Star Wars. Padawan - Kiersten White - ebook + książka

Star Wars. Padawan ebook

Kiersten White

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Obi-Wan Kenobi od niedawna ma mentora, mistrza Qui-Gona Jinna, ale wciąż zastanawia się, czy ich partnerstwo nie jest pomyłką. Chłopak doskonale radzi sobie w walce na miecze świetlne, jednak Qui-Gon chce skupiać się na medytacji. Inni padawani i ich mistrzowie wykonują rozliczne ekscytujące zadania w całej galaktyce, a Qui-Gon i Obi-Wan bez końca tkwią na Coruscant... Pewnego dnia Obi-Wan odkrywa informacje o przerwanej wyprawie badawczej Jedi na tajemniczy świat i udaje mu się przekonać Qui-Gona, że powinni to sprawdzić. Jednak rankiem w dniu, w którym mają wyruszyć w drogę, Qui-Gona nigdzie nie można znaleźć. Zdenerwowany i rozgoryczony Obi-Wan odlatuje sam. Chce doprowadzić tę misję do końca. Na planecie o nazwie Lenahra Kenobi spotyka grupkę dzieci i nastolatków, którzy wydają się używać Mocy i są jedynymi mieszkańcami tego świata. Im dłużej z nimi przebywa, im bardziej oddala się od życia w Świątyni, tym silniej wzbiera w nim jego największa obawa – że być może nigdy nie miał zostać Jedi. Nie może jednak stłumić narastającego poczucia, że na Lenahrze dzieje się coś złego. Czy Obi-Wan zdoła odzyskać dawną więź z Mocą, aby uratować siebie i swoich nowych przyjaciół?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Star Wars. Pada­wan

Redak­cja i korekta: Mag­da­lena Kozłow­ska Kon­sul­ta­cja: Jacek Drew­now­ski Zdję­cie autorki: Noah White

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

© & TM 2026 Lucas­film Ltd. All rights rese­rved.

ISBN 978-83-8424-827-0

Wydawca: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk, an imprint of Dres­sler Dublin sp. z o.o.

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydaw­nic­two@dres­sler.com.pl www.wydaw­nic­two-ole­sie­juk.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Star Wars. Pada­wan to fik­cja lite­racka. Wszyst­kie nazwy, miej­sca i zda­rze­nia są fik­cyjne i powstały w wyobraźni autorki, a jakie­kol­wiek podo­bień­stwo do miejsc, zda­rzeń i osób, żywych czy zmar­łych, jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Dla Kris – bra­kuje mi Cie­bie.I dla Jen, za to, że dzięki Tobie speł­niły się moje marze­nia,bo zachę­ci­łaś mnie, abym została Jedi.

Rozdział 1

Roz­dział

1

Rozdział 2

Roz­dział

2

Otwo­rzył gwał­tow­nie oczy, bo w ciszę wdarł się głos Qui-Gona.

– Chciał­byś o tym poroz­ma­wiać? – zapy­tał mistrz.

Powie­dział to łagod­nie, bez cie­nia nagany w gło­sie, przez co Obi-Wan poczuł się jesz­cze gorzej. Bo nale­żało go skar­cić! Qui-Gon powi­nien go upo­mnieć, zbesz­tać, powi­nien zro­bić mu wykład…

Obi-Wan tak bar­dzo sta­rał się sie­dzieć nie­ru­chomo, że całe jego ciało zro­biło się spięte i zesztyw­niało, ale choć usi­ło­wał nie zwra­cać na sie­bie uwagi Qui-Gona, naj­wy­raź­niej mu się to nie udało.

– Nie! Co? – wykrztu­sił piskli­wie, zakło­po­tany, jakby był jesz­cze młod­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Uch, jak tego nie zno­sił! Odchrząk­nął i spró­bo­wał się uspo­koić, aby w jego gło­sie zabrzmiało opa­no­wa­nie. Jakby nie spę­dził całego tego czasu poświę­co­nego na medy­ta­cję na roz­trzą­sa­niu w kółko swo­ich obaw, aż kom­plet­nie się w nich zatra­cił. – O czym?

– Wiem, że nie jestem takim mistrzem, jakiego pra­gną­łeś – rzekł Qui-Gon.

Obi-Wan wła­ści­wie nie miał wąt­pli­wo­ści, że to on nie był takim pada­wa­nem, jakiego życzył sobie Qui-Gon. Czyżby mistrz naprawdę obwi­niał sie­bie za to, że Obi-Wan oka­zał się okrop­nym uczniem? W mło­dym Jedi wez­brały poczu­cie winy – i obawa. Nad­gar­stek na­dal go bolał, miał na sobie brudne i sztywne ubra­nie, a jedna noga zdrę­twiała mu od sie­dze­nia na kamie­niach. Gdyby miał się teraz pod­nieść, na pewno od razu by upadł.

Wie­dział, że powi­nien się sku­piać na trwa­niu w tym, co tu i teraz, ale tak bar­dzo chciałby prze­pro­sić i wynieść się z tej chwili… A wła­ści­wie z tego całego dnia.

– Nie, mistrzu, ja…

Zabrzę­czał kom­link Qui-Gona. Mistrz Jedi zdjął go z pasa i ode­brał roz­mowę.

– Tak?

Odpo­wie­dział mu wysoki, miły głos.

– Chcia­łeś wie­dzieć, kiedy przyj­dzie.

– Tak. Dzię­kuję. – Qui-Gon wstał, popra­wia­jąc szatę. Obi-Wan poszedł za jego przy­kła­dem, choć od razu się zachwiał i o mało nie upadł, bo krew w nodze na­dal nie krą­żyła mu tak, jak powinna.

– Dokąd idziemy?

– Nie. – Qui-Gon poło­żył dłoń na ramie­niu Obi-Wana. – Idę sam. A tobie niech ktoś opa­trzy rękę i przy oka­zji się prze­bierz.

Ura­żona duma zabo­lała Obi-Wana bar­dziej niż nad­gar­stek. Kusiło go, żeby pójść za Qui-Gonem i dowie­dzieć się, o co cho­dziło, ale zdra­dziłby wów­czas jego zaufa­nie. Zamiast tego powlókł się więc do swo­jego pokoju. Było to małe, skrom­nie urzą­dzone pomiesz­cze­nie, ale na półce nad łóż­kiem leżały jego skarby. Kamień z Ilum. Kwia­tek, który Siri raz zało­żyła mu dla żartu za ucho. Muszla, którą dała mu Prie, a która praw­do­po­dob­nie nale­żała do jakie­goś nie­wy­obra­żal­nie prze­ra­ża­ją­cego stwo­rze­nia – dziew­czyna na pewno się nim zachwy­cała. Łyżka z cza­sów, gdy byli adep­tami. Bolla z jakie­goś powodu uznał, że to jego ulu­biona łyżka, więc wszy­scy zaczęli ją kraść sobie nawza­jem – dla zabawy. Wygrał chyba Obi-Wan, bo została u niego, a oni prze­stali już być dziećmi.

Zdjął brudne ubra­nie i prze­brał się, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc nie prze­kli­nać Bolli w myśli. Potem umył się i opa­trzył sobie rękę. Wszy­scy adepci i pada­wani mieli dobrze wypo­sa­żone małe zestawy do opa­try­wa­nia opa­rzeń, żeby móc sobie pora­dzić z drob­nymi świa­dec­twami błę­dów popeł­nia­nych w trak­cie nauki walki na mie­cze świetlne. Nie się­gał do swo­jego od bar­dzo dawna, ale cie­szył się teraz, że go ma. Żel natych­miast ukoił podraż­nioną skórę.

Obra­że­nie nie wyglą­dało na bar­dzo poważne, ale zostały mu ślady po kol­cach. Miał szczę­ście, że Prie też tam z nimi sie­działa. Mistrz dziew­czyny spe­cja­li­zo­wał się w zwie­rzę­tach i sły­nął z tego w całej galak­tyce. Jeśli jakaś pla­neta bory­kała się z pro­ble­mami zwią­za­nymi z fauną, wła­śnie jego pro­szono o pomoc. Prie ide­al­nie nada­wała się na jego pada­wankę. Miała intu­icyjne podej­ście do zwie­rząt i nie­ustan­nie łak­nęła wie­dzy.

Wszy­scy jego zna­jomi dobrze dobrali się ze swo­imi men­to­rami. Mistrzyni Siri zawsze zabie­rała ją na ważne, eks­cy­tu­jące misje. Ich zna­jomy Jape dosko­nale rozu­miał astro­fi­zykę, dzięki czemu dosko­nale się doga­dy­wał ze swoim mistrzem, mają­cym naukowe uspo­so­bie­nie. Nawet Bolla, który z tyloma rze­czami sobie nie radził jako adept, wyda­wał się zachwy­cony nowymi obo­wiąz­kami w roli pada­wana. Razem ze swoim mistrzem spę­dzał dużo czasu na bada­niach w Archi­wach. Bolla wyglą­dał na naj­szczę­śliw­szego z holo­kro­nem w ręku.

Wszy­scy tra­fili tam, gdzie powinni. Dla­czego więc Qui-Gon przy­jął na ucznia Obi-Wana, skoro nie potra­fili zna­leźć niczego, co by ich łączyło?

Obi-Wan na­dal był głodny, ale abso­lut­nie nie miał ochoty wra­cać do jadalni pada­wa­nów i ryzy­ko­wać, że znów natknie się na Bollę. Albo co gor­sza na Siri, która miała lada chwila wró­cić ze swo­jej ostat­niej nie­bez­piecz­nej wyprawy. Jed­nak jeśli Obi-Wan zosta­nie w swo­jej sypialni, ktoś praw­do­po­dob­nie po niego przyj­dzie…

Poszedł tam, gdzie cho­dził zawsze, kiedy potrze­bo­wał uciec przed wszyst­kim. For­mal­nie nie zaka­zy­wano wstępu do rzadko uży­wa­nej ofi­cjal­nej sali ban­kie­to­wej, więc posta­no­wił to wyko­rzy­sty­wać. Było to jedno z nie­licz­nych miejsc w Świą­tyni, w któ­rych Obi-Wan naprawdę mógł poczuć się sam. Ach, ileż godzin spę­dził tu na ćwi­cze­niu róż­nych kata z mie­czem świetl­nym, kiedy nie miał ochoty prze­by­wać w towa­rzy­stwie innych pada­wa­nów… Pró­bo­wał tu nawet medy­to­wać, w nadziei, że jeśli uda mu się to zała­pać samo­dziel­nie, swo­imi postę­pami będzie mógł zro­bić wra­że­nie na Qui-Gonie.

Na razie mu się to nie udało, ale nie ozna­czało to, że Obi-Wan nie jest do tego zdolny. Jeśli tylko będzie wię­cej pra­co­wał, bar­dziej się sta­rał, z pew­no­ścią w końcu mu się powie­dzie.

Poko­nał kilka pię­ter scho­dami, a potem zagłę­bił się w wąski tunel tech­niczny, bie­gnący rów­no­le­gle do głów­nego, sze­ro­kiego przej­ścia. Nagle usły­szał roz­mowę dobie­ga­jącą z głów­nego kory­ta­rza i sta­nął jak wryty.

– Wie­dzia­łeś – mówił niski, wład­czy głos – że sala ban­kie­towa była nie­gdyś biblio­teką? W daw­nych cza­sach, kiedy Jedi cenili jesz­cze praw­dziwą wie­dzę.

Obi-Wan zmarsz­czył brwi. Nie roz­po­zna­wał głosu, ale żeby ktoś otwar­cie kry­ty­ko­wał Jedi w miej­scu publicz­nym, w ich wła­snej Świą­tyni…? Kto mógłby się odwa­żyć…? Miał ochotę pod­biec do jed­nego z przejść i zoba­czyć, kto to powie­dział, ale chciał też prze­mknąć się nie­po­strze­że­nie do sali ban­kie­to­wej – i to pra­gnie­nie w nim wygrało. Zacze­kał, aż odgłosy kro­ków ucichną, a potem otwo­rzył boczne drzwi.

Ogromna sala miała śnież­no­białe, łuko­wate skle­pie­nie, wiele wie­ków temu pokryte z wiel­kim pie­ty­zmem rzeź­bio­nymi deko­ra­cjami. Stało się to wtedy, gdy – według tego tajem­ni­czego głosu – znaj­do­wała się tutaj biblio­teka świą­tynna. Obi-Wan potra­fił wyobra­zić sobie to miej­sce jako biblio­tekę. Może wła­śnie dla­tego tak bar­dzo je lubił. Wciąż uno­sił się w niej stłu­miony cień obiet­nicy – szum wie­dzy.

Prze­szedł przez pustą posadzkę, na któ­rej mister­nie uło­żone mozaiki opo­wia­dały o wybit­nych Jedi, któ­rzy już dawno powró­cili w obję­cia Mocy. Kiedy dotarł do ściany w głębi sali, tam, gdzie z posadzki wyra­stały kolumny i roz­ra­stały się jak drzewa, pod­trzy­mu­jąc gałę­ziami skle­pie­nie – i gdzie mógł się scho­wać tak, by nie widział go nikt, kto tu wej­dzie – poło­żył się na ple­cach na pod­ło­dze.

W górze wisiały gwiazdy, w kamien­nym mil­cze­niu feru­jąc wyrok na zagu­bio­nego pada­wana. Choć wła­ści­wie nie mogłyby zapewne wyda­wać żad­nych wyro­ków, bo w końcu wyrzeź­biono je w kamie­niu. Wes­tchnął tęsk­nie. Cze­góż by nie dał, żeby się zna­leźć wśród gwiazd! Ale tych praw­dzi­wych, nie wyrzeź­bio­nych.

Ale… Cze­góż by nie dał, żeby i jego los został okre­ślony w rów­nie trwały spo­sób. Żeby pisane mu było kon­kretne prze­zna­cze­nie, droga poprzez Moc. Coś, co mógłby badać, do czego mógłby się odno­sić, co mógłby spraw­dzać i za czym podą­żać – coś na kształt oso­bi­stego kursu wyzna­czo­nego pomię­dzy jego wła­snymi gwiaz­dami. Bo wtedy wie­działby, co powi­nien robić, a przede wszyst­kim, że może to zro­bić. Że nikogo nie roz­cza­ro­wuje.

Mignął mu w pamięci zanie­po­ko­jony wyraz twa­rzy mistrza Qui-Gona i znów nie mógł leżeć spo­koj­nie, bez ruchu. Poczuł, jak maleje jego posta­no­wie­nie, by poćwi­czyć medy­to­wa­nie – zupeł­nie jak kala­ma­riań­ska ośmior­nica, która nagle się roz­luź­nia. Wstał i zaczął cho­dzić tam i z powro­tem, przy­pa­tru­jąc się ukła­dowi gwiazd.

Nie­zli­czone wieki temu ktoś poświę­cił wiele czasu, by wyrzeź­bić na ścia­nach wła­śnie te kon­kretne kon­ste­la­cje. Nic, co robili Jedi, nie było bez zna­cze­nia. I wła­śnie dla­tego pobu­dziło to cie­ka­wość Obi-Wana, bo prze­cież wcale nie dla­tego, że zwle­kał z roz­po­czę­ciem medy­ta­cji. A przy­naj­mniej nie tylko dla­tego.

Dla­czego aku­rat te gwiazdy? Dla­czego wła­śnie tutaj? Nie mogły się tu poja­wić przy­pad­kowo. Obi-Wan powę­dro­wał wzro­kiem po ścia­nie, szu­ka­jąc wśród nich cze­goś zna­jo­mego. Jed­nak wkrótce na dro­dze sta­nęła mu jedna z cień­szych kolumn. Jak kilka innych, dodano ją pod­czas prze­bu­dowy – pod­pie­rały podest, na któ­rym pod­czas ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ści zasia­dała Rada Jedi.

Kolumny nie sta­no­wiły zatem czę­ści pier­wot­nego wystroju sali. Mię­dzy jedną z nich a ścianą znaj­do­wał się wąski odstęp. Obi-Wan zaś był dość szczu­pły. („Szczu­pły” – wolał to słowo od innych, któ­rymi go nazy­wano: „chudy”, „paty­ko­waty”, „sztywny i cienki niczym sierść Wookie­ego”).

Wypu­ścił całe powie­trze z płuc i prze­ci­snął się z tru­dem przez szcze­linę. Z tyłu pano­wał mrok. Obi-Wan kich­nął. Było tu ciemno i pełno kurzu – hmm, dziwne. W Świą­tyni ni­gdzie nie leżał kurz… Ile czasu mogło minąć, odkąd ktoś przy­po­mniał sobie, że za tymi dodat­ko­wymi kolum­nami znaj­do­wało się puste miej­sce?

Obi-Wan popa­trzył na zdo­bie­nia, które go tu przy­wio­dły, i znie­ru­cho­miał, kła­dąc palec na czymś nowym. Pla­neta!

Cie­kawe, że ten, kto wyrzeź­bił tutaj te wszyst­kie gwiazdy, dodał tylko jedną pla­netę. Bo na pewno cho­dziło o pla­netę – umiesz­czoną na tle mnó­stwa malut­kich kro­pek, ide­al­nie okrą­głą, bez spi­cza­stych czub­ków, jakimi cha­rak­te­ry­zo­wały się gwiazdy. Ale jaki to świat i czym zasłu­żył sobie na miej­sce na ścia­nie? A może gdzieś znaj­do­wały się i inne, które Obi-Wan prze­ga­pił?

Jesz­cze dziw­niej­sze było to, że wyryto pod nim w kamie­niu dwa nazwi­ska: Orla Jareni i Coh­mac Vitus. Nic mu nie mówiły i chyba raczej nie wyko­nał ich pier­wotny arty­sta, sądząc po pew­nej nie­zdar­no­ści liter i ich nie­rów­nym ukła­dzie. Orla i Coh­mac, kim­kol­wiek byli, zapewne zakra­dli się tutaj i sami wyryli swoje nazwi­ska.

Obi-Wan z tru­dem poha­mo­wał obu­rze­nie – żeby zosta­wiać taki trwały ślad na ścia­nach Świą­tyni! – i zazdrość, bo komuś udało się go pozo­sta­wić… Kim oni mogli być?

Wyco­fał się, prze­ci­ska­jąc się jesz­cze raz przez szcze­linę, ocie­ra­jąc skórę pod pro­stym ubra­niem pada­wana. Nie miał wielu zmian odzieży, więc jeśli pobru­dzi jeden kom­plet, będzie musiał uwa­żać. Orla i Coh­mac. Paliła go cie­ka­wość – kim byli, dla­czego wyryli tutaj swoje nazwi­ska, aku­rat pod tą pla­netą? Na pewno zdoła się tego dowie­dzieć.

Poszedł szybko do Archi­wów. Miał poczu­cie, że odkrył tajem­nicę. Coś nowego i eks­cy­tu­ją­cego. Co sta­no­wiło dosko­nały pre­tekst, żeby uni­kać innych pada­wa­nów i nie myśleć o tym, że może roz­cza­ro­wać Qui-Gona Jinna.

Na miej­scu prze­mknął skra­jem roz­le­głych sal. Wolał nie zwra­cać na sie­bie uwagi Joca­sty Nu ani innych biblio­te­ka­rzy. Wszy­scy z wielką chę­cią by mu pomo­gli, ale chciał to zro­bić sam. A już zde­cy­do­wa­nie nie miał ochoty natknąć się na Bollę.

Na szczę­ście ni­gdzie go nie dostrze­gał, a wszy­scy biblio­te­ka­rze zaj­mo­wali się grupą mło­dzi­ków. Dzieci z prze­ję­ciem wpa­try­wały się w Joca­stę Nu, która uczyła je, jak poru­szać się w labi­ryn­cie rega­łów. Obi-Wan zazdro­ścił im tego pro­sto­li­nij­nego zachwytu. W dzie­ciń­stwie wszystko wyda­wało się łatwiej­sze. Mistrzyni Nu wyjęła holo­kron, zawie­ra­jący infor­ma­cje o ukła­dzie, gdzie znaj­do­wało się Ilum, lodowa pla­neta, na któ­rej mie­ściły się jaski­nie z krysz­ta­łami kyber.

Był to jeden z nie­licz­nych świa­tów, jakie odwie­dził Obi-Wan – na wypra­wie, pod­czas któ­rej zna­lazł swój krysz­tał kyber.

Jego dłoń sama powę­dro­wała do ręko­je­ści mie­cza przy jego boku. Wyprawa po krysz­tały kyber oka­zała się nie­zmier­nie trudna. Być może nawet trud­niej­sza niż Próby adep­tów. Wizje, jakie uka­zały mu się w jaski­niach, wyszep­tane do ucha strasz­liwe rze­czy… Otrzą­snął się, dosłow­nie, żeby w ten spo­sób pozbyć się lęku i nie­po­koju, drę­czą­cych go po tych prze­ży­ciach. Nie musiał o nich pamię­tać. W końcu zna­lazł prze­cież krysz­tał i zbu­do­wał miecz. Prze­szedł tę próbę. Ach, jaka duma roz­pie­rała go tego dnia, gdy trzy­mał swoją broń o świe­cą­cej nie­bie­skim bla­skiem klin­dze, taki pewien swo­jego miej­sca wśród Jedi… Taki pewien swo­jej rela­cji z Mocą i jasnej przy­szło­ści, która cze­kała go w galak­tyce.

Gdzie ta rela­cja się podziała? Gdzie ulot­niła się ta pew­ność? Dla­czego, choć wresz­cie stał się pada­wa­nem, czuł się mniej istotny i bar­dziej zagu­biony niż kie­dy­kol­wiek?

Orla Jareni. Wstrzy­mu­jąc oddech w nadziei, że jej nazwi­sko cokol­wiek mu powie, sta­nął przy stole i wpi­sał je do ter­mi­nala. I pro­szę – wię­cej niż cokol­wiek! Orla była Jedi.

Przej­rzał szybko infor­ma­cje o róż­nych jej misjach i zada­niach oraz udziale rycerki w Wiel­kiej Kata­stro­fie Nad­prze­strzen­nej. Zain­try­go­wało go okre­śle­nie jej mia­nem Poszu­ki­waczki.

Czy zakon Jedi w ogóle miał jesz­cze Poszu­ki­wa­czy? Chyba na to nie pozwa­lano. Ten rodzaj dzia­łal­no­ści wyda­wał się zako­rze­niony w nie­uf­no­ści wobec Naj­wyż­szej Rady – tacy Jedi szli wła­sną drogą, nie pod­po­rząd­ko­wy­wali się kon­troli i nie zwa­żali na to, jakie zada­nia im przy­dzie­lano. Prze­cież gdyby na­dal ist­nieli Poszu­ki­wa­cze, Qui-Gon Jinn z pew­no­ścią nale­żałby do ich grona.

Zna­lazł tam wię­cej wie­dzy, niż mógłby wchło­nąć jed­no­ra­zowo. Wyszu­kał też szybko Coh­maca – cie­kawe! – ale po chwili znów wró­cił do Orli. Czuł z nią swo­istą więź, z tą Jedi, która żyła tak dawno temu. Podej­rze­wał, że wyryła tam swoje nazwi­sko jako adeptka albo pada­wanka. Czy ona rów­nież miała takie trud­no­ści? Czy chciała wykuć swoje prze­zna­cze­nie w kamie­niu, tak jak on?

W infor­ma­cjach o niej znaj­do­wał się dopi­sek ozna­czony jako prio­ry­te­towy. Obi-Wan spraw­dził sta­ty­styki – no tak, od wie­ków nikt nie wyświe­tlał tych danych. Może to przez chaos i burz­liwe wyda­rze­nia w cza­sach Wiel­kiej Kata­strofy, ale na ile mógł stwier­dzić, nikt nie oglą­dał tego kon­kret­nego wpisu w bazie, odkąd został do niej wpro­wa­dzony.

Otwo­rzył plik i ujrzał kurs pro­wa­dzący na jakąś pla­netę. Zabiło mu mocno serce. Pomniej­szył obraz – tajem­ni­cza pla­neta znaj­do­wała się na naj­dal­szym skraju Zewnętrz­nych Rubieży. Nie miała nawet numeru. Żad­nej ofi­cjal­nej nazwy, co ozna­czało także brak ofi­cjal­nego zapisu w Archi­wach. Obi-Wan wyświe­tlił infor­ma­cje o współ­rzęd­nych Orli – zwró­cił uwagę, jak trudną trasę nale­żało poko­nać, by dostać się do tego rejonu kosmosu – a potem prze­czy­tał resztę danych.

Orla Jareni stwier­dziła, że ta pla­neta może być ważna i inte­re­su­jąca, i powia­do­miła Naj­wyż­szą Radę, iż zamie­rza to spraw­dzić. Jed­nak w bazie nie figu­ro­wało wię­cej infor­ma­cji na ten temat, nic, co by wska­zy­wało, że tam dotarła, a jeśli tak, co zna­la­zła.

Jeśli Poszu­ki­waczka sprzed wie­ków przy­pusz­czała, że ta pla­neta może mieć duże zna­cze­nie, ale nikt jej pracy nie kon­ty­nu­ował, z pew­no­ścią zasłu­gi­wało to na uwagę. A co wię­cej, był to dokład­nie taki tajem­ni­czy pro­jekt badaw­czy, jaki wywa­biłby Qui-Gona Jinna ze Świą­tyni. Mistrz Obi-Wana żywił głę­boką fascy­na­cję Jedi z prze­szło­ści i zapi­sami, które po sobie pozo­sta­wili. Albo – jak w tym przy­padku – bra­kiem zapi­sów, bo Orla Jareni ni­gdy wię­cej nic na ten temat nie zare­je­stro­wała.

Jeśli Obi-Wan podej­dzie do tego roz­waż­nie, być może wkrótce i on będzie miał coś do opo­wie­dze­nia innymi pada­wa­nom. Coś, co nie będzie doty­czyło walki o życie przy kola­cji, ale eks­plo­ro­wa­nia galak­tyki i – wresz­cie – robie­nia cze­goś poży­tecz­nego.

Kiedy nadaj­nik nie jest nadaj­nikiem?

Kiedy to w rze­czy­wi­sto­ści sonda, dry­fu­jąca w kosmo­sie, wraż­liwa na każdy ruch w pobliżu. Skryta na widoku, z zamia­rem pod­cze­pie­nia się do kogoś na gapę.

Wszyst­kie urzą­dze­nia migo­tały, małe świa­tełka na ekra­nie, punkty strasz­li­wej nadziei i roz­pacz­li­wego ocze­ki­wa­nia, wypa­tru­jące, łak­nące. Maleń­kie sym­bole bez­sil­nej udręki, tkwią­cej w nim od lat.

Ten, kto go finan­so­wał, doma­gał się wyni­ków, gro­ził, że wstrzyma środki, ale jakie to miało zna­cze­nie? Już i tak kie­dyś wszystko mu ode­brano. Wszystko, co liczyło się o wiele wię­cej niż kre­dyty, teraz czy w przy­szło­ści.

Jeśli utraci spon­sora, znaj­dzie inny spo­sób. A potem jesz­cze inny. Tyle spo­so­bów, ile będzie musiał, póki będzie trzeba.

Nic innego nie miało zna­cze­nia – tylko to, co pozo­sta­wił za sobą, i spo­sób, w jaki to odzy­ska.

Wes­tchnął, regu­lu­jąc usta­wie­nia na naj­bliż­szej son­dzie, mija­jąc nie­koń­czące się poła­cie pustej czar­nej prze­strzeni, ze świa­do­mo­ścią, że gdzieś tam znaj­do­wał się bez­cenny klej­not, jaśnie­jący błę­ki­tem. I gdzieś tam ktoś wie­dział, jak się do niego dostać. Był pewien, że nikt, kto posiadł taką wie­dzę, nie będzie w sta­nie długo opie­rać się poku­sie.

A kiedy ktoś tam się uda, on będzie gotowy.

– Daleko wśród gwiazd się zebrali – zanu­cił i marze­nie o przy­szło­ści ponio­sło go dalej przez mrok.

Rozdział 3

Roz­dział

3

Obi-Wan cho­dził tam i z powro­tem pod kwa­terą Qui-Gona, powta­rza­jąc sobie przy­go­to­wane argu­menty. Qui-Gon miał tego wie­czora spo­tka­nie z Naj­wyż­szą Radą Jedi, co ozna­czało, że będzie po nim zdy­stan­so­wany i chłodny. Obi-Wan może i miał wra­że­nie, że nie znał jesz­cze ani nie rozu­miał swo­jego mistrza, ale był dobry w roz­po­zna­wa­niu sche­ma­tów – co potwier­dzał jego talent w ćwi­cze­niu ukła­dów pod­czas tre­nin­gów z mie­czem świetl­nym. Ten sche­mat w zacho­wa­niu Qui-Gona nale­żał do naj­bar­dziej oczy­wi­stych.

Dla­tego Obi-Wan musiał przed­sta­wić mu swoją pro­po­zy­cję przed spo­tka­niem. Nie sądził, żeby póź­niej udało mu się prze­ko­nać Qui-Gona – mistrz raczej uznałby wtedy, że powinni spę­dzić tydzień na mil­czą­cej medy­ta­cji, pod­czas któ­rego Qui-Gon będzie się jed­no­czył z Mocą, a Obi-Wan będzie despe­racko i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał robić to samo.

Cza­sem Qui-Gon pogrą­żał się tak głę­boko w medy­ta­cji, że zda­wało się, jakby prze­sta­wał oddy­chać. Tym­cza­sem kiedy Obi-Wan po raz ostatni pró­bo­wał medy­to­wać tak długo jak Qui-Gon, zasnął – i przy­śnił mu się wtedy barwny kosz­mar o tym, jak ktoś go ściga, a on ucieka, sam, bez broni, nie­zdolny do się­gnię­cia po Moc, przez jaski­nię pełną potwo­rów, z któ­rych wszyst­kie miały na niego chrapkę.

Drzwi Qui-Gona się roz­su­nęły.

– Och, dzień dobry – powie­dział zasko­czony męż­czy­zna.

Obi-Wan zastygł w pół kroku, jakby przy­ła­pano go na czymś, co łamało zasady kodeksu.

– Mistrzu! Bo ja odkry­łem… Czy wiesz, kim była Orla Jareni? – No tak, Obi-Wan oczy­wi­ście od razu wszystko popsuł. A tyle to ćwi­czył i wszystko na nic!

Jed­nak ku jego zdu­mie­niu Qui-Gon, który patrzył na swo­jego pada­wana z lek­kim dystan­sem, jakby zaprząt­nięty jakimś pro­ble­mem, nagle sku­pił na nim wzrok.

– Orla Jareni? Gdzie usły­sza­łeś to nazwi­sko?

Obi-Wan pró­bo­wał zacho­wać ten sam pełen sku­pie­nia spo­kój, któ­rym zawsze cecho­wał się Qui-Gon. Tak, by oka­zać pew­ność sie­bie, ale też opa­no­wa­nie. Zacho­wy­wać się dokład­nie na odwrót od tego, co czuł.

– Coś mnie do niej dopro­wa­dziło.

I nie skła­mał – w grun­cie rze­czy. Bo ni­gdy nie okła­małby swo­jego mistrza w żywe oczy. Po pro­stu kre­atyw­nie zasto­so­wał prawdę. Wie­dział, jak bar­dzo Qui-Gon lubił te ulot­niej­sze cechy Mocy, jak bar­dzo ufał, że popro­wa­dzą go wła­ściwą drogą. I choć Obi-Wan nie żywił do nich tego samego zaufa­nia – skąd zresztą miał wie­dzieć, czy Moc ufała jemu – nie wzdra­gał się przed wyko­rzy­sta­niem tego, co Qui-Gona inte­re­so­wało.

– Medy­to­wa­łem… – Teraz Obi-Wan zde­cy­do­wa­nie kła­mał. Qui-Gon uniósł brew, więc jego uczeń szybko dodał: – …w wiel­kiej sali ban­kie­to­wej.

– Dla­czego aku­rat tam?

– Bo… czu­łem, że to odpo­wied­nie miej­sce. – Bo czuł, że może tam być sam i wła­śnie dla­tego było to dla niego odpo­wied­nie miej­sce. – Zwró­ci­łem uwagę na rzeź­bie­nia na ścia­nach. Wie­dzia­łeś, mistrzu, że kie­dyś znaj­do­wała się tam biblio­teka?

Qui-Gon ski­nął głową. Oczy­wi­ście, że wie­dział. Obi-Wan był więc tylko tro­chę roz­cza­ro­wany tym, iż nie powie­dział mu nic nowego.

– W każ­dym razie te deko­ra­cje wyglą­dały jak mapa gwiezdna. Coś kazało mi pójść za tymi gwiaz­dami. – Prze­cież wła­ści­wie nie kła­mał. – Za tymi nowymi kolum­nami pod­trzy­mu­ją­cymi podest odkry­łem, że gwiazdy pro­wa­dzą do pla­nety. A pod pla­netą ktoś wyrył w ścia­nie dwa nazwi­ska, w tym Orli Jareni. Więc spraw­dzi­łem, kim była. Zazna­czyła w bazie, że ta pla­neta może być ważna dla Jedi, i zapi­sała też skom­pli­ko­wany, pro­wa­dzący tam kurs. Ale póź­niej nikt się tym nie zajął. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek tam dotarła. A potem histo­ria Orli Poszu­ki­waczki nagle się zakoń­czyła i nikt nie dowie­dział się o tej nie­na­zwa­nej pla­ne­cie.

– Była Poszu­ki­waczką? – Tak jak Obi-Wan się spo­dzie­wał, w oczach Qui-Gona zapa­liła się cie­ka­wość, a nawet entu­zjazm. – I nie wiemy, czy kie­dy­kol­wiek tam pole­ciała?

– W bazie nie zna­la­złem dodat­ko­wych infor­ma­cji. Nie sądzę, żeby ktoś w ogóle zoba­czył dane, które wpro­wa­dziła na temat tej pla­nety.

Qui-Gon usiadł na skrom­nej sza­rej poduszce, któ­rej uży­wał zamiast jakie­goś bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego sie­dzi­ska. Nie miał mebli słu­żą­cych do przyj­mo­wa­nia gości. Obi-Wan zawsze czuł się u niego do pew­nego stop­nia jak intruz, jakby naprawdę nie było dla niego miej­sca w życiu Qui-Gona. Wie­dział, że mistrzyni Siri miała u sie­bie dwu­oso­bowy sto­lik i to przy nim jadały razem więk­szość posił­ków, a mistrz Prie uparł się, żeby dostała pokój obok jego kwa­tery, tak aby mieli do sie­bie bli­sko – dzięki temu łatwiej mogli pro­wa­dzić wspólne bada­nia.

– Cie­kawe – rzekł Qui-Gon. – Być może zna­la­złeś infor­ma­cje, o któ­rych nie wie­dział żaden Jedi od wielu poko­leń. Dla­tego uwa­żam, że to Moc cię do nich zapro­wa­dziła.

Sta­ra­jąc się ze wszyst­kich sił nie oka­zać po sobie pod­nie­ce­nia, tak żeby Qui-Gon nie zoba­czył ani nie wyczuł, jakie wez­brało w nim poczu­cie triumfu, Obi-Wan zmarsz­czył brwi i ski­nął głową.

– Cie­kawe – przy­tak­nął. – W takim razie, wiem, że pada­wa­nowi nie wypada pro­po­no­wać misji, ale może mogli­by­śmy podą­żyć za ścieżką, do któ­rej dopro­wa­dziła mnie Moc, i spraw­dzić, co takiego waż­nego wyczuła Orla Poszu­ki­waczka w spra­wie tej bez­i­mien­nej pla­nety.

„Pro­szę – pomy­ślał Obi-Wan – pro­szę, powiedz tak”.

Nie powi­nien tego chcieć, nie powi­nien podej­mo­wać tej próby wma­new­ro­wa­nia Qui-Gona w zgodę na tę wyprawę. Obi-Wan powi­nien pra­gnąć tylko tego, czego życzyła sobie Moc, powi­nien zaak­cep­to­wać każdą drogę, na któ­rej go postawi, i odczu­wać za to wdzięcz­ność. Wypa­dało mu zacho­wać cier­pli­wość i ufać, że mistrz zapewni mu doświad­cze­nie, któ­rego potrze­bo­wał, wtedy, kiedy będzie go potrze­bo­wał.

Lecz Obi-Wan pra­gnął tylko być ryce­rzem Jedi, prze­mie­rzać galak­tykę i stać się straż­ni­kiem dobra, porządku i świa­tła. Nie mógł robić żad­nej z tych rze­czy, jeśli tkwił w Świą­tyni.

Oczy­wi­ście potra­fiłby nawet we śnie wyko­nać pod­sta­wowe układy z mie­czem świetl­nym, mógł uży­wać Mocy, by popy­chać i dźwi­gać cię­żary, by ska­kać… Jego fizyczne umie­jęt­no­ści zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szały poziom wystar­cza­jący. Nie mógł jed­nak pozbyć się obawy, że pod wzglę­dem ducho­wym nie miał w sobie tego, czego wyma­gało bycie ryce­rzem Jedi. I ta nie­ustanna obawa wzbu­dzała w nim poczu­cie winy, a jed­no­cze­śnie jesz­cze więk­szy lęk. Nie miał poję­cia, jak się wyrwać z tego zaklę­tego kręgu, choć nie miał wąt­pli­wo­ści, że go to blo­ko­wało – zarówno w utrzy­my­wa­niu więzi z Mocą, jak i w roz­wi­ja­niu swo­jego poten­cjału.

Może gdyby mógł się wydo­stać ze Świą­tyni, gdyby mógł zna­leźć się wśród gwiazd, stać się aktyw­nym Jedi – może wów­czas zdo­łałby poczuć wska­zówki Mocy.

Może wów­czas poczułby, że zasłu­guje na to, by być pada­wa­nem.

I serce nie­mal wez­brało mu ze szczę­ścia i ulgi – choć poczuł też ukłu­cie winy – gdy Qui-Gon uśmiech­nął się do niego z apro­batą. Nie cho­dziło o to, że jego mistrz oka­zy­wał mu chłód czy nie­cier­pli­wość. Jeśli już, to oka­zy­wał wręcz zbyt wielką cier­pli­wość. Obi-Wan zde­cy­do­wa­nie nie podzie­lał jego pew­no­ści, że w końcu nabę­dzie umie­jęt­no­ści, które posia­dał Qui-Gon. W tej chwili nie wyda­wało mu się, że kie­dy­kol­wiek zdoła zostać ryce­rzem Jedi.

Qui-Gon wstał.

– Ułóż plan lotu i zare­zer­wuj sta­tek. Powi­nien nam wystar­czyć prom T-5. I pamię­taj… – Qui-Gon umilkł na chwilę i przez jego twarz prze­su­nął się cień nie­po­koju. – Zawsze to pamię­taj: cza­sem Moc działa też poprzez dro­bia­zgi.

Czego miało doty­czyć to ostrze­że­nie, Obi-Wan nie wie­dział. Zwy­kle nie mógłby prze­stać myśleć o czymś takim, ale na szczę­ście teraz jego uwagę zaprzą­tało co innego. Miał wyru­szyć w kosmos – na wyprawę! Na misję, którą sam zapro­po­no­wał. Odno­sił wra­że­nie, że mógłby w tej chwili robić salta z czte­rech wież Świą­tyni, gdyby nie uwa­żano takich wybry­ków za świę­to­kradz­two, a już z pew­no­ścią za nad­uży­cie umie­jęt­no­ści, które dawała mu Moc.

Qui-Gon wes­tchnął i zmarsz­czył z nie­za­do­wo­le­niem siwie­jące brwi.

– Muszę iść teraz na spo­tka­nie z Radą.

– Powiesz im o naszej wypra­wie? – Obi-Wan zanie­po­koił się, że prze­cież potrze­bo­wali pozwo­le­nia, a mistrz Yoda, w swo­jej nie­skoń­czo­nej mądro­ści, od razu wyczuje, że Moc nie miała nic wspól­nego z odkry­ciem Obi-Wana. Albo że któ­ryś z mistrzów Jedi powie Qui-Gonowi, że tajem­ni­czą pla­netę zba­dano już wieki temu i uznano za nie­ważną. Nie­istotną. Bez zna­cze­nia dla Mocy i galak­tyki.

Obi-Wanowi ści­snęło się gar­dło. Każda z tych ewen­tu­al­no­ści pokaże, że nie miał racji, kiedy uznał, że warto to zba­dać. Nie mógł twier­dzić z całą pew­no­ścią, że to Moc zapro­wa­dziła go do Orli Jareni i tajem­ni­czej pla­nety, bo w rze­czy­wi­sto­ści był po pro­stu cie­kawy – a teraz roz­pacz­li­wie pra­gnął dopro­wa­dzić tę sprawę do końca.

Qui-Gon zmarsz­czył czoło jesz­cze moc­niej i Obi-Wan wstrzy­mał oddech. I zdu­miał się, bo jego mistrz powie­dział:

– Rada nie musi wie­dzieć wszyst­kiego. I tak im się wydaje, że zawsze wie­dzą wszystko.

Zamiast ulgi Obi-Wan poczuł ukłu­cie nie­po­koju – cóż za bun­tow­ni­cze słowa! Stłu­mił jed­nak chęć, by powie­dzieć o tym mistrzowi czy wręcz go za to upo­mnieć. Nie do Obi-Wana nale­żało mówie­nie men­to­rowi, jak powinny wyglą­dać jego rela­cje z Naj­wyż­szą Radą Jedi. I nie chciał też zro­bić niczego, by go zde­ner­wo­wać. Nie mógł dopu­ścić, by coś zagro­ziło tej galak­tycz­nej wypra­wie. Obi-Wan potrze­bo­wał jej – choć chyba nie potra­fiłby wyja­śnić dla­czego nawet samemu sobie, a tym bar­dziej swo­jemu mistrzowi.

Ukło­nił się i poszedł szybko do han­garu. Zare­zer­wo­wał prom na rano i zło­żył zamó­wie­nie na zaopa­trze­nie. Nie­sa­mo­wite, od ilu osób zale­żało codzienne funk­cjo­no­wa­nie Świą­tyni i zakonu. Poka­zy­wało to, jak ważni dla galak­tyki byli Jedi. Obi-Wan rów­nież chciał zasłu­żyć na te wszyst­kie sta­ra­nia.

Kiedy wra­cał do kwa­tery Qui-Gona, pozdra­wia­jąc po dro­dze róż­nych zna­jo­mych i macha­jąc do nich, zauwa­żył, że Bolla idzie w jego stronę. Obi-Wan szybko skrę­cił w boczny kory­tarz, cze­ka­jąc, aż tam­ten go minie. Nie miał ochoty na roz­mowę z nim. Oparł się ple­cami o ścianę i usły­szał jęk.

– Ostroż­nie, młody pada­wa­nie – ode­zwał się męski, niski głos, ten sam, który Obi-Wan sły­szał wcze­śniej, gdy mówił o tym, że sala ban­kie­towa w prze­szło­ści mie­ściła biblio­tekę.

– Prze­pra­szam, mis… hra­bio… pro­szę pana – wystę­kał Bolla, zaci­na­jąc się na tytu­łach, bo zapewne nie miał pew­no­ści, jak zwró­cić się do osoby, na którą o mało nie wpadł.

Obi-Wan nie­mal żało­wał, że nie został jed­nak w głów­nym kory­ta­rzu, bo mógłby wów­czas zoba­czyć na wła­sne oczy, jak Bolla robi z sie­bie przed­sta­wie­nie. Wyj­rzał za róg i dostrzegł wyso­kiego męż­czy­znę w czerni, z wytworną siwi­zną, który wła­śnie zni­kał w drzwiach.

Kim­kol­wiek był, wie­dział wiele o histo­rii Świą­tyni. Może to sena­tor? Poli­ty­ków nie widy­wano w sie­dzi­bie zakonu zbyt czę­sto, ale jed­nak cza­sem tu się zja­wiali. Qui-Gon – jak łatwo się było domy­ślić – nie miał cier­pli­wo­ści do poli­ty­ków, więc Obi-Wan ni­gdy nie miał z nimi do czy­nie­nia.

Zresztą Obi-Wan miał do czy­nie­nia z naprawdę nie­wie­loma rze­czami. Cza­sem zasta­na­wiał się, dla­czego Qui-Gon w ogóle wziął go na pada­wana. Nie wyma­gano tego prze­cież od ryce­rzy. Kiedy wybie­rali adepta po Pró­bach, zawsze kie­ro­wała nimi Moc. Co nakie­ro­wało Qui-Gona na Obi-Wana? Jego zna­jomi i ich men­to­rzy – w ich wza­jem­nych rela­cjach widział sens. Tym­cza­sem on i Qui-Gon nie mieli ze sobą chyba nic wspól­nego.

Qui-Gon był ryce­rzem Jedi, a zatem Obi-Wan nie powi­nien kwe­stio­no­wać tego, co robił, ale odno­sił wra­że­nie, że jego mistrz ni­gdy nie skła­nia go do robie­nia cze­goś wię­cej niż to, czego się nauczył, zanim stał się pada­wa­nem.

Bo tak naprawdę Qui-Gon nale­gał jedy­nie na medy­ta­cję. Ist­niało wiele dróg, by stać się ryce­rzem, które – Obi-Wan nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści – nie­mal w ogóle jej nie obej­mo­wały. Dla­czego więc Jedi, który za nią prze­pa­dał, wybrał na pada­wana wła­śnie jego…?

Dobrze choć, że zna­lazł się jesz­cze inny plus tej misji – na statku nie było miej­sca, by dwie osoby mogły swo­bod­nie medy­to­wać. A Obi-Wan uprze się też, że musi pil­no­wać wyty­czo­nego kursu, żeby nie pole­gać na sys­te­mach statku.

Po powro­cie do swo­jej kwa­tery cho­dził przez chwilę w kółko. Czy powi­nien też spa­ko­wać rze­czy dla Qui-Gona? Ale nie, nie został o to popro­szony, więc nie powi­nien prze­sa­dzać z nad­gor­li­wo­ścią. Poza tym żad­nemu z nich pako­wa­nie nie zaj­mie długo. Jedi posia­dali bar­dzo nie­wiele rze­czy. Miecz świetlny, zapa­sowy kom­plet ubra­nia. Teraz miał już tylko jeden przez ten wypa­dek z zupą. Przy­naj­mniej wresz­cie będzie mógł wyko­rzy­stać kilka zasob­ni­ków przy pasie.

Nie pozo­stało mu już nic do zała­twie­nia i wresz­cie uświa­do­mił sobie, że na­dal nic nie zjadł. A choć zwiał w kory­ta­rzu przed Bollą, nie musiał uni­kać jadalni pada­wa­nów. Mógł myśleć o spo­tka­niu ze zna­jo­mymi bez obawy, że znów będzie się czuł wyklu­czony. Wyru­szał wresz­cie na misję i nawet zacho­wa­nie Bolli oraz sto kala­ma­riań­skich ośmior­nic nie mogłoby stłu­mić pod­nie­ce­nia i nadziei, które w nim wez­brały.

Rozdział 4

Roz­dział

4

Obi-Wan w dosko­na­łym nastroju poszedł na dół, do jadalni. Kiedy pada­wani nie mieli zajęć, nie­mal zawsze można było ich zna­leźć w pobliżu jedze­nia. I rze­czy­wi­ście, Bolla, Prie i paru innych pada­wa­nów, któ­rych znał i z któ­rymi uczył się przez całe swoje życie, sie­dzieli przy stole. Nie jedli jed­nak – zamiast tego wszy­scy sku­pili się przy Siri Tachi, która o czymś opo­wia­dała.

Obi-Wan z tru­dem powstrzy­my­wał uśmiech, sia­da­jąc obok Prie.

– O, jesteś – rze­kła Siri i zmarsz­czyła brwi, jakby z nie­po­ko­jem.

– Nie ciesz się aż tak bar­dzo na mój widok – prych­nął Obi-Wan.

– Roz­ma­wia­łeś już ze swoim mistrzem? – zapy­tała.

– Odwo­łał naszą misję? – Gdyby tak było, wszyst­kie nadzieje Obi-Wana ległyby w gru­zach, jak te wiel­kie bloki lodu, które kie­dyś zrzu­cili pota­jem­nie z dachu Świą­tyni. Roz­biły się na ziemi, tyle pię­ter poni­żej… Znik­nęły w wiecz­nym mroku naj­niż­szych pozio­mów Coru­scant.

– Co? Jaką misję?

– Wyru­szamy na misję! Będziemy szu­kać… Ale cze­kaj, o czym ty mówisz?

Prie poru­szyła się nie­spo­koj­nie za sto­łem. Ku wiel­kiej uldze Obi-Wana, nie miała przy sobie swo­jej nowej ośmior­niczki.

– Znowu się pożarł z Naj­wyż­szą Radą – wyja­śniła. – Mój mistrz mi o tym powie­dział.

– Znowu? – zmar­twił się Obi-Wan. Nie­do­brze. Po pierw­sze dla­tego, że nie chciał, aby jego mistrz wcho­dził w kon­flikt z Radą, a po dru­gie dla­tego, że mogło to wpły­nąć na sto­su­nek Qui-Gona do ich wyprawy.

– Sły­sza­łem, że ma dołą­czyć do grona Stra­co­nej Dwu­dziestki – rzekł Bolla i zadrgały mu czułki.

– Nic takiego nie zrobi! – Obi-Wan poża­ło­wał, że nie znaj­do­wali się w sali tre­nin­go­wej, w któ­rej mógłby zro­bić coś z tym gwał­tow­nym odru­chem nie­chęci, jaki wzbu­dził w nim po raz kolejny Rodia­nin.

– Cicho bądź, Bolla – zbesz­tała kolegę Siri. – Na pewno nie masz kwa­li­fi­ka­cji, żeby spe­ku­lo­wać o przy­szło­ści ryce­rza Jedi, chyba że mia­łeś jakąś wizję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki