Stacja Aniołów -  Walter Jon Williams - ebook

Stacja Aniołów ebook

Walter Jon Williams

5,0

Opis

[PK]

Ubu i jego siostra Maria są uciekinierami. Ścigani we wszystkich znanych światach za długi i oszustwa, wyruszają na kosmiczną tułaczkę w poszukiwaniu fortuny. Podczas eksploracji jednego z dotychczas niezbadanych układów natykają się na olbrzymi statek obcych - dochodzi do pierwszego kontaktu w historii ludzkości...To jednak dopiero początek tej opowieści i niesamowitych wydarzeń, które mogą wpłynąć na losy rasy ludzkiej... Kolejna po Aristoi, Metropolicie i Mieście w Ogniu powieść Waltera Jona Williamsa, jednego z najciekawszych autorów science fiction i fantasy ostatniej dekady. Doskonałe połączenie space opery i cyberpunka.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

ISBN 8387968064

 

Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 544

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



STACJA ANIOŁÓW

Dotychczas ukazały się:

Clive Barker Everville

John Barnes Milion otwartych drzwi

C.J. Cherryh Przybysz

C.J. Cherryh Najeźdźca

C.J. Cherryh Spadkobierca

John Crowley Późne lato

Stephen R. Donaldson Skok w konflikt: Prawdziwa historia

Stephen R. Donaldson Skok w wizję: Zakazana wiedza

Dave Duncan Niechętny szermierz

Dave Duncan Dar mądrości

Dave Duncan Przeznaczenie miecza

Philip Jose Farmer Gdzie wasze ciała porzucone

Philip Jose Farmer Najwspanialszy parostatek

C. S. Friedman Świt Czarnego Słońca

C. S. Friedman Nadejście nocy

William Gibson, Bruce Sterling Maszyna różnicowa

Feliks W. Kres Północna granica

Patricia McKillip Mistrz Zagadek z Hed

Jeff Noon Wurt

Jeff Noon Pyłki

Bruce Sterling Święty płomień

Sean Stewart Kres obłoków

Sean Stewart Wskrzesiciel

Michael Swanwick Córka żelaznego smoka

Michael Swanwick Stacje przypływu

Walter Jon Williams Aristoi

Walter Jon Williams Metropolita

Walter Jon Williams Miasto w ogniu

Gene Wolfe Miasteczko Castleview

Gene Wolfe Ciemna strona Długiego Słońca

Gene Wolfe Jezioro Długiego Słońca

David Zindell Nigdyłia: Śmierć pilota

David Zindell Nigdylia: Schizma

W najbliższym czasie ukażą się:

Bruce Sterling Schismatrix

Patricia McKillip Dziedziczka Morza i Ognia

WALTER JON WILLIAMS

STACJA ANIOŁÓW

PRZEŁOŻYLI: GRAŻYNA GRYGIEL I PIOTR STANIEWSKI

Tytuł oryginału:

Angel Station

Copyright © 1989 by Wałter Jon Williams

Copyright for the Polish translation © 2000 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Joanna Figlewska

Korekta:

Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: © Jim Burns /via Thomas Schliick GmbH

Redaktor serii:

Andrzej Miszkurka

MBP Słupsk OdDiM

Gu ł o ^

4-64707

ISBN 83-87968-06-4 Wydanie I

Wydawca:

Wydawnictwo MAG ul. Cypryjska 54,02-761 Warszawa tel./fax (0-22) 642 45 45 lub (0-22) 642 82 85 e-mail: [email protected] http ://w ww.mag.com.pl

1

4

5

7

9

io

12

13

14

17

18

13

SI

NIECHĘTNY SZERMIERZ

DAR MĄDROŚCI

PRZEZNACZENIE MIECZA

MIASTO W OGNIU

ŚWIT CZARNEGO SŁOŃCA

1

Ojciec, umierając, zarejestrował swoje samobójstwo -rejestrował wszystkie wydarzenia swego smutnego, źle zorganizowanego życia.jciec, umierając, zarejestrował swoje samobójstwo -rejestrował wszystkie wydarzenia swego smutnego, źle zorganizowanego życia.

- Wiem, co nadchodzi - oświadczył. - Nie mogę tego zatrzymać ani zmienić. Przepraszam.

„Uciekinier" znajdował się wówczas w głębokim kosmosie, dryfował między strzałami osobliwościowymi. Pasco, ich ojciec, wisiał nieważki i bezużyteczny w przestrzeni kabiny komputerowej. Tłusty, siwy, ze zmierzwioną brodą i długimi, pływającymi wokół głowy włosami, sprawiał wrażenie łkającego Świętego Mikołaja. Z tyłu za nim monitory zewnętrzne pokazywały przypadkowy, obracający się z wolna obszar gwiezdny.

- Nie przeżyjemy, jeśli będziemy działać tak jak dotychczas - powiedział.

Z wysiłkiem przełknął ślinę. Dłonie mu drżały, nieważko unosząc się obok ciała. Wokół walały się graty: stare konsole komputerowe, popsute holokamery, plątaniny światłowodów, zdezelowane mikroskopy, sprzęt do mikrochirurgii i sklejania genów, stara automacica. Wszystko, co niemal przesądnie gromadził latami, jakby wierzył, że części urządzeń, programy, które pozszywał do kupy i uruchomił, sperma i komórki jajowe, przy których majstrował, rejestrowane godzina po godzinie własne działania jakoś się dodadzą, uzupełnią i na nowo stworzą bardziej sensowny wszechświat; magicznie oddalą powolną śmierć, która czekała Pasca, jego dzieci i statek.

-Nie jestem wystarczająco elastyczny. Posłuchajcie. Dałem wam inteligencję. Jesteście szybcy. Może znajdziecie jakieś wyjście z tej sytuacji. Ja tylko bym wam zawadzał. - Kaseta szybkouczenia, zaniedbana, wisiała przy stopie, wykonując powolne piruety w szumiącym strumieniu powietrza, cyrkulujące-go w obiegu zamkniętym.

- Jeśli zostanę z wami, czeka mnie niepowodzenie. - Potrząsnął kudłatą głową. - Pójdę na dno, a wy ze mną. Nie mam już dość sił. - Poddryfował, zbliżając się do kamery. Dzieci widziały jego podkrążone i opuchnięte oczy, popękane żyłki na nosie i policzkach, ślinę na dolnej wardze. Z kieszeni wypływał swobodnie strumień czerwonych pigułek, które wyglądały jak krople krwi. - Zamierzam zejść wam z drogi. Przedawkowanie. Bezbolesne. Kiedy umrę, wyrzućcie moje ciało przez śluzę. -Zapłakał. - Zaopiekujcie się Koteczką - łkał dalej. - Wiem, że mnie kocha.

Dzieci czekały na dalsze słowa, ale on tylko unosił się w kabinie i płakał. Wolno rotował, masywne zaokrąglone ramiona drżały. Łzy wisiały w powietrzu niczym klejnoty. Jedna kropla podpłynęła do kamery i przylgnęła do soczewki, rozmazując ruch i kolory - plama krwawego szaleństwa. Pasco zadyszał.

- Przepraszam - powtórzył ochrypłym szeptem. Przez rozbite na soczewce krople widzieli, jak sięga po kamerę, by ją wyłączyć.

Ekran sczerniał. Ubu wysunął lewą górną rękę do wyłączników, zawahał się, po czym spojrzał na siostrę.

- Chcesz to obejrzeć jeszcze raz? - zapytał.

Popatrzyła na niego wielkimi oczyma barwy głębokiego kosmosu. Nie opuszczając wzroku, głaskała Maxima, białego kota, którego trzymała na kolanach.

- Skasuj to - powiedziała. Mruczenie kota było chyba ciut głośniejsze niż jej słowa.

Ubu czekał przez chwilę z palcem uniesionym nad klawiszem „Kasowanie". Pragnął, by wiadomość zawierała coś wartego zapamiętania - końcową, ginącą wiedzę, która pomogłaby umieścić ojca w jakiejś syntezie, w ramach której jego życie, ich życie, jego śmierć dałyby się całkowicie zrozumieć.

Nie było nic, jedynie ostateczny smutny rozpad umysłu - już chorego, który nie miał wyboru, nie widział rozwiązania w sytuacji bez wyjścia. I ta bezsensowna prośba o Koteczkę. Ubu rozumiał to wszystko, lecz tęsknota sprawiała, że się wahał.

Czuł w gardle ból. Nacisnął guzik i mała pamięć elektryczna umarła bez oporu, bez dźwięku. Mimo to ból nie ustępował.

Piękna Maria spojrzała na Ubu.

- To nie jest zaskoczenie. - Przygryzła wargę. - Wiedzieliśmy, że nie będzie tak trwał. Że... zdarzy się z nim... coś. - Stała, podtrzymując dyndające kocie łapy. Jej długie, czarne, niebieskawo połyskujące włosy opadły całunem na twarz. - Idę do swojej kajuty - oznajmiła.

Ubu nadal patrzył w ekran. Marszczył brwi. Czekał na mądrość.

- Chcesz towarzystwa? - odwrócił się do siostry.

Potrząsnęła głową.

- Może później.

- Mam cię zawołać? Kiedy go będę... usuwał?

Włosy Pięknej Marii zamigotały jak ciemny deszcz.

- Tak. Proszę.

Patrzył za nią, gdy wychodziła z klatki dowodzenia. Potem znowu odwrócił się do konsoli sterowniczej.

Z podłogi pełzło drżenie, przeniosło się wzdłuż pojedynczego wspornika krzesła aż na plecy Ubu. Drobna niewspółosio-wość w statkowej wirówce - ogromne łożyska spalały się z wolna, metal zużywał kawałek po kawałku. W tej chwili jest to nieistotne - w przyszłości stanie się problemem.

Wirówka bzyczała. Będzie musiał wyrzucić ojca przez śluzę przed następnym strzałem osobliwościowym.

Poszedł do swojej kabiny, brzęczącej metalowej skorupy na drugim poziomie wirówki. Ściany i sufit pomieszczenia pokryte były obrazkami. Tuż przed jego twarzą wisiały holograficzne diagramy gwiazd, konstelacje, obrazy mgławic, czarnych dziur, statków; ludzi w skafandrach, w ubraniach do walki, w kombinezonach. Phil Mendoza niczym rycerz; Michiko Tanaka z wielką gitarą sizer w jednej ręce i pistoletem w drugiej. Ludzie ekscytu o wymalowanych oczach i wargach jak krople krwawej rosy, wpatrzeni w dal z niezaspokajalną tęsknotą. Obce stworzenia -fikcyjne i prawdziwe. Obrazy śmierci, szyby hełmów zbryzgane krwią, oczy z wyrazem przerażenia i odrazy. Wizerunki ojca.

Ubu siadł na koi i gapił się w sufit na chaos zblakłego plastiku; te obrazy były kiedyś dla niego ważne, teraz straciły znaczenie - śmieszny zestaw dziecinnych fantazji i tęsknot, a nie jak ongiś odbicie jego umysłu.

Nagle ojciec znalazł się obok - siedział na krześle pośrodku kabiny. Ten sam Pasco, ale młodszy, ze starannie ułożonymi włosami i wypielęgnowaną brodą. Pewny siebie, sprawny. Podobny do jego wizerunków przyklejonych do sufitu.

- Coś cię trapi, synu? - spytał ojciec. - Mogę ci w czymś pomóc?

Ubu spojrzał na ojca i zmrużył oczy.

- Spadaj, tato. Zabiłeś się, ty dupku.

Pasco przez chwilę patrzył na niego ze smutkiem.

- Chciałem tylko, żebyś wiedział, że będę w pobliżu -oznajmił.

- Pieprzę to.

Ubu sięgnął do konsoli sterowniczej i wyłączył projektor holograficzny. Ojciec zniknął. Razem z krzesłem.

Skóra Ubu płonęła. Stanął na koi i zaczął odrywać od sufitu starannie przyklejone obrazki. Paznokcie pozostawiały na nich białe blizny. Padał deszcz plastiku, śnieg poskręcanej białej piany. Ubu ledwo tłumił wzbierające w piersiach łkanie.

Stał wśród poszarpanych śmieci. Kapitan „Uciekiniera", myślał. Maria nie chciała tego stanowiska, więc przypadło Ubu. Bossrajder. Strzelec osobliwości numero uno. Jestem szefem tego, co potrafię ogarnąć.

Zaśmiał się cichutko.

- Mam plan.

Piękna Maria uniosła wzrok. Zobaczyła cętki piany na bladej skórze i jasnych włosach Ubu. Byli w centrali komputerowej, trzymali w dłoniach brązowe końcówki długich węży rozpryskiwaczy tempapiany. Dwa miesiące po śmierci ojca zajęli się wreszcie jego rzeczami. Zgromadzili wszystkie graty, związali razem, pokryli tampapianą. Chcieli je sprzedać na części zamienne w Ascención, swym najbliższym porcie. Wartościowe były chyba tylko te wszystkie kamery, które Pasco zainstalował na statku, by rejestrować swoje działania.

Tu, w strefie nieważkości, Maria upięła z tyłu czarną rzekę włosów.

- Jaki plan? - zapytała, odsuwając za ucho niesforny kosmyk.

Ubu uśmiechnął się szeroko.

- Znasz Dig Angel? Filię firmy Long Reach? Opublikowali ogłoszenie na tablicy Stacji Ascención. Rozpoczynają nową operację w układzie Angeliki i chcą zawrzeć kontrakt na dostawę kompatybilnych z Kanto kopaczy i komputerów.

- Zamierzasz strzelać dla tego, kto ten kontrakt dostanie?

- Coś lepszego, Mario. Coś znacznie lepszego.

Piękna Maria delikatnie obróciła się w powietrzu, ręką schwyciła wyściełaną, wysuniętą sztabę na klatce dowodzenia, a potem zwinną stopą złapała poobijaną starą automacicę. Przyciągnęła ją do siebie, puściła sztabę i obróciła się, wykorzystując jako oś obrotu wektor napięcia węża do tempapiany. Nacisnęła spust. Turbiny przenośnego kompresora zajęczały i piana opluła przezroczystą plastikową macicę, gdzie po raz pierwszy zabiło serce Marii, gdzie jej niewprawne oczy po raz pierwszy odwróciły się od światła.

Grzebię swą przeszłość w pianie, pomyślała. W mózgu zabrzęczało dalekie poczucie straty. Przecież to nie tylko sprzęt Pasca - to również część jej życia. Znikały artefakty własnej egzystencji, zduszone w warstwach piany - umierały.

- Sami zgarniemy kontrakt - oznajmił Ubu. - Weźmiemy pożyczkę, kupimy kopacze od dealera Kanto, dowieziemy je w naszych ładowniach. Dzięki temu zysk będzie co najmniej dwukrotnie większy - twierdził z przekonaniem.

Paciorki piany puchły na panelu sterowniczym macicy. Maria mrugała, usuwając z oczu strzępki piany.

- Dlaczego Long Reach nie zaopatruje swojej własnej placówki?

- Bo za dobrze im się wiedzie. Sprawdziłem ceny akcji Long Reach. Tak wyrośli ponad zaplanowany poziom, że mają kłopoty z zaopatrzeniem tutaj, na Rubieżach.

- A jednak to dziwne. - Maria otarła pot z czoła. - A poza tym, kto nam da pożyczkę?

- OttoBanąue.

- OttoBanąue. - Powtórzyła tę nazwę powoli, wiedząc, czego chce Ubu. W jej ciele rosło napięcie, zbroiło ją przeciwko pomysłowi brata.

Spojrzał na nią prowokująco.

- Mamy kopacze jako zabezpieczenie. A kontrakt po prostu czeka.

- Nie podoba mi się to.

- Spójrz na liczby.

Odwróciła wzrok. Nie chciała o tym myśleć.

- A jeśli pójdzie źle?

- A jeśli pójdzie dobrze?

Kopnięciem odbił się od czarnych, miękkich zasłon, którymi zabezpieczyli displej komputera, gdy zabawiali się pianą. Podszedł do Marii i położył na jej ramionach górną parę rąk.

Zaciśnięte na wężu i spryskiwaczu palce Marii zbielały.

- Nie jestem pewna, czy chciałabym to zrobić.

- Pozwól, że pokażę ci liczby.

Pokręciła głową. Z jej serca wytrysnęła rzeka smutku. Czy naprawdę jesteśmy w tak rozpaczliwej sytuacji? - pomyślała.

- Dobrze. Spojrzę.

- Może nie będziesz musiała. Może dadzą nam pożyczkę i tak.

- Tak. Może dadzą. - I tak w to nie wierzyła.

I wiedziała, że nie potrafi się dłużej opierać.

- Jaką mowę wygłosić? - Ubu spojrzał na siostrę.

W jej oczach odbijało się światło monitora, zimny szary poblask, taki sam jak w oczach Pasca, gdy Ubu je zamykał. Ręką dotknęła szyi.

- Był stary - zaczęła. - Robił wszystko, co mógł, ale nie umiał sobie poradzić. Nie wiedzieliśmy, jak mu pomóc. Umarł. -Wzruszyła ramionami. — Nic innego nie przychodzi mi na myśl.

„Czy był dobrym ojcem?" - chciał spytać Ubu. Wyprodukował nas z zamrożonej spermy i komórek jajowych, które gdzieś nabył, pozlepiał w używanej sklejarce, kupionej na złomowisku. Nie mieli wspólnych genów ani ze sobą, ani z Paskiem, nie tworzyli prawdziwej rodziny - siostra, brat, ojciec - po prostu razem mieszkali. Dał nam talenta i nawet nie wiemy dokładnie, jak ich używać. Przyśpieszył nasz rozwój stymulantami hormonowymi i kasetami do szybkonauki - maszynową dojrzałość włożył w przedwcześnie dorosłe ciała. Spodziewał się, że coś mu damy, coś, czego rozpaczliwie pragnął. Szukaliśmy u niego odpowiedzi, ale to Pasco cały czas chciał uzyskać odpowiedź, właśnie od nas.

Ubu spojrzał na monitor, na ciężkie ciało w zapiętym na zamek błyskawiczny plastikowym worku. Może był dobrym ojcem, a może złym, nieważne, teraz to rzecz martwa.

Wstawił Pasca do śluzy, nie do wyrzutni odpadków - nie chciał, żeby ojciec odszedł jak jakiś śmieć. Dotknął panelu sterującego statku, dał polecenie. Wbudowany system włączył sygnały alarmowe - czerwone światła. Ubu wykorzystał swój priorytet, obszedł automatyczne zabezpieczenia. Drzwi śluzy otworzyły się raptownie - jedna rozmazana chwila - i Pasca już nie było, spadał ku centrum galaktyki jak owinięty plastikiem pocisk. Ostry, metaliczny sygnał alarmowy stał się jego epitafium. Ubu zamknął śluzę i sygnał umilkł. Czerwone światła zmieniły się na zielone. Po policzkach Pięknej Marii płynęły łzy. Wstała i odwróciła się.

- Chciałabym przeprowadzić statek przez następny strzał. Mogę? - Ubu ledwie słyszał jej cichy głos.

- Jeśli chcesz...

- Zaprogramuję to w komputerze. Powiem ci, kiedy nadejdzie czas.

Odeszła. Była naga - często tak chodzili po statku. Ubu patrzył na jej długie włosy, na spływającą po krzywiźnie pleców rzekę czerni, kontrastującą z ciepłem mlecznobiałej skóry. Ciepło zatrzepotało mu w mózgu, w żołądku...

Czemu bardziej mnie to wzrusza niż śmierć Pasca? - zastanawiał się. Czy to ważne, że wzrusza to mnie tylko w takim stopniu?

Patrzył przez chwilę na monitor — szary migoczący obraz powietrznej śluzy. Wstał, wyszedł z klatki sterowania, szarpnął drzwi do szafki z narzędziami.

Czas załatwić Koteczkę.

Dwa miesiące po zawarciu kontraktu z Dig Angel „Uciekinier" wybiałodziurzył z Teraz, znajdującego się w odległości kilku tysięcy kilometrów od punktu optymalnego - tydzień drogi od Stacji Angelica. Gdy ich sygnał radiowy dotarł do stacji, a potem wrócił, Ubu stwierdził, że mają kłopoty.

Wyprostował się nagle w fotelu i patrzył na przychodzący newsfax. Obudzony Maxim zeskoczył mu z kolan.

- Dig Angel poszedł pod wodę. Long Reach zbankrutowała.

- Podpisaliśmy kontrakt - powiedziała Piękna Maria.

Głos miała chropawy - to skutek strzału osobliwościowego

oraz pulsowania Teraz. Senny ton wywołał w głowie Ubu wrażenie bladego błękitu, kontrastującego z jego własną płonącą frustracją. Zacisnął zęby, po krzyżu spływała mu wściekłość. To była jego wina.

Zerknął na Marię. Nie patrzyła na niego, nie chciała robić uwag typu: „a nie mówiłam".

- Będziemy na końcu długiej listy wierzycieli - zauważył. -Przez całe lata nie dostaniemy pieniędzy.

- Może znajdzie się inny nabywca?

- W tym układzie nie ma innych małych firm. Wleźliśmy na Rubieże cholernie daleko - na planecie jest tylko jedno wielkie miasto, a cała reszta wydobywa coś na asteroidach. Będziemy musieli kupczyć z jakimś drobnym spekulantem. Może uda się coś sprzedać przedstawicielowi innej spółki górniczej, jeśli się taki znajdzie. - Ubu popatrzył gniewnie na fax i szybko dodał w pamięci liczby. - Jeśli zwrócą nam nasze opłaty za cumowanie i transport, można będzie powiedzieć, że mamy szczęście.

Piękna Maria oblizała wargi, jakby próbowała smakować istniejące opcje.

- Może na przetrwanie podłapiemy jakieś cargo. Narkotyki czy coś - coś, co nie zajmuje miejsca w ładowni.

- To lepsze niż zdechnąć na Angelice. - Ubu przerzucał stronice faksu. - Zobaczmy, kto kupuje.

Czul, że po karku spływają mu krople potu. Na ekranie migotały dane. Przecież gdzieś na stacji musi być nabywca. Musi'

Bo jeśli nie, to Angelica okazałaby się stacją końcową.

Z górnego saloniku dobiegał dźwięk ćwiczonych palcówek -Piękna Maria grała na sizerze. Ubu, w wirówce, poszedł po gładkim, zielonym dywanie i włączył ekran. Maria spojrzała na brata.

- Czy pamiętasz Cole'a Redwinga? - spytał.

- Mętnie. Był na „Rolandzie", tak?

Jej palce cały czas pełzały po klawiszach.

- Owszem, był. Widziałem newsfax z Angel. Zabił swoją rodzinę, a potem siebie.

Maria patrzyła na niego zaszokowana. Jej lewa dłoń zatrzymała się na akordzie, który w mózgu Ubu zapalił się żółtym płomieniem.

- Kiedy? - spytała.

- Piętnaście standardowych temu. Na stacji Infix. Bank właśnie skonfiskował mu napęd.

Maria spuściła wzrok i popatrzyła na dłoń. Akord nadal płonął.

Choć Ubu spotkał Redwinga zaledwie parę razy, w umyśle miał jego dokładny portret: czarne włosy, wypukłe oczy, cichy głos, wielkie dłonie. Użył młota, jak informował newsfax. Ubu wyobraził sobie młot tkwiący w tych wielkich dłoniach.

- Całymi latami nie słyszało się o morderstwach na statkach strzałowych - rzekł Ubu. - Pamiętasz? A teraz każdego roku zdarzają się dwa lub trzy.

- Zabił rodzinę.

Odwrócili od siebie wzrok, a akord sizera nadal migotał. Myśleli o Pascu; może mieli szczęście, że wybrał szczególną formę autodestrukcyjnej rozpaczy, gdy jego czas się skończył.

Maria zawiesiła rękę nad klawiaturą, popatrzyła na dłoń, jakby jej nigdy wcześniej nie widziała.

- Weź gitarę i zagraj ze mną - poprosiła.

- Dobrze.

Otworzył szafkę z instrumentami i wyjął starego czarnego Alfreda z plastikowym trójkątnym pudłem i gryfem z prawdziwego, dobrego drzewa.

Mózg mu już brzęczał ostrymi gniewnymi akordami - wzywały Redwinga i układały go na spoczynek.

W Teraz, gdziekolwiek pojawiali się strzelcy i systerzy, gdziekolwiek żyli ludzie, istniała również strefa ich symbiozy -tam obie grupy zarówno karmiono, jak i zjadano. Okolica ta miała wiele nazw: na Maskaradzie była to Droga; na Bezel Miasto Portowe; tutaj, na Stacji Angelica, zwano ją Kresami.

Kresy były pogrążone w nieustannym półmroku. Zaginały się od miejsca, w którym stali Maria i Ubu. Witryny ożywionych sklepów, ruchome hologramy wybuchające barwami, ludzie w nie ustającym tranzycie.

Główna ulica (jedyna, więc bez nazwy) była długą metalową drogą, która opasywała kołową Stację Angelica. Tłoczyły się przy niej drobne firmy, zarabiające na handlu ze strzelcami i systerami: marginalne banki, spółki handlowe, banki genów, małe kasyna, hotele, bary, zamtuzy, misje Jezusa Hryki lub Mahayany Buddy, knajpy, gabinety chirurgii kosmetycznej, lombardy... zwykła pstra gama sklepów. Większość z frontonem od ulicy, niektóre zwrócone ku małym, ciemnym zaułkom, które odchodziły od drogi głównej niczym wypustki prymitywnego jelita.

Ubu i Piękna Maria szli Kresami, delektowali się jaskrawymi barwami, zapachami, egzotycznym kolorytem ulicznego ruchu. Maria kupiła na straganie frytki i pieczonego kurczaka. Ubu nabył recyklowalną plastikową bańkę piwa Kolodny.

Maria miała dwie ręce i dwie nogi; nie była to norma u pełnoetatowych jeźdźców. Ubu miał dodatkową parę ramion. Ojciec tak ich wyhodował, by byli elastyczni, a nie wyspecjalizowani. Trzynastoletni Ubu miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Panowała moda na obojnaczość, ale on ubierał się wbrew jej nakazom: nosił szorty z obciętych dżinsów, sandały, srebrną kamizelkę wykrojoną z kawałków starego refleku, scalonych pomarańczową taśmą. Jasne włosy kudliły się nad uszami. Mięśnie ramion zachodziły na siebie na typowym, potężnym torsie strzelca. Gdy chciał, poruszał się szybko.

Piękna Maria, niższa od brata o trzy centymetry, miała jedenaście lat. Nosiła długą suknię w takim samym dymnym kolorze co jej oczy. Blada twarz, niczym śmietana w ciemnej szklance, jaśniała w delikatnej aureoli miękkich czarnych włosów, z niebieskimi refleksami. Głos brzmiał cicho, białe dłonie trzepotały w powietrzu jak gołębie. Długie włosy, nie pasujące do strzelca, u Marii wydawały się właściwe. Również imię brzmiało stosownie.

Obok prześlizgnął się w wózku czteroręki strzelec, mutanto; machał ręką obracającą się w panewce biodrowej. Ból w oczach zniekształcał jego gładką twarz, nie zniszczoną przez grawitację. Maria wiedziała, że mężczyzna jest zdesperowany -w interesach przebył długą drogę aż na skraj, a przecież mógł pozostać w rdzeniu, gdzie nie miażdżyłby go własny ciężar i gdzie załatwiałby sprawy przez telefon.

Zdesperowany. Jak załoga „Uciekiniera".

Przynajmniej my z Ubu mamy więcej możliwości, myślała. Gdy mutanto tracił środki utrzymania, pozostawało mu jedynie długie terminowanie w jakiejś firmie w rodzaju Biagra-Exeter. Kontrakt na ich warunkach, mutanto żebrakiem.

Maria połknęła kawałek kurczaka; pieprz cayenne palił podniebienie. Popiła piwem z bańki brata. Widziała w dali koniec Kresów, gdzie półmrok zmieniał się w jasne, białe korytarze Życia Zewnętrznego. Poczuła zimny dotyk.

- Uniąuip. Nie ma go - powiedziała. - Spójrz. Kresy się zmniejszyły.

- Jezu Hryko. Minęło zaledwie kilka miesięcy. - Ubu oblizał wargi. - Gdzie sprzedamy nasz ładunek? Hiłinerzy go nie zechcą.

Ani jedna linia nie określała krańca Kresów, ani jedna szyba nie znaczyła miejsca, gdzie Kresy skręcały od Teraz ku Zewnętrzu, lecz takie granice w istocie tam istniały. Kresy były ciemne, tłoczne, tętniły pulsem ludzi dobijających targu, rozbrzmiewały szeptem drobnych handlarzy, roztaczały ostry zapach potu i adrenaliny tych, którzy działali na marginesie. Za sferą półmroku metalowa ulica wyłożona była cienkimi jak brzytwa plasterkami oprawionego w plastik marmuru — układano go w wielkich zwojach przypominających rolki papieru toaletowego. Na jasnych ulicach mieściły się wielkie firmy, koncerny

działające w całym opanowanym przez ludzi kosmosie, zarządzające flotą holowników, stacji, liniowców, centrami finansowymi, inwestycjami... Zewnętrzniacy, których z uwagą wysłuchiwały Multipole w centrum człowieczego kosmosu, pragnący, by cały wszechświat był tylko ciągiem białych, ożywionych korytarzy, wypełnionych przez uporządkowaną ludzkość, zajętą akumulacją kapitału, inwestującą w bezpiecznych miejscach, przekazującą ten kapitał Zewnętrzniakom do sfinansowania lansowanej przez Multipole polityki Konsolidacji, niechętnej Rubieżom, marginesowi, ekspansji.

Ubu odcharknął i splunął. Ślina wyleciała łukiem z półmroku ku zimno rozjarzonemu światu ludzkości Zewnętrznej.

- Pieprzyć to - powiedział.

- Zmniejszyły się - powtórzyła Maria ze smutkiem.

- Może część Kresów pozostanie otwarta. Oczyszczą ją trochę, a potem zachowają dla turystów ze Szlamgrodu, by mogli się upijać i przegrywać dusze do firm hilinerskich.

- Konsolidacja. - Było to najohydniejsze słowo, jakie zdołała wymyślić Piękna Maria.

Ubu odwrócił się od Nurtu. Z Kresów dobiegł go metaliczny śmiech dziwki.

- Chodźmy - powiedział. - Musimy coś załatwić.

Ubu słyszał za sobą trzaśnięcie drzwi szafki. Prawymi dłońmi trzymał półmetrowy, srebrzysty, naładowany pręt kiksowy. Do pręta przyklejono zblakłe już czerwone, ostrzegawcze etykiety. Przy dłoni migała czerwona dioda, komunikując, że pręt jest naładowany. Ubu trzymał palec przy spuście.

Ręce mu drżały, oddychał szybko. Skrzynka narzędziowa obijała się o lewe kolano. Zatrzymał się przed drzwiami kajuty Pasca i starł z czoła wyimaginowany pot.

Wszedł do środka. We frontowej części kajuty nie było nikogo. Stały tam tylko graty, ciśnięte na meble kasety szybko-uczenia, zdjęcia rodziny, którą Pasco stracił w eksplozji śluzy powietrznej, nie przeglądane latami wydruki z lekkimi ślada-' mi kurzu, konsole komputerowe rozłożone na części i nigdy nie zmontowane na powrót - sięgające w przeszłość przejawy

Pascowego szaleństwa czekały na odkopanie niczym jakiś stary pustynny kopiec na Ziemi. Ubu postawił skrzynkę z narzędziami. Serce mu waliło. Znów przetarł twarz, wyciągnął lewe dolne rarruę, otworzył drzwi sypialni.

To nie morderstwo, rzekł do siebie.

Androidalna seks-zabawka siedziała na koi Pasca. Spojrzała na Ubu, gdy wchodził. Ubu wiedział, że już na zawsze zapamięta tę scenę - odrzucenie krótkich jasnych loków, odbłysk srebra i lapis-lazuli na kolczyku w lewym nozdrzu, spojrzenie szeroko rozwartych, zielonych oczu. Oczu, które patrzyły na pręt kiksowy i wiedziały. Koteczka była naga - Ubu w zasadzie się tego spodziewał — miała na sobie tylko biżuterię ofiarowany jej przez Pasca w przypływie jego starczej namiętności. Na palcach migotały pierścienie, na przegubach kiwały się wisiorki, między piersiami zwisał szafir.

Ubu zatrzymał się w drzwiach. „Wejdź i załatw to", powiedział sobie.

- Tata nie żyje - oznajmił.

- Wiem - odparła Koteczka. W oczach zalśniły sztuczne łzy. - Zostawił mi wiadomość. Pisał, że mnie kocha.

- Kochał.

Pręt kiksowy zdawał się ważyć dziesiątki kilogramów. Ubu przerzucił go do drugiej prawej ręki.

Koteczka przebywała na statku trzy lata. Pasco miał już ją od tygodnia, gdy Ubu się o niej dowiedział. Przechodząc obok kabiny ojca, usłyszał dźwięczny śmiech idiotki, a potem, w odpowiedzi, usłyszał śmiech ojca. Od razu się zorientował, że to nie ekscyt.

W tamtym czasie dopiero co nabrał swego wzrostu - w ciągu roku wystrzelił prawie na pół metra - i stracił zręczność ruchów. Mięśnie bolały od naporu monów, zalewających go jak gwiezdne przypływy. Emocje doskwierały niczym napady gorączki: nienawiść, wstręt, chuć, furia... Pracował jak demon, by unikać Pasca i Marii, na stacjach spędzał czas w pojedynkę -solowy strzelec.

Na dźwięk śmiechu Ubu przystanął w korytarzu, obrócił się... i poczuł, że zaplątały mu się nogi. By utrzymać równowagę, machał wszystkimi czterema rękami. Nieświadomy śmiech kpił sobie z niego, pozostawiał w mózgu rozproszone ciemnopoma-rańczowe plamy, a na języku kwaśny posmak. Wezbrała w nim nieproszona złość. Otworzył drzwi do kabiny Pasca.

Koteczka stała z uniesionymi ramionami na niewielkim stole, w rozkroku dla równowagi. Dziewczęcy śmiech lał się dźwięcznie z jej gardła. Patrzyła nań swymi zielonymi oczyma, ciągle się śmiejąc.

Pasco przysiadł przed nią wśród rozrzuconych czarnych i czerwonych pigułek. Jego owłosione, obwisłe ciało znaczyły błękit i ochra. Malował skórę lalki rozpylaczem. Jaskrawe kolory pobłyskiwały wilgotnie na całym jej ciele. Pomieszczenie pachniało seksem. Śmiech Pasca zawierał coś, czego Ubu nigdy wcześniej nie słyszał, stymulował w czaszce Ubu taniec ostrych, metalicznych barw.

Pasco krzyknął gardłowo i wstał z przysiadu. Objął lalkę ramionami, ocierał się o nią, rozmazywał farbę na własnym ciele. Złapał ją z tyłu za włosy, odciągał głowę, a twarz wciskał między piersi zabawki. Śmiech nie milknął ani na chwilę, rozbrzmiewał niezmiennym tonem. Ubu widział, jak zaprogramowane dźwięki wibrują w napiętym gardle lalki.

Nie spuszczała z niego wzroku. Nawet gdy zamykał drzwi, widział, że go obserwuje spod wpółprzymkniętych powiek. Żałował, że na zawsze to zapamięta.

Teraz oczy Koteczki były szeroko rozwarte, obserwowały Ubu stojącego w drzwiach z prętem kiksowym w dłoniach. Po twarzy lalki spływały łzy.

- Kochałam go, Ubu. Zaprogramowano mnie w ten sposób. Zaprogramowano, bym kochała, co kocha mój partner. To rodzaj sprzężenia zwrotnego.

Czy nauczył cię płakać? - zastanawiał się Ubu. Czy też może jest to część standardowego oprogramowania?

- Wiem - rzekł.

Wiedział, że według powszechnych norm to idiotka, lalka. Bezużyteczna. Nadaje się jedynie do seksu, jeśli ktoś smakuje w seksie tego typu. Nawet rozmowy z nią były bardzo ograniczone — powtarzała jak papuga to, co jej powiedziano, a gdy tylko mały móżdżek zakomunikował jej, że akurat nadszedł właściwy moment, tryskała śmiechem. Pasożyt na statku, niezdolna nawet zająć się własną drobną konserwacją. Pasco kupił zabawkę bogacza, zadłużając „Uciekiniera".

Jest jednak wystarczająco inteligentna, by pragnąć przeżyć, myślał Ubu. Koteczka gapiła się na niego. Oblizała wargi.

Zrób to, myślał Ubu. To nie zabójstwo.

— Mogę się nauczyć kochać kogoś innego — powiedziała. — To łatwa operacja. Nie potrzeba do niej... tego. To tylko mała regulacja. Mogę być czymkolwiek chcesz.

I sprawić, że zostanę starcem, nim skończę piętnaście lat, pomyślał Ubu. Tańczącym na sznurku pociąganym przez robota zanoszącego się śmiechem idiotki.

Podszedł do niej bliżej, przełożył pręt do górnej pary ramion. Koteczka skuliła się pod ścianą.

Wysunął pręt przed siebie. Pamiętał farbę połyskującą na syntetycznym ciele, zapach seksu, śmiech Pasca.

- Nie musisz tego robić - powiedziała szybko. - Będę schodzić ci z oczu. - Jej głos wzniósł się, zawodził. - Dlaczego mnie nie lubisz?

Ubu zamknął oczy - nie chciał tego widzieć. Czuł na gardle zaciśniętą dłoń. Trzymając palec na spuście, wystawił na ślepo pręt i zatoczył nim łuk z lewa na prawo.

Trzask elektryczności; na poduszki pada coś ciężkiego; zapach spalenizny.

Ubu otworzył oczy. Koteczka leżała bezwładnie na koi, z wypalonym znamieniem na boku, tam gdzie dotknął pręt kiksowy. Miała otwarte oczy. Udo jej drżało, palce digały niezbomie. Wypalone znamię na syntetycznej skórze już zaczynało się goić.

Gdyby miał do niej kody sterujące, nie musiałby załatwiać tego w taki sposób. Ale kody znał tylko Pasco. W sprawie swojej blond obsesji nie dowierzał nikomu.

Ubu upuścił pręt na podłogę. Obrócił się i poszedł do swej kajuty po skrzynkę z narzędziami. Przyniósł ją, ustawił na koi i otworzył.

Nadal miał w gardle zapach spalenizny, nie do zapomnienia. Dotknął ramienia Koteczki, czuł ciepło nieskazitelnej skóry.

Przewrócił lalkę; jej członki rozłożyły się bezwładnie na koi. Wyjął nóż, przeciął skórę między łopatkami, rozdzielił, zanim się zagoiła. Odsłonił przełącznik sterujący. Wsunął śrubokręt i wyłączył automatyczne systemy androida.

- Ubu. - Głos Marii zgrzytał w interkomie statku. - Piętnaście minut do strzału.

Ubu zdjął klejnoty ze stygnącego ciała lalki, odwrócił jej głowę, wyrwał srebrny ćwiek z nosa, czuł, jak skóra się opiera, a potem rwie; wiedział, że ta drobna, brutalna ingerencja pozostanie na zawsze w jego mózgu - znacznie dłużej, niż przetrwa zrobiona właśnie rana, która zagoi się po ponownym włączeniu Koteczki.

Schował biżuterię do poszewki na poduszki. Sprzedać to, myślał. Na Marii klejnoty wyglądałyby dobrze, ale nie chciał ich więcej oglądać.

Prześcieradło pod głową Koteczki zawilgło - to łzy wyciekały ze zbiorniczka łzowego.

Ubu wiedział, że nie zdoła o tym zapomnieć, że będzie to znowu przeżywał: ten zapach, gniew, ostateczny elektryczny trzask, wyciek zjonizowanych łez... Wstał i po omacku wyszedł z kajuty po plastikowy worek. Zapakować ją i sprzedać, natychmiast, jak dotrzemy do Stacji Caliban.

Usiłował nie czuć się jak morderca.

- W co pani gra? - Bramkarz patrzył przebiegle zza szklanej szyby na Piękną Marię. Pod spiczastym wąsem pobłyskiwały zęby. Zza idealnie okrągłych metalowych oprawek binokli czarne oczy patrzyły nieruchomo.

Piękna Maria wpatrywała się we własne podwojone odbicie.

- Blackhole - powiedziała. Czerwona Dziewiątka sunęła w jej żyłach. Nerwy drgały, płonęły.

- Obstawiasz? Masz czy przyszłaś tylko popatrzeć? - Znowu stalowy uśmiech. - Facet ze Szlamgrodu jest wewnątrz, może szuka strzelczyni. W każdym razie ma takie tęskne spojrzenie. Możesz być jego maskotką.

- Wszystko gra. - Pokazała czarny licznik kredytu.

- Bądź moim gościem, strzelczyni. - Bramkarz uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Wierz mi na słowo. Jeźdźcy przypływów mają szczęście w blackhole'a.

Zwłaszcza ja, pomyślała Maria. Rygiel cofnął się z elektrycznym bzyknięciem. Nacisnęła płytę drzwi i weszła. Drzwi za nią zatrzasnęły się z westchnieniem, zamek szczęknął.

Przybytek nazywał się Stellar City - nazwa rozmyślnie staromodna, autoironiczna. Znajdował się na trzecim poziomie w obskurnym sąsiedztwie knajp, taniego hotelu i butiku z używaną odzieżą. By się tam dostać, Maria musiała przejść po wąskiej piankowej rampie. Ściany zrobiono z tempapiany: instytucję przeniesiono niedawno z innego miejsca na Kresach i prawdopodobnie niebawem znów ruszy gdzieś dalej. W kasynie panował mrok, z którego światła punktowe wybierały aktywne stoły. Kresowiacy, strzelcy, systerzy - cisza nasycona skupieniem, potem i myślami.

Szlamgrodzianin od razu rzucał się w oczy, odziany w przesadną ilość ubrania, jakby się tu spodziewał zmian pogody. Ten mężczyzna w średnim wieku beznadziejnie wpatrywał się w nagie piersi kobiety rozdającej karty do gry w oczko. Piękna Maria uśmiechnęła się szeroko. Nikt nie przyniesie mu dzisiaj szczęścia. Gość gapi się na atrakcje, bezczelnie podsuwane przez kasyno, a to szczęściu nie sprzyja.

Czerwona Dziewiątka pulsowała w jej nerwach. Ludzie w zadymionym pomieszczeniu poruszali się jak w zwolnionym tempie. Maria przeszła do tyłu, do kabiny blackhole'a. Weszła do środka, zamknęła przezroczyste drzwi. Gdy usiadła na miękkim krześle, długie metalowe wypustki, każda z delikatną siecią czułek stymulujących, z powolnym sykiem wysunęły się ze ścian i skierowały ku głowie dziewczyny. Włożyła w szczelinę licznik kredytu. Nacisnęła guzik. Kosmos niczym ciemny diament rozbłysnął w jej głowie, wypełniony płonącymi osobliwościami, radiowym krzykiem umierającej materii.

Maria znajdowała się w srebrnej metalowej kuli, nazywanej pinballem. Unosiła się w ciemnej próżni. Czuła zew odległych, niewyrażalnych sił ciążenia. Celem gry była kosmiczna nawigacja, w której wykorzystywało się nurkowanie w studniach grawitacyjnych osobliwości, ciskało pinball w objęcia czarnych dziur i wyrzucało stamtąd. Czas był ograniczony, więc należało się śpieszyć, a komputer próbował popsuć przejażdżkę, wprowadzając warianty losowe: umieszczał osobliwości na drodze pinballa, gdy ten za bardzo przyśpieszył, by je wyminąć; zmieniał gęstość gwiazd, powodując braki paliwa; wyłączał rozmaite elementy wsparcia nawigacyjnego albo ekrany symulacji. Gracz mógł wybrać przejażdżkę łatwą lub trudną, wypłata rosła wraz z trudnościami. Zabawa przypominała strzały osobliwościowe, dawała wrażenie czegoś znajomego, ale na tyle się od nich różniła, że Maria nie mogła tu ufać swoim strzeleckim odruchom.

Czerwona Dziewiątka płonęła w niej, nakłaniała do wybrania maksimum, ale Maria stłumiła ten impuls i wybrała poziom średni, postanowiła na początek poćwiczyć nerwy. Ustaliła stawkę.

Liczby zakręciły się w dolnym prawym rogu pola widzenia. Sekundy uchodziły z tykaniem. Jeśli ktoś pokonał trasę w czasie krótszym niż siedemdziesiąt pięć procent przydzielonego, dostawał premię pieniężną. Docelowa gwiazda rozbłysła na krótko, razem z pewną liczbą czarnych dziur, z którymi Maria po drodze będzie musiała zagrać w berka.

- Dobrze - powiedziała cicho i rozpoczęła przyśpieszanie. Wybierała drogę, czuła rozwierającą się studnię grawitacyjną, a Czerwona Dziewiątka odpalała neurotransmitery i iskrzyła w mózgu Marii. Wejrzała w głąb leżącej przed nią czarnej negacji. Uśmiechnęła się. I czuła jęk pinballa rozrywanego przypływami grawitacyjnymi.

Dzięki wyrobionym odruchom opanowała pinball, dopalanie i korekty kursu, jego nurkowania w pulsujące studnie grawitacyjne. Inny fragment jej umysłu planował strategię. I kiedy grała, kiedy liczniki w dolnym rogu odmierzały czas, a pinball leciał po swej trajektorii, czuła, jak budzi się w niej inny poziom świadomości, powoli i pewnie, doznanie elektronicznego świata, tej złożonej symulacji komputerowej... intuicyjna per-cepcja porcji energii, które płynęły z szybkością światła i tworzyły złudzenie kosmosu, splotła się z decyzjami rozbłyskującymi w umyśle. Elektronowy świat stale unosił się w tle świadomości.

Piękna Maria na skończenie biegu potrzebowała sześćdziesiąt procent wyznaczonego czasu. Do licznika dopisano kredyt. W jej umyśle złudzenie przestrzeni zblakło, znalazła się znowu w ciasnej, dusznej kabinie. Teraz, gdy gra jej nie rozpraszała, wrażenie świata subatomowego było bliższe. Odchyliła głowę i świat ten zawirował wokół niej. Uniosła palec, śledziła wzorce na konsoli sterującej... wydawał się niemal namacalny.

Czerwona Dziewiątka nadal popędzała. Dziewczyna nacisnęła guzik.

Symulacja jeszcze nie pojawiła się w ośrodkach wzroku, a Maria już poczuła tętno elektronowego świata. Zaśmiała się, podała wysokość stawki i poprosiła o największy stopień trudności.

Musi przynajmniej raz okrążyć każdą z osobliwości, i to w bardzo krótkim czasie, nie ma mowy o błędach. Wykorzystała cały przydzielony czas na planowanie strategii, trasy pinbal-la wśród gwiazd, a potem, słysząc sygnały alarmowe w mózgu, pchnęła pinaball z maksymalnym przyśpieszeniem...

Pinball spłaszczył się i wyciągnął. Schwytały go palce energii przypływu. Maria spalała paliwo, przemknęła wokół osobliwości, zanurkowała w następne ciemne słońce. Czuła otaczający ją świat elektronów i w jakiś sposób na podstawie jego wzorców wiedziała, że osobliwość, ku której zmierza, zwiększy swą grawitację... Wyznaczyła szerszą orbitę, odczuła mocne uderzenie ciążenia, włączyła impuls mocy, wyrwała się dokładnie na zaplanowany kurs. Wprowadzone przez komputer zakłócenia miały być losowe, ale nie były, gdyż zachowania maszyny nie są naprawdę przypadkowe, to jedynie część złożonego wzorca, który - jak powszechnie uważano - jest zbyt rozległy i szybkozmienny, by człowiek objął go umysłem.

Pinball jęknął od naprężeń przypływowych. Maria spalała paliwo z fantastyczną szybkością, zwężając margines bezpieczeństwa. Tuż, tuż wirowały osobliwości, próbowały ją schwytać. Czuła zmiany w elektronowym wzorcu: coś się zaraz wydarzy, zaraz pojawi się osobliwość - zbyt blisko ścieżki pinballa. Ogień zabuzował w żyłach Marii. Odrzuciła głowę do tyłu, zacisnęła zęby, zamachała dłońmi w górze, napięcie wprawiało ramiona w drżenie...

Czuła, jak formuje się elektryczna moc, jak wypływa z koniuszków palców. Wzór się zmienił. Osobliwość powstała pół sekundy później, gdy pinball już przeszedł.

Wykorzystała tylko siedemdziesiąt trzy procenty przyznanego czasu. Maszyna wypłaciła trzydziestokrotną wartość stawki.

Maria dyszała, łapała powietrze, serce jej waliło. Na górnej wardze czuła pot.

Poprosiła maszynę o następną rundę. Wprowadziła stawkę. Była to maksymalna wysokość zakładu prawnie dozwolonego dla tego typu gier. Pozostawała jej maksymalna stawka i połowa dotychczasowych wygranych. Wybrała najwyższy stopień trudności. Jeszcze raz poczuła napływający świat elektronów, wypełniony ciemnym ogniem niewidzialnych gwiazd.

Hologram Pasca pewnie kroczył przez pomieszczenie. Zdawało się, że wygłasza wykład do ściennego monitora.

- Rozszerzanie. Kurczenie. Inflacja. Deflacja. Elastyczny model opisujący metale pod wpływem zmian temperatury, zjawiska falowe pod wpływem zmian energii, systemy ekonomiczne pod wpływem zmian bogactwa.

- Przymknij się, tato - powiedział Ubu. - Próbuję wyznaczyć następny strzał.

Siedział zgarbiony nad terminalem i klawiaturami, które odwinął z zielonej metalowej ściany górnego saloniku. Przed twarzą migały mu modele holograficzne. Stukał w klawiatury obydwiema parami równosprawnych rąk.

- Chodzi nam o ostatnie z tych zjawisk. - Pasco kontynuował niewzruszony. - Spójrzcie.

Wykres, nad którym pracował Ubu, zniknął, zastąpiony przez skomplikowany model trójwymiarowy. Kula gwiazd o zmiennych kolorach zapłonęła mu przed oczyma.

- Tato - powtórzył Ubu - próbuję... - Przypomniał sobie, że to nagranie, i z całej siły zacisnął usta.

Czerwona dioda zapłonęła na terminalu, sygnalizując, że trajektoria Ubu nagrywa się automatycznie wjłaijuęci nawigacyjnej statku. > ' -

- Ludzki kosmos - rzekł Pasco. ^ścianv.

Podszedł do monitora, przenikając przez krzesło; obraz holograficzny zamazał się, napotkawszy materię. Hologram zaczął się zmieniać. — W tym modelu bogactwo zostało przedstawione za pomocą jasności wykresu: im jaśniej, tym bogaciej. Zwróćmy uwagę na to, że bogactwo rozprzestrzenia się w modelu na podobieństwo czoła fali. Jasność przesuwa się ku centrum. Zauważmy, co się dzieje w centrum modelu, gdy losowe źródła bogactwa, stworzonego na granicach, przesuwają się ku rdzeniowi. Chaos, prawda? - W głosie Pasca dźwięczało samozadowolenie. - Chaos w centrum potęguje się, gdy pozwolimy modelowi rozszerzać swoje granice. Fale tworzą gmatwaninę. Morza gospodarcze są wzburzone, jeśli zastosować żeglarską przenośnię, której prawdopodobnie nie znacie.

Krtań Ubu ścisnęła się z żalu. Potrząsnął ze znużeniem głową.

- Odejdź - powiedział bezbarwnie. - Jesteś martwy. Zabiłeś się.

- Ludzie inwestują w źródła bogactwa - ciągnął Pasco. Przeniósł ciężar ciała do tyłu, na jedną nogę, i rozłożył ramiona, deklamując jak kabotyn. Nadal kierował swoje frazy do ściany. - Cóż się dzieje z ich inwestycjami, gdy zostaje odkryte nowe, większe źródło bogactwa, które zalewa rynek jak wiosenna powódź? Ich własne inwestycje tracą wartość. Zostają zniszczone przez inflację. - Łypnął na monitor.

- Klasycznym przykładem...

- Gówno prawda.

- ...jest Europa po podboju Nowego Świata przez Hiszpanię. Import do Europy ogromnych ilości amerykańskiego złota spowodował inflację walut europejskich. Inflacja rozprzestrzeniała się w Europie, począwszy od Iberii, a potem mknęła na wschód niczym fala, powodując w końcu kryzys finansowy w Polsce, na Ukrainie, a pięćdziesiąt lat później na Bliskim Wschodzie. Nagle wieśniacy nie mieli środków na zakup chleba czy ziemi. Grosze, które zgromadzili, straciły wartość. Wynik: stulecie wojen religijnych, które zabiły miliony ludzi, zniszczyły żywotność hiszpańskiego imperium, unicestwiły ideał chrześcijaństwa jako koncepcji jednoczącej Europę i omal nie wtrąciły tego kontynentu w nową epokę mroków.

Mózg Ubu wirował.

- Co to jest Iberia? - zapytał. - Co to jest chrześcijaństwo? I o jakim nowym świecie mówisz? - Chciał walić głową w metalową ścianę. - Kiedy powiesz wreszcie coś sensownego? Jezu Hryko. - Zaczął znowu stukać w klawiatury. Jego wykres holograficzny gdzieś tam był - Ubu widział, jak komputer go zapamiętuje, i musiał tylko odkryć, gdzie go ukrył agresywny program Pasca.

- Podobne kłopoty trapiły ludzkie gospodarki w ubiegłym wieku - ciągnął Pasco - choć rezultaty były nie tak drastyczne. Obecnie nikt nie musi się martwić o kawałek chleba. Ale nieograniczona ekspansja ludzkiego kosmosu za pomocą prostej mechaniki osobliwości ma jednak nie przewidziany wpływ na gospodarki w centrum. Fale bogactwa tworzonego na granicy gwałtownie atakują centrum ludzkiego kosmosu, z siłą o jakiej w ubiegłych stuleciach nikomu się nie śniło.

Pasco wyrzucił w górę ramiona.

- Miliardy bezrobotnych! Życie porozbijane! Inwestycje, które stają się bezwartościowe w ciągu jednej nocy! - Pokiwał palcem na monitor. - I czegóż chcieli ci wszyscy nieszczęśliwi ludzie?

- Chcieli jeść gówno i umierać - odrzekł Ubu.

Pasco uderzył pięścią w dłoń. Nie spowodowało to żadnego odgłosu.

- Właśnie - powiedział z szerokim uśmiechem. - Chcieli stabilności. Ciągłości. Konsolidacji.

Ubu spojrzał ostro znad klawiatury.

- Co ty powiesz?

- Zwróćcie uwagę, że nie chcieli końca ekspansji - oznajmił Pasco. - Chcieli tylko przerwać nie kontrolowany wzrost, który burzył im życie. Chcieli ekspansji planowej, z gwarancją, że nie wywoła napięć w systemie. W centrum ludzkiej sfery żyło dziesiątki miliardów razy więcej osób od ludności na granicy. W końcu te proporcje przeważyły i politycy Multipartii ich usłyszeli. - Odwrócił się do Ubu, zerknął jak sowa. Po karku Ubu przeszedł chłód. To tylko nagranie, powiedział sobie.

Głos Pasca stracił retoryczny ton.

Lecz co zrobiła Konsolidacja z gospodarkami Rubieży, opartymi na nieograniczonym wzroście? Kiedy najlepszymi jednostkami ekonomicznymi, zapewniającymi dozwolony wzrost, stały się wielkie, stabilne holowniki korporacji, a nie małe, przedsiębiorcze rodziny strzelców?

- Kogo to obchodzi? Przez chwilę myślałem, że zaczniesz mówić z sensem.

Pasco wyprostował się. W oczach miał smutek. Ubu poczuł w nerwach dotknięcie trwogi.

- Umieramy - oznajmił Pasco. - Umieramy powolną śmiercią. - Nagle wydał się starszy. Jego obraz rozmazywał się, popłynęły przez niego wzory interferencyjne.

- Gdzie Koteczka? - spytał drżącym głosem. - Brakuje mi Koteczki.

- Odejdź, tato.

Koteczka została sprzedana dwa miesiące temu właścicielowi zamtuza na Calibanie. Pieniądze wydał Ubu na ryzykowną zagrywkę - zakup sprzętu wydobywczego dla Dig Angel.

- Koteczko? Gdzie jesteś, dziewczyno? - Pasco chodził po wytartym szarym dywanie. Bezszelestnie. Ubu nie odrywał wzroku od klawiatury. Oczy go bolały. Z trudnością przełknął ślinę.

Ojciec rozpłynął się w syczącym wzorze interferencji. Wykres nawigacyjny pojawił się znowu. Ubu gapił się na niego beznadziejnie. Żal szarpał mu serce szponami z hartowanej stali.

Szlamgrodzianin nadal grał w oczko, mając dziwny szklany uśmiech przylepiony do twarzy. Ciągle przegrywał i wmawiał sobie, że świetnie się bawi. Maria, oparta o kabinę blackhole'a, zaczerpnęła parę haustów przesyconego dymem powietrza. Nogi nie chciały podtrzymywać jej ciężaru.

Wykonała dwie rundy o maksymalnej trudności, w jbu zwyciężyła, z wygraną ponad czterdzieści do jednego. Za drugim razem maszyna rzuciła jej kilka przeszkód, ale Maria wyczuła jej zamiary na tyle wcześnie, by zareagować, zmienić przepływ i zagwarantować sobie zwycięstwo. Interakcja ze światem elektronów była wyczerpująca. Czerwona Dziewiątka nadal trzeszczała w nerwach, pchając ją z powrotem do kabiny. Umysł dziewczyny obracał się jednak w świecie fantomów, elektronów mknących jak rakiety, pulsujących w mózgu niczym dziwne, ważkie światło... skupienie przepadło, zaplątane w warstwach percepcji.

Piękna Maria wzięła oddech, sięgnęła do kieszeni sukni. Zażyła parę kapsułek Niebieskiej Siódemki - ten rodzaj nazywano potocznie „Błękitnym Niebem" - i przełknęła je na sucho. Miały zdławić drgawki Czerwonej Dziewiątki.

Należało znaleźć ciche i spokojne miejsce. Zabrała swój licznik kredytu i przeszła wśród stołów oświetlonych lampami punktowymi. Z każdego stołu docierały do niej elektryczne dźgnięcia.

Podeszła do drzwi, bramkarz spojrzał na nią znad wymyślnych binokli.

- Pech, strzelczyni? - zapytał, źle interpretując jej chwiejny chód. - Potrzebujesz kredytu? Postawię ci kolację, zapoznam z przyjaciółmi. Turystami. Wiem, że się im spodobasz, strzelczyni.

- Wygrałam - wyjaśniła Maria i nacisnęła płytę drzwi.

Bramkarz błysnął metalowymi zębami.

- Mówiłem, co? Strzelcy to szczęściarze w blackhole'u. Zjesz kolację, co?

- Alfons.

Maria wypadła ze Stellar City, stąpała bosymi nogami po nie przywierającej powierzchni wąskiej piankowej rampy. Gdy wyszła na ulicę, poczuła zapach wyhodowanego w kadzi pieczonego jagnięcia, a gdy otworzyły się drzwi do pobliskiego baru, usłyszała płacz muzyki striffowej. Czerwona Dziewiątka pomknęła po krzyżu w górę, potem w dół. Kolory na brzegach pola widzenia płynęły. Maria kupiła w kiosku kawałek jagnięciny, zawinęła je w czapati i jadła, idąc po długiej, ciemnej, metalowej wstędze ulicy...

Godzinę później, ukojona Niebieską Siódemką, siedziała w barze, piła sok z granatu, wzmocniony zamiennikiem elektrolitycznym, i słuchała strzelca o szklanym wzroku, grającego na improwizerze dodatkową parą rąk. Muzyk nie był zły, lecz jego

interpretacja wydala się Marii zbyt konwencjonalna, zbyt układna. Palce Marii wyrywały się do klawiatury.

- Postawić ci drinka?

Wywnioskowała, że to strzelec lub syster ubierający się jak strzelec. Nie miał kanciastych, ostrych rysów osoby wyhodowanej na monach; wydawał się delikatniejszy. Dwoje ramion i dwie ręce. Kilka centymetrów niższy od niej. Oliwkowa skóra, krótko przycięte kręcone włosy. Piętnasto- może szesnastoletni, jeśli nie był stymulowany. W ręku butelka Skowronka.

- Nie piję dużo alkoholu - oznajmiła.

- Wobec tego mikstury?

Maria odchyliła głowę i zaśmiała się. Zorientował się: już była naćpana.

- Może to, co już pijesz?

- To już mam. Ale możesz ze mną porozmawiać, jeśli chcesz.

Improwizer zapuścił się w utwór w zamierzeniu śmiały; linia harmoniczna grana na każdej z klawiatur miała uzupełniać linię melodyczną powtarzaną z pamięci sizera. Efekt jednak przyprawiał o ból zębów, Maria miała ochotę czymś rzucić. Potrafiłaby lepiej zagrać swoją jedyną parą dłoni.

Strzelec przysunął stołek.

- Jesteś z de Suarezów? - Spojrzała na niego.

- Tak. Christopher, z „Abrazo". Jak się domyśliłaś?

- Na podstawie wyglądu. To linia wsobna. Nazywają cię Chris?

- Dla przyjaciół Kit. - Zachmurzył się. - Rodzina przeważnie woła na mnie „chłopcze".

Maria upiła łyk soku.

- Czy mają jakiś powód? - zapytała. - Czy po prostu lubią obrażać członków własnej rodziny?

Wydawał się lekko zaskoczony.

- Nie prowadziłem jeszcze strzału - wyjaśnił. - Rodzina uważa, że człowiek nie jest dorosły, dopóki tego nie zrobi.

- Jezu Hryko. Jeździłam na pływach, odkąd skończyłam siedem lat.

- Jesteś zmonowana.

- To nie ma znaczenia. Można się tego szybko nauczyć w ciągu kilku tygodni. - Spojrzała na niego uważnie. - Chyba że masz z tym trudności.

- W symulacjach idzie mi dość dobrze. Po prostu moja rodzina... - Wzruszył ramionami. - My szanujemy pokolenia. Jestem najmłodszy z mojej generacji. Nie będę robił nic ważnego, dopóki nie umrze Marco. Wtedy wszyscy przesuniemy się o szczebel w górę.

- Marco to wielki tatuś?

Grajek na improwizerze wszystkimi czterema rękami wycofał się niepewnie na linię melodyczną. Maria chciała wydać okrzyk ulgi. Kilku pijaków z głębi sali głośno klaskało.

Kit skinął głową i łyknął Skowronka.

- Marco jest moim wujkiem-dziadkiem. Bossrajder „Abra-zo", głowa rodziny. - Wpatrywał się w swoje odbicie we wtła-czaczu. Mój ojciec to Drugi na „Familii". Szkoda, że nie jestem z nim. Ale Marco potrzebował nowego ucznia.

- Marco nie zamierza umierać w najbliższej przyszłości, prawda?

- Będzie żył wiecznie. Myślę, że ma umowę z Bogiem. - Kit uśmiechnął się przepraszająco. - Jest poważnym Starym Katolikiem. Ma ołtarzyk Naszej Pani w wirówce, obok swego gabinetu. Spędza tam mnóstwo czasu, robiąc interesy z aniołami. -Kit znowu łyknął Skowronka. Jego ciemne oczy spojrzały niepewnie w twarz Marii. - Słyszałem o twoim ojcu. Przyjmij wyrazy współczucia.

- Tak było najlepiej. Chyba.

- Marco powiada, że to był geniusz, który nigdy nie potrafił nic skończyć.

Smutek przemknął przez nią na falach Błękitnego Nieba.

- Przypuszczam, że tak.

Kit dopił Skowronka i dał znak, żeby mu podano następnego.

Marii przyszła do głowy pewna myśl.

- Nie znamy się, prawda? - zapytała. - Skąd wiedziałeś, kim jestem?

Kit spojrzał na nią ostrożnie.

- Marco kazał nam uczyć się o innych strzelcach. Ma archiwa i różne rzeczy. Chce, byśmy znali naszą konkurencję.

Maria poczuła wzbierające fale smutku. Kiedyś, zanim nastąpiła Konsolidacja, strzelcy tworzyli pewnego rodzaju wielką promiskuityczną rodzinę.

- Już doszło do tego, prawda? - zapytała.

W jego oczach odbijał się jej smutek.

- Tak. Chyba tak.

Pasco osiągnął późny wiek średni, gdy zaczęły się w nim odzywać instynkty ojcowskie, pierwszy z wielu tłumionych popędów, by zostać ojcem. Wtedy skonstruował swoje dzieci z elementów i fragmentów zakupionych w magazynie z genewarem, każdemu przydzielił zestaw talentów i zdolności, które uznał akurat za ważne. Prócz wysokiej inteligencji dał Ubu nieco cech, jakich - zgodnie z jego opinią - jemu samemu brakowało. Był powolny, tłusty i zapominalski, więc wyposażył Ubu w szybkie odruchy, twarde ciało i ejdetyczną pamięć sprzężoną z ostrymi zmysłami i syneste-zją. Dodatkową parę ramion dodał po dalszym namyśle.

Gdy postanowił powiększyć rodzinę, był już ambitniejszy. Właśnie zawodowy jasnowidz na Carter's Rim przepowiedział mu przyszłość i część tej przepowiedni się sprawdziła. Jego kasety szybkouczenia z genetyki poinformowały go, że - według pewnej mniejszościowej grupy specjalistów - określone geny w określonych miejscach odpowiadają za prekognicję, telekine-zę i ogólne zdolności pozazmysłowe. Skonstruował Piękną Marię z pewną przesadą: umieścił wszystkie geny związane z percepcją pozazmysłową we właściwych miejscach spirali, z zamiarem stworzenia prawdziwej czarownicy.

Jeszcze nim przejawiły się zdolności Marii, Pasco stracił zainteresowanie dla zjawisk pozazmysłowych. Kolejne wizyty u jasnowidza z Carter's Rim rozczarowywały. Niezwykle sukcesy Marii w grach elektronicznych przypisano szybkim odruchom, a zdumiewający talent do terenowych napraw sprzętu - dobrej pamięci. Dopiero gdy zaczęła ćwiczyć strzały oso-bliwościowe na symulatorze i podczas tych ćwiczeń większość zaprogramowanych przez Pasca przeszkód albo w ogóle nie wystąpiła, albo się pojawiała z zagadkowym opóźnieniem, Pasco zaczął podejrzewać, że coś tu nie gra.

Tym razem utrzymał zainteresowanie przez parę miesięcy -już dłużej nie potrafił się skupiać na jednym zagadnieniu. Zaprojektował testy mierzące jej zdolności, a potem ćwiczenia, by je wzmocnić i zapewnić niezawodność. Nim zainteresowanie ojca minęło, Maria i Ubu zdołali rozwinąć jego pomysły i rzeczywiście ustabilizować talent Marii.

Po śmierci Pasca, dzięki umiejętnościom Marii „Uciekinier" utrzymywał się przy życiu.

Marco de Suarez, przywiązany do stołu, unosił się nieważki i pił kawę z wtłaczacza. Bladoróżowe oświetlenie baru mutan-to łagodziło rysy jego wychudzonej twarzy. Nie zwracał uwagi na skomplikowany splot tancerzy mutanto odbijających się od ścian w rytm orkiestry striffowej, usadowionej tuż za nim. Pięcioosobowa grupa mutanto generowała rozpaloną do białości agresję - rzekłbyś: armie robotów prowadzą walkę wręcz. Marco był starcem o łokciach wystających jak sęki z cienkich, pozbawionych ciała ramion. Białe włosy miał przycięte na centymetr, policzki jeżyły się trzydniowym zarostem. Nosił platynowe kolczyki w uszach, sandały i starą, białą, sięgającą do połowy ud, bawełnianą marynarkę z pieczęcią De Suarez Expressways Ltd. na ramieniu. Na szyi, na napiętym rzemyku wisiał srebrny krucyfiks. Ubu nie cierpiał tego człowieka.

- Bossrajderze - pozdrowił go.

Głęboko osadzone oczy starca zwróciły się ku niemu. Marco podniósł swój wtłaczacz, wdusił do ust kawę. Robił to ostentacyjnie.

- Bossrajderze - odpowiedział w końcu starzec - Ubu Roy. Siadaj.

- Niewykluczone, że możemy pomóc sobie nawzajem -oznajmił Ubu.

- To raczej mało prawdopodobne.

Marco był tyranem - przyznawała to nawet jego własna rodzina. Firma handlowa De Suarez Expressways charakteryzowała się tymi co on, dość szczególnymi cechami - tak jak „Uciekinier" był podobieństwem Pasca. Kobietom de Suare-zów pozwalano mieć jedynie męskich potomków. Marco uważał, że wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby na statkach żyła jedynie męska załoga, rodzina zjednoczona nie tylko cechami genetycznymi, lecz również o jednakowych postawach seksualnych. Wszystkie kobiety na statkach de Suarezów pochodziły z zewnątrz.

Ubu uważał, że Marco jest prawdopodobnie równie szalony jak Pasco, choć lepiej zorganizowany.

Niestety, tylko do niego mógł się zwrócić. Ubu cały dzień biegał po skraju Anioła, szukając nabywców sprzętu górniczego wypełniającego ładownię „Uciekiniera". Mówiono mu wszędzie: „Porozmawiaj z Markiem. Od czasu upadku Long Reach jedynie Marco ma kontrakty górnicze. Marco zawarł umowę z PDK. Ma z Kompanie umowę na dostawy dla Seven Systems Mining na Trincheras. Marco siedzi w barze zero-g w rdzeniu. Bar Bahia. Robi interesy z rodziną mutanto".

Równie dobrze mogę się poddać nieuniknionemu, pomyślał Ubu. Long Reach był uwikłany w długą ceremonię autode-strukcji; wierzyciele, inspektorzy skarbowi, niejasne struktury odpowiedzialności wewnątrz firmy, nie zrealizowane kontrakty, próby przejęcia. Połowa zarządu nie wiadomo gdzie się rozproszyła i Flota musiała podjąć akcję ratowniczą, by pomóc głodującym obywatelom jednego z nowych osiedli Long Reach. Zaginęło mnóstwo dokumentów firmy. Obecnie nie ulegał wątpliwości jedynie fakt, że nikt nie dostaje należnej zapłaty.

Na rynku Angeliki nie było nabywców. Prócz nie funkcjonującej placówki Long Reach, w Układzie Angelica działała tylko Biagra-Exeter, a Biagra takie sprawy planowała z wieloletnim wyprzedzeniem. Była to firma samowystarczalna, większe dostawy realizowała własnymi siłami. Nie byli zainteresowani zawieraniem kontraktów zewnętrznych, nawet zyskownych.

Ubu nie chciał na razie wnosić roszczeń w stosunku do Dig Angel - informacje o jego trudnościach stałyby się ogólnie dostępne, na stacji każdy by wiedział, że „Uciekinier" ma kłopoty i Ubu rozpaczliwie chce sprzedać towar. Piękna Maria wyruszyła więc po kredyt do kresowego kasyna, a Ubu przeniósł swoje działania do rdzenia.

Nie chciał załatwiać spraw z Markiem. Chciał albo bliźniego strzelca, kogoś, kto na pewno by mu współczuł, albo obojętnego hilinerskiego reprezentanta, który dostawał niezłą pensję, bez względu na to, jak wiele wycisnął z transakcji. Nie dowierzał typom balansującym pośrodku, jak Marco, który dość miał ze strzelca, by zrozumieć trudności Ubu, i dość z Hilinera, by-te trudności wykorzystać.

Ale w końcu wypadło na Marca. De Suarez Expressways Ltd. posiadała pięć okrętów, a może również kapitał potrzebny do takiego typu przedsięwzięć, a jeśli nie miała nawet własnego kapitału, miała dostęp do kapitału PDK. Po drodze do Bahia Ubu odpalił jeden z przyśpieszaczy neurotransmisji - Czerwoną Ósemkę - bardziej powodowany przesądami niż wiarą, że się to na cokolwiek przyda. Jeśli brak ci sprytu, by być bossrajderem, mieszanie w chemii mózgu nie na wiele się zda, uważał Ubu.

- Możliwe, że nie zdołamy sobie pomóc - rzekł Ubu, przypinając się do stołu naprzeciw starca. - Ale mimo to pogadajmy.

Marco pochylił głowę. Bladoróżowe światło reflektorków odbijało się od jego białych włosów.

- Słucham, Ubu Roy.

Z tyłu za nim gitarzysta mutanto grał górnymi dłońmi, dol ną parą rąk zawieszony na wystającej sztabie. Atakował nuty, jakby to one przyczyniły się do zagłady jego stylu życia. Każdy krzyk striffu był melodią marszową. Ale dokąd prowadził ten konkretny marsz?

Ubu patrzył w żółte oczy Marca.

- Masz kontrakt z Seven Systems - powiedział. - U mnie w ładowni jest trochę sprzętu Dig Angel. Chciałbym odzyskać nieco długów Dig Angel. Może odkupiłbyś ten sprzęt do dalszej odsprzedaży?

Starzec pociągnął nosem. Ubu widział lśniący zielony śluz, rozmazany na górnej wardze Marca — starzec siedział w kącie baru cały dzień, załatwiał sprawy i wdychał tyle dopalaczy neuronowych, że substancje wyciekały mu z nozdrzy.

Marco spojrzał na Ubu ze swojej trupiej główki.

- Może sam wywieziesz to poza układ i sprzedasz Seven Systems?

- Mam kontrakt na dostawę całej ładowni środków farmaceutycznych z China Light do SaWadoru i Ascención. China Light nie potrzebuje sprzętu górniczego. Nie chcę płacić za magazynowanie i nie chcę stracić kontraktu jedynie po to, by polecieć do Seven Systems, skoro mogę sprzedać sprzęt Seven Systems, odstępując go tobie.

To były kłamstwa. Ubu uznał jednak, że Marco nie ma sposobu, by informację potwierdzić. Tak naprawdę dostał kredyt OttoBanque tylko dlatego, że namówił Marię na skiksowanie im systemu. Pożyczkę trzeba było zwrócić za niecały tydzień i jedynym sposobem przesunięcia tego terminu było skiksowanie systemu OttoBanque również tutaj, a to dwukrotnie zwiększało niebezpieczeństwo, iż bankowe komputery zauważą fakt, że ktoś przy nich majstrował.

Ubu, jeśli nie sprzeda swego ładunku, nie zdoła uregulować na miejscu, na Stacji Angel, opłat portowych i podatków, podniesionych przez Multipole w ramach prowadzonej przez nie polityki Konsolidacji.

Ubu spojrzał chłodno w szczeciniastą twarz Marca i wypuścił swój najlepszy strzał.

- Ponadto - oznajmił - dochodzą mnie słuchy, że macie wyłączny kontrakt z PDK i Seven Systems. Nie wiem, jakie masz z nimi stosunki, ale PDK może zrewidować umowę, gdy sprzedam im towar bezpośrednio i zorientują się, że mogą mieć tutaj innego dostawcę.

Lament striffu zakończył się kanonadą perkusji i urywanymi arpeggiami gitarowymi. Mutanto klaskali w swe poczwórne dłonie, wiwatowali.

Marco nie zmienił wyrazu twarzy, ale sięgnął do kieszeni na udach, wyjął czak soku neurotransmiterowego i wtrysnął dawkę do każdego nozdrza. Oznaczało to, że naprawdę intensywnie myśli.

Ubu uśmiechnął się, choć jego twarz nic nie wyrażała.

Ekscyt miał tytuł „Odnowa". Wyprodukowano go na planecie, gdzie ludzie rozmawiali głównie po mandaryńsku, ale były tam również napisy w melanżu, a także zreformowane ideogramy dla tych, którzy używali innych dialektów azjatyckich. Zanim opowieść się zestarzała, Ubu cieszył się, że nie słyszał, co o niej mówiono.

Ekscyt szeroko chwalono, a historia była jakoby prawdziwa. Opowiadała o wyzutych z mienia strzelcach, którzy przez swą nieodpowiedzialność i beztroskę stracili wszystko, i o tym, jak reedukowano dzielną garstkę i wykorzystano do użytecznej pracy dzięki troskliwym ludziom z naziemnej wspólnoty.

Historia nie wspominała, w jaki to sposób strzelcy stracili środki do życia. Nie mówiła o tym, jak naziemni głosowali na rząd, który nasłał na rdzeń ludzkości Multipole, które z kolei postanowiły wdrożyć Konsolidację i zniszczyły pewien sposób życia.

Ten, kto to wyprodukował, prawdopodobnie nigdy w życiu nie spotkał strzelców, nigdy nie opuścił planetarnej studni. Eks-cytowe życie strzelców zostało rażąco uproszczone, składało się tylko z szaleństwa i stymulowanej narkotykami brutalności, choć w tej całej dekadencji znalazło się kilka młodych osób o czystym sercu, marzących o lepszym sposobie życia.

Tak wiele elementów brakuje - myślał Ubu - poczucia wspólnoty. Nie przedstawiono, jak rodziny rzeczywiście tutaj pracują, brakuje muzyki - nie pojawił się żaden instrument.

- Niech się wypchają - rzekł Ubu i sięgnął do wyłączników holo. Już wiedział, jak się wszystko skończy. Bohater się zrehabilituje i skojarzy z wiejską dziewczyną; najlepszy przyjaciel bohatera umrze tragicznie wskutek stałego używania narkotyków; sześcioletnia sierotka-blondyneczka zostanie wyzwolona spod władzy ojca brutala; wszyscy pozostali strzelcy w wieku powyżej szesnastu lat pójdą do diabła najkrótszą możliwą drogą.

Ubu miał zresztą wrażenie, że jest to w ogóle jedyna możliwa droga.

Walnął po wyłącznikach. Nagłe zniknięcie ekscytu z trójwymiarowego ekranu pozostawiało w sercu Ubu ziejącą wyrwę. Czy rzeczywiście tak nas widzą? — zastanawiał się.

Grzechotał w nim bezcelowy gniew, niczym kamienie wrzucone do wiadra. Miliardy ludzi widziało ten ekscyt. Miliardy wiedziały obecnie, że rodziny strzelców wymierają z powodu swych wrodzonych wad charakteru; panowało przekonanie, że cywilizacja nie może już sobie pozwolić na istnienie na swych rubieżach podobnych barbarzyńców. Cóż Ubu mógł zrobić, by zmienić ich poglądy?

Przyciągnął panel sterowniczy saloniku, zawezwał spis eks-cytów, przejrzał listę dostępnych zapisów. Nic nie współgrało z jego obecnym nastrojem agresywnej tęsknoty.

Mignął mu jeden z tytułów. Ubu zatrzymał przewijanie, cofnął, uśmiechnął się szeroko.

Jego ekscyt przewodni. Nie widział go od lat.

Natrafił na niego przypadkowo, sześć czy siedem lat temu, przewijając z nudów spis. Ekscyt znajdował się w pamięci komputera od chwili jego zainstalowania sto lat wcześniej, jeden z serii wykładów i klasycznych ekscytów dodawanych gratis do starego Torvalda. Większością Ubu się nie interesował, choć Pasco oglądał ich mnóstwo, jednak z jakiegoś powodu -być może dla klasycznego tytułu - Ubu uznał, że jeden z ekscytów jest wystarczająco interesujący i trzeba go zachować.

Był animowany, lecz animacja wyglądała tak, jakby wykonało ją kredkami sześcioletnie dziecko o uszkodzonym mózgu: prymitywne figury z wielkimi głowami, które nigdy nie zachowywały tego samego kształtu. Tło, jeżeli już w ogóle było, zostało naszkicowane lekko, obiekty pojawiały się i znikały bez ładu i składu. Nawet dzień i noc zmieniały się z chwili na chwilę, bez żadnych przerw w akcji. Ubu, który pojęcie dnia i nocy wyrobił sobie jedynie na podstawie oglądanych ekscytów, dziejących się w Szlamgrodzie, nie uważał tego za dziwne, dopóki nie zaczął się nad tym zastanawiać. Główną postacią był brzuchaty mały król, noszący koronę w kształcie postrzępionego łańcucha górskiego i ściskający w dłoni coś, co wyglądało na szczotkę toaletową. W opowieści miotał się z zawrotną szybkością, kradł pieniądze, przełykał pokarm, odrąbywał głowy i uciekał z pól bitewnych.

Ubu uwielbiał ten ekscyt. Mały król stanowił jakby żyłę prowadzącą do jego pierwotnego Id, stworzenia czystych, nieukie-runkowanych odruchów. To wariactwo, ta krwawa anarchia rozbrzmiewała mu w umyśle przez wiele dni.

Ubu, którego Pasco nazwał pierwotnie Xavierem, postanowił zmienić swoje imię na imię zwariowanego króla. W ekscy-cie pokazano domenę, prymitywną i dziwacznie zmienną, ale Ubu uważał, że w jakiś sposób da się po niej nawigować, że ma więcej sensu niż ludzki interfejs, z którym normalnie prowadził interakcję. Niewątpliwie, mimo całej gwałtowności, tamta domena zdawała się bezpieczniejsza.

Postukał w obudowę komputera i wywołał ekscyt z archiwum. Król zaryczał, obwieszczał szczekaniem swe plany. Głowy spadały na prawo i lewo z odgłosem pękających balonów.

Pomyślał o ludziach, którzy wyprodukowali „Odnowę" i żałował, że nie może napuścić na nich wszystkich Króla Ubu.

Piękna Maria, za jedwabną zasłoną Błękitnego Nieba, czuła potrzebę ruchu. Ujęła dłoń Kita i na niemal nieważkich stopach popłynęła ślizgiem wzdłuż skraju. Kolczasta roślina z różowym kwieciem, posadzona na osi ulicy, wydawała słodki, feromono-wy zapach. Dziewczyna zaśmiała się.

- Chcesz pójść potańczyć? - spytał Kit.

- Może później. Teraz chciałabym pospacerować. - Sunęła nad powierzchnią, przeszła przez hologram reklamujący genetykę na zamówienie, zobaczyła, że zielony laser wypala jej na skórze holograficzne spirale. Świadomość elektronów brzęczała w tle jej umysłu.

Spojrzała na Kita.

- Twoja rodzina nie pozwoli ci strzelać, prawda? - zapytała.

Uparcie patrzył pod nogi.

- Tak. Już mówiłem.

- Chcesz zdobyć doświadczenie? Możemy cię wziąć na terminatora na „Uciekinierze".

Kit zatrzymał się, zaskoczony zawisł na koniuszkach jej palców. Hologram, przebiegając po jego rysach, spomarań-czowiał.

- Ja... tak, chciałbym.

- Rozważ to — powiedziała Maria. — Musisz porozmawiać z rodziną, bo musiałaby zapłacić za twoje szkolenie.

Przełknął ślinę.

- Nie wiem, czy na to pójdą.

- Rzecz do rozważenia. Staniesz się dla nich cenniejszy. Na „Uciekinierze" nabrałbyś doświadczenia w obchodzeniu się z ładunkiem, przybijaniu do stacji, we wszystkim.

Hologram przesunął się dalej po ulicy.

- Chciałbym - powtórzył Kit.

Maria podciągnęła go wzdłuż skraju. Czuła się tak, jakby płynęła w powietrzu, jakby tylko Kit utrzymywał ją przy stopowym podłożu. Minęli manekina, androida tańczącego na wystawie w błękitnym świetle, kresowego zachwalacza o syntetycznym uśmiechu, próbującego swych sztuczek na parze turystów ze Szlamgrodu.

- Jasne, że to prawdziwe - mówiła zabawka.

Przez Marię przeszła fala niepewności: android miał męskie ciało, ale twarz Koteczki. Wzruszyła ramionami, próbując pozbyć się tego wrażenia.

- Jakby ci odpowiadało stręczenie androidów? - spytała Kita. - Jezu Hryko.

- Szlamgrodzianie nie widzą różnicy.

- Chyba musiałbyś zatrzymywać sto procent forsy - powiedziała Maria, nadal mając wątpliwości co do tego pomysłu.

- Podobają mi się twoje włosy. Mogę ich dotknąć?

Uśmiechnęła się, odrzuciła głowę.

- Jeśli chcesz.

Kit puścił jej palce ze swej lewej dłoni i uchwycił je prawą, a lewą zaczął głaskać czarne włosy Marii. Czuła jego łagodny dotyk na plecach, szyi. Pieszczotliwy jak Błękitne Niebo. Obrzeżem percepcji postrzegała migoczący nerwowy elektroniczny ruch na skraju. Skręciła w zaułek. Półmrok zmienił się w noc. Odwróciła się i pocałowała chłopaka. Dotyk - zadziałała chemia, a może to sprawił Kit - pociekł strumykiem po jej żebrach. Z jakiegoś baru w oddali dochodziła smętna ballada dolores. Kit udniósł dłoń, by rozgarnąć jedwabisty strumień włosów, głowę zanurzył w dołku przy karku. Wargami sunął po jej szyi.

- Chodźmy gdzieś - powiedziała Maria.

- Na „Abrazo" jest zbyt wielu ludzi. - Ciepły oddech trzepotał jej przy skórze. - A „Uciekinier"?

Pomyślała o Pascu, o holograficznym duchu, zamrożonym w makroatomowym sercu głównego komputera statku. Potrząsnęła głową.

- To samo.

Czuła dłoń Kita na swej zmonowanej piersi. Serce Marii wypełniło ciepło. Pocałowała chłopca w ucho.

- A może hotel? Zarobiłam dzisiaj trochę kredytu.

Odsunął się na moment, spojrzał na nią poważnie.

- Chciałbym, żeby to było miłe miejsce. Wiesz, nie jakaś tam ruroklitka.

Piękna Maria uśmiechnęła się. Ciemna skóra chłopaka zdała się odbijać jej żarzenie.

- Dobrze - powiedziała. - Wiem. Nie martw się. Mam wystarczająco dużo.

Ubu wypłynął z Bahia na narastającej fali adrenaliny i lęku. Zawarł z Markiem najkorzystniejszą umowę, na jaką go było stać, mimo to pozostała jeszcze daleka droga do wyjścia z długów. Jeśli w ciągu kilku dni nie znajdzie jakiegoś ładunku do transportu, OttoBanąue dokona sekwestru na nim i Pięknej Marii, na pokrycie długu sprzeda osobliwościowy napęd „Uciekiniera" i pozostawi ich na lodzie w Stacji Angel. Bez napędu „Uciekinier" miał wartość złomu - stuletnie części zamienne na dzisiejszym rynku niewiele były warte. Mając szczęście, znajdą pracę mechaników na statku systerowym, o zasięgu ograniczonym na zawsze do tego jednego układu. Jeśli nie - Szlamogród.

To komputery spaprały całą sprawę. Dig Angel zaczynał działania w tym układzie i chciał wszystkiego - robotów górniczych, narzędzi, części i spersonalizowanych komputerów Kanto do sterowania. Inne ustabilizowane firmy górnicze, jak Seven Systems, posiadały już wystarczającą moc obliczeniową, by prowadzić swoje operacje. Marco kupił tylko roboty i części zamienne.

Z otępiałym umysłem Ubu opadł ku skrajowi, gdzie było ciążenie. Wokół lśniły jaskrawe światła Życia Zewnętrznego. Holograficzne bóstwo przed Kasynem Roześmianego Boga dudniło

szczerym rozbawieniem. Gdy kroczył po jasnym, marmurowym pokładzie, ludzie ubrani w szarość i brązy kierowali na niego wzrok. Ich spojrzenia spoczywały na nim odrobinę za długo, akurat tyle, by wiedział, że to miejsce nie dla niego. Ludzie w hi-linerskich mundurach nie chcieli w ogóle na niego patrzeć.

Poszedł do centrali stacji i zgłosił swe roszczenia względem Dig Angel i Long Reach. Może OttoBanąue przesunie termin płatności pod zastaw roszczeń względem Dig Angel?

A może Szlamgrodzianie nauczą się latać? Szanse na to są podobne, pomyślał Ubu.

Kit i Piękna Maria siedzieli po turecku na hotelowym łóżku. Na materacu między nimi stały tacki z recyklo-walnego białego metalu, na nich jednorazowe widelce ze stopu lżejszego niż plastik oraz doprawiona curry jakaś-tam potrawa z menu zrobotyzowanego kelnera. Hotel Susperides znajdował się na skraju Kresów. Mógł tutaj kusić drobnych urzędników z Życia Zewnętrznego oraz turystów skłonnych wydać pieniądze na kresowe szaleństwa.it i Piękna Maria siedzieli po turecku na hotelowym łóżku. Na materacu między nimi stały tacki z recyklo-walnego białego metalu, na nich jednorazowe widelce ze stopu lżejszego niż plastik oraz doprawiona curry jakaś-tam potrawa z menu zrobotyzowanego kelnera. Hotel Susperides znajdował się na skraju Kresów. Mógł tutaj kusić drobnych urzędników z Życia Zewnętrznego oraz turystów skłonnych wydać pieniądze na kresowe szaleństwa.

- Wiele lat. - Kit opowiadał o swej matce. - Ciągle kłócili się z ojcem. Wreszcie sześć lat temu opuściła statek na Stacji Maskarada.

- Współczuję ci - rzekła Maria.

- Dostała pracę w kasynie, ale zbankrutowało. Chyba udała się do Szlamgrodu. Już trzy lata nie miałem od niej wiadomości.

- Musi ci być trudno - westchnęła Maria.

Na powierzchnię umysłu Kita wynurzyły się strzępki wspomnień.

- Hodowała kogutusy - powiedział. Od lat nie myślał o tych wielkich białych ptakach.

Maria łyknęła trochę lemoniady.

- Chciałabym ci pokazać „Uciekiniera". Ale przedtem muszę cię uprzedzić, że... czasami zjawia się tam mój ojciec.

Kit spojrzał na nią zdziwiony.

- Myślałem, że...

- Tak, umarł. Ale przedtem sporządził setki nagrań z własnymi wykładami na wszelkie możliwe tematy. Zakopał je w naszym starym Torvaldzie i tak zaprogramował, by pojawiały się przypadkowo. Przypadkowy kiks. Trudno go wykryć. Nie chcemy go zupełnie skasować, bo obawiamy się, że skasowalibyśmy przy okazji coś ważnego.

Kit zmarszczył brwi i z bańki wtłoczył sobie porcję Skowronka.

- W jaki sposób... daje o sobie znać?

Maria uśmiechnęła się.

- Obraz holograficzny. Czasami stary, czasami z ostatniego okresu. Raz coś bełkocze, a niekiedy tylko stoi. Czasami sprawia wrażenie, że lada chwila podejmie rozmowę. - Ujęła Kita za rękę. - Nie chciałabym cię tam zabierać. Mógłbyś się przestraszyć, gdybyś go zobaczył.

Spojrzał na Marię, zaciskając palce na jej dłoni.

- Mógłbym się przestraszyć - odparł. - Komputerowy duch. Jezu.

- Wyłączamy rzutniki holograficzne, ale są cały czas potrzebne i nie możemy unieruchomić wszystkich.

- Jasne. - Znów napił się piwa. - Jeden z moich kuzynów to genialny programista. Mogę z nim o tym porozmawiać.

- Nie rób tego, bo zaraz wszystko dostanie się do archiwum twojego wuja. - Spojrzała na Kita. - Proszę.

Oblizał wargi.

- Dobrze, nikomu nie powiem.

Nachyliła się, pocałowała go - cytryną i curry. Piersiami otarła się o jego ramię. Zaśmiała się.

- Jedyny we wszechświecie statek nawiedzany przez duchy i ja na nim jestem. Tylko mnie się mogło coś takiego przydarzyć.

Spojrzał na wtłaczacz, który trzymał w dłoni.

- Nie wiem, czy to aż takie złe. Przynajmniej możesz wyłączyć swoich krewnych, jeśli stają się nieznośni.

- Biedaku. - Białe, równe zęby Marii zamknęły się na płatku ucha Kita, jej paznokcie sunęły mu po krzyżu. Na karku czuł oddech Marii. Oparł wtłaczacz o kolano i odwrócił się do dziewczyny. Objął ją dłońmi, przez skórę dotykał żeber. Pocałunki sunęły po jego szyi, zatrzymały się przy obojczyku. Westchnął. Przesunęła się w przód, objęła go swymi długimi nogami, usadowiła mu się na udach. Jej długie włosy łaskotały go po torsie. Zadzwonił telefon.

Maria uniosła głowę.

- Kto to? - zapytała. Kit pocałował ją w szyję.

- To ja. - Z głośnika dobiegł głos Ubu, donośniejszy od naturalnego. - Dostałem od ciebie wiadomość, gdzie cię można zastać. Jesteś sama?

- Nie. - Czuła, jak Kitowi drżą mięśnie ud.

- Musimy porozmawiać na osobności. Mam coś ważnego.

Wygięła się do tyłu i przechyliwszy głowę, popatrzyła na

Kita. Opuszkami palców dotknął jej piersi, otaczał brodawki kołem. Twardniał.

- Dobrze - odpowiedziała.

- Teraz.

Uśmiechnęła się ironicznie.

- Teraz - powtórzyła i dodała. - Do zobaczenia. Przepraszam, Kit może później.

- Rozumiem. - Nadal się do niej przyciskał.

Maria przerzuciła nogę ponad jego głową, zeszła mu z ud i ześlizgnęła się z pościeli. W uniesionych dłoniach trzymała szarą suknię. Kit obserwował, jak na jej plecach mlecznobiała skóra przesuwa się po wypukłościach kręgosłupa. Widząc gładkie, wykarmione hormonami ciało, sam czuł się niekształtny -gruby, spocony, żałosny. Maria zgięła ręce i suknia zsunęła się aż do łydek.

- Spotkamy się gdzieś wieczorem? - spytała, spoglądając na niego znad ramienia.

Naciągnął prześcieradło na biodra.

- Jasne. Gdzie?

- Lepiej, żebym przedtem do ciebie zadzwoniła.

Łypnął na nią.

- Ale nie na„Abrazo". Skorzystaj z tablicy ogłoszeń, dobrze?

Piękna Maria wzruszyła ramionami.

- Jak chcesz.

- Dopiero za parę dni zaczniemy ładować. A wy?

- Chyba właśnie o tym mam rozmawiać z Ubu.

Kit wstał z łóżka i otoczył ją ramionami. Przysunęła się łagodnie, ocierała o niego, z nieobecnym uśmiechem na twarzy patrzyła w przestrzeń, ponad głową Kita. Choć wiedział, że błądziła gdzieś myślami, czuł, jak grzeją mu się nerwy. Wyobraził sobie randkę w komorze nieważkości w pobliżu rdzenia stacji; powolne, łagodne kochanie, przeciągające się w nieskończoność; widział, jak zbliżają się do siebie siłą własnej, nikłej grawitacji... Maria pocałowała Kita w wilgotne czoło i wysunęła się z jego ramion.

- Przepraszam. Muszę już iść. Dziś wieczór, dobrze?

- Tablica ogłoszeń stacji. Przekaż mi wiadomość.

Stąpała do drzwi, stopy miała bose. Przesłała mu pożegnalny uśmiech i odwróciła się gwałtownie, co sprawiło, że jej długie włosy jak fala spłynęły na ramiona. Drzwi przesłonowe zamknęły się. Kit przez chwilę patrzył w tamtym kierunku, potem wrócił na łóżko i skończył curry i piwo.

Wziął prysznic, ogolił się hotelową maszynką, włożył spodenki, kamizelkę i zniszczone szare buty sportowe. Przeszedł westybulem hotelu i nie zauważony przez recepcjonistę wyszedł na metal skraju.

- Hej, braciszku!