Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Jest rok 1958. Dennis Knuckleyard postanowił raz na zawsze odciąć się od swoich przygód w Wielkim Kiedy i na dobre zostawić je w przeszłości, gdzie ich miejsce. Po tym, jak przez dziewięć lat starał się nawet nie myśleć o zaczarowanej wersji Londynu, nagle znajduje niechcianą pamiątkę ze swojej ostatniej przygody: klucz, który przyjął na przechowanie i potajemnie przemycił do swojego świata.
O ile Dennisowi może się wydawać, że skończył z Wielkim Kiedy, o tyle ono bynajmniej nie skończyło z nim. Kiedy oddaje klucz znajomemu, budzą się czarodziejskie moce małego przedmiotu, w Londynie zjawiają się istoty z innego świata, a w Notting Hill wybuchają zamieszki. Co gorsza Grace Shilling, dawna miłość Dennisa, zostaje zmuszona do udania się do Wielkiego Kiedy, żeby przeprowadzić śledztwo w sprawie niezwykłych wypadków, do których dochodzi w obu miastach.
Przerażony myślą o tym, że Grace miałaby się stać krzywda, Dennis wyprawia się w ślad za nią do Długiego Londynu – który, kiedy już schwyta kogoś w swoje szpony, łatwo go nie wypuści. Grace z Dennisem muszą stanąć do walki o uratowanie Wielkiego Kiedy, a wraz z nim także własnego świata. Jeśli tego nie zrobią, stracą życie – i siebie nawzajem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 486
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: I Hear a New World Copyright © Alan Moore, 2026 Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © 2026 for the Polish translation by Wojciech Szypuła Copyright © 2026 for the maps by Nicolette Caven All rights reserved
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Adam Michajłów Korekta: Adam Osiński, Beata Wójcik Projekt okładki: Greg Heinimann Ilustracja na okładce: Nico Delort Adaptacja okładki: Natalia Twardy Wersja elektroniczna w systemie Zecer: Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 23 września 2026 ISBN 978-83-8252-145-0
Wołodymyrowi Zełenskiemui antyfaszystom na całym świecie.
Ils ne passeront pas.
Klasyczna: przestawiając z mozołem kopyta, znękany Atlas wspina się Gillespie Road wśród mżawki, która odpędza wrześniowe gzy i niesie w swoich drobnych kropelkach cały rok tysiąc dziewięćset trzynasty: Principia Mathematica, Strawiński, liczniki Geigera i narastający w trzewiach Europy strach perlą się na sztywnej brązowej sierści i nasączają ją duchem stulecia. Światło koloru pale ale i żyłkowane błoto są przesycone kubizmem i Apollinaire’em.
Przed nim w tumanach wilgotnej mgły czarne płaszcze przeciwdeszczowe i kaszkiety oblazły jak żuki pryzmę ziemi, która przeobrazi się w stadion piłkarski. Krzątający się przy pracy robotnicy mokną na deszczu razem z okolicznymi mieszkańcami, którzy znoszą w to miejsce domowe odpadki jako swój wkład w fundamenty obiektu. Potężny szajer, zmęczony wcześniejszym pokonaniem stromego zbocza Highbury Hill, ciągnie furę wyładowaną trzykołowymi wózkami dziecięcymi i połamanymi wyżymaczkami. Turkot drewnianych kół na bruku miesza się z wykrzykiwanymi przekleństwami i chrobotem szufli i dołącza do ponurej partytury poranka.
Ziejąca w ziemi czeluść, z wolna zapełniająca się śmieciami, stanie się północną trybuną stadionu Arsenalu, gdy drużyna przeniesie się tutaj ze swojego obecnego domu w składzie amunicji w Woolwich, na drugim brzegu rzeki, o czym jednak wielkie zwierzę nie ma zielonego pojęcia. W okrojonym przez klapki na oczy prostokątnym wycinku świata powoli przybliża się skraj wykopu. W świeżo przewróconej ziemi mienią się srebrzyste strużki: robotnicy, wsparci ciężko na kilofach, spluwają z przygnębieniem w deszczowy opar. Zgarbiony na koźle i przemoczony do suchej nitki właściciel Atlasa potrząsa lejcami i obrzuca kopytnego olbrzyma wyburczanymi epitetami, by pchnąć go dalej, na samą krawędź otworu, która ginie we mgle; przy tej pogodzie obaj są tak samo na wpół ślepi. Nie ma jeszcze dziesiątej, a posępna sobota już zbliża się do swojego crescendo.
Wszystkie ścięgna płoną bólem, gdy imponujący zwierz zatrzymuje się na brzegu przepaści. Prycha, wzdryga się i potrząsa długim łbem, z niechęcią przyjmując ponowne pojawienie się much. Wydając niezrozumiałe, chrapliwe dźwięki swojej wroniej mowy, węglarz zsuwa się z kozła, staje wśród robotników i włącza się do prowadzonej przez nich półgłosem dyskusji. Wzniósłszy strudzone ślepia nieświadomie ku swojemu ostatecznemu niebu, potężna machina zbudowana z mięcha i kudłów sika przeciągle w już i tak kleiste grzęzawisko na skraju dołu. Z tyłu dobiega najpierw głośny klekot, gdy tylna ściana skrzyni wozu zostaje opuszczona na płask na naprężonych w skos łańcuchach, a następnie postękiwania ludzi i głuchy łoskot: rozpoczęto wyładunek pierwszego z ciężarów. Zdjęcie go z fury lekko zakłóca równowagę pojazdu, który szturcha wyczerpane zwierzę uwięzione pomiędzy parą dyszli. Atlas kwiczy, strzyże uchem i robi krok do przodu. W nicość.
Chwila się rozdyma, rozszczepia na nieskończoną liczbę etapów pośrednich. Noga konia się prostuje, koryguje ruch, szuka oparcia, ale tylko żłobi wilgotną bruzdę w zapadającym się błocku. Tylne kopyta – długie włosy na pęcinach zesztywniały, posklejane błotną breją w ostre kolce – machinalnie próbują się cofnąć, ale nie znajdują oparcia. Kiedy rozpoczyna się nieuchronny ześlizg, zza wozu, który nagle ożył ze skrzypieniem, dobiegają okrzyki zaskoczenia i niepokoju. Puszczona w ruch nieszczęsna maszyneria chwili działa posłuszna slapstickowej logice: uginający się pod spiętrzonym ładunkiem wehikuł wyrwany z bezruchu przez próbującego ustać na nogach Atlasa zaczyna się toczyć, popycha przed sobą bezradne zwierzę i powiększa zgubny pęd. Pierwsze głowy gapiów zwracają się w tę stronę, podejrzliwe spojrzenia ustępują grymasom niedowierzania i szeroko rozwartym ustom, sapnięcia wstrzymywanych oddechów i daremne okrzyki ostrzegawcze wznoszą się ponad narastający szum deszczu. W ograniczonym klapkami na oczy polu widzenia całe Highbury wali się na bok. Zdarte podkowy drapią nasączone wilgocią powietrze i kolos, który dźwiga glob na swoich barkach, osuwa się w błotnistą głębinę, koziołkuje i spada, ściągając na siebie całe zardzewiałe żelastwo tego świata. Wraz z obłokiem pary z aksamitnych chrap bucha głośny kwik rozczarowania.
Starsi bracia podbiegają, żeby pogapić się z bliska i powytykać palcami. Znajdujące się w tłumie młodsze dzieci zostają zabrane do domów przez roztropne matki, świadome tego, co wydarzy się za chwilę: ani jedna cząstka ogiera nie ostała się w całości, pozostało mu tylko cierpienie, które należałoby pilnie skrócić, ale szanse na to, że przy Gillespie Road znajdzie się jakaś strzelba, są bliskie zeru. W kilka minut jest po wszystkim. Właściciel truchła niechętnie zgadza się porzucić swojego sługę tam, gdzie padł, jako nieplanowany dodatek do fundamentów stadionu, prędko pogrzebany pod ramami łóżek, doniczkami i porozbijanymi muszlami klozetowymi.
Z upływem lat okrutne wydarzenie zostaje przykryte gruzem czasu. Sunący gładko samochód arcyksięcia nieoczekiwanie zatrzymuje się przed kawiarnią w Sarajewie. Chłopcy w mundurach – szarych albo khaki – zwisają z drutów kolczastych na ziemi niczyjej. Wojna światowa i hiszpanka przynoszą zagładę milionom. Maklerzy giełdowi przesuwają się cal po calu coraz bliżej krawędzi parapetów. Al Jolson obwieszcza wszem wobec, że to i tak jeszcze nic wielkiego. Na Highbury, pod podziurawionym korkami boiskiem z naniesionymi wapnem liniami, rzeczy gniją w nieskończonej podziemnej nocy, a potem, rozłożone na czynniki pierwsze, zostają wchłonięte przez króciutko przyciętą murawę. Fura dawno rozpadła się na atomy, jej ładunek przekorodował do postaci żelaznych meteorytów, bezkształtnych i niemożliwych do rozpoznania. Zawieszona w przetykanym larwami bezdennym mroku pomiędzy próchniejącymi kołami wozu nieżyjąca legenda nabrała tajemnego piękna, objedzona przez robactwo, wystylizowana, perłowa. Spoczywa na boku, wyodrębnione kości tworzą pędzącą mozaikę, nogi wyciągają się w przód, jakby sięgały ku odległej linii mety majaczącej gdzieś wśród tej gęstej, smoliście czarnej ciszy.
Nie ma oczu, które mogłyby zobaczyć niezwykłe zjawisko, ono zaś z początku lśni słabiutko jak okruch rudy i zdaje się bardzo bliskie w tym nieprzezroczystym, litym środowisku, gdzie nie istnieje pojęcie odległości. Skrzący się punkcik rośnie i staje się coraz wyraźniejszy, przez co powstaje wrażenie, jakby jego źródło znajdowało się daleko, a zarazem systematycznie zbliżało się poprzez twardą, zbitą glebę, aż wreszcie nabrzmiewa do postaci podziemnego fajerwerku. Niewidziany przez nikogo niespieszny cud przeobraża się w ruchomą świetlistą postać, malutką kobietę nakreśloną liniami kolorowego blasku. Cały czas rośnie, cały czas przybliża się i przenika niematerialne wieczorne cienie, które w rzeczywistości są kamieniem, gliną albo poszczerbionym metalem. Szczupła i krzepka jak chłopak, ma na sobie tunikę, której płomieniste linie nieustająco przepływają jedna w drugą, na przemian wymazywane i odtwarzane tak samo jak wyrysowana kredką sylwetka jej właścicielki. Z góry przez warstwy ziemi niesie się stłumiony grzmot: to zelektryzowani kibice gospodarzy ryknęli wyczekująco.
Tymczasem ona już tu jest, z mieniących się ruchliwych konturów wyłania się najpierw mocny zarys szczęki, potem ostrożnie nakreślony kosmyk włosów. Delikatna, utkana z marszczonych niteczek fosforu wędruje przez wielotonowe czarne zwały, aż wreszcie przystaje przy szczątkach czempiona, niby w zadumie. Mija parę chwil, po czym jej świetlista konfiguracja składa się i gnie, jakby się schylała, przyklękała na ledwie, ledwie zaznaczonej sugestii kolana tuż obok odsłoniętych łopatek i kredowobiałych dywizów kręgosłupa szyjnego martwej szkapy. Na wpół obecna w tym miejscu pochyla pospieszny szkic głowy i przesuwa minimalistycznymi palcami po wydłużonej nagiej czaszce. Gryzmoła jej ust zmienia kształt: dziewczyna ewidentnie coś mówi, szepcze wprost w pozostałe po uchu kruche kostne zagłębienie.
Tytan reaguje na słowa zachęty i zaczyna się składać w całość. Żebra, rozproszone jak porozrzucane nawiasy, przesuwają się na swoje dawne miejsca, stawy odtwarzają się i kleją lepiszczem nowych chrząstek, aż w końcu leżący szkielet – choć dokumentnie pogrzebany i z początku trochę niezdarny – staje na nogi. Zupełnie przypadkowo w tej samej chwili kibice Arsenalu, których dzieli od tego miejsca kilkanaście stóp zbitej ziemi, wydają chóralny okrzyk triumfu i uznania. Ruchliwe zawijasy układające się w widmową kobiecą głowę na moment przemieszczają się w skinieniu, jakby w geście wdzięczności za te sejsmiczne drgania aplauzu, a potem świetlista postać bez pośpiechu rusza w kierunku zachodnim, zagłębia się w twardą ciemność, z której się wyłoniła. Przerażający i wspaniały byt, który nie jest już Atlasem, człapie krok w krok za swoją roziskrzoną panią. Zostawia za sobą zgubioną podkowę, jako dobrą wróżbę na przyszłość, oraz nieprzemijające poczucie, że oto w tym miejscu puszczono w ruch coś więcej niż tylko martwego konia. Rumak został wybrany, jego forma oceniona, gonitwa zapowiedziana, stawki zakładów wyliczone. Bukmacher otworzył księgę.
Obstawiajcie.
Calypso: przerażone, piszczące, pomalowane fluorescencyjną pomarańczową farbą gryzonie wpadają przez szparę na listy. Stoi z Litzem przed drzwiami przy Powis Square, zaśmiewają się do rozpuku i wsypują do środka zawartość wijącego im się w rękach worka. Wkrótce zostają nagrodzeni dobiegającymi z drugiej strony gniewnym rykiem, okrzykami przerażenia i wrzaskiem dzieci. Pete Rachman siedzi wygodnie rozparty w Rollsie po drugiej stronie ulicy, pali cygaro i roztacza aurę obojętności rodem z obozów śmierci. Ech, te wieczory w Notting Hill… Michael widzi je, jakby to było wczoraj. Ba, jakby to było dzisiaj.
Litz – dumny ze swojego wielgachnego kinola, z oczami, w których nikczemne iskierki błyskają jak brokat – chichra się tak bardzo, że ledwie jest w stanie mówić:
– Albo zapłacicie czynsz, gnojoświnie, albo od tej pory będziecie mieli regularne dostawy świecących szczurów!
A potem pędzą na wyścigi do samochodu, zadowoleni z tego, jak im poszło („Te »gnojoświnie« to całkiem udany neologizm, nie uważasz?”), ładują się na tylną kanapę, Rachman kręci łysą głową, rozczulony parska śmiechem, nazywa ich parą nielichych komediantów i już suną Colville Terrace w stronę Ladbroke Grove. Za nimi jakiś wielki kolo wybiega na środek ulicy i wydziera się przeraźliwie; brzmi jak Jamajczyk, więc Michael nie odczuwa z nim żadnego powinowactwa, bo przecież pochodzi z Trynidadu, z którym, nawiasem mówiąc, również nie czuje się szczególnie związany. Jego zawsze nieobecny tata kupiec, pan de Freitas, był bladoskórym Portugalczykiem i na wyspie nazywali Michaela czerwonoskórym łajdakiem tylko dlatego, że był nie dość czarny. Miał wtedy pięć lat. Nie mówcie mu o dyskryminacji.
Spędza dzieciństwo na nędznych przedmieściach Port of Spain. Matka w każdą sobotę zabiera go na stołeczny bazar, gdzie siedzi wciśnięty pomiędzy bele farbowanych tkanin i popija mleko z zielonych czaszek kokosów, otoczony przez targujących się Chińczyków, Hindusów albo Syryjczyków. Ma zaledwie dziewięć lat, więc nie od razu się orientuje, że mama płaci za to wszystko obeah: udziela porad przy świecach starszym paniom z problemami skórnymi.
– Daj mi pięćdziesiąt dolarów i weź jednopensówkę. Przez następnych dziewięć dni codziennie przecieraj twarz tą jednopensówką zamoczoną w śmietance. Przez resztę czasu trzymaj ją na framudze nad drzwiami, a potem dziewiątego dnia zanieś na rozstaje dróg i tam wyrzuć. Zostaniesz wyleczona, a choroba przejdzie na tego, kto znajdzie monetę.
Żadna z kobiet nie wróciła ze skargą, a Michael oduczył się podnosić z ziemi zatłuszczone miedziaki.
Dorastanie przebiega gwałtownie: huragan rozmazanych obrazów. Jest w nim pulchna ręka sprzedawcy kokosów, odcięta kordelasem i leżąca dłonią do góry w bazarowym pyle; Michael widzi, jak palce jeszcze się poruszają. Jest Złotozęby, który ma się za kowboja; napada w szale na kluby i masakruje ich właścicieli żelaznym prętem. Jest dziewczyna, którą jego matka, najczarniejsza kobieta, jaką widział w życiu, wyrzuca za drzwi, bo ma za ciemną skórę, przez co nie jest dość dobra dla jej bladolicego syna. Jest gnieżdżąca się po sąsiedzku przesympatyczna hinduska rodzina, która przygarnia go po tym, jak ojczym eksmituje go z domu. Od tej pory matka nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo w jej hierarchii wartości kulisi znajdują się jeszcze niżej od czarnych. Kiedy Michael ma serdecznie dość tego wszystkiego, zaciąga się na statek, który z powodu awarii silnika wyprawia się do Matki Anglii, żeby tam stanąć w suchym doku.
Anglia okazuje się krainą przerażających sposobności. Sytuacja jest taka, że ta ich nowa seksowna królowa, która obejmuje tron w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku, nagle przypomina sobie o Commonwealth, Brytyjskiej Wspólnocie Narodów, i na każdym kroku podkreśla jej znaczenie – głównie dlatego, że imperium po wojnie rozpada się na kawałki i Brytania na gwałt potrzebuje czegoś, co znów pozwoli jej poczuć się światowym mocarstwem. Kłopot w tym, że jeśli twierdzisz, że rzesze mieszkańców odległych krain to obywatele brytyjscy, to nie bardzo możesz mieć do nich pretensje, kiedy wezmą te słowa za dobrą monetę i postanowią się tu sprowadzić. Tak w każdym razie uważa Michael. Bo Anglicy, jak się okazuje, mają na ten temat inne zdanie.
Ma stosowne żeglarskie kwalifikacje, ale na brytyjskich statkach miejsce kolorowych marynarzy jest w maszynowni, nie na pokładzie. Przez jakiś czas pływa więc po całym świecie pod banderą norweskiej marynarki handlowej, ale kiedy ma wolne i schodzi w Londynie na ląd, poznaje Desirée i zaczyna poważnie myśleć o ustatkowaniu się. Wkrótce zresztą staje się to koniecznością, gdy po rejsie do Izraela, gdzie przyjmują na pokład ładunek pomarańczy, angażuje się w przeszmuglowanie do Anglii ślicznej jugosłowiańskiej uchodźczyni. Brytyjscy celnicy znajdują dziewczynę ukrywającą się za skrzynkami pełnymi cytrusów, „Daily Mirror” daje na pierwszą stronę artykuł z nagłówkiem Brzoskwinka wśród pomarańczy, a Norwegowie kończą współpracę z Michaelem.
Bezrobotny i bezdomny, znajduje w końcu dach nad głową dla siebie, Desirée i ich malutkiej córeczki w nędznych slumsach Notting Hill. Kiedy jednak zaczyna się rozglądać za pracą, odkrywa, że nie ma żadnej roboty dla „czarnuchów”, „smoluchów”, „asfaltów”, „bambusów” oraz przedstawicieli licznych innych kategorii, do których – jak się okazuje – również się zalicza. Tak oto, zgoła mimowolnie, rozpoczyna powolny zjazd w świat hazardu, stręczycielstwa i drobnej przestępczości, drogę w dół po jedynej trajektorii dostępnej dla przybysza z Indii Zachodnich. Kiedy jednak popija w towarzystwie rodaków z Trynidadu i razem śnią sny na jawie, ktoś wpada na pomysł oskubania miejscowego potentata rynku nieruchomości. W takich właśnie okolicznościach Michael po raz pierwszy słyszy nazwisko Petera Rachmana.
Rachman to starszy facet, pod czterdziestkę, łysawy, w okularkach, polski Żyd, który przeżywa najpierw hitlerowski, a potem sowiecki obóz pracy, następnie walczy na froncie, a po demobilizacji osiada na stałe w Brytanii. Kiedy w pięćdziesiątym siódmym Macmillan zastępuje Edena na stanowisku premiera i zmienia przepisy regulujące czynsze, Rachman zaciąga w banku potężny kredyt i wykupuje osiemdziesiąt walących się w gruzy nieruchomości w Notting Hill, Kensington i okolicy. Jego pierwszym nabytkiem jest rudera przy St Stephen’s Gardens, w której urządzili się Michael z Desirée. Rachman wydziela w kamienicach odrębne małe mieszkania, które następnie wynajmuje imigrantom z Indii Zachodnich przybywającym do Londynu systematycznie od końca lat czterdziestych. Owszem, bywa brutalny dla swoich lokatorów i pakuje ich do swoich klitek dziesiątkami, ale jest i druga strona medalu: tylko on jeden w ogóle pozwala kolorowym gdziekolwiek mieszkać. Co tydzień przez jego biuro w piwnicy domu w Westbourne Grove (to niedaleko, dosłownie za rogiem) przepływają tysiące funtów z wynajmu. Trudno się nie zgodzić, że pomysł rozboju w biały dzień wydaje się atrakcyjny.
Michael zgłasza się na ochotnika do przeprowadzenia rekonesansu. Pod zmyślonym pretekstem wybiera się na spotkanie z landlordem, ale po powrocie oznajmia swoim niedoszłym wspólnikom, że rabunek nie wchodzi w grę z powodu dwóch złych psów, które Rachman stale trzyma u siebie w biurze. To wprawdzie jest szczerą prawdą, Michael postanawia jednak przemilczeć fakt, że całkiem realną alternatywą byłby dyskretny nocny włam w pojedynkę – realną do momentu, gdy faktycznie podejmuje taką próbę, bo wtedy odkrywa, że włamywaczem jest równie beznadziejnym jak hazardzistą i rajfurem. Wciąż jeszcze szuka sejfu, gdy Rachman i jego piekielne ogary wtykają głowy za próg biura i go zauważają.
Cała sprawa i tak kończy się o wiele lepiej niż wielką krwawą łaźnią, której każdy rozumny człowiek miałby pełne prawo się spodziewać. Rachman – z dwoma szarpiącymi się na smyczach owczarkami niemieckimi – jest miły, spokojny, chyba nawet lekko rozbawiony. Złotousty magnat z getta, który umie dostrzec korzyści w każdej potencjalnie groźnej sytuacji, chwali włamywacza za inicjatywę i choć wytyka mu pewien niedostatek umiejętności praktycznych, składa mu ofertę zatrudnienia.
– Wydaje mi się – mówi – że niektórzy z moich lokatorów byliby skłonni okazać mi więcej szacunku, gdyby postraszył ich jeszcze jeden zbir.
Proponuje również, żeby Michael i Desirée przenieśli się z St Stephen’s Gardens do innego, bardziej zdatnego do zamieszkania lokalu przy Powis Square. Podają sobie ręce i umowa zostaje zawarta. Dwa śliniące się psowate patrzą z wyraźnym rozczarowaniem, jak perspektywa nocnej przekąski bezpowrotnie się oddala.
W końcu psy zostają gdzieś zamknięte i na stole pojawia się whiskey wraz z dwiema szklankami z grubego szkła. Michael opowiada o matce pogrążającej się w odmętach obeah, o piciu i ubóstwie na Trynidadzie. Peter w oszczędnych słowach wspomina o obozach, a następnie zaczyna się rozwodzić na temat swoich aktualnych kochanek, Christine Jakiejśtam i Mandy Dwojga Nazwisk; sądząc po jego słowach, obie muszą być raczej puszczalskie. Wreszcie rozmowa zatacza krąg i wraca do spraw bieżących.
– Przydzielę ci kogoś, kto już ma rozeznanie w tym fachu, może Davida. To dobry chłopak, łebski, pomysłowy. Spodoba ci się. Będziecie się jarać jak dwa płonące domy.
Michael się zgadza, chociaż niezbyt mu się podoba to pożarowe porównanie. Tak czy inaczej, w takich właśnie okolicznościach poznaje Litza.
Litz jest skomplikowany i fascynujący jak mechanizm miny dywersyjnej: jeśli chcesz go rozgryźć, musisz się do niego zbliżyć, a wtedy znajdziesz się w zasięgu rażenia. Żyd z East Endu, który rzuca kamieniami w faszystów od Mosleya, odkąd skończył osiem lat, przywodzi na myśl rozlaną błyskawicę, która wyciekła z akumulatora czystego zła. Kiedy trzy, może cztery lata temu policja zatrzymała go za przekroczenie prędkości kradzionym samochodem, zamiast swojego prawdziwego nazwiska podał nazwisko Jeffreya Bernarda – niesławnego, wiecznie naprutego dziennikarza, który niedługo potem został zgarnięty przez gliny. Cały Litz. Dziwaczny jak banknot dziewięciofuntowy. Wszędzie go pełno, od Ladbroke Grove po Chelsea, wszystkich zna – gangsterów, jazzmanów i sławnych malarzy, ma gadane i stale balansuje na spornej granicy pomiędzy jajcarstwem i makabrą. Kolorowe szczury to jego pomysł.
Michael ma dwadzieścia cztery lata. Jest wściekły na cały świat, a nowe zajęcie nie tylko idealnie wpasowuje się w jego nastrój, ale jest też nadzwyczaj lukratywne. Czuje jednak w kościach, że ta idylla nie potrwa długo. Atmosfera Notting Hill staje się coraz bardziej naładowana, nieokiełznane energie różnych kultur łączą się i reagują w oparach curry. W skład wybuchowej mieszanki oprócz Tobagijczyków, Trynidadczyków, Barbadosyjczyków i Jamajczyków wchodzą biali tubylcy mieszkający tu od pokoleń oraz agitatorzy z Ligi Obrony Białych Colina Jordana i Brytyjskiej Unii sir Oswalda Mosleya (ta ostatnia przycięła swoją nazwę, żeby nie było widać, czego jest unią). I do tego stanu niepewnej równowagi, tej beczki prochu, którą sam w przeważającej mierze stworzył, Rachman dorzuca następnie takie krewkie postaci jak Michael, Litz i ich rozbrykani wspólnicy. Michael nie potrzebuje czarnej magii matki, żeby wiedzieć, że to się źle skończy.
Jest rok pięćdziesiąty ósmy, ostatnie gorące dni sierpnia, kiedy do Londynu dochodzą słuchy o rozróbach na północy kraju, w Nottingham. O zamieszkach na tle rasowym. Zanim pełgający po loncie, skwierczący płomyk kłopotów dotrze do Notting Hill, wydaje się, że zgasł. Ktoś wprawdzie wrzucił płonącą butelkę z benzyną do klubu, w którym bawią się przybysze z Indii Zachodnich, ale podupadłe Grove słynie z tego, że podobna rzecz może się wydarzyć w każdy gorętszy weekend. Dopiero następnego ranka, kiedy gazety zrobią z tego wypadku zamieszki, ruchawka rozkręca się na dobre. Michael zostaje aresztowany, postawiony przed sądem i ukarany grzywną za to, że stał na rogu ulicy i rozmawiał z paroma białymi kumplami, a po wyjściu z sądu wzywa całą czarną społeczność, żeby wystąpiła w swojej obronie z brzytwami, stalowymi prętami, koktajlami Mołotowa i w ogóle wszystkim, co pod ręką. W tym momencie niepokoje rasowe nie są już tylko widmem straszącym z nagłówków gazet, przeciekły z druku na bruk, gdzie walka jest prawdziwa i brutalna.
Michael i jego kompani z innych karaibskich wysepek wrzucają koktajle Mołotowa przez tylne okna siedziby Ligi Obrony Białych, po czym dopadają i tłuką członków organizacji, gdy ci wybiegają frontowymi drzwiami. Dzikie lato w Rotting Hill płynnie przechodzi w jesień, gliniarze nie są w stanie nad nim zapanować, ale wtedy wydarza się zabawna rzecz. W piątą noc września ekipa Michaela zajęta jest ratowaniem kumpla imieniem Clydie z policyjnej suki, którą dopiero co podpalili, gdy wtem zaczyna lać jak z cebra, nastaje istny potop, jakby Bóg wygarnął z koryta całą Tamizę i zrzucił ją na Londyn. Krople walą jak ołowiany śrut i dosłownie w parę minut cała strefa wojny się wyludnia. Bojownicy wszelkiej maści pędzą opustoszałymi ulicami w poszukiwaniu schronienia przed deszczem, a początkowo odległe dudnienie burzowego werbla narasta do łoskotu kotłów i talerzy, który rozdziera niebo od krańca po kraniec. Później Michael podsłucha, jak gliniarze opowiadają o „posterunkowym Deszczu”, który powstrzymał zamieszki, ale on sam zapamiętał to zupełnie inaczej.
Biegnie pustą Kensington Park Road w stronę Powis Square, pod wiatr, z twarzą zlaną deszczem i głową pełną marihuany, tabletek, rumu i podpalonych radiowozów. Widzi to przy niezamieszkanej Arundel Gardens, wydaje mu się, że to widzi, niemożliwe, żeby to widział. To gorsze niż obeah, gorsze niż oślizłe miedziaki matki. Jedyną osobą, której kiedykolwiek o tym wspomni, jest Litz, a ten taksuje go wzrokiem i mówi:
– To bardzo ciekawe, Michaelu. Naprawdę bardzo ciekawe.
Pośrodku ogrodzonego placyku porośniętego trawą i ociekającego zielenią wysoki na osiem stóp obiekt wiruje jak bąk, dumnie paraduje, dostojnie kroczy przed publiką złożoną z zasłoniętych okien i zamkniętych drzwi, rozpływając się i przekształcając wśród monsunowej ulewy i nawałnicy gromów.
Jego strój, pozostająca w nieustannym ruchu mieszanka wszelkich możliwych stylów, przywodzi na myśl targane wiatrem bandaże mumii. Płeć oscyluje pomiędzy wezbranymi krągłościami i żylastą kanciastością. Widoczne skrawki ciała przepływają całe spektrum odcieni czekolady, od mlecznej po deserową, od czarnego po perłowy. Włosy to kurczą się jak krótkie kłaczki wełny, to znów eksplodują pękiem grubych sznurów albo kulą tęczowej piany. Od czasu do czasu ponad szum i plusk oberwania chmury wznosi się towarzysząca roztańczonemu zjawisku nieziemska ścieżka dźwiękowa, rozstrojone radio, które piszczy i ślizga się po falach tuzina nieznanych epok. Cudaczny twór defiluje, kręci piruety, wyciąga wszystkie sześć ramion w górę ku dudniącemu nieboskłonowi. W każdej dłoni trzyma któryś artefakt z nieustannie zmieniającej się palety: majcher, okładkę płyty gramofonowej, ulotkę i jakiś przedmiot dostatecznie długi, żeby mógł uchodzić za ludzką kość udową, być może używaną do rzucania klątw – i tym właśnie obiektem dźga brzemienny firmament, celuje w samo huczące serce nawałnicy, która z czasem zostanie nazwana najgorszą burzą w historii Londynu. Jakby w odpowiedzi na ten gest ulewa jeszcze się wzmaga, grzmoty stają się ogłuszające, rozwidlone pioruny biją częściej, aż w końcu niezwykły byt znika za kurtyną wody. Na pustej ulicy nie słychać już jego muzyki.
Biegnący do domu Michael od razu próbuje o nim zapomnieć, zatrzeć to wspomnienie, wyrzucić je z pamięci. Na próżno. Nigdy nie pozna imienia ani natury stworzenia, które na jego oczach sprowadziło do Notting Hill gniew niebios, ale zawsze będzie się upierał, że z pewnością nie był to żaden biały. Żaden posterunkowy Deszcz.
Rock and roll: Jazda. „One, two, three o’clock, four o’clock rock”, piętnasty maja tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku, szpital South Western w Stockwell. Mało znanemu artyście malarzowi Austinowi Osmanowi Spare’owi zostało dosłownie parę minut życia. Umiera z powodu komplikacji po pęknięciu wyrostka robaczkowego, prześladowany przez piosenkę, która non stop rozbrzmiewa mu w głowie, chociaż wcale mu się nie podoba. Wszystko go boli, a on zostawił tyle niepokończonych spraw. „Five, six, seven o’clock, eight o’clock rock”, w porządku, bardzo to piękne, ale wszystkie wielkie rzeczy składające się na ten świat, takie jak czas, przestrzeń i całe jestestwo Austina rozpadają się na kawałki, materia jego życia okazuje się lichą scenografią, o którą się potknął, wpadł na nią i przebił ją na wylot. Chwilami jest cudownym dzieckiem w Kennington, w roku tysiąc dziewięćset czwartym; kiedy indziej – młodym mężem z tysiąc dziewięćset trzynastego, który w kuchni przy Golders Green robi minetę swojej żonie Eily (zawsze to samo wspomnienie); albo mamy rok czterdziesty siódmy, a on, niedożywiony starzec, przywołuje obłok mgły, który ma oczy i zalega w kącie jego piwnicznego mieszkanka przy Wynne Road; bezradnie przeskakuje stąd tam, z teraz do wtedy, gubi się w tasowanych dziesięcioleciach, a czas płynie i już jest „Nine, ten, eleven o’clock, twelve o’clock rock, we’re gonna rock. Around. The clock tonight”.
Rurki w przedramieniu, rurki w nosie, a w odrętwiałych opuszkach palców mrowienie miliona niedokończonych rysunków. Nie jest w stanie utrzymać ołówka w ręce, nie umie wymyślić żadnego magicznego symbolu, który by go stąd wyratował, i choć czarny pociąg przybliżył się już na tyle, że wyraźnie słyszy jego gwizd, nie potrafi podnieść ręki i przyjąć pozy śmierci, bo boi się, że przy okazji wyrwałby sobie całą tę plastikową hydraulikę. Przy łóżku stale ktoś siedzi, ale za każdym razem, gdy Austin zamknie oczy i znów je otworzy, ta osoba przewilkołacza się w kogoś innego. Millie Pain, która obecnie jest bardziej jego lokatorką niż właścicielką jego mieszkania, przynosi mu winogrona, których on wcale nie chce. Zanim zdąży mu wyjaśnić, skąd je wzięła, zmienia się w zrozpaczonego Franka Letchforda. Alf Larking czystą chusteczką delikatnie ociera materię sączącą się Austinowi z ust, po czym przepoczwarza się w pedantycznego Kennetha Granta, który nie ma najmniejszej ochoty dotykać wyciągniętej ręki malarza i jest wyraźnie wstrząśnięty, mimo że przecież w jego opinii Austin od dawna wiedzie egzystencję jak żywcem wyjętą z tanich horrorów. Kiedy kochany stary Hannen Swaffer w połowie opowiadanej anegdotki przemienia się w Dennisa Bardensa, Austin warczy gniewnie i odwraca twarz; nie może mu wybaczyć tamtej audycji w radiu, w której został przedstawiony jako niebezpieczny dla otoczenia szaman o morderczych skłonnościach. Ale najgorsze są te chwile, kiedy wie, że ktoś przy nim siedzi, tylko pozostaje niewidzialny.
Odrzuca koc i łypie spode łba na sterczące z nogawek piżamy białe patyki pokryte strupami – aż w pewnym momencie dociera do niego, że to jego własne nogi, zapomniane kości na rosół, pozbawione życia i wystające z prążkowanej torby na zakupy. Tę poplamioną piżamę nosi już drugi dzień. „Put your glad rags on and join me, hon, we’ll have some fun when the clock strikes one”, tyle że zegar wybił pierwszą trzy kwadranse temu, kiedy przyszli mu zmienić kroplówkę, a on, półprzytomny, nie widział ani skrawka „broad daylight”, do którego mógłby dotańczyć, „rock, rock, rock”, nie, to wcale nie jest zabawne.
Przeklęta piosenka wypłynęła przed rokiem i od tego czasu nie sposób się od niej opędzić. Prosto na szczyt listy przebojów Radia Luksemburg, nastolatki dostrajają kryształkowe odbiorniki, a potem na ekrany kin wchodzi Szkolna dżungla i ta melodia jest dosłownie wszędzie. Ken Grant mówi mu, że producentem płyty jest ten sam facet, który wcześniej robił te wszystkie skoczne kawałki Louisa Jordana. Zdaniem Granta jest to zwiastun działania klipotycznych energii atakujących kulturę z innej, obcej rzeczywistości. Sądząc po tym, jak Austin się czuje, jego kumpel tym razem może mieć rację. W londyńskim powietrzu unosi się jakaś nieznajoma nuta. Odległa drobina świadomości maga z Brixton rejestruje, że ciało właśnie opróżnia pęcherz przez cewnik, a on sam dochodzi do wniosku, że jest chory, ponieważ miasto jest chore.
Chorobę maskują bandaże Festiwalu Wielkiej Brytanii i wata koronacji. Miasto w malignie śni o bombach wodorowych albo wybrzuszonej tapecie w domu Christiego przy Rillington Place 10. Dusi się smogiem, który inwersja termiczna wtłacza w wąskie ulice. Jego artyści serwują ludzkość jak mięso, jak udręczone salmagundi. Londyn poci się imigrantami i antenami telewizyjnymi, miota przez sen, a w jego wyobraźni Teddy Boys z fryzurami jak lody lukrecjowe tną nożami kinowe fotele i wywlekają ich zrobione z końskiego włosa wnętrzności w roztańczone przejścia pomiędzy rzędami. „When the clock strikes two, three and four, if the band slows down we’ll yell for more”, tyle że Austin nie ma już nawet siły szeptać, a co dopiero wołać.
Przy każdym oddechu gra mu w oskrzelach, zapalenie otrzewnej zadaje mu katusze, a on ze wszystkich sił trzyma się tej jednej myśli: dzieje się z nim źle, ponieważ źle się dzieje z Londynem, a z Londynem dzieje się źle, ponieważ… odkasłuje kwaśną pianę, która wypełnia mu usta, i połyka ją z powrotem… ponieważ coś złego wydarzyło się w tamtym drugim miejscu? Czy to możliwe? Ląduje tam… kiedy to było… sześć lat temu? Siedem? Już wtedy odstępstw jest stanowczo za dużo, przeciekanie książki Enocha Soamesa i Londyńskiej przechadzki do tego świata ma paskudne konsekwencje, a czerepy za szkłem udają obojętność, podczas gdy w rzeczywistości nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje. W trakcie ostatniej wizyty, pod koniec pięćdziesiątego trzeciego, kiedy z Aldermaston wyjeżdżają pierwsze bomby atomowe, głowy w słojach jakby z mniejszym optymizmem patrzą w przyszłość, wyraźnie zaniepokojone perspektywą nowego odstępstwa, o którym się zwiedziały, a do którego ma dojść w ciągu najbliższych kilku lat. Austin odnosi zresztą wrażenie, że martwi je coś jeszcze, być może świadomość, że oto zgubiły gdzieś kolejny z paskudnych wykwitów Wielkiego Kiedy, tak jak pod koniec lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy Papież Ostrzy wyrwał się na wolność. Nie widzi wyraźnie, kreślone węglem zarysy wydarzenia są rozmazane, a on nie jest już w stanie skupić na nich wzroku, zwłaszcza teraz, gdy w podbrzuszu zagnieździł mu się gniewny żbik i ból nasilił się jak nigdy dotąd. „When the chimes ring five, six and seven, we’ll be right in seventh heaven”, ale Austin nie bardzo wie, jak w swoim obecnym stanie miałby się do tego siódmego nieba dostać.
Za jedenaście druga Austin Spare zrzuca z siebie bolesne brzemię świata. Czeka, aż wszystkie jego osobiste dwoistości wyeliminują się, anihilują nawzajem w formule „ani-ani” i zostawią po sobie idealną próżnię unicestwionej jaźni, która to jaźń nie jest do niczego niezbędna i wcale nie musi istnieć. Tej samej techniki używa podczas rysowania, żeby bez reszty zanurzyć się w swoim dziele: kiedy jego jednostkowy instynkt obumiera, on staje się wszystkimi i wszystkim naraz, nieosadzony w historii rośnie i rozlewa się szeroko wśród godzin i chwil swojego miasta. „When it’s eight, nine, ten, eleven too, I’ll be goin’ strong and so will you”, ale Austin wcale nie czuje się już mocny, można chyba bezpiecznie przyjąć, że to jego ostatnie chwile. Intensywnie kolorowa kropla jego istnienia rozpływa się w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym wraz z otaczającymi go przeszłościami i przyszłościami.
Dwa tygodnie wcześniej, drugiego maja, Jack Spot i jego żona Rita wracają do domu z pubu przy Praed Street, który od pewnego czasu mają na oku, kiedy nabrzmiewające przez niemal całą ostatnią dekadę kłopoty wypadają na nich z ciemności wszystkie naraz. Jest wśród nich Billy Hill z pałką, jest Albert Dimes, wciąż wkurzony po zeszłorocznej szarpaninie w Soho, ale to mały, wredny Frankie Fraser trzymaną w garści brzytwą tnie lewy policzek Spota, tuż obok sławnego znamienia, i zostawia na nim podwójny ślad jak krzywe szyny tramwajowe. To koniec kariery Jacka w półświatku, co zresztą przepowiada mu Harry Lud, Święty od Przestępców, kiedy spotykają się na Arnold Circus u schyłku smętnych lat czterdziestych. Okrutna opowieść dobiega z góry przesądzonego kresu, kończy się blizną, a skraj rozdymającej się duszy Austina Osmana Spare’a muska dni jutrzejsze, których nie dane mu będzie poznać.
W listopadzie, sześć miesięcy po śmierci Austina, premierostwo Anthony’ego Edena wali się w gruzy w pożodze kryzysu sueskiego, pociągając za sobą na dno światową reputację Wielkiej Brytanii. „When the clock strikes twelve we’ll cool off, then start a-rocking ‘round the clock again”. Wcześniej, latem, z szafy grającej w salonie bilardowym Regal przy Eric Street płynie lament jazzbandu Chrisa Barbera. Mężczyzna o nieżyczliwej twarzy niedorozwiniętego bazyliszka popisuje się przed zastraszoną publicznością. W tej chwili siedzi i trzyma na kolanach coś, czego gasnący wzrok Spare’a nie sięga, to może być coś ważnego, przerażeni widzowie śmieją się nerwowo, ich niespokojny pomruk tonie w jazgocie klarnetu Monty’ego Sunshine’a. Wszystko się kurczy, traci proporcje i znaczenie, gdy rozdęta jak wielki balon świadomość artysty ostatecznie się rozspójnia.
Jest Austinem Spare’em, istotą ludzką, której zakończone życie, triumfalnie bezkompromisowe i obfitujące w upiorne ozdobniki, należy tylko i wyłącznie do niego, od początku do końca. Roztapia się w wieczności – mętny futurystyczny kolaż z rozpoznawalnie skupionym okiem, podobny do swojego Wędrowca przez eony, rozpływa się w nieregularnych kwadratach światła. Za dziesięć druga z mozołem wydaje ostatnie tchnienie, a potem…
Skiffle: Joe nigdy przedtem nie uczestniczył w seansie spirytystycznym. Podobnie jak produkowanie płyt, przyjmowanie tabletek odchudzających albo seks z mężczyznami, seanse są jedną z tych rzeczy, po które trzeba się specjalnie fatygować do Londynu. Chociaż tak szczerze mówiąc, to nie jest seans spirytystyczny z prawdziwego zdarzenia, bo nie ma w nim kryształowej kuli, nikt nie jest ubrany jak swami, nic z tych rzeczy. Są tu tylko on, Lional i młody Jimmy Miller z Barbecues, wygłupiają się, straszą nawzajem duchami i tyle – ale nawet coś takiego ściągnęłoby na nich gniew mieszkańców Newentu, skąd Joe pochodzi.
Przebył długą drogę. Dorastanie w Newencie – tyciej szesnastowiecznej mieścinie na skraju wielkiego Forest of Dean, w pół drogi pomiędzy Ross-on-Wye i Gloucester – jest diabelnie uciążliwe. Mieszkają w domu przy rynku, w nieustannym poczuciu, że pierwsza wojna światowa trwa w najlepsze. Ojciec Joego stracił w niej trzech braci, a koń, na którym jechał, wyleciał w powietrze na minie, więc teraz za każdym razem, kiedy ktoś puka do drzwi, wydaje mu się, że jest w Passchendaele pod ostrzałem artylerii.
W takich miejscach jak Newent horror rozkwita na każdym kroku, wystarczy wspomnieć pogłoski o wiedźmach z lasu albo tego trupa bez głowy, co go wyłowili z rzeki przy moście na Severn. Joe ma szczęście, babka pozwala mu przesiadywać u siebie w szopie, gdzie chłopak tworzy własny świat, eksperymentuje z elektryką itepe, a w wieku dziewięciu lat buduje pierwsze radio kryształkowe. W sobotnie popołudnia wystawia swoje widowiska, sam pisze sobie teksty, czasem może się z tej okazji ubrać w sukienkę. Oczywiście tata, bracia i te wszystkie świnie ze szkoły, takie jak Johnny Bisco, gadają, że jest zniewieściały, ale jego mama, Biddy, ubierała go jak dziewczynkę przez cztery lata po urodzeniu, więc nic dziwnego, że od tego, kurna, zniewieściał.
Potem nie ma dla niego w Newencie przyszłości poza robotą w Curry’s przy naprawianiu odbiorników radiowych, a z czasem także telewizorów, ale coś takiego to on by mógł robić, nawet stojąc na głowie. Zmajstrował pierwszy w całym Gloucester odbiornik telewizyjny, całkiem od zera, ze skrzynki po pomarańczach, zanim BBC w ogóle zaczęło nadawać w tym regionie. Potrzebuje większych wyzwań, chce udowodnić tym świniom, które go prześladują, z jakiej gliny jest ulepiony, i pokazać tym wścibskim gnojkom, gdzie ich miejsce. Przydałoby mu się także jakieś życie erotyczne, najlepiej prowadzone w takim miejscu, żeby mama się nie dowiedziała – czyli praktycznie gdziekolwiek, byle nie w tej zakichanej dziurze. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim, przed czterema laty, Joe uznaje, że ma dość. Pakuje się, wsiada do pociągu jadącego na dworzec Paddington i skacze na główkę w londyńskie odmęty.
Wielkomiejskie życie, pełne świateł i nieznajomych, napawa go lękiem, ale Joe nigdy nie ma go dosyć. Przez pierwszy miesiąc albo dwa ima się byle jakich zajęć, aż w końcu zatrudnia go TVC, producent reklam telewizyjnych dla Independent Broadcasting, IBC, właściciela najlepszych studiów nagraniowych w Wielkiej Brytanii. Niedługo potem IBC zleca mu obsługę cyklicznych audycji pod szyldem Radia Luksemburg nadawanych z różnych miejsc w kraju; niech lata po całej Wielkiej Brytanii wzdłuż i wszerz jak mucha plujka i przy okazji wyrabia sobie nazwisko. W zamierzeniu ma tylko pilnować taśm, przygotowywać je do nagrań, sklejać, zakładać, kopiować i czyścić sprzęt, ale nie chce o tym słyszeć i regularnie molestuje swojego szefa, Allena Stagga, znanego zrzędę i gbura, żeby ten pozwolił mu spróbować sił przy produkcji. Stagg nie lubi nowinek w inżynierii dźwięku, nie lubi homoseksualistów, a już nade wszystko nie lubi Joego. Wiedząc, że chłopak nigdy w życiu sam nie prowadził sesji, podstępna szuja aranżuje nagranie w Conway Hall z udziałem całej regularnej orkiestry; Joe na pewno spartoli robotę i raz na zawsze wybije mu się z głowy wszelkie pomysły z samodzielnym nagrywaniem. Tyle że Joe robi coś dokładnie przeciwnego: nagranie wypada absolutnie genialnie, a podczas odsłuchu muzycy nagradzają go głośnymi oklaskami. Warto zobaczyć minę starego Stagga w tym momencie.
Od tej pory… Cóż, od tej pory kariera Joego nabiera rozpędu. Tak świetnie realizuje Bad Penny Blues Humphreya Lytteltona, że ten nie chce więcej pracować z nikim innym, podobnie jak Denis Preston, topowy producent jazzowy i największy klient IBC. Joe zgarnia coraz więcej zleceń, ma coraz więcej do powiedzenia przy nagraniach, łapie odrobinę więcej władzy… i jak to on, dostaje na tym punkcie pierdolca. Bo i dlaczego nie? To on wie, jak działa cały ten sprzęt, nie takie tępe ćwoki jak Allen Stagg, więc kiedy trzeba coś zrobić porządnie, ma pełne prawo stawiać warunki. Zdarzają mu się czasem… nie, nie nazwałby ich „napadami złości”, raczej wypowiedzi, w których wyraża swoją opinię w prostej, chłopskiej angielszczyźnie. Sam najlepiej wie, czego chce, i twardo stawia na swoim.
Więcej zarabia, ładnie się ubiera i goli się trzy razy dziennie, żeby podbródek mieć gładki jak pupcia niemowlaka. Na odchudzanie bierze Preludin, pięć szylingów za dwadzieścia tabletek, kupowany w klubie przy Cable Street. Przeprowadza się na lepszy kawałek Bayswater, przy Leinster Gardens, i zamieszkuje tam z Lionalem, swoim nowym chłopakiem. Lional jest kapitalny, lepszego Joego nie mógłby sobie wymarzyć: świetnie gotuje, ciało ma jak żywcem wyjęte z magazynów kulturystycznych, a na dodatek jest chyba najzabawniejszym gościem na świecie. Nawet kiedy Joe się wścieka i rozwala meble, Lional zawsze potrafi wyskoczyć z czymś takim, że Joe składa się wpół ze śmiechu i cały wnerw mija jak ręką odjął.
Przed kolegami z pracy nie ukrywa, że mieszka z chłopakiem, ale wie, że musi być ostrożny. Na przykład John Gielgud, ten aktor: całkiem niedawno przymknęli go za nagabywanie facetów w publicznym szalecie. Albo ten spec od komputerów, jak mu tam, Turing, właśnie, rok po tym, jak Joe sprowadził się do Londynu, Turing połknął truciznę. Z homoseksualizmem nie należy się obnosić. I właśnie dlatego, z powodu uprzedzeń, rzuca robotę w IBC. To znaczy także dlatego, że uparł się, by wspólne studia były zamykane na klucz, kiedy z nich nie korzysta, ale głównie to jednak chodzi o te uprzedzenia. Przeprowadzili się tymczasem z Lionalem na Arundel Gardens, tuż przy Portobello Road, więc kiedy Allen Stagg kolejny raz próbuje go zaczepiać, Joe mówi mu bez ogródek, gdzie może sobie wsadzić tę swoją zasraną robotę. Przez kilka dni przyszłość jest niepewna, niewyraźna, ale potem Denis Preston ogłasza, że zamierza zainwestować w nowe studio nagraniowe i pozwoli Joemu je zaprojektować, a później nim kierować, więc spełni się jego wielkie marzenie. Wszystko układa się jak trzeba. Joe ma dwadzieścia osiem lat, jest z siebie nadzwyczaj zadowolony i czuje się niezwyciężony.
Jest rok pięćdziesiąty siódmy i dosłownie na każdym kroku człowiek natyka się na skiffle, więc naturalną koleją rzeczy Joe też chce spróbować swoich sił. Skiffle wywodzi się z muzyki granej przez nowoorleańskich bidoków, których nie stać na opłacenie czynszu, na tarkach do prania, grzebieniach, bibułkach i w ogóle wszystkim, co im wpadnie w ręce. Joe działa podobnie: klei druty na gumę do żucia, wyjętą z furtki ogrodowej sprężynę wstawia do kabiny pogłosowej… Wkrótce zostaje menedżerem grupy chłopaków, której nadaje nazwę Barbecues i każe im nagrać piosenkę Sizzling Hot; jest teraz producentem pełną gębą i pyszni się jak paw. Jimmy, wokalista Barbecues, uważa, że fotka z planszą ouija przyciągnie dziewczyny, co z kolei podsuwa Joemu pomysł zabawy w seans spirytystyczny. Zamierzają wypróbować zasłyszaną gdzieś przez Jimmy’ego historię: wkłada się do Biblii klucz, zamyka ją i obwiązuje sznurkiem. Brzmi niepozornie, wystarczy parę drobiazgów z kredensu, nie trzeba żadnych kóz ani pentagramów jak u Dennisa Wheatleya, ale Joemu taka improwizacja nie przeszkadza. Przypomina skiffle.
Kręci go ta okultystyczna heca. Biorą Biblię, zbierają inne rekwizyty i kładą na stole, żeby wszystko było gotowe, kiedy już przejdą do rzeczy, ale najpierw postanawiają się napić dla kurażu. Lional jest w swoim żywiole: serwuje przekąski i co rusz rzuca żarcikami, którymi rozśmiesza Joego do łez. Biblię Joe przywiózł jeszcze z Newentu, sznurek jest całkiem zwyczajny, ale to, skąd wytrzasnął ten ogromny, skomplikowany klucz, to już jest osobna historia.
Jest miesiąc wcześniej, wrzesień, urządzają przy Arundel Gardens imprezę promującą Sizzling Hot. Lional odpowiada za catering, a Joe nawija o Barbecues każdemu z zaproszonych fotografów i dziennikarzy, kto tylko zechce go słuchać. Właśnie zagaduje sympatycznego młodego kolesia z „New Musical Express” – całkiem nieźle się chłopak prezentuje z tymi włosami w czub, choć jak na gust Joego jest trochę zanadto tykowaty – gdy wtem krew mu się puszcza z nosa! Nie wiadomo skąd, jak i kiedy! I wszystko leci na czystą białą koszulę. Trzeba przyznać, że trochę go to wkurza, chociaż nie wpada w żadną histerię, jak to za każdym razem utrzymuje ten cholerny Lional. Pyta, czy ktoś ma przy sobie klucz, który mógłby sobie przyłożyć do pleców; zdaniem jego babki to jedyne skuteczne remedium na krwotok z nosa. Chłopak z „New Musical Express” patrzy na niego jak na wariata, ale sięga do kieszeni i wyjmuje z niej stary żelazny klucz. Mówi, że ma go od lat, ale ostatnio zaczął się zastanawiać nad tym, jak by się go pozbyć. Z perspektywy czasu te słowa wydają się Joemu dość dziwne, ale wtedy po prostu zabiera młodemu dziennikarzowi klucz i wrzuca go sobie z tyłu za kołnierz koszuli, która wygląda teraz jak fartuch rzeźnika. Wzdryga się, bo po plecach przechodzi mu dreszcz wywołany czymś więcej niż tylko dotykiem lodowatego metalu, ale krwotok z nosa zostaje natychmiast powstrzymany, jakby ktoś zakręcił kurek. Joe wychodzi się umyć, wkłada czystą koszulę i wraca na imprezę jakby nigdy nic. Klucz jednak zatrzymuje.
A teraz wszystko wskazuje na to, że za chwilę go użyje. Lional go ponagla, żeby już zaczynał, więc Joe otwiera Biblię na Apokalipsie Świętego Jana i wkłada klucz do środka, tak że jego koniuszek dotyka osiemnastego wersu w pierwszym rozdziale, bo tak każe Jimmy. Zamykają i mocno związują księgę, kładą ją na stole, a sami rozstawiają się wokół niego w taki sposób, żeby każdy z nich czubkiem palca dotykał wystającej z Biblii główki klucza. Lional bardzo stara się nie parsknąć śmiechem, Jimmy wydaje się zakłopotany, za to Joe jest cały spięty. Recytują biblijny wers na głos, z pamięci:
– Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani1.
I oczywiście nic się nie dzieje.
A potem się dzieje.
Gdy tylko klucz zaczyna się poruszać, gwałtownie cofają ręce, on jednak obraca się dalej sam z siebie i zatacza całe ćwierć obrotu; sznurek napręża się na okładce, ze środka Biblii słychać odgłos dartego, jakby przeżuwanego papieru. Jimmy Miller krzyczy, wyciąga tak wysoką nutę, jakiej nigdy nie udaje mu się uzyskać na próbach, miglanc jeden… Twarz Lionala, który patrzy na Joego, wyraża nieme pytanie: „Coś ty tym razem przyniósł do domu?”. Joe zaś nie potrafi oderwać wzroku od klucza, który znieruchomiał już pomiędzy zmasakrowanymi stronicami.
Wie, że coś zostało przed nim otwarte – i, jak to on, jest przekonany, że będzie to coś dobrego.
1
Obłęd, stary, mówię ci
Zaczynał nabierać wprawy. Miał dwadzieścia siedem lat, udawanie dorosłego przychodziło mu z coraz większą łatwością i wcale nie wypadał w tej maskaradzie gorzej od innych, którzy – z czego już zdawał sobie sprawę – też tylko grali swoje role. Zmierzch gęstniał, a on zabierał nową recepcjonistkę „Reveille” do swojego ciasnego mieszkanka przy Old Castle Street: nowoczesny młody człowiek z własnym lokum, zaczątkiem kariery zawodowej, a teraz także z perspektywą Seksu Przedmałżeńskiego. Wreszcie mógł się poczuć jak prawdziwy poddany królowej Elżbiety II.
Rok albo dwa lata wcześniej uchwalono ponoć ustawę o czystości powietrza, ale październikowa noc w dalszym ciągu rozpinała między rzadko rozmieszczonymi latarniami ożywczą woń węglowego dymu. Razem z recepcjonistką (była szczupła, ciemnowłosa, wysoka jak na kobietę, miała na imię Denise i na tym kończyła się jego wiedza na jej temat) przekopywali się przez pałace z uschniętych liści, rozmawiali i żartowali, a on nie mógł się nadziwić, jakie to wszystko jest zwyczajne i naturalne, zupełnie jakby ludzie codziennie robili takie rzeczy. Nie było żadnego jąkania, żadnego nerwowego gadania od rzeczy… Zapowiadał się jego najlepszy występ w stanowczo dotychczas niedocenianej roli Dennisa Knuckleyarda.
Romans podniósł natapirowaną głowę zaledwie kilka godzin wcześniej, kiedy Dennis wpadł do redakcji „Reveille”, żeby podrzucić swój naukowy artykuł na pięćset słów o praktykach łowców głów z Nowej Gwinei, który poprzedniego dnia wymyślił, a następnie musiał przepisać od nowa po tym, jak odkrył, że Nowa Gwinea należy do Indonezji i bynajmniej nie leży w Afryce. Kiedy stażystka przy recepcyjnym biurku przedstawiła mu się jako Denise, do niedawna zatrudniona w „Woman’s Own”, wdali się w rozmowę o podobieństwie ich imion i flirt ten, choć przeraźliwie nieciekawy, ostatecznie doprowadził do obecnej niemal bezprecedensowej sielanki. Denise zgodziła się spotkać z Dennisem w pubie na rogu, kiedy o piątej skończy pracę, a potem po zaledwie dwóch Babychamach zaproponowała, żeby podjechać autobusem do niego na kawę. Zdumiony, wręcz zaskoczony jej zapałem Dennis wydedukował w końcu z jej półsłówek, że – być może zwiedziona jego wybrylantynowanym czubem – wzięła go za Teddy Boya. Nie podjął próby wyprowadzenia jej z błędu, ponieważ… no… w pewnym sensie może nawet był Teddy Boyem, przynajmniej od czoła wzwyż. Poza tym był tak skrajnie wyposzczony, że byłby skłonny kupić wąski krawat i kamizelkę, gdyby tylko wiedział, że od tego żywiej zatrzepoczą damskie serduszka. Ba, kupiłby nawet nóż sprężynowy.
Oczywiście zdarzało mu się już wcześniej sypiać z kobietami, jednakże nie było ich wiele, a on sprawiał się nieszczególnie. Zakładał, że jego niefachowość to po prostu niekompetencja nowicjusza, który na skutek nie do końca zawinionych przez siebie okoliczności spóźnił się z wyjściem z bloków do maratonu uciech cielesnych. Do roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego, kiedy wszedł w dwudziesty rok życia, podnajmował pokój na tyłach księgarenki w Shoreditch u właścicielki tak okropnej, że nie chciał o niej myśleć, zwłaszcza teraz, kiedy w nieodległej perspektywie rysowała się konieczność wykazania się erekcją. Jego ówczesna sytuacja wykluczała wszelkie życie erotyczne; na dobrą sprawę wykluczała wszelkie życie w ogóle. Tak rozpaczliwie pragnął wyrwać się z tej niedoli, że na początku lutego tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku – wciąż jeszcze jako osiemnastolatek – sam zgłosił się do odbycia obowiązkowej służby wojskowej, ponieważ doszedł do wniosku, że szkolenie w armii nie może być gorsze od ciągłego usychania w Lowell’s Books & Magazines. Nie przyjęto go, a gdy nieliczni przyjaciele gratulowali mu świetnej symulki niezrównoważenia psychicznego, która pozwoliła mu się wymigać od poboru, uśmiechał się i mrugał do nich porozumiewawczo, doskonale wiedząc, że na wszystkie pytania sierżanta w biurze werbunkowym odpowiedział najlepiej, jak potrafił, a kruchość jego psychiki nie była żadnym fortelem. Siły Zbrojne Jego Królewskiej Mości oficjalnie uznały, że ma nie po kolei w głowie, co jednocześnie zaskoczyło go i z lekka zmartwiło. Oczywiście kiedy latem tegoż roku wybuchła wojna w Korei, werdykt komisji poborowej wydał mu się nie tyle niepokojący, ile wręcz niedorzecznie fartowny. Przebiedował w Shoreditch jeszcze osiemnaście miesięcy, po którym to czasie zaczął wreszcie zarabiać na swoich dorywczo pisywanych artykułach dość pieniędzy, by stać go było na wynajęcie maciupeńkiej kawalerki w Bethnal Green, gdzie mógł cieszyć się damskim towarzystwem, ile dusza zapragnie.
„Ile dusza zapragnie” okazało się bliskie zeru. Ostatecznie stracił dziewictwo (albo przynajmniej tymczasowo je zapodział) podczas uroczystych nocnych obchodów rocznicy koronacji Elżbiety II w pięćdziesiątym trzecim. Współuczestniczką tego aktu była przesadnie podekscytowana monarchistka imieniem Janice, a łożem godowym – niestety – stał się dla nich głęboki cień zalegający przy wejściu do sklepu z zabawkami, gdzie ich starania śledziło dziewięć par niemrugających oczu plastikowych niemowlaków i oddział jednocalowych grenadierów. Najważniejsze, że Dennis był przekonany, iż doszło do penetracji – tuż przed tym, jak wypłynął temat braku gumki, bo wtedy Janice kazała mu się wycofać, żeby mogła dokończyć ręką. Wytrysnął na szybę witryny, w której głębi stał zestaw Małego Konstruktora, usilnie starając się nie trafić niemowląt i grenadierów. W taki właśnie sposób po raz pierwszy uprawiał miłość jak dorosły człowiek – albo przynajmniej tak właśnie uważał.
Poza tym zaledwie dwa marne lata później udało mu się to zrobić trzykrotnie jednej nocy, tym razem w sposób niebudzący żadnych wątpliwości, z Mandy, która była urocza, chętna i zabawna – i miała, jak wynikło z pewnych poszlak znalezionych w jej mieszkanku w Stepney następnego dnia rano, trzydzieści dziewięć lat. Ponieważ był przerażony, co pomyśleliby o nim kumple (tak jakby miał jakichś kumpli), a także dobre piętnaście lat młodszy od ślicznej nauczycielki angielskiego, więcej się do niej nie odezwał. Kiedy przez następne dziesięciolecia zdarzało mu się ją wspomnieć, krzywił się, zaciskał pięści i boleśnie wbijał sobie paznokcie we wnętrza dłoni, myśląc o tym, jakim nieczułym gnojkiem i mięczakiem wówczas się okazał – i, być może, pozostał. Jego sytuacja materialna stopniowo się poprawiała, w miarę jak publikował kolejne recenzje i teksty autorskie w rozmaitych periodykach, i niedługo potem doszła go wieść o niedużym trzypokojowym mieszkaniu w Aldgate z czynszem takim samym jak za dotychczas zajmowaną kawalerkę. Zostawił więc za sobą Bethnal Green i wszystkie jego miłosne niepowodzenia. Dopóki tam mieszkał, utrzymywał jeszcze sporadyczny kontakt ze swoją dawną gospodynią z Shoreditch, czasem nawet wiedziony poczuciem obowiązku wpadał do niej w odwiedziny, ale przeprowadzka do Aldgate wybawiła go z tej opresji. Zamierzał do niej napisać, podać swój nowy adres, ale a to coś mu wypadło, a to coś mu przeszkodziło i nigdy tego nie zrobił. Tym sposobem porzucił już dwie starsze od siebie kobiety, chociaż zważywszy na fakt, że druga z nich była istnym wcieleniem zła i najprawdopodobniej kazała w przeszłości pogrzebać innego człowieka żywcem, nigdy nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia z jej powodu.
Skręcając w Aldgate i zostawiając za sobą Houndsditch, Dennis z Denise z ożywieniem rozprawiali o wrześniowych zamieszkach w Notting Hill: uzbrojeni biali i kolorowi wzięli się za łby, czy to nie wstrząsające? Głosem, który zdradzał rodzący się w piersi śmiech, Denise odparła, że czytała wypowiedź Raba Butlera, który jako przyczyny rozruchów wskazał rywalizację na rynku pracy, trudności z dostępem do mieszkań oraz „spory na temat kobiet”. Dennis poczuł się dość pewnie, żeby zaryzykować flirciarskie:
– Założę się, że ty już nieraz byłaś przyczyną sporów.
Denise się roześmiała: prześliczny dźwięk, jak kaskada nutek zagranych na aksamitnym ksylofonie.
– Nie przypuszczam, żebym stała się powodem niepokojów na tle rasowym – odparła.
– Noc jeszcze młoda – zauważył Dennis.
Denise ponownie wybuchnęła śmiechem i wzięła go pod rękę. Tak, to naprawdę miało się wydarzyć. Radość rozpierała Dennisa, szczęście wypełniało go po czubki uszu.
Nie chodziło przy tym o samą zapowiedź bzykanka, o to błogie roztopienie się jaźni w przyległych do niej częściach ciała. Dennis miał świadomość swojej małoważności, ale nie aż taką, żeby w seksie liczyło się dla niego wyłącznie to trwające kilka sekund rozładowanie napięcia – nawet jeśli chwilowo ta właśnie kwestia była najpilniejsza, to w jego wypadku ważniejsze było to, jak tego rodzaju interakcja wydymała grotżagiel jego samooceny. Oto był mile widziany przez inną istotę ludzką i nawet jeżeli wojsko go nie chciało, czuł się dopełniony jako człowiek – albo przynajmniej czułby się tak, gdyby nie kończyło się to Małym Konstruktorem lub zdradą. I właśnie to pragnienie fizycznego i psychologicznego spełnienia doprowadziło go w przeszłości do pierwszego dłuższego, bo trwającego trzy tygodnie związku z Susan Garrett.
Stało się to niedługo po przeprowadzce do Aldgate, na Old Castle Street, zaledwie jedno lub dwa skrzyżowania od miejsca, w którym się w tej chwili znajdowali, po lewej. Był sam jak pies i miał doła. Jego jedyny prawdziwy przyjaciel, John McAllister, ponury dziennikarz, który oddał mu swoją starą maszynę do pisania i podsunął pierwsze możliwości zarobkowania w dziennikarskim fachu, na początku pięćdziesiątego szóstego roku porzucił Londyn i udał się na północ, skuszony lepiej płatną posadą w „Manchester Guardian”. Tym sposobem Dennis, znienacka odcięty od wszystkich, którzy znali go w poprzednim życiu, nawet od upiornej właścicielki księgarni, u której wynajmował pokój, poczuł się odkotwiczony od siebie samego, zagrożony bezradnym odpłynięciem w anonimowość i zapomnienie. I w takim właśnie nastroju nadepnął na nogę zgrabnej blondynki w okularach stojącej przed wejściem do pubu przy Commercial Road, w której dopiero bełkocząc niewyraźnie przeprosiny, czerwony jak burak, rozpoznał Susan.
Znali się – przynajmniej z widzenia – odkąd miał pięć lat i chodził do szkoły podstawowej w Shoreditch jedną klasę niżej. Susan była rzeczową, choć chwilami apodyktyczną dziewczynką z warkoczykami i takim wyrazem ust, że stale zdawała się kpiąco uśmiechać, nawet kiedy wcale tego nie robiła. Wychowana – podobnie jak wszystkie inne dzieciaki – wśród gruzów i schronów przeciwlotniczych, wyrosła na pogodną, prostolinijną i niesławną przez swoją rozwiązłość piętnastolatkę, która współuczestniczyła w pierwszym poniekąd intymnym doświadczeniu Dennisa, zaspokoiwszy go dłonią w opuszczonym domu przy Swanfield Street. Miało to miejsce późną nocą dwunastego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, miesiąc albo dwa po kapitulacji Niemców, ale wciąż jeszcze w czasie trwania awarii elektryczności w Londynie, zanim ponownie włączono wykluczające erotyczne schadzki latarnie uliczne. Data ta wryła się Dennisowi w pamięć nie jako dzień, w którym stał się mężczyzną, po tym jak Susan swobodnym tonem zażądała od niego czystej chusteczki, żeby wytrzeć perłowy klej z palców, lecz jako ostatnia noc przed zawałem serca, który po południu następnego dnia, trzynastego, uśmiercił jego matkę. Jeszcze tego samego popołudnia stanął zapłakany na progu Lowell’s Books & Magazines, gdzie od dwóch lat dorabiał sobie w soboty, i poprosił słynącą z braku współczucia właścicielkę, by przyjęła go pod swój dach. Następnie w ciągu zaledwie jednego oniemiałego miesiąca laburzyści utworzyli rząd, Jankesi zrzucili bombę A na Hiroszimę i Nagasaki i nagle Dennis znalazł się na innej planecie. Zastanawiał się czasem, czy ta kawalkada traum, która nastąpiła tak szybko po tamtym pierwszym obciąganku w ruinach, nie wpłynęła na jego późniejszą nieporadność w sprawach seksu i kobiet – chociaż wydawało mu się to mało prawdopodobne.
Po żenującym (dla niego) i bolesnym (dla niej) ponownym spotkaniu na Commercial Road Dennis i Susan zgodzili się zobaczyć następnego wieczora przy drinku, natomiast późniejsza długa noc entuzjastycznej i szczęśliwej kopulacji w Aldgate była nieplanowana i spontaniczna. Jej nagie ciało było cudowne, wspaniałe, piersi subtelnie spłaszczały się i lekko rozmywały na boki na wypiętrzonych żebrach, za to wieńczące je kandyzowane wisienki były dojrzałe i jędrne. Wilgotne uda otwierały się jak kurtyna w teatrze zapowiadająca spektakl miodowozłotego wzgórka łonowego, z którego zorza polarna rozlewała się w górę miednicznego firmamentu aż do księżycowego pępka. Susan chyba też się podobało, jak prezentuje się Dennis. Następnego dnia rano zrobili to jeszcze raz, zanim musiała wyjść do pracy w charakterze pielęgniarki stażystki, a potem przez blisko miesiąc spotykali się dosłownie przy każdej sposobności. Raz czy drugi zdarzyło im się pomigdalić w ostatnim rzędzie w kinie albo pomiziać w pubie, przed którym tak boleśnie odnowili dawną znajomość, ale każde takie spotkanie i tak kończyło się w łóżku – albo u niego w Aldgate, albo u niej w Shadwell – gdzie wcielali w czyn sprośne dialogi. Nawet kiedy łapali chwilę wytchnienia w śliskich od potu objęciach, ich konwersacje były niewymuszone, zabawne i absorbujące. Przerzucali się wspomnieniami na temat co bardziej niepokojących koleżanek i kolegów ze szkoły („A pamiętasz Kanciarza White’a?”) albo kręcili z niedowierzaniem głowami na wzmiankę o wyjątkowo osobliwych nauczycielach („Do pana Parkera wolałyśmy się nie zbliżać. Stale grzebał sobie w kieszeniach spodni”). Z całą pewnością byłyby to najlepsze trzy tygodnie w życiu Dennisa, gdyby nie…
Gdyby nie Susan Garrett. Ósmego dnia ich związku, istniejącego głównie za zamkniętymi drzwiami, Dennis zdał sobie sprawę, że powodem, dla którego tak chętnie spędzają czas w domu, jest fakt, że wolałby nie być widziany w jej towarzystwie. Jakaś jego cząstka wyraźnie przejmowała się opinią innych czternastolatków (z których większość zdążyła prawdopodobnie założyć rodziny, umrzeć albo się wyprowadzić), gdy spotkają się przy szopie na rowery w jego bezpowrotnie utraconej przeszłości; nienawistnymi przezwiskami, które pojawią się jako kataplazm na niedopuszczalne żądze i tajony podziw; szyderczymi aluzjami z seksualnym podtekstem, które sam niegdyś chętnie powtarzał; wyolbrzymionymi plotkami, które sam mógł w przeszłości puszczać w obieg: „Nazistowski szpieg sprzedał jej trypra”. Było dla niego boleśnie oczywiste, że nie chce być znany jako chłopak Susan Garrett, która to znajomość była dla niego źródłem zażenowania, ale zarazem nie miał ochoty zakręcać kurka niewyczerpanych i swobodnie płynących zasobów seksu po tak długim okresie posuchy. To było nie w porządku wobec Susan, która wyrosła na przesympatyczną młodą kobietę, i Dennis w duchu się za to nienawidził, bardziej nawet niż przed laty za jednonocną przygodę z Mandy. Mimo to nie próbował zerwać z Susan.
Aż wreszcie o zmierzchu trzeciego tygodnia ich znajomości to ona zasugerowała mu ostrożnie, że nie powinni się dłużej spotykać, po czym, przyciśnięta, przyznała z zakłopotaniem, że dawno temu, kiedy oboje byli dziećmi, ona i jej przyjaciółki wypowiadały się o nim nader niepochlebnie, w szczególności wytykając mu, że jest cherlawym dziwolągiem, którego miejsce jest albo w cyrku, albo w szkole specjalnej. Wyjaśniła następnie, że chociaż bzykanie się z nim bardzo jej odpowiada, to jednak nieustannie martwi się, że dziewczyny (z niektórymi utrzymuje kontakt po dziś dzień) się o nich dowiedzą, a w ogóle to czy zastanawiał się kiedyś, dlaczego nie przepada za pokazywaniem się z nim na mieście, było to z jej strony egoistyczne i okrutne, tak, z pewnością, i źle by się z tym czuła, gdyby kontynuowali swoją znajomość, nie chodzi o Dennisa, tylko o nią, a w ogóle to taki przystojniak jak on na pewno sobie kogoś znajdzie, nie będzie musiał długo szukać… Wszystko to tłumaczyła, wycofując się rakiem z jego mieszkania. I miała rację, kiedy powiedziała, że nie będzie musiał długo czekać, o ile dwa długie lata samogwałtu i użalania się nad sobą ktokolwiek mógłby określić jako „niedługo”.
Bez bicia przyznawał, że były to przygnębiające dwa lata, wypełnione snami o grzybokształtnych chmurach nad Trafalgar Square i przesycone poczuciem, że po fiasku sueskim on, Dennis, kurczy się tak samo jak reputacja jego ojczyzny. Oboje z Anglią zostali zasłużenie odłożeni na półkę, by tam spokojnie pokrywać się radioaktywnym kurzem. Ten rozciągnięty w czasie upadek dobiegł wreszcie końca – przynajmniej dla niego, za Anglię nie ręczył, ale kiedy skręcili z Denise w Old Castle Street, jego pozycja światowego mocarstwa zdawała się niewzruszona, a najbliższa przyszłość rysowała się nadzwyczaj obiecująco. Szli ramię w ramię, Denise mocno tuliła się do jego boku, jej zdumiewające ciepło przebijało się przez ślicznie wypełniony różowy płaszczyk, a na dodatek otaczał ją zapach świeżo umytych włosów, równie urzekający i rzadki jak woń drogich perfum.
Podekscytowana Denise – prawdopodobnie cały czas żywiąca wywołane jego fryzurą złudzenie, że oto upolowała Teddy Boya – trajkotała o Billu Haleyu i jego zespole The Comets , kiedy stanęli przed drzwiami i Dennis puścił jej rękę, żeby poszukać kluczy.
– Jedna dziewczyna u mnie w pracy powiedziała, że Rock Around the Clock to w rzeczywistości coś nieprzyzwoitego. Nie mam pojęcia, o co jej mogło chodzić, ale strasznie się przy tym upierała.
Głos Denise brzmiał niesamowicie, wypowiadane przez nią zdania miały opadającą intonację i przechodziły w pomruk, który zdaniem Dennisa miał w sobie coś szkockiego. Otworzył drzwi od frontu, zapalił światło (gołą żarówkę) w krótkiej sieni i zaprosił Denise do środka.
– Ja też nie – przyznał. – Bill Haley wygląda dziadkowato, trudno sobie wyobrazić, żeby mógł robić przez okrągłą dobę cokolwiek, a zwłaszcza coś nieprzyzwoitego.
Drugim kluczem otworzył drzwi swojego lokum na parterze (mieszkanie na piętrze było chwilowo niezamieszkane) i w końcu znaleźli się w środku, odgrodzeni od wścibskich spojrzeń. W zatęchłym po męsku powietrzu unosiło się niewypowiedziane „Co dalej?”. Dennis pospiesznie włączył lampę stojącą na stole, która w jego zamyśle miała przydawać nieco uroku szpetnej klitce, i właśnie się zastanawiał, czy powinien zaproponować herbatę jako cywilizowany wstęp do wieczoru, czy może puścić muzykę z gramofonu, gdy Denise złapała go za klapy płaszcza i jej język znalazł się w jego ustach; smakowała miętusami. Natychmiast pożałował, że sam o nich nie pomyślał.
Pocałunek był zwierzęcy, natarczywy. Dłonie Dennisa na oślep badały obleczone w płaszczyk kontury tyłka Denise, która podgięła jedną nogę w kolanie jak dziewczyny, które całowały się w komiksach albo filmach miłosnych. Tkwili tak wczepieni w siebie ustami niemal do momentu wzajemnego uduszenia się, zanim wreszcie Denise odsunęła się, utkwiła w Dennisie gorące spojrzenie i teatralnymi ruchami zaczęła rozpinać futrzaste guziki futrzastego płaszczyka. A pod nim – płowa zamszowa spódnica do kolan i biały wełniany pulower. Umbrowa bermyca włosów wieńczyła całość niczym zdobiąca lody Wall’s czekoladowa polewa. Nieprzemakalne wdzianka obojga prędko przeistoczyły się w oklapłe kałuże na mocno wytartym dywanie i Romeo z Julią z redakcji „Reveille” wrócili do obściskiwania się i całowania. Spleceni w objęciach rozpoczęli powolne osuwanie się na głośno protestującą sofę; upadek ten był równie niespieszny – i tak samo nieuchronny – jak leniwe opadnięcie na ziemię Hindenburga.
Leżeli na boku i całowali się zachłannie. Zamknęli oczy i cały Londyn skurczył się do różanego teatru dwojga zwartych ust, w którym ich języczne członki wiły się, siłowały i odgrywały czekającą całe ciała przyszłość. To była chwila mozaika: jej chłodne dłonie ujmujące jego zapadnięte policzki; woskowy, niemal przyjemny smak szminki; jego dłoń pod jej swetrem, czubki palców prześlizgujące się po nagiej skórze i trącające druciany stelaż stanika; parowozowy rytm nosowych oddechów obojga.
I natarczywe, ogłuszające walenie do drzwi frontowych.
Odskoczyli od siebie jak dwa niewłaściwie obrócone magnesy. Dłoń Dennisa wymknęła się wstydliwie spod pulowera, jakby nigdy jej tam nie było. Zdjęci zgrozą, z oczami wielkimi jak spodki, spojrzeli po sobie w poszukiwaniu jakiegoś wytłumaczenia – które jednak się nie objawiło, a zawzięte łomotanie do drzwi nie ustawało. Oniemiały ze strachu, przerażony nagłą myślą, że Denise ma zazdrosnego męża goryla, o którym zapomniała mu powiedzieć, Dennis wstał chwiejnie i poszedł sprawdzić, kto jest sprawcą przyprawiającego o pękanie bębenków w uszach zamieszania. Zasuwkę w drzwiach mieszkania zostawił otwartą, żeby nie utknąć przed wejściem sam na sam z jakimś obłąkanym dzikusem, przeszedł przez oświetloną samotną żarówką sień i z lękiem otworzył dudniące i trzęsące się w futrynie drzwi.
– No, nie spieszyło ci się – powiedział spocony i na oko obłąkany nieznajomy.
Przecisnął się obok oniemiałego gospodarza do sieni, jakby wchodził do swojego domu, a Dennis był tylko jego irytującym odźwiernym. Zanim ktokolwiek zdążyłby go zatrzymać albo chociaż zaprotestować bardziej zdecydowanie niż niepewnym „Ehm…”, energiczny intruz wparował do tonącego w łagodnej poświacie miłosnego gniazdka, gdzie powitało go spanikowane kwiknięcie nowej recepcjonistki „Reveille”. Pragnąc podkreślić swoją władzę i autorytet, Dennis heroicznie wtargnął do własnego pokoju dziennego i z oburzeniem zażądał wyjaśnień. Ledwie jednak słowa popłynęły z jego ust, a już poniewczasie zdał sobie sprawę, że gdzieś wcześniej widział to perlące się od potu oblicze, i jak przez mgłę rozpoznał głos z charakterystycznym dla zachodniej części kraju wyrazistym „r”. Zakłopotany po same czubki czerwieniejących uszu zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z nafaszerowanym tabletkami producentem muzycznym, którego miał okazję przelotnie poznać ponad rok wcześniej w Notting Hill na imprezie, z której robił materiał dla „New Musical Express”. Jak mu było… Meek? Czy nie tak brzmiało niepasujące do niego nazwisko2? Joe. Tak, to było to. Joe Meek.
Denise wstała z sofy i stała nieruchomo jak królik przyszpilony reflektorami samochodu, ze wzrokiem utkwionym w przybyszu. Zlany potem intruz odwrócił się do Dennisa, żeby udzielić odpowiedzi na jego skądinąd całkiem rozsądne pytanie. Zmarszczył brwi i posłał trochę młodszemu i trochę wyższemu mężczyźnie podejrzliwe spojrzenie. Jego pobladła, zdenerwowana twarz emanowała napięciem jak słoneczko elektryczne z dwiema spiralami grzejnymi.
– Dobrze wiesz, o co chodzi, draniu, więc nie udawaj niewiniątka. Byłeś u nas w domu, kiedy z moim chłopakiem urządzaliśmy imprezkę po wydaniu Sizzling Hot. Wpadło do nas wtedy dużo różnych młodziaków, a ty dałeś mi coś, co od tamtej pory regularnie przyprawia mnie o ciary na plecach. Nie wiem, co to jest, ale wiem, że dostałem to od ciebie, i chcę, żebyś mi powiedział, komu to zabrałeś. I nie udawaj, że nie pamiętasz tej imprezy. Ja byłem cały zakrwawiony, a Lional przygotował paszteciki.
Dopiero później, gdy Dennis spokojnie przeanalizował ten oskarżycielski wybuch (dobrych kilka minut po jego usłyszeniu), dotarło do niego, jak ktoś nieznający wszystkich istotnych faktów mógł to niewłaściwie zinterpretować. Najpierw jednak z niedowierzaniem patrzył, jak Denise – nie wiedzieć czemu – narzuciła swój różowy jak cukierki Liquorice Allsorts płaszczyk i pozapinała futrzaste guziczki, na powrót opakowując swoje śliczne, nietknięte ciałko. Oczy wciąż miała szeroko otwarte ze zgrozy, ale dolną połowę twarzy skryła pod maską uśmiechu przywodzącego na myśl zbyt ciasno zawiązaną bandanę.
– Wiecie co, to ja już sobie pójdę i zostawię was samych. Macie sobie chyba dużo do powiedzenia.
Nylonowe pończochy poszeptywały między sobą złowieszczo, gdy drobiąc kroki, ruszyła w stronę cały czas otwartych drzwi do sieni. Dennis zamrugał z niedowierzaniem.
– Nie, zaczekaj… – wybełkotał. – Nie wychodź. Wszystko ci…
Denise naciągnęła bandanowy uśmiech jeszcze odrobinę mocniej, półgłosem zapewniła Dennisa, że trafi do wyjścia, po czym przeszła pomiędzy mężczyznami, nie patrząc na nich, i znalazła się w oszczędnie oświetlonym korytarzyku. Zaledwie chwilę później rozległ się głuchy, nieodwołalny trzask zamykających się drzwi frontowych. W ciszy, która po nim zapadła, Dennis i jego nieproszony gość przez chwilę patrzyli w głąb pustej sieni, aż w końcu producent muzyczny odwrócił się do gospodarza ze współczująco urażonym grymasem na twarzy.
– Zachowała się niegrzecznie – zauważył. – A ten jej płaszczyk był zwyczajnie paskudny. Dobrze, że się jej pozbyłeś.
Dennisowi chciało się płakać. Spojrzał zbolały na obramowującą nicość futrynę drzwi, na (zapewne jeszcze ciepły) odcisk pośladków Denise na pustej sofie, wreszcie na Meeka, burzyciela jego krótkotrwałego szczęścia. Oto zniknęła z jego życia kolejna kobieta, z którą – zażenowany – nigdy więcej się nie spotka. To z kolei oznaczało, jak sobie właśnie w tej chwili uświadomił, że nie będzie więcej przygodowych tekstów dla „Reveille” opisujących jego osobiste doświadczenia z rytuałami wudu i spotkania ze szczerzącymi zęby kanibalami. Wszelka nadzieja wypłynęła z niego wraz z ciężkim westchnieniem rozpaczy i rezygnacji. Oto jego życie.
– Napijesz się czegoś? – zapytał; nic innego nie przychodziło mu do głowy. – Herbaty?
Ponad rozgorączkowanymi oczami brwi Meeka, gęste jak maźnięte pędzlem, uniosły się w wyrazie uznania.
– Nie chciałbym robić kłopotu, ale nie odmówię. Z mlekiem i cukrem, cztery łyżeczki. Chociaż nie, może lepiej trzy. Staram się pilnować wagi.
Wciąż oszołomiony niedawnym rozczarowaniem Dennis podreptał do swojej miniaturowej kuchni – czy raczej pojedynczej szafki kuchennej o podwyższonym ryzyku pożarowym – i wstawił wodę. Meek tymczasem rozgościł się na sofie i fantomowy ślad tyłka Denise zniknął na zawsze. Kiedy chwilę później Dennis wrócił z kuchni, balansując pogiętą aluminiową tacą, na której telepały się filiżanki, spodeczki, imbryk, cukiernica i dzbanuszek z mlekiem, chemicznie podrasowany inżynier dźwięku przeglądał stary egzemplarz „Reveille” wyciągnięty spod ustawionego przy sofie stolika. Dennis umieścił tacę na tymże rozchwierutanym mebelku, a wtedy oburzony Joe Meek podniósł wzrok znad artykułu, który zwrócił jego uwagę, i wypielęgnowanym palcem wskazującym dziabnął ze złością lekko rozmazane kolumny obelżywego druku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Cytat podany za Biblią Tysiąclecia. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
meek (ang.) – potulny, cichy [wróć]
