Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Obi-Wan Kenobi od niedawna ma mentora, mistrza Qui-Gona Jinna, ale wciąż zastanawia się, czy ich partnerstwo nie jest pomyłką. Chłopak doskonale radzi sobie w walce na miecze świetlne, jednak Qui-Gon chce skupiać się na medytacji. Inni padawani i ich mistrzowie wykonują rozliczne ekscytujące zadania w całej galaktyce, a Qui-Gon i Obi-Wan bez końca tkwią na Coruscant... Pewnego dnia Obi-Wan odkrywa informacje o przerwanej wyprawie badawczej Jedi na tajemniczy świat i udaje mu się przekonać Qui-Gona, że powinni to sprawdzić. Jednak rankiem w dniu, w którym mają wyruszyć w drogę, Qui-Gona nigdzie nie można znaleźć. Zdenerwowany i rozgoryczony Obi-Wan odlatuje sam. Chce doprowadzić tę misję do końca. Na planecie o nazwie Lenahra Kenobi spotyka grupkę dzieci i nastolatków, którzy wydają się używać Mocy i są jedynymi mieszkańcami tego świata. Im dłużej z nimi przebywa, im bardziej oddala się od życia w Świątyni, tym silniej wzbiera w nim jego największa obawa – że być może nigdy nie miał zostać Jedi. Nie może jednak stłumić narastającego poczucia, że na Lenahrze dzieje się coś złego. Czy Obi-Wan zdoła odzyskać dawną więź z Mocą, aby uratować siebie i swoich nowych przyjaciół?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Star Wars. Padawan
Redakcja i korekta: Magdalena Kozłowska Konsultacja: Jacek Drewnowski Zdjęcie autorki: Noah White
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
© & TM 2026 Lucasfilm Ltd. All rights reserved.
ISBN 978-83-8424-827-0
Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Dressler Dublin sp. z o.o.
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydawnictwo@dressler.com.pl www.wydawnictwo-olesiejuk.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Star Wars. Padawan to fikcja literacka. Wszystkie nazwy, miejsca i zdarzenia są fikcyjne i powstały w wyobraźni autorki, a jakiekolwiek podobieństwo do miejsc, zdarzeń i osób, żywych czy zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.
Dla Kris – brakuje mi Ciebie.I dla Jen, za to, że dzięki Tobie spełniły się moje marzenia,bo zachęciłaś mnie, abym została Jedi.
Rozdział
1
Rozdział
2
Otworzył gwałtownie oczy, bo w ciszę wdarł się głos Qui-Gona.
– Chciałbyś o tym porozmawiać? – zapytał mistrz.
Powiedział to łagodnie, bez cienia nagany w głosie, przez co Obi-Wan poczuł się jeszcze gorzej. Bo należało go skarcić! Qui-Gon powinien go upomnieć, zbesztać, powinien zrobić mu wykład…
Obi-Wan tak bardzo starał się siedzieć nieruchomo, że całe jego ciało zrobiło się spięte i zesztywniało, ale choć usiłował nie zwracać na siebie uwagi Qui-Gona, najwyraźniej mu się to nie udało.
– Nie! Co? – wykrztusił piskliwie, zakłopotany, jakby był jeszcze młodszy niż w rzeczywistości. Uch, jak tego nie znosił! Odchrząknął i spróbował się uspokoić, aby w jego głosie zabrzmiało opanowanie. Jakby nie spędził całego tego czasu poświęconego na medytację na roztrząsaniu w kółko swoich obaw, aż kompletnie się w nich zatracił. – O czym?
– Wiem, że nie jestem takim mistrzem, jakiego pragnąłeś – rzekł Qui-Gon.
Obi-Wan właściwie nie miał wątpliwości, że to on nie był takim padawanem, jakiego życzył sobie Qui-Gon. Czyżby mistrz naprawdę obwiniał siebie za to, że Obi-Wan okazał się okropnym uczniem? W młodym Jedi wezbrały poczucie winy – i obawa. Nadgarstek nadal go bolał, miał na sobie brudne i sztywne ubranie, a jedna noga zdrętwiała mu od siedzenia na kamieniach. Gdyby miał się teraz podnieść, na pewno od razu by upadł.
Wiedział, że powinien się skupiać na trwaniu w tym, co tu i teraz, ale tak bardzo chciałby przeprosić i wynieść się z tej chwili… A właściwie z tego całego dnia.
– Nie, mistrzu, ja…
Zabrzęczał komlink Qui-Gona. Mistrz Jedi zdjął go z pasa i odebrał rozmowę.
– Tak?
Odpowiedział mu wysoki, miły głos.
– Chciałeś wiedzieć, kiedy przyjdzie.
– Tak. Dziękuję. – Qui-Gon wstał, poprawiając szatę. Obi-Wan poszedł za jego przykładem, choć od razu się zachwiał i o mało nie upadł, bo krew w nodze nadal nie krążyła mu tak, jak powinna.
– Dokąd idziemy?
– Nie. – Qui-Gon położył dłoń na ramieniu Obi-Wana. – Idę sam. A tobie niech ktoś opatrzy rękę i przy okazji się przebierz.
Urażona duma zabolała Obi-Wana bardziej niż nadgarstek. Kusiło go, żeby pójść za Qui-Gonem i dowiedzieć się, o co chodziło, ale zdradziłby wówczas jego zaufanie. Zamiast tego powlókł się więc do swojego pokoju. Było to małe, skromnie urządzone pomieszczenie, ale na półce nad łóżkiem leżały jego skarby. Kamień z Ilum. Kwiatek, który Siri raz założyła mu dla żartu za ucho. Muszla, którą dała mu Prie, a która prawdopodobnie należała do jakiegoś niewyobrażalnie przerażającego stworzenia – dziewczyna na pewno się nim zachwycała. Łyżka z czasów, gdy byli adeptami. Bolla z jakiegoś powodu uznał, że to jego ulubiona łyżka, więc wszyscy zaczęli ją kraść sobie nawzajem – dla zabawy. Wygrał chyba Obi-Wan, bo została u niego, a oni przestali już być dziećmi.
Zdjął brudne ubranie i przebrał się, bezskutecznie próbując nie przeklinać Bolli w myśli. Potem umył się i opatrzył sobie rękę. Wszyscy adepci i padawani mieli dobrze wyposażone małe zestawy do opatrywania oparzeń, żeby móc sobie poradzić z drobnymi świadectwami błędów popełnianych w trakcie nauki walki na miecze świetlne. Nie sięgał do swojego od bardzo dawna, ale cieszył się teraz, że go ma. Żel natychmiast ukoił podrażnioną skórę.
Obrażenie nie wyglądało na bardzo poważne, ale zostały mu ślady po kolcach. Miał szczęście, że Prie też tam z nimi siedziała. Mistrz dziewczyny specjalizował się w zwierzętach i słynął z tego w całej galaktyce. Jeśli jakaś planeta borykała się z problemami związanymi z fauną, właśnie jego proszono o pomoc. Prie idealnie nadawała się na jego padawankę. Miała intuicyjne podejście do zwierząt i nieustannie łaknęła wiedzy.
Wszyscy jego znajomi dobrze dobrali się ze swoimi mentorami. Mistrzyni Siri zawsze zabierała ją na ważne, ekscytujące misje. Ich znajomy Jape doskonale rozumiał astrofizykę, dzięki czemu doskonale się dogadywał ze swoim mistrzem, mającym naukowe usposobienie. Nawet Bolla, który z tyloma rzeczami sobie nie radził jako adept, wydawał się zachwycony nowymi obowiązkami w roli padawana. Razem ze swoim mistrzem spędzał dużo czasu na badaniach w Archiwach. Bolla wyglądał na najszczęśliwszego z holokronem w ręku.
Wszyscy trafili tam, gdzie powinni. Dlaczego więc Qui-Gon przyjął na ucznia Obi-Wana, skoro nie potrafili znaleźć niczego, co by ich łączyło?
Obi-Wan nadal był głodny, ale absolutnie nie miał ochoty wracać do jadalni padawanów i ryzykować, że znów natknie się na Bollę. Albo co gorsza na Siri, która miała lada chwila wrócić ze swojej ostatniej niebezpiecznej wyprawy. Jednak jeśli Obi-Wan zostanie w swojej sypialni, ktoś prawdopodobnie po niego przyjdzie…
Poszedł tam, gdzie chodził zawsze, kiedy potrzebował uciec przed wszystkim. Formalnie nie zakazywano wstępu do rzadko używanej oficjalnej sali bankietowej, więc postanowił to wykorzystywać. Było to jedno z nielicznych miejsc w Świątyni, w których Obi-Wan naprawdę mógł poczuć się sam. Ach, ileż godzin spędził tu na ćwiczeniu różnych kata z mieczem świetlnym, kiedy nie miał ochoty przebywać w towarzystwie innych padawanów… Próbował tu nawet medytować, w nadziei, że jeśli uda mu się to załapać samodzielnie, swoimi postępami będzie mógł zrobić wrażenie na Qui-Gonie.
Na razie mu się to nie udało, ale nie oznaczało to, że Obi-Wan nie jest do tego zdolny. Jeśli tylko będzie więcej pracował, bardziej się starał, z pewnością w końcu mu się powiedzie.
Pokonał kilka pięter schodami, a potem zagłębił się w wąski tunel techniczny, biegnący równolegle do głównego, szerokiego przejścia. Nagle usłyszał rozmowę dobiegającą z głównego korytarza i stanął jak wryty.
– Wiedziałeś – mówił niski, władczy głos – że sala bankietowa była niegdyś biblioteką? W dawnych czasach, kiedy Jedi cenili jeszcze prawdziwą wiedzę.
Obi-Wan zmarszczył brwi. Nie rozpoznawał głosu, ale żeby ktoś otwarcie krytykował Jedi w miejscu publicznym, w ich własnej Świątyni…? Kto mógłby się odważyć…? Miał ochotę podbiec do jednego z przejść i zobaczyć, kto to powiedział, ale chciał też przemknąć się niepostrzeżenie do sali bankietowej – i to pragnienie w nim wygrało. Zaczekał, aż odgłosy kroków ucichną, a potem otworzył boczne drzwi.
Ogromna sala miała śnieżnobiałe, łukowate sklepienie, wiele wieków temu pokryte z wielkim pietyzmem rzeźbionymi dekoracjami. Stało się to wtedy, gdy – według tego tajemniczego głosu – znajdowała się tutaj biblioteka świątynna. Obi-Wan potrafił wyobrazić sobie to miejsce jako bibliotekę. Może właśnie dlatego tak bardzo je lubił. Wciąż unosił się w niej stłumiony cień obietnicy – szum wiedzy.
Przeszedł przez pustą posadzkę, na której misternie ułożone mozaiki opowiadały o wybitnych Jedi, którzy już dawno powrócili w objęcia Mocy. Kiedy dotarł do ściany w głębi sali, tam, gdzie z posadzki wyrastały kolumny i rozrastały się jak drzewa, podtrzymując gałęziami sklepienie – i gdzie mógł się schować tak, by nie widział go nikt, kto tu wejdzie – położył się na plecach na podłodze.
W górze wisiały gwiazdy, w kamiennym milczeniu ferując wyrok na zagubionego padawana. Choć właściwie nie mogłyby zapewne wydawać żadnych wyroków, bo w końcu wyrzeźbiono je w kamieniu. Westchnął tęsknie. Czegóż by nie dał, żeby się znaleźć wśród gwiazd! Ale tych prawdziwych, nie wyrzeźbionych.
Ale… Czegóż by nie dał, żeby i jego los został określony w równie trwały sposób. Żeby pisane mu było konkretne przeznaczenie, droga poprzez Moc. Coś, co mógłby badać, do czego mógłby się odnosić, co mógłby sprawdzać i za czym podążać – coś na kształt osobistego kursu wyznaczonego pomiędzy jego własnymi gwiazdami. Bo wtedy wiedziałby, co powinien robić, a przede wszystkim, że może to zrobić. Że nikogo nie rozczarowuje.
Mignął mu w pamięci zaniepokojony wyraz twarzy mistrza Qui-Gona i znów nie mógł leżeć spokojnie, bez ruchu. Poczuł, jak maleje jego postanowienie, by poćwiczyć medytowanie – zupełnie jak kalamariańska ośmiornica, która nagle się rozluźnia. Wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem, przypatrując się układowi gwiazd.
Niezliczone wieki temu ktoś poświęcił wiele czasu, by wyrzeźbić na ścianach właśnie te konkretne konstelacje. Nic, co robili Jedi, nie było bez znaczenia. I właśnie dlatego pobudziło to ciekawość Obi-Wana, bo przecież wcale nie dlatego, że zwlekał z rozpoczęciem medytacji. A przynajmniej nie tylko dlatego.
Dlaczego akurat te gwiazdy? Dlaczego właśnie tutaj? Nie mogły się tu pojawić przypadkowo. Obi-Wan powędrował wzrokiem po ścianie, szukając wśród nich czegoś znajomego. Jednak wkrótce na drodze stanęła mu jedna z cieńszych kolumn. Jak kilka innych, dodano ją podczas przebudowy – podpierały podest, na którym podczas oficjalnych uroczystości zasiadała Rada Jedi.
Kolumny nie stanowiły zatem części pierwotnego wystroju sali. Między jedną z nich a ścianą znajdował się wąski odstęp. Obi-Wan zaś był dość szczupły. („Szczupły” – wolał to słowo od innych, którymi go nazywano: „chudy”, „patykowaty”, „sztywny i cienki niczym sierść Wookieego”).
Wypuścił całe powietrze z płuc i przecisnął się z trudem przez szczelinę. Z tyłu panował mrok. Obi-Wan kichnął. Było tu ciemno i pełno kurzu – hmm, dziwne. W Świątyni nigdzie nie leżał kurz… Ile czasu mogło minąć, odkąd ktoś przypomniał sobie, że za tymi dodatkowymi kolumnami znajdowało się puste miejsce?
Obi-Wan popatrzył na zdobienia, które go tu przywiodły, i znieruchomiał, kładąc palec na czymś nowym. Planeta!
Ciekawe, że ten, kto wyrzeźbił tutaj te wszystkie gwiazdy, dodał tylko jedną planetę. Bo na pewno chodziło o planetę – umieszczoną na tle mnóstwa malutkich kropek, idealnie okrągłą, bez spiczastych czubków, jakimi charakteryzowały się gwiazdy. Ale jaki to świat i czym zasłużył sobie na miejsce na ścianie? A może gdzieś znajdowały się i inne, które Obi-Wan przegapił?
Jeszcze dziwniejsze było to, że wyryto pod nim w kamieniu dwa nazwiska: Orla Jareni i Cohmac Vitus. Nic mu nie mówiły i chyba raczej nie wykonał ich pierwotny artysta, sądząc po pewnej niezdarności liter i ich nierównym układzie. Orla i Cohmac, kimkolwiek byli, zapewne zakradli się tutaj i sami wyryli swoje nazwiska.
Obi-Wan z trudem pohamował oburzenie – żeby zostawiać taki trwały ślad na ścianach Świątyni! – i zazdrość, bo komuś udało się go pozostawić… Kim oni mogli być?
Wycofał się, przeciskając się jeszcze raz przez szczelinę, ocierając skórę pod prostym ubraniem padawana. Nie miał wielu zmian odzieży, więc jeśli pobrudzi jeden komplet, będzie musiał uważać. Orla i Cohmac. Paliła go ciekawość – kim byli, dlaczego wyryli tutaj swoje nazwiska, akurat pod tą planetą? Na pewno zdoła się tego dowiedzieć.
Poszedł szybko do Archiwów. Miał poczucie, że odkrył tajemnicę. Coś nowego i ekscytującego. Co stanowiło doskonały pretekst, żeby unikać innych padawanów i nie myśleć o tym, że może rozczarować Qui-Gona Jinna.
Na miejscu przemknął skrajem rozległych sal. Wolał nie zwracać na siebie uwagi Jocasty Nu ani innych bibliotekarzy. Wszyscy z wielką chęcią by mu pomogli, ale chciał to zrobić sam. A już zdecydowanie nie miał ochoty natknąć się na Bollę.
Na szczęście nigdzie go nie dostrzegał, a wszyscy bibliotekarze zajmowali się grupą młodzików. Dzieci z przejęciem wpatrywały się w Jocastę Nu, która uczyła je, jak poruszać się w labiryncie regałów. Obi-Wan zazdrościł im tego prostolinijnego zachwytu. W dzieciństwie wszystko wydawało się łatwiejsze. Mistrzyni Nu wyjęła holokron, zawierający informacje o układzie, gdzie znajdowało się Ilum, lodowa planeta, na której mieściły się jaskinie z kryształami kyber.
Był to jeden z nielicznych światów, jakie odwiedził Obi-Wan – na wyprawie, podczas której znalazł swój kryształ kyber.
Jego dłoń sama powędrowała do rękojeści miecza przy jego boku. Wyprawa po kryształy kyber okazała się niezmiernie trudna. Być może nawet trudniejsza niż Próby adeptów. Wizje, jakie ukazały mu się w jaskiniach, wyszeptane do ucha straszliwe rzeczy… Otrząsnął się, dosłownie, żeby w ten sposób pozbyć się lęku i niepokoju, dręczących go po tych przeżyciach. Nie musiał o nich pamiętać. W końcu znalazł przecież kryształ i zbudował miecz. Przeszedł tę próbę. Ach, jaka duma rozpierała go tego dnia, gdy trzymał swoją broń o świecącej niebieskim blaskiem klindze, taki pewien swojego miejsca wśród Jedi… Taki pewien swojej relacji z Mocą i jasnej przyszłości, która czekała go w galaktyce.
Gdzie ta relacja się podziała? Gdzie ulotniła się ta pewność? Dlaczego, choć wreszcie stał się padawanem, czuł się mniej istotny i bardziej zagubiony niż kiedykolwiek?
Orla Jareni. Wstrzymując oddech w nadziei, że jej nazwisko cokolwiek mu powie, stanął przy stole i wpisał je do terminala. I proszę – więcej niż cokolwiek! Orla była Jedi.
Przejrzał szybko informacje o różnych jej misjach i zadaniach oraz udziale rycerki w Wielkiej Katastrofie Nadprzestrzennej. Zaintrygowało go określenie jej mianem Poszukiwaczki.
Czy zakon Jedi w ogóle miał jeszcze Poszukiwaczy? Chyba na to nie pozwalano. Ten rodzaj działalności wydawał się zakorzeniony w nieufności wobec Najwyższej Rady – tacy Jedi szli własną drogą, nie podporządkowywali się kontroli i nie zważali na to, jakie zadania im przydzielano. Przecież gdyby nadal istnieli Poszukiwacze, Qui-Gon Jinn z pewnością należałby do ich grona.
Znalazł tam więcej wiedzy, niż mógłby wchłonąć jednorazowo. Wyszukał też szybko Cohmaca – ciekawe! – ale po chwili znów wrócił do Orli. Czuł z nią swoistą więź, z tą Jedi, która żyła tak dawno temu. Podejrzewał, że wyryła tam swoje nazwisko jako adeptka albo padawanka. Czy ona również miała takie trudności? Czy chciała wykuć swoje przeznaczenie w kamieniu, tak jak on?
W informacjach o niej znajdował się dopisek oznaczony jako priorytetowy. Obi-Wan sprawdził statystyki – no tak, od wieków nikt nie wyświetlał tych danych. Może to przez chaos i burzliwe wydarzenia w czasach Wielkiej Katastrofy, ale na ile mógł stwierdzić, nikt nie oglądał tego konkretnego wpisu w bazie, odkąd został do niej wprowadzony.
Otworzył plik i ujrzał kurs prowadzący na jakąś planetę. Zabiło mu mocno serce. Pomniejszył obraz – tajemnicza planeta znajdowała się na najdalszym skraju Zewnętrznych Rubieży. Nie miała nawet numeru. Żadnej oficjalnej nazwy, co oznaczało także brak oficjalnego zapisu w Archiwach. Obi-Wan wyświetlił informacje o współrzędnych Orli – zwrócił uwagę, jak trudną trasę należało pokonać, by dostać się do tego rejonu kosmosu – a potem przeczytał resztę danych.
Orla Jareni stwierdziła, że ta planeta może być ważna i interesująca, i powiadomiła Najwyższą Radę, iż zamierza to sprawdzić. Jednak w bazie nie figurowało więcej informacji na ten temat, nic, co by wskazywało, że tam dotarła, a jeśli tak, co znalazła.
Jeśli Poszukiwaczka sprzed wieków przypuszczała, że ta planeta może mieć duże znaczenie, ale nikt jej pracy nie kontynuował, z pewnością zasługiwało to na uwagę. A co więcej, był to dokładnie taki tajemniczy projekt badawczy, jaki wywabiłby Qui-Gona Jinna ze Świątyni. Mistrz Obi-Wana żywił głęboką fascynację Jedi z przeszłości i zapisami, które po sobie pozostawili. Albo – jak w tym przypadku – brakiem zapisów, bo Orla Jareni nigdy więcej nic na ten temat nie zarejestrowała.
Jeśli Obi-Wan podejdzie do tego rozważnie, być może wkrótce i on będzie miał coś do opowiedzenia innymi padawanom. Coś, co nie będzie dotyczyło walki o życie przy kolacji, ale eksplorowania galaktyki i – wreszcie – robienia czegoś pożytecznego.
Kiedy nadajnik nie jest nadajnikiem?
Kiedy to w rzeczywistości sonda, dryfująca w kosmosie, wrażliwa na każdy ruch w pobliżu. Skryta na widoku, z zamiarem podczepienia się do kogoś na gapę.
Wszystkie urządzenia migotały, małe światełka na ekranie, punkty straszliwej nadziei i rozpaczliwego oczekiwania, wypatrujące, łaknące. Maleńkie symbole bezsilnej udręki, tkwiącej w nim od lat.
Ten, kto go finansował, domagał się wyników, groził, że wstrzyma środki, ale jakie to miało znaczenie? Już i tak kiedyś wszystko mu odebrano. Wszystko, co liczyło się o wiele więcej niż kredyty, teraz czy w przyszłości.
Jeśli utraci sponsora, znajdzie inny sposób. A potem jeszcze inny. Tyle sposobów, ile będzie musiał, póki będzie trzeba.
Nic innego nie miało znaczenia – tylko to, co pozostawił za sobą, i sposób, w jaki to odzyska.
Westchnął, regulując ustawienia na najbliższej sondzie, mijając niekończące się połacie pustej czarnej przestrzeni, ze świadomością, że gdzieś tam znajdował się bezcenny klejnot, jaśniejący błękitem. I gdzieś tam ktoś wiedział, jak się do niego dostać. Był pewien, że nikt, kto posiadł taką wiedzę, nie będzie w stanie długo opierać się pokusie.
A kiedy ktoś tam się uda, on będzie gotowy.
– Daleko wśród gwiazd się zebrali – zanucił i marzenie o przyszłości poniosło go dalej przez mrok.
Rozdział
3
Obi-Wan chodził tam i z powrotem pod kwaterą Qui-Gona, powtarzając sobie przygotowane argumenty. Qui-Gon miał tego wieczora spotkanie z Najwyższą Radą Jedi, co oznaczało, że będzie po nim zdystansowany i chłodny. Obi-Wan może i miał wrażenie, że nie znał jeszcze ani nie rozumiał swojego mistrza, ale był dobry w rozpoznawaniu schematów – co potwierdzał jego talent w ćwiczeniu układów podczas treningów z mieczem świetlnym. Ten schemat w zachowaniu Qui-Gona należał do najbardziej oczywistych.
Dlatego Obi-Wan musiał przedstawić mu swoją propozycję przed spotkaniem. Nie sądził, żeby później udało mu się przekonać Qui-Gona – mistrz raczej uznałby wtedy, że powinni spędzić tydzień na milczącej medytacji, podczas którego Qui-Gon będzie się jednoczył z Mocą, a Obi-Wan będzie desperacko i bezskutecznie próbował robić to samo.
Czasem Qui-Gon pogrążał się tak głęboko w medytacji, że zdawało się, jakby przestawał oddychać. Tymczasem kiedy Obi-Wan po raz ostatni próbował medytować tak długo jak Qui-Gon, zasnął – i przyśnił mu się wtedy barwny koszmar o tym, jak ktoś go ściga, a on ucieka, sam, bez broni, niezdolny do sięgnięcia po Moc, przez jaskinię pełną potworów, z których wszystkie miały na niego chrapkę.
Drzwi Qui-Gona się rozsunęły.
– Och, dzień dobry – powiedział zaskoczony mężczyzna.
Obi-Wan zastygł w pół kroku, jakby przyłapano go na czymś, co łamało zasady kodeksu.
– Mistrzu! Bo ja odkryłem… Czy wiesz, kim była Orla Jareni? – No tak, Obi-Wan oczywiście od razu wszystko popsuł. A tyle to ćwiczył i wszystko na nic!
Jednak ku jego zdumieniu Qui-Gon, który patrzył na swojego padawana z lekkim dystansem, jakby zaprzątnięty jakimś problemem, nagle skupił na nim wzrok.
– Orla Jareni? Gdzie usłyszałeś to nazwisko?
Obi-Wan próbował zachować ten sam pełen skupienia spokój, którym zawsze cechował się Qui-Gon. Tak, by okazać pewność siebie, ale też opanowanie. Zachowywać się dokładnie na odwrót od tego, co czuł.
– Coś mnie do niej doprowadziło.
I nie skłamał – w gruncie rzeczy. Bo nigdy nie okłamałby swojego mistrza w żywe oczy. Po prostu kreatywnie zastosował prawdę. Wiedział, jak bardzo Qui-Gon lubił te ulotniejsze cechy Mocy, jak bardzo ufał, że poprowadzą go właściwą drogą. I choć Obi-Wan nie żywił do nich tego samego zaufania – skąd zresztą miał wiedzieć, czy Moc ufała jemu – nie wzdragał się przed wykorzystaniem tego, co Qui-Gona interesowało.
– Medytowałem… – Teraz Obi-Wan zdecydowanie kłamał. Qui-Gon uniósł brew, więc jego uczeń szybko dodał: – …w wielkiej sali bankietowej.
– Dlaczego akurat tam?
– Bo… czułem, że to odpowiednie miejsce. – Bo czuł, że może tam być sam i właśnie dlatego było to dla niego odpowiednie miejsce. – Zwróciłem uwagę na rzeźbienia na ścianach. Wiedziałeś, mistrzu, że kiedyś znajdowała się tam biblioteka?
Qui-Gon skinął głową. Oczywiście, że wiedział. Obi-Wan był więc tylko trochę rozczarowany tym, iż nie powiedział mu nic nowego.
– W każdym razie te dekoracje wyglądały jak mapa gwiezdna. Coś kazało mi pójść za tymi gwiazdami. – Przecież właściwie nie kłamał. – Za tymi nowymi kolumnami podtrzymującymi podest odkryłem, że gwiazdy prowadzą do planety. A pod planetą ktoś wyrył w ścianie dwa nazwiska, w tym Orli Jareni. Więc sprawdziłem, kim była. Zaznaczyła w bazie, że ta planeta może być ważna dla Jedi, i zapisała też skomplikowany, prowadzący tam kurs. Ale później nikt się tym nie zajął. Nie wiem, czy kiedykolwiek tam dotarła. A potem historia Orli Poszukiwaczki nagle się zakończyła i nikt nie dowiedział się o tej nienazwanej planecie.
– Była Poszukiwaczką? – Tak jak Obi-Wan się spodziewał, w oczach Qui-Gona zapaliła się ciekawość, a nawet entuzjazm. – I nie wiemy, czy kiedykolwiek tam poleciała?
– W bazie nie znalazłem dodatkowych informacji. Nie sądzę, żeby ktoś w ogóle zobaczył dane, które wprowadziła na temat tej planety.
Qui-Gon usiadł na skromnej szarej poduszce, której używał zamiast jakiegoś bardziej skomplikowanego siedziska. Nie miał mebli służących do przyjmowania gości. Obi-Wan zawsze czuł się u niego do pewnego stopnia jak intruz, jakby naprawdę nie było dla niego miejsca w życiu Qui-Gona. Wiedział, że mistrzyni Siri miała u siebie dwuosobowy stolik i to przy nim jadały razem większość posiłków, a mistrz Prie uparł się, żeby dostała pokój obok jego kwatery, tak aby mieli do siebie blisko – dzięki temu łatwiej mogli prowadzić wspólne badania.
– Ciekawe – rzekł Qui-Gon. – Być może znalazłeś informacje, o których nie wiedział żaden Jedi od wielu pokoleń. Dlatego uważam, że to Moc cię do nich zaprowadziła.
Starając się ze wszystkich sił nie okazać po sobie podniecenia, tak żeby Qui-Gon nie zobaczył ani nie wyczuł, jakie wezbrało w nim poczucie triumfu, Obi-Wan zmarszczył brwi i skinął głową.
– Ciekawe – przytaknął. – W takim razie, wiem, że padawanowi nie wypada proponować misji, ale może moglibyśmy podążyć za ścieżką, do której doprowadziła mnie Moc, i sprawdzić, co takiego ważnego wyczuła Orla Poszukiwaczka w sprawie tej bezimiennej planety.
„Proszę – pomyślał Obi-Wan – proszę, powiedz tak”.
Nie powinien tego chcieć, nie powinien podejmować tej próby wmanewrowania Qui-Gona w zgodę na tę wyprawę. Obi-Wan powinien pragnąć tylko tego, czego życzyła sobie Moc, powinien zaakceptować każdą drogę, na której go postawi, i odczuwać za to wdzięczność. Wypadało mu zachować cierpliwość i ufać, że mistrz zapewni mu doświadczenie, którego potrzebował, wtedy, kiedy będzie go potrzebował.
Lecz Obi-Wan pragnął tylko być rycerzem Jedi, przemierzać galaktykę i stać się strażnikiem dobra, porządku i światła. Nie mógł robić żadnej z tych rzeczy, jeśli tkwił w Świątyni.
Oczywiście potrafiłby nawet we śnie wykonać podstawowe układy z mieczem świetlnym, mógł używać Mocy, by popychać i dźwigać ciężary, by skakać… Jego fizyczne umiejętności zdecydowanie przewyższały poziom wystarczający. Nie mógł jednak pozbyć się obawy, że pod względem duchowym nie miał w sobie tego, czego wymagało bycie rycerzem Jedi. I ta nieustanna obawa wzbudzała w nim poczucie winy, a jednocześnie jeszcze większy lęk. Nie miał pojęcia, jak się wyrwać z tego zaklętego kręgu, choć nie miał wątpliwości, że go to blokowało – zarówno w utrzymywaniu więzi z Mocą, jak i w rozwijaniu swojego potencjału.
Może gdyby mógł się wydostać ze Świątyni, gdyby mógł znaleźć się wśród gwiazd, stać się aktywnym Jedi – może wówczas zdołałby poczuć wskazówki Mocy.
Może wówczas poczułby, że zasługuje na to, by być padawanem.
I serce niemal wezbrało mu ze szczęścia i ulgi – choć poczuł też ukłucie winy – gdy Qui-Gon uśmiechnął się do niego z aprobatą. Nie chodziło o to, że jego mistrz okazywał mu chłód czy niecierpliwość. Jeśli już, to okazywał wręcz zbyt wielką cierpliwość. Obi-Wan zdecydowanie nie podzielał jego pewności, że w końcu nabędzie umiejętności, które posiadał Qui-Gon. W tej chwili nie wydawało mu się, że kiedykolwiek zdoła zostać rycerzem Jedi.
Qui-Gon wstał.
– Ułóż plan lotu i zarezerwuj statek. Powinien nam wystarczyć prom T-5. I pamiętaj… – Qui-Gon umilkł na chwilę i przez jego twarz przesunął się cień niepokoju. – Zawsze to pamiętaj: czasem Moc działa też poprzez drobiazgi.
Czego miało dotyczyć to ostrzeżenie, Obi-Wan nie wiedział. Zwykle nie mógłby przestać myśleć o czymś takim, ale na szczęście teraz jego uwagę zaprzątało co innego. Miał wyruszyć w kosmos – na wyprawę! Na misję, którą sam zaproponował. Odnosił wrażenie, że mógłby w tej chwili robić salta z czterech wież Świątyni, gdyby nie uważano takich wybryków za świętokradztwo, a już z pewnością za nadużycie umiejętności, które dawała mu Moc.
Qui-Gon westchnął i zmarszczył z niezadowoleniem siwiejące brwi.
– Muszę iść teraz na spotkanie z Radą.
– Powiesz im o naszej wyprawie? – Obi-Wan zaniepokoił się, że przecież potrzebowali pozwolenia, a mistrz Yoda, w swojej nieskończonej mądrości, od razu wyczuje, że Moc nie miała nic wspólnego z odkryciem Obi-Wana. Albo że któryś z mistrzów Jedi powie Qui-Gonowi, że tajemniczą planetę zbadano już wieki temu i uznano za nieważną. Nieistotną. Bez znaczenia dla Mocy i galaktyki.
Obi-Wanowi ścisnęło się gardło. Każda z tych ewentualności pokaże, że nie miał racji, kiedy uznał, że warto to zbadać. Nie mógł twierdzić z całą pewnością, że to Moc zaprowadziła go do Orli Jareni i tajemniczej planety, bo w rzeczywistości był po prostu ciekawy – a teraz rozpaczliwie pragnął doprowadzić tę sprawę do końca.
Qui-Gon zmarszczył czoło jeszcze mocniej i Obi-Wan wstrzymał oddech. I zdumiał się, bo jego mistrz powiedział:
– Rada nie musi wiedzieć wszystkiego. I tak im się wydaje, że zawsze wiedzą wszystko.
Zamiast ulgi Obi-Wan poczuł ukłucie niepokoju – cóż za buntownicze słowa! Stłumił jednak chęć, by powiedzieć o tym mistrzowi czy wręcz go za to upomnieć. Nie do Obi-Wana należało mówienie mentorowi, jak powinny wyglądać jego relacje z Najwyższą Radą Jedi. I nie chciał też zrobić niczego, by go zdenerwować. Nie mógł dopuścić, by coś zagroziło tej galaktycznej wyprawie. Obi-Wan potrzebował jej – choć chyba nie potrafiłby wyjaśnić dlaczego nawet samemu sobie, a tym bardziej swojemu mistrzowi.
Ukłonił się i poszedł szybko do hangaru. Zarezerwował prom na rano i złożył zamówienie na zaopatrzenie. Niesamowite, od ilu osób zależało codzienne funkcjonowanie Świątyni i zakonu. Pokazywało to, jak ważni dla galaktyki byli Jedi. Obi-Wan również chciał zasłużyć na te wszystkie starania.
Kiedy wracał do kwatery Qui-Gona, pozdrawiając po drodze różnych znajomych i machając do nich, zauważył, że Bolla idzie w jego stronę. Obi-Wan szybko skręcił w boczny korytarz, czekając, aż tamten go minie. Nie miał ochoty na rozmowę z nim. Oparł się plecami o ścianę i usłyszał jęk.
– Ostrożnie, młody padawanie – odezwał się męski, niski głos, ten sam, który Obi-Wan słyszał wcześniej, gdy mówił o tym, że sala bankietowa w przeszłości mieściła bibliotekę.
– Przepraszam, mis… hrabio… proszę pana – wystękał Bolla, zacinając się na tytułach, bo zapewne nie miał pewności, jak zwrócić się do osoby, na którą o mało nie wpadł.
Obi-Wan niemal żałował, że nie został jednak w głównym korytarzu, bo mógłby wówczas zobaczyć na własne oczy, jak Bolla robi z siebie przedstawienie. Wyjrzał za róg i dostrzegł wysokiego mężczyznę w czerni, z wytworną siwizną, który właśnie znikał w drzwiach.
Kimkolwiek był, wiedział wiele o historii Świątyni. Może to senator? Polityków nie widywano w siedzibie zakonu zbyt często, ale jednak czasem tu się zjawiali. Qui-Gon – jak łatwo się było domyślić – nie miał cierpliwości do polityków, więc Obi-Wan nigdy nie miał z nimi do czynienia.
Zresztą Obi-Wan miał do czynienia z naprawdę niewieloma rzeczami. Czasem zastanawiał się, dlaczego Qui-Gon w ogóle wziął go na padawana. Nie wymagano tego przecież od rycerzy. Kiedy wybierali adepta po Próbach, zawsze kierowała nimi Moc. Co nakierowało Qui-Gona na Obi-Wana? Jego znajomi i ich mentorzy – w ich wzajemnych relacjach widział sens. Tymczasem on i Qui-Gon nie mieli ze sobą chyba nic wspólnego.
Qui-Gon był rycerzem Jedi, a zatem Obi-Wan nie powinien kwestionować tego, co robił, ale odnosił wrażenie, że jego mistrz nigdy nie skłania go do robienia czegoś więcej niż to, czego się nauczył, zanim stał się padawanem.
Bo tak naprawdę Qui-Gon nalegał jedynie na medytację. Istniało wiele dróg, by stać się rycerzem, które – Obi-Wan nie miał co do tego wątpliwości – niemal w ogóle jej nie obejmowały. Dlaczego więc Jedi, który za nią przepadał, wybrał na padawana właśnie jego…?
Dobrze choć, że znalazł się jeszcze inny plus tej misji – na statku nie było miejsca, by dwie osoby mogły swobodnie medytować. A Obi-Wan uprze się też, że musi pilnować wytyczonego kursu, żeby nie polegać na systemach statku.
Po powrocie do swojej kwatery chodził przez chwilę w kółko. Czy powinien też spakować rzeczy dla Qui-Gona? Ale nie, nie został o to poproszony, więc nie powinien przesadzać z nadgorliwością. Poza tym żadnemu z nich pakowanie nie zajmie długo. Jedi posiadali bardzo niewiele rzeczy. Miecz świetlny, zapasowy komplet ubrania. Teraz miał już tylko jeden przez ten wypadek z zupą. Przynajmniej wreszcie będzie mógł wykorzystać kilka zasobników przy pasie.
Nie pozostało mu już nic do załatwienia i wreszcie uświadomił sobie, że nadal nic nie zjadł. A choć zwiał w korytarzu przed Bollą, nie musiał unikać jadalni padawanów. Mógł myśleć o spotkaniu ze znajomymi bez obawy, że znów będzie się czuł wykluczony. Wyruszał wreszcie na misję i nawet zachowanie Bolli oraz sto kalamariańskich ośmiornic nie mogłoby stłumić podniecenia i nadziei, które w nim wezbrały.
Rozdział
4
Obi-Wan w doskonałym nastroju poszedł na dół, do jadalni. Kiedy padawani nie mieli zajęć, niemal zawsze można było ich znaleźć w pobliżu jedzenia. I rzeczywiście, Bolla, Prie i paru innych padawanów, których znał i z którymi uczył się przez całe swoje życie, siedzieli przy stole. Nie jedli jednak – zamiast tego wszyscy skupili się przy Siri Tachi, która o czymś opowiadała.
Obi-Wan z trudem powstrzymywał uśmiech, siadając obok Prie.
– O, jesteś – rzekła Siri i zmarszczyła brwi, jakby z niepokojem.
– Nie ciesz się aż tak bardzo na mój widok – prychnął Obi-Wan.
– Rozmawiałeś już ze swoim mistrzem? – zapytała.
– Odwołał naszą misję? – Gdyby tak było, wszystkie nadzieje Obi-Wana ległyby w gruzach, jak te wielkie bloki lodu, które kiedyś zrzucili potajemnie z dachu Świątyni. Rozbiły się na ziemi, tyle pięter poniżej… Zniknęły w wiecznym mroku najniższych poziomów Coruscant.
– Co? Jaką misję?
– Wyruszamy na misję! Będziemy szukać… Ale czekaj, o czym ty mówisz?
Prie poruszyła się niespokojnie za stołem. Ku wielkiej uldze Obi-Wana, nie miała przy sobie swojej nowej ośmiorniczki.
– Znowu się pożarł z Najwyższą Radą – wyjaśniła. – Mój mistrz mi o tym powiedział.
– Znowu? – zmartwił się Obi-Wan. Niedobrze. Po pierwsze dlatego, że nie chciał, aby jego mistrz wchodził w konflikt z Radą, a po drugie dlatego, że mogło to wpłynąć na stosunek Qui-Gona do ich wyprawy.
– Słyszałem, że ma dołączyć do grona Straconej Dwudziestki – rzekł Bolla i zadrgały mu czułki.
– Nic takiego nie zrobi! – Obi-Wan pożałował, że nie znajdowali się w sali treningowej, w której mógłby zrobić coś z tym gwałtownym odruchem niechęci, jaki wzbudził w nim po raz kolejny Rodianin.
– Cicho bądź, Bolla – zbeształa kolegę Siri. – Na pewno nie masz kwalifikacji, żeby spekulować o przyszłości rycerza Jedi, chyba że miałeś jakąś wizję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
