Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Klasyczny tekst w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
STANISłAWA PRZYBYSZEWSKA
Na ulicy przed sklepem piekarza. Na narożniku jaskrawy afisz. Zmrok poranny. Mularz, człowiek powyżej czterdziestki, tuż u drzwi; Szpicel, wiek nieokreślony, spaceruje bez celu na przestrzeni przed drzwiami.
SZPICEL
/ niepotrzebnym szeptem /
Widzieliście, obywatelu… afisz?
MULARZ
/ głośno, niechętnie /
Co znowu za afisz?
SZPICEL
O, tam na rogu… znów przylepili po nocy, psiekrwie!…
MULARZ
A niechże sobie… mało ich to ponalepiali od Nowego Roku? Dla nas afisz nie nowina.
SZPICEL
Ależ obywatelu, to oni… to Wielki Sędzia!
MULARZ
Wielki Sędzia! — Tydzień jak Wielki Sędzia poszedł z dymem. Jeszcze się po nim całowali.
SZPICEL
No a tam macie go znowu! — Ej, obywatelu: Wielki Sędzia to nie byle kto! jeszcze ciszej Wam plotą, że to niby ma być Pache… Poczciwiec Pache! Noworodek Pache! — A ja wam powiadam, oby…
MULARZ
A stulisz ty nareszcie pysk z tym twoim Wielkim Sędzią? — Co mnie to obchodzi, czy to Pache, czy nie Pache robi z siebie zatraconego durnia?
SZPICEL
Ależ nie złośćcie się tak od ra…
MULARZ
/ dowiaduje się /
Pudziesz?
/ Szpicel daje za wygraną. Odchodzi i kręci się dookoła przybywających: Madeleine, ok. 30 lat i Suzon, 15 lat. /
SUZON
/ zatrzymuje się pod afiszem /
Ooo, Madeleine! Chodź no, zobacz! Znowu afisz!
MADELEINE
/ przystaje za Mularzem /
Ech, to zwykły…
SUZON
Gdzie tam zwykły! Dokładnie to samo, co dawniej… zachwycona Słuchaj: „Obywatele! Znosicie od dwu lat rządy Konwencji, a z każdym miesiącem trudniej wam o chleb. Obywatele! Nie dajcie sobie zamydlić oczu! Wiedzcie, że w łonie Konwencji — na samym stoku niezachwianej „Góry” — czają się zdrajcy: tygrysy, co poże…”
MADELEINE
/ gwałtownie /
Nie czytaj tych bredni! Chodź tu, bo ci zajmą miejsce!
/ Nadchodzą: Blondyn, Inteligent, Drukarz, 30–40 lat. Wyścigi między Blondynem a Suzon; dziewczynka przegrałaby, lecz Szpicel broni jej miejsca. /
SZPICEL
/ w napoleońskiej pozie /
Przepraszam. To rezerwowane miejsce kobiety.
/ Ustępuje Suzon, która mu dziękuje roztargnionym skinieniem. /
/ równocześnie /
BLONDYN
Co takiego?!…
SZPICEL
Dla prawdziwego sankiuloty rezerwowane miejsca kobiet są nietykalne.
DRUKARZ
Oj… a cóż będzie w takim razie z przyszłością narodu?…
SUZON
/ półgłosem /
Madeleine — Madeleine — więc przecież coś z tego będzie!
MADELEINE
/ szeptem /
Suzon, będziesz ty cicho nareszcie?
DRUKARZ
/ obojętnie /
Widzieliście? Hebertyści znów chcą nam głowy zawracać.
MULARZ
Ci panicze z Biur Wojennych sądzą, że nam jeszcze mało rozruchów i strzelania, i gilotyn!
BLONDYN
To wszystko ten wariat Vincent: ma ci smarkacz armię po to, żeby Paryż żywić; tymczasem jemu się zachciewa Konwencję tą armią burzyć! — Bodaj czy mu się nawet korona nie marzy…
/ Dochodzą: Młody Inwalida, Elegant, Student i Stary Zegarmistrz. /
INTELIGENT
/ trochę tajemniczo /
Więc wam się zdaje, że to Vincent tak minuje Paryż od trzech miesięcy? Że to Vincent zamierza się na rząd, ba — na sam Wielki Komitet? Vincent?…
ELEGANT
No a kto? Hébert może? Ha, ha!
/ śmiech /
BLONDYN
Albo Pache?
/ wzmożona wesołość /
INTELIGENT
Hébert i Pache to pionki, a Vincent — to młodziutki generalik o ptasim mózgu. Inwalida marszczy się groźnie Nie takiej to musi być miary, kto śmie podnieść rękę na Komitet Ocalenia Publicznego — dziś, gdy ten Komitet literalnie kraj na plecach niesie i kieruje polityką Europy…
Moi drodzy: w Paryżu, a może na całym świecie, jest jeden tylko człowiek, co by się na to ważył — Ale to nie Vincent.
SZPICEL
Tylko?… Wyostrzyliście nam ciekawość, obywatelu…
/ Inteligent spostrzega się, kim jest ten człowiek i milknie przerażony. /
SUZON
/ namiętnie /
Kto to taki? To ten ma być Wielkim Sędzią, prawda? Kto to?…
/ Napięte milczenie. Inteligent wskazuje oczami na Szpicla. /
DRUKARZ
/ zamyślony /
Wszystko jedno: tę Konwencję warto by raz gruntownie wyczyścić — nawet za cenę rozruchów. O, jakżeśmy odbiegli od dziewięćdziesiątego drugiego! Dzisiejszy rząd to istne bagno korupcji i fałszer…
/ Inteligent szczypie go z miłości bliźniego. Wiadomość o Szpiclu rozchodzi się znakami i sprowadza milczenie powszechne. By odwieść uwagę Szpicel zbliża się do Suzon. /
/ równocześnie /
BLONDYN
/ po przykrej ciszy /
Ale co to się znów z tym chlebem stało? Już od trzech tygodni było zupełnie dobrze, a tu raptem masz — stój znów w ogonkach przez dzień i noc!
/ Dochodzą w odstępach: Starsza Dama, Gospodyni, pięć kobiet i sześciu mężczyzn. /
INTELIGENT
/ jeszcze blady /
A cóż, obywatelu — wojna.
DRUKARZ
To nie wojna, to te cholery skupywacze! Na nic policja; na nic gilotyna; bezczelne to jak szczury.
BLONDYN
Ci to mają zyski dopiero! Raz z swego rzemiosła świńskiego, a potem to im Jego Brytyjska Mość Pitt drugie tyle płaci, że morzą rewolucję głodem…
ZEGARMISTRZ
Jak płaci tym, co zarażają Konwencję, a w nas niszczą resztki wiary…
STUDENT
/ cicho /
Wiecie, co mnie się zdaje? Ten nagły głód nie jest naturalny. Wywołują go umyślnie ci, co chcą rząd wywrócić: głodzą nas w tym celu jak zwierzęta na arenę!
/ niedowierzanie — oburzenie — poparcie, wciąż stłumione i z bacznym okiem na flirtująceg Szpicla /
SZPICEL
Cóż wy taka smutna, obywateleczko? Narzeczony na wojnie, co?
SUZON
Proszę mi dać spokój.
SZPICEL
Nie gniewajcie się, panienko; ja was przecież chcę pocieszyć…
SUZON
/ krzyczy /
Proszę odejść!
MADELEINE
Wynoś się pan!
SZPICEL
Obywatelko, ja nie do was. Ja do tej młodej panienki.
/ szamotanie /
MULARZ
/ silnie trącony przez Szpicla chwyta go za kołnierz i rzuca /
Kundlu parszywy, znoś mi się stąd!
/ błyskawiczne porozumienie wśród innych /
INTELIGENT
/ do wracającego Szpicla /
Gdzie wasze miejsce?
SZPICEL
Wszędzie. Ulica jest dla wszystkich.
DRUKARZ
Poza rzędami nie wolno się wałęsać.
SZPICEL
/ nadrabia miną /
Niby co? A kto mi zakaże?
DRUKARZ
Ja!
/ poparcie /
ELEGANT
I potrafimy wyegzekwować rozporządzenie!
/ Onieśmielony Szpicel próbuje się wcisnąć za Suzon. /
INTELIGENT
O, nie! Trzeba było stać tu od początku!
DRUKARZ
/ wyciąga go i rzuca, ku nieukrywanej radości Suzon /
Dalej, na sam koniec!
/ Szpicel ponawia próbą kilkakrotnie, lecz daremnie, staje wreszcie na końcu, ledwo widoczny. Po pewnym czasie znika. /
BLONDYN
No, nareszcie! O, ale jacyśmy jeszcze nieostrożni!
/ Nagle dzwon zaczyna bić. Znieruchomiała cisza. /
INTELIGENT
/ cicho /
Cóż to znaczy… o tej porze?
MADELEINE
/ szeptanym krzykiem /
Na trwogę!!!
BLONDYN
Dobranoc. Mamy insurekcję.
/ po zdrętwieniu wzrastające poruszenie /
SUZON
/ w napięciu /
Wiedziałam, że dziś się coś stanie!…
KOBIETA A
/ w krzyk /
Prędko, do domu!
/ Zamieszanie. Nikt nie chce pierwszy opuścić miejsca — nuż to pusty alarm, a chleb przepadnie. Crescendo accelerando molto : /
MĘŻCZYZNA A
No a chleb?!
KOBIETA B
Ma być nowa rzeź! Jak we wrześniu!!
KOBIETA C
Teraz to bandy Vincenta! Będzie gorzej!
/ Krzyk zlewa się w chaos: /
KRZYK
Prędzej! — Do domów! — Wracajmy! — Okiennice i bramy! — Uciekać!! Rzeź!!! — A chleb?! — Stratują nas! — Muszę mieć chleb! — Nie ruszę się! — A niechże rżną: muszę — mieć — chleb!!!
/ Dzwon milknie; napięcie bez tchu, potem westchnienie ulgi i wybuch nerwowej wesołości. /
MULARZ
/ do kobiet na końcu /
Idiotki!
/ wesołe wyzwiska kumoszek /
SUZON
/ z westchnieniem /
Szkoda!
INWALIDA
To nowa rekwizycja dzwonów. Próbują dla wyboru. — Tym razem mają podobno już brać i z Notre-Dame.
DAMA
Rekwizycje — pobory — zimno — głód — i nasi synowie, co giną setkami dzień w dzień. — Czyż się ta wojna nigdy nie skończy?
BLONDYN
A spytajcież się Komitetu Ocalenia, czemu nie chce zawrzeć pokoju!
INTELIGENT
Ładnie byśmy wyszli wszyscy razem na pokoju przedwcześnie zawartym, podyktowanym przez wroga!
STUDENT
/ zapalczywie /
Myślicie, że Komitet dla sportu wojnę prowadzi, czy co? Albo o jakiś kawałeczek gruntu, jak królowie?!
ELEGANT
Wszystko jedno. Dawniej rewolucja była weselsza. Teraz stała się ponura i nudna.
/ ciche oburzenie u Drukarza, Studenta i Zegarmistrza /
INWALIDA
O, to prawda! O ileż było weselej w dziewięćdziesiątym drugim! Dziesiątego sierpnia… Wiecie, tej jednej godziny na placu Karuzeli, gdy mi łapę przetrącili — nie oddałbym za sto zdrowych ramion. Wojna na ulicy, to… to sam raj.
/ śmiech i oburzenie /
INTELIGENT
/ przyjaźnie /
A dla kogo walczycie i o co, to już was nie obchodzi, prawda?
INWALIDA
Pewno, że obchodzi! Myślicie, że wesoło bić się pod szpicrutą oficera o jakieś osobiste rodzinne nieporozumienia między królami — dla których jesteśmy towarem tańszym od koni? O, nie, mój panie! To jednak nie to samo, co z własnej woli stawiać i wywracać barykady o Prawa Człowieka!
ZEGARMISTRZ
Prawa Człowieka! — To była cztery lata temu wiara, dla której każdy, bez wahania, oddawał życie, a nawet mienie. Tymczasem cztery lata minęły; cierpimy i walczymy bez wytchnienia; a co zdobędziemy, to zagrabią albo zmarnują nasi przedstawiciele. — Rząd wolnościowy! Wodzowie wolnego ludu! Człowiek, co zyskał władzę, z miejsca staje się świnią, wszędzie i zawsze; wszystko jedno, czy siedzi na tronie, czy w Konw…
/ Szmer oburzenia i przestrachu wzbudzony już w połowie przechodzi w stłumiony krzyk i przerywa. /
GŁOSY
/ wszyscy oglądają się trwożliwie za Szpiclem /
Czy on oszalał?! — Zmiłujcie się! — Wstydziłbyś się! Człowieku, miejże rozum! Głową to przypłacisz!
ZEGARMISTRZ
Głową? Wielkie nieszczęście! Dla człowieka, co stracił wiarę, śmierć nie taka straszna!
INTELIGENT
Pocieszcie się, obywatelu: rewolucja nie zboczyła z drogi. Lecz Praw Człowieka nie można wywalczyć w sześć tygodni — po tysiącleciach niewoli.
STUDENT
/ do Zegarmistrza /
Pańska rozpacz to dezercja — rozumie pan? Walczymy dopiero cztery lata; i będziemy walczyć do samej śmierci. Nie o nas chodzi, o nie! Chodzi o swobodę ludzkiego rozwoju — może dopiero dla naszych prawnuków!
/ Szpicel znów się pojawia. /
GOSPODYNI
Łatwo wam gadać, paniczu. Gdybyście mieli rodzinę do wyżywienia — myślelibyście inaczej po takich czterech latach.
STUDENT
/ przyjaźnie, wskazuje oczami na Szpicla /
Ale nie myślałbym głośno, obywatelko.
INTELIGENT
A Konwencję należy podziwiać, zamiast mieć do niej małostkowe pretensje. Cóż stąd, że wśród siedmiuset deputowanych jest parę głupców i łotrów? Cóż oni znaczą — wobec jednego Robespierre'a na przykład?
/ To nazwisko działa jak lekki prąd elektryczny. /
DRUKARZ
To fakt: odkąd on chory, rewolucja zwalnia biegu i zaczyna się chwiać.
STUDENT
/ żarliwie /
To człowiek wyjątkowy. Jedyny umysł zdolny objąć całokształt sytuacji i to pod każdym kątem widzenia; a przy tym czysty.
MULARZ
Właśnie. Bo zresztą, jak który bystry — to złodziej…
DRUKARZ
/ szeptem /
Jak „Człowiek Dziesiątego Sierpnia”…
/ oburzenie Blondyna /
MULARZ
…a często także i zdrajca. — Tymczasem jemu jednemu można zaufać naprawdę.
STUDENT
Rządzi lepiej niż najlepszy król; lecz o dyktaturze nie pomyśli nawet!
BLONDYN
/ groźnie /
No, niechby tylko spróbował! — Ale on się już wysłużył, moi drodzy.
STUDENT
Oszalałeś?!
INWALIDA
Tak, to prawda! Chaumette też mówi, że to człowiek zużyty; i ma zupełną rację!
BLONDYN
Rewolucja dawno ukończona; teraz potrzeba Republice pokoju i swobody; tymczasem on przeciąga wojnę, przeciąga terror, wyczerpuje i zniechęca naród…
DRUKARZ
Aha, ten chodził do szkoły Dantona!
INWALIDA
Idioto! Jest wręcz przeciwnie; Robespierre był dobry, póki starczyły środki łagodne. Za to dziś trzeba energii! Dziś trzeba środków radykalnych, których on się boi — inaczej kontrrewolucja zarazi cały kraj, jak już zaraziła Konwencję…
BLONDYN
Wolę ja szkołę Dantona od szkoły Héberta! To wy, zdrajcy, nas głodzicie! Takie to te wasze radykalne środki!
/ Zanosi się na starcie. Uwagę odwodzi nadejście konwoju egzekucyjnego ze skazańcem. Konwój ma wejść w przecznicę, zastawioną przez czekających. Musi się więc zatrzymać, a rząd przesuwa się z trudem, gdyż silniejsi wypychają słabszych za lada drgnieniem. /
BLONDYN
/ cicho /
O — albo patrzcie na to. Czy to ma sens? Dzień w dzień kogoś prowadzą. Przecie już się mdło robi na samą myśl o tej wiecznej jatce publicznej! I czemu ten wasz Komitet nie przestanie?
ELEGANT
Hej, co to za jeden?
/ Milicja ignoruje pytanie. /
INWALIDA
Gadajcie: co to za jeden?
ŻOŁNIERZ
Emigrant; ale co wam do tego?
SZPICEL
/ zbliża się /
Co nam do zbawienia Ojczyzny, hę? Co nam do tego?
INTELIGENT
Cóż to, na piechotkę dla odmiany?
ŻOŁNIERZ
Jak jeden, to po co go wieźć? Zdrów jest, może iść.
SZPICEL
Pewno — w jedną stronę może iść. — Ale z powrotem będzie trudniej… co, panie hrabio? Na piechotkę — z powrotem?…
/ śmiech dwu-trzech osób, krótki, bo bez rezonansu /
MĘŻCZYZNA B
Czemużby nie? O tak, główkę pod pachę i dalej!
/ Konwój rusza. /
SUZON
/ drżącym głosem /
O mój Boże… a on taki ładny… biedaczek!
/ Trochę przychylnego śmiechu — lecz na ogół nastrój niechętny. Konwój mija. /
DAMA
O tak — to rzeczywiście smutny widok…
STUDENT
Raczej dziękujcie Bogu za energię i czujność Komitetów! Więc wolelibyście, żeby asygnaty spadły do wartości starego papieru? Żeby każdy mógł żądać tysiąc funtów za wiązkę drzewa i okradać was z tej odrobiny jadła, jaką przynajmniej teraz dostajecie?!
/ Dwaj uzbrojeni żołnierze Armii Rewolucyjnej pukają do okiennicy i ustawiają się po obu stronach wejścia. /
GŁOSY
/ szmer ulgi, radości /
Nareszcie! — Trzy godziny każą nam czekać! — Byleśmy tylko wszyscy dostali…
/ Piekarz otwiera. Okrzyk radości; wchodzi Mularz. /
SUZON
/ cicho do towarzyszki /
Co to za jedni?
MADELEINE
Toś ty jeszcze nigdy w ogonku nie stała? — Armia Rewolucyjna. Żołnierze Vincenta.
SUZON
A oni nam po co?
BLONDYN
Utrzymać porządek. — Zobaczycie, jaki oni ten porządek utrzymują.
/ Mularz wraca; wchodzi Madeleine. Zatrzymują Mularza, czepiają się go. /
GŁOSY
Ile tam jeszcze sztuk? — Ile bochenków? — Ile on tam ma? — Czy starczy dla wszystkich? — Czy jest dość?
MULARZ
/ uwalnia się /
A czy ja wiem? Nie liczyłem!
/ Odchodzi. Tłum w napięciu. /
KOBIETA A
/ półgłosem /
To znaczy, że za mało!…
/ Szmer niepokoju. Powstaje elektryczne naprężenie gotowości. /
MADELEINE
/ wybiega; szeptem do Suzon /
Spiesz się — już tylko siedem sztuk!
/ Exit. Podsłuchana wiadomość spływa błyskawicznie wzdłuż rzędu szeptem — który prawie natychmiast przechodzi w krzyk. /
GŁOSY
Siedem sztuk — siedem bochenków — co, znowu! — Prędzej, do środka! Mnie się należy!! — Ja muszę dziś dostać!!!
/ Nim Suzon dobiegła do drzwi, rząd się rozsypał. Koniec rzuca się naprzód; za nim wszyscy. Piekarz zatrzasnął drzwi, przygniatając rękę jakiejś kobiecie. Przeraźliwy krzyk bólu. Tłum rozwścieczony dusi się pod drzwiami. Jęki, krzyk, przekleństwa. Wreszcie wyskakują poszczególne głosy: /
DRUKARZ
/ wskazuje na posągowych żołnierzy /
My się zabijamy… a ci tu, psiakrew, stoją jak malowani, widzicie ich!
/ Tłum zluźnia się nieco i orientuje zgodnie przeciwko nim, lecz na razie bez zaczepności. /
GŁOSY
/ zirytowane, lecz dobroduszne /
No, ruszcie się, ruszcie — dalej! — A radźcież nam teraz, od czego wy jesteście? — Armia Rewolucyjna! — Im tylko przewroty w głowie! — Wypchać by was, jednego z drugim, a waszych Vincentów też! — Żeby który bodaj palcem kiwnął… — Gadajcie przynajmniej: co mamy robić?!
ŻOŁNIERZ
I wynoście się do domów, marsz!
/ Szmer zdumienia — ryk wściekłości. Tłum przybiera postawę agresywną, naciera nawet, lecz nie śmie atakować. /
KRZYK
Oni naumyślnie! — Łapówkę wzięli, żeby nas nie wpuścić! Kreatury zdrajców!
/ Drukarz zamierza się na żołnierza; ten nastawia bagnet. Ostry krzyk przerażenia. Tłum odskakuje od broni jak zgłodniałe psy od bata: o krok. Jest stosunkowo ciszej, gdyż furia i strach tłumią teraz głosy. Groźne zawieszenie po obu stronach. /
KRZYK
Z bagnetem na lud!… Pitt ich opłacił! — Bydlęta! — Świnie! — Banda!— Do stu piorunów, ja chcę chleba! kobieta: A wyrwijże im który te rożna!
/ Nie ma rezonansu: tłum jest bezbronny, nie wie, co począć. /
INWALIDA
/ znajduje wyjście /
Wywalić drzwi!!!
/ Zawieszenie momentalnie przechodzi w akcję. Tłum zmienia orientację ku uldze żołnierzy, którzy też nie bronią nowego jej celu. Owszem, ostentacyjnie opuszczają broń. Krzyk się wzmaga. /
KRZYK
/ jaskrawszy /
Wywalić! — Tam mnóstwo chleba! — To skupywacz! — Wywalić! — Dalej, wywalić!!
/ Żołnierze ustępują, lecz kobiety rzucają się na drzwi, bronią ich z wrzaskiem. /
KOBIETY
O, nie! My też chcemy chleba! — Niedoczekanie wasze! Albo wszyscy, albo nikt! — Precz stąd! — Nam się pierwej należy! — Złodzieje! — Bandyci!!
/ Zbiegowisko. Głowy u okien. Zachwyt tłumu, świst, krzyki, śmiech, wycie. Okrzyki zachęty jak na zapasach. Dzieci rzucają kamieniami. Mężczyźni wśród pisku odciągają baby i walą w drzwi ciężarem ciał. /
MĘŻCZYŹNI
Dalej, wal go! — Baby, na bok!
/ Orgia; szturmują. Wtem zjawiają się, ex machina, trzej komisarze sekcji. Tłum zastyga momentalnie; tylko oblężenie trwa jeszcze parę sekund dzięki nieświadomości szturmujących. Gdy tylko się spostrzegli — nieruchomieją. Cisza kościelna. /
KOMISARZ I
/ gdy już słychać oddech — efektownie cicho /
Co się tu dzieje?
CHÓR
/ wybucha /
Chleba… brak chleba… bezprawie… od trzech dni… skupywacz… i znowu… naumyślnie… zdrajcy!… nieprawda… siedem sztuk… zataraso…
KOMISARZ I
/ grzmi /
Cicho! Gadać po ludzku!
/ cisza. Potem artykułowane głosy. /
GŁOSY
Znów tylko siedem bochenków! Dzień w dzień za mało! — On musi nas wpuścić! — Nie ma prawa! — Tymczasem, o, zatrzasnął, bestia! — On ma pełny magazyn: to skupywacz! coraz gwałtowniej Tak jest, skupywacz! — Pitt go opłaca, a tych tu też! — Trzeba wyłamać drzwi! — Zobaczymy, ile on tam schował! poklask Wyłamać! — Trzeba wyłamać!!
KOMISARZ I
/ ponad hałasem /
Kto jeszcze raz powie „wyłamać”, zostanie aresztowany. Cisza. Nikły, żałosny protest Skoro jest siedem bochenków — dostanie je tych siedmioro, na których kolej. u końca pierwotnego rzędu znów nieśmiały protest. Kto miał teraz wejść?
/ Zgłaszają się wszyscy. Konsternacja. Śmiech. /
KOMISARZ II
/ do żołnierzy /
A wy od czego? — Dla ozdoby? — I to wy pozwalacie na takie skandale?!
ŻOŁNIERZ II
A co, to nasza wina, że ten tam ma siedem bochenków?
DRUKARZ
/ wśród gwaru bezradnej irytacji /
Ależ podzielmy się, ludzie!
GŁOSY
/ nagłe ożywienie /
Co… podzielić? — Podzielić, mówi… — A dobrze! — Świetny pomysł! — Ilu nas jest? — Liczyć! — Podzielić! Podzielić! — Osiemnastu. — Ilu tam? Dwudziestu trzech — siedemnastu — nie ruszać się! — Dwudziestu jeden. — Tak, dwudziestu jeden! — Równy rachunek! protest E, co mi tam po kromeczce… — Ja muszę przynieść bochenek! — Czekam od świtu! — Mam prawo do całego chleba! — Żadnych podziałów! Było przyjść wcześniej! — Myślą, że wszystko dla nich!
INTELIGENT
No to nikt nic nie dostanie!
KOMISARZ I
Dalej, obywatele: ustawić się trójkami, prędzej! Każdy dostanie po jednej trzeciej, a my zrewidujemy sklep.
/ Ustawiają się stosunkowo spokojnie, chętni zmuszają niechętnych. Szpicel zbliżył się do Komisarzy; szepce do I i II. /
KOMISARZ III
/ podczas gdy piekarz otwiera i wpuszcza Drukarza, Suzon i Blondyna /
To ja pójdę zobaczyć. Ale wątpię, czy co znajdę: to człowiek uczciwy.
/ Odchodzi. Szpicel usuwa się za narożnik i patrzy. Komisarze ustawiają się przy drzwiach. Drukarz wraca. /
KOMISARZ II
/ kładzie mu rękę na ramieniu /
Aresztuję was w imieniu prawa.
/ Cisza grobowa zalega nagle ulicę. Drukarz zdrętwiał; chwila milczenia. /
DRUKARZ
/ odzyskuje głos /
Z-za-a co?…
KOMISARZ II
/ do tłumu /
Czy on powiedział, że trzeba usunąć Konwencję?
/ Zdumienie powszechne; stopniowo ożywiają się. /
GŁOSY
Nie… — Ależ skąd! — No tak, właściwie powiedział… — Nie: nie „usunąć”! — Przekręcili! — Ale to tylko tak — i nie że trzeba — że warto by — ale to tylko tak ot, nic niie myślał — z naciskiem nie powiedział przecie „usunąć”!
KOMISARZ II
No, tylko jak?
ELEGANT
Wyczyścić!
/ Tłum drgnął krótkim śmiechem, który natychmiast gaśnie. Suzon wychodzi i zatrzymuje się w drzwiach przerażona. /
KOMISARZ II
Trudno; zabierzcie chleb, a dajcie mi kartę. W komitecie sekcji sprawa pewno się wyjaśni.
/ Odchodzi z więźniem. /
/ równocześnie /
SZMER
/ grozy i gniewu /
To ten szpicel… kręcił się od świtu… Wszędzie tego pełno, jak wszy… A wiidziicie, nie mówiłem? Widzicie, jak to dziś trzeba uważać?!
KOMISARZ I
/ do Suzon, która robi krok naprzód /
Wy też musicie kartę pokazać.
SUZON
/ zmartwiała /
Ja?!!
KOMISARZ I
Tak, właśnie wy.
SUZON
/ oszalała /
Ależ ja nic nie… za co wy mnie… krzyk, który sprowadza nagłą a zupełną ciszą Jezus Maria, oni mnie zetną!!!
KOMISARZ I
/ podejrzliwie /
Prędzej, obywatelko. Kartę. Bierze jej z rąk chleb, który jej przeszkadza przy szukaniu.
SUZON
Ale to dla domu!…
KOMISARZ I
Ja wam tylko potrzymam. Znajdźcie kartę.
INTELIGENT
Co ta mała przeskrobała, komisarzu?
KOMISARZ I
Podobno zdradziła takie wzruszenie na widok skazanego emigranta, że należy przypuszczać, iż to jej kochanek…
SUZON
/ jak młody kogut /
Co?!!
KOMISARZ I
… lub krewny.
/ Tłum patrzy po sobie; nagle wybucha śmiechem. /
GŁOSY
Powiedziała, że ładny, to wszystko! — Żal jej było przystojnego chłopca, przecie to jeszcze głupiutkie! — Dla niej chłopiec to chłopiec!
SUZON
O, tu karta… A teraz mnie za to zabiją!
/ Zdwojona wesołość. Komisarz III wychodzi z sklepu i patrzy. /
KOMISARZ I
Nie zabiją, nie — chyba żeście chciała objąć dyktaturę nad krajem. — Czy ją kto z was zna?
GOSPODYNI
Naturalnie! To Suzanne Ferrus, córka fryzjera spod dwunastego!
GŁOSY
/ ubawione /
A puśćcież ją! — Ona myśli, że teraz to już prosto na szafot!
KOMISARZ I
/ porównał z kartą /
Tak… do III Jak sądzisz: co począć z tym ptaszkiem? Wziąć do sekcji i przepytać, czy od razu puścić?
KOMISARZ III
Puść ją. Nie mamy czasu na nonsensy. — A trzeba być idiotą, żeby myśleć, że arystokratka zacznie w głos żałować swego wspólnika, na ulicy.
KOMISARZ I
No, obywatelko — ruszajcie zatem.
/ zadowolenie tłumu /
SUZON
/ śmieje się wśród gorących łez; wykonuje dyg /
Dziękuję wam, obywatele!
/ ucieka /
KOMISARZ I
Hej! Wasz chleb! Macie tu wasz chleb! śmiech powszechny.Suzon wraca i bierze chleb; po drodze zaczepiają ją przyjaźnie. Do kolegi Więc cóż? Znalazłeś co?
KOMISARZ III
Nic zupełnie. Wiedziałem z góry, że to nie spekulant.
KOMISARZ I
/ przejmująco zimnym tonem /
Hej, kolego! Strzeż no ty się przed zbytnią ufnością do ludzi! Teraz musimy podejrzewać wszystkich!…
Skromny pokój Robespierre'a. Trybun siedzi cierpliwie, czekając, aż fryzjer skończy pracą z jego włosami, i cieszy się życiem w przedwiosenny dzień. Fryzjer posypuje gotową fryzurę pudrem; pacjent podnosi lustro ręczne — trochę nieufnie — a ujrzawszy się, szczerzy w uśmiechu kredowe zęby.
ROBESPIERRE
To już przesada. Wyglądam jak gigantyczny przekwitły ostromlecz.
FRYZJER
To pańska zwykła fryzura. Tylko twarz panu wychudła i dlatego zapewne wydaje się…
ROBESPIERRE
Może być. — Poradźcież co na to; nie można zachować powagi na mój widok.
FRYZJER
Dziś już za późno. Jutro znów przytnę panu włosy. — Swoją drogą nikt wśród moich klientów nie ma tak gęstych. Grzebień w nich tonie.
ROBESPIERRE
/ po kilku sekundach /
À propos klientów — macie mnóstwo źródeł informacji. Podobno Wielki Sędzia znów kusi po nocach? Czyście co słyszeli?
FRYZJER
/ zakłopotany /
Słyszy się takie nonsensy…
ROBESPIERRE
No cóż takiego? Może to ja mam być tą tajemniczą istotą obecnie?
FRYZJER
Na Boga! — Nie, do tego jeszcze nie doszło…
ROBESPIERRE
/ już troszkę energicznie /
No więc?
FRYZJER
Powiadają, ż-że… że Danton.
/ Robespierre zastygł. Dotkliwa cisza. /
ROBESPIERRE
/ naturalnie, lecz zbyt monotonnie /
Skąd to macie…
FRYZJER
/ coraz bardziej nieswój /
Wybaczcie, obywatelu… nie mogę… to jest wo-wolałbym… nie…
ROBESPIERRE
/ obojętnie /
Mniejsza o to. lekkie pukanie Proszę!
/ Wchodzi Eléonore Duplay , 25 lat. Zatrzymuje się w drzwiach. /
ROBESPIERRE
Dzień dobry! Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Niechże pani wejdzie…
ELÉONORE
/ podaje mu rękę i siada /
Wstał pan już? — Czy nie za wcześnie jednak?…
ROBESPIERRE
/ szczerzy zęby /
Za wcześnie… po pięciu tygodniach! — Zresztą, w taki dzień jak dziś trup by wstał.
ELÉONORE
Ale podłoga chwieje się jeszcze… prawda?
ROBESPIERRE
Troszkę — lecz to jej dodaje uroku. — Nie mogę się nasycić rozkoszą swobodnego ruchu. Mięśnie zmartwychwstają… Życie jest rzeczą nad wyraz przyjemną, proszę pani.
/ Fryzjer cofnął się o krok i mierzy swoje dzieło. /
FRYZJER
No — sądzę, że pan gotów.
/ Podaje mu lustro, które Robespierre lękliwie odpycha. /
ROBESPIERRE
Nie… wolę się nie widzieć. Dziękuję wam. — Jutro proszę już przyjść o zwykłej porze! Fryzjer kłania się i wychodzi. Robespierre obraca się w krześle, ręce do łokci opiera o poręcz i patrzy z nieokreślonym uśmiechem w oczy równie nieruchomej kochanki. Nagle wstaje i podaje jej dłonie Przywitajmy się, lwico. Eléonore wstaje spokojnie; obejmują się i całują. Lecz to jej nie wystarcza; opuszcza się z wolna na kolana, łasząc się twarzą i torsem o ramię, pierś, bok, biodro i udo przyjaciela. On stoi oparty o dość odległy stół — by nie stracić równowagi, gdy mu ramionami otoczyła kolana — i przegięty wstecz w postawie rozkosznie niewygodnej. Broni się — bez przekonania — lewą ręką. Dopiero gdy mu się uścisk osuwa poniżej biódr, chwyta powietrze trochę gwałtownie i prosi poważniej — Och, Léo… przestań. ona udaje oczywiście, że nie słyszy. Ciszej a intensywniej Przestań… przestań.
/ Odpycha ją prawie. Gdy wstała, przeciąga się niespokojnie całym ciałem. Potrząsa głową, jakby chciał coś z włosów strzepnąć. Końcem stopy zakreśla linie na podłodze. /
ELÉONORE
/ siada. Wesoło, lecz z ukrytą goryczą /
Prawda. Wykroczyłam przeciw twoim zasadom.
ROBESPIERRE
/ zdziwiony podnosi głowę /
Moim zasadom… ty?!
ELÉONORE
Jedną z nich w każdym razie umiejętnie wbiłeś mi w pamięć: „Wszelki objaw miłości przy świetle dziennym jest nietaktem w najgorszym guście”.
ROBESPIERRE
/ siada /
To agresywne zasady człowieka pracy — mnie, zmokłej kurze, tak dzisiaj obce!
ELÉONORE
Chwała Bogu. Już sobie i pazury ostrzyć zaczynamy. .. dla próby na sobie samym, przypatruje mu się Tak: jesteś zdrów. — Szkoda.
ROBESPIERRE
No wiesz…
ELÉONORE
/ delikatnie wzrusza ramionami /
Trudno, najdroższy: byłam szczęśliwa dzięki twemu cierpieniu. Tyś się skręcał w szponach malarii — za to ja miałam cię przez całe godziny, ba — przez dni i noce. Choroba nie szpeci cię nawet: z tym wyrazem tragicznej bierności było ci niezmiernie do twarzy. Siedziałam i uczyłam się twych rysów na pamięć. Nie pielęgnowałam cię: nie jestem żoną. Ładnie byś zresztą na tym wyszedł! W rękach mojej matki byłeś bezpieczny.
ROBESPIERRE
/ przypatruje się jej zamyślony /
Gdybym tylko mógł uwierzyć w ten twój metaliczny egoizm, lwico…
ELÉONORE
Przyjacielu: miłość to nie miłosierdzie.
ROBESPIERRE
/ podstępnie, po kilku sekundach /
A dzieci, dearest?…
ELÉONORE
/ zdumiona /
Dzieci? z podgiętymi kątami ust Człowieku: a na cóż mi nędzna karykatura, gdy mam oryginał? — Niech sobie natura zakłada wylęgarnie w innych ciałach — niezdolnych do szczęścia.
ROBESPIERRE
/ naiwnie zdziwiony /
Szczęścia?… — Ach, dwa lata temu chyba! z niesymetrycznie przeciągniętymi ustami Zapewne… nasze ówczesne wieczory… i noce… Nasze idylliczne plany — Great God! — Gdym myślał, że się spełnia swoją porcję rewolucyjnej roboty za rok lub dwa, a potem wraca do domu! — Léo: te czasy minęły!
ELÉONORE
W porównaniu do dziś byłam wówczas uboga
ROBESPIERRE
Kochałem cię wtedy. — Dziś jesteś mi środkiem nasennym.
ELÉONORE
Wiem.
ROBESPIERRE
Dziecko, ty kłamiesz! Tym gorzej, jeśli też i wobec siebie samej! Natura w tobie uczepiła się płonnej nadziei — i dla tego kłamstwa marnujesz swe cenne życie w sposób wręcz ohydny!
Léo: rewolucja potrwa z dwa stulecia. Nigdy nie będę wolny, rozumiesz? Nigdy. Rząd dwudziestogodzinnych dni coraz cięższej pracy aż do samej śmierci. Dziś mam trzydzieści pięć lat… nim dobrnę do czterdziestki będę ruiną — niczym najrozrzuitniejszy pięćdziesięcioletni rozpustnik!
ELÉONORE
I cóż stąd, jedyny? Póki mogę cię widzieć choćby w przelocie — póty przesycasz mi życie niewypowiedzianą radością. Gdy mnie rzucisz — będę cię przecież widzieć co dzień z galerii Konwencji i klubu.
ROBESPIERRE
Kobieto: czy ty nie czujesz, jak cię taka niewola poniża?! Posłuchaj: rewolucja wchłania nie tylko mój czas — lecz całą moją istotę. Dziś już nie posiadam osobistego życia. Przestaję być człowiekiem: ludzka wrażliwość, ludzkie uczucia, pragnienia — wszystko to zsycha stopniowo i odpada w tej piekielnej temperaturze ześrodkowanego wysiłku. Staję się bezosobowym, potwornie rozszerzonym, rozognionym mózgiem. Dziś widzę, co się ze mną dzieje, bo mam czas… i aż mi nieswojo. — Dziecko: ja cię już nie kocham. Jesteś mi dosłownie obojętna! — Zważ: jedyna obecnie sposobność, by spędzić parę minut razem — to gorączkowe spazmy żądzy u mnie; spazmy, które są podłą męczarnią, a wynikają z bestialnego wyczerpania. Czy ty wiesz, Léo, że mi jest absolutnie wszystko jedno, kto mnie od tej udręki uwolni? — Czy wiesz, że cię nieraz pierwsza lepsza dziewka zastępuje… i że mi to nie sprawia różnicy? Że jeśli się do ciebie zbliżam — to tylko dlatego, że brak mi sił, by przejść kilka ulic i oszczędzić ci przynajmniej tego poniżenia?…
Léo — człowieku — przecież to hańba! Szarpnij się, chociaż ci trudno — i uwolńże się nareszcie!
ELÉONORE
/ z lekkim westchnieniem /
Nie wysilaj się, carino. Czyż twoja w tym wina, że los przeznaczył mnie do twego użytku? Robespierre marszczy brwi. Ona uśmiecha się wąsko O co ty się trapisz? Przecie po to tu właśnie jestem, by ci oszczędzić wędrówek po mieście, gdyś zmęczony, i uchronić cię od zakażenia. — Gorszę cię? Nie, nie, chéri : choćbyś dobierał słów jeszcze zjadliwszych — nie zmienisz naturalnego faktu, że jestem twoją własnością. Cokolwiek od ciebie pochodzi — jest mi sensem istnienia, nie hańbą.
ROBESPIERRE
/ po krótkiej chwili /
Wstyd mi za ciebie.
ELÉONORE
Przesadzasz.
/ Znienacka chwyta mu rękę i całuje. W odpowiedzi Robespierre nachyla się nagle, ujmuje ją za głową i oddaje pocałunek w usta z intensywnością drapieżną. /
ROBESPIERRE
/ z głęboką szczerością /
Tak, przyjacielu — wstyd mi za ciebie: to fakt. — Ale równocześnie mogę odczuć twą wspaniałość… dziś, gdy po pięciu tygodniach wypoczynku — człowiek we mnie nieśmiało próbuje się ocknąć. — Za dwa tygodnie… będziesz mi znów już tylko ciałem kobiecym… pod ręką. — Och, jacyście wy szczęśliwi — ludzie prywatni!… I jakże ciebie straszliwie szkoda, Léo!
ELÉONORE
Ale te dwa tygodnie, Maxime — darujesz mi! — Powiedziałeś wyraźnie!
ROBESPIERRE
/ patrzy przez okno /
/ Wyjmuje pilnik, siodełko etc. i zaczyna umiejętnie piłować paznokcie. /
ELÉONORE
/ prawie przestraszona /
Jak to… sądzisz, że się wyliżesz za cztery dni?
ROBESPIERRE
Przecie już mi nic nie jest. Za to — jestem maniakalnie spragniony waszego życia. Chorobliwie: jak pijak, gdy mu odmówią alkoholu…
/ Pukanie. Wstaje i podchodzi do drzwi. /
GŁOS
/ podrostka, który podaje korespondencją przez drzwi /
Listy dla pana. Tu depesza z Komitetu Bezpieczeństwa.
/ Całkowicie zaabsorbowany Robespierre niecierpliwie przerzuca listy stojąc przy stole. Na końcu rozdziera depeszą. /
ELÉONORE
/ zaniepokojona, nieśmiało /
Maxime, pow…
ROBESPIERRE
Psssst, poczekaj…
ELÉONORE
/ półszeptem /
Żmijo!…
ROBESPIERRE
/ muzykalnym świstem zbiega gamę chromatyczną. Czyta parą słów dalej; podnosi raźno głowę /
Już po moich wakacjach, Léo.
/ Eléonore opuszcza powieki. Odwraca się spokojnie twarzą do okna. /
ROBESPIERRE
/ mówi i czyta równocześnie /
Za pół godziny… muszę… być w Ko-mitecie… odrywa na chwilę oczy Więc proszę cię o filiżankę kawy. Jeśli chleba nie ma, to nic nie szkodzi.
ELÉONORE
Natychmiast.
/ Robespierre podnosi oczy i śledzi ją z uśmiechem trochę smutnym, aż znika za drzwiami. Wtedy siada i zamyśla się, wpatrzony w ścianę przeciwległą. Twarz mu się ścina. — Pukanie ułożone w rytm. Na monosylabiczną odpowiedź wkracza do pokoju Saint-Just. /
SAINT-JUST
Jesteś przytomny — wstałeś nawet. To całe szczęście, zasiada, nie czekając na zaproszenie. Robespierre podejmuje pilnik na nowo Czy dostałeś zeznanie Haindla?
ROBESPIERRE
/ znad swej pracy wskazuje depeszę skinieniem w bok /
A jakże. Dopiero co.
SAINT-JUST
Widzisz, że miałem rację? — Gdybyś mi był dał wolną rękę tydzień temu, mielibyśmy dziś spokój. A Bóg wie, co z tego teraz będzie.
ROBESPIERRE
Nic się nie stało ani nie stanie. To tylko hebertyści.
SAINT-JUST
/ opiera się wstecz /
Tylko!…
ROBESPIERRE
Tylko. Puste pałki są nieszkodliwe, nawet gdy chcą wysadzać Paryż w powietrze. Rozwiążemy Armię Rewolucyjną, a Vincenta osadzimy w więzieniu. Voilà tout .
/ Milczenie. Saint-Just przypatruje mu się krytycznie. /
SAINT-JUST
Maxime — wstrzymywałem się dotąd od indagacji — ale zaczynasz mnie niepokoić. Skąd ta podejrzana skłonność do pół- i ćwierćśrodków — u ciebie?!
ROBESPIERRE
Moja niechęć do przelewu krwi, chciałeś powiedzieć? — Synu, bo stoimy na samej granicy terroru. Jesteśmy zmuszeni tępić fałszerzy, skupywaczy, zdrajców. A jeśli się tego straszliwego środka nie opanuje — nie zdoła pohamować jego tendencji do potęgowania się — to każdy nowy krok jest krokiem ku katastrofie.
SAINT-JUST
Lecz skoro nie ma innego środka wewnętrznej obrony?
ROBESPIERRE
Gdy nie ma — to trudno. Ale uczniak Vincent, raz, nie jest niebezpieczny — po wtóre, jest, lub był, działaczem rewolucyjnym. To znaczy, że dla pewnego procentu ludności — jest wodzem. A piętnować i tracić wodzów, przyjacielu — to niszczyć rewolucję w samym rdzeniu jej życia: w duszach ludzkich. Bo wtedy ludzie tracą wiarę.
Radzę ci pomedytować nad tymi dwoma słowami.
SAINT-JUST
/ po chwili /
Gdyby szło o Collota, powiedzmy… ale Vincent! Za nim idzie kilkudziesięciu zatraceńców w najgorszym razie.
ROBESPIERRE
Wystarczy, gdy zwątpienie zgasi kilkadziesiąt dusz. Bo zwątpienie szerzy się jak dżuma. Wiara — przebudzenie się ludzkiej duszy w zwierzęciu roboczym — to słaby płomyk. Jeśli jej nie będziemy strzec jak Ciała Pańskiego — możemy dożyć dnia, gdy zniechęcona Francja jednogłośnie zażąda powrotu do chlebodajnej niewoli. A co wtedy, Saint-Just? odkłada pilnik i wpatruje się w przyjaciela z skośnym, asymetrycznym uśmiechem Wyobrażasz sobie naród francuski zmuszony być wolnym pod presją armat rewolucyjnego rządu?…
SAINT-JUST
/ po chwili pustego milczenia /
To dedukcje bez miary, uwieszone na włosku. Dla przyszłego stulecia — nie można poświęcać jutra.
ROBESPIERRE
/ podpiera nagle głowę na obu dłoniach, jakby mu przybrała na wadze /
Komunały są czasem… oślepiające. Eléonore wchodzi, przynosząc śniadanie. Witają się przyjaźnie z Saint-Justem, Robespierre wstaje i pomaga jej nakryć Dziękuję ci serdecznie… co, prawdziwy chleb?! Ulubienico bogów, bądź błogosławiona! Antoine, cukru oczywiście nie ma — czy mam cię gościć tą smołą?
SAINT-JUST
Będę ci wdzięczny. Nie spałem; jestem zmęczony i zły.
/ Eléonore exit. /
ROBESPIERRE
/ nalewając kawę /
Wszystko jedno, Saint-Just. W tym wypadku — dobro Republiki nie wymaga ofiar ludzkich. Nie traćmy proporcji z oczu.
SAINT-JUST
/ podczas gdy tamten zabiera się do krajania chleba — pije łyk w zamyśleniu, po czym opiera się o poręcz /
Pozwól zatem, że uzupełnię informacje Haindla dwoma drobnymi faktami:
