Stacja: Nowy Świat - Bartek Biedrzycki - ebook
Opis

Wojna wygnała ludzi z Warszawy, zostali tylko ci, którzy zdążyli zejść pod ziemię. Ocaleni w tunelach, na stacjach i podziemnych dworcach wiodą trudny żywot w mroku, zimnie i wilgoci, walcząc o jedzenie i kąt do spania. Na Ursynowie swoją domenę buduje emerytowany kapitan wojska polskiego, pod Wisłą realizuje swoje ambicje kapral-dezerter. Zachowawczy stary wyga i agresywny młody wilk – stołeczna kolej podziemna jest dla nich dwóch za mała, a starcie takich charakterów musi skończyć się wielką wojną. Wojną w tunelach, wojną na peronach, wojną w ruinach wymarłego miasta, gdzie pośród zwiadowców, stalkerów i kobiet-wojowniczek bohaterem może stać się każdy. Nawet mały chłopiec… Poznaj legendę warszawskiego metra, dowiedz się, za co zginął Licznik, czemu Przymierze nazywane jest Ostatnim i dlaczego Madonna Tuneli patronuje właśnie stalkerom!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria Fabryczna Zona:

Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Wektor zagrożenia

Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215

Bartek Biedrzycki – Stacja Nowy Świat

Andriej Lewicki – Łowca z Lasu

6 Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony.

7 Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?

8 Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „Ja jestem” oraz: „Nadszedł czas”. Nie chodźcie za nimi!

9 I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec.

10 Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu.

Prolog

Gówno mnie to obchodzi! – wrzasnął Jurek, aż ją odrzuciło. – Masz natychmiast wziąć Marcinka i iść z nim do metra! Natychmiast – darł się w słuchawce tak, że musiała odsunąć smartfona od ucha. – Słyszysz mnie, Grażyna? W tej chwili! Macie iść na Uniwersytet, bo tam jest najgłębiej, albo możecie na Powiśle, bo tam są podwójne stropy pod tunelem Wisłostrady. Puść mi SMS-a. I tam macie na mnie czekać, ja za kilka godzin was znajdę! – Mąż, kapral z oddziału inżynieryjnego w jednostce na Bystrej, wydzierał się, jakby od tego zależały losy całego świata.

– Dobrze, już dobrze, w porządku. Zjemy śniadanie... – zaczęła, ale jej przerwał. Wiedziała, że nie znosi sprzeciwu, ale tym razem nawet na potakiwanie zareagował nerwowo.

– Gówno nie śniadanie, ubierajcie się i wychodźcie natychmiast! – krzyknął. – Jest wojna, jakbyś przegapiła!

Grażyna zamarła. Opuściła rękę z telefonem, chociaż mąż coś jeszcze wrzeszczał. Potarła czoło dłonią i na chwilę przymknęła ciężkie od snu oczy. Jaka wojna?! Wyjrzała za okno, ale na ulicach ruch był normalny, ludzie chodzili, poranne słońce przebijało się między zabudowaniami. Szum ulicy – jechały samochody, gdzieś dalej zaterkotał dzwonek tramwaju.

– Jeszcze raz, spokojnie, Jurek, opanuj się, jaka wojna? – powiedziała, na powrót podnosząc telefon do ucha.

– Zmobilizowali nas, na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna atomowa, na co ty czekasz, kretynko, bierz naszego syna i chowaj się! Znajdę was najdalej za kilka godzin i lepiej, żebyście siedzieli na Powiślu i czekali, bo inaczej nie wiem, co zrobię! – wrzasnął. W tle słyszała krzyki innych mężczyzn, jakieś dalekie zawodzenie syreny. Dopiero wtedy dotarło do niej, co powiedział mąż.

„Zmobilizowali nas”. „Wojna atomowa”. „Uniwersytet, bo tam jest najgłębiej”...

Rozłączyła się i przerażona rozejrzała po mieszkaniu. W głowie kłębiły się myśli, ale pomogła codzienna poranna rutyna i doświadczenie. W kuchni głośno grało radio.

Mr. Krushchev said we will bury you I don’t subscribe to this point of view It would be such an ignorant thing to do If the Russians love their children too

Rozpoznała frazę muzyczną z Prokofiewa, myśląc o ponurym żarcie losu, że akurat w tej chwili, akurat ten kawałek Sumnera ktoś puszcza w radiu.

How can I save my little boy from Oppenheimer’s deadly toy

– ciągnął Gordon. Grażyna otrząsnęła się z chwilowej zadumy. Szybkim krokiem weszła do pokoju synka, bezceremonialnie obudziła trzylatka i zaczęła ściągać z niego piżamę.

– Nieeeeee – zaprotestował i rozpłakał się, zaskoczony nagłą brutalnością matki. Zaplątał się w bluzie z niebieską lokomotywą i pojękując, poskarżył, że mama ciągnie go za włosy.

– Spokojnie, Marcinek, spokojnie – zmitygowała się i przytuliła małego. – Mam niespodziankę, ale musimy się pośpieszyć, wiesz? Tata do nas dzisiaj przyjedzie!

– Ooooo. – Chłopiec pociągnął nosem i zdarł w końcu z siebie piżamę. W pośpiechu naciągnęła mu podkoszulkę, potem zaczęła nakładać bluzę. – Nieeeee ta! Chcę z Anakinem! – zawołał, odpychając ręce Grażyny. Zacisnęła szczęki, gwałtownie się wyprostowała. Jednym ruchem zrzuciła z półki stertę ubranek.

– Ta?! – zapytała ostro, rozprostowując bluzę z kapturem wyciągniętą z tekstylnego kłębowiska. Malec pokiwał głową. Wystawił rączki, aby wsunąć je w rękawy.

Myśli Grażyny pędziły gorączkowo. Wojna, schrony przeciwatomowe, ukryć się, zabezpieczyć. Zapasowe ciuchy, woda, jedzenie. Rzuciła synkowi dżinsowe spodnie, mimo że zaczynało się upalne lato.

– Nakładaj! – krzyknęła jedynie i nie oglądając się, wybiegła do kuchni. Z leżącej w rogu pod oknem torby wysypała wprost na podłogę rzeczy na siłownię i basen. Wrzuciła do niej kilka małych butelek z wodą, napoczęty bochenek chleba, suszone kabanosy z lodówki, kilka konserw z szafki. Zaglądając w przelocie do Marcinka szarpiącego się z nogawkami, przebiegła do sypialni, tam wyciągnęła z szafy mały pled, dorzuciła na wierzch własny zimowy polar. W pośpiechu zdjęła letnią sukienkę i naciągnęła dżinsy, a na bluzkę z krótkim rękawem flanelową koszulę. Zajrzała do torby i, wiedziona nagłym olśnieniem, pobiegła do łazienki, gdzie ruchem dłoni zgarnęła wszystko, co stało na półce aptecznej – aspiryna, plastry, woda utleniona, waciki.

– Mamo! – zawołał Marcin ze swojego pokoju. – Maaa-mo!

– Już, malutki, jestem, już do ciebie biegnę! – Wpadła do pokoju dziecięcego, rzucając torbę w przedpokoju. – Skarpety wciągaj, mój ty Anakinie.

– Nieeeee teeeee! – wrzasnął chłopiec. – Te z Artuuuuu! – Poczerwieniał na twarzy ze złości. – Co ty, nie wiesz!?

– Tak, wiem. – Zdusiła w ustach przekleństwo i wysypała zawartość szuflady na łóżko. Znalazła ulubione skarpety, bezceremonialnie naciągnęła je synkowi na stopy, zapasową parę wetknęła w kieszeń spodni. Porwała małego i zaniosła do przedpokoju, gdzie założyła mu adidasy.

– Nie te! Sandały chcę!

– Nie dzisiaj! – odwarknęła nerwowo. – Idziemy z tatą na poligon, musisz mieć żołnierskie buty!

– Serio?! – Zrobił wielkie oczy, kiedy porwała go na ręce. Zarzuciła torbę na ramię, trzasnęła drzwiami i odruchowo sprawdzając, czy ma telefon, zamknęła na klucz. Zbiegła po schodach, potykając się i czując, jak panika zaczyna przejmować nad nią kontrolę.

Ulica zalana była ostrym porannym światłem. Budynki rzucały długie, chłodne po nocy cienie, lekki wiatr niósł wilgoć od Wisły. Biegła z dzieckiem w ramionach, mamrocząc coś uspokajająco, w stronę rzeki. Z daleka widziała już błękitne, powyginane w kształt litery M zadaszenie nad wejściem. Potknęła się i zatoczyła, tracąc równowagę, gdy próbowała wystukać na klawiaturze dotykowej SMS do męża. Że jednak Powiśle. Że dadzą radę. Że kochają, czekają, żeby się śpieszył. Ze zdenerwowania udało jej się tylko wklepać nazwę stacji i posłać wiadomość.

Syreny zawyły, kiedy dobiegła do schodów. Powietrze wypełnił przerażająco bliski huk silnika odrzutowego i wielki cień przemknął nad ich głowami. Marcin toczył dookoła oczami, zafascynowany, zaintrygowany i przejęty strachem, którym coraz bardziej emanowała mama. Działo się coś niezwykłego i nie chciał nic z tych wydarzeń uronić.

