Stany przejściowe - Lorek Zofia - ebook + książka

Stany przejściowe ebook

Lorek Zofia

3,5

Opis

„Stany przejściowe” to opowieść o tym, jak osiągnąć szczęście w świecie na sterydach, w którym gonitwa za wciąż nowymi iluzjami przynosi wieczne niezaspokojenie. Bohaterka tej prozy dostanie to, co sama sobie wybierze: lustro z welurową ramą i kabinę prysznicową z hydromasażem albo relaks na własnych zasadach. Pomocą w podjęciu decyzji służą kasjerka z Żabki, która zamienia się w Sfinksa, najlepszy przyjaciel, który okazuje się trupem, sprzedawczyni z absurdalnie dobrze ułożonymi włosami, konserwa z królika i metrowy rybik, który zajął drugą połowę łóżka. Wybór jednej z dwóch opcji nie należy do łatwych, zwłaszcza że surrealistyczne postaci podpowiadają sprzeczne rozwiązania, a czasu jest coraz mniej. O tym, że się skończył, poinformuje komunikat o błędzie.
W swoim debiucie Zofia Lorek czerpie garściami z codziennych obserwacji i popkultury, ale pod pozorami trashowej powieści zadaje pytania o sprawy najważniejsze. Czym jest raj i jak się do niego dostać? Ile trzeba poświęcić, by żyć po swojemu? Czy z systemu da się uciec, a jeśli tak, to kosztem jakich wyrzeczeń?
 
Najzabawniejsza powieść o kryzysie, jaką czytałam. Zofia Lorek wrzuca czytelnika w absurdalną współczesną rzeczywistość, w której bohaterka musi zdobywać brakujące ECTS-y, zabiegać o wygraną na loterii i oczekiwać na infolinii polskiej ambasady w Kairze. Kafkowskie echa łatwo tu usłyszeć – jakby autor „Przemiany” żył dziś i miał konto na mObywatelu. Stany przejściowe to opowieść o tym, co dzieje się, gdy nic się nie dzieje, o zawieszeniu między „było” a „będzie” w świecie, który jest niemiły – rzuca pod nogi paragrafy, komunikaty systemowe i poradniki samopomocy. Tym, co przynosi ulgę, jest zmyślenie, literatura, która mówi: „Tak jest dzisiaj, ale razem przez to przejdziemy”.
– Natalia Królikowska
 
Życie jako takie to stan przejściowy. Nic nie pozwala opisać go lepiej niż pojęcie inwolucji, zrywania więzi, wczołgiwania się w siebie. I to właśnie Zofia Lorek odmalowała bardzo sprawnie – w realiach Krakowa, w codzienności kobiety w młodym wieku. Bo oto klamry, które trzymają każdą z nas, nagle puściły. Zaczął się zjazd. Nic nie wiemy o dziewczynie, wokół której snuje się opowieść – kim jest, gdzie pracuje, skąd jej upadek w głąb siebie. Jedno tylko wiadomo (i to w sensie przenośnym): otóż wiem, jak się nazywa. Pamiętacie „Chimerycznego lokatora” Rolanda Topora? Bohaterka Zofii Lorek w mojej lekturze nosi nazwisko Trelkovska.
– Eliza Kącka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 128

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (43 oceny)
11
10
13
6
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tomaszamek

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacja, świetny debiut prozatorski
00
anhedon

Nie oderwiesz się od lektury

Ewidentnie nie jest to książka dla każdego. Jednak mi zdecydowanie przypadł do gustu jej klimat, nieprzewidywalność i bohaterowie. Pozostawia wiele do indywidualnej interpretacji. Bardzo ciekawie przedstawia zagubienie we współczesnej rzeczywistości. Fanom "dziwniejszych" książek serdecznie polecam.
00
Weronikaaf

Z braku laku…

Strumień świadomości, ubrany w wizyty w Żabce, pytania o dowód 30 latki i obsesję na punkcie rybików. Czasami okraszany przekleństwami, a czasami ciekawymi spostrzeżeniami.
00
haniap87

Z braku laku…

zaczyna się dobrze ale.potem przeradza się w bezsebsowny potok słów. męczące i nic niewnoszące do życia.
00
MaRoka

Dobrze spędzony czas

Psychodeliczna podróż, czy się kończy, czy zaczyna...?
00

Popularność




Zo­fia Lo­rek, Stany przej­ściowe, Oko­niny 2025
Co­py­ri­ght © by Zo­fia Lo­rek, 2025 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Drza­zgi, 2025
Re­dak­cja: Fi­lip Fie­rek
Ko­rekta: Agata Chmie­lecka, Ur­szula Obara
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny okładki: Sara Ma­kuch
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny, skład i ła­ma­nie: By Mo­use | by­mo­use.pl
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury
Pro­jekt zre­ali­zo­wany przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Na­grody Kra­kowa – Mia­sta Li­te­ra­tury UNE­SCO, re­ali­zo­wa­nej przez Kra­kow­skie Biuro Fe­sti­wa­lowe ze środ­ków Gminy Miej­skiej Kra­ków
ISBN 978-83-973079-9-5
Wy­daw­nic­two Drza­zgi Oko­niny 17B 89-530 Śli­wice
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Lwa, któ­rego mi­łośćtrzyma mnie przy ży­ciu

Ślicz­nie, już po le­cie,o ile ono w ogóle było;za­wie­dli­śmy się na nim, jak na ca­łym ży­ciu,cał­ko­wi­cie i zu­peł­nie.

THO­MAS MANN, CZA­RO­DZIEJ­SKA GÓRA,PRZE­ŁO­ŻYŁ JAN ŁU­KOW­SKI

1

Tonę spo­koj­nie w so­bie, kiedy na czoło ska­puje mi kro­pla wody (bum), po­tem druga (bum). Przy trze­ciej (BUM) otwie­ram oczy. Na su­fi­cie jest ciemna, wil­gotna plama w kształ­cie ja­kiejś wy­spy, na którą ni­gdy nie po­jadę. Sztur­cham go, ej, wi­dzisz to, na su­fi­cie jest plama, ale on mówi coś nie­zro­zu­mia­łego i śpi da­lej. Kro­ple na­dal ka­pią.

Tap, tap, tap.

Tap, tap, tap.

Tup, tup, tup.

Tup.

Stu­kot kro­pel płyn­nie prze­cho­dzi w stu­kot ob­ca­sów.

Tup, tup, tup.

Od­głos kro­ków nie­sie się echem po klatce scho­do­wej, z czwar­tego pię­tra na trze­cie, po­tem ni­żej, po­tem co­raz mniej go sły­chać, aż w końcu echo milk­nie. Leżę i na­słu­chuję, jak co noc od kilku ty­go­dni – naj­pierw scho­dzi na par­ter, a po paru mi­nu­tach wraca.

Tup, tup, tup.

Prze­cho­dzi koło na­szych drzwi i idzie na górę.

Ona znów ze­szła i we­szła, sztur­cham go.

Pew­nie pa­liła, mam­ro­cze sen­nie, po­tem znów mru­czy coś nie­wy­raź­nie i jego od­dech wraca do po­przed­niego rytmu. Kro­ków już nie sły­chać, ustało też ka­pa­nie wody, cho­ciaż wil­gotny ślad na su­fi­cie nie znik­nął. Pa­trzę na plamę jesz­cze kilka mi­nut, a kiedy po­now­nie otwie­ram oczy, jest już ja­sno i plama też jest ja­śniej­sza, jakby po ciemku była bar­dziej wi­doczna. Jest środa, ósma rano, on na­dal śpi od­wró­cony do ściany (nie idzie dziś do pracy?), cho­ciaż wcze­śniej chyba wstał na chwilę, bo zo­sta­wił mi kawę na sto­liku noc­nym. Ja też wstaję, ubie­ram się po ci­chu, żeby go nie obu­dzić, od­cią­gam za­słony i wy­cho­dzę.

2

Z pracy ucie­kam pod pre­tek­stem wi­zyty u le­ka­rza, nie­swojo się dziś czuję, kto wie co to może być. Nikt nie pro­te­stuje, kiedy wy­cho­dzę tro­chę wcze­śniej, ja­kieś pięć go­dzin, z biura. I tak mu­szę po­tem wró­cić.

Je­stem w po­cze­kalni pół­za­ję­tej przez kilka nie­wy­raź­nych osób. Py­tam, kto jest ostatni, ale od­po­wiada mi tylko po­głos nie­chęt­nych mam­ro­tań pod no­sem. Chwilę sie­dzę na nie­wy­god­nym krze­sełku i za­sta­na­wiam się, który z ga­bi­ne­tów jest pu­sty, a w któ­rym trwa prze­słu­cha­nie. Po­koje na prawo ode mnie za­jęte. W ga­bi­ne­tach po le­wej ci­sza. Wy­chy­lam się w stronę drzwi, jed­nych i dru­gich, i sta­ram się wy­czuć, czy za­raz wy­do­bę­dzie się z nich ja­ki­kol­wiek dźwięk, czy rze­czy­wi­ście są pu­ste, a je­śli tak, to czy są zu­peł­nie pu­ste, czy może jed­nak sie­dzi w nich ja­kiś znu­dzony dok­tor, który aku­rat ni­kogo nie przyj­muje. W tym pierw­szym po le­wej chyba na­prawdę ni­kogo nie ma – pra­wie przy­kła­dam ucho do drzwi, ale nic nie sły­szę. Ten dal­szy ma po­ten­cjał, do­cho­dzi z niego ja­kieś szu­ra­nie, ale tylko po­je­dyn­cze, dru­gie krze­sło z pew­no­ścią nie wy­daje dźwię­ków. Roz­glą­dam się jesz­cze raz, upew­niam, że nikt z cze­ka­ją­cych w ko­lejce nie mie­rzy mnie ro­ze­źlo­nym wzro­kiem. Wi­dać nie są mną za­in­te­re­so­wani, więc po­now­nie przy­kła­dam ucho, na­dal tylko jedno szu­ra­nie, i pu­kam. Chwila ci­szy, a po­tem gło­śne „SZUR”, jakby ktoś osta­tecz­nie po­pra­wiał się na krze­śle, żeby być go­to­wym na to, co go czeka.

Wej­dzie, sły­szę, więc po­słusz­nie wcho­dzę i sia­dam na­prze­ciwko.

Dzień do­bry, boli mnie, jak ro­bię tak.

To pro­szę tak nie ro­bić.

Se­rio to po­wie­działa?

No nie wiem, wzru­sza w końcu ra­mio­nami le­karka, a ba­da­nia pani zro­biła?

No nie.

No.

No zro­bię, mó­wię na od­czep­nego.

Ale kiedy?

Nie wiem, my­ślę; kiedy się zbiorę, mó­wię; zgu­bi­łam skie­ro­wa­nie, my­ślę, ale te­raz to chyba nie wy­pada po­pro­sić. Nie pro­szę.

Pro­szę zro­bić, bo za­wsze pani bę­dzie słabo, i pro­szę rzu­cić pa­le­nie, i jesz­cze pro­szę przyjść za ty­dzień, albo le­piej za mie­siąc, bo za ty­dzień to ja będę na urlo­pie w Ke­nii.

Faj­nie, w Ke­nii, mó­wię, cho­ciaż w su­mie nie umia­ła­bym po­ka­zać Ke­nii na ma­pie, przy­naj­mniej nie te­raz tu­taj.

Naj­le­piej wi­doczne gwiazdy na świe­cie, le­karka z dumą wy­pina pierś, jakby to od niej za­le­żały te ogromne gwiazdy. Ale już nie­długo, za­strzega szybko, bo te­raz są wiel­kimi ol­brzy­mami, a za mie­siąc staną się bia­łymi kar­łami i zu­peł­nie znikną. Tylko przez ten mie­siąc jesz­cze są naj­więk­sze, po­tem już nie ma co tam je­chać.

Czuję się ura­żona, bo wy­prze­dziła moją myśl, że kie­dyś tam po­jadę i zo­ba­czę naj­więk­sze gwiazdy na świe­cie.

No, czop, czop, wy­ga­nia mnie, jak pani nie ma ba­dań, to nie ma już co sie­dzieć.

Może cho­ciaż L4?, py­tam z na­dzieją.

No wie pani, ob­ru­sza się le­karka, niech pani po­rząd­nie za­cho­ruje, to bę­dzie pani od­po­czy­wać, a nie tak.

Chcę jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale le­karka pa­trzy już w ekran kom­pu­tera, na któ­rym jako tło usta­wione ma gwiazdy, wiel­kie na cały pul­pit.

Idę do pracy. Na wszelki wy­pa­dek okrężną trasą, żeby dać szansę światu. Może coś się wy­da­rzy po dro­dze. Nie dzieje się nic i nie dzieje się aż do końca drogi, więc ocię­żale do­cie­ram do bramy; strasz­nie mi się dłuży, ostat­nio me­try są ja­kieś więk­sze, trój­wy­mia­rowe i głę­bo­kie, jakby roz­cią­gnięte, bro­dzę w nich i przez to idę bar­dzo po­woli.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki