnieżaniu czy budowie autostrad (patrz Wietnam) na razie u nas nie ma, ale już za odmowę pracy w Wojsku Polskim może pewnym osobom grozić uwięzienie za kratkami.

Rzecz jasna pozbawianie wolności nie jest konstytucyjnie zarezerwowane dla wyroków sądów. Neminem captivabimus było dobre pięćset lat temu za nieokrzesanego dzikusa Jagiełły, współczesna demokratyczna władza nie może się tak ograniczać. Art. 41, ust. 2 potwierdza, że można kogoś pozbawić wolności bez wyroku sądu, dając jedynie pozbawionemu wolności prawo do odwołania się do sądu celem „niezwłocznego ustalenia legalności tego pozbawienia”. No tak, ale co sąd zrobi, jeśli to pozbawienie wolności będzie legalne? W tej chwili na przykład całkowicie legalne jest wsadzenie kogoś do więzienia na mocy decyzji urzędasów zwanych kolegium ds. wykroczeń, bez jakiegokolwiek procesu. Całkowicie legalne jest zatrzymanie na 48 godzin w policyjnym komisariacie, całkowicie legalne jest zwinięcie kogoś z ulicy i przewiezienie na posterunek, nawet jeśli okaże się po kilkunastu godzinach, że nie było żadnego wykroczenia. W przyszłości całkowicie legalne może być prewencyjne bezterminowe internowanie każdego, kogo lokalny szef UOP uzna za zagrażającego „bezpieczeństwu państwa”. Wystarczy uchwalić ustawę.

Art. 48 mówi, że „zapewnia się nienaruszalność mieszkania”, ale zaraz dodaje, że „przeszukanie mieszkania, pomieszczenia lub pojazdu może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony”. Innymi słowy, władza ustawodawcza może uchwalać ustawy zezwalające funkcjonariuszom państwowym na przeszukiwanie prywatnych mieszkań, pomieszczeń i pojazdów w każdym przypadku, w jakim uzna to za stosowne. Cóż prostszego, niż napisać w ustawie, że policja lub UOP ma prawo dokonać takiego przeszukania zawsze, gdy tego chce?

Zgodnie z art. 49, ust. 1 „nikt nie może być obowiązany inaczej niż na postawie ustawy do ujawniania informacji dotyczących jego osoby”. Czyli – władza ustawodawcza może uchwalać ustawy zobowiązujące kogokolwiek do ujawniania jakichkolwiek informacji dotyczących jego osoby. Przepraszam – nie jakichkolwiek. Zgodnie z art. 49, ust. 2, władza nie może pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach, niż „niezbędne w demokratycznym państwie prawnym”. Tak więc poprawka: jeśli uzna, że informacje te są niezbędne w demokratycznym państwie prawnym.

Art. 50, ust. 1 zapewnia każdemu „wolność poruszania się po terytorium RP oraz wyboru miejsca zamieszkania i pobytu”, a art. 50, ust. 2 zapewnia, że „każdy może swobodnie opuścić terytorium RP”. No, ale naturalnie mamy zaraz art. 50, ust. 3, który mówi, że „wolności, o których mowa w ust. 1 i 2, mogą podlegać ograniczeniom określonym w ustawie”. Przetłumaczmy: władza ustawodawcza, gdy tylko zechce, może uchwalać ustawy w dowolny sposób ograniczające ludziom wolność poruszania się po terytorium RP, wyboru miejsca zamieszkania lub pobytu oraz opuszczenia terytorium RP. Jakżeby inaczej władza mogła nakazywać poborowym zamieszkanie w koszarach na drugim końcu Polski albo zakazywać wyjazdu podejrzanym o niepłacenie podatku na ZUS? A w razie czego można pójść dalej i wprowadzić na co dzień ograniczenia takie, jakie obowiązywały w stanie wojennym.

Art. 51 zapewnia każdemu w ust. 1 wolność sumienia i religii. Ale w ust. 5 czytamy, że „wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona jedynie w drodze ustawy i tylko wtedy, gdy jest to konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia, moralności lub wolności i praw innych osób”. Zastrzeżenie o wolnościach i prawach innych osób jest całkiem zrozumiałe, choć do tego nie jest potrzebna żadna specjalna ustawa ograniczająca uzewnętrznianie religii – po prostu jeśli np. jakaś religia wymaga składania ofiar z jeńców wojennych, jak religia Azteków, do ograniczenia wolności uzewnętrzniania jej wystarczy ogólny zakaz zabijania ludzi bez ich zgody, który tak czy inaczej raczej znajdzie się w systemie prawnym. Przetłumaczmy jednak resztę: władza ustawodawcza może, jeśli uzna to za konieczne do ochrony bezpieczeństwa państwa, porządku publicznego, zdrowia lub moralności, uchwalać ustawy ograniczające uzewnętrznianie jakiejkolwiek religii. Czekamy, aż np. posłowi Ryszardowi Nowakowi lub panu Jackowi Bartyzelowi uda się przekonać większość sejmową o tym, że istnienie rozmaitych sekt godzi w „porządek publiczny” bądź „moralność”. Oczywiście póki co niestety nie ma możliwości, by zakazać ludziom wierzyć, ale można zakazać przynajmniej ich obrzydliwych praktyk… Hm, a co, jeśli do władzy dojdą radykalni zwolennicy „politycznej poprawności” i zakażą afiszowania się z religią katolicką? Za noszenie krzyżyka w publicznej instytucji – rok, za próbę nawracania kolegi z pracy – dwa lata…

Art. 55 zapewnia każdemu wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, ale dodaje zaraz, że „ograniczenie tej wolności może określić ustawa”. Czyli – władza ustawodawcza może, jeśli tylko chce, uchwalać ustawy w dowolny sposób ograniczające wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Na przykład można wprowadzić ustawę zabraniającą organizowania takich zgromadzeń i uczestniczenia w nich bez pisemnej zgody ministra spraw wewnętrznych, udzielanej za uprzednim wpłaceniem kaucji w wysokości dziesięciu tysięcy złotych na pokrycie ewentualnych strat materialnych, szczegółowym przedłożeniem harmonogramu zgromadzenia i kopii wygłaszanych przemówień. A co – konstytucja pozwala! Albo po co uchwalać nową ustawę, wystarczy istniejąca, wydajmy tylko dyrektywy wojewodom, żeby takim to a takim wydawali zakazy organizowania zgromadzeń, a policji, by takowe bezpardonowo rozpędzała…

Art. 56 zapewnia każdemu w ust. 1 wolność zrzeszania się. Ale oczywiście „zakazane są zrzeszenia, których działalność jest sprzeczna z konstytucją lub ustawą”. To znaczy – władza ustawodawcza może, jeśli chce, uchwalać ustawy zakazujące komukolwiek zrzeszania się w jakimkolwiek celu i w jakikolwiek sposób. Na przykład może wprowadzić obowiązek przyjmowania do zrzeszeń na równych prawach przedstawicieli obu płci (jak w Norwegii), lub odwrotnie – zakazać na przykład zrzeszania się kobietom. Może, zgodnie z ust. 3 wspomnianego artykułu, nakazać rejestrowanie wszystkich zrzeszeń, a jako warunek rejestracji ustanowić np. co najmniej dziesięć tysięcy członków założycieli lub określoną opłatę pieniężną. W odwodzie jest jeszcze art. 13, mówiący, że „zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”. Hm, co znaczy „odwoływanie się do metod i praktyk działania”? Czy przypadkiem nie można tego interpretować w ten sposób, że jeśli ktoś jest dajmy na to przeciwnikiem aborcji, to odwołuje się do praktyki działania pana Ceausescu, a jeśli ktoś jest jej zwolennikiem, to odwołuje się do praktyki działania pana Hitlera lub Chin Ludowych? Każda ze stron z chęcią przyjęłaby taką interpretację w stosunku do swych przeciwników i bardzo możliwe, że będzie dążyć do tego, by taką interpretację wprowadzić. A co znaczy „dopuszczanie nienawiści rasowej i narodowościowej”? Czy jeśli np. uważam, że taka nienawiść jest dopuszczalna (w sensie takim, że nie powinno się jej karać stosując przemoc), o ile nie uzewnętrznia się w formie fizycznej przemocy, to ją „dopuszczam”? I jeśli jakieś stowarzyszenie propaguje takie stanowisko, to czy może zostać zakazane na podstawie art. 13? Jeśli wyda np. oświadczenie, że „naszym zdaniem sprzedawanie koszulek z napisem „Żydzi wynocha” nie powinno być karalne”?

Art. 62, ust. 1 stwierdza, że „każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia”, a art. 19, ust. 1 dodaje, że „Rzeczpospolita Polska chroni własność i prawo dziedziczenia”. Ale jednocześnie art. 62, ust. 3 mówi, że „własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności”. Czyli – władza ustawodawcza może, gdy tylko zechce, uchwalać ustawy ograniczające własność w takim zakresie, w jakim według jej opinii nie narusza to istoty prawa własności. Aby nikt nie miał wątpliwości, gdzie leży granica, do której ograniczenie prawa własności nie narusza jeszcze „istoty prawa własności”, art. 19, ust. 2 stwierdza jasno, iż „wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie wówczas, gdy jest dokonywane na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem”. Tak więc jeśli władza ustawodawcza uzna, że wymagają tego cele publiczne (np. załatanie dziury w budżecie spowodowanej niepohamowanym wydawaniem pieniędzy na jawne i ukryte dotacje dla różnych grup interesu), może uchwalić ustawę konfiskującą komuś dowolną część lub całość jego majątku w zamian za każdą sumę pieniędzy, jaką uzna za „słuszną”. Zestawiając to z art. 62, wynika stąd jasno, że nawet zabranie komuś wszystkiego, byleby za „słusznym” z punktu widzenia władzy odszkodowaniem, nie narusza „istoty prawa własności”. Przestaje więc już dziwić art. 213, ust. 2, mówiący, że „podatki i opłaty publiczne nie powinny pozbawiać nikogo dochodu lub majątku w stopniu uniemożliwiającym zgodne z istotą prawa własności korzystanie z nich”. Zgodnie z logiką poprzednio wspomnianych artykułów, oznacza to bowiem ni mniej ni więcej, tylko to, że podatki i opłaty publiczne nie powinny pozbawiać nikogo więcej niż 100% jego dochodu lub majątku. (O odszkodowaniu, nawet „słusznym”, nie może być mowy, jako że zgodnie z art. 79 „każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie”). Ponieważ jednak władza może czasem potrzebować nałożyć na ludzi podatki przekraczające 100% ich dochodu lub majątku, zamiast słów „nie mogą pozbawiać” zapobiegliwie umieszczono „nie powinny pozbawiać”. W ten sposób zawsze będzie można w razie czego powiedzieć, że artykuł ten jest tylko zaleceniem, a nie wiążącą dyrektywą. Cóż, nie powinny, ale wiecie, interes państwa i dobro wspólne wymagają…

Art. 63 gwarantuje każdemu w ust. 1 „wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy”, ale już w tym samym punkcie można przeczytać, że „wyjątki określa ustawa”. A wspominany już art. 63, ust. 2 mówi, że „obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę”. To znaczy – władza ustawodawcza może, gdy tylko zechce, nałożyć na kogokolwiek obowiązek dowolnej pracy lub ograniczyć mu w dowolny sposób wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy.

Art. 20, ust. 1 oznajmia, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność działalności gospodarczej”. Ale, zgodnie z ust. 2 tego artykułu, „ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny”. Przetłumaczmy z polskiego na nasze: władza ustawodawcza może, gdy tylko uzna, że wymaga tego ważny interes publiczny, w dowolny sposób ograniczać wolność działalności gospodarczej. Może ustanawiać koncesje, zakazywać produkcji, handlu, importu i eksportu jakichkolwiek towarów, ograniczać swobodę ich reklamowania, uzależniać wydanie zezwolenia na działalność gospodarczą od spełnienia szeregu warunków, itp. itd. Dodatkowo mamy jeszcze art. 73, mówiący, że „władze publiczne chronią konsumentów, użytkowników i najemców przed działaniami zagrażającymi ich zdrowiu i bezpieczeństwu oraz przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi. Zakres tej ochrony określa ustawa”. Na podstawie tego artykułu władza ustawodawcza będzie mogła w całkowitej zgodzie z konstytucją zabronić np. sprzedaży wódki, wina i piwa (picie alkoholu w ewidentny sposób zagraża zdrowiu konsumenta), sprzedaży papierosów (to samo), sprzedaży pism erotycznych, kryminałów i emisji pokrewnych im tematycznie filmów (zagrażają zdrowiu psychicznemu konsumentów), reklamowania czegokolwiek (zawsze można powiedzieć, że jest to nieuczciwa praktyka rynkowa) czy sprzedawania czegokolwiek po cenie niższej lub wyższej od ustalonej przez państwo (to samo).

