Smak pożądania - Nana Bekher - ebook + książka

Smak pożądania ebook

Bekher Nana

4,4

Opis

Julia wyjechała z rodzinnego Szczecina do Irlandii studiować prawo. Teraz, gdy już kończy studia, marzy o zwiedzeniu wraz z przyjaciółkami Zielonej Wyspy, a potem znalezieniu pracy w swoim zawodzie. Jedno spotkanie na bankiecie z zielonookim nieznajomym odmieni całe jej życie. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale ich wspólna droga nie będzie usłana różami…

Czy wielka namiętność znajdzie spełnienie?

Jakie sekrety ma przystojny Francuz?

Jaką cenę będą musieli zapłacić za swoje szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (74 oceny)
44
17
10
3
0
Sortuj według:
Ewelinaglowa

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka polecam wszystkim.
00
Kazia1234

Nie oderwiesz się od lektury

serdecznie polecam
00
Alishia22

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Gosia243

Dobrze spędzony czas

tak na jeden raz
00
AgaAgi

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągajaca historia, którą warto przeczytać! Polecam 🥰
00

Popularność




Copyright © Nana Bekher Copyright © 2020 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Autor zdjęcia na okładce: Khorzhevska (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Mariusz Dański
Redakcja i korekta: Barbara Ramza-Kołodziejczyk
Wydanie I
Radom 2020
ISBN 978-83-66332-73-7
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
Konwersja: eLitera s.c.

Rozdział 1

Julia

Mogę śmiało powiedzieć, że moje życie jest całkiem w porządku. Mam kochającą rodzinę, dwie świetne przyjaciółki, jestem już na ostatnim roku prawa, nawet pieniądze da się jakoś zorganizować. Trzy razy w tygodniu pomagam w restauracji, a w weekendy czasami z Vivian dorabiamy na bankietach dla ludzi z wyższych sfer. Nieźle można tam zarobić. To, plus restauracja i stypendium, daje mi naprawdę dobrą kasę. Moja rodzina mieszka w Polsce, w Szczecinie. Tęsknię za nimi, ale przyjeżdżam na każde święta i spędzam u nich miesiąc wakacji.

Irlandia od zawsze była moim marzeniem. Zielone pagórki oglądane w filmach przyciągały moją uwagę. Niesamowite krajobrazy, klify morskie i magiczna atmosfera panująca w irlandzkich wioskach i miastach. Co prawda trudno dostrzec to w takim mieście, jak Dublin, ale tu też czuć irlandzki klimat. Mieszkam z dziewczynami tuż przy plaży, choć może plaża to zbyt wielkie słowo, bo odsłania się tylko, gdy jest odpływ. W gorące, słoneczne dni często jeździmy do Dún Laoghaire. To niewielkie miasteczko portowe położone pół godziny drogi od nas, które kusi piaszczystą plażą. Ja i moje współlokatorki mamy pewien plan. W wakacje chcemy udać się na wycieczkę do hrabstwa Wexford. Odwiedzić Gorey, Courtown i Cahore Point. Chcemy zobaczyć tę Irlandię z filmów i programów podróżniczych. Oczywiście nie wiem, jak wytrzymam z Patricią i Vivian, bo są jak ogień i woda, ciągle się kłócą, a jedna drugiej dogryza. Trochę będzie nas to kosztowało, dlatego teraz łapiemy się każdej roboty, by odłożyć pieniądze. Patty ma łatwiej, bo rodzice dołożą jej do wycieczki, jednak ja i Vivi musimy zakasać rękawy i więcej pracować.

– Julia, sprzątniesz te dwa stoliki? – Z rozmyślań wyrywa mnie błagalny głos Vivian.

– Jasne – odpowiadam i podnoszę wzrok, by zobaczyć, jak do restauracji wchodzi Patty.

Podchodzi do mnie i zdejmuje okulary przeciwsłoneczne.

– A gdzie ten leniwiec? – prycha, pytając o Vivi.

– Odpuść jej, jeszcze się nie pozbierała po Paulu – przypominam jej.

– Ona? – Brunetka unosi brwi. – Proszę cię, przecież ona nie ma uczuć.

– Patty, przestań – upominam ją, wycierając stolik. – Napijesz się czegoś?

– Cappuccino, poproszę.

– Chodź. – Zbieram szklanki i talerze na tacę, po czym idę je odnieść.

Przygotowuję dla Patty cappuccino, gdy słyszę, jak Vivi rozmawia z kimś przez telefon. Tryska takim entuzjazmem, jakby wygrała główną nagrodę na loterii. Nie chcę podsłuchiwać, a znając Vivi, i tak zaraz opowie mi o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami.

Zabieram szklankę z napojem i wychodzę na salę, kierując się do baru, przy którym siedzi Patty. Po chwili z zaplecza wręcz wyskakuje Vivian z ogromnym uśmiechem.

– Dziewczyny, nie wiecie, co nam się szykuje – mówi radośnie, a Patty tylko przewraca oczami.

Mam nadzieję, że nie zaczną się tu kłócić, bo wyrzucę chyba obie.

Patty spuszcza wzrok, mieszając kawę, a ja jestem ciekawa, czym takim Vivi chce się z nami podzielić.

– No mów, bo jestem ciekawa. – Spoglądam na dziewczynę, która przed chwilą płakała po zerwaniu, a teraz szczerzy się od ucha do ucha.

– Słuchajcie, w tę sobotę w restauracji hotelu Plaza odbywa się bankiet...

– Też mi nowość – przerywa jej Patty.

– Ty jak zwykle nic nie rozumiesz. – Vivi potrząsa głową. – Candy chce, byśmy były hostessami.

– Candy? – syczy Patty.

Właścicielka cukierkowego imienia to bardzo dobra koleżanka Vivi, choć słynie z nie najlepszej reputacji. No dobra, jest dziewczyną do towarzystwa.

Vivi mierzy Patricię wzrokiem pełnym niezadowolenia.

– Fakt – potrząsa głową – ty się nie nadajesz, ale ty Julia – spogląda na mnie z uśmiechem – będziesz idealna.

– Julia, nie daj się w to wciągnąć, ta ruda małpa ściągnie cię na dno – ostrzega mnie Patty.

– Ruda małpa? – oburza się Vivi. – Zaraz ci pokażę rudą małpę, ty cnotko jedna!

Rzuca ścierkę i szykuje się z pięściami do Patty, ale szybko ją powstrzymuję. Goście oglądają się za dziewczynami, kręcąc głowami, aż zaalarmowany Lucas, syn właścicielki, wychodzi z biura.

– Uspokójcie się! – syczę, patrząc na przyjaciółki.

– Julia, Vivian, do mojego biura! – rzuca szorstko Lucas, wskazując na drzwi.

Jeszcze tego mi brakowało. Jeśli mnie wyrzuci, to chyba dziewczynom głowy pourywam. Dobrze tu zarabiam i potrzebuję tej pracy.

Lucas gniewnie mierzy nas wzrokiem, po czym opiera dłonie na biodrach, jakby chciał powiedzieć „no słucham”. To nie pierwsza sprzeczka dziewczyn w restauracji i tak, sama mam tego dość.

– Dziewczyny – odzywa się w końcu – ja już nie mam siły – dodaje bezradnie.

– To ta małpa zaczęła – oburza się Vivian.

– Vivi, przestań – besztam ją, a Lucas potrząsa głową.

– Julia, Vivian, naszych gości traktujemy z szacunkiem, każdy ma prawo przyjść, zjeść, napić się czy posiedzieć – poucza nas. – Nie interesuje mnie, czy prywatnie się lubicie czy nie. Tu są naszymi gośćmi. – Mam ochotę przewrócić oczami na każde kolejne słowo. Znów mi się oberwało za Vivi. – Jeszcze jeden taki numer i wylatujecie.

– Nie możesz nas wyrzucić. – Vivi splata ręce na piersiach.

– Vivi, nie prowokuj mnie. – Potrząsa głową.

– Jesteś nadętym dupkiem, który nie ma tu żadnej władzy! – odpyskuje mu.

Być może Vivi tego nie czuje, ale ja owszem. Czuję, jak bardzo ma teraz przechlapane. Lucas zaciska mocno szczękę, wciągając powietrze nosem, a cały aż się gotuje.

– Jesteś zwolniona – mówi spokojnie.

– Możesz mnie pocałować – odburkuje.

Cała Vivi. Zamiast przeprosić, jeszcze będzie mu się teraz odszczekiwać. Jak Lucas zwolni i mnie, to jej chyba nogi z tyłka powyrywam.

– Opuść w tej chwili restaurację! – nakazuje gniewnie.

– Bardzo chętnie. – Vivi odwiązuje fartuch. – Mam dość tego obskurnego miejsca! Powinni was zamknąć! – dodaje i obraca się na pięcie, po czym trzaska drzwiami, wychodząc.

No to ładnie podniosła Lucasowi ciśnienie. Chłopak zatrzymuje na mnie wzrok, aż czuję dreszcz z niepokoju.

Cholera!

Potrzebuję tej pracy i pieniędzy. Nie mogę sobie pozwolić na jej stratę. Zwłaszcza że mam w planach wycieczkę. Ciekawe, skąd teraz Vivi weźmie pieniądze? Bankiety pozwalają zarobić, ale nie zawsze udaje nam się na nie załapać.

– Jesteś wolna – mówi i zajmuje miejsce za biurkiem.

Wolna, nie zwolniona?

Patrzę na niego niepewnie, a on unosi brwi.

– Julia, co jest? – pyta, a ja potrząsam głową. – No, wracaj na salę.

– Ja... jasne – mieszam się i szybko wychodzę, zanim zmieni zdanie.

Jeszcze w szoku podchodzę do Patty, która dopija właśnie cappuccino.

– I co? Vivian się doigrała? – prycha.

– Patty, przestań – mówię, wycierając blat. – Lucas ją zwolnił i jest bez pracy.

– A co ty się tak nią przejmujesz? – Wzrusza ramionami i wyciąga z torebki portfel. – Ona jest jak kot, zawsze spada na cztery łapy – dodaje, wstając z krzesła. – Julia, proszę cię, nie daj się wciągnąć w jej gierki, bo ściągnie cię na dno. – Brzmi tak poważnie, ostrzegawczo. – Muszę lecieć – wyjmuje z portfela pieniądze – będę jakoś wieczorkiem. – Pa. – Uśmiecha się.

– Pa – odpowiadam zamyślona.

Wiem, że Vivi na pewno jest przejęta stratą pracy, choć tego po sobie nie pokaże. O nie, ta dziewczyna nie odsłania się ze swoimi słabościami. Znamy się długo, bo studiujemy razem prawo. Jest pewna siebie, otwarta i towarzyska. Czasem jej zazdroszczę tej przebojowości i stanowczości. Może gdybym była bardziej asertywna, nie miałabym teraz tylu problemów? Na początku mieszkałam na terenie kampusu. Po pierwszym semestrze przeprowadziłam się do mieszkania, które wynajmowała Patty. Jej współlokatorzy się wynieśli i szukała nowych. Vivi dołączyła do nas miesiąc później. Nieraz zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, bo wiedziałam, że dziewczyny od początku nie darzyły się sympatią. Patty studiuje medycynę, jest spokojna, opanowana, natomiast Vivi przy niej to totalny wulkan, a ja czuję się dobrze w towarzystwie i jednej, i drugiej. Choć dziewczyny tak bardzo się różnią, są moimi najlepszymi przyjaciółkami.

Reszta dnia w pracy jakoś zlatuje. Na szczęście Lucas zamyka się w biurze i nie wychodzi do końca zmiany. Restaurację przejął pół roku temu po swojej mamie. Pani Sullivan niestety zachorowała i nie jest w stanie zająć się restauracją. Starszy brat Lucasa Anthony wyjechał parę lat temu do Stanów, gdzie prowadzi swój biznes. Lucas jest grafikiem komputerowym i restauracja to nie jego bajka, ale w tej sytuacji nie miał chyba wyjścia.

Około piątej docieram do domu. Patty ma wrócić późno, a Vivi pewnie jest u siebie.

Może z nią pogadam? Zobaczę, jak to znosi.

Pukam do jej drzwi, ale gdy się nie odzywa, wchodzę do środka. W pierwszej chwili myślę, że załamana płacze w poduszkę, ale Vivi ma słuchawki na uszach i słucha muzyki. Podchodzę do dziewczyny i szturcham ją w ramię.

– O, hej, Julka. – Ściąga słuchawki.

– Jak się trzymasz? – pytam, zajmując miejsce na krześle obrotowym.

– Spoko, nic mi nie jest. – Uśmiecha się. – Na tej robocie świat się nie kończy.

– Zależało ci na niej.

– Zależy to mi na kasie, a tę można zarobić w inny sposób. – Mruga do mnie z tajemniczym uśmiechem na ustach.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zapytać, o co chodzi z tym bankietem.

– Co to za robota, te hostessy? – Podnoszę na nią wzrok.

– Słuchaj, na tym bankiecie będą same szychy, same grube ryby – mówi z entuzjazmem. – Wyobrażasz sobie, ile będzie można zarobić?

– Za samo podawanie drinków i przystawek pewnie tyle, co zwykle.

– Dziewczyno – zrywa się z łóżka – napiwki się liczą. Tam będą prawie sami faceci i to z grubymi portfelami.

– A, i Candy chce, byśmy jej pomogły? – Unoszę lekko brwi.

– Co? – prycha. – Candy to się tak ustawiła, że ona tam idzie ze swoim nowym Romeo, ale zna menadżerkę hotelu – wyjaśnia. – Julia, musisz się zgodzić. Pomyśl sobie, ile kasy zarobimy – rozmarza się, gestykulując w powietrzu. – Przecież musimy uzbierać na wycieczkę.

I tu niestety Vivi ma rację. Sporo mi jeszcze brakuje. Systematycznie odkładam pieniądze, ale na bieżąco też są potrzebne.

– No dobra – zgadzam się.

– Poważnie? – nie dowierza.

– No tak, pójdę z tobą.

– Ale się cieszę. – Niemalże piszczy z radości. – Zobaczysz, będziemy się świetnie bawić. – Obejmuje mnie ramieniem.

– Przecież będziemy podawać drinki – parskam.

– Ależ oczywiście. – Uśmiecha się szeroko.

Bardziej liczę na dobry zarobek niż na zabawę. Mam pewne obawy, bo nie ufam Candy. Wszyscy doskonale wiedzą, czym się zajmuje, dlatego mam nadzieję, że nie będzie żadnych niemiłych niespodzianek.

Rozdział 2

Julia

Irlandia może i nie kusi pogodą, bo gdy wychodzisz na spacer w słoneczny dzień, możesz wrócić zmoknięta jak kura, ale już się nauczyłam, że małą parasolkę zawsze warto mieć w torebce. Szczerze mówiąc, niespecjalnie mi to przeszkadza, bo nie jestem zwolenniczką afrykańskich upałów. W Polsce pogoda też jest różna. Latem z nieba leje się albo żar, albo deszcz. Zimą niekiedy tak przymrozi, że nie można odpalić samochodu. I to skrobanie szyb! Boże Narodzenie zamiast białe bywa deszczowe. Dlatego odpowiada mi ten wyspiarski klimat. Przez te trzy lata trochę tu zwiedziłam, niestety nauka i brak pieniędzy na dłuższe wycieczki nie pozwalały na zbyt wiele. Jeśli faktycznie na tym bankiecie możemy sporo zarobić, to będzie to strzał w dziesiątkę.

Kiedy szykuję się na uczelnię, przychodzi do mnie Patty. Jest jakaś zmartwiona i zamyślona.

– Hej, coś się stało? – pytam przyjaciółki.

– Masz chwilę? Chciałam pogadać. – Boże, jak ona poważnie brzmi.

– Jasne, siadaj – proponuję jej, zabierając ubrania z krzesła.

– Julka – bierze głęboki oddech – w przyszłym tygodniu się wyprowadzam – mówi, a ja unoszę brwi. – Wrócę do rodziców.

– Co? – Kręcę głową. – Dlaczego?

– Naprawdę nie wiesz?

– Patty, no proszę cię, nie możesz się wyprowadzać tylko przez to, że znowu się pokłóciłyście – przekonuję ją.

– No właśnie, znowu. – Brunetka podnosi na mnie wzrok. – Julka, tak się nie da. – Potrząsa głową. – My się ciągle kłócimy. Jestem już tym zmęczona.

– Patty, przecież zostały nam tylko trzy miesiące. – Robię smutną minę, by ją przekonać.

– Zwariuję przez te trzy miesiące i ty też. Oczywiście zapłacę właścicielowi za ten czas, raczej i tak nikogo nie znajdziecie – dodaje.

– A co z naszą wycieczką?

– Przykro mi, ale nic z tego. – Wykrzywia usta.

– Patty, no wiesz co?

Kurczę, przecież miało być tak fajnie. Miałyśmy pozwiedzać, pobawić się, a zaraz się okaże, że nici z naszych wakacji. Właściwie z moich, bo dziewczyny mogą w każdej chwili wybrać się na taką wycieczkę, a ja jak nie znajdę dobrze płatnej pracy, będę musiała wrócić do Polski.

– Julia, to nie ma sensu. Mamy całą wycieczkę się kłócić i sprzeczać, po co nam to? – uświadamia mi.

Niestety, ale chyba będę musiała przyznać jej rację.

– Julka, tak będzie lepiej i spokojniej – dodaje.

– Jesteś pewna?

– Jak nigdy niczego.

– Będę za tobą tęsknić.

– Ja za tobą też. – Przyjaciółka mnie mocno obejmuje. – Obiecuję, że będziemy się widywać.

– No jasne, że tak.

Smutno mi, bo naprawdę lubię Patty, ale faktycznie dziewczyny są mieszanką wybuchową. Do tej pory było znośnie, ale ostatnie pół roku to istny koszmar. Coraz częstsze kłótnie o jakieś błahostki, dogryzanie sobie i dokuczanie. Te trzy miesiące jakoś zlecą, a potem czeka mnie zwiedzanie z samą Vivi. Mam nadzieję, że ona się nie rozmyśli, bo naprawdę nie chcę jechać sama.

Na uczelni został mi jeden egzamin do zaliczenia. Na szczęście dopiero za dwa tygodnie. Resztę pozdawałam wcześniej, bo miałam w maju odwiedzić Polskę, a potem wrócić do Irlandii, jednak zaplanowałyśmy wycieczkę, więc zmieniłam plany, a teraz to już nie jestem pewna, jak będzie. Och, te dziewczyny.

– Hej, Julia! – Odwracam się, słysząc głos Vivian.

– Hej, co tam?

– Oddałam właśnie ostatnią część mojej pracy. Mam nadzieję, że ten stary pryk mi ją przyjmie. – Wydyma usta.

– Oj, przestań. Profesor Bennett jest naprawdę w porządku – ale przyznaję, bardzo dokładny.

– Mniejsza o to – prycha. – Powiedz mi, czy ta nadąsana lala faktycznie się od nas wyprowadza? – pyta z ogromnym uśmiechem.

– Vivi! – Gromię ją wzrokiem.

– Oj, nie zabronisz mi się cieszyć. – Wzrusza ramionami. – W końcu będzie w domu spokój.

Nie będę tego komentować, bo najzwyczajniej w świecie nie mam na to ochoty.

– Kiedy kończysz zajęcia? – zmienia temat

– Teraz – odpowiadam, przewracając oczami.

– To świetnie. Jedziemy na zakupy – rzuca spontanicznie.

– Na zakupy?

– Przyda się coś ekstra na jutrzejszy bankiet.

– To nie dostaniemy uniformów? – dziwię się, bo zawsze miałyśmy ubrania przygotowane przez menadżerów. Na takich bankietach obowiązują różne zasady, ale jednakowe stroje dla obsługi to podstawa.

– Wiesz, no... Oj, Julia, fajny ciuch zawsze się przyda. – Spogląda na mnie dziwnie zmieszana. – Poza tym liczę, że kogoś tam poznam na niedzielną randkę – dodaje, uśmiechając się.

– No dobrze, a co z uniformami? – dopytuję się.

– Zadzwonię później do Candy, żeby zapytała menadżerki.

– No dobra.

– No to chodź, jedziemy do centrum – nalega.

Nim zdążę jej odpowiedzieć, słyszę dźwięk mojego telefonu.

– Dogonię cię – mówię, wyjmując aparat z torebki.

– Czekam na przystanku. – Macha do mnie i wychodzi z budynku.

Zerkam na wyświetlacz i nie powiem, jestem trochę zaskoczona. To Kamil, mój... właściwie nie wiem.

– Halo – odbieram.

– Cześć, Julka. – To miłe słyszeć jego głos. Ostatnio rozmawialiśmy ze sobą trzy miesiące temu, kiedy zadzwonił do mnie z życzeniami urodzinowymi.

– Cze... cześć. – Jezu, dlaczego ja się jąkam?

– Co u ciebie? – pyta chłopak.

Och, no cóż ci mogę powiedzieć?

– W sumie po staremu.

– A jak egzaminy?

– Został mi tylko jeden, a jak u ciebie?

– Całkiem dobrze, szykuje mi się wyjazd do Holandii – odpowiada.

– Do pracy? – upewniam się.

– Tak, tak, mam jechać z chłopakami – wyjaśnia, po czym następuje niezręczna cisza.

Szczerze mówiąc, miałam trochę nadzieję, że spotkamy się w Polsce i pogadamy o nas. Oficjalnie ze sobą nie zerwaliśmy, ale nasz kontakt nie wygląda jak u innych par. Ostatnio widzieliśmy się przed Sylwestrem, kiedy poleciałam na święta do domu. Kamil miał mnie odwiedzić, ale za każdym razem było mu jakoś nie po drodze. Dziwny ten nasz związek, o ile wciąż jesteśmy w związku.

– Kiedy będziesz w Polsce? – pyta po chwili.

– Myślę, że dopiero pod koniec lipca.

– Szkoda, bo mnie chyba wtedy nie będzie. – Wiedziałam. Wiedziałam, że to nie ma sensu. – Tęsknię za tobą, Julka – dodaje, a do mnie wracają wspomnienia naszych wspólnych chwil.

Zaczęliśmy się spotykać jeszcze w liceum. Kamil jest moją pierwszą miłością, moim pierwszym chłopakiem. Przez dwa lata po moim wyjeździe jakoś dawaliśmy radę, rozmawialiśmy przez Skype’a, pisaliśmy do siebie codziennie, ale po tych wakacjach coś się zaczęło psuć. Już nie jest tak jak kiedyś i wiem, że już tak nie będzie.

– Kamil, ja nie mogę teraz przyjechać – wyjaśniam mu z nadzieją, że zaproponuje swój przyjazd. – Mam jeszcze egzamin, muszę dokończyć pisanie pracy, no i pracuję w restauracji.

– Wiem, wiem – przytakuje tylko. – Szkoda.

Szkoda? Serio, on mówi po prostu „szkoda”?

– Przepraszam cię, ale muszę kończyć. – To chyba najrozsądniejsze w tej chwili, rozmowa i tak od początku się nie klei.

– Jasne, jasne – mówi. – Nie przeszkadzam. Trzymaj się, Julka i... i do zobaczenia... Kiedyś tam – dodaje po chwili.

– Pa, Kamil. – Rozłączam się i chowam telefon do torebki.

Szlag! Co za beznadziejna rozmowa. Czy my właśnie zerwaliśmy? Nie, rozmowa zakończyła się tak samo, jak ostatnio. Żadne z nas nie potrafi tego powiedzieć, tak jakbyśmy mieli nadzieję, że będzie tak, jak kiedyś.

Zakupy z Vivi. Tego mi chyba właśnie teraz potrzeba i choć nie jestem zwolenniczką wielogodzinnego łażenia po sklepach, czuję, że to mnie teraz odpręży.

Około siódmej wracamy do domu. Dłużej się nie dało, ale Vivi przymierzyła chyba ze sto sukienek. Nie wiem, jak ona uzbiera na wycieczkę, skoro dziś wydała trzysta euro na same ciuchy. Za jej namową i ja kupiłam sobie sukienkę. Krótką, dopasowaną, w kolorze wiśniowym, na szerszych ramiączkach. Całe szczęście nie kosztowała fortuny, bo naprawdę wpadła mi w oko i wyjątkowo dobrze się w niej czuję. Póki co nie mam pojęcia, gdzie ją założę, choć chciałabym, by Kamil mnie w niej zobaczył. Choć na chwilę...

***

Całe sobotnie popołudnie Vivi szykuje się, jakby szła na randkę. Długa kąpiel w jakichś olejkach, makijaż, fryzura, biżuteria, a przecież będziemy tam jako hostessy. Po co ona się tak robi na bóstwo?

Kiedy w końcu zwalnia łazienkę, idę wziąć szybki prysznic. Oczywiście Vivi, spędzając tu pół dnia, nie zostawiła mi czasu na poświęcenie mojej osobie, więc wszystko muszę robić szybko, bo za godzinę musimy być na miejscu. Samo dojechanie do hotelu to jakieś dwadzieścia minut.

Świetnie!

Suszę włosy, układając je w lekkie fale, i robię delikatny makijaż. Zakładam dżinsy i bawełniany sweterek, po czym gotowa czekam na Vivi. Dziewczyna wychodzi ze swojego pokoju z wielką torbą. Nie wiem, po co jej ona, ale teraz nie ma czasu na pogaduszki, bo taksówka już czeka.

– Vivi, a co właściwie masz w tej torbie? – pytam, gdy zbliżamy się do centrum.

– Ciuchy dla nas – odpowiada.

– Mówiłaś, że mundurki dostaniemy na miejscu – przypominam jej.

– Widzisz, muszę ci się do czegoś przyznać – mówi tajemniczo, a ja już wyczuwam, że mnie oszukała. – Nie będziemy dziś pracować jako hostessy – wyznaje, a ja sztywnieję.

Normalnie uduszę ją. Uduszę i każdy sąd mnie uniewinni.

– Vivi, coś ty wymyśliła? – Nerwowo zaciskam dłonie na siedzeniu.

– Posłuchaj, dziś jesteśmy na bankiecie jako goście.

– A to super – sarkam. – Będę się świetnie prezentowała w dżinsach! – irytuję się.

– Julia, uspokój się, przecież nie postawiłabym nas w takiej sytuacji. – Uśmiecha się, choć ja naprawdę nie widzę powodu do radości. – Mam tu nasze rzeczy – wskazuje na torbę – sukienki, szpilki, kosmetyki i seksowną bieliznę – dodaje.

– Nie, ty chyba oszalałaś?! – Potrząsam głową i szybko orientuję się, że jesteśmy już na miejscu. – Nie jestem jakąś dziwką! – Podnoszę głos, aż kierowca się odwraca.

– Nie krzycz tak – uspokaja mnie przyjaciółka. – Jaką znowu dziwką? Zostałyśmy zaproszone – wyjaśnia.

– Jako para? – oburzam się.

– Julia, ostatnio ciągle pracujemy – przekonuje, wysiadając z taksówki, a ja idę za nią. – Kiedy się ostatnio dobrze bawiłyśmy? Poza tym nie jesteś znowu taka święta. – Reszty nie trzeba. – Vivi płaci taksówkarzowi i moja szansa na powrót do domu właśnie odjechała. – Widzę, jak flirtujesz z tymi facetami na bankietach.

– Ale nie sypiam z nimi – podkreślam.

– Nikt ci nie każe. – Wzrusza ramionami.

– Nigdzie nie idę, rozumiesz to? – syczę.

– Julia, nie dramatyzuj. – Przewraca oczami. – Pobawimy się, wypijemy kilka drinków za darmo, zjemy coś dobrego i drogiego, a przy okazji może wyhaczymy jakiegoś nadzianego faceta – mówi zupełnie na luzie.

– Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi? – Zatrzymuję się na schodach przed drzwiami.

– Jak dobra zabawa. – Uśmiecha się.

Nie wiem, co mam robić. Właśnie takich sytuacji staram się unikać. Mogłam się domyślić, że skoro Candy nas tu ściągnęła, to będzie to miało jakiś podtekst.

Seksowna bielizna? Nieźle to sobie zaplanowałaś, Vivi.

Niby teraz mam się bawić w dziewczynę do towarzystwa? Przecież Candy pieprzy się z tymi facetami za kasę, a ja nie chcę, by mnie kojarzono z nią i z tą żenującą sytuacją.

– No chodź. – Vivi pogania mnie.

– Nie, Vivi, sorry, ale to nie dla mnie. – Kręcę głową, bo nie zamierzam tu zostać. Nie tak się umawiałyśmy.

Odwracam się, by zejść ze schodów, ale wpadam na jakiegoś mężczyznę, który szybko łapie mnie za ramiona. Podnoszę na niego wzrok, przeklinając w myślach.

Piękniejszych oczu nigdy nie widziałam.

– Wszystko w porządku? – pyta, a jego ochrypły głos przyjemnie dźwięczy w moich uszach.

Stoję jak zahipnotyzowana i w obawie, że głos mi zadrży albo będę się jąkać, przytakuję tylko głową, nie odrywając od niego wzroku.

Upewniwszy się, że stoję stabilnie, mężczyzna puszcza mnie, posyła mi łagodny uśmiech i mija mnie, by wejść do hotelu.

– Julia! – Podnoszę wzrok na Vivi, gdy dociera do mnie jej głos. – Twoja ostatnia szansa, idziesz? – pyta, a ja mam wciąż przed sobą obraz zielonookiego z seksownym głosem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki