Słyszę nowy świat - Alan Moore - ebook + książka

Słyszę nowy świat ebook

Alan Moore

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard postanowił raz na zawsze odciąć się od swoich przygód w Wielkim Kiedy i na dobre zostawić je w przeszłości, gdzie ich miejsce. Po tym, jak przez dziewięć lat starał się nawet nie myśleć o zaczarowanej wersji Londynu, nagle znajduje niechcianą pamiątkę ze swojej ostatniej przygody: klucz, który przyjął na przechowanie i potajemnie przemycił do swojego świata.

O ile Dennisowi może się wydawać, że skończył z Wielkim Kiedy, o tyle ono bynajmniej nie skończyło z nim. Kiedy oddaje klucz znajomemu, budzą się czarodziejskie moce małego przedmiotu, w Londynie zjawiają się istoty z innego świata, a w Notting Hill wybuchają zamieszki. Co gorsza Grace Shilling, dawna miłość Dennisa, zostaje zmuszona do udania się do Wielkiego Kiedy, żeby przeprowadzić śledztwo w sprawie niezwykłych wypadków, do których dochodzi w obu miastach.

Przerażony myślą o tym, że Grace miałaby się stać krzywda, Dennis wyprawia się w ślad za nią do Długiego Londynu – który, kiedy już schwyta kogoś w swoje szpony, łatwo go nie wypuści. Grace z Dennisem muszą stanąć do walki o uratowanie Wielkiego Kiedy, a wraz z nim także własnego świata. Jeśli tego nie zrobią, stracą życie – i siebie nawzajem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: I Hear a New World Copy­ri­ght © Alan Moore, 2026 Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Woj­ciech Szy­puła Copy­ri­ght © 2026 for the maps by Nico­lette Caven All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Adam Michaj­łów Korekta: Adam Osiń­ski, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Greg Heini­mann Ilu­stra­cja na okładce: Nico Delort Adap­ta­cja okładki: Nata­lia Twardy Wer­sja elek­tro­niczna w sys­te­mie Zecer: Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 23 wrze­śnia 2026 ISBN 978-83-8252-145-0

Dedykacja

Woło­dy­my­rowi Zełen­skiemui anty­fa­szy­stom na całym świe­cie.

Ils ne pas­se­ront pas.

Mapa

Długi Lon­dyn mapa 1

Muzyka na początku

Kla­syczna: prze­sta­wia­jąc z mozo­łem kopyta, znę­kany Atlas wspina się Gil­le­spie Road wśród mżawki, która odpę­dza wrze­śniowe gzy i nie­sie w swo­ich drob­nych kro­pel­kach cały rok tysiąc dzie­więć­set trzy­na­sty: Prin­ci­pia Mathe­ma­tica, Stra­wiń­ski, licz­niki Geigera i nara­sta­jący w trze­wiach Europy strach perlą się na sztyw­nej brą­zo­wej sier­ści i nasą­czają ją duchem stu­le­cia. Świa­tło koloru pale ale i żył­ko­wane błoto są prze­sy­cone kubi­zmem i Apol­li­na­ire’em.

Przed nim w tuma­nach wil­got­nej mgły czarne płasz­cze prze­ciw­desz­czowe i kasz­kiety obla­zły jak żuki pry­zmę ziemi, która prze­obrazi się w sta­dion pił­kar­ski. Krzą­ta­jący się przy pracy robot­nicy mokną na desz­czu razem z oko­licz­nymi miesz­kań­cami, któ­rzy zno­szą w to miej­sce domowe odpadki jako swój wkład w fun­da­menty obiektu. Potężny sza­jer, zmę­czony wcze­śniej­szym poko­na­niem stro­mego zbo­cza High­bury Hill, cią­gnie furę wyła­do­waną trzy­ko­ło­wymi wóz­kami dzie­cię­cymi i poła­ma­nymi wyży­macz­kami. Tur­kot drew­nia­nych kół na bruku mie­sza się z wykrzy­ki­wa­nymi prze­kleń­stwami i chro­bo­tem szu­fli i dołą­cza do ponu­rej par­ty­tury poranka.

Zie­jąca w ziemi cze­luść, z wolna zapeł­nia­jąca się śmie­ciami, sta­nie się pół­nocną try­buną sta­dionu Arse­nalu, gdy dru­żyna prze­nie­sie się tutaj ze swo­jego obec­nego domu w skła­dzie amu­ni­cji w Wool­wich, na dru­gim brzegu rzeki, o czym jed­nak wiel­kie zwie­rzę nie ma zie­lo­nego poję­cia. W okro­jo­nym przez klapki na oczy pro­sto­kąt­nym wycinku świata powoli przy­bliża się skraj wykopu. W świeżo prze­wró­co­nej ziemi mie­nią się sre­brzy­ste strużki: robot­nicy, wsparci ciężko na kilo­fach, splu­wają z przy­gnę­bie­niem w desz­czowy opar. Zgar­biony na koźle i prze­mo­czony do suchej nitki wła­ści­ciel Atlasa potrząsa lej­cami i obrzuca kopyt­nego olbrzyma wybur­cza­nymi epi­te­tami, by pchnąć go dalej, na samą kra­wędź otworu, która ginie we mgle; przy tej pogo­dzie obaj są tak samo na wpół ślepi. Nie ma jesz­cze dzie­sią­tej, a posępna sobota już zbliża się do swo­jego cre­scendo.

Wszyst­kie ścię­gna płoną bólem, gdy impo­nu­jący zwierz zatrzy­muje się na brzegu prze­pa­ści. Pry­cha, wzdryga się i potrząsa dłu­gim łbem, z nie­chę­cią przyj­mu­jąc ponowne poja­wie­nie się much. Wyda­jąc nie­zro­zu­miałe, chra­pliwe dźwięki swo­jej wro­niej mowy, węglarz zsuwa się z kozła, staje wśród robot­ni­ków i włą­cza się do pro­wa­dzo­nej przez nich pół­gło­sem dys­ku­sji. Wznió­sł­szy stru­dzone śle­pia nie­świa­do­mie ku swo­jemu osta­tecz­nemu niebu, potężna machina zbu­do­wana z mię­cha i kudłów sika prze­cią­gle w już i tak kle­iste grzę­za­wi­sko na skraju dołu. Z tyłu dobiega naj­pierw gło­śny kle­kot, gdy tylna ściana skrzyni wozu zostaje opusz­czona na płask na naprę­żo­nych w skos łań­cu­chach, a następ­nie postę­ki­wa­nia ludzi i głu­chy łoskot: roz­po­częto wyła­du­nek pierw­szego z cię­ża­rów. Zdję­cie go z fury lekko zakłóca rów­no­wagę pojazdu, który sztur­cha wyczer­pane zwie­rzę uwię­zione pomię­dzy parą dyszli. Atlas kwi­czy, strzyże uchem i robi krok do przodu. W nicość.

Chwila się roz­dyma, roz­sz­cze­pia na nie­skoń­czoną liczbę eta­pów pośred­nich. Noga konia się pro­stuje, kory­guje ruch, szuka opar­cia, ale tylko żłobi wil­gotną bruzdę w zapa­da­ją­cym się błocku. Tylne kopyta – dłu­gie włosy na pęci­nach zesztyw­niały, poskle­jane błotną breją w ostre kolce – machi­nal­nie pró­bują się cof­nąć, ale nie znaj­dują opar­cia. Kiedy roz­po­czyna się nie­uchronny ześlizg, zza wozu, który nagle ożył ze skrzy­pie­niem, dobie­gają okrzyki zasko­cze­nia i nie­po­koju. Pusz­czona w ruch nie­szczę­sna maszy­ne­ria chwili działa posłuszna slap­stic­ko­wej logice: ugi­na­jący się pod spię­trzo­nym ładun­kiem wehi­kuł wyrwany z bez­ru­chu przez pró­bującego ustać na nogach Atlasa zaczyna się toczyć, popy­cha przed sobą bez­radne zwie­rzę i powięk­sza zgubny pęd. Pierw­sze głowy gapiów zwra­cają się w tę stronę, podejrz­liwe spoj­rze­nia ustę­pują gry­ma­som nie­do­wie­rza­nia i sze­roko roz­war­tym ustom, sap­nię­cia wstrzy­my­wa­nych odde­chów i daremne okrzyki ostrze­gaw­cze wzno­szą się ponad nara­sta­jący szum desz­czu. W ogra­ni­czo­nym klap­kami na oczy polu widze­nia całe High­bury wali się na bok. Zdarte pod­kowy dra­pią nasą­czone wil­go­cią powie­trze i kolos, który dźwiga glob na swo­ich bar­kach, osuwa się w błot­ni­stą głę­binę, kozioł­kuje i spada, ścią­ga­jąc na sie­bie całe zardze­wiałe żela­stwo tego świata. Wraz z obło­kiem pary z aksa­mit­nych chrap bucha gło­śny kwik roz­cza­ro­wa­nia.

Starsi bra­cia pod­bie­gają, żeby poga­pić się z bli­ska i powy­ty­kać pal­cami. Znaj­du­jące się w tłu­mie młod­sze dzieci zostają zabrane do domów przez roz­tropne matki, świa­dome tego, co wyda­rzy się za chwilę: ani jedna cząstka ogiera nie ostała się w cało­ści, pozo­stało mu tylko cier­pie­nie, które nale­ża­łoby pil­nie skró­cić, ale szanse na to, że przy Gil­le­spie Road znaj­dzie się jakaś strzelba, są bli­skie zeru. W kilka minut jest po wszyst­kim. Wła­ści­ciel tru­chła nie­chęt­nie zga­dza się porzu­cić swo­jego sługę tam, gdzie padł, jako nie­pla­no­wany doda­tek do fun­da­men­tów sta­dionu, prędko pogrze­bany pod ramami łóżek, donicz­kami i poroz­bi­ja­nymi musz­lami klo­ze­to­wymi.

Z upły­wem lat okrutne wyda­rze­nie zostaje przy­kryte gru­zem czasu. Sunący gładko samo­chód arcy­księ­cia nie­ocze­ki­wa­nie zatrzy­muje się przed kawiar­nią w Sara­je­wie. Chłopcy w mun­du­rach – sza­rych albo khaki – zwi­sają z dru­tów kol­cza­stych na ziemi niczy­jej. Wojna świa­towa i hisz­panka przy­no­szą zagładę milio­nom. Makle­rzy gieł­dowi prze­su­wają się cal po calu coraz bli­żej kra­wę­dzi para­pe­tów. Al Jol­son obwiesz­cza wszem wobec, że to i tak jesz­cze nic wiel­kiego. Na High­bury, pod podziu­ra­wio­nym kor­kami boiskiem z nanie­sio­nymi wap­nem liniami, rze­czy gniją w nie­skoń­czo­nej pod­ziem­nej nocy, a potem, roz­ło­żone na czyn­niki pierw­sze, zostają wchło­nięte przez kró­ciutko przy­ciętą murawę. Fura dawno roz­pa­dła się na atomy, jej ładu­nek prze­ko­ro­do­wał do postaci żela­znych mete­ory­tów, bez­kształt­nych i nie­moż­li­wych do roz­po­zna­nia. Zawie­szona w prze­ty­ka­nym lar­wami bez­den­nym mroku pomię­dzy próch­nie­ją­cymi kołami wozu nie­ży­jąca legenda nabrała tajem­nego piękna, obje­dzona przez robac­two, wysty­li­zo­wana, per­łowa. Spo­czywa na boku, wyod­ręb­nione kości two­rzą pędzącą mozaikę, nogi wycią­gają się w przód, jakby się­gały ku odle­głej linii mety maja­czą­cej gdzieś wśród tej gęstej, smo­li­ście czar­nej ciszy.

Nie ma oczu, które mogłyby zoba­czyć nie­zwy­kłe zja­wi­sko, ono zaś z początku lśni sła­biutko jak okruch rudy i zdaje się bar­dzo bli­skie w tym nie­prze­zro­czy­stym, litym śro­do­wi­sku, gdzie nie ist­nieje poję­cie odle­gło­ści. Skrzący się punk­cik rośnie i staje się coraz wyraź­niej­szy, przez co powstaje wra­że­nie, jakby jego źró­dło znaj­do­wało się daleko, a zara­zem sys­te­ma­tycz­nie zbli­żało się poprzez twardą, zbitą glebę, aż wresz­cie nabrzmiewa do postaci pod­ziem­nego fajer­werku. Nie­wi­dziany przez nikogo nie­spieszny cud prze­obraża się w ruchomą świe­tli­stą postać, malutką kobietę nakre­śloną liniami kolo­ro­wego bla­sku. Cały czas rośnie, cały czas przy­bliża się i prze­nika nie­ma­te­rialne wie­czorne cie­nie, które w rze­czy­wi­sto­ści są kamie­niem, gliną albo poszczer­bio­nym meta­lem. Szczu­pła i krzepka jak chło­pak, ma na sobie tunikę, któ­rej pło­mie­ni­ste linie nie­usta­jąco prze­pły­wają jedna w drugą, na prze­mian wyma­zy­wane i odtwa­rzane tak samo jak wyry­so­wana kredką syl­wetka jej wła­ści­cielki. Z góry przez war­stwy ziemi nie­sie się stłu­miony grzmot: to zelek­try­zo­wani kibice gospo­da­rzy ryk­nęli wycze­ku­jąco.

Tym­cza­sem ona już tu jest, z mie­nią­cych się ruchli­wych kon­tu­rów wyła­nia się naj­pierw mocny zarys szczęki, potem ostroż­nie nakre­ślony kosmyk wło­sów. Deli­katna, utkana z marsz­czo­nych nite­czek fos­foru wędruje przez wie­lo­to­nowe czarne zwały, aż wresz­cie przy­staje przy szcząt­kach czem­piona, niby w zadu­mie. Mija parę chwil, po czym jej świe­tli­sta kon­fi­gu­ra­cja składa się i gnie, jakby się schy­lała, przy­klę­kała na led­wie, led­wie zazna­czo­nej suge­stii kolana tuż obok odsło­nię­tych łopa­tek i kre­do­wo­bia­łych dywi­zów krę­go­słupa szyj­nego mar­twej szkapy. Na wpół obecna w tym miej­scu pochyla pospieszny szkic głowy i prze­suwa mini­ma­li­stycz­nymi pal­cami po wydłu­żo­nej nagiej czaszce. Gry­zmoła jej ust zmie­nia kształt: dziew­czyna ewi­dent­nie coś mówi, szep­cze wprost w pozo­stałe po uchu kru­che kostne zagłę­bie­nie.

Tytan reaguje na słowa zachęty i zaczyna się skła­dać w całość. Żebra, roz­pro­szone jak poroz­rzu­cane nawiasy, prze­su­wają się na swoje dawne miej­sca, stawy odtwa­rzają się i kleją lepisz­czem nowych chrzą­stek, aż w końcu leżący szkie­let – choć doku­ment­nie pogrze­bany i z początku tro­chę nie­zdarny – staje na nogi. Zupeł­nie przy­pad­kowo w tej samej chwili kibice Arse­nalu, któ­rych dzieli od tego miej­sca kil­ka­na­ście stóp zbi­tej ziemi, wydają chó­ralny okrzyk triumfu i uzna­nia. Ruchliwe zawi­jasy ukła­da­jące się w wid­mową kobiecą głowę na moment prze­miesz­czają się w ski­nie­niu, jakby w geście wdzięcz­no­ści za te sej­smiczne drga­nia aplauzu, a potem świe­tli­sta postać bez pośpie­chu rusza w kie­runku zachod­nim, zagłę­bia się w twardą ciem­ność, z któ­rej się wyło­niła. Prze­ra­ża­jący i wspa­niały byt, który nie jest już Atla­sem, czła­pie krok w krok za swoją roz­iskrzoną panią. Zosta­wia za sobą zgu­bioną pod­kowę, jako dobrą wróżbę na przy­szłość, oraz nie­prze­mi­ja­jące poczu­cie, że oto w tym miej­scu pusz­czono w ruch coś wię­cej niż tylko mar­twego konia. Rumak został wybrany, jego forma oce­niona, goni­twa zapo­wie­dziana, stawki zakła­dów wyli­czone. Buk­ma­cher otwo­rzył księgę.

Obsta­wiaj­cie.

* * *

Calypso: prze­ra­żone, pisz­czące, poma­lo­wane flu­ore­scen­cyjną poma­rań­czową farbą gry­zo­nie wpa­dają przez szparę na listy. Stoi z Lit­zem przed drzwiami przy Powis Squ­are, zaśmie­wają się do roz­puku i wsy­pują do środka zawar­tość wiją­cego im się w rękach worka. Wkrótce zostają nagro­dzeni dobie­ga­ją­cymi z dru­giej strony gniew­nym rykiem, okrzy­kami prze­ra­że­nia i wrza­skiem dzieci. Pete Rach­man sie­dzi wygod­nie roz­party w Rol­l­sie po dru­giej stro­nie ulicy, pali cygaro i roz­ta­cza aurę obo­jęt­no­ści rodem z obo­zów śmierci. Ech, te wie­czory w Not­ting Hill… Michael widzi je, jakby to było wczo­raj. Ba, jakby to było dzi­siaj.

Litz – dumny ze swo­jego wiel­gach­nego kinola, z oczami, w któ­rych nik­czemne iskierki bły­skają jak bro­kat – chi­chra się tak bar­dzo, że led­wie jest w sta­nie mówić:

– Albo zapła­ci­cie czynsz, gno­jo­świ­nie, albo od tej pory będzie­cie mieli regu­larne dostawy świe­cą­cych szczu­rów!

A potem pędzą na wyścigi do samo­chodu, zado­wo­leni z tego, jak im poszło („Te »gno­jo­świ­nie« to cał­kiem udany neo­lo­gizm, nie uwa­żasz?”), ładują się na tylną kanapę, Rach­man kręci łysą głową, roz­czu­lony par­ska śmie­chem, nazywa ich parą nie­li­chych kome­dian­tów i już suną Colville Ter­race w stronę Lad­broke Grove. Za nimi jakiś wielki kolo wybiega na śro­dek ulicy i wydziera się prze­raź­li­wie; brzmi jak Jamaj­czyk, więc Michael nie odczuwa z nim żad­nego powi­no­wac­twa, bo prze­cież pocho­dzi z Try­ni­dadu, z któ­rym, nawia­sem mówiąc, rów­nież nie czuje się szcze­gól­nie zwią­zany. Jego zawsze nie­obecny tata kupiec, pan de Fre­itas, był bla­do­skó­rym Por­tu­gal­czy­kiem i na wyspie nazy­wali Micha­ela czer­wo­no­skó­rym łaj­da­kiem tylko dla­tego, że był nie dość czarny. Miał wtedy pięć lat. Nie mów­cie mu o dys­kry­mi­na­cji.

Spę­dza dzie­ciń­stwo na nędz­nych przed­mie­ściach Port of Spain. Matka w każdą sobotę zabiera go na sto­łeczny bazar, gdzie sie­dzi wci­śnięty pomię­dzy bele far­bo­wa­nych tka­nin i popija mleko z zie­lo­nych cza­szek koko­sów, oto­czony przez tar­gu­ją­cych się Chiń­czy­ków, Hin­du­sów albo Syryj­czy­ków. Ma zale­d­wie dzie­więć lat, więc nie od razu się orien­tuje, że mama płaci za to wszystko obeah: udziela porad przy świe­cach star­szym paniom z pro­ble­mami skór­nymi.

– Daj mi pięć­dzie­siąt dola­rów i weź jed­no­pen­sówkę. Przez następ­nych dzie­więć dni codzien­nie prze­cie­raj twarz tą jed­no­pen­sówką zamo­czoną w śmie­tance. Przez resztę czasu trzy­maj ją na fra­mu­dze nad drzwiami, a potem dzie­wią­tego dnia zanieś na roz­staje dróg i tam wyrzuć. Zosta­niesz wyle­czona, a cho­roba przej­dzie na tego, kto znaj­dzie monetę.

Żadna z kobiet nie wró­ciła ze skargą, a Michael oduczył się pod­no­sić z ziemi zatłusz­czone mie­dziaki.

Dora­sta­nie prze­biega gwał­tow­nie: hura­gan roz­ma­za­nych obra­zów. Jest w nim pulchna ręka sprze­dawcy koko­sów, odcięta kor­de­la­sem i leżąca dło­nią do góry w baza­ro­wym pyle; Michael widzi, jak palce jesz­cze się poru­szają. Jest Zło­to­zęby, który ma się za kow­boja; napada w szale na kluby i masa­kruje ich wła­ści­cieli żela­znym prę­tem. Jest dziew­czyna, którą jego matka, naj­czar­niej­sza kobieta, jaką widział w życiu, wyrzuca za drzwi, bo ma za ciemną skórę, przez co nie jest dość dobra dla jej bla­do­li­cego syna. Jest gnież­dżąca się po sąsiedzku prze­sym­pa­tyczna hin­du­ska rodzina, która przy­gar­nia go po tym, jak ojczym eks­mi­tuje go z domu. Od tej pory matka nie chce mieć z nim nic wspól­nego, bo w jej hie­rar­chii war­to­ści kulisi znaj­dują się jesz­cze niżej od czar­nych. Kiedy Michael ma ser­decz­nie dość tego wszyst­kiego, zaciąga się na sta­tek, który z powodu awa­rii sil­nika wypra­wia się do Matki Anglii, żeby tam sta­nąć w suchym doku.

Anglia oka­zuje się kra­iną prze­ra­ża­ją­cych spo­sob­no­ści. Sytu­acja jest taka, że ta ich nowa sek­sowna kró­lowa, która obej­muje tron w tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dru­gim roku, nagle przy­po­mina sobie o Com­mon­we­alth, Bry­tyj­skiej Wspól­no­cie Naro­dów, i na każ­dym kroku pod­kre­śla jej zna­cze­nie – głów­nie dla­tego, że impe­rium po woj­nie roz­pada się na kawałki i Bry­ta­nia na gwałt potrze­buje cze­goś, co znów pozwoli jej poczuć się świa­to­wym mocar­stwem. Kło­pot w tym, że jeśli twier­dzisz, że rze­sze miesz­kań­ców odle­głych krain to oby­wa­tele bry­tyj­scy, to nie bar­dzo możesz mieć do nich pre­ten­sje, kiedy wezmą te słowa za dobrą monetę i posta­no­wią się tu spro­wa­dzić. Tak w każ­dym razie uważa Michael. Bo Anglicy, jak się oka­zuje, mają na ten temat inne zda­nie.

Ma sto­sowne żeglar­skie kwa­li­fi­ka­cje, ale na bry­tyj­skich stat­kach miej­sce kolo­ro­wych mary­na­rzy jest w maszy­nowni, nie na pokła­dzie. Przez jakiś czas pływa więc po całym świe­cie pod ban­derą nor­we­skiej mary­narki han­dlo­wej, ale kiedy ma wolne i scho­dzi w Lon­dy­nie na ląd, poznaje Desirée i zaczyna poważ­nie myśleć o ustat­ko­wa­niu się. Wkrótce zresztą staje się to koniecz­no­ścią, gdy po rej­sie do Izra­ela, gdzie przyj­mują na pokład ładu­nek poma­rań­czy, anga­żuje się w prze­szmu­glo­wa­nie do Anglii ślicz­nej jugo­sło­wiań­skiej uchodź­czyni. Bry­tyj­scy cel­nicy znaj­dują dziew­czynę ukry­wa­jącą się za skrzyn­kami peł­nymi cytru­sów, „Daily Mir­ror” daje na pierw­szą stronę arty­kuł z nagłów­kiem Brzo­skwinka wśród poma­rań­czy, a Nor­we­go­wie koń­czą współ­pracę z Micha­elem.

Bez­ro­botny i bez­domny, znaj­duje w końcu dach nad głową dla sie­bie, Desirée i ich malut­kiej córeczki w nędz­nych slum­sach Not­ting Hill. Kiedy jed­nak zaczyna się roz­glą­dać za pracą, odkrywa, że nie ma żad­nej roboty dla „czar­nu­chów”, „smo­lu­chów”, „asfal­tów”, „bam­bu­sów” oraz przed­sta­wi­cieli licz­nych innych kate­go­rii, do któ­rych – jak się oka­zuje – rów­nież się zali­cza. Tak oto, zgoła mimo­wol­nie, roz­po­czyna powolny zjazd w świat hazardu, strę­czy­ciel­stwa i drob­nej prze­stęp­czo­ści, drogę w dół po jedy­nej tra­jek­to­rii dostęp­nej dla przy­by­sza z Indii Zachod­nich. Kiedy jed­nak popija w towa­rzy­stwie roda­ków z Try­ni­dadu i razem śnią sny na jawie, ktoś wpada na pomysł osku­ba­nia miej­sco­wego poten­tata rynku nie­ru­cho­mo­ści. W takich wła­śnie oko­licz­no­ściach Michael po raz pierw­szy sły­szy nazwi­sko Petera Rach­mana.

Rach­man to star­szy facet, pod czter­dziestkę, łysawy, w oku­lar­kach, pol­ski Żyd, który prze­żywa naj­pierw hitle­row­ski, a potem sowiecki obóz pracy, następ­nie wal­czy na fron­cie, a po demo­bi­li­za­cji osiada na stałe w Bry­ta­nii. Kiedy w pięć­dzie­sią­tym siód­mym Mac­mil­lan zastę­puje Edena na sta­no­wi­sku pre­miera i zmie­nia prze­pisy regu­lu­jące czyn­sze, Rach­man zaciąga w banku potężny kre­dyt i wyku­puje osiem­dzie­siąt walą­cych się w gruzy nie­ru­cho­mo­ści w Not­ting Hill, Ken­sing­ton i oko­licy. Jego pierw­szym nabyt­kiem jest rudera przy St Ste­phen’s Gar­dens, w któ­rej urzą­dzili się Michael z Desirée. Rach­man wydziela w kamie­ni­cach odrębne małe miesz­ka­nia, które następ­nie wynaj­muje imi­gran­tom z Indii Zachod­nich przy­by­wa­ją­cym do Lon­dynu sys­te­ma­tycz­nie od końca lat czter­dzie­stych. Ow­szem, bywa bru­talny dla swo­ich loka­to­rów i pakuje ich do swo­ich kli­tek dzie­siąt­kami, ale jest i druga strona medalu: tylko on jeden w ogóle pozwala kolo­ro­wym gdzie­kol­wiek miesz­kać. Co tydzień przez jego biuro w piw­nicy domu w West­bo­urne Grove (to nie­da­leko, dosłow­nie za rogiem) prze­pły­wają tysiące fun­tów z wynajmu. Trudno się nie zgo­dzić, że pomysł roz­boju w biały dzień wydaje się atrak­cyjny.

Michael zgła­sza się na ochot­nika do prze­pro­wa­dze­nia reko­ne­sansu. Pod zmy­ślo­nym pre­tek­stem wybiera się na spo­tka­nie z lan­dlor­dem, ale po powro­cie oznaj­mia swoim nie­do­szłym wspól­ni­kom, że rabu­nek nie wcho­dzi w grę z powodu dwóch złych psów, które Rach­man stale trzyma u sie­bie w biu­rze. To wpraw­dzie jest szczerą prawdą, Michael posta­na­wia jed­nak prze­mil­czeć fakt, że cał­kiem realną alter­na­tywą byłby dys­kretny nocny włam w poje­dynkę – realną do momentu, gdy fak­tycz­nie podej­muje taką próbę, bo wtedy odkrywa, że wła­my­wa­czem jest rów­nie bez­na­dziej­nym jak hazar­dzi­stą i raj­fu­rem. Wciąż jesz­cze szuka sejfu, gdy Rach­man i jego pie­kielne ogary wty­kają głowy za próg biura i go zauwa­żają.

Cała sprawa i tak koń­czy się o wiele lepiej niż wielką krwawą łaź­nią, któ­rej każdy rozumny czło­wiek miałby pełne prawo się spo­dzie­wać. Rach­man – z dwoma szar­pią­cymi się na smy­czach owczar­kami nie­miec­kimi – jest miły, spo­kojny, chyba nawet lekko roz­ba­wiony. Zło­to­usty magnat z getta, który umie dostrzec korzy­ści w każ­dej poten­cjal­nie groź­nej sytu­acji, chwali wła­my­wa­cza za ini­cja­tywę i choć wytyka mu pewien nie­do­sta­tek umie­jęt­no­ści prak­tycz­nych, składa mu ofertę zatrud­nie­nia.

– Wydaje mi się – mówi – że nie­któ­rzy z moich loka­to­rów byliby skłonni oka­zać mi wię­cej sza­cunku, gdyby postra­szył ich jesz­cze jeden zbir.

Pro­po­nuje rów­nież, żeby Michael i Desirée prze­nie­śli się z St Ste­phen’s Gar­dens do innego, bar­dziej zdat­nego do zamiesz­ka­nia lokalu przy Powis Squ­are. Podają sobie ręce i umowa zostaje zawarta. Dwa śli­niące się pso­wate patrzą z wyraź­nym roz­cza­ro­wa­niem, jak per­spek­tywa noc­nej prze­ką­ski bez­pow­rot­nie się oddala.

W końcu psy zostają gdzieś zamknięte i na stole poja­wia się whi­skey wraz z dwiema szklan­kami z gru­bego szkła. Michael opo­wiada o matce pogrą­ża­ją­cej się w odmę­tach obeah, o piciu i ubó­stwie na Try­ni­da­dzie. Peter w oszczęd­nych sło­wach wspo­mina o obo­zach, a następ­nie zaczyna się roz­wo­dzić na temat swo­ich aktu­al­nych kocha­nek, Chri­stine Jakiejś­tam i Mandy Dwojga Nazwisk; sądząc po jego sło­wach, obie muszą być raczej pusz­czal­skie. Wresz­cie roz­mowa zata­cza krąg i wraca do spraw bie­żą­cych.

– Przy­dzielę ci kogoś, kto już ma roze­zna­nie w tym fachu, może Davida. To dobry chło­pak, łeb­ski, pomy­słowy. Spodoba ci się. Będzie­cie się jarać jak dwa pło­nące domy.

Michael się zga­dza, cho­ciaż nie­zbyt mu się podoba to poża­rowe porów­na­nie. Tak czy ina­czej, w takich wła­śnie oko­licz­no­ściach poznaje Litza.

Litz jest skom­pli­ko­wany i fascy­nu­jący jak mecha­nizm miny dywer­syj­nej: jeśli chcesz go roz­gryźć, musisz się do niego zbli­żyć, a wtedy znaj­dziesz się w zasięgu raże­nia. Żyd z East Endu, który rzuca kamie­niami w faszy­stów od Mosleya, odkąd skoń­czył osiem lat, przy­wo­dzi na myśl roz­laną bły­ska­wicę, która wycie­kła z aku­mu­la­tora czy­stego zła. Kiedy trzy, może cztery lata temu poli­cja zatrzy­mała go za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści kra­dzio­nym samo­cho­dem, zamiast swo­jego praw­dzi­wego nazwi­ska podał nazwi­sko Jef­freya Ber­narda – nie­sław­nego, wiecz­nie napru­tego dzien­ni­ka­rza, który nie­długo potem został zgar­nięty przez gliny. Cały Litz. Dzi­waczny jak bank­not dzie­wię­cio­fun­towy. Wszę­dzie go pełno, od Lad­broke Grove po Chel­sea, wszyst­kich zna – gang­ste­rów, jazz­ma­nów i sław­nych mala­rzy, ma gadane i stale balan­suje na spor­nej gra­nicy pomię­dzy jaj­car­stwem i maka­brą. Kolo­rowe szczury to jego pomysł.

Michael ma dwa­dzie­ścia cztery lata. Jest wście­kły na cały świat, a nowe zaję­cie nie tylko ide­al­nie wpa­so­wuje się w jego nastrój, ale jest też nad­zwy­czaj lukra­tywne. Czuje jed­nak w kościach, że ta idylla nie potrwa długo. Atmos­fera Not­ting Hill staje się coraz bar­dziej nała­do­wana, nie­okieł­znane ener­gie róż­nych kul­tur łączą się i reagują w opa­rach curry. W skład wybu­cho­wej mie­szanki oprócz Toba­gij­czy­ków, Try­ni­dad­czy­ków, Bar­ba­do­syj­czy­ków i Jamaj­czy­ków wcho­dzą biali tubylcy miesz­ka­jący tu od poko­leń oraz agi­ta­to­rzy z Ligi Obrony Bia­łych Colina Jor­dana i Bry­tyj­skiej Unii sir Oswalda Mosleya (ta ostat­nia przy­cięła swoją nazwę, żeby nie było widać, czego jest unią). I do tego stanu nie­pew­nej rów­no­wagi, tej beczki pro­chu, którą sam w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze stwo­rzył, Rach­man dorzuca następ­nie takie krew­kie postaci jak Michael, Litz i ich roz­bry­kani wspól­nicy. Michael nie potrze­buje czar­nej magii matki, żeby wie­dzieć, że to się źle skoń­czy.

Jest rok pięć­dzie­siąty ósmy, ostat­nie gorące dni sierp­nia, kiedy do Lon­dynu docho­dzą słu­chy o roz­ró­bach na pół­nocy kraju, w Not­tin­gham. O zamiesz­kach na tle raso­wym. Zanim peł­ga­jący po lon­cie, skwier­czący pło­myk kło­po­tów dotrze do Not­ting Hill, wydaje się, że zgasł. Ktoś wpraw­dzie wrzu­cił pło­nącą butelkę z ben­zyną do klubu, w któ­rym bawią się przy­by­sze z Indii Zachod­nich, ale pod­upa­dłe Grove sły­nie z tego, że podobna rzecz może się wyda­rzyć w każdy goręt­szy week­end. Dopiero następ­nego ranka, kiedy gazety zro­bią z tego wypadku zamieszki, ruchawka roz­kręca się na dobre. Michael zostaje aresz­to­wany, posta­wiony przed sądem i uka­rany grzywną za to, że stał na rogu ulicy i roz­ma­wiał z paroma bia­łymi kum­plami, a po wyj­ściu z sądu wzywa całą czarną spo­łecz­ność, żeby wystą­piła w swo­jej obro­nie z brzy­twami, sta­lo­wymi prę­tami, kok­taj­lami Moło­towa i w ogóle wszyst­kim, co pod ręką. W tym momen­cie nie­po­koje rasowe nie są już tylko wid­mem stra­szą­cym z nagłów­ków gazet, prze­cie­kły z druku na bruk, gdzie walka jest praw­dziwa i bru­talna.

Michael i jego kom­pani z innych kara­ib­skich wyse­pek wrzu­cają kok­tajle Moło­towa przez tylne okna sie­dziby Ligi Obrony Bia­łych, po czym dopa­dają i tłuką człon­ków orga­ni­za­cji, gdy ci wybie­gają fron­to­wymi drzwiami. Dzi­kie lato w Rot­ting Hill płyn­nie prze­cho­dzi w jesień, gli­nia­rze nie są w sta­nie nad nim zapa­no­wać, ale wtedy wyda­rza się zabawna rzecz. W piątą noc wrze­śnia ekipa Micha­ela zajęta jest rato­wa­niem kum­pla imie­niem Cly­die z poli­cyj­nej suki, którą dopiero co pod­pa­lili, gdy wtem zaczyna lać jak z cebra, nastaje istny potop, jakby Bóg wygar­nął z koryta całą Tamizę i zrzu­cił ją na Lon­dyn. Kro­ple walą jak oło­wiany śrut i dosłow­nie w parę minut cała strefa wojny się wylud­nia. Bojow­nicy wszel­kiej maści pędzą opu­sto­sza­łymi uli­cami w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia przed desz­czem, a począt­kowo odle­głe dud­nie­nie burzo­wego wer­bla nara­sta do łoskotu kotłów i tale­rzy, który roz­dziera niebo od krańca po kra­niec. Póź­niej Michael pod­słu­cha, jak gli­nia­rze opo­wia­dają o „poste­run­ko­wym Desz­czu”, który powstrzy­mał zamieszki, ale on sam zapa­mię­tał to zupeł­nie ina­czej.

Bie­gnie pustą Ken­sing­ton Park Road w stronę Powis Squ­are, pod wiatr, z twa­rzą zlaną desz­czem i głową pełną mari­hu­any, table­tek, rumu i pod­pa­lo­nych radio­wo­zów. Widzi to przy nie­za­miesz­ka­nej Arun­del Gar­dens, wydaje mu się, że to widzi, nie­moż­liwe, żeby to widział. To gor­sze niż obeah, gor­sze niż ośli­złe mie­dziaki matki. Jedyną osobą, któ­rej kie­dy­kol­wiek o tym wspo­mni, jest Litz, a ten tak­suje go wzro­kiem i mówi:

– To bar­dzo cie­kawe, Micha­elu. Naprawdę bar­dzo cie­kawe.

Pośrodku ogro­dzo­nego pla­cyku poro­śnię­tego trawą i ocie­ka­ją­cego zie­le­nią wysoki na osiem stóp obiekt wiruje jak bąk, dum­nie para­duje, dostoj­nie kro­czy przed publiką zło­żoną z zasło­nię­tych okien i zamknię­tych drzwi, roz­pły­wa­jąc się i prze­kształ­ca­jąc wśród mon­su­no­wej ulewy i nawał­nicy gro­mów.

Jego strój, pozo­sta­jąca w nie­ustan­nym ruchu mie­szanka wszel­kich moż­li­wych sty­lów, przy­wo­dzi na myśl tar­gane wia­trem ban­daże mumii. Płeć oscy­luje pomię­dzy wez­bra­nymi krą­gło­ściami i żyla­stą kan­cia­sto­ścią. Widoczne skrawki ciała prze­pły­wają całe spek­trum odcieni cze­ko­lady, od mlecz­nej po dese­rową, od czar­nego po per­łowy. Włosy to kur­czą się jak krót­kie kłaczki wełny, to znów eks­plo­dują pękiem gru­bych sznu­rów albo kulą tęczo­wej piany. Od czasu do czasu ponad szum i plusk obe­rwa­nia chmury wznosi się towa­rzy­sząca roz­tań­czo­nemu zja­wi­sku nie­ziem­ska ścieżka dźwię­kowa, roz­stro­jone radio, które pisz­czy i śli­zga się po falach tuzina nie­zna­nych epok. Cudaczny twór defi­luje, kręci piru­ety, wyciąga wszyst­kie sześć ramion w górę ku dud­nią­cemu nie­bo­skło­nowi. W każ­dej dłoni trzyma któ­ryś arte­fakt z nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cej się palety: maj­cher, okładkę płyty gra­mo­fo­no­wej, ulotkę i jakiś przed­miot dosta­tecz­nie długi, żeby mógł ucho­dzić za ludzką kość udową, być może uży­waną do rzu­ca­nia klątw – i tym wła­śnie obiek­tem dźga brze­mienny fir­ma­ment, celuje w samo huczące serce nawał­nicy, która z cza­sem zosta­nie nazwana naj­gor­szą burzą w histo­rii Lon­dynu. Jakby w odpo­wie­dzi na ten gest ulewa jesz­cze się wzmaga, grzmoty stają się ogłu­sza­jące, roz­wi­dlone pio­runy biją czę­ściej, aż w końcu nie­zwy­kły byt znika za kur­tyną wody. Na pustej ulicy nie sły­chać już jego muzyki.

Bie­gnący do domu Michael od razu pró­buje o nim zapo­mnieć, zatrzeć to wspo­mnie­nie, wyrzu­cić je z pamięci. Na próżno. Ni­gdy nie pozna imie­nia ani natury stwo­rze­nia, które na jego oczach spro­wa­dziło do Not­ting Hill gniew nie­bios, ale zawsze będzie się upie­rał, że z pew­no­ścią nie był to żaden biały. Żaden poste­run­kowy Deszcz.

* * *

Rock and roll: Jazda. „One, two, three o’clock, four o’clock rock”, pięt­na­sty maja tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku, szpi­tal South Western w Stoc­kwell. Mało zna­nemu arty­ście mala­rzowi Austi­nowi Osma­nowi Spare’owi zostało dosłow­nie parę minut życia. Umiera z powodu kom­pli­ka­cji po pęk­nię­ciu wyrostka robacz­ko­wego, prze­śla­do­wany przez pio­senkę, która non stop roz­brzmiewa mu w gło­wie, cho­ciaż wcale mu się nie podoba. Wszystko go boli, a on zosta­wił tyle nie­po­koń­czo­nych spraw. „Five, six, seven o’clock, eight o’clock rock”, w porządku, bar­dzo to piękne, ale wszyst­kie wiel­kie rze­czy skła­da­jące się na ten świat, takie jak czas, prze­strzeń i całe jeste­stwo Austina roz­pa­dają się na kawałki, mate­ria jego życia oka­zuje się lichą sce­no­gra­fią, o którą się potknął, wpadł na nią i prze­bił ją na wylot. Chwi­lami jest cudow­nym dziec­kiem w Ken­ning­ton, w roku tysiąc dzie­więć­set czwar­tym; kiedy indziej – mło­dym mężem z tysiąc dzie­więć­set trzy­na­stego, który w kuchni przy Gol­ders Green robi minetę swo­jej żonie Eily (zawsze to samo wspo­mnie­nie); albo mamy rok czter­dzie­sty siódmy, a on, nie­do­ży­wiony sta­rzec, przy­wo­łuje obłok mgły, który ma oczy i zalega w kącie jego piw­nicz­nego miesz­kanka przy Wynne Road; bez­rad­nie prze­ska­kuje stąd tam, z teraz do wtedy, gubi się w taso­wa­nych dzie­się­cio­le­ciach, a czas pły­nie i już jest „Nine, ten, ele­ven o’clock, twe­lve o’clock rock, we’re gonna rock. Aro­und. The clock toni­ght”.

Rurki w przed­ra­mie­niu, rurki w nosie, a w odrę­twia­łych opusz­kach pal­ców mro­wie­nie miliona nie­do­koń­czo­nych rysun­ków. Nie jest w sta­nie utrzy­mać ołówka w ręce, nie umie wymy­ślić żad­nego magicz­nego sym­bolu, który by go stąd wyra­to­wał, i choć czarny pociąg przy­bli­żył się już na tyle, że wyraź­nie sły­szy jego gwizd, nie potrafi pod­nieść ręki i przy­jąć pozy śmierci, bo boi się, że przy oka­zji wyrwałby sobie całą tę pla­sti­kową hydrau­likę. Przy łóżku stale ktoś sie­dzi, ale za każ­dym razem, gdy Austin zamknie oczy i znów je otwo­rzy, ta osoba prze­wil­ko­ła­cza się w kogoś innego. Mil­lie Pain, która obec­nie jest bar­dziej jego loka­torką niż wła­ści­cielką jego miesz­ka­nia, przy­nosi mu wino­grona, któ­rych on wcale nie chce. Zanim zdąży mu wyja­śnić, skąd je wzięła, zmie­nia się w zroz­pa­czo­nego Franka Letch­forda. Alf Lar­king czy­stą chu­s­teczką deli­kat­nie ociera mate­rię sączącą się Austi­nowi z ust, po czym prze­po­czwa­rza się w pedan­tycz­nego Ken­ne­tha Granta, który nie ma naj­mniej­szej ochoty doty­kać wycią­gnię­tej ręki mala­rza i jest wyraź­nie wstrzą­śnięty, mimo że prze­cież w jego opi­nii Austin od dawna wie­dzie egzy­sten­cję jak żyw­cem wyjętą z tanich hor­ro­rów. Kiedy kochany stary Han­nen Swaf­fer w poło­wie opo­wia­da­nej aneg­dotki prze­mie­nia się w Den­nisa Bar­densa, Austin war­czy gniew­nie i odwraca twarz; nie może mu wyba­czyć tam­tej audy­cji w radiu, w któ­rej został przed­sta­wiony jako nie­bez­pieczny dla oto­cze­nia sza­man o mor­der­czych skłon­no­ściach. Ale naj­gor­sze są te chwile, kiedy wie, że ktoś przy nim sie­dzi, tylko pozo­staje nie­wi­dzialny.

Odrzuca koc i łypie spode łba na ster­czące z noga­wek piżamy białe patyki pokryte stru­pami – aż w pew­nym momen­cie dociera do niego, że to jego wła­sne nogi, zapo­mniane kości na rosół, pozba­wione życia i wysta­jące z prąż­ko­wa­nej torby na zakupy. Tę popla­mioną piżamę nosi już drugi dzień. „Put your glad rags on and join me, hon, we’ll have some fun when the clock stri­kes one”, tyle że zegar wybił pierw­szą trzy kwa­dranse temu, kiedy przy­szli mu zmie­nić kro­plówkę, a on, pół­przy­tomny, nie widział ani skrawka „broad day­li­ght”, do któ­rego mógłby dotań­czyć, „rock, rock, rock”, nie, to wcale nie jest zabawne.

Prze­klęta pio­senka wypły­nęła przed rokiem i od tego czasu nie spo­sób się od niej opę­dzić. Pro­sto na szczyt listy prze­bo­jów Radia Luk­sem­burg, nasto­latki dostra­jają krysz­tał­kowe odbior­niki, a potem na ekrany kin wcho­dzi Szkolna dżun­gla i ta melo­dia jest dosłow­nie wszę­dzie. Ken Grant mówi mu, że pro­du­cen­tem płyty jest ten sam facet, który wcze­śniej robił te wszyst­kie skoczne kawałki Louisa Jor­dana. Zda­niem Granta jest to zwia­stun dzia­ła­nia kli­po­tycz­nych ener­gii ata­ku­ją­cych kul­turę z innej, obcej rze­czy­wi­sto­ści. Sądząc po tym, jak Austin się czuje, jego kum­pel tym razem może mieć rację. W lon­dyń­skim powie­trzu unosi się jakaś nie­zna­joma nuta. Odle­gła dro­bina świa­do­mo­ści maga z Bri­xton reje­struje, że ciało wła­śnie opróż­nia pęcherz przez cew­nik, a on sam docho­dzi do wnio­sku, że jest chory, ponie­waż mia­sto jest chore.

Cho­robę maskują ban­daże Festi­walu Wiel­kiej Bry­ta­nii i wata koro­na­cji. Mia­sto w mali­gnie śni o bom­bach wodo­ro­wych albo wybrzu­szo­nej tape­cie w domu Chri­stiego przy Ril­ling­ton Place 10. Dusi się smo­giem, który inwer­sja ter­miczna wtła­cza w wąskie ulice. Jego arty­ści ser­wują ludz­kość jak mięso, jak udrę­czone sal­ma­gundi. Lon­dyn poci się imi­gran­tami i ante­nami tele­wi­zyj­nymi, miota przez sen, a w jego wyobraźni Teddy Boys z fry­zu­rami jak lody lukre­cjowe tną nożami kinowe fotele i wywle­kają ich zro­bione z koń­skiego włosa wnętrz­no­ści w roz­tań­czone przej­ścia pomię­dzy rzę­dami. „When the clock stri­kes two, three and four, if the band slows down we’ll yell for more”, tyle że Austin nie ma już nawet siły szep­tać, a co dopiero wołać.

Przy każ­dym odde­chu gra mu w oskrze­lach, zapa­le­nie otrzew­nej zadaje mu katu­sze, a on ze wszyst­kich sił trzyma się tej jed­nej myśli: dzieje się z nim źle, ponie­waż źle się dzieje z Lon­dy­nem, a z Lon­dy­nem dzieje się źle, ponie­waż… odka­słuje kwa­śną pianę, która wypeł­nia mu usta, i połyka ją z powro­tem… ponie­waż coś złego wyda­rzyło się w tam­tym dru­gim miej­scu? Czy to moż­liwe? Ląduje tam… kiedy to było… sześć lat temu? Sie­dem? Już wtedy odstępstw jest sta­now­czo za dużo, prze­cie­ka­nie książki Eno­cha Soamesa i Lon­dyń­skiej prze­chadzki do tego świata ma paskudne kon­se­kwen­cje, a cze­repy za szkłem udają obo­jęt­ność, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści nie mają zie­lo­nego poję­cia, co się dzieje. W trak­cie ostat­niej wizyty, pod koniec pięć­dzie­sią­tego trze­ciego, kiedy z Alder­ma­ston wyjeż­dżają pierw­sze bomby ato­mowe, głowy w sło­jach jakby z mniej­szym opty­mi­zmem patrzą w przy­szłość, wyraź­nie zanie­po­ko­jone per­spek­tywą nowego odstęp­stwa, o któ­rym się zwie­działy, a do któ­rego ma dojść w ciągu naj­bliż­szych kilku lat. Austin odnosi zresztą wra­że­nie, że mar­twi je coś jesz­cze, być może świa­do­mość, że oto zgu­biły gdzieś kolejny z paskud­nych wykwi­tów Wiel­kiego Kiedy, tak jak pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku, gdy Papież Ostrzy wyrwał się na wol­ność. Nie widzi wyraź­nie, kre­ślone węglem zarysy wyda­rze­nia są roz­ma­zane, a on nie jest już w sta­nie sku­pić na nich wzroku, zwłasz­cza teraz, gdy w pod­brzu­szu zagnieź­dził mu się gniewny żbik i ból nasi­lił się jak ni­gdy dotąd. „When the chi­mes ring five, six and seven, we’ll be right in seventh heaven”, ale Austin nie bar­dzo wie, jak w swoim obec­nym sta­nie miałby się do tego siód­mego nieba dostać.

Za jede­na­ście druga Austin Spare zrzuca z sie­bie bole­sne brze­mię świata. Czeka, aż wszyst­kie jego oso­bi­ste dwo­isto­ści wyeli­mi­nują się, ani­hi­lują nawza­jem w for­mule „ani-ani” i zosta­wią po sobie ide­alną próż­nię uni­ce­stwio­nej jaźni, która to jaźń nie jest do niczego nie­zbędna i wcale nie musi ist­nieć. Tej samej tech­niki używa pod­czas ryso­wa­nia, żeby bez reszty zanu­rzyć się w swoim dziele: kiedy jego jed­nost­kowy instynkt obumiera, on staje się wszyst­kimi i wszyst­kim naraz, nie­osa­dzony w histo­rii rośnie i roz­lewa się sze­roko wśród godzin i chwil swo­jego mia­sta. „When it’s eight, nine, ten, ele­ven too, I’ll be goin’ strong and so will you”, ale Austin wcale nie czuje się już mocny, można chyba bez­piecz­nie przy­jąć, że to jego ostat­nie chwile. Inten­syw­nie kolo­rowa kro­pla jego ist­nie­nia roz­pływa się w roku tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym szó­stym wraz z ota­cza­ją­cymi go prze­szło­ściami i przy­szło­ściami.

Dwa tygo­dnie wcze­śniej, dru­giego maja, Jack Spot i jego żona Rita wra­cają do domu z pubu przy Praed Street, który od pew­nego czasu mają na oku, kiedy nabrzmie­wa­jące przez nie­mal całą ostat­nią dekadę kło­poty wypa­dają na nich z ciem­no­ści wszyst­kie naraz. Jest wśród nich Billy Hill z pałką, jest Albert Dimes, wciąż wku­rzony po zeszło­rocz­nej szar­pa­ni­nie w Soho, ale to mały, wredny Fran­kie Fra­ser trzy­maną w gar­ści brzy­twą tnie lewy poli­czek Spota, tuż obok sław­nego zna­mie­nia, i zosta­wia na nim podwójny ślad jak krzywe szyny tram­wa­jowe. To koniec kariery Jacka w pół­światku, co zresztą prze­po­wiada mu Harry Lud, Święty od Prze­stęp­ców, kiedy spo­ty­kają się na Arnold Cir­cus u schyłku smęt­nych lat czter­dzie­stych. Okrutna opo­wieść dobiega z góry prze­są­dzo­nego kresu, koń­czy się bli­zną, a skraj roz­dy­ma­ją­cej się duszy Austina Osmana Spare’a muska dni jutrzej­sze, któ­rych nie dane mu będzie poznać.

W listo­pa­dzie, sześć mie­sięcy po śmierci Austina, pre­mie­ro­stwo Anthony’ego Edena wali się w gruzy w pożo­dze kry­zysu sueskiego, pocią­ga­jąc za sobą na dno świa­tową repu­ta­cję Wiel­kiej Bry­ta­nii. „When the clock stri­kes twe­lve we’ll cool off, then start a-roc­king ‘round the clock again”. Wcze­śniej, latem, z szafy gra­ją­cej w salo­nie bilar­do­wym Regal przy Eric Street pły­nie lament jazz­bandu Chrisa Bar­bera. Męż­czy­zna o nie­życz­li­wej twa­rzy nie­do­ro­zwi­nię­tego bazy­liszka popi­suje się przed zastra­szoną publicz­no­ścią. W tej chwili sie­dzi i trzyma na kola­nach coś, czego gasnący wzrok Spare’a nie sięga, to może być coś waż­nego, prze­ra­żeni widzo­wie śmieją się ner­wowo, ich nie­spo­kojny pomruk tonie w jazgo­cie klar­netu Monty’ego Sun­shine’a. Wszystko się kur­czy, traci pro­por­cje i zna­cze­nie, gdy roz­dęta jak wielki balon świa­do­mość arty­sty osta­tecz­nie się roz­spój­nia.

Jest Austi­nem Spare’em, istotą ludzką, któ­rej zakoń­czone życie, trium­fal­nie bez­kom­pro­mi­sowe i obfi­tu­jące w upiorne ozdob­niki, należy tylko i wyłącz­nie do niego, od początku do końca. Roz­ta­pia się w wiecz­no­ści – mętny futu­ry­styczny kolaż z roz­po­zna­wal­nie sku­pio­nym okiem, podobny do swo­jego Wędrowca przez eony, roz­pływa się w nie­re­gu­lar­nych kwa­dra­tach świa­tła. Za dzie­sięć druga z mozo­łem wydaje ostat­nie tchnie­nie, a potem…

* * *

Skif­fle: Joe ni­gdy przed­tem nie uczest­ni­czył w sean­sie spi­ry­ty­stycz­nym. Podob­nie jak pro­du­ko­wa­nie płyt, przyj­mo­wa­nie table­tek odchu­dza­ją­cych albo seks z męż­czy­znami, seanse są jedną z tych rze­czy, po które trzeba się spe­cjal­nie faty­go­wać do Lon­dynu. Cho­ciaż tak szcze­rze mówiąc, to nie jest seans spi­ry­ty­styczny z praw­dzi­wego zda­rze­nia, bo nie ma w nim krysz­ta­ło­wej kuli, nikt nie jest ubrany jak swami, nic z tych rze­czy. Są tu tylko on, Lio­nal i młody Jimmy Mil­ler z Bar­be­cues, wygłu­piają się, stra­szą nawza­jem duchami i tyle – ale nawet coś takiego ścią­gnę­łoby na nich gniew miesz­kań­ców Newentu, skąd Joe pocho­dzi.

Prze­był długą drogę. Dora­sta­nie w Newen­cie – tyciej szes­na­sto­wiecz­nej mie­ści­nie na skraju wiel­kiego Forest of Dean, w pół drogi pomię­dzy Ross-on-Wye i Glo­uce­ster – jest dia­bel­nie uciąż­liwe. Miesz­kają w domu przy rynku, w nie­ustan­nym poczu­ciu, że pierw­sza wojna świa­towa trwa w naj­lep­sze. Ojciec Joego stra­cił w niej trzech braci, a koń, na któ­rym jechał, wyle­ciał w powie­trze na minie, więc teraz za każ­dym razem, kiedy ktoś puka do drzwi, wydaje mu się, że jest w Pas­schen­da­ele pod ostrza­łem arty­le­rii.

W takich miej­scach jak Newent hor­ror roz­kwita na każ­dym kroku, wystar­czy wspo­mnieć pogło­ski o wiedź­mach z lasu albo tego trupa bez głowy, co go wyło­wili z rzeki przy moście na Severn. Joe ma szczę­ście, babka pozwala mu prze­sia­dy­wać u sie­bie w szo­pie, gdzie chło­pak two­rzy wła­sny świat, eks­pe­ry­men­tuje z elek­tryką itepe, a w wieku dzie­wię­ciu lat buduje pierw­sze radio krysz­tał­kowe. W sobot­nie popo­łu­dnia wysta­wia swoje wido­wi­ska, sam pisze sobie tek­sty, cza­sem może się z tej oka­zji ubrać w sukienkę. Oczy­wi­ście tata, bra­cia i te wszyst­kie świ­nie ze szkoły, takie jak Johnny Bisco, gadają, że jest znie­wie­ściały, ale jego mama, Biddy, ubie­rała go jak dziew­czynkę przez cztery lata po uro­dze­niu, więc nic dziw­nego, że od tego, kurna, znie­wie­ściał.

Potem nie ma dla niego w Newen­cie przy­szło­ści poza robotą w Curry’s przy napra­wia­niu odbior­ni­ków radio­wych, a z cza­sem także tele­wi­zo­rów, ale coś takiego to on by mógł robić, nawet sto­jąc na gło­wie. Zmaj­stro­wał pierw­szy w całym Glo­uce­ster odbior­nik tele­wi­zyjny, cał­kiem od zera, ze skrzynki po poma­rań­czach, zanim BBC w ogóle zaczęło nada­wać w tym regio­nie. Potrze­buje więk­szych wyzwań, chce udo­wod­nić tym świ­niom, które go prze­śla­dują, z jakiej gliny jest ule­piony, i poka­zać tym wścib­skim gnoj­kom, gdzie ich miej­sce. Przy­da­łoby mu się także jakieś życie ero­tyczne, naj­le­piej pro­wa­dzone w takim miej­scu, żeby mama się nie dowie­działa – czyli prak­tycz­nie gdzie­kol­wiek, byle nie w tej zaki­cha­nej dziu­rze. W tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym trze­cim, przed czte­rema laty, Joe uznaje, że ma dość. Pakuje się, wsiada do pociągu jadą­cego na dwo­rzec Pad­ding­ton i ska­cze na główkę w lon­dyń­skie odmęty.

Wiel­ko­miej­skie życie, pełne świa­teł i nie­zna­jo­mych, napawa go lękiem, ale Joe ni­gdy nie ma go dosyć. Przez pierw­szy mie­siąc albo dwa ima się byle jakich zajęć, aż w końcu zatrud­nia go TVC, pro­du­cent reklam tele­wi­zyj­nych dla Inde­pen­dent Bro­ad­ca­sting, IBC, wła­ści­ciela naj­lep­szych stu­diów nagra­nio­wych w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie­długo potem IBC zleca mu obsługę cyklicz­nych audy­cji pod szyl­dem Radia Luk­sem­burg nada­wa­nych z róż­nych miejsc w kraju; niech lata po całej Wiel­kiej Bry­ta­nii wzdłuż i wszerz jak mucha plujka i przy oka­zji wyra­bia sobie nazwi­sko. W zamie­rze­niu ma tylko pil­no­wać taśm, przy­go­to­wy­wać je do nagrań, skle­jać, zakła­dać, kopio­wać i czy­ścić sprzęt, ale nie chce o tym sły­szeć i regu­lar­nie mole­stuje swo­jego szefa, Allena Stagga, zna­nego zrzędę i gbura, żeby ten pozwo­lił mu spró­bo­wać sił przy pro­duk­cji. Stagg nie lubi nowi­nek w inży­nie­rii dźwięku, nie lubi homo­sek­su­ali­stów, a już nade wszystko nie lubi Joego. Wie­dząc, że chło­pak ni­gdy w życiu sam nie pro­wa­dził sesji, pod­stępna szuja aran­żuje nagra­nie w Con­way Hall z udzia­łem całej regu­lar­nej orkie­stry; Joe na pewno spar­toli robotę i raz na zawsze wybije mu się z głowy wszel­kie pomy­sły z samo­dziel­nym nagry­wa­niem. Tyle że Joe robi coś dokład­nie prze­ciw­nego: nagra­nie wypada abso­lut­nie genial­nie, a pod­czas odsłu­chu muzycy nagra­dzają go gło­śnymi okla­skami. Warto zoba­czyć minę sta­rego Stagga w tym momen­cie.

Od tej pory… Cóż, od tej pory kariera Joego nabiera roz­pędu. Tak świet­nie reali­zuje Bad Penny Blues Hum­ph­reya Lyt­tel­tona, że ten nie chce wię­cej pra­co­wać z nikim innym, podob­nie jak Denis Pre­ston, topowy pro­du­cent jaz­zowy i naj­więk­szy klient IBC. Joe zgar­nia coraz wię­cej zle­ceń, ma coraz wię­cej do powie­dze­nia przy nagra­niach, łapie odro­binę wię­cej wła­dzy… i jak to on, dostaje na tym punk­cie pier­dolca. Bo i dla­czego nie? To on wie, jak działa cały ten sprzęt, nie takie tępe ćwoki jak Allen Stagg, więc kiedy trzeba coś zro­bić porząd­nie, ma pełne prawo sta­wiać warunki. Zda­rzają mu się cza­sem… nie, nie nazwałby ich „napa­dami zło­ści”, raczej wypo­wie­dzi, w któ­rych wyraża swoją opi­nię w pro­stej, chłop­skiej angielsz­czyź­nie. Sam naj­le­piej wie, czego chce, i twardo sta­wia na swoim.

Wię­cej zara­bia, ład­nie się ubiera i goli się trzy razy dzien­nie, żeby pod­bró­dek mieć gładki jak pup­cia nie­mow­laka. Na odchu­dza­nie bie­rze Pre­lu­din, pięć szy­lin­gów za dwa­dzie­ścia table­tek, kupo­wany w klu­bie przy Cable Street. Prze­pro­wa­dza się na lep­szy kawa­łek Bay­swa­ter, przy Lein­ster Gar­dens, i zamiesz­kuje tam z Lio­na­lem, swoim nowym chło­pa­kiem. Lio­nal jest kapi­talny, lep­szego Joego nie mógłby sobie wyma­rzyć: świet­nie gotuje, ciało ma jak żyw­cem wyjęte z maga­zy­nów kul­tu­ry­stycz­nych, a na doda­tek jest chyba naj­za­baw­niej­szym gościem na świe­cie. Nawet kiedy Joe się wścieka i roz­wala meble, Lio­nal zawsze potrafi wysko­czyć z czymś takim, że Joe składa się wpół ze śmie­chu i cały wnerw mija jak ręką odjął.

Przed kole­gami z pracy nie ukrywa, że mieszka z chło­pa­kiem, ale wie, że musi być ostrożny. Na przy­kład John Giel­gud, ten aktor: cał­kiem nie­dawno przy­mknęli go za naga­by­wa­nie face­tów w publicz­nym sza­le­cie. Albo ten spec od kom­pu­te­rów, jak mu tam, Turing, wła­śnie, rok po tym, jak Joe spro­wa­dził się do Lon­dynu, Turing połknął tru­ci­znę. Z homo­sek­su­ali­zmem nie należy się obno­sić. I wła­śnie dla­tego, z powodu uprze­dzeń, rzuca robotę w IBC. To zna­czy także dla­tego, że uparł się, by wspólne stu­dia były zamy­kane na klucz, kiedy z nich nie korzy­sta, ale głów­nie to jed­nak cho­dzi o te uprze­dze­nia. Prze­pro­wa­dzili się tym­cza­sem z Lio­na­lem na Arun­del Gar­dens, tuż przy Por­to­bello Road, więc kiedy Allen Stagg kolejny raz pró­buje go zacze­piać, Joe mówi mu bez ogró­dek, gdzie może sobie wsa­dzić tę swoją zasraną robotę. Przez kilka dni przy­szłość jest nie­pewna, nie­wy­raźna, ale potem Denis Pre­ston ogła­sza, że zamie­rza zain­we­sto­wać w nowe stu­dio nagra­niowe i pozwoli Joemu je zapro­jek­to­wać, a póź­niej nim kie­ro­wać, więc spełni się jego wiel­kie marze­nie. Wszystko układa się jak trzeba. Joe ma dwa­dzie­ścia osiem lat, jest z sie­bie nad­zwy­czaj zado­wo­lony i czuje się nie­zwy­cię­żony.

Jest rok pięć­dzie­siąty siódmy i dosłow­nie na każ­dym kroku czło­wiek natyka się na skif­fle, więc natu­ralną koleją rze­czy Joe też chce spró­bo­wać swo­ich sił. Skif­fle wywo­dzi się z muzyki gra­nej przez nowo­or­le­ań­skich bido­ków, któ­rych nie stać na opła­ce­nie czyn­szu, na tar­kach do pra­nia, grze­bie­niach, bibuł­kach i w ogóle wszyst­kim, co im wpad­nie w ręce. Joe działa podob­nie: klei druty na gumę do żucia, wyjętą z furtki ogro­do­wej sprę­żynę wsta­wia do kabiny pogło­so­wej… Wkrótce zostaje mene­dże­rem grupy chło­pa­ków, któ­rej nadaje nazwę Bar­be­cues i każe im nagrać pio­senkę Siz­zling Hot; jest teraz pro­du­cen­tem pełną gębą i pyszni się jak paw. Jimmy, woka­li­sta Bar­be­cues, uważa, że fotka z plan­szą ouija przy­cią­gnie dziew­czyny, co z kolei pod­suwa Joemu pomysł zabawy w seans spi­ry­ty­styczny. Zamie­rzają wypró­bo­wać zasły­szaną gdzieś przez Jimmy’ego histo­rię: wkłada się do Biblii klucz, zamyka ją i obwią­zuje sznur­kiem. Brzmi nie­po­zor­nie, wystar­czy parę dro­bia­zgów z kre­densu, nie trzeba żad­nych kóz ani pen­ta­gra­mów jak u Den­nisa Whe­atleya, ale Joemu taka impro­wi­za­cja nie prze­szka­dza. Przy­po­mina skif­fle.

Kręci go ta okul­ty­styczna heca. Biorą Biblię, zbie­rają inne rekwi­zyty i kładą na stole, żeby wszystko było gotowe, kiedy już przejdą do rze­czy, ale naj­pierw posta­na­wiają się napić dla kurażu. Lio­nal jest w swoim żywiole: ser­wuje prze­ką­ski i co rusz rzuca żar­ci­kami, któ­rymi roz­śmie­sza Joego do łez. Biblię Joe przy­wiózł jesz­cze z Newentu, sznu­rek jest cał­kiem zwy­czajny, ale to, skąd wytrza­snął ten ogromny, skom­pli­ko­wany klucz, to już jest osobna histo­ria.

Jest mie­siąc wcze­śniej, wrze­sień, urzą­dzają przy Arun­del Gar­dens imprezę pro­mu­jącą Siz­zling Hot. Lio­nal odpo­wiada za cate­ring, a Joe nawija o Bar­be­cues każ­demu z zapro­szo­nych foto­gra­fów i dzien­ni­ka­rzy, kto tylko zechce go słu­chać. Wła­śnie zaga­duje sym­pa­tycz­nego mło­dego kole­sia z „New Musi­cal Express” – cał­kiem nie­źle się chło­pak pre­zen­tuje z tymi wło­sami w czub, choć jak na gust Joego jest tro­chę zanadto tyko­waty – gdy wtem krew mu się pusz­cza z nosa! Nie wia­domo skąd, jak i kiedy! I wszystko leci na czy­stą białą koszulę. Trzeba przy­znać, że tro­chę go to wku­rza, cho­ciaż nie wpada w żadną histe­rię, jak to za każ­dym razem utrzy­muje ten cho­lerny Lio­nal. Pyta, czy ktoś ma przy sobie klucz, który mógłby sobie przy­ło­żyć do ple­ców; zda­niem jego babki to jedyne sku­teczne reme­dium na krwo­tok z nosa. Chło­pak z „New Musi­cal Express” patrzy na niego jak na wariata, ale sięga do kie­szeni i wyj­muje z niej stary żela­zny klucz. Mówi, że ma go od lat, ale ostat­nio zaczął się zasta­na­wiać nad tym, jak by się go pozbyć. Z per­spek­tywy czasu te słowa wydają się Joemu dość dziwne, ale wtedy po pro­stu zabiera mło­demu dzien­ni­ka­rzowi klucz i wrzuca go sobie z tyłu za koł­nierz koszuli, która wygląda teraz jak far­tuch rzeź­nika. Wzdryga się, bo po ple­cach prze­cho­dzi mu dreszcz wywo­łany czymś wię­cej niż tylko doty­kiem lodo­wa­tego metalu, ale krwo­tok z nosa zostaje natych­miast powstrzy­many, jakby ktoś zakrę­cił kurek. Joe wycho­dzi się umyć, wkłada czy­stą koszulę i wraca na imprezę jakby ni­gdy nic. Klucz jed­nak zatrzy­muje.

A teraz wszystko wska­zuje na to, że za chwilę go użyje. Lio­nal go pona­gla, żeby już zaczy­nał, więc Joe otwiera Biblię na Apo­ka­lip­sie Świę­tego Jana i wkłada klucz do środka, tak że jego koniu­szek dotyka osiem­na­stego wersu w pierw­szym roz­dziale, bo tak każe Jimmy. Zamy­kają i mocno zwią­zują księgę, kładą ją na stole, a sami roz­sta­wiają się wokół niego w taki spo­sób, żeby każdy z nich czub­kiem palca doty­kał wysta­ją­cej z Biblii główki klu­cza. Lio­nal bar­dzo stara się nie par­sk­nąć śmie­chem, Jimmy wydaje się zakło­po­tany, za to Joe jest cały spięty. Recy­tują biblijny wers na głos, z pamięci:

– Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wie­ków i mam klu­cze śmierci i Otchłani1.

I oczy­wi­ście nic się nie dzieje.

A potem się dzieje.

Gdy tylko klucz zaczyna się poru­szać, gwał­tow­nie cofają ręce, on jed­nak obraca się dalej sam z sie­bie i zata­cza całe ćwierć obrotu; sznu­rek napręża się na okładce, ze środka Biblii sły­chać odgłos dar­tego, jakby prze­żu­wa­nego papieru. Jimmy Mil­ler krzy­czy, wyciąga tak wysoką nutę, jakiej ni­gdy nie udaje mu się uzy­skać na pró­bach, miglanc jeden… Twarz Lio­nala, który patrzy na Joego, wyraża nieme pyta­nie: „Coś ty tym razem przy­niósł do domu?”. Joe zaś nie potrafi ode­rwać wzroku od klu­cza, który znie­ru­cho­miał już pomię­dzy zma­sa­kro­wa­nymi stro­ni­cami.

Wie, że coś zostało przed nim otwarte – i, jak to on, jest prze­ko­nany, że będzie to coś dobrego.

1. Obłęd, stary, mówię ci

1

Obłęd, stary, mówię ci

Zaczy­nał nabie­rać wprawy. Miał dwa­dzie­ścia sie­dem lat, uda­wa­nie doro­słego przy­cho­dziło mu z coraz więk­szą łatwo­ścią i wcale nie wypa­dał w tej maska­ra­dzie gorzej od innych, któ­rzy – z czego już zda­wał sobie sprawę – też tylko grali swoje role. Zmierzch gęst­niał, a on zabie­rał nową recep­cjo­nistkę „Reve­ille” do swo­jego cia­snego miesz­kanka przy Old Castle Street: nowo­cze­sny młody czło­wiek z wła­snym lokum, zacząt­kiem kariery zawo­do­wej, a teraz także z per­spek­tywą Seksu Przed­mał­żeń­skiego. Wresz­cie mógł się poczuć jak praw­dziwy pod­dany kró­lo­wej Elż­biety II.

Rok albo dwa lata wcze­śniej uchwa­lono ponoć ustawę o czy­sto­ści powie­trza, ale paź­dzier­ni­kowa noc w dal­szym ciągu roz­pi­nała mię­dzy rzadko roz­miesz­czo­nymi latar­niami ożyw­czą woń węglo­wego dymu. Razem z recep­cjo­nistką (była szczu­pła, ciem­no­włosa, wysoka jak na kobietę, miała na imię Denise i na tym koń­czyła się jego wie­dza na jej temat) prze­ko­py­wali się przez pałace z uschnię­tych liści, roz­ma­wiali i żar­to­wali, a on nie mógł się nadzi­wić, jakie to wszystko jest zwy­czajne i natu­ralne, zupeł­nie jakby ludzie codzien­nie robili takie rze­czy. Nie było żad­nego jąka­nia, żad­nego ner­wo­wego gada­nia od rze­czy… Zapo­wia­dał się jego naj­lep­szy występ w sta­now­czo dotych­czas nie­do­ce­nia­nej roli Den­nisa Knuc­kley­arda.

Romans pod­niósł nata­pi­ro­waną głowę zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej, kiedy Den­nis wpadł do redak­cji „Reve­ille”, żeby pod­rzu­cić swój naukowy arty­kuł na pięć­set słów o prak­ty­kach łow­ców głów z Nowej Gwi­nei, który poprzed­niego dnia wymy­ślił, a następ­nie musiał prze­pi­sać od nowa po tym, jak odkrył, że Nowa Gwi­nea należy do Indo­ne­zji i by­naj­mniej nie leży w Afryce. Kiedy sta­żystka przy recep­cyj­nym biurku przed­sta­wiła mu się jako Denise, do nie­dawna zatrud­niona w „Woman’s Own”, wdali się w roz­mowę o podo­bień­stwie ich imion i flirt ten, choć prze­raź­li­wie nie­cie­kawy, osta­tecz­nie dopro­wa­dził do obec­nej nie­mal bez­pre­ce­den­so­wej sie­lanki. Denise zgo­dziła się spo­tkać z Den­nisem w pubie na rogu, kiedy o pią­tej skoń­czy pracę, a potem po zale­d­wie dwóch Baby­cha­mach zapro­po­no­wała, żeby pod­je­chać auto­bu­sem do niego na kawę. Zdu­miony, wręcz zasko­czony jej zapa­łem Den­nis wyde­du­ko­wał w końcu z jej pół­słó­wek, że – być może zwie­dziona jego wybry­lan­ty­no­wa­nym czu­bem – wzięła go za Teddy Boya. Nie pod­jął próby wypro­wa­dze­nia jej z błędu, ponie­waż… no… w pew­nym sen­sie może nawet był Teddy Boyem, przy­naj­mniej od czoła wzwyż. Poza tym był tak skraj­nie wyposz­czony, że byłby skłonny kupić wąski kra­wat i kami­zelkę, gdyby tylko wie­dział, że od tego żywiej zatrze­po­czą dam­skie ser­duszka. Ba, kupiłby nawet nóż sprę­ży­nowy.

Oczy­wi­ście zda­rzało mu się już wcze­śniej sypiać z kobie­tami, jed­nakże nie było ich wiele, a on spra­wiał się nie­szcze­gól­nie. Zakła­dał, że jego nie­fa­cho­wość to po pro­stu nie­kom­pe­ten­cja nowi­cju­sza, który na sku­tek nie do końca zawi­nio­nych przez sie­bie oko­licz­no­ści spóź­nił się z wyj­ściem z blo­ków do mara­tonu uciech cie­le­snych. Do roku tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego pierw­szego, kiedy wszedł w dwu­dzie­sty rok życia, pod­naj­mo­wał pokój na tyłach księ­ga­renki w Sho­re­ditch u wła­ści­cielki tak okrop­nej, że nie chciał o niej myśleć, zwłasz­cza teraz, kiedy w nie­od­le­głej per­spek­ty­wie ryso­wała się koniecz­ność wyka­za­nia się erek­cją. Jego ówcze­sna sytu­acja wyklu­czała wszel­kie życie ero­tyczne; na dobrą sprawę wyklu­czała wszel­kie życie w ogóle. Tak roz­pacz­li­wie pra­gnął wyrwać się z tej nie­doli, że na początku lutego tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego roku – wciąż jesz­cze jako osiem­na­sto­la­tek – sam zgło­sił się do odby­cia obo­wiąz­ko­wej służby woj­sko­wej, ponie­waż doszedł do wnio­sku, że szko­le­nie w armii nie może być gor­sze od cią­głego usy­cha­nia w Lowell’s Books & Maga­zi­nes. Nie przy­jęto go, a gdy nie­liczni przy­ja­ciele gra­tu­lo­wali mu świet­nej symulki nie­zrów­no­wa­że­nia psy­chicz­nego, która pozwo­liła mu się wymi­gać od poboru, uśmie­chał się i mru­gał do nich poro­zu­mie­waw­czo, dosko­nale wie­dząc, że na wszyst­kie pyta­nia sier­żanta w biu­rze wer­bun­ko­wym odpo­wie­dział naj­le­piej, jak potra­fił, a kru­chość jego psy­chiki nie była żad­nym for­te­lem. Siły Zbrojne Jego Kró­lew­skiej Mości ofi­cjal­nie uznały, że ma nie po kolei w gło­wie, co jed­no­cze­śnie zasko­czyło go i z lekka zmar­twiło. Oczy­wi­ście kiedy latem tegoż roku wybu­chła wojna w Korei, wer­dykt komi­sji pobo­ro­wej wydał mu się nie tyle nie­po­ko­jący, ile wręcz nie­do­rzecz­nie far­towny. Prze­bie­do­wał w Sho­re­ditch jesz­cze osiem­na­ście mie­sięcy, po któ­rym to cza­sie zaczął wresz­cie zara­biać na swo­ich doryw­czo pisy­wa­nych arty­ku­łach dość pie­nię­dzy, by stać go było na wyna­ję­cie maciu­peń­kiej kawa­lerki w Beth­nal Green, gdzie mógł cie­szyć się dam­skim towa­rzy­stwem, ile dusza zapra­gnie.

„Ile dusza zapra­gnie” oka­zało się bli­skie zeru. Osta­tecz­nie stra­cił dzie­wic­two (albo przy­naj­mniej tym­cza­sowo je zapo­dział) pod­czas uro­czy­stych noc­nych obcho­dów rocz­nicy koro­na­cji Elż­biety II w pięć­dzie­sią­tym trze­cim. Współ­uczest­niczką tego aktu była prze­sad­nie pod­eks­cy­to­wana monar­chistka imie­niem Janice, a łożem godo­wym – nie­stety – stał się dla nich głę­boki cień zale­ga­jący przy wej­ściu do sklepu z zabaw­kami, gdzie ich sta­ra­nia śle­dziło dzie­więć par nie­mru­ga­ją­cych oczu pla­sti­ko­wych nie­mow­la­ków i oddział jed­no­ca­lo­wych gre­na­die­rów. Naj­waż­niej­sze, że Den­nis był prze­ko­nany, iż doszło do pene­tra­cji – tuż przed tym, jak wypły­nął temat braku gumki, bo wtedy Janice kazała mu się wyco­fać, żeby mogła dokoń­czyć ręką. Wytry­snął na szybę witryny, w któ­rej głębi stał zestaw Małego Kon­struk­tora, usil­nie sta­ra­jąc się nie tra­fić nie­mow­ląt i gre­na­die­rów. W taki wła­śnie spo­sób po raz pierw­szy upra­wiał miłość jak doro­sły czło­wiek – albo przy­naj­mniej tak wła­śnie uwa­żał.

Poza tym zale­d­wie dwa marne lata póź­niej udało mu się to zro­bić trzy­krot­nie jed­nej nocy, tym razem w spo­sób nie­bu­dzący żad­nych wąt­pli­wo­ści, z Mandy, która była uro­cza, chętna i zabawna – i miała, jak wyni­kło z pew­nych poszlak zna­le­zio­nych w jej miesz­kanku w Step­ney następ­nego dnia rano, trzy­dzie­ści dzie­więć lat. Ponie­waż był prze­ra­żony, co pomy­śle­liby o nim kum­ple (tak jakby miał jakichś kum­pli), a także dobre pięt­na­ście lat młod­szy od ślicz­nej nauczy­cielki angiel­skiego, wię­cej się do niej nie ode­zwał. Kiedy przez następne dzie­się­cio­le­cia zda­rzało mu się ją wspo­mnieć, krzy­wił się, zaci­skał pię­ści i bole­śnie wbi­jał sobie paznok­cie we wnę­trza dłoni, myśląc o tym, jakim nie­czu­łym gnoj­kiem i mię­cza­kiem wów­czas się oka­zał – i, być może, pozo­stał. Jego sytu­acja mate­rialna stop­niowo się popra­wiała, w miarę jak publi­ko­wał kolejne recen­zje i tek­sty autor­skie w roz­ma­itych perio­dy­kach, i nie­długo potem doszła go wieść o nie­du­żym trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Ald­gate z czyn­szem takim samym jak za dotych­czas zaj­mo­waną kawa­lerkę. Zosta­wił więc za sobą Beth­nal Green i wszyst­kie jego miło­sne nie­po­wo­dze­nia. Dopóki tam miesz­kał, utrzy­my­wał jesz­cze spo­ra­dyczny kon­takt ze swoją dawną gospo­dy­nią z Sho­re­ditch, cza­sem nawet wie­dziony poczu­ciem obo­wiązku wpa­dał do niej w odwie­dziny, ale prze­pro­wadzka do Ald­gate wyba­wiła go z tej opre­sji. Zamie­rzał do niej napi­sać, podać swój nowy adres, ale a to coś mu wypa­dło, a to coś mu prze­szko­dziło i ni­gdy tego nie zro­bił. Tym spo­so­bem porzu­cił już dwie star­sze od sie­bie kobiety, cho­ciaż zwa­żyw­szy na fakt, że druga z nich była ist­nym wcie­le­niem zła i naj­praw­do­po­dob­niej kazała w prze­szło­ści pogrze­bać innego czło­wieka żyw­cem, ni­gdy nie odczu­wał naj­mniej­szych wyrzu­tów sumie­nia z jej powodu.

Skrę­ca­jąc w Ald­gate i zosta­wia­jąc za sobą Hounds­ditch, Den­nis z Denise z oży­wie­niem roz­pra­wiali o wrze­śnio­wych zamiesz­kach w Not­ting Hill: uzbro­jeni biali i kolo­rowi wzięli się za łby, czy to nie wstrzą­sa­jące? Gło­sem, który zdra­dzał rodzący się w piersi śmiech, Denise odparła, że czy­tała wypo­wiedź Raba Butlera, który jako przy­czyny roz­ru­chów wska­zał rywa­li­za­cję na rynku pracy, trud­no­ści z dostę­pem do miesz­kań oraz „spory na temat kobiet”. Den­nis poczuł się dość pew­nie, żeby zary­zy­ko­wać flir­ciar­skie:

– Założę się, że ty już nie­raz byłaś przy­czyną spo­rów.

Denise się roze­śmiała: prze­śliczny dźwięk, jak kaskada nutek zagra­nych na aksa­mit­nym ksy­lo­fo­nie.

– Nie przy­pusz­czam, żebym stała się powo­dem nie­po­ko­jów na tle raso­wym – odparła.

– Noc jesz­cze młoda – zauwa­żył Den­nis.

Denise ponow­nie wybuch­nęła śmie­chem i wzięła go pod rękę. Tak, to naprawdę miało się wyda­rzyć. Radość roz­pie­rała Den­nisa, szczę­ście wypeł­niało go po czubki uszu.

Nie cho­dziło przy tym o samą zapo­wiedź bzy­kanka, o to bło­gie roz­to­pie­nie się jaźni w przy­le­głych do niej czę­ściach ciała. Den­nis miał świa­do­mość swo­jej mało­waż­no­ści, ale nie aż taką, żeby w sek­sie liczyło się dla niego wyłącz­nie to trwa­jące kilka sekund roz­ła­do­wa­nie napię­cia – nawet jeśli chwi­lowo ta wła­śnie kwe­stia była naj­pil­niej­sza, to w jego wypadku waż­niej­sze było to, jak tego rodzaju inte­rak­cja wydy­mała grot­ża­giel jego samo­oceny. Oto był mile widziany przez inną istotę ludzką i nawet jeżeli woj­sko go nie chciało, czuł się dopeł­niony jako czło­wiek – albo przy­naj­mniej czułby się tak, gdyby nie koń­czyło się to Małym Kon­struk­to­rem lub zdradą. I wła­śnie to pra­gnie­nie fizycz­nego i psy­cho­lo­gicz­nego speł­nie­nia dopro­wa­dziło go w prze­szło­ści do pierw­szego dłuż­szego, bo trwa­jącego trzy tygo­dnie związku z Susan Gar­rett.

Stało się to nie­długo po prze­pro­wadzce do Ald­gate, na Old Castle Street, zale­d­wie jedno lub dwa skrzy­żo­wa­nia od miej­sca, w któ­rym się w tej chwili znaj­do­wali, po lewej. Był sam jak pies i miał doła. Jego jedyny praw­dziwy przy­ja­ciel, John McAl­li­ster, ponury dzien­ni­karz, który oddał mu swoją starą maszynę do pisa­nia i pod­su­nął pierw­sze moż­li­wo­ści zarob­ko­wa­nia w dzien­ni­kar­skim fachu, na początku pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku porzu­cił Lon­dyn i udał się na pół­noc, sku­szony lepiej płatną posadą w „Man­che­ster Guar­dian”. Tym spo­so­bem Den­nis, znie­nacka odcięty od wszyst­kich, któ­rzy znali go w poprzed­nim życiu, nawet od upior­nej wła­ści­cielki księ­garni, u któ­rej wynaj­mo­wał pokój, poczuł się odko­twi­czony od sie­bie samego, zagro­żony bez­rad­nym odpły­nię­ciem w ano­ni­mo­wość i zapo­mnie­nie. I w takim wła­śnie nastroju nadep­nął na nogę zgrab­nej blon­dynki w oku­la­rach sto­ją­cej przed wej­ściem do pubu przy Com­mer­cial Road, w któ­rej dopiero beł­ko­cząc nie­wy­raź­nie prze­pro­siny, czer­wony jak burak, roz­po­znał Susan.

Znali się – przy­naj­mniej z widze­nia – odkąd miał pięć lat i cho­dził do szkoły pod­sta­wo­wej w Sho­re­ditch jedną klasę niżej. Susan była rze­czową, choć chwi­lami apo­dyk­tyczną dziew­czynką z war­ko­czy­kami i takim wyra­zem ust, że stale zda­wała się kpiąco uśmie­chać, nawet kiedy wcale tego nie robiła. Wycho­wana – podob­nie jak wszyst­kie inne dzie­ciaki – wśród gru­zów i schro­nów prze­ciw­lot­ni­czych, wyro­sła na pogodną, pro­sto­li­nijną i nie­sławną przez swoją roz­wią­złość pięt­na­sto­latkę, która współ­uczest­ni­czyła w pierw­szym ponie­kąd intym­nym doświad­cze­niu Den­nisa, zaspo­ko­iw­szy go dło­nią w opusz­czo­nym domu przy Swan­field Street. Miało to miej­sce późną nocą dwu­na­stego lipca tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pią­tego roku, mie­siąc albo dwa po kapi­tu­la­cji Niem­ców, ale wciąż jesz­cze w cza­sie trwa­nia awa­rii elek­trycz­no­ści w Lon­dy­nie, zanim ponow­nie włą­czono wyklu­cza­jące ero­tyczne schadzki latar­nie uliczne. Data ta wryła się Den­ni­sowi w pamięć nie jako dzień, w któ­rym stał się męż­czy­zną, po tym jak Susan swo­bod­nym tonem zażą­dała od niego czy­stej chu­s­teczki, żeby wytrzeć per­łowy klej z pal­ców, lecz jako ostat­nia noc przed zawa­łem serca, który po połu­dniu następ­nego dnia, trzy­na­stego, uśmier­cił jego matkę. Jesz­cze tego samego popo­łu­dnia sta­nął zapła­kany na progu Lowell’s Books & Maga­zi­nes, gdzie od dwóch lat dora­biał sobie w soboty, i popro­sił sły­nącą z braku współ­czu­cia wła­ści­cielkę, by przy­jęła go pod swój dach. Następ­nie w ciągu zale­d­wie jed­nego onie­mia­łego mie­siąca labu­rzy­ści utwo­rzyli rząd, Jan­kesi zrzu­cili bombę A na Hiro­szimę i Naga­saki i nagle Den­nis zna­lazł się na innej pla­ne­cie. Zasta­na­wiał się cza­sem, czy ta kawal­kada traum, która nastą­piła tak szybko po tam­tym pierw­szym obcią­ganku w ruinach, nie wpły­nęła na jego póź­niej­szą nie­po­rad­ność w spra­wach seksu i kobiet – cho­ciaż wyda­wało mu się to mało praw­do­po­dobne.

Po żenu­ją­cym (dla niego) i bole­snym (dla niej) ponow­nym spo­tka­niu na Com­mer­cial Road Den­nis i Susan zgo­dzili się zoba­czyć następ­nego wie­czora przy drinku, nato­miast póź­niej­sza długa noc entu­zja­stycz­nej i szczę­śli­wej kopu­la­cji w Ald­gate była nie­pla­no­wana i spon­ta­niczna. Jej nagie ciało było cudowne, wspa­niałe, piersi sub­tel­nie spłasz­czały się i lekko roz­my­wały na boki na wypię­trzo­nych żebrach, za to wień­czące je kan­dy­zo­wane wisienki były doj­rzałe i jędrne. Wil­gotne uda otwie­rały się jak kur­tyna w teatrze zapo­wia­da­jąca spek­takl mio­do­wo­zło­tego wzgórka łono­wego, z któ­rego zorza polarna roz­le­wała się w górę mied­nicz­nego fir­ma­mentu aż do księ­ży­co­wego pępka. Susan chyba też się podo­bało, jak pre­zen­tuje się Den­nis. Następ­nego dnia rano zro­bili to jesz­cze raz, zanim musiała wyjść do pracy w cha­rak­te­rze pie­lę­gniarki sta­żystki, a potem przez bli­sko mie­siąc spo­ty­kali się dosłow­nie przy każ­dej spo­sob­no­ści. Raz czy drugi zda­rzyło im się pomig­da­lić w ostat­nim rzę­dzie w kinie albo pomi­ziać w pubie, przed któ­rym tak bole­śnie odno­wili dawną zna­jo­mość, ale każde takie spo­tka­nie i tak koń­czyło się w łóżku – albo u niego w Ald­gate, albo u niej w Sha­dwell – gdzie wcie­lali w czyn spro­śne dia­logi. Nawet kiedy łapali chwilę wytchnie­nia w śli­skich od potu obję­ciach, ich kon­wer­sa­cje były nie­wy­mu­szone, zabawne i absor­bu­jące. Prze­rzu­cali się wspo­mnie­niami na temat co bar­dziej nie­po­ko­ją­cych kole­ża­nek i kole­gów ze szkoły („A pamię­tasz Kan­cia­rza White’a?”) albo krę­cili z nie­do­wie­rza­niem gło­wami na wzmiankę o wyjąt­kowo oso­bli­wych nauczy­cie­lach („Do pana Par­kera wola­ły­śmy się nie zbli­żać. Stale grze­bał sobie w kie­sze­niach spodni”). Z całą pew­no­ścią byłyby to naj­lep­sze trzy tygo­dnie w życiu Den­nisa, gdyby nie…

Gdyby nie Susan Gar­rett. Ósmego dnia ich związku, ist­nie­ją­cego głów­nie za zamknię­tymi drzwiami, Den­nis zdał sobie sprawę, że powo­dem, dla któ­rego tak chęt­nie spę­dzają czas w domu, jest fakt, że wolałby nie być widziany w jej towa­rzy­stwie. Jakaś jego cząstka wyraź­nie przej­mo­wała się opi­nią innych czter­na­sto­lat­ków (z któ­rych więk­szość zdą­żyła praw­do­po­dob­nie zało­żyć rodziny, umrzeć albo się wypro­wa­dzić), gdy spo­tkają się przy szo­pie na rowery w jego bez­pow­rot­nie utra­co­nej prze­szło­ści; nie­na­wist­nymi prze­zwi­skami, które poja­wią się jako kata­plazm na nie­do­pusz­czalne żądze i tajony podziw; szy­der­czymi alu­zjami z sek­su­al­nym pod­tek­stem, które sam nie­gdyś chęt­nie powta­rzał; wyol­brzy­mio­nymi plot­kami, które sam mógł w prze­szło­ści pusz­czać w obieg: „Nazi­stow­ski szpieg sprze­dał jej try­pra”. Było dla niego bole­śnie oczy­wi­ste, że nie chce być znany jako chło­pak Susan Gar­rett, która to zna­jo­mość była dla niego źró­dłem zaże­no­wa­nia, ale zara­zem nie miał ochoty zakrę­cać kurka nie­wy­czer­pa­nych i swo­bod­nie pły­ną­cych zaso­bów seksu po tak dłu­gim okre­sie posu­chy. To było nie w porządku wobec Susan, która wyro­sła na prze­sym­pa­tyczną młodą kobietę, i Den­nis w duchu się za to nie­na­wi­dził, bar­dziej nawet niż przed laty za jed­no­nocną przy­godę z Mandy. Mimo to nie pró­bo­wał zerwać z Susan.

Aż wresz­cie o zmierz­chu trze­ciego tygo­dnia ich zna­jo­mo­ści to ona zasu­ge­ro­wała mu ostroż­nie, że nie powinni się dłu­żej spo­ty­kać, po czym, przy­ci­śnięta, przy­znała z zakło­po­ta­niem, że dawno temu, kiedy oboje byli dziećmi, ona i jej przy­ja­ciółki wypo­wia­dały się o nim nader nie­po­chleb­nie, w szcze­gól­no­ści wyty­ka­jąc mu, że jest cher­la­wym dzi­wo­lą­giem, któ­rego miej­sce jest albo w cyrku, albo w szkole spe­cjal­nej. Wyja­śniła następ­nie, że cho­ciaż bzy­ka­nie się z nim bar­dzo jej odpo­wiada, to jed­nak nie­ustan­nie mar­twi się, że dziew­czyny (z nie­któ­rymi utrzy­muje kon­takt po dziś dzień) się o nich dowie­dzą, a w ogóle to czy zasta­na­wiał się kie­dyś, dla­czego nie prze­pada za poka­zy­wa­niem się z nim na mie­ście, było to z jej strony ego­istyczne i okrutne, tak, z pew­no­ścią, i źle by się z tym czuła, gdyby kon­ty­nu­owali swoją zna­jo­mość, nie cho­dzi o Den­nisa, tylko o nią, a w ogóle to taki przy­stoj­niak jak on na pewno sobie kogoś znaj­dzie, nie będzie musiał długo szu­kać… Wszystko to tłu­ma­czyła, wyco­fu­jąc się rakiem z jego miesz­ka­nia. I miała rację, kiedy powie­działa, że nie będzie musiał długo cze­kać, o ile dwa dłu­gie lata samo­gwałtu i uża­la­nia się nad sobą kto­kol­wiek mógłby okre­ślić jako „nie­długo”.

Bez bicia przy­zna­wał, że były to przy­gnę­bia­jące dwa lata, wypeł­nione snami o grzy­bo­kształt­nych chmu­rach nad Tra­fal­gar Squ­are i prze­sy­cone poczu­ciem, że po fia­sku sueskim on, Den­nis, kur­czy się tak samo jak repu­ta­cja jego ojczy­zny. Oboje z Anglią zostali zasłu­że­nie odło­żeni na półkę, by tam spo­koj­nie pokry­wać się radio­ak­tyw­nym kurzem. Ten roz­cią­gnięty w cza­sie upa­dek dobiegł wresz­cie końca – przy­naj­mniej dla niego, za Anglię nie ręczył, ale kiedy skrę­cili z Denise w Old Castle Street, jego pozy­cja świa­to­wego mocar­stwa zda­wała się nie­wzru­szona, a naj­bliż­sza przy­szłość ryso­wała się nad­zwy­czaj obie­cu­jąco. Szli ramię w ramię, Denise mocno tuliła się do jego boku, jej zdu­mie­wa­jące cie­pło prze­bi­jało się przez ślicz­nie wypeł­niony różowy płasz­czyk, a na doda­tek ota­czał ją zapach świeżo umy­tych wło­sów, rów­nie urze­ka­jący i rzadki jak woń dro­gich per­fum.

Pod­eks­cy­to­wana Denise – praw­do­po­dob­nie cały czas żywiąca wywo­łane jego fry­zurą złu­dze­nie, że oto upo­lo­wała Teddy Boya – traj­ko­tała o Billu Haleyu i jego zespole The Comets , kiedy sta­nęli przed drzwiami i Den­nis puścił jej rękę, żeby poszu­kać klu­czy.

– Jedna dziew­czyna u mnie w pracy powie­działa, że Rock Aro­und the Clock to w rze­czy­wi­sto­ści coś nie­przy­zwo­itego. Nie mam poję­cia, o co jej mogło cho­dzić, ale strasz­nie się przy tym upie­rała.

Głos Denise brzmiał nie­sa­mo­wi­cie, wypo­wia­dane przez nią zda­nia miały opa­da­jącą into­na­cję i prze­cho­dziły w pomruk, który zda­niem Den­nisa miał w sobie coś szkoc­kiego. Otwo­rzył drzwi od frontu, zapa­lił świa­tło (gołą żarówkę) w krót­kiej sieni i zapro­sił Denise do środka.

– Ja też nie – przy­znał. – Bill Haley wygląda dziad­ko­wato, trudno sobie wyobra­zić, żeby mógł robić przez okrą­głą dobę cokol­wiek, a zwłasz­cza coś nie­przy­zwo­itego.

Dru­gim klu­czem otwo­rzył drzwi swo­jego lokum na par­te­rze (miesz­ka­nie na pię­trze było chwi­lowo nie­za­miesz­kane) i w końcu zna­leźli się w środku, odgro­dzeni od wścib­skich spoj­rzeń. W zatę­chłym po męsku powie­trzu uno­siło się nie­wy­po­wie­dziane „Co dalej?”. Den­nis pospiesz­nie włą­czył lampę sto­jącą na stole, która w jego zamy­śle miała przy­da­wać nieco uroku szpet­nej klitce, i wła­śnie się zasta­na­wiał, czy powi­nien zapro­po­no­wać her­batę jako cywi­li­zo­wany wstęp do wie­czoru, czy może puścić muzykę z gra­mo­fonu, gdy Denise zła­pała go za klapy płasz­cza i jej język zna­lazł się w jego ustach; sma­ko­wała mię­tu­sami. Natych­miast poża­ło­wał, że sam o nich nie pomy­ślał.

Poca­łu­nek był zwie­rzęcy, natar­czywy. Dło­nie Den­nisa na oślep badały oble­czone w płasz­czyk kon­tury tyłka Denise, która pod­gięła jedną nogę w kola­nie jak dziew­czyny, które cało­wały się w komik­sach albo fil­mach miło­snych. Tkwili tak wcze­pieni w sie­bie ustami nie­mal do momentu wza­jem­nego udu­sze­nia się, zanim wresz­cie Denise odsu­nęła się, utkwiła w Den­ni­sie gorące spoj­rze­nie i teatral­nymi ruchami zaczęła roz­pi­nać futrza­ste guziki futrza­stego płasz­czyka. A pod nim – płowa zamszowa spód­nica do kolan i biały weł­niany pulo­wer. Umbrowa ber­myca wło­sów wień­czyła całość niczym zdo­biąca lody Wall’s cze­ko­la­dowa polewa. Nie­prze­ma­kalne wdzianka obojga prędko prze­isto­czyły się w okla­płe kałuże na mocno wytar­tym dywa­nie i Romeo z Julią z redak­cji „Reve­ille” wró­cili do obści­ski­wa­nia się i cało­wa­nia. Sple­ceni w obję­ciach roz­po­częli powolne osu­wa­nie się na gło­śno pro­te­stu­jącą sofę; upa­dek ten był rów­nie nie­spieszny – i tak samo nie­uchronny – jak leniwe opad­nię­cie na zie­mię Hin­den­burga.

Leżeli na boku i cało­wali się zachłan­nie. Zamknęli oczy i cały Lon­dyn skur­czył się do róża­nego teatru dwojga zwar­tych ust, w któ­rym ich języczne członki wiły się, siło­wały i odgry­wały cze­ka­jącą całe ciała przy­szłość. To była chwila mozaika: jej chłodne dło­nie ujmu­jące jego zapad­nięte policzki; woskowy, nie­mal przy­jemny smak szminki; jego dłoń pod jej swe­trem, czubki pal­ców prze­śli­zgu­jące się po nagiej skó­rze i trą­ca­jące dru­ciany ste­laż sta­nika; paro­wo­zowy rytm noso­wych odde­chów obojga.

I natar­czywe, ogłu­sza­jące wale­nie do drzwi fron­to­wych.

Odsko­czyli od sie­bie jak dwa nie­wła­ści­wie obró­cone magnesy. Dłoń Den­nisa wymknęła się wsty­dli­wie spod pulo­wera, jakby ni­gdy jej tam nie było. Zdjęci zgrozą, z oczami wiel­kimi jak spodki, spoj­rzeli po sobie w poszu­ki­wa­niu jakie­goś wytłu­ma­cze­nia – które jed­nak się nie obja­wiło, a zawzięte łomo­ta­nie do drzwi nie usta­wało. Onie­miały ze stra­chu, prze­ra­żony nagłą myślą, że Denise ma zazdro­snego męża goryla, o któ­rym zapo­mniała mu powie­dzieć, Den­nis wstał chwiej­nie i poszedł spraw­dzić, kto jest sprawcą przy­pra­wia­ją­cego o pęka­nie bęben­ków w uszach zamie­sza­nia. Zasuwkę w drzwiach miesz­ka­nia zosta­wił otwartą, żeby nie utknąć przed wej­ściem sam na sam z jakimś obłą­ka­nym dzi­ku­sem, prze­szedł przez oświe­tloną samotną żarówką sień i z lękiem otwo­rzył dud­niące i trzę­sące się w futry­nie drzwi.

– No, nie spie­szyło ci się – powie­dział spo­cony i na oko obłą­kany nie­zna­jomy.

Prze­ci­snął się obok onie­mia­łego gospo­da­rza do sieni, jakby wcho­dził do swo­jego domu, a Den­nis był tylko jego iry­tu­ją­cym odźwier­nym. Zanim kto­kol­wiek zdą­żyłby go zatrzy­mać albo cho­ciaż zapro­te­sto­wać bar­dziej zde­cy­do­wa­nie niż nie­pew­nym „Ehm…”, ener­giczny intruz wpa­ro­wał do toną­cego w łagod­nej poświa­cie miło­snego gniazdka, gdzie powi­tało go spa­ni­ko­wane kwik­nię­cie nowej recep­cjo­nistki „Reve­ille”. Pra­gnąc pod­kre­ślić swoją wła­dzę i auto­ry­tet, Den­nis hero­icz­nie wtar­gnął do wła­snego pokoju dzien­nego i z obu­rze­niem zażą­dał wyja­śnień. Led­wie jed­nak słowa popły­nęły z jego ust, a już ponie­wcza­sie zdał sobie sprawę, że gdzieś wcze­śniej widział to per­lące się od potu obli­cze, i jak przez mgłę roz­po­znał głos z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla zachod­niej czę­ści kraju wyra­zi­stym „r”. Zakło­po­tany po same czubki czer­wie­nie­ją­cych uszu zdał sobie sprawę, że ma do czy­nie­nia z nafa­sze­ro­wa­nym tablet­kami pro­du­cen­tem muzycz­nym, któ­rego miał oka­zję prze­lot­nie poznać ponad rok wcze­śniej w Not­ting Hill na impre­zie, z któ­rej robił mate­riał dla „New Musi­cal Express”. Jak mu było… Meek? Czy nie tak brzmiało nie­pa­su­jące do niego nazwi­sko2? Joe. Tak, to było to. Joe Meek.

Denise wstała z sofy i stała nie­ru­chomo jak kró­lik przy­szpi­lony reflek­to­rami samo­chodu, ze wzro­kiem utkwio­nym w przy­by­szu. Zlany potem intruz odwró­cił się do Den­nisa, żeby udzie­lić odpo­wie­dzi na jego skąd­inąd cał­kiem roz­sądne pyta­nie. Zmarsz­czył brwi i posłał tro­chę młod­szemu i tro­chę wyż­szemu męż­czyź­nie podejrz­liwe spoj­rze­nie. Jego pobla­dła, zde­ner­wo­wana twarz ema­no­wała napię­ciem jak sło­neczko elek­tryczne z dwiema spi­ra­lami grzej­nymi.

– Dobrze wiesz, o co cho­dzi, dra­niu, więc nie uda­waj nie­wi­niątka. Byłeś u nas w domu, kiedy z moim chło­pa­kiem urzą­dza­li­śmy imprezkę po wyda­niu Siz­zling Hot. Wpa­dło do nas wtedy dużo róż­nych mło­dzia­ków, a ty dałeś mi coś, co od tam­tej pory regu­lar­nie przy­pra­wia mnie o ciary na ple­cach. Nie wiem, co to jest, ale wiem, że dosta­łem to od cie­bie, i chcę, żebyś mi powie­dział, komu to zabra­łeś. I nie uda­waj, że nie pamię­tasz tej imprezy. Ja byłem cały zakrwa­wiony, a Lio­nal przy­go­to­wał pasz­te­ciki.

Dopiero póź­niej, gdy Den­nis spo­koj­nie prze­ana­li­zo­wał ten oskar­ży­ciel­ski wybuch (dobrych kilka minut po jego usły­sze­niu), dotarło do niego, jak ktoś nie­zna­jący wszyst­kich istot­nych fak­tów mógł to nie­wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać. Naj­pierw jed­nak z nie­do­wie­rza­niem patrzył, jak Denise – nie wie­dzieć czemu – narzu­ciła swój różowy jak cukierki Liqu­orice All­sorts płasz­czyk i poza­pi­nała futrza­ste guziczki, na powrót opa­ko­wu­jąc swoje śliczne, nie­tknięte ciałko. Oczy wciąż miała sze­roko otwarte ze zgrozy, ale dolną połowę twa­rzy skryła pod maską uśmie­chu przy­wo­dzą­cego na myśl zbyt cia­sno zawią­zaną ban­danę.

– Wie­cie co, to ja już sobie pójdę i zosta­wię was samych. Macie sobie chyba dużo do powie­dze­nia.

Nylo­nowe poń­czo­chy poszep­ty­wały mię­dzy sobą zło­wiesz­czo, gdy dro­biąc kroki, ruszyła w stronę cały czas otwar­tych drzwi do sieni. Den­nis zamru­gał z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie, zacze­kaj… – wybeł­ko­tał. – Nie wychodź. Wszystko ci…

Denise nacią­gnęła ban­da­nowy uśmiech jesz­cze odro­binę moc­niej, pół­gło­sem zapew­niła Den­nisa, że trafi do wyj­ścia, po czym prze­szła pomię­dzy męż­czy­znami, nie patrząc na nich, i zna­la­zła się w oszczęd­nie oświe­tlo­nym kory­ta­rzyku. Zale­d­wie chwilę póź­niej roz­legł się głu­chy, nie­odwo­łalny trzask zamy­ka­ją­cych się drzwi fron­to­wych. W ciszy, która po nim zapa­dła, Den­nis i jego nie­pro­szony gość przez chwilę patrzyli w głąb pustej sieni, aż w końcu pro­du­cent muzyczny odwró­cił się do gospo­da­rza ze współ­czu­jąco ura­żo­nym gry­ma­sem na twa­rzy.

– Zacho­wała się nie­grzecz­nie – zauwa­żył. – A ten jej płasz­czyk był zwy­czaj­nie paskudny. Dobrze, że się jej pozby­łeś.

Den­ni­sowi chciało się pła­kać. Spoj­rzał zbo­lały na obra­mo­wu­jącą nicość futrynę drzwi, na (zapewne jesz­cze cie­pły) odcisk poślad­ków Denise na pustej sofie, wresz­cie na Meeka, burzy­ciela jego krót­ko­trwa­łego szczę­ścia. Oto znik­nęła z jego życia kolejna kobieta, z którą – zaże­no­wany – ni­gdy wię­cej się nie spo­tka. To z kolei ozna­czało, jak sobie wła­śnie w tej chwili uświa­do­mił, że nie będzie wię­cej przy­go­do­wych tek­stów dla „Reve­ille” opi­su­ją­cych jego oso­bi­ste doświad­cze­nia z rytu­ałami wudu i spo­tkania ze szcze­rzą­cymi zęby kani­ba­lami. Wszelka nadzieja wypły­nęła z niego wraz z cięż­kim wes­tchnie­niem roz­pa­czy i rezy­gna­cji. Oto jego życie.

– Napi­jesz się cze­goś? – zapy­tał; nic innego nie przy­cho­dziło mu do głowy. – Her­baty?

Ponad roz­go­rącz­ko­wa­nymi oczami brwi Meeka, gęste jak maź­nięte pędz­lem, unio­sły się w wyra­zie uzna­nia.

– Nie chciał­bym robić kło­potu, ale nie odmó­wię. Z mle­kiem i cukrem, cztery łyżeczki. Cho­ciaż nie, może lepiej trzy. Sta­ram się pil­no­wać wagi.

Wciąż oszo­ło­miony nie­daw­nym roz­cza­ro­wa­niem Den­nis podrep­tał do swo­jej minia­tu­ro­wej kuchni – czy raczej poje­dyn­czej szafki kuchen­nej o pod­wyż­szo­nym ryzyku poża­ro­wym – i wsta­wił wodę. Meek tym­cza­sem roz­go­ścił się na sofie i fan­to­mowy ślad tyłka Denise znik­nął na zawsze. Kiedy chwilę póź­niej Den­nis wró­cił z kuchni, balan­su­jąc pogiętą alu­mi­niową tacą, na któ­rej tele­pały się fili­żanki, spodeczki, imbryk, cukier­nica i dzba­nu­szek z mle­kiem, che­micz­nie pod­ra­so­wany inży­nier dźwięku prze­glą­dał stary egzem­plarz „Reve­ille” wycią­gnięty spod usta­wio­nego przy sofie sto­lika. Den­nis umie­ścił tacę na tymże roz­chwie­ru­ta­nym mebelku, a wtedy obu­rzony Joe Meek pod­niósł wzrok znad arty­kułu, który zwró­cił jego uwagę, i wypie­lę­gno­wa­nym pal­cem wska­zu­ją­cym dziab­nął ze zło­ścią lekko roz­ma­zane kolumny obe­lży­wego druku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cytat podany za Biblią Tysiąc­le­cia. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

meek (ang.) – potulny, cichy [wróć]