Kochamy Was, na życie naszych przysięgamy dzieci O ile nie będziecie grzeszyć, do nieba pójdziecie Jak Pan Pancerny dobro czynił, a Ty też zapamiętaj Posłuszny masz być zawsze, nie tylko od święta

Część I – Imperium

Kapral Nowicki

Czerwiec roku Zagłady

Trzy – powiedział i wypalił pojedynczym strzałem do znajdującego się kilka metrów od niego mężczyzny. Równocześnie z hukiem wystrzału rozległy się wrzaski przerażenia, a stłoczeni dotąd ludzie cofnęli się i przypadli do podłogi, gdy spryskał ich deszcz krwi. Martwe ciało głucho rąbnęło o kamienną posadzkę stacji Dworzec Wileński. – Cisza, kurwa, a jak ktoś jeszcze fiknie, to skończy tak samo! – wrzasnął starszy kapral Nowicki, strzelając w sufit. Brzęknął rykoszet, posypał się w dół drobny pył. – Ostrzegałem go, sami to widzieliście. Dałem czas do namysłu, ale teraz żarty się skończyły. Gdyby nie ja, pozwoliłby wam wszystkim zdechnąć jak psom. Jakbyście przegapili, to właśnie toczy się wojna. A na wojnie to wojsko wydaje rozkazy. A ja jestem tu najwyższy stopniem...

Potoczył wzrokiem po stacji. Na wyspowym peronie, przedzielonym centralnym rzędem kolumn, tłoczyło się kilkaset osób. Te bliżej kuliły się przerażone na posadzce, te dalej – nie wiedziały jeszcze, co się stało. Za plecami Nowicki słyszał stukanie ciężkich butów o kamienną podłogę i metaliczne trzaski bezpieczników. Jego oddział, zachęcony tym może niekoniecznym, lecz ze wszech miar pożytecznym pokazem siły, ustawił się w krótką tyralierę. Kapral spojrzał jeszcze raz wzdłuż stacji, przebiegł wzrokiem zdobiący ścianę kolorowy napis z nazwą, wpatrywał się krótko w przeciwległy koniec, gdzie było przejście na stację kolejową.

– Nakazuję natychmiastowe zablokowanie i zabezpieczenie tak, jak to możliwe w obecnej sytuacji, wszystkich wejść. Nikt nie wchodzi. Nikt nie wychodzi. Po tym, co widzieliśmy po drodze, nie wolno nam podjąć tego ryzyka. Kilka kilometrów stąd widzieliśmy ludzi umierających na ulicy, wykrwawiających się na chodniku, zdychających jak psy od bomb, które na nas zrzucono – rzucił w stronę sterroryzowanego tłumu. Doskonale czuł, że ludzie zgromadzeni na stacji już pękli, ale trzeba było to utrwalić, wpoić im pieczołowicie informację, kto tu jest najważniejszy i czyich poleceń mają teraz słuchać. Najłatwiej było to zrobić, ustawiając się w pozycji eksperta i obrońcy. Tam, na górze, trwała wojna, nikt nie wiedział, co się dzieje, spadły bomby, a ludzie ginęli. Ci, którym udało się znaleźć schronienie, będą woleli podporządkować się jemu, niż zaryzykować. Był święcie przekonany, że Dworzec Wileński to zaledwie początek. Stąd ruszą zaraz na zachód, musi odnaleźć Marcinka i żonę. Świat stanął na głowie. Teraz okaże się, kto jest górą. Albo, co w obecnej sytuacji dużo ważniejsze, kto jest dołem... Trzeba było aż wojny, żeby zła passa się odwróciła. To była jego chwila, chociaż jeszcze dobę wcześniej nic tego nie zapowiadało.

Kilkanaście godzin temu ten świat wyglądał całkiem inaczej. Starszy kapral Nowicki ziewnął i poprawił nogi na wyeksploatowanym biurku. Ziewnął ponownie. Miał tego dość. Od kilku dni cała jednostka teoretycznie znajdowała się w stanie podwyższonego pogotowia – w praktyce jedyne, co z tego wynikało, to zakaz wychodzenia do domu po służbie. Gnił teraz przy grzybie jak wielokrotnie wcześniej przez wszystkie te lata i gapił się w pomalowaną na sraczkowaty kolor ścianę, na której, nie do końca prosto, wisiała tablica podoficera dyżurnego, na niej zaś niezastąpiony zestaw instrukcji alarmowych, pouczeń i wyciągów z regulaminu ogólnego. Drzwi na końcu korytarza otworzyły się z hukiem i wytoczył się z nich Karpiński, jeden z pozostałych podoficerów uwięzionych w jednostce. Alarm alarmem, gotowość gotowością, ale oficerowie to sobie do domu zapieprzali co dzień. Ich jakoś nie obowiązywały te same zasady co resztę wojska.

– Ju-urek, kurwa, cho-odź! – wrzasnął tamten, bez wątpienia zdrowo podchmielony.

Nowicki nawet nie drgnął, twardo tkwiąc na miejscu. Pijany kapral mocno chwiejnym krokiem przetoczył przez korytarz i zatrzymał się przy biurku. Podoficera dyżurnego owionął odór trawionego alkoholu. Kapral odłożył na blat czytaną książkę.

– Ży-ywoty... dykta-torów? – tamten wydukał tytuł, przecierając kułakiem przekrwione oczy i próbując zogniskować wzrok. – Ha, ha, będziesz dyktować listy czy co? Jakiś ty dziwny jesteś, Jurek, kurwa. Tego tam czytasz w kółko, tego... Wołoszańskiego, o! A teraz takie...

– Idź w pizdu – warknął Nowicki – bo ci z mordy jedzie jak z murzyńskiej chaty.

– Nie bądź takim jebanym dziobakiem słu-służ-bistą, napij się z nami – wydusił tamten z pewnym trudem.

– Zrób mi przyjemność – starszy kapral Nowicki opuścił nogi z biurka na podłogę – i wypierdalaj z powrotem do izby, bo jak mi wlezie nadzór, to ja będę miał przesrane. Gdzie ty masz, kurwa, bluzę? Mamy jakiś zasrany alarm, zeżrą cię żywcem, jak cię tak złapią pijanego. Pewnie reszta już śpi, co? – Nowicki rozzłościł się nie na żarty.

– Bluza sruza, amba fatima, było i nima – zakpił tamten. – W piździe... mam alarm. – Beknął głośno i zatoczył się.

Jerzy nie wytrzymał i strzelił go w pysk, aż Karpiński bezwładnie zwalił się na podłogę. Kapral zaklął szpetnie i gromkim głosem przywołał dyżurnego szeregowca. Kiedy wreszcie po trzeciej próbie zaspany i wystraszony starszy szeregowy pojawił się, dopinając bluzę mundurową, dostał rozkaz zaciągnąć pijaka z powrotem do izby i wrzucić do łóżka. To przez takie właśnie sytuacje Nowicki szósty rok z rzędu nosił trzy belki na pagonach, bo wszelkie awanse starannie go omijały. Nie żeby miał sobie coś do zarzucenia. Robił to, co wszyscy, i postępował zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem, tylko innym jakoś lepiej szło włażenie w dupę, płaszczenie się i awansowanie przy jednoczesnym unikaniu wpadek, a on ciągle tkwił przy grzybie, czekając, czy nie zadzwoni sztywny telefon.

– Panie kapralu, pan się położy – zaproponował dyżurny, gdy złożył już pijanego podoficera w łóżku – bo ja to i tak już nie usnę, a teraz za chwilę by miała być moja zmiana...

– Dobra. – Nowicki wstał, otrzepał mundur, rozpiął pas, kierując się ku sanitariatom. – Na linię mnie obudź z kwadrans wcześniej.

Żaden z nich nie przeczuwał, że nadchodzący poranek przyniesie duże, naprawdę duże zmiany w życiu nie tylko ich, nie tylko tej zapyziałej jednostki, ale w ogóle wszystkich. Poranna odprawa odbyła się zgodnie z planem i bez wielkich ceregieli. Zblazowany podpułkownik, ziewając dyskretnie, przyjął raporty, w kilku słowach przypomniał o podwyższonej gotowości i nakazał odmaszerować do pododdziałów. Niespełna piętnaście minut później zadzwonił sztywny telefon i rozpętało się piekło. Nowicki, klnąc jak szewc, poderwał na nogi oddział; nie czekając na kadrę oficerską, otworzył magazyn broni i zaczął wydawanie oporządzenia i uzbrojenia. Godzinę później, gdy było już wiadomo, że to nie są ćwiczenia, tylko prawdziwa wojna, zadzwonił do żony i nie patyczkując się za bardzo, kazał jej zabrać synka i uciekać z nim do metra, które wydawało się jedynym zarówno w miarę sensownym, jak i jednocześnie osiągalnym miejscem mogącym posłużyć za tymczasowy schron. O cywilnych i wojskowych schronach i tak mogła tylko pomarzyć, poza tym wcale nie oferowały więcej niż świeżo oddane betonowe jaskinie drugiej linii. Na ewakuację w jakieś lepsze miejsce przyjdzie czas potem. Gdyby coś faktycznie miało uderzyć w polską stolicę, lepsze takie schronienie niż żadne.

Gdy do jednostki dotarli pierwsi porucznicy, Nowicki kończył już wydawanie broni. Cały pododdział, nerwowo dopinający oporządzenie i mundury, a przy tym próbujący wyglądać na jak najmniej skacowanych bądź pijanych (zależnie od intensywności balangi z poprzedniego wieczora), stał niemal w gotowości. Kapral ostatnią w kolejności wezwał własną drużynę. Wydał im odłożony przezornie nowocześniejszy, oficerski sprzęt, lepsze oporządzenie i nie czekając, aż ktoś postanowi cokolwiek sprawdzić, dodatkową broń. Do służbowych glauberytów dorzucił ciepłą ręką dodatkową amunicję, a z blaszanej szafy w rogu wyciągnął kilka wysłużonych, ale nadal cieszących się szacunkiem polskich modyfikacji SWD. Potem wyprowadził całą drużynę przed budynek koszar, skąd zanim ktokolwiek w ogólnym burdelu zdążyłby się zorientować, że ich nie ma „na stanie”, zdezerterowali przez dziurę w płocie za garażami, którą zwykle wychodziło się po alkohol.

– Trzymajcie się mnie, to nie zginiecie – rzucił przez ramię, kiedy wkroczyli na Radzymińską.

– Jurek, czemu my zapierdalamy na piechotę? – zapytał jeden z szeregowych, szybkim krokiem równając się z dowódcą drużyny.

– Świetne pytanie... Bo nie ukradłeś ciężarówki? – Kapral gwałtownie przystanął. Rozejrzał się, potem skoczył na jezdnię, machając gwałtownie rękoma na nadjeżdżającego policyjnego lublina. Rozległ się pisk hamulców i granatowy furgon zatrzymał się tuż przed żołnierzem.

– Co jest? – Posterunkowy wychylił głowę przez okno. – Ruchy, bo ja tu mam pożar w burdelu!

– Wypierdalaj – rzucił krótko Nowicki, podnosząc w górę lufę glauberyta i otwierając drzwi – albo spadaj do tyłu, jeśli ci życie miłe, psie. Cybulski, za kółko. Jedziemy na Wileńską! – zakomenderował.

W rekordowym czasie poniżej minuty cały oddział znalazł się w wozie, a sterroryzowany funkcjonariusz policji próbował określić swoją dalszą rolę w zaistniałej sytuacji. Cybulski ruszył z piskiem opon po Radzymińskiej.

– Jak tu się bomby załącza? – zagadnął zestresowanego policjanta. Tamten bez słowa trzasnął przełącznikiem i przeciągłe zawodzenie syreny rozdarło szum ulicy, a niebieskie błyski zatańczyły na przedniej szybie. Tłoczące się na całej długości ulicy samochody zaczęły cierpliwie i mozolnie zjeżdżać na boki, ustępując radiowozowi, lecz bez specjalnego entuzjazmu. Tu i ówdzie słychać było pojedyncze trąbnięcia klaksonów i narastające wycie syren. Nowicki, siedzący z przodu, włączył radio. Zdążyli usłyszeć tylko słowo „wojna”, kiedy rozległ się narastający huk i ponad miastem przemknęły dwa myśliwce z czerwonymi gwiazdami w niebiesko-białej obwódce, wskazującymi na przynależność do rosyjskich WWS.

– O kurwa, migi – skonstatował jeden z żołnierzy.

– Sraj te migi. – Kierowca wpatrzył się w gwałtownie zbliżającą się kolejną maszynę. – Idą „suki”. I mają prezenty od Dziadka Mroza...

Zatrzymując się wbrew własnej woli w zamierającym korku, jak urzeczeni patrzyli na tandem SU-24, które rozdzieliły się ponad Wisłą. Jeden pomknął na północ od nich, drugi natomiast zrzucił ładunki gdzieś pomiędzy nimi a rzeką i przemknął nad ich głowami z rykiem silników. Wszyscy w furgonie zamarli na kilka sekund. Rozległa się daleka, cicha eksplozja, ale nie zobaczyli ani charakterystycznego grzyba, ani oślepiającego błysku. Nie nadeszła też oczekiwana fala uderzeniowa, która zmiotłaby wszystko z powierzchni ziemi, za to ruch na Radzymińskiej zamarł, a policyjna furgonetka uderzyła w tył gwałtownie hamującego przed nią auta. Z ust dowódcy posypały się przekleństwa. Kierowca staranowanego samochodu wyskoczył na jezdnię, zerknął tylko na nich i rzucił się do ucieczki. Pozostali albo poszli w jego ślady, albo na wyścigi zaczęli trąbić i wyzywać się nawzajem przez otwarte okna.

– Kretynie... – Kapral trzepnął siedzącego za kierownicą żołnierza w potylicę. – Biednemu zawsze wiatr w oczy. Z wozu, ciśniemy dalej z buta! Zostało nam trzy kilometry, zrobimy to biegiem, bo coś czuję, że zaczyna się robić gorąco!

Nie czekając na resztę, Nowicki wyskoczył na chodnik i lawirując między ludźmi oraz porozbijanymi pojazdami, pobiegł wzdłuż ulicy na południowy zachód. Za jego plecami załomotały kroki podwładnych. Zdezorientowany policjant wyszedł przed furgonetkę, oglądając w zadumie zbite reflektory i zastanawiając się, czy uda mu się wytłumaczyć jakoś tę stłuczkę przed szefem parku maszynowego. I czy w ogóle będzie się przed kim tłumaczyć... Niewiele myśląc, wygarnął z samochodu służbową broń, spod siedzenia wyciągnął maskę używaną w przypadku zamieszek i pognał za oddalającymi się żołnierzami.

Drużyna Nowickiego biegła wyciągniętym truchtem wzdłuż ulicy. Nikt o nic nie pytał; byli przyzwyczajeni, że ambitnemu kapralowi czasem odbija szajba. Byli też w większości zbyt leniwi, żeby rozważać tak skomplikowane sprawy jak fakt, że ganiają po mieście samopas, kompletnie ignorując pozostałe ruchy wojska, oraz zastanawiać się nad prostym i narzucającym się w tej sytuacji: co dalej? Nie raz i nie dwa dowódca drużyny każdemu z nich ratował dupę w różnych służbowych, a nierzadko także prywatnych sytuacjach. Przez ostatnie kilka lat zżyli się tak dobrze, że nauczyli się potakiwać głowami bez ponaglania i nie pytać bez wezwania. Toteż kiedy kilka przecznic dalej ujrzeli rozpełzającą się po ulicy ciemną chmurę, nikt nie pytał ani się nie zastanawiał – jak na komendę sięgnęli do toreb i nie zwalniając biegu, naciągnęli na głowy błyszczące, nowiutkie maski MP-5. Nowicki, biegnący na przedzie, jako pierwszy dodatkowo wciągnął podgumowane rękawice. Już chwilę później okazało się to zbawienne. Ulica, przed momentem pełna uciekających, wrzeszczących ludzi, nagle stała się upiornie spokojna. Lekki wiatr od rzeki popychał w ich kierunku rzadką brunatną mgiełkę, której główne ognisko zdawało się być nieco na północ od Radzymińskiej, tam gdzie SU zrzucił swój ładunek.

Całą szerokość ulicy zajmował jakby zatrzymany w stop-klatce gigantyczny karambol. Samochody, poruszające się z niewielką ze względu na poranne godziny szczytu prędkością, nie spiętrzyły się wprawdzie widowiskowo, ale i tak dziesiątki maszyn wszelkich marek i modeli zastygło sczepionych nienaturalnie w długie, krzywe ciągi stali. Tu i ówdzie wył wciśnięty czołem nieprzytomnego lub umierającego kierowcy klakson, miriady kryształków z rozbitych bocznych szyb błyszczały w skośnych promieniach porannego słońca, w niektórych samochodach na przednich szybach rozkwitły karminowe plamy. W błyszczącym srebrnym SUV-ie tuż przy krawężniku cicho i miarowo pracował silnik.

– Co. To. Kurwa. Jest – wychrypiał jeden z szeregowych, podchodząc do leżącego ciała. Schylił się i przykucnął nad kobietą, leżącą twarzą do chodnika. Sięgnął urękawiczoną dłonią i obrócił denatkę na plecy. Ujrzeli fioletowe wybroczyny na twarzy i szyi, usta rozwarte w niemym krzyku, nabiegłe krwią, wywrócone oczy. Odkrytą skórę głowy i rąk pokrywały krwawe wrzody, sączył się z nich płyn. Oddział usłyszał, jak zwiadowcy odbija się, a w chwilę potem żołnierz wymiotuje w maskę. Bełkocząc przekleństwa, ściągnął ją z twarzy.

– Idioto, nie! – wrzasnął Nowicki, ale było już za późno.

Żołnierz, spluwając, wciągnął do płuc haust przesyconego brunatnym oparem powietrza, zakrztusił się i zachwiał, aby po chwili runąć na chodnik. Jego skóra błyskawicznie pokryła się identycznymi podbiegłymi krwią piętnami.

– Biegiem w kierunku metra! – krzyknął Nowicki. – Bliżej Wisły wiatr musiał już rozwiać gaz! – uciął wszelkie możliwe dyskusje.

Nie czekając – mimowolnie odruchowo wstrzymując oddech, gdy z wiatrem nadpływało gęstsze pasmo brunatnej mgły – puścił się znów kłusem na zachód, skacząc ponad leżącymi na chodniku ciałami, omijając samochody, które zjechały z jezdni i zamarły w witrynach sklepowych. Za sobą słyszał równy tupot ciężkich wojskowych butów i stłumione przez filtry masek posapywanie biegnących. Już kilkaset metrów dalej płuca zaczęły palić żywym ogniem, a glauberyt obijał się boleśnie o bok. Taśmy plecaka napchanego szabrowanym wojskowym dobrem uciskały boleśnie ramiona; dawały się we znaki lata zaniedbań na odcinku kultury fizycznej żołnierzy indywidualnych Wojska Polskiego. To nie był leniwy, oszczędny trucht sprawdzianów sprawnościowych ani nagły, absurdalny sprint do nocnego autobusu. To był instynktowny, miarowy bieg, długie kroki istot uciekających przed pewną śmiercią, przed ledwo widzialnym, rozpływającym się w powietrzu zabójczym drapieżnikiem, z którym nie da się walczyć, można jedynie pędzić przed siebie.

Nie zwolnili nawet kroku, gdy brunatne opary w powietrzu zniknęły wraz z trupami ścielącymi się na chodniku; przebiegli pod wiaduktem i kontynuowali ucieczkę wzdłuż Solidarności. Po prawej stronie gmach supermarketu Tesco obejmowały właśnie płomienie. Ogień strzelał w górę, przesuwając się wraz ze słabym wiatrem po płaskim dachu, a gęsty, czarny dym walił w niebo szeroką, lekko pochyloną kolumną. Sam budynek nie wyglądał na uszkodzony ani trafiony czy to bombą, czy pociskiem artyleryjskim, pożar musiał więc być wynikiem paniki lub zaniedbania spowodowanego niecodzienną sytuacją. Żaden z żołnierzy nie obejrzał się za siebie ani nie poświęcił płonącemu marketowi więcej niż przelotne spojrzenie. W kwadrans od porzucenia policyjnej furgonetki drużyna kaprala Nowickiego wraz z dodatkowym członkiem w postaci policjanta zbiegała po schodach na stację Dworzec Wileński.

Na dole kłębił się tłum. W połowie peronu stał zatrzymany awaryjnie pociąg z centrum. Wystraszona, skołowana ciżba ludzka tłoczyła się w mdłym świetle awaryjnego zasilania między kolumnami podtrzymującymi strop. Kilkoro dzieci w pobliżu płakało, z boku dobiegały słowa głośno, żarliwie odmawianej modlitwy, dalej sypały się nieprzerwanym poetyckim potokiem najbardziej warszawskie z przekleństw. Pojawienie się na schodach grupy żołnierzy w maskach przeciwgazowych wywołało skrajne reakcje – część potraktowała ich jak zbawienie, znak porządku i opanowania sytuacji, dla innych widok uzbrojonych mężczyzn był dodatkowym źródłem paniki, dowodem na to, że stało się najgorsze. Nowicki rozejrzał się, zobaczył technika, stojącego bezradnie przy czole zatrzymanego pociągu. Przywołał go gestem ręki i nakazał natychmiastowe zamknięcie drzwi i zabezpieczenie stacji. Kilka zdań opisujących sytuację na Radzymińskiej wystarczyło za wszelką rekomendację w kwestii wypełniania poleceń wojska bez zbędnych dyskusji. Oddział przemaszerował przez stację, wzbudzając entuzjastyczną radość wśród części spośród obecnych ludzi i histeryczny szloch u innych.

U stóp przeciwległych schodów natknęli się na dyżurnego stacji. W świeżym granatowym mundurze stał pośród przerażonego ludzkiego mrowiska, jakby na nich czekał. Dłonią wygładził równy, błyszczący wąs.

– Czego tu, żołdacka hołoto? – krzyknął ostro. – Wszyscy stać, bez mojego polecenia nie ważcie się nic zrobić – wrzasnął na ludzi w błyszczących jeszcze nowością szarych uniformach warszawskiego metra.

– Zamykaj stację, zanim zwali nam się tu na łeb całe stado zdychających na nie wiadomo jakie choroby uciekinierów, którzy nas stratują, a za nimi przyjdzie gaz – rzucił Nowicki, z trudem puszczając obelgę mimo uszu. Żołnierze mieli w tym kraju ciężki żywot. Albo bohaterscy obrońcy, albo najeźdźcy, zależnie od noszonego munduru, potrafili budzić skrajne emocje. Kapral stwierdził, że nie czas na subtelności. Jego własnymi rękami wykuwana była właśnie przyszłość. – Jest wojna, w czasie wojny dowodzi wojsko – dodał, jakby to miało wszystko wyjaśnić. W jego opinii zresztą tak właśnie było.

– W dupę mnie całuj. Mam gdzieś całą tę waszą wojnę, szmondaki. Nikogo nie zostawię za drzwiami i nic nie będę zamykał – odgryzł się cywil, stając w rozkroku i krzyżując ramiona, jakby chciał powiedzieć „nie przejdziecie”. – Kto chce, ma prawo się schronić na mojej stacji i nic wam do tego, sołdaty jedne. Przestań wymachiwać szabelką, kapralino, albo sam za chwilę wylecisz za drzwi.

Nowicki zacisnął zęby, aż mięśnie szczęk napięły się jak dwa guzy. Sięgnął za plecy po peem, pociągnął go ku przodowi i zaczął okrążać granatowego bokiem. Zrobił krok w przód i stanął na schodach wyżej od dyżurnego stacji.

– Zamykaj. Stację – wycedził przez zaciśnięte zęby. Tamten spojrzał na niego niewzruszony. – Zamykaj, bo inaczej wszyscy zdechniemy, a tak przynajmniej część z nas ma szansę się uratować!

Wśród ludzi odezwały się nerwowe głosy. Żołnierz z satysfakcją stwierdził, że niektóre były głosami poparcia pod jego adresem.

– W dupę mnie pocałuj, zasrany taśmo – rzucił dyżurny stacji falową obelgą, jaką szeregowcy zachowywali w czasach przymusowego poboru dla podoficerów, tym samym dając do zrozumienia, że może i jest teraz cywilem, ale świat za koszarowym murem nie jest mu bynajmniej obcy. – Nie do ciebie należy ocena, kto ma prawo żyć, a kto tylko zdechnąć na ulicy. Nie wiem, co się tam dzieje, wierzę, że widziałeś więcej tego burdelu niż ja, ale nie będziesz mi się tu rządził. Po moim trupie. – Wycelował w pierś kaprala palcem, a potem wolno, teatralnym gestem zacisnął dłoń w pięść.

– W takim razie, praworządny samarytaninie, masz trzy sekundy, żeby pójść po rozum do głowy – piskliwym od adrenaliny głosem powiedział starszy kapral wojsk lądowych Jerzy Nowicki, odbezpieczając pistolet maszynowy. Kciukiem lewej ręki przesunął bezpiecznik w pozycję ognia pojedynczego. Odblaski mdłych, żółtych świateł awaryjnych zagrały na metalu lufy.

Tłum skonsternowany cofnął się o kilka kroków, zbijając ciaśniej i tworząc wokół kłócących się mężczyzn zwarty krąg, niczym ring w nielegalnej walce bokserskiej.

– Raz – powiedział Nowicki głośno, mierząc tamtego wzrokiem.

Ludzie na stacji zastygli na moment w ciszy, obserwując konfrontację cywila z żołnierzem.

– Dwa.

Za kapralem rozstawiali się tyralierą żołnierze z oddziału. Policjant rozejrzał się nerwowo i zajął wraz z nimi miejsce w szeregu. Wszyscy odbezpieczali broń, pistolety maszynowe i karabinki wyborowe. Dyżurny stacji trwał niewzruszony, z rękami założonymi na piersi i sardonicznym uśmiechem pod wyszczotkowanym wąsem.

– Trzy – powiedział Nowicki. To była próba sił i ich przyszła równowaga ustalała się właśnie teraz. Ten cholerny wąsaty sobiepanek uosabiał wszystko, czego kapral nie cierpiał: pewność siebie, dumę, a jednocześnie wierność swoim przekonaniom i wiarę w ich słuszność. To nie była już wyłącznie kwestia osobista.

Spojrzał na tłum, który musiał go usłuchać i musiał go zaakceptować w roli lidera, jeżeli wszystko miało się potoczyć zgodnie z jego oczekiwaniami. Potem spojrzał w hardą i zaciętą twarz cywila w granatowym mundurze.

I pociągnął za spust. Echo wystrzału utonęło w panicznych wrzaskach zgromadzonych na stacji ludzi.

W ciemność

Lipiec roku Zagłady

Szli po ciemku, ostrożnie stawiając kroki między szynami. Latarki na broni wyglądały może świetnie w filmach, sprawdzały się także, i owszem, w akcjach wojskowych, ale kiedy próbujesz oświetlić sobie drogę czymś, co ma ponad czterdzieści centymetrów i jakieś trzy kilo wagi, okazuje się, że to nie jest taki znakomity pomysł. Policjant jako jedyny miał przy sobie zwykłą czołową latarkę z diodami LED, więc szedł na przedzie. Po części także dlatego, że Nowicki wolał go mieć przed lufą niż za plecami. Chociaż glina bez wahania wziął ich stronę, nie był sprawdzonym i godnym zaufania współpracownikiem.

Wyruszyli, gdy tylko udało się zapanować nad sytuacją na Dworcu Wileńskim, co mimo szokującej i unieważniającej wszelkie próby oporu demonstracji siły i gotowości do działania ze strony starszego kaprala nie było proste. Musieli zostawić trzech ludzi do pilnowania wejść na stację i cywilów zagonionych do budowy prowizorycznych, tymczasowych barykad, które odcięłyby metro od powierzchni i zapewniły ochronę przed wtargnięciem z zewnątrz. Opanowanie sytuacji zajęło kilka godzin, o tyle trudnych, że główne wejścia na stację trzeba było zwyczajnie obstawić ludźmi z bronią i kontrolować każdego, kto wchodził. A chętnych było wielu, chociaż nie tak wielu, jak można by się spodziewać w dwumilionowym mieście.

Wreszcie jednak budowa tymczasowych barykad ruszyła pełną parą. Do ich tworzenia wykorzystano elementy stacji, metalowe drzwi, tablice informacyjne – wszystko, co można było bez pomocy specjalistycznych narzędzi wyrwać i przenieść w odpowiednie miejsce. Kiedy ten problem został już rozwiązany, Nowicki wyznaczył nadzorców-wartowników, strzegących zarówno bezpieczeństwa ludzi, jak i pilnujących nowego ładu. W pełnej gotowości, z bronią i zaciętym, pewnym siebie spojrzeniem, niezbicie dowodzili, że nieobecność krzykliwego dowódcy to rzecz przejściowa i nie należy poświęcać jej zbyt wiele uwagi. Ludzie, przerażeni wydarzeniami na powierzchni i sterroryzowani śmiercią dyżurnego, nieostrożnego na tyle, by przeciwstawić się tym, którzy sami siebie obwołali wybawcami, pracowali bez szemrania, sumiennie, próbując w otaczającym szaleństwie znaleźć metodę na zachowanie zdrowych zmysłów.

Tymczasem Nowicki z pozostałą piątką metodycznie i powoli posuwał się tunelem szlakowym, zmierzając na południe, w kierunku stacji Stadion Narodowy. I chociaż dezerterzy błogosławili posiadanie modyfikowanych glauberytów wyposażonych w picatinny, do których podczepili latarki taktyczne, to posługiwanie się takim zestawem nie należało do wygodnych. Żaden jednak nie pisnął ani słowem, nie chcąc sprzeciwiać się kapralowi. Żarty się skończyły. Do tej pory mógł być, owszem, pieniaczem, awanturnikiem, czasem gburem, trochę moczymordą, a trochę opryskliwym gnojkiem, ale w gruncie rzeczy nie odbiegał od armijnych standardów podoficera. Był też w sumie porządnym i, na ile to możliwe, uczciwym facetem, kolegą, na którym można było polegać, sprawdzonym dowódcą. Aż do tego feralnego dnia, gdy na oczach wszystkich spokojnie i z zimną krwią zastrzelił cywila tylko dlatego, że tamten odważył mu się sprzeciwić. Żołnierze co prawda zareagowali na cały ten burdel dużo spokojniej niż przeciętni obywatele, ale w obecnej chwili żaden nie był gotów postawić się dowódcy czy choćby uchybić mu sugestią sprzeciwu, za jaką poczytane mogłoby być odpięcie latarki od STANAG-u i świecenie nią tak zwyczajnie, po cywilnemu, z ręki...

– Mamy problem – rozległ się z przodu głos policjanta. Omiótł ich snop światła, gdy przewodnik spojrzał do tyłu.

– Co znowu?! – warknął kapral. Postąpił ostrożny krok naprzód, stawiając stopy na betonowym leżu torowiska.

– To znowu – odparł lakonicznie funkcjonariusz i obrócił głowę w kierunku marszu. Ostre, białe światło wydobyło z mroku tył składu metra, wypełniającego skrajnię tunelu. Przed nimi stała duma i chwała drugiej linii warszawskiego metra, charakterystycznie, trapezoidalnie skoszone czoło inspiro z białymi pionowymi elementami i czarną szybą.

– I co z tego? – zagadnął z tyłu Cybulski. – Tu jest chodniczek, przeciśniemy się po prostu bokiem.

– Chujem – odparł Nowicki. Odbezpieczył automat i bez ostrzeżenia puścił krótką serię po szybie.

Szkło rozprysło się na boki, refleksy świetlne zatańczyły w hartowanych kryształkach, kiedy policjant uchylił się, zasłaniając rękoma. Łoskot wystrzałów w ciasnym tunelu niemal ogłuszył żołnierzy. Echo odbiło się od ścian i od czoła pociągu i uciekło w głąb korytarza.

– Środkiem – dorzucił kapral, kiedy echo strzałów już ucichło. Postawił stopę na buforze, podciągnął się i przełożył nogę przez krawędź okna. Uniósł broń jak do strzału, z konsolety przeszedł na fotel i zeskoczył na podłogę kabiny maszynisty. – Ruszać dupy, na co czekacie, na zaproszenie? – krzyknął, nie oglądając się za siebie. Szarpnął klamkę w drzwiach, ale były zamknięte. Niewiele myśląc, strzelił w zamek. Pocisk odbił się i zrykoszetował, tłukąc boczną szybę. Drzwi stanęły otworem. Kopnął je lekko, aż otworzyły się na całą szerokość. Uniósł lufę, świecąc zamontowaną na broni latarką. Za plecami słyszał resztę oddziału, ładującą się do pociągu. Przed nim rozciągał się pusty przedział pasażerski. Omiótł go światłem latarki i postąpił krok naprzód. W chwilę później dołączyli do niego pozostali. W milczeniu szli wolno przez pociąg, a stukot butów odbijał się echem we wnętrzu mrocznego, cichego składu.

– O chuj tu chodzi? – rzucił z tyłu jeden z żołnierzy, przerywając upiorną ciszę. – Gdzie się podziali wszyscy?

Oddział wzdrygnął się na dźwięk głosu, który w pustce składu zabrzmiał złowieszczo. Wszyscy zamarli, a cisza zadzwoniła im w uszach tym upiorniej. Dowódca zaszurał butem po podłodze pociągu.

– A kogo to? – rzucił przez ramię, chociaż jakby z nieco mniejszą werwą niż wtedy, gdy przed chwilą poganiał ich w kabinie maszynisty.

Ktoś nerwowo zakaszlał. W świetle latarek majaczyło przed nimi wnętrze pociągu – puste, czyste, nienaturalnie spokojne. Snopy światła wydobywały z otaczającego mroku fotele, uchwyty, martwe tablice elektroniczne, nalepki informacyjne. Ani śladu ludzi. Żadnego papierka, pozostawionej torebki, zapomnianej książki. W pociągu nie było nic, co wskazywałoby na niedawną obecność pasażerów – żadnych śladów na podłodze, ścianach czy drzwiach. Nawet szyby odbijające nerwowe, przyczajone sylwetki wydawały się sterylnie czyste, jakby prosto z myjni.

Gdzieś w oddali w tunelu zawył przeciąg. Podmuch przetoczył się wzdłuż martwego składu, wprawiając go w lekkie drżenie, które wyraźnie wyczuli pod podeszwami ciężkich wojskowych butów. Nowicki chrząknął nerwowo.

– Idziemy, kurwa, to jest tylko zwykły pociąg. Pewnie podstawiali skład serwisowy czy coś i dlatego jechał na pusto. Nie ma tu co szukać mózgu w dupie.

Ruszył naprzód, świadom tego, że reszta żołnierzy patrzy za nim i czeka na jego reakcję. Po chwili usłyszał za sobą ich kroki. Szedł prosto, środkiem pociągu, nie rozglądając się na boki. W przyprawiającej o zawrót głowy ciszy parł powoli, mając wrażenie, że powietrze wokół gęstnieje jak wata, robi się duszne; zdawało mu się, że coraz trudniej jest je wciągnąć w płuca. Usłyszał, jak zmienił się odgłos kroków żołnierzy, kiedy w ślad za nim przeszli przez pierwszy przegub. Wątłe echa zamierały we wnętrzu pustego składu nienaturalnie szybko, dźwięk zdawał się zanikać, wsiąkać w ściany, obicia siedzeń i okładzinę podłogi. Kiedy doszli do połowy składu, Nowicki poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku, jakby nieznana, zakryta przed ludzkim wzrokiem groza czaiła się gdzieś przed nimi, w gęstym mroku, ledwo rozgarnianym snopami światła z ich latarek. Wziął głęboki oddech i na moment zatrzymał powietrze w płucach, potem ruszył szybciej, jakby rzucał się w zimną wodę w upalny dzień, oczekując szoku, jaki przyniesie różnica temperatur.

Krok za krokiem wędrowali przez upiorny pociąg, zbliżając się do czoła składu. Plama ostrego, elektrycznego światła wydobyła z ciemności koniec przedziału pasażerskiego i przed sobą, zadziwiająco daleko, ujrzeli drzwi do kabiny maszynisty. Nowicki przyspieszył, usłyszał też cięższe, szybsze kroki swoich podkomendnych, jakby widok celu dodał im sił. Szyby zadrżały wprawione w wibrację kolejnym podmuchem przeciągu szalejącego w tunelach szlakowych. Gdzieś na dachu zadzwoniły krótko, jakby nerwowo blachy poszycia, lecz dźwięk umilkł równie nagle, jakby speszony samym swoim istnieniem, naruszającym nienaturalną ciszę podziemnej trasy. Nowicki poczuł gęsią skórkę na rękach, na skórze niezasłoniętej rękawicami poczuł dotknięcie zimna, niemal mrozu. Wypuścił powietrze przez nos i zobaczył wątły, rozwiewający się zaraz w niestałym, roztańczonym świetle obłoczek pary. Zacisnął zęby, aż mięśnie szczęk napięły się do bólu. Miał wrażenie, że ostatnie kilkanaście metrów dzielących go od drzwi kabiny brodził w gęstym szlamie. Nieznana groza paraliżowała ruchy, ściskała klatkę piersiową, wytłaczając lodowate powietrze z płuc.

Sięgnął do ściany, a potem obrócił się i ciężko wsparł o nią plecami. Spojrzał na oddział – żołnierze byli bladzi, źrenice rozszerzone niepojętą grozą odbijały światło latarek, dłonie kurczowo zaciskali na rękojeściach broni. Głęboko wciągnął w płuca lodowate powietrze, czując ukłucia mrozu drażniące błonę śluzową nosa. Ruchem głowy pokazał najbliższemu z szeregowych drzwi do kabiny maszynistów. Ten zrobił krok w przód, chwycił klamkę i pchnął drzwi. Rozległ się szczęk, ale nie ustąpiły.

– Zamknięte – zameldował bezmyślnie, jakby nikt nie miał szansy sam się tego domyślić.

– To je, kurwa, otwórz – wycedził kapral, patrząc na podkomendnego niemal z nienawiścią.

Tamten cofnął się o krok i kopniakiem wyłamał zamek. Drzwi poleciały do wnętrza, uderzyły o coś metalicznie i trzasnęły znów o framugę.

– Do środka! – wrzasnął Nowicki, bo puściły mu wreszcie nerwy. Szeregowiec drgnął jak smagnięty batem, natarł ramieniem na drzwi i wpadł do kabiny, chaotycznie świecąc latarką po wnętrzu.

– Słodki Jezu... – usłyszeli jego jęk, a potem chłopak wypadł na zewnątrz i zwymiotował na podłogę. Nie czekając, Nowicki wsunął do kabiny lufę i zajrzał, przekraczając próg.

Wnętrze było dosłownie zbryzgane krwią. Szyby, konsoletę sterującą, ściany, sufit, fotel, podłogę – dosłownie wszystko pokrywała cienka warstewka zakrzepłej, ciemniejącej krwi. To nie był pojedynczy rozbryzg ani fontanna z tętniczego krwotoku. Kabina maszynisty wyglądała, jakby ktoś pieczołowicie spryskał ją krwią albo czymś, co na krew wyglądało. Każdy fragment wnętrza, wszystkie powierzchnie pokrywała warstwa brunatniejących bryzgów, miejscami gęstsza, a miejscami, zupełnie bez wzoru, wyglądająca jak gęste sito drobniutkich kropelek, które zastygły przylepione do podłoża.

– Co to ma, kurwa, być? – Kapral wycofał się z kabiny, tocząc nierozumiejącym wzrokiem po żołnierzach. Policjant wyminął go i wsadził głowę do środka, świecąc ręczną latarką i rozglądając się na wszystkie strony.

– Różne ja rzeczy w życiu i na służbie widziałem. Najróżniejsze – powiedział przez ramię. – Ale takiego burdelu to nie miałem okazji jeszcze nigdy widzieć, tyle wam powiem...

Cofnął się do przedziału i bezradnie spojrzał na pozostałych.

– Jakby mnie ktoś pytał, to tam wybuchł zbiornik z krwią. Bo nie ma nigdzie ciała, ani nawet żadnych fragmentów denata, a jakby tam miał wybuchnąć człowiek, toby musiało cokolwiek zostać.

– Co ty pierdolisz?! – nie wytrzymał Nowicki. Odepchnął policjanta na bok, wszedł do kabiny, odbezpieczył broń i długą, przeciągniętą serią przestrzelił przednią szybę. Kryształki szkła posypały się na podłogę i na zewnątrz, na tory, przy akompaniamencie ogłuszającego huku wystrzałów. Nie czekając na resztę, przesunął karabinek na plecy, uchwycił się dłonią ramy okna i wspiąwszy na konsoletę, przeskoczył prosto w ciemność, na torowisko. – Ruchy, zasrańce niedopchnięte, bo zaraz się tam obesracie ze strachu – warknął, nie oglądając się za siebie. Ostro ruszył naprzód, wyciągając nogi i o mało co nie potykając się o mocowania szyn. Adrenalina szumiała mu w głowie, przed oczami migotały powidoki, ale oddech już się uspokajał. Za plecami usłyszał stukot ciężkich butów po betonie, kiedy drużyna zaczęła go doganiać w pustym, wypełnionym echami wnętrzu tunelu.

W kilka minut później zostawili skład daleko za plecami i nie oglądając się na nic, nie rozmawiając i nie rozglądając niepotrzebnie na boki, zmierzali w kierunku stacji Stadion Narodowy.

– Co to było, do cholery? – zapytał policjant, nie kierując pytania do nikogo konkretnego.

– Nie wiem, glino – odwarknął Nowicki. – I nie wiem, jak jest u was, w psiarni, ale w wojsku nie zadaje się niepotrzebnie głupich pytań. W ogóle żadnych pytań podwładni nie zadają niewezwani, bo od tego są wyłącznie przełożeni...

– Nie wiem, jak jest u was, w armii, ale ja służę w policji – odciął się tamten.

Kapral zatrzymał się w pół kroku i obrócił ku niemu twarzą.

– Na twoim miejscu nie próbowałbym za bardzo pyskować, psie – zaczął, unosząc lekko lufę broni, ale Cybulski przerwał mu gestem dłoni.

– Chwila! Słuchajcie! – powiedział.

Nadstawili uszu, łowiąc dalekie echo. Tunelem, od strony stacji, ku której zmierzali, niósł się śpiew. Albo przynajmniej jakieś melodyjne pokrzykiwanie.

– Co to ma być, do ciężkiej cholery?! – zaciekawił się któryś.

Dowódca krótkim rozkazem uciął dalsze domysły i popędził ich do marszu. Już wkrótce wyraźnie słyszeli niosącą się tunelem pieśń, która nie pozostawiała raczej wątpliwości co do wykonawców.

Po boisku biega świnia, Wysiadamy – to już Gdynia! To nie świnia, to arkowiec. Wykopiemy mu grobowiec!

W głębi tunelu błysnęło przytłumione, czerwonawe światło, rzucające na betonowe tubingi pełzające, chybotliwe odblaski.

– No nie mogę – roześmiał się Cybulski. – Ani chybi jacyś miejscowi kibole!

– A kogo się spodziewałeś na Stadionie Narodowym? Wykładowców z polibudy? – zapytał któryś z żołnierzy.

Cybulski zbył go krótkim prychnięciem. Wydłużyli krok. Wkrótce zobaczyli wyraźniej wylot tunelu na stację. Światło tańczyło po ścianach, chwiało się i skakało, rzucając długie, roztańczone cienie. Na płycie peronu płonęło ognisko, a jego płomienie oświetlały sporą grupkę postaci siedzących i stojących dookoła. Z gardeł zgromadzonych wyrywały się namiętne, pełne pasji wersy piłkarskiej poezji zaangażowanej.

Wisełka Kraków! To hańba wszystkich Polaków!

Nowicki zaśmiał się sardonicznie, wkraczając w obszar oświetlony przez ogień. Wokół ogniska zgromadził się spory, barwny tłum. Ubrani w różnokolorowe bluzy dresowe, z klubowymi szalikami pieczołowicie zawiązanymi wokół szyj lub przerzuconymi z klasą przez szerokie, rozrośnięte ramiona, peron zajmowali rasowi pseudokibice zadymiarze. We wnętrzu kręgu płonęło coś, co wyglądało jak stacyjna ławka. Lakierowane drewno co prawda trzaskało, sypało iskrami i kopciło śmierdzącym, burym dymem, ale wbrew wymogom, przepisom i oczekiwaniom budowniczych metra paliło się świetnie.

– Co to ma być, kurwa? – Jeden z kiboli odwrócił się w kierunku oddziału. Pozostali jak smagnięci biczem poderwali się na nogi, chwytając w ręce rozmaite elementy uzbrojenia – długie, lakierowane kije baseballowe, kawałki metalowych rurek, rozkładane stalowe pałki teleskopowe.

– Ej, patrzajta, kurwa, jakie tu żołdaki wylazły z tuneli! – ryknął ten, który zareagował pierwszy. Był potężnej postury, nie tylko wysoki, ale też chorobliwie rozrośnięty w barach. Monstrualne barki i ledwo opięte siatkową koszulką ramiona ściągała ku sobie szeroka jak lodowiec klatka piersiowa, na której pod cienkim materiałem grały wielgachne, nienaturalnie przerośnięte mięśnie. Ręce monstrum sterczały na boki pod kątem, choćby chciał, nie przycisnąłby ich do ciała, bo masywne bicepsy świadczyły, że w przerwach między meczami bynajmniej nie zaniedbywał ani codziennej obowiązkowej porcji potu na siłce, ani tym bardziej godziwej porcji odżywek na budowanie masy. Przekręcił w bok głowę, aż trzasnęły kręgi. – Czego tu, kurwa, żołnierzyki ołowiane? – zapytał zaczepnie, uderzając trzymaną w ręce metalową rurką metrowej długości o otwartą dłoń. Obrócił się przodem do przybyszów, przyjmując pełną napięcia postawę, jakby szykował się do konfrontacji.

– Jestem dowódcą polskich sił zbrojnych w podziemiu. Polska jest aktualnie w stanie wojny, a moje rozkazy są jedynym obowiązującym prawem – skwapliwie wyjaśnił kapral, unosząc broń do pozycji bojowej.

– Dla mnie to se, kurwa, możesz być nawet Imperatorem Palp... Papla... A chuj z nazwą, możesz se być tym pomarszczonym staruchem ze „Star Treka”, co rzucał piorunami, ty żołdacka hołoto! – butnie i bez cienia wahania odparł kibol. – Nie bratam się z mundurowymi, a tym bardziej z jebanymi psami! – Rurką wskazał na policjanta.

– Polecam jednak tym razem zmienić przyzwyczajenia. – Kapral podszedł kilka kroków do przodu, zmniejszając dystans.

– Pieluchę se zmień. Taran, Bolec, Lewar – prowodyr ruchem głowy wskazał na żołnierzy – pokażcie tym pokurczom, kto tu rządzi.

Z tłumu wynurzyło się trzech osiłków, masą i groteskowością dorównujących swojemu liderowi. Postąpili krok naprzód, ale zatrzymali się równie gwałtownie, kiedy szczęknęły przeładowywane karabinki.

– Doceniam ludzi, którzy potrafią sobie zapewnić właściwy posłuch. – Nowicki zbliżył się do najważniejszego z kiboli. – Doceniam też tych, co nie są idiotami i wiedzą, że przeciw pistoletom maszynowym tymi waszymi maczetami gówno wskóracie. Jak ty się, synek, nazywasz?

– Chuj jestem, a nie synek – odwarknął tamten. Przez tłum za jego plecami przebiegł nikły śmiech, kiedy część co bystrzejszych kibiców połapała się w niezamierzonym lapsusie prowodyra. – Mówią na mnie Dziki...

– To nawet pasuje. – Kapral opuścił lufę, lecz jego oddział stał nadal z pistoletami wycelowanymi w tłum. – I wiesz co, Dziki? Mam dla ciebie propozycję.

– Zamieniam się w uszy – rzucił tamten z przekąsem.

– Widzę, że sobie tu nieźle radzicie. Mnie trzeba teraz takich ludzi jak wy, twardych kolesi na twarde czasy. Silnych, sprawnych i gotowych do zadbania o ten kraj. Kochasz ojczyznę?

– Poooolska! – zawył Dziki.

– Biaaaało-czerwooooni! – dołączyła do niego reszta.

– No to mamy jasność. Zostaniecie moją armią. Nowym, podziemnym polskim wojskiem, które zadba o porządek i ład, póki świat nie wróci do normy. Co wy na to?

Wśród kibiców zapadła cisza. Czekali na decyzję lidera.

– Komu ty, kurwa, kibicujesz, tak w ogóle? – zapytał tamten niespodziewanie. Nowicki jednak nie dał zbić się z tropu.

– Nie ma Polonii w Warszawie – rzucił jakby od niechcenia, przyglądając się szalikom i dresom w barwach klubowych.

– I jebać Widzew – dorzucił któryś z tłumu.

– To jak? Przyjmujecie moją ofertę? – W roztańczonym, pełzającym mroku kapral wpatrywał się w twarze kiboli, daremnie próbując zsumować setkę IQ z tego, co mieli tam wypisane.

– Niech ci będzie. A kto ty w ogóle, kurwa, jesteś?

– Możesz mi mówić „Imperator”. Spodobał mi się ten twój pomysł, synek – odparł Nowicki. – Posiedziałbym z wami, ale nie mam czasu na pierdoły, bo mam parę innych spraw do załatwienia. Niniejszym więc mianuję cię... jak ci było?

– Dziki. – Tamten wyszczerzył się w uśmiechu.

– A więc, Dziki, mianuję cię generałem podziemnej armii Imperium. Generałem... – Nowicki zastanowił się przez moment – Armii Eksploracyjnej. Jutro pewnie będę wracał i chciałbym zobaczyć, że wziąłeś się porządnie do roboty. – Poklepał chuligana protekcjonalnie po plecach.

– Znaczy, kurwa... co? – Dziki podrapał się po ogolonym na łyso łbie. – Wojsko mam tu robić? Czy, kurwa, jak?

– No jakbyś, kurwa, zgadł – dobrodusznie potwierdził Nowicki. – Weź swoich chłopców i poorganizuj ich w oddziały jakieś czy coś. Wyjścia na powierzchnię jakoś ładnie zabezpieczcie. Jak się to wszystko trochę uspokoi, to dostaniecie broń. A na razie masz to, jako mój imperialny generał.

Wyciągnął z plecaka wysłużony P-83 z kaburą i wręczył Dzikiemu tak, aby fakt ten nie umknął niczyjej uwadze. Potem odpiął przytroczony do klapy hełm i podał mu także. Przez tłum chuliganów przebiegł pomruk uznania.

– No to ja cię tu naznaczam, Dziki, na placówkę! Widzimy się jutro. Oddział! – wrzasnął popisowo. – Wymarsz!

Nie czekając na resztę, ruszył w kierunku zachodniego krańca tunelu. Natarczywe pytania sypiące się ze wszystkich stron zbywał gestami dłoni. Nie miał teraz czasu na konwersacje. Co ten matoł powiedział? Imperator?

Imperator. Imperium.

Kapral Nowicki bawił się tym słowem. Brzmiało pięknie. To był godny pomysł. Tysiącletnie imperium polskie, odrodzone pod jego rządami, bezpieczny dom pod ruinami miasta, porządek i spokój po wojnie, ciepło, światło i jedzenie dla każdego. Tak, to z pewnością było marzenie, o które warto powalczyć. Dla Grażyny, dla Marcinka, dla siebie. Oczyma wyobraźni zobaczył, jak stoi na podium, a u jego stóp tłum skanduje jego imię i wiwatuje na jego cześć.

Otrząsnął się z zamyślenia, gdy stacja się skończyła i weszli w tunel. Parli naprzód w ciemnościach rozjaśnianych latarkami, unosząc głowy, aby wyglądać świateł stacji Powiśle, a potem opuszczając je, aby znów patrzeć pod nogi. Tym razem w tunelu nie natrafili już na niespodzianki – żadnych widmowych pociągów, żadnych ludzi. Jedynie odgłosy spadających kropel i odblaski światła w plamach wilgoci na betonowych tubingach. Jednak mimo to marsz trwał długo – nie tylko wspinali się w górę, spod Wisły ku skarpie warszawskiej, lecz też wędrowali najdłuższym tunelem drugiej linii stołecznego metra. Kiedy więc na jego końcu zamajaczyły światła, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Z chodnika serwisowego ciągnącego się wzdłuż tunelu wkroczyli na teren techniczny stacji, a stamtąd szybko dotarli na peron i weszli pomiędzy podwójną kolumnadę, oddzielającą płytę peronu od torowisk. Pojawienie się oddziału wojska wywołało większe nawet poruszenie niż na poprzedniej stacji. Tłum tłoczył się, przepychając ku przybyszom, zasypując pytaniami, domagając się informacji.

– Nie czas teraz na to! – powiedział Nowicki, stając na środku, otoczony kręgiem ludzi. – Zawołajcie natychmiast dyżurnego stacji i patrol policji, jeżeli jest na miejscu. Jestem przedstawicielem władz polskich w czasie wojny i jestem tu po to, żeby was ocalić. Polska trwa już ponad tysiąc lat. Przetrwaliśmy Szwedów, zabory, dwie wojny i radziecką okupację, przetrwamy i tę nową wojnę. Proszę się nie martwić!

Rozejrzał się wokoło.

– Czy wśród was jest Marcin Nowicki i jego mama, Grażyna? – zapytał. Szmer przebiegł przez tłum, ludzie podawali sobie nazwisko z ust do ust. Gdzieś daleko rozległ się okrzyk radości. Tłum zafalował, jakby ktoś wrzucił kamień do wody. Ludzie rozstąpili się i Nowicki ujrzał małego, trzyletniego chłopca biegnącego ku niemu i śmiejącego się radośnie. Opadł na jedno kolano, upuścił karabin na kamienną posadzkę i wyciągnął szeroko ramiona.

Kiedy synek wpadł w jego objęcia i zaczął go ściskać za szyję, zasypując urywkami straszliwych opowieści o wydarzeniach ostatnich godzin, kapral Nowicki rozpłakał się. Wielkimi, rzewnymi łzami. Płakał, nie wiedząc jeszcze, że przez wiele kolejnych lat nie zapłacze ponownie, a jego syn śmiał się radośnie.

Tak mówi prawo

Styczeń, czwarty rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W stronę Krzyża

Sierpień, szósty rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Borka – Pojednanie

Sierpień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Więc daj mi, daj mi, daj mi, daj mi Boga policji i boga armii To wojna, wojna, wojna, wojna A na ekranie jego twarz spokojna

Część II – Twierdza

Kapitan Raczkiewicz

Czerwiec roku Zagłady

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Koniec dni

Lipiec roku Zagłady

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Stosunki sąsiedzkie

Maj, czwarty rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Zarzewie wojny

Styczeń, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Borka – Cisza przed burzą

Wrzesień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tak się toczą losy niezbadanie Nie wiesz, kim się stanie, co się komu stanie Tylko tyle i aż tyle nam wiedzieć jest dane Niekiedy tylko coś więcej powiedziane

Część III – Przymierze

Pierwsza krew

Luty, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Układ sił

Luty, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Imperator kontratakuje

Marzec, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Drugi brzeg

Marzec, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Bitwa o Pragę

Marzec, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Opada kurz

Marzec, ósmy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Borka – Kurierzy z północy

Wrzesień, dwudziesty pierwszy rok po Zagładzie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Październik, dwunasty rok po Zagładzie

Indeksy

Osoby

BORKA – dowódca stalkerskiego oddziału Szturmowców z Kryształowego Pałacu

CYBULSKI – przed wojną zawodowy szeregowy, prawa ręka Imperatora

DZIKI – generał Armii Eksploracyjnej

EMILIA – nauczycielka ze stacji Pole Mokotowskie, ukochana Borki

GENERAŁ GROM – właściwie kapitan w stanie spoczynku Radek Raczkiewicz, twórca i przywódca sojuszu Twierdza

GUZIK – Ola Rosińska, Walkiria biorąca udział w rekonesansie na Pradze. Postać wylicytowana w aukcji charytatywnej przez Jakuba Rosińskiego w prezencie dla żony

HANOI – młody stalker z Dworca Śródmieście, biorący udział w działaniach na prawym brzegu; połowa bliźniaczego duetu stalkerskiego