Art. 67, ust. 1 stwierdza, że „każdy ma prawo do nauki”. Dodaje jednak zaraz, że „nauka do 16. roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa”. Interesujące, że zdania o obowiązkowej nauce nie znalazły się w rozdziale „Obowiązki”, ale w rozdziale „Wolności i prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne”. Powstaje podejrzenie, że autorzy projektu konstytucji albo nie potrafią rozróżnić między prawem a obowiązkiem, albo celowo zamazują to rozróżnienie, pragnąc pogłębić w obywatelach iluzję, że przysługuje im mnóstwo praw, a za to mają bardzo niewiele obowiązków. W każdym razie art. 67, ust. 1 znaczy w rzeczywistości, że każdy ma prawo do nauki, ale osoby poniżej 16 roku życia mają prawo jedynie do takiego rodzaju nauki, jaki władza ustawodawcza uzna dla nich za odpowiedni. Bez znaczenia jest tu nie tylko zdanie ich samych, ale i ich rodziców czy opiekunów. Jeśli ci chcieliby uczyć swoje dziecko w inny sposób, niż dopuszcza to państwo, zostaną za to ukarani.

W gruncie rzeczy, wszystkie te pozorne gwarancje praw i wolności jednostki zapisane w projekcie nowej konstytucji mają jednakową wymowę: o tym, co ludziom wolno, a czego nie wolno, decyduje suwerennie władza ustawodawcza. Pod tym względem większy szacunek dla niektórych wolności jednostki przejawia nawet dotychczasowa konstytucja RP, nazywana czasami pogardliwie stalinowską. I tak gwarancja wolności sumienia i wyznania (art. 82) oraz wolności słowa, druku, zgromadzeń, wieców, pochodów i manifestacji (art. 83) nie są opatrzone żadnymi klauzulami zezwalającymi na ograniczanie tych wolności jakąkolwiek ustawą. Istniejące obecnie prawa ograniczające wolność słowa i druku (np. zakaz rozpowszechniania pornografii) czy zgromadzeń (obowiązek zgłaszania ich władzom gminy oraz prawo organów samorządowych i państwowych do wydania zakazu zgromadzenia) są w oczywisty sposób sprzeczne z obecną konstytucją, bez względu na to, co na ten temat mówią różni utytułowani specjaliści od nazywania czarnego białym. Podobnie jest z tajemnicą korespondencji (art. 87, ust. 2) – dopuszczalne jest jedynie ustawowe zezwolenie na przeprowadzanie rewizji domowych.

Jak już napisałem wcześniej, do uprawomocnienia się tego projektu (przy założeniu, że zostanie on w takim brzmieniu ustalony przez Zgromadzenie Narodowe – Sejm plus Senat) niezbędne jest przegłosowanie go w referendum. Jeżeli większość biorących udział w referendum osób zagłosuje przeciwko przyjęciu projektu, zostanie on w całości odrzucony. W świetle tego, co on zawiera, nawet w porównaniu z obecną konstytucją, zagłosowanie „nie” jest jedynym rozsądnym i godnym wyjściem.

Władza polityczna jako "strażnik" środowiska?

(1997 r.)

„Z absolutną powagą wyjaśniał mi, jak sprawy powinny wyglądać, a potem mówił, że państwo ma spowodować, by tak się stało. Po prostu uchwalić ustawę. Richard, on patrzy na „państwo” tak jak dzikus na swoich bożków”

(Robert A. Heinlein, Kot, który przenika przez ściany)

W czerwcowym numerze pisma ekologów "Zielone Brygady" został opublikowany tekst projektu manifestu uczestników tegorocznego zjazdu ruchów ekologicznych w Kolumnie, podpisany przez Olafa Swolkienia. Dokument ten nie został na owym zjeździe przyjęty, jednakże stało się to – zdaniem tegoż Olafa Swolkienia – wskutek „szantażu” zastosowanego przez część działaczy ekologicznych związanych z Unią Wolności (jako bezpośredni sprawca został wskazany Jacek Bożek z Klubu „Gaja”). W zamieszczonym obok projektu manifestu „liście otwartym” Olaf skrytykował tych działaczy za domaganie się finansowania ruchu ekologicznego przez ministerstwo ochrony środowiska, uważając, iż „oczekiwanie, że rząd da pieniądze na walkę z antyekologicznym programem rządu” jest „iluzją i wręcz niedorzecznością”, a „wiara w to, że antyekologiczny rząd poprzez tzw. Ministerstwo Ochrony Środowiska będzie bronił środowiska jest podtrzymywana w celu zepchnięcia w cień kwestii zasadniczych, które dotyczą całego funkcjonowania państwa, gospodarki i społeczeństwa”.

Wymieniony wyżej projekt manifestu odnosi się właśnie do owych „kwestii zasadniczych”. Czytając jednak proponowane przez Olafa Swolkienia i jego zwolenników rozwiązania tych kwestii, dochodzę niestety do wniosku, że tak naprawdę to nie różnią się one w swej istocie od tego, co proponują ich oponenci. Wystarczy spojrzeć na następujące, moim zdaniem kluczowe, fragmenty manifestu:

„Reguły wolnego rynku nie uwzględniają dobra wspólnego. Na jego straży powinna stać władza polityczna. To jej obowiązkiem jest zapewnienie takich niezbędnych do życia dóbr, jak czysta woda oraz powietrze i nieskażona, urodzajna gleba”.

„…instytucje polityczne mają prawo do zajmowania aktywnej postawy wobec kultury, sposobu produkcji i modelu konsumpcji”.

Tak więc okazuje się, że również zdaniem Olafa i tych, co popierają jego projekt manifestu, środowisko powinno być bronione przez władzę polityczną, czyli rząd. Jedyna różnica między nimi a krytykowanymi przez nich „zwolennikami kontaktów z ministrem” polega na tym, że ci ostatni wierzą, iż będzie robił to obecny rząd, natomiast Olaf i jego zwolennicy, nie mając złudzeń co do obecnie rządzącej ekipy, wierzą w to, że powinien przyjść i zająć się tym inny, lepszy, ekologicznie nastawiony rząd. Moim zdaniem jest to tylko nieco mniejsza naiwność niż wiara w to, że problemy środowiska rozwiąże SLD czy Unia Wolności.

Jeśli chodzi o metody, jakimi władza polityczna ma bronić „dobra wspólnego” (nie wiem tak do końca, czy chodzi tu jedynie o czystą wodę, powietrze i glebę, czy jeszcze o coś innego, co za takie dobro uzna owa władza), to najwyraźniej według autora projektu manifestu powinna ona bardzo szeroko ingerować – przymusowo rzecz jasna, bo cóż innego jest istotą władzy politycznej? – w to, jak żyją jej poddani. Tłumacząc z nowomowy projektu, wymieniony wyżej fragment o „zajmowaniu aktywnej postawy” znaczy bowiem ni mniej ni więcej, tylko:

„…instytucje polityczne mają prawo do narzucania ludziom siłą takiej kultury, jaką uznają za słuszną, tępienia takiej, jaką uznają za niesłuszną oraz dyktowania im pod przymusem, co i jak mogą, a czego nie mogą produkować oraz konsumować”.

Przyznam, że coś takiego trąci dla mnie totalitaryzmem i przeraża jako ewentualny punkt programu Zielonych. Szczególnie rażąco wygląda to w zestawieniu z ciągłym powoływaniem się na „wartości duchowe i kulturowe” czy „uczciwość, dobro i piękno”.

Wygląda więc niestety na to, że ruch ekologiczny w Polsce, pomimo dzielących jego działaczy różnic, jest generalnie zgodny w jednym: że problemy związane z ochroną środowiska mogą i powinny być rozwiązywane metodami politycznymi, czyli inaczej mówiąc siłą. To, że źródłem tych problemów może być właśnie polityczny przymus, w ogóle nie jest brane pod uwagę – za to z pasją atakuje się mityczny „wolny rynek”. Warto przeanalizować tu jeszcze jeden fragment z projektu manifestu Olafa:

„Reguła „zanieczyszczający płaci” musi uwzględniać koszty zewnętrzne. Co przykładowo oznacza, że użytkownicy samochodów muszą – obok kosztów utrzymania dróg – płacić za skażoną glebę, zatrute powietrze i leczenie ofiar wypadków”.

Zastanówmy się, dlaczego koszty utrzymania dróg są kosztami zewnętrznymi, tj. ponoszonymi przez osoby niezainteresowane? Ano dlatego, że utrzymanie dróg finansowane jest z podatków pobieranych pod przymusem od wszystkich, nie tylko od ich użytkowników. Wystarczyłoby znieść przymusowe podatki – lub sprywatyzować drogi i znieść wszelkie dotacje państwowe na ich utrzymanie – by koszty te przestały być kosztami zewnętrznymi. Na utrzymanie dróg płaciliby wtedy ich właściciele – osoby prywatne, firmy, spółdzielnie mieszkaniowe, dobrowolnie finansowane stowarzyszenia mieszkańców itp. – i najprawdopodobniej pobieraliby za to opłaty od ich użytkowników (jeśli nie chcieliby tego robić, byłaby to ich prywatna sprawa).

Dalej, dlaczego koszty leczenia ofiar wypadków samochodowych są kosztami zewnętrznymi? Z tego samego powodu – publiczna służba zdrowia finansowana jest z przymusowych podatków, w zamian za co każdy może „za darmo” korzystać z jej usług (nieprzypadkowo coraz gorszej jakości). Wystarczyłoby znieść przymusowe podatki – lub sprywatyzować służbę zdrowia i znieść wszelkie dotacje państwowe na jej utrzymanie – by koszty te przestały być kosztami zewnętrznymi. Wtedy każdy sam płaciłby na swoje leczenie – bezpośrednio lub za pośrednictwem firmy ubezpieczeniowej. Musiałby również płacić na leczenie ofiar spowodowanych przez siebie wypadków – zgodnie z prawem cywilnym musiałby zapłacić im odszkodowanie (bezpośrednio lub z ubezpieczenia – OC lub czegoś podobnego), a pieniądze te poszłyby na ich leczenie.

Czemu wreszcie koszta skażonego środowiska są kosztami zewnętrznymi? Ano dlatego, że środowisko jest „wspólne”, to znaczy państwowe. Mieszkam w bloku, pod którym płynie Rawa – rzeka znana z legendarnego zanieczyszczenia i smrodu (niektórzy twierdzą, że płynie, pomimo iż źródła jej już dawno wyschły). Zwłaszcza w lecie smród ten czuć zarówno pod blokiem, jak i nawet w mieszkaniach. Niestety zarówno powietrze wokół bloku, jak i co ważniejsze sama rzeka są państwowe. Spółdzielnia mieszkaniowa nie może pozwać nikogo o odszkodowanie za wpuszczanie na jej powietrzny teren szkodliwych substancji (tak, jak by to mogła zrobić, jeśli ktoś systematycznie zwalałby na trawniki przed blokiem góry śmieci); a nawet, gdyby taką możliwość miała, to w przypadku rzeki nie ma kogo pozwać (chyba, żeby państwo, to zaś – jeśliby odszkodowanie zapłaciło, wyciągnęłoby pieniądze z kieszeni podatników, a więc nadal byłby to koszt zewnętrzny). Popatrzmy dalej: rzeka nie ma właściciela (tylko strażnika w osobie ministra w Warszawie i jego urzędników), tak więc nikt nie protestuje przeciwko wlewaniu do niej odpadów i trucizn. Interesy przemysłu zawsze przeważą u państwowych decydentów. Gdyby rzeki miały właścicieli, to pomyśleliby oni kilka razy, zanim zgodziliby się na wpuszczenie trucizn na swoje terytorium. Musieliby się bowiem liczyć z pozwami od właścicieli fragmentów rzeki leżących w dół od ich działki (a także od właścicieli czy dzierżawców morskich łowisk i plaż – rzeki wpadają przeważnie na końcu do morza) oraz od osób mieszkających obok, których przestrzeń powietrzna zostałaby zanieczyszczona wyziewami (zakładając oczywiście, że przestrzeń powietrzna też miałaby prywatnych właścicieli, tak jak np. w prawie rzymskim, gdzie właściciel gruntu był też właścicielem przestrzeni położonej nad nim). A jeśli w końcu zgodziliby się, to kazaliby sobie zapewne sporo za to zapłacić. W ten sposób koszty te przestałyby być zewnętrzne, a stałyby się kosztami ponoszonymi przez trucicieli.

Jednak postulaty sprywatyzowania przestrzeni powietrznej, wód czy też zniesienia przymusowego opodatkowania są wśród Zielonych rzadkością. O wiele częstsze jest domaganie się nowych podatków, jak np. w postulatach konferencji „Kobiety, ekologia i nowe wzory konsumpcji” (także zamieszczonych w czerwcowym numerze „Zielonych Brygad”): zażądano tam opodatkowania… używania widoków przyrody w reklamach i przeznaczenia uzyskanych w ten sposób pieniędzy na dotacje dla organizacji społecznych zajmujących się „edukacją ekologiczną”. Tak, jakby te organizacje miały zbiorowe prawa autorskie do wszelkich widoków przyrody. Oczywiście gdyby coś takiego wprowadzono w życie, to natychmiast powstałyby tysiące stowarzyszeń, które zapisałyby sobie „edukację ekologiczną” w statutach i wystąpiłyby o te pieniądze, a urzędnicy (bo kto inny?) przyznawaliby je „po uważaniu” tym, którzy by im się podobali – niekoniecznie (myślę, że przeważnie nie) autentycznym ekologom. Ale czy uczestnicy wymienionej konferencji o tym pomyśleli?

Upatrując realizatora swych wizji w państwie, działacze ekologiczni przyczyniają się do rozwijania obecnego systemu – biurokracji, drobiazgowej kontroli urzędu nad człowiekiem i przemocy. W Stanach Zjednoczonych federalne agendy powołane do ochrony środowiska wynaturzyły się do tego stopnia, że coraz powszechniej nazywane są „zielonym gestapo”. Czy podobnie ma być w Polsce?

Tylko państwo, czyli argumenty mistrza kung-fu

(1997 r.)

W „Gazecie Wyborczej” z 13 czerwca br. ukazał się artykuł pana Krzysztofa Łozińskiego pt. „Rewolwer i gusła”, w którym to artykule autor sprzeciwia się ułatwieniu zwykłym ludziom dostępu do broni palnej, a także temu, by ludzie ci mogli wynajmować dla swego bezpieczeństwa uzbrojonych ochroniarzy lub organizować się samemu dla obrony przed przestępcami. (Pomysły takie padają od pewnego czasu z kręgów polityków SLD, głównie z ust min. Millera). Krytykuje również postulaty zaostrzenia kar dla kryminalistów, wysuwane często przez partie prawicowe. Zdaniem p. Łozińskiego wyłączny monopol na ochronę obywateli przed przestępcami powinien pozostać w rękach państwowej policji (oczywiście sprawnej i nieskorumpowanej, co zapewnić mają m. in. ustawy antykorupcyjne), zaś zamiast zaostrzania kar dla morderców, gwałcicieli i złodziei powinno się zacząć ścigać piratów książkowych, producentów pornografii i ludzi czerpiących zyski z prostytucji (przez których p. Łoziński rozumie właścicieli ogłaszających się w gazetach „agencji towarzyskich”).

Przyznam, że argumenty, jakie p. Łoziński wytacza na poparcie swojej tezy, nie przekonują mnie. Głównym argumentem przeciwko powszechnemu dostępowi do broni jest tu stwierdzenie, że „nawet najlepiej uzbrojony dyletant zawsze przegra walkę z przestępcą”. Co za tym idzie, „uzbrojenie społeczeństwa nie zlikwiduje przewagi zbirów nad ich ofiarami”. Ponieważ zaś zdaniem p. Łozińskiego przestępca dostosowuje brutalność napadu do stanu uzbrojenia ofiary, to kryminaliści dopiero wówczas tak naprawdę zaczną strzelać i zabijać – dziś jedynie zastraszają i dopuszczają się pobić.

Otóż po pierwsze, uzbrojony dyletant nie zawsze musi przegrać walkę nawet z zawodowym przestępcą. Oczywiście zawodowy zabójca, gangster czy złodziej najprawdopodobniej będzie miał tu przewagę wyszkolenia i praktyki w posługiwaniu się bronią, jednak przy konfrontacji na broń palną – odmiennie niż przy walce wręcz – istnieje jakiś procent szans, że napadnięty zdąży strzelić i poważnie uszkodzić napastnika. Dodajmy tu, że strzelić może nie tylko napadnięty, ale i przypadkowy świadek zajścia, który akurat będzie miał przy sobie naładowaną broń. Ponadto dysproporcja sił między uzbrojonym dyletantem a uzbrojonym przestępcą jest zawsze mniejsza niż dysproporcja sił między nieuzbrojonym dyletantem a uzbrojonym przestępcą. Oczywiście p. Łoziński twierdzi, że jeśli dyletant będzie nieuzbrojony, to kryminalista potraktuje go łagodniej, jednak moim zdaniem można to między bajki włożyć. Przestępcy zabijają często z innych powodów niż strach przed pistoletem w ręku ofiary, choćby dla zatarcia śladów. Rosyjski dezerter, który po sterroryzowaniu i zabiciu taksówkarza zamordował go z zimną krwią; zabójcy Jaroszewiczów; zabójca Wojtka Króla… Niewykluczone, że w niektórych przypadkach ofiarom zostanie oszczędzone życie, jednak dlaczego mamy liczyć na wielkoduszność kryminalistów?

Amerykańskie pismo „Freedom Network News” przytoczyło w grudniu 1995 r. wyniki raportu FBI, wg którego stany, w których obywatele mają łatwy dostęp do broni miały znacząco niższą liczbę przestępstw z użyciem przemocy i broni palnej (w przeliczeniu na jednego obywatela) niż stany, w których ten dostęp był utrudniony. I tak wszystkich przestępstw wiążących się z użyciem przemocy było w tych pierwszych o 22% mniej niż w drugich; przestępstw wiążących się z użyciem broni palnej – o 29% mniej; zabójstw – o 31% mniej; zabójstw z użyciem broni palnej – o 38% mniej; rabunków z użyciem broni palnej – też o 38% mniej; napaści – o 14% mniej; napaści z użyciem broni palnej – o 19% mniej. FBI nie miało przy tym żadnego interesu w publikowaniu takich, a nie innych wyników, jako że rząd federalny prowadził (i nadal prowadzi) kampanię na rzecz ograniczenia prawa do posiadania broni przez obywateli. Wg tego samego artykułu od 1987 r. parlamenty 17 stanów przyjęły ustawy respektujące prawo obywateli do noszenia broni – w tym siedem w pierwszych dziesięciu miesiącach 1995 r.

Po drugie – nie jest prawdą, że każdy przestępca to zawodowiec. Przeciętny człowiek rzadko ma do czynienia z zawodowymi gangsterami, natomiast na ulicy coraz bardziej zagrażają mu zwykli, amatorscy chuligani, pijane osiłki, pseudokibice i tym podobne elementy. Śmiem wątpić, czy są oni lepiej wyszkoleni we władaniu bronią niż przeciętny uczciwy obywatel. Najczęściej w ogóle nie posiadają broni, bo ich na nią nie stać. Dopóki jednak uczciwi ludzie mają do obrony jedynie swoje mięśnie, agresywny osiłek i uzbrojony w pałkę chuligan będą mieli nad nim bezsporną przewagę. Być może dla p. Łozińskiego, jako specjalisty kung-fu, nie są oni żadnym problemem, ale dla większości ludzi, niebędących mistrzami w sportach walki, tak.

Zresztą p. Łoziński dostrzega ten aspekt posługiwania się bronią. Przytacza przykład człowieka, który, napadnięty, użył w obronie pistoletu gazowego, a następnie spokojnie jadł, dopóki oszołomionego napastnika nie zabrała policja. Jednak dla p. Łozińskiego zachowanie owego „Maciusia” jest nieodpowiedzialnym zachowaniem frustrata. „Ja się nie boję uzbrojonych przestępców, ale jak Maciusie zaczną mieć broń ostrą, to zacznę się bać”. Tak więc człowiek broniący się przed napaścią jest dla p. Łozińskiego większym zagrożeniem niż bandyta. Zapewne lepiej byłoby, gdyby Maciuś dał się pobić, okraść i może okaleczyć. Ja jednak wolę, by ktoś, kto na mnie napada zginął od kuli, niż by miał mnie pobić, okraść czy okaleczyć. Dlaczego miałbym się troszczyć o jego życie? Lepiej, by agresywne jednostki zostały wyeliminowane jak najszybciej.

Po trzecie, nie każdy musi być koniecznie „dyletantem” (czyli, w rozumieniu p. Łozińskiego, niefachowcem – naprawdę „dyletant” to ktoś dobrze się na czymś znający, ale robiący to z zamiłowania, a nie dla pieniędzy) w posługiwaniu się bronią. Skoro pan Łoziński mógł nauczyć się kung-fu, to ktoś inny może nauczyć się fachowo strzelać. A jeszcze ktoś inny może go wtedy wynająć do ochrony.

Jednak wg p. Łozińskiego świadczenie usług ochroniarskich przez kogokolwiek poza państwową policją jest „ciężkim przestępstwem” (nawet jeśli w pewnych granicach jest obecnie prawnie dopuszczalne). Nawet jeśli ludzie gdzieś się zorganizują i zatrudnią za własne pieniądze skuteczną prywatną ochronę, to jest to złe, bo przestępcy przenoszą się wówczas do innych dzielnic, w których tym samym przestępczość wzrasta. Ponadto spada wówczas presja na policję i prokuraturę, by te energiczniej zajęły się przestępczością. Tymczasem obywatele „zamiast płacić po raz drugi, powinni domagać się od państwa, aby wywiązało się z przyjętego obowiązku” – poucza p. Łoziński.

Argumentacja ta moim zdaniem nie wytrzymuje krytyki. Jeśli to bowiem policjanci w jakimś mieście lepiej się zorganizują (dzięki np. fachowemu i nieskorumpowanemu komendantowi), to wówczas również niewątpliwie część przestępców przeniesie się do sąsiedniego miasta, gdzie przestępczość może przez to wzrosnąć. Ale przeciwko temu p. Łoziński już nie protestuje, choć mieszkańcy pierwszego miasta mogą dostać tu lepszą ochronę (kosztem mieszkańców drugiego) zupełnie niezasłużenie, bo nie wyłożywszy dodatkowo ani grosza. Czyżby więc to fakt wydania przez nich dodatkowych pieniędzy zasługiwał na naganę? Wg p. Łozińskiego mieszkańców biedniejszych dzielnic nie stać na zatrudnienie dodatkowej ochrony, tak więc oni zostaną poszkodowani. Owszem. Ale czy należy dlatego zabraniać tym bogatszym dodatkowego zabezpieczania się? Z drugiej strony przecież biedniejsi mają mniej do stracenia, a tym samym są mniej zagrożeni ze strony przynajmniej niektórych grup przestępczych. Pójdźmy jednak dalej i zastanówmy się, co by się stało, gdyby dać ludziom możliwość wyboru – czy mają płacić na państwową policję, czy na wybranych przez siebie ochroniarzy. Jeśli policja nie spełnia swoich funkcji, ludzie ci przeznaczyliby na ochroniarzy pieniądze, które i tak płacą na zapewnienie sobie bezpieczeństwa (również i ci biedni – podatki, z których opłacana jest obecnie policja, wnoszone są w olbrzymiej części nie przez bogaczy, ale przez masy ludzi o przeciętnych i niskich dochodach). Być może bogatsi, bardziej się bojąc o swój majątek, zapłaciliby więcej – i słusznie. Biedni zaś nie musieliby ponosić dodatkowych wydatków.

Owszem, dopóki obywatel nie ma wyboru i musi płacić państwu daninę bez możliwości choćby odpisania od podatku kwoty wydanej na prywatną ochronę (tak, jak do pewnego stopnia jest to np. z prywatnym leczeniem), to niewątpliwie nie tylko powinien się domagać, ale i w rzeczywistości najczęściej domaga się od państwa, aby te wywiązało się ze swoich zadań i zapewniało mu ochronę przed przestępcami. Jednak jeśli państwo sobie go lekceważy lub nie potrafi wywiązać się z tych zadań, jest jego sprawą, czy zdecyduje się zapłacić po raz drugi. Na pewno nie robi tego lekką ręką. A skoro dojdzie do wniosku, że tak czy inaczej nie ma co polegać na państwie, tylko musi sam zatroszczyć się o zapewnienie sobie bezpieczeństwa, to powinien mieć możliwość płacenia tylko jeden raz – wynajętym przez siebie ochroniarzom. Problem leży w tym, że państwo nie potrafiąc zapewnić mu ochrony przed bandytami nie pozwala mu jednocześnie na rezygnację z płacenia podatkowej daniny (nawet w części, w jakiej jego podatki idą na nieskuteczną policję), a nie w tym, że ludzie zbyt mało energicznie domagają się od państwa tego, do czego jest ono formalnie od dawna zobowiązane.

Jest prawdopodobne, że stworzenie takiej możliwości wyboru poprawiłoby również skuteczność państwowej policji, jako że jej nieskuteczność owocowałaby mniejszymi wpływami do budżetu państwa – pieniądze trafiałyby do kieszeni prywatnych ochroniarzy. Byłaby to normalna konkurencja, z korzyścią dla konsumentów. Dlaczego zapewnianie bezpieczeństwa ma być tą dziedziną, gdzie monopol miałby sprawdzać się lepiej?

Szukając przyczyn obecnej nieskuteczności policji, p. Łoziński dopatruje się ich m. in. w tym, że nie ściga się pewnych czynów, mimo iż istnieje ku temu podstawa prawna – np. piractwa książkowego, produkcji pornografii czy ciągnięcia zysków z prostytucji. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, co ma wspólnego ściganie sprawców tych czynów ze skutecznością w tępieniu tego, czego boją się ludzie i przeciw czemu chcą kupować pistolety i wynajmować ochroniarzy – przemocy na ulicach, napadów, pobić, gwałtów, rabunków i morderstw. Wręcz przeciwnie – skierowanie większej uwagi aparatu ścigania na producentów pornografii, piratów książkowych i alfonsów spowoduje niewątpliwie zmniejszenie jego zainteresowania chuliganami i bandytami. Im więcej w kodeksie karnym takich „przestępstw” niewiążących się z jakimkolwiek użyciem przemocy, tym bardziej przemoc jest bezkarna i tym bardziej narażeni jesteśmy na nią w swoim życiu.

Niech sczezną studenci!

(1998 r.)

Od pewnego czasu hasłem przewodnim demonstracji organizowanych przez ugrupowania lewicowe stało się żądanie „bezpłatnych” studiów. Jest to część prowadzonej przez nie kampanii przeciwko projektowi wprowadzenia bezpośredniej odpłatności za studia wyższe na państwowych uczelniach. W ostatnim czasie manifestacje pod tym hasłem organizowały młodzieżówka SdRP, PPS i Lewicowa Alternatywa.

Rzecz jasna, tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak „bezpłatne” studia czy w ogóle „bezpłatne” szkolnictwo. Nauczyciele, pracownicy naukowi, administracja i pozostali pracownicy państwowych szkół i uczelni dostają regularnie pieniądze za to, co robią. Ktoś im zatem płaci. Ten „ktoś” to my wszyscy, przymusowo płacący podatki zasilające budżet państwa.

Żądanie „bezpłatnych” studiów jest więc tak naprawdę domaganiem się, by nauka studentów na państwowych uczelniach była przymusowo finansowana przez całe społeczeństwo. Wystarczy chwila zastanowienia się, by zauważyć, że ten postulat nie ma nic wspólnego z hołubionymi ponoć przez lewicę ideami wolności i równości. Oto lwia część społeczeństwa – ciężko pracujący robotnicy, chłopi, pracownicy umysłowi, rzemieślnicy, kupcy, przedsiębiorcy – ma płacić pod przymusem daninę na kilka procent korzystających z przywileju nauki na państwowych uczelniach wyższych. Co prawda i w przypadku płacenia podatków na szkoły podstawowe czy średnie faktem jest, że odbywa się to pod przymusem i że osoby niemające dzieci lub posyłające je do szkół prywatnych zmuszone są płacić za usługi państwowych szkół, z których nie korzystają. Ale w przypadku studiów wyższych jest to widoczne szczególnie jaskrawo: masy zmuszone płacić na garstkę uprzywilejowanych.

Dość powszechny jest tu argument, że z wykształcenia tych kilku procent „korzystamy przecież wszyscy” i że nie musi to być wcale kilka procent – najlepiej, gdyby każdy, kto chce, miał możliwość studiowania na wyższej uczelni i zdobycia dyplomu. Przypatrzmy się więc temu argumentowi dokładnie. Niewątpliwie społeczeństwo w jakiś sposób korzysta na tym, że pewni jego członkowie dysponują wiedzą pozwalającą na wykonywanie bardziej skomplikowanych prac – takich, jak np. leczenie, projektowanie maszyn i budynków, pisanie programów komputerowych, opracowywanie nowych technologii, zarządzanie przedsięwzięciami wymagającymi współpracy dużych grup ludzi czy porozumiewanie się z cudzoziemcami. Ale umiejętności tych ludzi są przez to społeczeństwo w wymierny sposób wynagradzane, i to na ogół dobrze. Wykwalifikowany lekarz, architekt, programista, tłumacz, menedżer czy inżynier pobiera za swe usługi opłatę od tych, którym je świadczy. O ile tylko na ich usługi istnieje wystarczający popyt, kształcenie się do ich wykonywania jest dobrą inwestycją i przeważnie znajdzie się wystarczająca liczba chętnych do jej uczynienia – czego dowodem może być duża liczba kandydatów na rozmaite uczelnie prywatne. A jeśli nawet zdarzy się tak, że potencjalni kandydaci są zbyt biedni, by zainwestować w swe wykształcenie, to znajdzie się ktoś inny, kto w nie zainwestuje – dla swych własnych korzyści. Firmy fundujące zdolnym studentom stypendia nie są znowu tak rzadkim zjawiskiem.

Chciałbym tu zwrócić jednak uwagę, że o wiele częstszym przypadkiem jest tu fakt opłacania przez różne firmy swoim pracownikom (często świeżo przyjętym) wyspecjalizowanych kursów i szkoleń potrzebnych w danej pracy. Pracownicy ci często mają ukończone studia wyższe, co świadczy o tym, że studia te nie wystarczają do zdobycia kwalifikacji wymaganych na tych stanowiskach, a często prawdopodobnie również o tym, że są one w ogóle do pracy na tych stanowiskach zbędne. Posłużę się tu konkretnym przykładem z mojej własnej pracy: firma zdecydowała się opłacić mi cykl kursów i egzaminów niezbędnych do uzyskania tzw. CNE – certyfikatu świadczącego o kwalifikacjach specjalisty z zakresu administrowania sieciami komputerowymi w systemie Novell NetWare. Będzie to kosztować niemalże dziesięć tysięcy złotych – dla porównania semestr zaocznych studiów informatyki na politechnice kosztuje nieco ponad dziewięćset złotych. Dwaj moi koledzy idą na podobny cykl kursów związany z certyfikatem Microsoftu (administrowanie systemem Windows NT). Ja nie mam żadnego dyplomu wyższej uczelni (a moje studenckie doświadczenie nie miało z komputerami nic wspólnego), oni są po studiach na politechnice. Jednak zarówno fakt, że radzę sobie w pracy nie gorzej od nich, jak i fakt, że wszyscy musimy przejść dodatkowe szkolenie w celu wystarczającego do uzyskania certyfikatów wyspecjalizowania się w naszych dziedzinach świadczy o tym, że studia wyższe nie są do tej pracy konieczne.

Tam, gdzie wykształcenie akademickie rzeczywiście jest konieczne, znajdzie się ktoś, kto w nie zainwestuje – podobnie jak znajduje się taki ktoś tam, gdzie konieczne jest wykształcenie innego typu, takie jak wspomniane kursy. W tym ostatnim przypadku nikt nie domaga się, by były one opłacane z naszych podatków, podobnie jak nikt nie domaga się tego w przypadku np. prawa jazdy. Uważa się słusznie, że takie wykształcenie jest wystarczająco dobrą inwestycją, by znalazły się nań pieniądze i że jeśli przyniesie ono korzyści innym członkom społeczeństwa, to zapłacą oni sami za jego efekty. Dlaczego więc akademickie studia wyższe mają być tu wyjątkiem?

Jest tu i druga strona medalu: jeżeli osoby po ukończonych studiach wyższych pracują na stanowiskach niewymagających w rzeczywistości takich studiów, oznacza to, że pieniądze wydane na ich wykształcenie na uczelni zostały zmarnowane. Wprawdzie jest możliwe, że niektóre z nich zmienią pracę i będą jeszcze pracować w zawodzie odpowiadającym ich akademickiemu wykształceniu, ale nie zmienia to podstawowego problemu: jeżeli wyższe uczelnie wypuszczają więcej specjalistów z danej dziedziny, niż może być dla nich stanowisk pracy, to zawsze część z nich będzie musiała pracować w „nie swoim zawodzie” i tym samym część pieniędzy wydanych na ich wykształcenie będzie marnowana. Owszem, dana osoba może uznać, że bardziej opłaca się jej zaryzykować zmarnowanie pieniędzy i uzyskać kwalifikacje z tej czy innej dziedziny po to, by mieć większą szansę znalezienia pracy nawet jeśli potem okaże się, że nie będą one konieczne. Ale dlaczego koszty tego ryzyka mają przymusowo ponosić wszyscy inni? Niewątpliwie łatwiej jest zmarnować cudze pieniądze niż własne.

„Bezpłatność” studiów zwiększa prawdopodobieństwo, że wydane na nie pieniądze zostaną zmarnotrawione. Jest tak po pierwsze dlatego, że decydującą rolę w przydzielaniu pieniędzy na poszczególne kierunki kształcenia odgrywają naciski ze strony zatrudnionej na uczelniach kadry, a nie faktyczne zapotrzebowanie gospodarki na określonych specjalistów. W przypadku uczelni prywatnych, gdzie pieniądze pochodzą z kieszeni samych studentów (lub osób zainteresowanych w takim a nie innym ich wykształceniu), są one przeznaczane na naukę w tych specjalnościach, które studenci lub ich sponsorzy uznają za najlepszą inwestycję, czyli głównie takich, na które istnieje (lub jest przewidywany) duży popyt wyrażający się wysokimi płacami. W przypadku finansowanych z budżetu uczelni państwowych pieniądze są kierowane zgodnie z „zapotrzebowaniem” na nie ze strony już zatrudnionych pracowników naukowych i przeznaczane na naukę w ich specjalnościach. Popyt na te specjalności jest tu sprawą drugorzędną – jeśli istnieje liczna kadra filozofów czy bibliotekoznawców, trzeba im zapewnić pensje (zwłaszcza, że samodzielnych pracowników naukowych nie można tak po prostu zwolnić). Dziesięć lat temu na Uniwersytecie Śląskim (jeszcze za „komuny”) studenci każdego wydziału i kierunku mieli na pierwszym roku obowiązkowe zajęcia z filozofii. Większości studentów nie było to najprawdopodobniej do niczego potrzebne, ale do prowadzenia tych zajęć potrzebna była dość liczna kadra. Potem utworzono dzienne studia filozoficzne, na które przyjmowano kilkanaście osób na rok. I było tak do momentu, kiedy zniesiono obowiązkowe zajęcia z filozofii na innych wydziałach. Wówczas to, aby kadra miała zajęcie, zaczęto przyjmować na pierwszy rok filozofii wszystkich chętnych – średnio około stu osób. Po pierwszym roku robi się „odsiew”, ale pracownicy instytutu filozofii mają z kim prowadzić zajęcia i dostawać za to pieniądze. Dodatkowo wprowadzono jeszcze studia zaoczne. A najciekawsze jest to, że i tak wielu absolwentów tych studiów (chyba większość) i tak nie pracuje w zawodzie filozofa, ponieważ mimo sztucznego rozdęcia zajęć nowych pracowników przyjmuje się niewielu.