Stara szkoła - Wolff Tobias - ebook + książka

Stara szkoła ebook

Wolff Tobias

0,0
37,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wciągająca powieść o pułapkach własnych i cudzych ambicji

Ameryka lat sześćdziesiątych, jedna z najlepszych męskich szkół z internatem na Wschodnim Wybrzeżu. Tu liczą się pochodzenie, osiągnięcia i literacki snobizm. Choć cały kraj żyje wyborem JFK na prezydenta, dla chłopców prawdziwymi bohaterami są pisarze: Fitzgerald, Frost, Cummings, Kerouac. Kiedy pewnego dnia dyrekcja ogłasza, że szkołę odwiedzi sam Ernest Hemingway, a ten z uczniów, który napisze najlepsze opowiadanie, zostanie nagrodzony prywatną rozmową z wielkim autorem, rywalizacja między chłopcami staje się jeszcze zacieklejsza. Wszystkie chwyty dozwolone: szkolny kodeks postępowania – honor, lojalność, przyjaźń – przestaje obowiązywać.

Stara szkoła Tobiasa Wolffa to pasjonujący portret chłopięcego dorastania. Zawadiacka powieść o uczniach i nauczycielach, marzycielach i mistrzach; o czytaniu książek i ambicji pisania; o kłamstwach i przywdziewanych maskach; o pragnieniu, by zostać kimś, i obawie, że jest się nikim. I wreszcie: o pogmatwanych związkach między życiem a literaturą.

Książka była nominowana do Nagrody PEN Clubu i Fundacji im. Williama Faulknera, nagrody literackiej przyznawanej przez „Los Angeles Times” oraz Amerykańskiej Nagrody Krytyków Literackich. Otrzymała również srebrne wyróżnienie w ramach Kalifornijskiej Nagrody Książkowej.

„Wyobraźcie sobie „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” skrzyżowane z „Buszującym w zbożu” […]. Misternie skonstruowana i bardzo amerykańska opowieść o dojrzewaniu.” „Esquire”

„Powieść przesycona moralną refleksją, napisana ostro, wnikająca głęboko [...]. Wolff przenosi czytelnika w rejony, które przemierzali pisarze tacy jak J.M. Coetzee i Philip Roth, a także – sięgając wstecz – Joseph Conrad i Nathaniel Hawthorne.” „The Washington Post Book World”

„„Stara szkoła” należy do tych zwodniczo powściągliwych książek, które zasługują na drugą, niespieszną lekturę. To hołd złożony sztuce opowieści – jej sile, która może wzruszać, wybudzać, a nawet przeobrażać.” „The Plain Dealer”

„Łagodna, dyskretna, pełna wdzięku [… ]. Wolff nie po raz pierwszy udowadnia, że jest pisarzem najwyższej próby: po trosze opowiadaczem historii, po trosze filozofem, kimś głęboko zaangażowanym w stawianie trudnych pytań.” „Los Angeles Times”

„Na niektóre książki warto czekać […]. „Stara szkoła” to powieść pięknie napisana i bez reszty wciągająca – czego należało się spodziewać po mistrzu pióra, jakim jest Tobias Wolff.” Peter Straus, „Literary Review”

„Jest to powieść z gatunku tych, które nie przemijają – mądra, inteligentna, napisana z ogromną empatią.” „The Observer”

„Nadzwyczajnie dobra […], porównywalna z dziełami Philipa Rotha. Recenzent miał ochotę wysłać Wolffowi wyrazy uwielbienia.” Blake Morrison, „The Sunday Telegraph”

„Przez całe pisarstwo Wolffa prześwieca dbałość o prawdę, a czytelnik nigdy nie wątpi w uczciwość i cierpliwość autora. Książkę zadedykowano „Moim nauczycielom”, czyli również pisarzom, między innymi Hemingwayowi, od którego Wolff nauczył się ważyć każde słowo – tej lekcji nigdy nie zapomniał.” Blake Morrison, „The Guardian”

„Jego [Wolffa] powściągliwość miarkuje rozmach tej powieści, ale zarazem wyostrza jej puentę: mówienie prawdy w prozie – czy w ogóle w literaturze – jest zarazem logicznie niemożliwe, jak i moralnie nieodzowne.” A.O. Scott, „The New York Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 243

Data ważności licencji: 7/7/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Epigraf

Zdjęcie klasowe

Kolofon

Lista stron

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

231

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Dotychczas ukazały się m.in.:

Yaa Gyasi, Poza królestwo

Hila Blum, Jak kochać własną córkę

Monica Isakstuen, Bądź dobra dla zwierząt

William Brewer, Czerwona strzała

Nadifa Mohamed, Szczęśliwcy

Jim Lewis, Duchy Nowego Jorku

Elizabeth Wetmore, Walentynka

Claire Vaye Watkins, Kocham cię, ale wybieram ciemność

Miriam Toews, Z ogniem

Jen Beagin, Szwajcara

Tess Gunty, Królikarnia

Négar Djavadi, Wszystkie moje rewolucje

Gwendoline Riley, Moje zmory

Alia Trabucco Zerán, Do czysta

Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku

Vincenzo Latronico, Do perfekcji

An Yu, Muzyka dla duchów

Kevin Jared Hosein, Głodne duchy

Antoine Wilson, Usta-usta

Irene Solà, Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność

Catherine Lacey, Biografia X

Benjamín Labatut, Maniak

Michael Magee, Blisko domu

Hisham Matar, Moi przyjaciele

Już niebawem ukaże się:

Steven Price, Książę Lampedusy

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Old School

Projekt okładki Kamil Rekosz

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Copyright © 2003 by Tobias Wolff

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Umiński, 2026

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Adam Pluszka

Korekta Sabina Szczerbuk / d2d.pl, Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-327-3

Moim nauczycielom

Dlaczegoś mnie okłamał?

Zawsze myślałem, że mówię prawdę.

Dlaczegoś mnie okłamał?

Bo nic tak nie kłamie jak prawda, a ja kocham prawdę.

Mark Strand, Elegia dla mojego ojca

Zdjęcie klasowe

Robert Frost odwiedził nas w listopadzie 1960 roku, ledwie tydzień po wyborach prezydenckich. Wiele to mówi o naszej szkole, że perspektywa jego wizyty wzbudziła większe zainteresowanie niż starcie Nixona z Kennedym, które zdaniem większości z nas można by rozstrzygnąć walkowerem. Nixon był sztywniakiem i zrzędą. Gdyby chodził z nami do klasy, przykleilibyśmy mu buty do podłogi. Co innego Kennedy – wojownik, ironista, szorstki i zrównoważony. Panował nad swoim ubiorem. Miał szałową żonę. Do tego czytał i pisał książki, a jedna z nich, Dlaczego Anglia spała, znalazła się w spisie lektur na moje seminarium z historii. Kennedy jawił nam się jako swój gość; wciąż dało się dostrzec w nim chłopca, który byłby tutaj gwiazdą, oczytanego łobuza o niemal wystudiowanej beztrosce, tyleż podkreślającej, co bagatelizującej jego pochodzenie.

Nie przyznalibyśmy jednak, że nasza sympatia do Kennedy’ego ma podłoże klasowe. Nasza szkoła nie była snobistyczna, a w każdym razie tak się uważało, my zaś wychodziliśmy z siebie, żeby to potwierdzić. Wszyscy uczestniczyli we wspólnych pracach. Stypendyści mogli się ujawnić albo nie, wedle życzenia; szkoła zachowywała dyskrecję. Było jasne, że niektórzy mają ułatwiony start dzięki słynnemu nazwisku lub wielkiej fortunie, ale jeśli przywilej od razu dawał im pozycję, my, pozostali, lubiliśmy myśleć, że jest to pozycja niepewna. Nie można było z niej awansować wyżej, wybraniec mógł tylko starać się jej nie stracić, gadając o balach debiutantów, na których bywa, albo o Jaguarze, na którego zasłużył przez sam fakt ukończenia szesnastu lat. A tymczasem, z braku innych wyróżnień, stopniowo przyswajało się system wartości, który nie cenił niczego oprócz osobistych dokonań.

Takie było założenie, zakorzenione tak głęboko, że nigdy niewypowiadane; wdychało się je wraz z wonią woskowanych podłóg, wełny i chłopców żyjących tuż obok siebie w przegrzanych pokojach. Nigdy niewypowiadane, więc niekwestionowane. Towarzyszyło mu także poczucie, że każdą osobistą zasługę szkoła uzna za dowód wartości przewyższający inne względy. Pole do popisu było szerokie. Jak wszystkie szkoły, nasza również ceniła swoich sportowców, a oni reprezentowali ją godnie, zwłaszcza zapaśnicy, którzy po całym Wschodnim Wybrzeżu radośnie wycierali maty posępnymi, stękającymi chłopakami. Szkoła lubiła swoich zapaśników i futbolistów, a także zajadłych dyskutantów i błyskotliwych prymusów, śpiewaków i szachistów, wodzirejów i aktorów, muzyków i mistrzów ciętej riposty oraz, bynajmniej nie na ostatku, swoich pismaków.

Jeżeli szkoła miałaby się przyznać do jakiegoś snobizmu, to byłaby nim duma z jej literackiego charakteru – niezależnie od znakomitych pisarzy odwiedzających ją trzy razy do roku. Dyrektor studiował w Amherst u Roberta Frosta i swego czasu wydał zbiór wierszy, Sonety przeciwko burzy, ale nie lubił, gdy mu o tym przypominano. Wprawdzie książka wciąż figurowała w katalogu bibliotecznym, ale zapadła się pod ziemię i chodziły słuchy, że dyrektor ją zniszczył. Może słusznie; lecz ilu innych dyrektorów opublikowało choćby jeden wiersz, dobry albo zły, a co dopiero cały zbiór? Dziekan Makepeace podczas pierwszej wojny światowej przyjaźnił się z Hemingwayem i mówiono, że jest pierwowzorem Billa, z którym Jake wybrał się na ryby w Słońce też wschodzi. Inni angliści również zachowywali się, jakby byli kompanami Hemingwaya oraz Szekspira, Hawthorne’a i Donne’a na dokładkę. Czuliśmy, że tworzą jak gdyby zakon rycerski. Nawet chłopcy pozbawieni literackich ambicji małpowali ich niedbały ubiór i rytualne pojedynki słowne. Zwróciłem też uwagę, że na comiesięcznych herbatkach u dyrektora pozostali nauczyciele orbitują po obrzeżach ich kręgu, jakby grzali się przy ogniu.

Czym angliści wzbudzali ów respekt? Co właściwie wiedzieli o świecie w porównaniu z tymi, którzy uczyli fizyki albo biologii? Miałem poczucie, zresztą nie ja jeden, że wiedzą dokładnie to, co warto wiedzieć. W przeciwieństwie do nauczycieli przedmiotów ścisłych i przyrodniczych, którzy skromnie trzymali się swoich poletek, byli najczęściej omnibusami. Choć celowali w wiwisekcjach, żaden nie porzuciłby wiersza lub powieści w kawałkach, niczym zmasakrowaną żabę cuchnącą formaliną. Zszywali je na powrót przy użyciu historii i filozofii, psychologii i religii, a niekiedy nawet matematyki czy fizyki. Nie schlebiając twoim oczywistym pragnieniom identyfikacji z bohaterem, pozwalali ci odczuć, że to, co było ważne dla autora, ma też znaczenie dla ciebie.

Powiedzmy, że właśnie przeczytałeś Spalenie stodoły Faulknera. Podobnie jak syn z opowiadania, wyczuwasz skazy w charakterze swojego ojca. Od myślenia o nich robi ci się nieswojo; pozostawiony sam sobie, zamknąłbyś pewnie książkę i zajął głowę czym innym. Ale oto chmurny, wysoki mężczyzna, utykający z dystynkcją, mobilizuje cię i włącza, wraz z innymi chłopakami, w rozważania o tym, co znaczy być synem. O lojalności, która jest twoim obowiązkiem, cnotą i strapieniem. O pięknie lojalności, jej meandrach i pułapkach, o tym, jak lojalność może stać się zdradą – siebie samego i świata spoza kręgu krwi.

Nie rozmawiałeś o tym dotąd z nikim, nigdy. Rozmowa wciąż trwa, gdy uświadamiasz sobie, że kłopoty twojego ojca ze światem – emocjonalna kruchość, brak wiary w siebie, uczciwość niewolna od skaz – nie uczynią z niego podpalacza, a twoja lojalność nie stanie się tematem tragedii. Nie odwrócisz się od ojca odważnie i z bólem, tak jak chłopak u Faulknera, lecz wyrzekniesz się go bez żalu. A w chwili, gdy akceptujesz to rozstanie, czujesz, że ono już jest w toku; smutna, pucułowata twarz ojca się rozmywa, mrugasz, unosisz wzrok: nauczyciel wsparł się o biurko, jedną dłoń trzyma w kieszeni płaszcza, drugą masuje chore kolano, smętnie słuchając, jak mądrala z rzędu za tobą przynudza o motywie ptactwa.

Moja szkoła miała pewną tradycję: ilekroć jakiś pisarz przyjeżdżał z wizytą, jeden uczeń uzyskiwał prywatną audiencję. O ten przywilej konkurowaliśmy, składając własne utwory – wiersz, jeśli gość był poetą, prozę, jeśli prozaikiem. Na jakiś tydzień przed przyjazdem pisarz wybierał zwycięzcę. W szkolnym piśmie drukowano wyróżniony wiersz bądź opowiadanie, a później fotografię triumfatora, jak spaceruje po ogrodzie dyrektora z wizytującym pisarzem.

Zgodnie z tradycją w konkursie startowali tylko uczniowie ostatniej, czwartej klasy. W rezultacie przez trzy poprzednie lata patrzyłem bezsilnie, jak kolejni chłopcy są wyłuskiwani z tłumu pretendentów i zapraszani na przechadzkę wśród medalowych róż dyrektora w błogosławionym i błogosławiącym towarzystwie literatury wcielonej, by rozprawiać na głębokie tematy i otrzymać radę, a po wszystkim móc powiedzieć: Podobali ci się Miłością opętani? Żartujesz. Jezu, szkoda, żeś nie słyszał, co Mary McCarthy mówiła o Cozzensie…

Trudno było to wytrzymać, zwłaszcza jeśli zwycięski tekst wyszedł spod ręki kogoś, kogo nie lubiłeś, albo, co gorsza, chłopaka, o którym nie było wiadomo, że startuje – choć przez te lata, gdy czekałem w kulisach, zdarzyło się to tylko raz: domniemany prymityw nazwiskiem Hurst zdobył audiencję u Edmunda Wilsona dzięki cyklowi satyrycznych ód po łacinie. Ale pozostali zwycięzcy, jak łatwo zgadnąć, pochodzili z jednej stajni: mieli piątki z angielskiego, pisali do szkolnego magazynu literackiego i należeli do paczki chłopców upijających się książkami.

Pisarze nas nie znali, więc nikt nie mógł ich oskarżyć o stronniczość, nie przeszkadzało nam to jednak w podważaniu ich wyborów. Jakim cudem Robert Penn Warren wolał prostą historyjkę Kita Mortona o umierającej babci od monologu Lance’a Leavitta, zapisanego jako strumień świadomości skazańca, który wypala ostatniego papierosa i wśród śmiałych obscenów wypluwa z siebie pogardę dla świata, gdzie za jedno mizerne zabójstwo grozi wyrok, a mord milionów przechodzi bez echa? Było coś nie fair w tym, że Lance, rzucający wyzwanie literackiemu decorum i mieszczańskiej moralności, ma patrzeć, jak Robert Penn Warren spaceruje po dyrektorskim ogrodzie z sentymentalistą pokroju Kita (którego opowiadanie swoją wulgarną nagością uczuć wycisnęło mi z oczu skryte łzy).

Nie wyolbrzymiam znaczenia, jakie przypisywaliśmy tym zaszczytnym spotkaniom. Zależało nam. A mnie tak jak wszystkim innym, bo czytałem nie tylko pisarzy, ale i o pisarzach. Wiedziałem, że Maupassant, którego opowiadania wielbiłem, trafił za młodu pod opiekę Flauberta i Turgieniewa; Faulkner – Sherwooda Andersona; Hemingway – Fitzgeralda, Pounda i Gertrude Stein. Wszystkich tych pisarzy wprowadzili inni pisarze. Nasuwał się więc wniosek, że takie wprowadzenie jest konieczne, lecz zanim nastąpi, człowiek musi, w taki bądź inny sposób, znaleźć pisarza, który go wprowadzi. Moje wyobrażenia o tym procederze nie były wyrachowane ani nawet pragmatyczne. Nie myślałem o nawiązywaniu kontaktów. Aspiracje miałem mistyczne. Chciałem, by spoczęły na mnie ręce, spod których wyszły żywe wiersze i opowiadania, ręce, które dotykały rąk innych pisarzy. Chciałem uzyskać namaszczenie.

Wizytę Frosta zapowiedziano na początku października. Najpierw zawirowało mi w głowie, ale wieczorem zmarkotniałem od strachu przed porażką. Nie mogłem zasnąć. W końcu wstałem i usiadłem przy biurku nad dwoma zeszytami wypełnionymi poezją, którą pisywałem w ramach przerw od prozy. Mój współlokator mamrotał przez sen, kiedy garbiąc się nad kartkami, czytałem kolejne kawałki w stylu:

pieśń (#8)

pogrążonym w beznadziei na dnie nocy

śpiewam pieśń i kończę bez nadziei

i nie żałuj mnie bo obca mi nadzieja i

nie żałuj ich bo obca im nadzieja i

Na tym tekst się kończył. Niżej widniało słowo „fragment”. Widniało pod większością utworów w obu zeszytach i za każdym razem charakterystyka była trafna. Wszystkie te wiersze ułożyłem porwany jakąś namiętnością albo filozofią, która opuściła mnie, nim zdołałem dobyć z niej znaczenie. W kręgu ostrego światła lampy biurkowej nieliczne ukończone wiersze zdawały się jeszcze bardziej rozczarowujące. Piękno fragmentu tkwi w tym, że wciąż tli się w nim nadzieja na genialną całość. Pomyślałem, że z kilku takich urywków mógłbym sklecić sekwencję w stylu Ziemi jałowej, lecz trudno było się łudzić, że dzięki temu nabiorą one wagi.

Musiałem napisać coś nowego. Termin upływał za trzy tygodnie. W takim czasie byłem w stanie napisać wiersz, ale jaki on powinien być? Prócz tego, że dobry, musiał wyróżnić się na tle konkurencji. Dobrze chociaż, że wiedziałem – nie licząc czarnych koni typu Hursta – kim są moi rywale.

Było ich trzech.

George Kellogg kierował redakcją „Trubadura”, naszego pisma literackiego. Pismo było bardzo stare i wciąż ukazywało się w swoim pierwotnym formacie, na sztywnych, ciężkich stronach, a głęboko odciśnięte litery nadawały każdemu utworowi aurę wiekopomnego klasyka. Sam chciałem zostać naczelnym, ale w głosowaniu ustępującej rady przegrałem różnicą jednego głosu i na pociechę przypadł mi posępny tytuł dyrektora publikacji. Było to rozczarowanie, lecz nie cios. George zasługiwał na swoje stanowisko: niestrudzenie dębił od chłopaków teksty i do białego rana składał numery, by zdążyć na czas. Ja – nie. Dla moich prac nie miałem innej galerii niż „Trubadur”; nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby werbować sobie rywali.

Sam fakt, że George został naczelnym, w moich oczach umniejszył nieco powab tej funkcji. Nie zależało mi na piątce za postawę społeczną. Nie żeby George nie umiał pisać. Miał dobry warsztat i pisał sporo, głównie wiersze. Preferował klasyczne formy, zwłaszcza vilanellę, a jego głównym tematem była samotność: stary człowiek wędrujący przez wesołe miasteczko rankiem po festynie; dziecko czekające pod dworcem Greyhounda na autobus, który nie nadjeżdża; spowita mrokiem widownia w teatrze, gdy wszyscy już wyszli prócz starej kobiety, która z wolna zbiera manatki i wzdryga się na myśl o długiej drodze do pustego mieszkania.

Zapina wyliniałe futro

Otula szalem szyję

Na zwłokę gra, zabija czas

Zanim to ją Czas zabije.

Czytając jego wiersze, czuło się, że gość wie, co robi. Trzymał metrum, używał aliteracji i personifikacji. Metonimii. Jego wiersze zawsze miały temat i pełne były empatii dla szarych ludzi. Nudziły mnie na śmierć, ale George miał technikę i zdarzały mu się przebłyski zwiastujące większe pokłady mocy.

Nie sądziłem tak naprawdę, że wygra. Ze swoim zegarkiem na dewizce, włochatym tweedowym kaszkietem i powolną, staranną mową przypominał raczej profesora niż pisarza. Nie tyle wyniosłego, ile poczciwego, i na tym polegał jego główny kłopot: był zbyt poczciwy, zbyt miły. W życiu nie słyszałem, żeby odezwał się do kogoś ostrzej, i widać było, jak mu przykro, kiedy reszta naszej grupy naśmiewała się z innych chłopaków, zwłaszcza tych, którzy liczyli na druk w „Trubadurze”. Na kolegiach bronił niemal każdego złożonego tekstu, choć wiedział, że przyjąć możemy tylko drobną część. Krew nas od tego zalewała. Nigdy nie wiedziałeś, czy George naprawdę ceni jakiś kawałek, czy po prostu nie cierpi odprawiać ludzi z kwitkiem. Resztę redakcji jego postawa podburzała do sądów jeszcze zajadlejszych niż te, które normalnie byliśmy skłonni wygłaszać.

Dobrotliwość George’a nie służyła jego pisarstwu. Przy całej swojej potoczystej empatii było pozbawione pazura. Nad biurkiem miałem kilka zdjęć Ernesta Hemingwaya wyciętych z czasopism. Na jednym szczerzył kły prosto w obiektyw w sposób niepozostawiający wątpliwości, że umie szarpać i rozdzierać, a siła jego prozy jest z tym ściśle związana.

Mimo to wiedziałem, że George’a nie wolno pochopnie skreślić. Gdyby choć raz pozwolił silnym uczuciom przeważyć nad ogładą, mógłby machnąć coś mocnego. I wygrać.

Podobnie jak mój współlokator, Bill White. Bill napisał już kawał powieści, jej pierwszy rozdział wydrukowaliśmy w „Trubadurze”. Śnieżyca odcina od świata dwóch mężczyzn i kobietę w myśliwskiej chacie. Narrator nie wyjaśnia, kim są, jak dotarli na miejsce ani czemu są razem. Ale w miarę lektury sytuacja się klaruje: jeden z facetów to słynny aktor, kobieta jest jego żoną, drugi mężczyzna – chirurgiem. Mężczyźni są starymi przyjaciółmi, odkrywamy jednak, że żona aktora ma romans z chirurgiem, który jak się okazuje, pewnego razu na safari ocalił aktorowi życie zaimprowizowaną tracheotomią.

– Chapeau, mój drogi – powiedział Montague. – Karkołomna sztuka, zważywszy na okoliczności. Burza szarpała namiotem jak diabli, nagonka pijana w trupa. Nie zapomnę ci tego.

– Ależ skąd, ależ skąd – odrzekł doktor Coates. – Najskromniejszy stażysta sprawiłby się równie dobrze, jeśli nie lepiej.

– Nie zapomnę ci tego – powtórzył Montague. – Na zawsze jestem twoim dłużnikiem – dodał zimno.

– Wszyscy jesteśmy, nieprawdaż? – wtrąciła Ashley, dolewając sobie szkockiej. Popatrzyła na śnieg sypiący za oknem. – Cóż byśmy poczęli bez usług zacnego doktora?

– Zdziro – wycedził Montague. – Ty cudownie piękna zdziro.

Chociaż Bill nie dał mi przeczytać dalszego ciągu – czekał, aż tekst się uleży przed ostatecznymi szlifami – nie miałem wątpliwości, że drobiazgowo opisane sztucery niedługo pozostaną w futerałach.

W żyłach bohaterów Billa płynęła krew nie tylko wielkopańska, ale i nieżydowska. Zakładałem, że w jego również. Miał jasnozielone oczy i bladą cerę, którą łatwo pokrywał rumieniec, kiedy było ciepło albo zimno. W obejściu był uprzejmy, rozbawiony, a ja najwyraźniej z jakiegoś powodu bawiłem go szczególnie, co jednocześnie podobało mi się i nie podobało. Grał w reprezentacji w squasha. Przez myśl mi nie przeszło, że jest Żydem, aż do odwiedzin jego ojca poprzedniej wiosny. Pan White był wdowcem i mieszkał w Peru, gdzie miał fabrykę włókienniczą. Za pośrednictwem Billa zaprosił mnie do miasteczkowego zajazdu na kolację, a ja, widząc ich razem, doznałem pewnego wstrząsu: obaj wysocy, z jasną cerą i zielonymi oczami, ojciec byłby jak starsza wersja syna, gdyby nie Brooklyn w jego głosie i niemal przymilna życzliwość. Pan White raz po raz wspominał o rodzinie i niebawem stało się jasne, że są Żydami. Mieszkałem z Billem od dwóch lat w pokoju i nie zająknął się o tym ani słowem. Sam wprawdzie maskowałem się na całego, ale nie podejrzewałem o to Billa. Uważałem, że choć wyniosły, jest szczery. Kim był naprawdę? Tyleśmy czasu razem spędzili, a wyszło na to, że wiem o nim nie więcej niż on o mnie.

Pan White zafundował nam tamtego wieczoru niezłą wyżerkę. Był człowiekiem przyjacielskim i swobodnym, ale ja nadal próbowałem nadążyć za sytuacją i bez wątpienia patrzyłem na niego z ciekawością wykraczającą poza zwykłą uprzejmość. Jeśli Bill coś dostrzegł, nie okazał tego, a i później nie było po nim widać, by poczuł się zagrożony moim odkryciem, że nie jest tym, za kogo uchodzi. Zacząłem więc dumać, że kto wie – może nigdy nie zależało mu, by go brano za nie-Żyda, może moje zdumienie było jedynie skutkiem mojej ciasnoty i mojego lęku.

Rzecz jasna, tak naprawdę w to nie wierzyłem. Uważałem, że Bill oszukiwał z rozmysłem, a brawura w obliczu demaskacji nie dowodziła niewinności, lecz była kolejną sztuczką, mającą pokryć niepokój, a przy tym – celowo albo nie – zmusić mnie, bym zastanowił się nad własną reakcją. Czemu nie? Ja rozegrałbym sprawę właśnie tak. Naturalnie nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Przez pewien czas martwiłem się, że Bill będzie miał mi za złe moją wiedzę, ale nic na to nie wskazywało. Może czuł ulgę, że ktoś wie. To mogłem zrozumieć aż za dobrze.

Gdy nadeszła pora, by wybierać współlokatorów na nasz ostatni rok szkolny, nie traciliśmy nawet czasu na dyskusje. Oczywiście, że będziemy dzielić pokój. Nikt z nikim nie dogadywał się tak dobrze, nawet jeśli prawdziwa przyjaźń nas ominęła.

Bill był poważnym rywalem. Tworzył papierowe postaci, ale jego opowiadania odznaczały się żywą fabułą i bogactwem detali. Większość tekstów w „Trubadurze” grzeszyła ogólnikowością. Im bardziej ogólne, tym bardziej uniwersalne – taka bodaj przyświecała im dewiza. Bill umiał uchwycić konkret. Skrzypienie śniegu pod stopami w mroźny dzień albo blade światło nisko zawieszonego słońca przenikające przez plątaninę czarnych gałęzi. Jak lepi się świeżo naoliwiony sztucer, jak trzeszczą długie włosy, które znudzona kobieta rozczesuje przed kominkiem. Wszystko w jego tekstach było konkretne i prawdziwe prócz ludzi. Szkodziło to dłuższym utworom, ale w najkrótszych, najsubtelniejszych opowiadaniach oraz sporadycznych wierszach precyzja i gracja jego stylu bywały porywające. Bill mnie niepokoił.

Podobnie jak Jeff Purcell, znany jako Mały Jeff, bo mieliśmy w klasie też drugiego Jeffa Purcella, jego kuzyna – Dużego Jeffa. W rzeczywistości Mały Jeff nie był mały, a Duży Jeff nie był duży, tylko większy od Małego Jeffa, który nie cierpiał Dużego, po części z pewnością za to, że ściągnął na niego znienawidzony przydomek. Mały Jeff był moim przyjacielem i jak wszyscy przyjaciele mówiłem mu Purcell.

Purcell zwykle trzymał ręce złożone na piersi jak generał z czasów wojny secesyjnej na dagerotypie. Pasowała do niego ta wojownicza poza. Pod krótko przystrzyżoną szczeciną hodował zjadliwy dar pogardy i inwektywy. Był Herodem kolegiów redakcyjnych, gotowym spaść na każde niewiniątko, które ośmieli się zaproponować nam rękopis. Miał wyśrubowane standardy: moralne, polityczne, estetyczne. Lekceważył nawet odwieczny protokół nakazujący udawać podziw dla twórczości pozostałych redaktorów. Na jednym z kolegiów oświadczył, że moje opowiadanie pod tytułem List samobójczy czyta się tak, jakby zostało napisane już po tym, jak narrator palnął sobie w łeb.

Purcell pochodził z zamożnej i ustosunkowanej rodziny, ale czytelnik jego opowiadań i wierszy nie domyśliłby się tego; a może właśnie tak. Za temat Purcell obrał stosunki między ludźmi na szczycie a ludźmi na dnie. Napisał balladę o górniku, którego posłano głęboko pod ziemię, gdzie ginie w zawale, podczas gdy właściciel kopalni karmi swoje psy myśliwskie, podsuwając im filet mignon i szczebiocząc jak do niemowląt; jego ostatni tekst z „Trubadura” był epistolarnym opowiadaniem o generale piszącym listy gratulacyjne do pogrążonych w żalu kobiet, których mężów i synów posłał na rzeź.

Proszę radować się szczęściem swego poległego bohatera, albowiem podziurawiono mu serce w imię wzniosłej sprawy. Nalegam też, aby wraz ze swymi dziatkami przyjęła Pani zapewnienie, iż jego zaginioną głowę, gdziekolwiek teraz leży, wypełniają duma z poniesionej ofiary i błogie wspomnienia ojczyzny, za którą tak ochoczo oddał życie.

Byłem pewny, że inspiracji dostarczył mu pewien fragment Pożegnania z bronią, ale gdy opowiadanie trafiło pod obrady, ugryzłem się w język i nie zaprotestowałem. Nie było złe. Wiadomo, przerysowane, jak wszystkie teksty Purcella, drastyczne i przestylizowane, zgoda, ale pełne kąśliwej energii. Tak czy owak, sam byłem zadłużony u Hemingwaya, i to po uszy. Podobnie Bill. Nawet mówiliśmy Hemingwayem, chociaż pastiszowo, jakby wypierając się statusu czeladników: To jest twoje łóżko i to jest dobre łóżko, i musisz je dobrze posłać. Albo: Dzisiaj jest dzień pulpeta. Pulpet jest w dechę. Jest w dechę, ale kiedy się skończy, brak pulpeta będzie tragiczny, a facet od pulpetów nie przyjdzie już nigdy.

Każdy z nas miał długi: u Hemingwaya, cummingsa lub Kerouaca – albo u wszystkich trzech i jeszcze kogoś. Nikt się do tego nie przyznawał, ale ta wiedza w nas tkwiła, bo zarzut imitacji był jedynym, którego nie wysuwaliśmy pod adresem okrutnie wyszydzanych zgłoszeń do „Trubadura”. Nie opłacało się. Raz skrystalizowana świadomość cudzych wpływów pogrzebałaby niezbędne zbiorowe złudzenie, że nasze teksty są na wskroś nasze. Nawet Purcell nie tykał tego tematu.

Purcell był groźnym przeciwnikiem. Walił na odlew, nawet prostacko, ale widać było, jak go uwierają wygody, wśród których dorastał, jak się boi, że go przemienią w tępego krwiopijcę rodem z jego utworów. Gdyby wziętym na cel postaciom nadał ludzkie rysy, gdyby ściszył głos, do ręki wziął nóż zamiast pałki… Ale nawet to nie musiało się okazać konieczne. Na arenie pełnej trupów któraś z jego topornych satyr mogła wygrać po prostu dlatego, że będzie żywa.

Tacy to rywale stali między mną a Robertem Frostem. Oczywiście w moim roczniku byli też inni samozwańczy pisarze, ale czytałem ich wypracowania i teksty składane do „Trubadura” i nie widziałem powodów do niepokoju oprócz ich pragnienia. Ogromnego. Dlaczego tylu z nas chciało zostać pisarzami? Wydawało się to nieracjonalne. A jednak mieliśmy swoje racje.

Atmosfera w szkole iskrzyła od seksualnego napięcia. Od czasu do czasu mieliśmy potańcówki z Akademią Panny Cobb i paroma innymi szkołami żeńskimi, ale te krótkie imprezy tylko podkręcały ferwor; a chociaż na co dzień widywaliśmy żony nauczycieli, jedynie Roberta Ramsey miała stosowne atrybuty, by przeniknąć do naszych snów. Z braku prawdziwej dziewczyny, o którą można by konkurować, wszystkie inne nagrody nabierały kobiecych kształtów. Dla zaszczytów sportowych, naukowych, muzycznych bodliśmy się jak górskie kozły, a triumf literacki poświadczał tężyznę niegorzej niż udany sezon futbolowy.

Nie widziałem wówczas tego aspektu swojej ambicji. Był jednak inny, który dostrzegłem, choć niejasno, nieomal wbrew sobie: kwestię klasowości.

Nasza szkoła szczyciła się hierarchią czynu i charakteru. Wierzyła, że ten system przewyższa stosunki panujące na zewnątrz i wypleni z nas nawyk zbytniej dumy i uniżoności. Było to piękne marzenie i staraliśmy się je urzeczywistnić, choć każdy z nas wiedział, że jest aktorem w spektaklu, a za murami teatru czeka świat, z którym trzeba będzie się liczyć, kiedy kurtyna opadnie i otworzą się drzwi na ulicę.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I