IMPERATOR – kapral Jerzy Nowicki, twórca i przywódca autokratycznego „tysiącletniego” Imperium na wschodnim odcinku drugiej linii metra

JANKA – dziewczynka telepatka, którą Borka przygarnął na stacji Plac Konstytucji

KOSMONAUTA – wartownik ze stacji Politechnika

MAJOR TUPADŁO – zwana Motoko, dowódca żeńskiego oddziału stalkerskiego

MOŃ Sebastian – szeregowiec biorący udział w szturmie na Powiśle, ocalony od śmierci przez Madonnę Tuneli

NOWICKI Marcin – przezwany przez żołnierzy Przymierza „Licznikiem”; syn Imperatora, który zdradził ojca i umożliwił zwycięski szturm na umocnienia Imperium

OBYWATEL – Robert, kurier, wędrujący po zrujnowanej Warszawie w pierwszych latach po Zagładzie, przed wojną pisarz fantastyki

OJCIEC SANTIAGO, BRAT DARIUSZ – emisariusze Świętego Krzyża do Twierdzy

PAWLUCZUK Arkadiusz – prawa ręka Groma, przed wojną sierżant

PIES – szef tajnej służby Imperium, przed wojną policjant

POPIELECKI Robert – zwiadowca biorący udział w rekonesansach na Pradze, z pochodzenia łodzianin

RÓŻYCZKA – kurierka przemierzająca aglomerację w pierwszych latach atomowej zimy wraz z Obywatelem, w wojnie z Imperium świadcząca usługi przewodnika i zwiadowcy po stronie Przymierza

RUCIN, CHORĄŻY – właściwie Konrad Rutecki, dowódca Płomiennych Chorążych

SUCHY, STRAŻAK – stalkerzy z oddziału Borki

TARAN, LEWAR – przyboczni Dzikiego

VAN LEM Nguyen – thi truong (burmistrz) wietnamskiej kolonii na stacji Racławicka

Sojusze i organizacje

ARMIA EKSPLORACYJNA – siły zbrojne Imperium, rekrutujące się pierwotnie ze środowiska warszawskich pseudokibiców

IMPERIUM – podziemne państwo totalitarne, obejmujące swoim zasięgiem wschodnią część drugiej linii warszawskiego metra (w tym od 6 roku po Zagładzie stację Nowy Świat-Uniwersytet)

KRYSZTAŁOWY PAŁAC – sojusz obejmujący stacje Pole Mokotowskie i Politechnika, społeczność składająca się z inżynierów i specjalistów, dbająca o zachowanie zbiorów Biblioteki Narodowej

PŁOMIENNI CHORĄŻOWIE – oddziały zbrojne sformowane z przedwojennych słuchaczy i instruktorów Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, stacjonujące na stacji Marymont

PRZYMIERZE – sojusz militarny powołany dzięki działaniom emisariuszy z diaspory Świętego Krzyża, zawiązany między głównymi społecznościami pierwszej oraz zachodniej części drugiej linii warszawskiego metra, mający na celu obalenie tyranii Imperium na stacjach wschodniego odcinka drugiej linii

SIŁY ZBROJNE SOJUSZU TWIERDZA – oddziały wojskowe sformowane przez generała Groma. Jedyna prawdziwa armia w świecie po Zagładzie

SZTURMOWCY – dowodzony przez Borkę oddział stalkerów z sojuszu Kryształowy Pałac

ŚWIĘTY KRZYŻ – pokojowa społeczność stacji Nowy Świat-Uniwersytet, która po rzezi dokonanej przez wojska Imperium przejęła stopniowo administrację stacji Świętokrzyska, przekształcając się w silnie zhierarchizowaną strukturę władzy opartą o kult Krzyża; stamtąd wpływy społeczności rozciągnęły się na sąsiednie stacje

THUOC DIA – izolacjonistyczna kolonia Wietnamczyków na stacji Racławicka, utrzymująca się z handlu i korzystająca z tranzytowego położenia między Twierdzą a Kryształowym Pałacem

TWIERDZA – sojusz skupiający stacje od Kabat do Wierzbna, jedyny odcinek w warszawskim metrze przystosowany faktycznie do roli schronu przeciwatomowego, utrzymujący regularną armię – Siły Zbrojne Sojuszu Twierdza

WALKIRIE – owiany legendą żeński oddział stalkerski i społeczność, stacjonująca w niewiadomym miejscu, dowodzona przez major Tupadło.

Od autora

Kiedy zakończyliśmy wiosną 2014 roku działania związane z przygotowaniem mojej debiutanckiej powieści „Kompleks 7215”, usiedliśmy wokół stołu w redakcji i padło pytanie, które bardzo mnie zestresowało: „Kiedy kontynuacja?”.

Przyznam szczerze, że nie byłem wtedy nie tylko gotowy na dalsze losy rudobrodego stalkera z Pola Mokotowskiego, ale w ogóle na powrót do warszawskiego metra. Nie zrozumcie mnie źle – przygoda w stołecznej kolejce podziemnej miała być przygodą jednorazową, takim pomysłem na tekst. Rozrosła się i ujrzała światło dzienne drukiem, ale wszystko to działo się tak niesamowicie szybko, nagle, bez ostrzeżenia.

Musiało minąć kilka miesięcy, zanim wziąłem się do pracy. Sam przed sobą wielokrotnie miałem wątpliwości – czy na pewno prequel? Czytelnicy chcą wiedzieć, „co dalej?”. Ja jednak nie chciałem robić nic na szybko, Borka i jego ojciec musieli na swoją kolej poczekać. Tymczasem na gruzach Warszawy starło się dwóch ludzi o ciężkim charakterze, dwie postacie, które już znaliście. Przez pół roku ci dwaj mężczyźni zaprzątali mój umysł, zajmując czas przeznaczony na czytanie, kulinarne eksperymenty i wycieczki z aparatem. Szarpali się ze sobą i ze mną, ale dzięki ich konfliktowi swoje miejsce pod powierzchnią największego polskiego miasta znaleźli także inni warci uwagi ludzie: kurierka Różyczka, stary Van Lem, zwiadowca-gawędziarz z Łodzi, postrzelony Hanoi czy wreszcie Guzik, członkini tajemniczego żeńskiego bractwa stalkerek.

Bardzo tych wszystkich ludzi polubiłem i pisanie o nich to była niezwykła przygoda, wielka frajda. Mam nadzieję, że czytanie o ich losach będzie co najmniej tak samo ciekawe i wciągające. Chciałem, żeby ta książka była inna, lepsza, bardziej dopracowana, fabularnie inaczej zaplanowana – myślę, że mi się udało.

Tymczasem opowieści z postapokaliptycznej aglomeracji zamiast coraz mniej to coraz więcej do opowiedzenia! I ojciec Borki, i jego koledzy, i siostra Hanoiego też chcieliby się pojawić. A jeszcze w moich notatkach czekają na swoją kolej kosmonauci Sawinych i Dżanibekow, dokujący właśnie do dryfującego Saluta 7. Łobuzersko puszcza do mnie oko Gloria Dobrowolska, pierwsza polska kosmonautka, pochylona nad pulpitem kontrolnym bazy satelitarnej „Europa”. A za ich plecami już przestępują z nogi na nogę inni...

Wybaczcie, ale muszę biec. Wojna z Imperium i Ostatnie Przymierze to już przeszłość, legendy z zamierzchłego ósmego roku po Zagładzie. Wołają mnie inne historie. Same się nie opowiedzą.

Podziękowania

Książka ta nie powstałaby, gdyby nie pomoc wielu osób. Podziękowania otrzymują przede wszystkim:

– Ala – za wsparcie, uwagi, opinie i organizację czasu. Oraz za to, że pomogła mi nadać ostateczny kształt tej historii;

– Krzysztof – za niesamowitą ilość detali, ciekawostek i faktów na temat warszawskiego metra, którymi dzielił się cierpliwie i chętnie jako konsultant;

– Dominika – za zmuszanie mnie do wymyślania więcej świata przedstawionego, niż potrzebowałem, oraz Olga – za ostateczne uwagi i sprawienie, że wszystko zagrało;

– Robert i Piotr – pierwszy za ponownie doskonałe ilustracje, drugi za ponownie świetną okładkę;

– wszyscy czytelnicy i fani, którzy w internecie i na spotkaniach na bieżąco komentowali, dzielili się opiniami i pomagali mi, podsuwając pomysły i rozwiązania. Bez was ta książka nie byłaby taka sama.

W powieści wykorzystano utwory:

Fragment tłumaczenia Ewangelii wg św. Łukasza podano za Biblią Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum, wyd. IV.

Fragment piosenki „Russians” autorstwa Gordona Sumnera.

Fragmenty piosenki „The Man Comes Around” Johnny’ego Casha w tłumaczeniu własnym autora.

Fragmenty piosenki „По высокой траве” grupy Lube w tłumaczeniu własnym autora.

Ze względów technicznych wietnamskie słowa i imiona zapisane zostały w transkrypcji uproszczonej.

Wszelkie postaci przedstawione w tej książce są fikcyjne, a wydarzenia nigdy nie miały miejsca.

copyright© Bartek Biedrzyckicopyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2015

wydanie i

isbn 978-83-7964-066-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt oraz grafika na okładce Piotr Cieśliński

ilustracje Robert Adler

redakcja Dorota Pacyńska

korekta Magdalena Byrska, Agnieszka Pawlikowska

skład opracowanie okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

skład wersji elektronicznej [email protected]

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabryka