Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
79 osób interesuje się tą książką
„Jamie Hawley powiedział kiedyś, że całe moje życie to fala absurdu, która stopniowo pochłania wszystko, co przyzwoite”.
Jamie Hawley poznał Sama Redforda na pogrzebie swojej ciotki, gdy byli jeszcze dziećmi. Niedługo później chłopcy zamieszkali po sąsiedzku i wraz z Hazel, siostrą bliźniaczką Sama, stali się nierozłączni.
Mijały lata, cała trójka dorastała, odkrywając, kim są i dla kogo biją ich serca. Niestety nie wszystkie uczucia łatwo nazwać, a jeszcze trudniej się do nich przyznać.
Sam pragnął tylko jednego – być taki jak wszyscy. W końcu został mężem i ojcem, a teraz Jamie chce podążyć jego śladem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wybranka Hawleya to… Hazel.
Żądny konfrontacji Redford wraca do rodzinnego Morneby. Czuje, że za wszelką cenę musi zapobiec ceremonii.
Bo przecież między ślubami a pogrzebami człowiek ma całe życie na podejmowanie złych decyzji… Problem zaczyna się wtedy, gdy któraś z nich nie daje o sobie zapomnieć.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 840
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Julia Kubicka
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Iwona Wieczorek-Bartkowiak
Korekta: Aleksandra Krasińska, Emilia Ziarnik, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Zuzanna Kalarus
Grafik wspomagający: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-987-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Tam i nigdy, 2026
Zanim przewrócisz pierwszą stronę, czuję się w obowiązku, by Cię o czymś uprzedzić.
Śluby i pogrzeby to nie historia o bohaterach, którzy zawsze postępują poprawnie i logicznie. Jak przystało na prawdziwych ludzi – jedno mówią, robią drugie, w stresie zmieniają zdanie przynajmniej dwa razy na dobę, a ich decyzje bywają opłakane w skutkach.
Nie są też Tobą, więc jeśli Twoje działanie w tej komedii pomyłek byłoby inne, to fajnie, ale pamiętaj, że wszyscy mamy różne doświadczenia, wiedzę, priorytety, ukryte motywy oraz wypieramy inne uczucia.
Proszę, podejdź do Sama i Jamiego z zasłużoną empatią. Możesz ich kochać lub nienawidzić, ale liczę, że wywołają w Tobie silne, uzasadnione emocje!
A jeśli jednak znajdziesz tu pierwiastek siebie… cóż, witaj w klubie? I… będzie lepiej. Serio! A jeśli nie lepiej, to może chociaż zabawniej.
Nie potrafię napisać dedykacji. Mogłabym postanowić, że dedykuję tę książkę każdemu, kto analizuje po nocach nie tylko całe swoje życie, ale też życie swoich przyjaciół, decyzje rodziców, pracodawcę, system, w którym funkcjonuje, to, co powiedział, a przede wszystkim – czego nie powiedział. Tak. Mogłabym zadedykować tę książkę gadułom i „overthinkerom”. Przemęczonym studentom. Dramatycznym osiemnastolatkom z postępującym załamaniem nerwowym. Ludziom, którzy nie potrafią zdecydować, kim są, bo nigdzie nie pasują. Tym, co traktują swoją playlistę na Spotify jak terapię. Czytelnikom, którzy lubią, gdy narracja przypomina słowotok znajomego podczas wypadu na kawę.
Dedykuję więc tę książkę Tobie… i Twojej mamie, bratu, siostrze, ciotce, koleżance, byłemu lub byłej.
Wszyscy czasem tłumimy uczucia w obawie przed złamaniem jakiegoś konwenansu. Żyjmy tu i teraz – uważnie, bawiąc się każdym dniem. Nie od piątku do niedzieli, od L4 do urlopu, od świąt do urodzin, od ślubów do pogrzebów.
Miłej lektury,
zawsze Twoja
Wszyscy mamy jakieś granice, dlatego chciałabym uszanować Twoje. Ta historia porusza tematy, które mogą wywołać niechciane emocje. Proszę, zadbaj o swój komfort podczas czytania.
W Ślubach i pogrzebach pojawiają się między innymi: myśli i działania autodestrukcyjne, trudności z samoakceptacją, zachowania oraz wypowiedzi szowinistyczne, bądź queerfobiczne – czasem również wynikające z niewiedzy bohaterów. Nie pochwalam ich ani nie usprawiedliwiam.
Do każdego z tych zagadnień podeszłam ze szczególną wrażliwością.
Narracja pierwszoosobowa pozwoliła mi zajrzeć do głów ludzi, którzy podejmują decyzje i wypowiadają słowa zgodne z ich unikalnymi osobowościami oraz doświadczeniami.
Mam nadzieję, że powyższa informacja pozwoli Ci świadomie postanowić, czy to odpowiedni moment na tę historię.
All Too Well (10 Minutes Version) (Taylor’s Version) – Taylor Swift
Memories – Conan Gray
Loml – Taylor Swift
Chemistry – Gigi Perez
Us. (feat. Taylor Swift) – Gracie Abrams, Taylor Swift
Soulmates – Placebo
So Baby – Ariel Beesley
Friends – Ed Sheeran
Distance – Christina Perri
Teenage Dream – 5 Seconds of Summer
Blame It On You – Daniel Seavey
Hold Back the River – James Bay
I Should Hate You – Gracie Abrams
My Life Would Suck Without You – Kelly Clarkson
Innocence – Avril Lavigne
You’re On Your Own, Kid – Taylor Swift
Shattered (Turn the Car Around) – O.A.R.
The One That Got Away – Katy Perry
Care – Conan Gray
Bleeding Love – Leona Lewis
What’s Wrong with Me – Olivia Rodrigo, Robert Smith
I Wanna Be Yours – Arctic Monkeys
Cool Dad – 5 Seconds of Summer
You Belong with Me (Taylor’s Version) – Taylor Swift
I Love You, Burn in Hell – Sean Frayne
Self Aware – Temper City
Stop and Stare – OneRepublic
Over Again – One Direction
Deja vu – Olivia Rodrigo
Right Where You Left Me – Taylor Swift
Dancing with Your Ghost – Sasha Alex Sloan
Istillfeelthesame – 5 Seconds of Summer
I Miss You, I’m Sorry – Gracie Abrams
Exile (feat. Bon Iver) – Taylor Swift, Bon Iver
Lovesong – The Cure
Pamiętam to wszystko za dobrze
Jamie Hawley powiedział kiedyś, że całe moje życie to fala absurdu, która stopniowo pochłania wszystko, co przyzwoite. Do pewnego momentu wierzyłem w każde jego słowo. Był moim najlepszym przyjacielem, spędziliśmy razem całe dzieciństwo! Gdyby zaproponował skoczenie z mostu, prawdopodobnie bym się zgodził. Wierzyłem bowiem, że z nim nic nie jest niemożliwe.
A teraz mamy trzydzieści jeden lat. Leżymy na podłodze w salonie moich rodziców. Śmierdzimy sosem rybnym, w naszych włosach wije się cebula, mamy poobijane knykcie, z nosa kapie mi krew, podczas gdy piwne oczy Jamiego płoną złością. Wydzieramy się na siebie. Wpychamy sobie wzajemnie jedzenie oraz serwetki do ust. Nasze rodziny patrzą na to z niesmakiem, drżąc na samą myśl, że jutro całe miasteczko będzie wiedziało… Tylko o czym właściwie? Trudno powiedzieć. W końcu ludzie nie mają pojęcia, co dokładnie łączyło mnie z Jamiem Hawleyem. Nigdy nikomu nie powiedziałem, że to on był pierwszym człowiekiem, przez którego zakwestionowałem to, kim jestem, a kim nie.
Widocznie dla tego zdrajcy nasza relacja nie stanowiła takiej wartości! Lecz ja zdecydowanie za dobrze pamiętałem… wszystko. I wróciłem do Morneby, by – pokojowo lub nie – wyjaśnić, dlaczego Jamie Pierdolony Hawley zaręczył się z moją siostrą bliźniaczką.
Pogrzeby są dla żywych
Morneby, 2005
Domy Redfordów i Hawleyów stały naprzeciwko siebie. Były niemal identyczne: dwupiętrowe, z jasnymi, nieco już wypłowiałymi elewacjami oraz stromymi dachami. Odróżniały je wyłącznie ogrody. O ten po stronie Redfordów dbano, przycinano żywopłoty i trawę, która mimo wysokich temperatur zawsze pozostawała zielona. U sąsiadów rosły mlecze, osty oraz dzikie grzyby. Za posesjami rozrastał się las pachnący igliwiem i solą. Ścieżka zaczynała się tuż za ogrodzeniem; prowadziła między drzewa, w stronę morza, do dzikiej plaży, gdzie oprócz ostrych kamieni można było znaleźć odrobinę piasku.
Mama zawsze się krzywiła, kiedy mówiłem, że staruszka mieszkająca po drugiej stronie ulicy zaprosiła dzieciaki z osiedla na herbatę. Moja siostra, Hazel, miała tendencję do ładowania się w tarapaty. To ona odkryła gniazdo os w rynnie pani Hawley, a potem dźgała je patykiem. Pomagała babince wyciągać jajka z kurnika, po czym nosiła je na targ. Kobieta nieustannie powtarzała, że Hazel to jej ulubiona „wnuczka”. Bywałem zazdrosny i nie do końca rozumiałem zażyłość pomiędzy siostrą a sąsiadką. Jednak mama nalegała, bym towarzyszył im w spacerach i nie dopuścił do sytuacji, w której Hazel postanowi zjeść jakiś chwast z ogrodu. Jakby ona kiedykolwiek brała moje zdanie pod uwagę! Byłem starszy o zaledwie dwie minuty. Hazel nigdy się z tym nie pogodziła.
W Morneby wszyscy sobie pomagali. I wszyscy o sobie gadali. Dzięki coniedzielnym pogaduszkom matki z aptekarką dowiedziałem się, że pani Hawley umiera. Chyba nie do końca rozumiałem, co to oznacza. Wiedziałem tylko, że za żadne skarby świata nie mogę powtórzyć zasłyszanych słów siostrze. Przez tydzień wypytywałem wszystkich o śmierć. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Tata zafundował mi permanentną traumę, bo uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie obejrzenie ze mną bajki Wszystkie psy idą do nieba. Nigdy dotąd tak głośno nie płakałem. Mama się obraziła, ojciec spędził cały weekend na kanapie, a mnie było głupio, że jestem taką beksą.
Ciekawość, która wywoływała dyskomfort u dorosłych, wreszcie zaspokoił mój starszy brat, Finn. Zabrał mnie i swoją dziewczynę, Celeste, na cmentarz. Matka wcisnęła mi w ręce znicz, a oni wyjaśnili, co dzieje się z ludźmi po śmierci. Wizja bycia zakopanym trzy metry pod ziemią wcale nie napawała optymizmem. Koncept wiecznego raju lub potępienia również nie brzmiał zachęcająco. Mimo przygnębienia, jakie odczuwałem do końca dnia, nie byłem już ani ciekawy, ani przerażony. Zaakceptowałem fakty. Tylko one się przecież liczą. Człowiek rodzi się, doświadcza, a potem umiera.
Pani Hawley umarła. Hazel przeżyła szok, pozostałe dzieciaki z osiedla były co najmniej skonfundowane, toteż zebrałem je wszystkie i powtórzyłem słowa brata. Oficjalnie okrzyknięto mnie najmądrzejszym chłopcem w Morneby. Teraz ja musiałem odpowiadać na pytania, na które dorośli nie potrafili znaleźć odpowiedzi. Byłem całkiem niezły w dochodzeniu do prostych wniosków, gdyż z łatwością dostrzegałem schematy. Rodzina sądziła, że zostanę kiedyś kimś wielkim. Może naukowcem, inżynierem, lekarzem… Tylko Hazel się ze mnie nabijała, a ja pozwalałem jej na to, bo okrutnie tęskniła za ukochaną sąsiadką. Nienawidziłem, kiedy się smuciła. Ojciec mówił, że jako bliźniaki nie tylko jesteśmy do siebie podobni, ale czujemy tak samo. Chyba wziąłem to sobie za bardzo do serca…
Podczas pogrzebu próbowałem stać nieruchomo. Trzymałem splecione z przodu ręce, dokładnie tak jak robił to tata. Patrzyłem na trumnę, na wikarego, na ludzi ubranych w czarne stroje i próbowałem zrozumieć, co właściwie powinienem czuć. Hazel, stojąca obok, wierciła się bez przerwy. Najpierw przestępowała z nogi na nogę, a potem skubała rękaw wełnianej sukienki. Miała ich całą szafę, ale tylko ta była czarna. Upał jak ten nigdy dotąd nie ogarnął Morneby.
– Jestem spocona i chce mi się pić – szepnęła siostra, ciągnąc mnie lekko za marynarkę.
– Zamknij się – skarciłem ją, lecz nadal patrzyłem przed siebie. – To pogrzeb.
Hazel głośno westchnęła. Specjalnie.
– Ale czemu nagle wszyscy płaczą? – zapytała po chwili. – Przecież pani Hawley odeszła w zeszły wtorek. – Uniosła dłoń i zaczęła liczyć na palcach. – To było…
– Dziesięć dni temu – mruknąłem, by nie wymieniała dni tygodnia.
– No właśnie… – Kiwnęła głową. – A na dodatek dorośli w ogóle jej nie odwiedzali. Po co tu przyszli?
Zacisnąłem usta. Sam nie do końca to rozumiałem, ale wiedziałem, co trzeba powiedzieć.
– Bo tak wypada. Muszą się pożegnać.
– Ale ja już się pożegnałam. Jak jeszcze żyła.
To zbiło mnie z tropu. Spojrzałem na siostrę kątem oka. Była bardziej zdezorientowana niż smutna.
– No… dorośli robią to inaczej – mruknąłem. – Najpierw załatwiają ważne sprawy, a potem pozwalają sobie na smutek.
Zaplanowany smutek…
– To głupie.
Racja. To naprawdę głupie, by musieć odkładać emocje na później, ponieważ obowiązki są istotniejsze. Uświadomiłem sobie, że ja także kiedyś dorosnę. Będę chodził do pracy, płacił podatki, prowadził samochód… miał swoje dzieci. Wszyscy mają dzieci, prawda? Też się ich kiedyś dorobię. W obliczu dosłownie życia i śmierci postanowiłem, iż nigdy nie włączę swoim dzieciom bajki Wszystkie psy idą do nieba, a kiedy zaczną zadawać trudne pytania, odpowiem na każde.
– Masz rację, Haz, to głupie – przyznałem.
– Cicho – syknęła znienacka mama, nawet na nas nie patrząc. – Nie wiecie, jak macie się zachowywać?
Oboje z Hazel zamilkliśmy. Siostra przestała się ruszać tylko na chwilę. Po kilku sekundach znowu lekko bujała się na boki. Westchnąłem i uniosłem wzrok, żeby zająć czymś myśli.
Po drugiej stronie niewielkiego tłumu dostrzegłem chłopca mniej więcej w naszym wieku. Nie znałem go. Miał na sobie lekką, czarną koszulę, trzymał ręce w kieszeniach, a nogą rysował coś na żwirze. Wyraźnie się nudził. Szturchnąłem Hazel łokciem i skinąłem na niego. Spojrzała tam, gdzie ja.
– Nie wiem, kto to – szepnęła, domyśliwszy się, o co chcę spytać.
– Ja też nie.
Nieznajomy kopnął mały kamień i również uniósł głowę. Jego wielkie oczy błyszczały w słońcu. Miały ładny kształt. Były piwne. Albo zielone? A może brązowe… Po prostu na tle czystego nieba wydawały się jaśniejsze. Tak samo jak włosy chłopca – gęste, proste niczym druty, w odcieniu orzechów laskowych; opadały na czoło, przez co nieustannie je odgarniał.
Nie kontrolując tego, rozchyliłem wargi. Byłem potwornie spragniony. Stróżka potu ściekła mi po kręgosłupie. Zazdrościłem obcemu krótkiego rękawka. Uśmiechnął się do mnie zaczepnie, na co odruchowo odwróciłem wzrok. Poczułem, że robię coś niewłaściwego, lecz nie mogłem się powstrzymać. Po zaledwie trzech oddechach znowu na niego spojrzałem. Tym razem chłopiec wgapiał się prosto we mnie. Już się nie uśmiechał, nie robił żadnej miny. Zwyczajnie patrzył, jak gdyby sprawdzał, czy jesteśmy tak samo znudzeni.
Zaczęliśmy rozmawiać na spojrzenia.
„Niech już spuszczą tę trumnę”, zażądał.
„Uspokój się, to ceremonia”, odparłem.
„Martwych nie obchodzą ceremonie, one są dla żywych!”, zaprotestował.
„Ty jesteś żywy, powinno cię to obchodzić”, uznałem.
„Mam w dupie konwenanse”, stwierdził.
„Nie znam tego słowa”, skwitowałem.
No właśnie. Gdzie zasłyszałem słowo „konwenanse”? Bo przecież go nie wymyśliłem, a pasowało mi ono do wyimaginowanej rozmowy z nieznajomym. Chciałem zapytać mamę, niestety zdawała się zbyt pogrążona w irracjonalnej żałobie.
Po kilku minutach, kiedy wszyscy poświęcili uwagę wikaremu, usiadłem na niskim, kamiennym chodniku, tuż pod nogami taty. Udawałem, że poprawiam but. Chłopiec zrobił to samo. Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Oparłem brodę o kolano. On skopiował mój ruch, a potem posłał mi mniej zaczepny uśmiech.
„Chcę cię poznać”, mówiło jego spojrzenie.
„Tylko jeśli pozwolisz mi poznać siebie”, odrzekłem w ten sam sposób, poza słowami.
Siedzieliśmy tak, każdy po swojej stronie, obserwując się w skupieniu. Upał przestał mi przeszkadzać. Kazanie kapłana zlało się w monotonny szum, jakby dochodziło spod ziemi. Nawet Hazel przestała się wiercić.
Dopiero szarpnięcie za ramię wyrwało mnie z transu.
– Samuel – syknęła cicho, acz stanowczo mama.
Drgnąłem i poderwałem się na nogi. Uderzyło we mnie dziwne, niezrozumiałe poczucie winy.
– Przepraszam – bąknąłem, choć nie do końca wiedziałem czemu.
Ponownie obróciłem głowę, chłopiec też zdążył się podnieść. Teraz wisiał na ramieniu łysego mężczyzny, który niby próbował go uspokoić, jednak sam nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego nabożeństwem.
Po całej wieczności ludzie zaczęli się rozchodzić. Wszystko działo się zupełnie bez pośpiechu. Stałem obok rodziców, trochę sztywno, nie do końca wiedząc, co zrobić z rękami. Czułem się dziwnie, jakbym przegapił jakiś istotny element pogrzebu. Mama przyjrzała mi się wnikliwiej. Być może zauważyła jakąś zmianę, bo wyraz jej twarzy nagle złagodniał. Przyciągnęła mnie do siebie i objęła ramieniem.
– Och, Sammy – szepnęła. – Wiem, że ty też lubiłeś panią Hawley.
Czemu o niej wspomniała? Dlatego, że staruszka właśnie została zakopana? Lubiłem panią Hawley żywą, nie martwą. Pogrzeby nie są dla martwych, tylko dla żywych.
– Mhm… – mruknąłem zbywająco.
– Wszystko w porządku? – Chciała wiedzieć.
Kiwnąłem głową bez przekonania.
– Może pójdziesz z nami na konsolację? – zapytała. – Nie będziemy siedzieć długo, ale jako najbliżsi sąsiedzi pani Hawley, powinniśmy się tam pojawić.
– Konso…co? – Zmarszczyłem nos.
– To takie spotkanie w pubie po pogrzebie – wyjaśnił ojciec. – Emily, jak mówisz do dzieci, spróbuj chociaż sprawić, że cię zrozumieją – skrytykował ją.
– Ale Sam mnie rozumie, nie znał jednego słowa, więc o nie zapytał – obroniła się od razu. – Chcesz wychować idiotów? – Uniosła brew.
Tata uśmiechnął się pobłażliwie, a potem pogłaskał żonę po łopatce. Emily Redford nie znosiła, gdy ktoś zwracał jej uwagę. W tej kwestii się z nią zgadzałem. Nie zostałbym najmądrzejszym dzieciakiem w Morneby, gdyby mama zwracała się do mnie jak do głupka.
– Sam, chcesz iść? – Ojciec wbił we mnie zniecierpliwiony wzrok.
Zawahałem się. Wizja siedzenia wśród dorosłych, którzy zaczną gadać o pracy, pieniądzach i rozwodach, nagle wydała mi się bardziej męcząca niż sam pogrzeb. Ale jeszcze nigdy nie pozwolono mi pójść do pubu!
– Nie wiem…
Tata odetchnął, poprawił mankiet koszuli, po czym wzruszył ramionami.
– Nie musisz iść – dodał spokojnie. – Możesz wrócić do domu z Finnem i Hazel.
Spojrzałem na siostrę. Patrzyła gdzieś w bok, zirytowana oczekiwaniem, gdyż cała ta sytuacja dawno przestała ją obchodzić. Finn gdzieś zniknął. Zakładałem, że palił papierosa w krzakach. Jako jedyny wiedziałem o nałogu brata. Płacił mi za milczenie w batonikach.
– Jak chcesz, ale musisz się zadeklarować, bo wszyscy wychodzą z cmentarza – podkreśliła mama.
Jeszcze raz, zupełnie odruchowo, spróbowałem wzrokiem odnaleźć wśród ludzi tamtego chłopca. Bez skutku.
– Co to był za dzieciak? – palnąłem.
– Który? – Ojciec zmarszczył brwi.
– Ten, co stał przed Forbesami, najbliżej trumny – wyjaśniłem.
Hazel nagle wydała się zainteresowana rozmową. Podeszła bliżej.
– No właśnie… Kto to? – dociekała.
Wewnętrznie odetchnąłem z ulgą, bo gdyby siostra stwierdziła, że nikogo nie widziała, uznałbym, iż wgapiałem się w ducha. Mama i tata ewidentnie zastanawiali się, jak przekazać nam jakąś sensacyjną informację. W tym czasie Finn zdążył do nas dołączyć. Emily miała niezawodny słuch, wzrok i węch, tym samym od razu wyczuła swąd tytoniu.
– Paliłeś? – zapytała swoje najstarsze dziecko.
– Co? – Finn zmarszczył brwi. – Nie… Gadałem z panem Hawleyem, to on palił – skłamał.
Pan Hawley…? Nie ma „pana Hawleya”. W Morneby nie mieszkają już żadni Hawleyowie, bo właśnie zakopaliśmy ostatnią panią Hawley!
– Chryste… – Ojciec pokręcił głową. – Jeśli sąsiad będzie ci proponował papierosy, odmawiaj. To bardzo brzydki nałóg – skarcił mojego brata.
– Sąsiad? – wyłapała Hazel. – Ktoś zamieszka po drugiej stronie ulicy?
Matka potaknęła.
– Tak, wnuk cioteczny zmarłej, razem z rodziną. Ten chłopiec, o którym mówicie, to ich syn, James.
Nagle poczułem naprawdę mocny zapach papierosów i duszące, piżmowe perfumy. Obok nas zjawili się nowi sąsiedzi.
Pani Hawley miała krótkie włosy, mocny makijaż oraz wytatuowane ramiona. Od razu zwróciłem na to uwagę. Rodzice zawsze powtarzali, że tatuaże są dla kryminalistów albo celebrytów. Pan Hawley nosił skórzaną kurtkę, do której właśnie wetknął paczkę fajek. On nie miał żadnych włosów. Łysa głowa mężczyzny odbijała światło.
– Emily, Hectorze – przywitał się z moimi rodzicami. – To miłe z waszej strony, że przyszliście na pogrzeb.
– Jeszcze raz najszczersze kondolencje – rzuciła matka ze współczującym uśmiechem.
Potrafiła doskonale udawać, że kogoś lubi. Właśnie to robiła.
– Och, dzięki. – Pan Hawley zdawał się zaskoczony słowami kobiety. – Ciotka miała już swoje lata i bywała złośliwa, więc dobrze, że zrobiła nam wszystkim przysługę i nie odeszła zimą, co nie?
Pani Hawley cicho się zaśmiała, a moi rodzice kompletnie skamienieli. Zacisnąłem usta. Finn odchrząknął, podczas gdy ja i Hazel wymieniliśmy spojrzenia. Widok rozbawionych oczu bliźniaczki sprawił, że nie potrafiłem już dłużej tłumić śmiechu.
– Sam! – skarciła mnie matka.
– Przepraszam! – jęknąłem i zasłoniłem usta. – To silniejsze ode mnie…
No i się stało. Hazel również wybuchnęła, a zaraz za nią Finn. Rodzice załamali ręce.
Pani Hawley kucnęła, by mówić bezpośrednio do mnie.
– Nie przepraszaj. – Pokręciła głową. – Dzieciaki różnie radzą sobie ze stratą. – Popatrzyła na moją siostrę. – Ty musisz być Hazel – zwróciła się do niej. – Ciocia bardzo dużo o tobie opowiadała.
Dziewczynka przygryzła wargę. Poczułem małe ukłucie zazdrości. Gdyby nie ja, Hazel pewnie zebrałaby grzyby z ogrodu i zaserwowała je staruszce. Nie miała złych intencji, aczkolwiek moja siostra nie myślała o zagrożeniach, tylko o dobrej zabawie. Można powiedzieć, że uratowałem starej pani Hawley życie!
– Lilianno, Martinie, wybieracie się na konsolację? – zapytał mój ojciec.
– Och, nie – zaprzeczył łysol. – Mamy masę roboty, a i tak nie znamy nikogo z okolicy. Wikary wyprawił bardzo ładny pogrzeb, mieszkańcy miasteczka z pewnością zadbają o dobre imię ciotki, tymczasem my zajmiemy się remontem – streścił. – Ale wy bawcie się dobrze.
Kiedy pani Lilianna stanęła prosto, a dorośli i Finn oddali się rozmowie, zacząłem rozglądać się za chłopcem, z którym wymieniałem spojrzenia. Hazel poczuła się widocznie częścią dyskusji, gdyż przywarła do spódnicy mamy.
– Jamie! – zawołał nagle Martin Hawley.
Od razu się obróciłem. Zobaczyłem jak brązowowłosy dzieciak z wielkimi, najładniejszymi oczami na świecie biegnie w naszą stronę. Kącik moich ust drgnął. James, a właściwie Jamie Hawley, skupił się na mnie. Przyspieszył. Wskutek prędkości zwiewna, czarna koszula przylgnęła do jego bardzo szczupłego ciała. W promieniach słońca dostrzegłem, że na nosie ma ładne piegi. Pędził, jakby chciał się na mnie rzucić. A nawet nie zdążyliśmy się sobie przedstawić! Odruchowo uniosłem rękę. Już miałem go chwycić, kiedy nagle chłopiec potknął się o własne nogi i rąbnął kolanami oraz łokciami o bruk. Skrzywiłem się. Na jego miejscu ryknąłbym płaczem. Ale on… Nie. Jamie Hawley nie płacze. Uniósł wysoko brodę. Lekko ją zdarł, lecz zdawał się nawet tego nie odczuwać. Wręcz przeciwnie, mocno zacisnął powieki, po czym wybuchnął śmiechem.
– Aua! – krzyknął, lecz nieustannie się śmiał. – Ale boli! – I nadal.
Co w tym zabawnego?
– Chryste – mruknęła moja mama.
– James…! – krzyknął jego ojciec.
– Jamie? – wydukała Hazel.
Zrobiłem nieśmiały krok w stronę chłopca. Znajdowałem się najbliżej, zatem uznałem pomoc nowemu sąsiadowi za zasadną. Pani Hawley nie zdołała mnie wyprzedzić. Wyciągnąłem do Jamiego rękę, a on, nieprzerwanie rechocząc, złączył nasze palce. Dłoń chłopca okazała się brudna od żwiru i lepka od krwi. Mimo że był chudy, musiałem użyć sporo siły, by go podnieść. Zdarte kolana oraz łokcie od razu rzucały się w oczy.
– Mam apteczkę w aucie – rzucił mój ojciec.
– Nic mi nie jest, panie sąsiadzie! – zawołał Jamie, napierając na mnie całym ciężarem.
– Mówi się sąsiedzie – bąknąłem.
Chłopiec zmarszczył brwi. Obaj obróciliśmy głowy, by na siebie spojrzeć. Musiałem naprawdę mocno go trzymać, aby nie upadł, więc nasze nosy niemal się zetknęły. Miał naprawdę ładne oczy. I długie rzęsy… Piegi… Chciałbym, żeby moje piegi były ładne.
– Mam na imię Sam – wypaliłem, bo poczułem, że jeśli czegoś nie powiem, wybuchnę.
– Jamie – przedstawił się.
– Wiem. – Kiwnąłem głową.
Chłopiec swoją potrząsnął. Z tej całej bliskości mój jasny lok podrażnił jego policzek. Dopiero wtedy pani Hawley ukucnęła przy nas, wyrwała syna z moich objęć i zaczęła oglądać jego obrażenia.
– Nic mi nie jest – zapewnił i posłał mi kolejne, przenikliwe spojrzenie, równo nad ramieniem matki. – Sam mnie złapał.
Nie złapałem, tylko pozbierałem. Nie powiedziałem tego na głos, ponieważ nie chciałem odbierać sobie zasługi.
– Dzieci nie powinny biegać po cmentarzu. – Usłyszałem mruknięcie Emily Redford.
– Nikt nie powinien – poprawił Hector Redford.
– Zgadzam się, porozmawiamy o tym w domu. – Martin wbił w syna wymowny wzrok. – Będziemy już lecieć, miło się rozmawiało. Myślę, że się zakumplujemy, co? – Klepnął mojego ojca w łopatkę, posłał uśmiech mamie, a potem zbliżył się do swojej rodziny.
– Chodź, młody, zaniosę cię do auta, bo jak idziesz, to zwijają asfalt – stwierdziła pani Lilianna.
– Na tej wsi nie ma asfaltu – wytknął Jamie, ale pozwolił matce przerzucić się przez ramię.
Kiedy Hawleyowie odchodzili, nadal patrzyliśmy sobie z Jamiem w oczy. Nie słuchałem już marudzenia rodziców o tym, że nowi sąsiedzi z pewnością wywrócą nasze spokojne życie do góry nogami i że tak w ogóle to nie pasują do Morneby.
Hazel zdecydowała się wrócić z Finnem do domu. Ja tymczasem po raz pierwszy w życiu poszedłem do pubu.
Archetyp smutnego Brytyjczyka
Londyn, 2025
Przez całą drogę metrem do pracy przeglądałem oferty chińskich barów. Nienawidziłem komunikacji miejskiej, ale jeszcze bardziej drażnił mnie fakt, że zdążyłem przetestować każdą knajpę oraz pub w Walthamstow i nic mi tam nie smakowało. Gdyby moja żona, Nina, nie była w wiecznej rozsypce, przywiozłaby coś pysznego z Canary Wharf. Nowoczesne centrum korporacyjne z pewnością zawierało więcej ciekawych opcji niż Hackney. Ale Nina nie jeździła metrem, tylko autem, zatem jej podróż, zamiast trwać trzydzieści minut, zabierała co najmniej godzinę. W takich chwilach tęskniłem za możliwością obejścia całej miejscowości pieszo.
Uroki Londynu… Jest tu wszędzie daleko.
Nie pochodziłem ze stolicy, ale z małego, zapomnianego nadmorskiego miasteczka w hrabstwie Suffolk. Z tej perspektywy marudzenie o dobrego pad thaia może wydawać się absurdalne, aczkolwiek miałem realnie dosyć suchych kanapek ze szkolnej kafeterii i ostrych kurczaków z Nando’s. Wybrałem takie życie. Walczyłem o nie! Gdybym posłuchał rodziców… Na bank nadal byłbym nauczycielem matematyki, tyle że w rodzinnych stronach.
Kiedy wagon metra zatrzymał się na Hackney Central, zabrałem aktówkę i przepchałem się do wyjścia. Prawie wpadłem na drzwi, gdyż mój trampek się rozwiązał, a jakiś menel za wszelką cenę nie chciał mnie przepuścić.
Dorosłość ssie.
Nie powinienem tego mówić jako szanowny przedstawiciel ciała pedagogicznego, ale taka jest prawda! W dzieciństwie myślałem, że jeżeli będę dobrze się uczył, pójdę na studia i wreszcie zacznę pracę, wszechświat wynagrodzi mnie spokojnym, godnym życiem. Nic bardziej mylnego. Zrobiłem wszystko, jak należy, a i tak… Codziennie czułem, że tracę kontrolę.
Może to dlatego, że wpadliśmy z Niną na pierwszym roku studiów? Bardzo kocham naszą córkę i cieszę się, że będąc tuż po trzydziestce, mam już jedenastoletnie dziecko, któremu nie trzeba zmieniać pieluch. Nigdy więcej zasranych, zaszczanych pieluch… Jednak zapłodnienia pierwszej dziewczyny tuż po osiemnastce nie było w moim bingo!
Przechodząc przez szkolny dziedziniec, totalnie zignorowałem uczniów palących w krzakach papierosy. Powinienem zwrócić im uwagę, lecz wiedziałem, że to bez znaczenia, bo zaraz dopadnie ich dyrektor. Minąłem designerski wóz szefa, kiedy dochodziłem do siebie po spazmach, jakie powodował odór metra. Mieszkałem tu od jedenastu lat, a nadal nie przywykłem do woni spoconego człowieka o poranku.
W pokoju nauczycielskim wysłuchałem tyrady chemiczki o tym, że dzisiejsza młodzież nie posiada za grosz pokory, niczego nie umie, że kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów.
Może pójdę do tej samej tajskiej knajpy co ostatnio? Nie…
Miałem biegunkę przez tydzień, Nina przygotowywała się do zostania wdową, a nasza córka, June, zacierała rączki na spadek.
Jak powiedzieć jedenastolatce, że jeśli sczeznę teraz, zostanie jej po mnie tylko kredyt, karton płyt winylowych oraz kolekcja zbereźnych pornoksiążek, których nie powinna czytać przed osiągnięciem pełnoletności?
Wszedłem do klasy z kubkiem zimnej już kawy i aktówką pod pachą. Od razu uderzył mnie zapach markera oraz czegoś słodkiego. Ktoś znowu przyniósł energetyka… Żałowałem, że sam tego nie zrobiłem. Położyłem swoje rzeczy na biurku, trochę energiczniej, niż planowałem, przez co szmery i ostatnie rozmowy całkowicie ustały.
– Witaj, przyszłości narodu – powiedziałem z kpiną, przecierając dłonią zmęczoną twarz.
– Dzień dobry, panie Redford! – odmruknęli chórem.
– Nie wiem, czy taki dobry.
Kilka osób jęknęło, ktoś z tyłu cicho się zaśmiał, a ja zacząłem rozważać zmianę pracy. Nienawidziłem wystawiać słabych ocen. Moja mama, która również uczyła matematyki, twierdziła, iż z czasem mi przejdzie. Sęk w tym, że oceniając klasówki, sprawdzałem nie tylko wiedzę uczniów, ale również to, jak dobrze radzę sobie z przygotowaniem ich do egzaminów. Tym razem albo trafiłem na grupę totalnych idiotów, albo… Jestem beznadziejnym nauczycielem.
– Jeśli królowa nauk by się teraz spersonifikowała, wszyscy skończylibyście jak Ned Stark za rządów Joffreya – oznajmiłem, nawiązując przy tym do Gry o Tron.
Co poniektórzy się skrzywili, a mój „ulubiony” uczeń z ostatniej ławki, który znalazł promocję do następnej klasy w chipsach, uniósł dłoń.
– Co oznacza „spersonifikować”? – Chciał wiedzieć.
Ręce mi opadły. Oni mieli szesnaście lat, nie sześć! June posiadała większy zasób słownictwa!
Chryste, czy ja się zmieniam w tę starą, zrzędzącą babę z pokoju nauczycielskiego?
Musiałem sięgnąć w głąb siebie, by odnaleźć tam resztki empatii.
– Serio, Kyle? – Zrobiłem minę pełną politowania. – Zapytaj na angielskim.
Powinienem przestać gardzić licealistami. Sam ledwo przetrwałem szkołę średnią. Nie dlatego, że nie znałem „trudnych” słów lub nie rozumiałem matmy. Z tym radziłem sobie świetnie! To takie osoby jak Kyle regularnie łypały na mnie ślepiami i fantazjowały, że topią mi łeb w kiblu. Dobrze, że miałem fajnych kumpli, bez nich zbierałbym regularny wpierdol.
To nie są twoi szkolni koledzy, tylko młodzież, za którą jesteś odpowiedzialny. Polegają na tobie… Masz ich czegoś nauczyć, zamiast wyśmiewać. Wyśmiałbyś córkę?
– Przepraszam, miałem ciężki weekend, bo spędziłem go, sprawdzając te wasze wiedzowe popłuczyny, a sanepid zamknął jedyny sushi bar w Hackney, który lubiłem. – Odchrząknąłem. – „Spersonifikować” oznacza przyjąć ludzką formę, natomiast wyniki ostatniego testu sugerują, iż jestem tak złym nauczycielem, że powinienem zmienić robotę i zacząć sprzedawać garnki przez infolinię. – Przysiadłem na skraju biurka.
Atmosfera w sali nieco zelżała. Grupa wiedziała już, na czym stoi, i miała też świadomość, że to nie tylko ich wina.
– Większość waszych błędów wynika z tego, że nie słuchacie mnie podczas zajęć, a w efekcie nie ogarniacie, co robicie – ciągnąłem. – Rozumiem, że wasza uwaga została nieodwracalnie zniszczona przez TikToka, ale litości, czy mam włączyć wam Subway Surfa na rzutniku, żebyście się chociaż trochę skupili?
– W sumie… – Oczywiście, że Kyle zabrał głos. Ten dzieciak kiedyś doprowadzi mnie do grobu. – Mnie by się to przydało.
– To głupie – odgryzła mu się koleżanka z pierwszej ławki, Emma. Ona jako jedyna zaliczyła test.
– Jeśli coś jest głupie, ale działa, to znaczy, że wcale nie jest głupie! – odparował Kyle.
Mimowolnie się uśmiechnąłem. Aż za dobrze znałem to powiedzonko.
– To wszystko nie ma sensu – wymamrotała dziewczyna siedząca przy oknie, czyli Śpiąca Susie.
Co zajęcia musiałem przypominać jej, że drzemki ucina się w domu, a szyba to nie poduszka.
– Co nie ma sensu? – dopytałem.
– Matma.
Zmarszczyłem nos.
Nieprawda, matma jako jedyna ma jakikolwiek sens!
– Robimy jakieś dziwne zadania, coś przenosimy, coś dzielimy i nagle wychodzi wynik – kontynuowała. – Z całym szacunkiem, panie Redford, to nielogiczne.
Kilka głów się poruszyło. Ktoś mruknął „no właśnie”, toteż głęboko odetchnąłem.
– Niech będzie – użyłem znacznie spokojniejszego tonu. – Zapraszam do tablicy.
– Nie chcę! – wzbroniła się od razu Susie.
Uśmiechnąłem się pobłażliwie.
– W takim razie ja pójdę, ale musisz mnie pilnować, czy nie popełniam błędów, dobrze?
Uczennica się zawahała, aż w końcu potaknęła. Podszedłem do tablicy i zapisałem przykład.
– Mamy równanie – obwieściłem głośno, by każdy mnie słyszał. – Wiem, że na pierwszy rzut oka wygląda ono groźnie. Pytanie numer jeden: czy możemy je jakoś uprościć?
Odpowiedziała mi grobowa cisza. Miałem kiedyś koszmar, że matematyk z podstawówki wywołuje moje nazwisko. Nagle tracę ubrania, muszę podejść do odpowiedzi – robię to, mimo zimna i upokorzenia – a kiedy widzę liczby, zapominam wszystko, co wiem o matematyce. Szkoda, że stary belfer umarł, nim zdążyłem pochwalić mu się dyplomem. Może gdybym częściej odwiedzał Morneby albo dzwonił do rodziców, nie miałbym wiecznego poczucia, że coś jeszcze muszę załatwić…
– Wszystkie liczby są parzyste. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Emmy.
Odwróciłem się do niej.
– Ty jako jedyna dostałaś z klasówki sto procent, daj, proszę, szansę innym.
– Och… – zmieszała się. – Nie wiedziałam… Nie rozdał pan testów.
– A… no tak. – Przygryzłem wargę.
Musieli przeze mnie żyć w stresie. Kurwa.
– Spokojnie, poszło wam tragicznie, więc dostaniecie dwa terminy poprawy. Do systemu wpiszę najwyższą ocenę – oznajmiłem. – Możemy uznać sprawdzian za diagnostykę, co wy na to?
Kyle się zgłosił.
– Test diagnostyczny to tylko informacja o waszych słabych i mocnych stronach. Piszecie je na początku każdego semestru, Kyle.
– Dzięki, psorze.
– Nie jestem profesorem – mruknąłem i wróciłem do tablicy. – No… skoro wszystkie liczby są parzyste, to je upraszczamy. Dzielimy, żeby zrobiło się czytelniej.
Wykonałem kilka ruchów markerem, jedno skrócenie, drugie – równanie w zasadzie rozwiązało się samo.
– Dalej mamy kwadrat, więc będą dwa rozwiązania – dodałem już bardziej mimochodem.
– Dlaczego dwa? – odezwał się barczysty koleś z ostatniej ławki.
– Bo dodatnia i ujemna liczba po podniesieniu do kwadratu dają to samo. Przerabialiśmy to na początku semestru.
Pokiwał tępo głową. Oczywiście, że nie pamiętał…
– Podstawiamy i wychodzi… – rzuciłem, zerkając na tablicę.
– Szesnaście? – wtrąciła Susie.
Spojrzałem na nią.
– Pytasz czy odpowiadasz?
– Cztery plus dwanaście… – przeliczyła na głos. – To szesnaście.
Uśmiechnąłem się.
– Dokładnie.
Tym razem uczniowie faktycznie zaczęli pisać. Cud pedagogiczny!
– Pierwiastek z szesnastu? – dopytałem jeszcze.
– Cztery – odpowiedziało kilka osób naraz.
– No proszę, jednak potraficie mówić. I na koniec: plus albo minus. Dwa wyniki, zadanie rozwiązane. – Odłożyłem marker. – Cała filozofia. Nic skomplikowanego. Czy wszyscy jesteśmy na tej samej planecie? Kyle?
– Taaa. – Chłopak zacisnął usta, wbijając wzrok w tablicę. – Jak pan to tak pierwiastkuje i matematykuje, to ma sens.
– Bo to zawsze ma sens – odrzekłem spokojnie. – Tylko wy próbujecie robić wszystko naraz, nie notujecie każdego działania, część obliczacie za pomocą kalkulatora, część w głowie i nastaje chaos.
Oparłem lędźwie o biurko, czując, jak zmęczenie znowu daje o sobie znać.
A może zjem dziś meksykańskie?
– Ja chyba nadal nie czaję. – Zgłosił się nasz klasowy futbolista, Jason.
– Ale czego „nie czaisz”, Jason? – Chciałem wiedzieć.
– W sumie… To wszystkiego. Jakie liczby podzielne? O co z tym chodzi? I gdzie tu ta logika?
Rozmasowałem skroń.
Chłopie, zapisz się na korki, ja wysiadam, ale nie powiem ci tego w twarz, bo za bardzo lubię swój nos i coś czuję, że twoja kariera naukowa obchodzi cię mniej niż chęć naparzania się z ludźmi, którzy cię obrażają.
Odbiłem się od mebla, wsunąłem dłonie w kieszenie ciasnych jeansów i przeszedłem się po sali. Musiałem znaleźć sposób, by trafić do nich wszystkich, a na razie szło mi to tak marnie, jak trafianie piłką do bramki na każdych zajęciach sportowych w szkole.
– Matematyka to zbiór… – zacząłem.
– Bez zbiorów, tego już absolutnie nie ogarniam – wtrącił Kyle.
Zaśmiałem się z bezradności.
– Okej, to inaczej. – Stanąłem przy ostatnich ławkach.
Uczniowie siedzący z przodu obrócili głowy.
– Potraktujcie całą teorię matematyczną jak instrukcję obsługi – zasugerowałem. – Na pewno kiedyś składaliście meble albo… Sam nie wiem, graliście w jakąś grę. Tam też są wytyczne. – Spojrzałem na Jasona. – Czy w sporcie są zasady? – zadałem mu wybitnie głupie pytanie.
– No tak – potwierdził, robiąc minę, jakby odkrywał właśnie Amerykę.
– W matmie też – pociągnąłem. – Tak samo w życiu. Nie popełniamy przestępstw, bo zakazuje nam tego prawo. A przez konwenanse, to, co „wypada” lub nie, czasem powstrzymujemy się też od robienia rzeczy, których pragniemy. Albo wybieramy drogę na skróty, choć Google Maps każe nam iść inną ścieżką. Ta droga na skróty to na przykład skracanie ułamków albo korzystanie ze wzorów, choć jeśli ich nie znamy, dojdziemy do takiego samego wyniku bez ich użycia. Możemy obliczyć połowę działania w głowie, połowę na kartce, jednak to doprowadzi do bałaganu w notatkach, a on sprawi, że z łatwością się pogubimy.
– Do czego pan zmierza? – zapytała skonfundowana Susie.
Matka zawsze powtarzała, że mam skłonności do wpadania w dygresje.
A było wystawić wszystkim pałę i zacząć nowy temat.
– Do tego, że liczby to fakty. Na poziomie liceum matematyka sprowadza się do porządku i schematu. Dlatego porównałem ją do instrukcji obsługi albo do prawa.
Wróciłem pod tablicę.
– Jeżeli użyjecie wzoru, uzyskacie pożądany, poprawny wynik – dodałem. – Tak samo jak otrzymacie dyplom, jeśli zaliczycie moje zajęcia i zdacie egzaminy. Nie wpadniecie pod samochód, jeżeli zaczekacie na zielone światło. Nie wylądujecie na wytrzeźwiałce, gdy nie napijecie się wódki. – Wzruszyłem ramionami. – To aż takie proste!
Widząc, że Kyle się zgłasza, powstrzymałem przewrócenie oczami.
– Kyle… – Oddałem mu głos.
– A czynnik losowy? – dopytał.
Zmarszczyłem brwi.
– To wykracza poza zakres waszego materiału, nie musisz się nim przejmować – odparłem.
– Chodziło mi o życie – doprecyzował. – Są rzeczy, których nie da się kontrolować. Mogę nie dostać dyplomu, bo na szkołę spadnie meteoryt. Jakiś debil za kółkiem zignoruje sygnalizację świetlną. Ktoś doleje mi absyntu do drinka. – Zrobił znaczącą minę. – Nie mamy wpływu na decyzje innych ludzi, na pogodę, na to, że czasem czujemy się gównianie…
Moja metafora właśnie poszła się pieprzyć.
– Zresztą… – Chłopak całkiem się odpalił. Ciekawe, czy na innych przedmiotach też snuł takie wywody. – Gdybyśmy zawsze postępowali zgodnie z zasadami, byłoby nudno. Każdy z nas wiódłby identyczne, pozbawione ekscesów, szare życie. Bylibyśmy jak mrówki albo… No nie wiem… Armia żywych trupów sterowana przez Białych Wędrowców. – Uniosłem brew, kiedy tak samo jak ja na początku lekcji nawiązał do Gry o Tron. – No i… bądźmy szczerzy, panie Redford, samych siebie też nie zawsze możemy kontrolować.
– Nie? – Zrobiłem zaciekawioną minę.
Mały dupek właśnie burzył mi światopogląd. Poczułem, że zaczynam się pocić. To nie była wina Kyle’a, a ja niepotrzebnie go demonizowałem. Nie chciałem tego robić, tym samym potwierdziłem tezę chłopaka. Stosowałem mechanizm obronny. Mur, który przez lata tak pieczołowicie budowałem, kruszył się i kruszył pod ciężarem każdego jego słowa.
– Potrafimy kontrolować swoje reakcje, ale nie uczucia, a one czynią nas tym, kim jesteśmy – podsumował.
Kim jestem? Odpowiedzialnym dorosłym, ponieważ oświadczyłem się dziewczynie, kiedy wyznała, iż zaszła ze mną w ciążę. Nauczycielem matematyki, bo nie byłem w stanie połączyć wczesnego ojcostwa z robotyką. Ojcem starającym się wychować jedenastolatkę. Synem, który nie dzwoni, ale ułożył sobie życie i nikogo nie zawiódł. Jestem podatnikiem, kredytobiorcą, trybikiem systemu… Jestem… Szczęśliwy! Jestem bardzo, kurwa, szczęśliwy! Moja żona to cudowna kobieta. Sąsiedzi na klatce się z nami witają, nikt nie wytyka nas palcami, mieszkańcy Morneby wierzą, że robię karierę! Moja matka jest ze mnie dumna. Przekazałem dalej nazwisko, skończyłem studia, kupiłem mieszkanie… Jak miałbym nie być szczęśliwy? Takie są fakty, a tylko prawda – coś, co da się obliczyć oraz potwierdzić – stanowi bezpieczeństwo. Moje życie to wzór. Bardzo prosty wzór. Pozbawiony czynnika losowego. Popełniliśmy z Niną błąd, bo się nie zabezpieczyliśmy, lecz i tak wyliczyliśmy równanie, gdyż wyszliśmy na prostą. Wszystko jest dobrze. Ja jestem dobry. Jestem…
– Ma pan wpływ na to, co pan czuje? – wałkował Kyle.
Nie udzieliłem odpowiedzi. Nie zarejestrowałem momentu, w którym usiadłem na biurku, a nie za nim. Rozpiąłem jeden guziczek koszuli. Mój trampek znowu się rozwiązał. Wsunąłem palce we włosy i odetchnąłem.
– Czy po prostu odczuwa pan różne rzeczy i świadomie wybiera, co z tymi emocjami zrobić?
Jamie… Pierdolony Jamie Hawley by cię uwielbiał, Kyle.
– Panie Redford? – zapytała z troską Emma.
Panie Redford? Mój ojciec to „pan Redford”. Mam na imię Sam. Jestem debilem, który chodzi na imprezy tylko po to, żeby pogapić się na Jamiego Hawleya i liczyć, że potem pójdziemy do jego sypialni, żeby się całować. Nie… Nie idźmy w tę stronę, błagam. Jestem mężem, ojcem, jestem…
– Jestem gejem – wypaliłem na głos.
W sali zapadła grobowa cisza. Te słowa opuściły moje usta po raz pierwszy w życiu i nie miałem pojęcia, co nastąpi po nich. Zrobiłem się blady jak kartka, a okulary zsunęły mi się z nosa.
Poczułem się trochę jak umęczony, grany przez Hugh Granta, archetyp smutnego Brytyjczyka. Chciałbym, żeby zagrał mnie Hugh Grant. Jego symetryczna twarz przyprawiała mnie o skręt kiszek już od dzieciaka. Mama zawsze puszczała filmy, w których grał, i razem z moją siostrą do niego wzdychały. Im wolno było zachwycać się aktorami, podczas gdy ja czułem, że nie powinienem. Tak samo jak Hazel mogła śmiało twierdzić, że Jamie z każdym dniem coraz bardziej przystojnieje. Mnie nie wypadało tak mówić ani okazywać zazdrości. Kim bym był, gdybym kazał Hazel trzymać łapy z dala od Hawleya, ponieważ to ja zdążyłem już odkryć wszystkie jego czułe punkty, wiem, gdzie pocałować, by się zaczerwienił, i potrafię doskonale określić, czy jego mina oznacza podniecenie, czy zwyczajnie się ze mną droczy.
Kim bym był, gdybym przestał kłamać, że seks z Niną nie stanowił w moim wykonaniu aktu desperacji. No kim? Ale… Czułem te wszystkie rzeczy, myślałem o nich. Taki jest fakt. Prosta matma. Nic szczególnego.
– Panie Redford? – Susie odezwała się ponownie.
Przełknąłem ślinę, poprawiłem okulary i odchrząknąłem. Uczniowie wgapiali się we mnie jak apostołowie w zmartwychwstałego Jezusa.
– YouMeSushi na Mare Street – chlapnął znienacka Kyle.
– Hm? – Początkowo nie zrozumiałem, o czym mówi.
– Zamknęli pana ulubiony sushi bar – wyjaśnił. – Po YouMeSushi nigdy się jeszcze nie posrałem, więc polecam.
Rozchyliłem wargi. Właśnie wyszedłem z szafy, w której tkwiłem od trzydziestu lat. I co? Świat się nie skończył? Oceany nie wyschły, wulkany nie wybuchły, a planeta nie pękła na pół?
– Możemy jeszcze raz przerobić te równania? – zapytał Jason. – Serio nie ogarniam, o co chodzi.
– I kiedy poprawka? – dopytała jakaś dziewczyna, która dotychczas nie brała udziału w konwersacji.
Zerknąłem na Kyle’a, bo spodziewałem się, że to wszystko spokój przed burzą i zaraz padnie jakiś nieprzyjemny komentarz. Chłopak nie podniósł nawet wzroku znad telefonu.
– Uuu, mają ramen z owocami morza – powiedział bardziej do siebie niż do mnie.
Czy on naprawdę przeglądał teraz menu sushi baru?
Obróciłem się w stronę tablicy, aby zmazać zapisane na niej zadanie.
– Jestem gejem – wyszeptałem tak, by nikt nie usłyszał. – Żona mnie zajebie.
Zabawa w wojnę
Morneby, 2006
Na początku wszyscy mówili tylko o nowych sąsiadach. Remont domu zajął im parę tygodni. Wprowadzili się, gdy farba przestała śmierdzieć, a ze strychu zniknęło gniazdo szerszeni. Po wakacjach Jamie miał dołączyć do naszej szkoły. Żywiłem cichą nadzieję, że będziemy razem w grupie, choć nie widziałem go od pogrzebu. Pierwszy raz byłem zadowolony, że mama przystaje na dłużej w każdym sklepie i plotkuje ze sprzedawczyniami. Dzięki temu dowiedziałem się, iż Hawleyowie mieszkali dotychczas w Ipswich. Martin prowadził komis samochodowy, a Lilianna pracowała w studiu tatuażu. Taki biznes nie sprawdziłby się w Morneby. Naszej demografii brakowało celebrytów i kryminalistów do dziarania.
Na Emily Redford spadło więc bardzo trudne zadanie. Musiała udowodnić, że wcale nie jest nieodpowiedzialna i nie wiedziała, że jej dzieci odwiedzają posesję, która wymaga dezynsekcji. W ramach zadośćuczynienia przynosiła aptekarce, krawcowej i pani z mięsnego najciekawsze informacje o tym, co dzieje się za płotem. Hawleyowie rzadko odwiedzali pub, rynek lub kościół. Ich dom zdawał się pusty, mimo że znowu ktoś tam mieszkał. Ogród pozostał zarośnięty, a płot niezreperowany.
Matka patrzyła na to przez okno i marszczyła brwi.
– Gdyby nie chcieli, żeby ludzie o nich rozmawiali, to chociaż skosiliby trawnik – skomentowała, dolewając śmietankę do herbaty.
– Kobiety i ich plotki. – Ojciec westchnął znad gazety. – Martin jest zarobiony. Kupił ten blaszak obok przychodni. Otworzy warsztat.
– Skąd wiesz? – zaciekawiła się mama.
Powstrzymałem przewrócenie oczami i wsunąłem ciastko do ust. Był wieczór, tak że nie mogłem się już bawić na zewnątrz. Hazel pojechała gdzieś z Finnem, a ja ubolewałem, bo musiałem pożegnać przyjaciół. Zawsze wracałem do domu jako pierwszy, tuż po zachodzie słońca. Ashley i Elliot zapewne wciąż przebywali na dzikiej plaży i nabijali się ze mnie. Kumplowali się bardziej ze sobą nawzajem niż ze mną, a moi rodzice właśnie dali im kolejny powód do żartów.
– Sam, zejdź z blatu, tu się je, a nie siedzi. – Mama obróciła się od okna, toteż dostrzegła, że nie zajmuję miejsca za stołem, tylko na nim.
– Odpuść mu trochę, Em, nudzi się, nie widzisz? – mruknął tata.
Mimo wszystko grzecznie zsunąłem się na krzesło.
– No… Skąd wiesz? – Mama ponowiła pytanie, jednocześnie otwierając lodówkę.
Uzupełniła rondel mlekiem, a ja już wiedziałem, że zostanę zmuszony je wypić. Walczyłem ze sobą, czy bardziej chcę dowiedzieć się czegoś o Hawleyach, czy nie mam ochoty na mleko.
– Spotkałem Liliannę w banku, przyszła po pożyczkę – oznajmił. – Trochę porozmawialiśmy.
– Żona bierze pożyczkę na jego interes? – Matka zacmokała z dezaprobatą.
– Martin po prostu nie miał dziś czasu. – Tata złożył gazetę i oddał się rozmowie. – Nie rozgaduj wszystkiego po mieście, bo potem wyjdzie, że każdy posiada te informacje od ciebie, i będziesz płakała, jak koleżanki się od ciebie odwrócą.
Zdusiłem śmiech. Moja matka była największą plotkarą w Morneby, dlatego u nas wszystko musiało wyglądać dobrze. Trawa przystrzyżona, firanki czyste, światło wyłączone o odpowiedniej porze… Emily Redford dbała o wizerunek bardziej niż o cokolwiek innego.
Po niespełna trzech tygodniach… Świat stanął na głowie. Zmianom najpierw uległ ogród sąsiadów, a potem stosunek mamy do nich.
Lilianna Hawley wpadła do nas nieproszona. Otworzyłem drzwi i wiedząc, że to żaden porywacz, zaprosiłem ją do środka. Matka wpierw mnie skrzyczała, lecz potem wyciągnęła butelkę wina. Z jakiegoś powodu, kiedy ono zniknęło, kobiety się uśmiechały, żywo rozmawiały i wyznawały sobie dozgonną miłość.
Ciekawe, co na to tata?
Widocznie nie miał nic przeciwko, bo już następnego dnia wytaszczył z piwnicy grilla. Wieczorem Hawleyowie przynieśli kiełbasę, ale nie było mi dane się dowiedzieć, jak minął im czas, bo Finn dostał przykaz, by zabrać mnie i Hazel do Inflata Nation w Ipswich.
Przestrzeń wokół domu sąsiadów zdawała się teraz co najmniej niepokojąca. Pani Lilianna przycięła krzaki, wyrwała chwasty, a pan Martin zreperował płot. Ich ogród dalej nie był ładny, raczej dziwny, trochę nierówny, jednak przestał straszyć. Hawleyowie zaczęli wychodzić do miasta. Witali się z niemal wszystkimi. Nieszczególnie ciepło, aczkolwiek wystarczająco, żeby ludzie ich nie obgadywali. Tamtego lata niestety nie zobaczyłem już Jamiego. Ponoć rodzice opłacili mu obóz sportowy, zanim ciotka umarła, a oni podjęli spontaniczną decyzję o przeprowadzce.
Nie miałem pojęcia, kiedy Hawleyowie przestali być obcymi i stali się po prostu sąsiadami. Mama bardzo zbliżyła się z panią Lilianną. Kobieta podjęła pracę jako fryzjerka. W miasteczku nadal nie powstało studio tatuażu, tylko warsztat Martina. Nie przybyli tu celebryci ani kryminaliści. Finn „nie palił” papierosów, a gdy w końcu Jamie wrócił z obozu, spotkaliśmy się w podobnym układzie co ostatnio.
Apel rozpoczynający nowy semestr w St. Andrews Primary School tak bardzo wymęczył mnie, Hazel, Elliota i Ashley, że nawet nie wróciliśmy po nim na obiad. Całe szczęście, że moja mama jako nauczycielka matematyki w szkole średniej musiała być w Leiston na własnym apelu. W Morneby nie powstało żadne liceum, toteż zatrudniła się w najbliższej miejscowości. Tata i tak miał firmę ubezpieczeniową w Leiston, zatem pojechali razem. Niby pilnował nas Finn, lecz gdy on i Celeste wrócili z pracy, kazali nam trzymać się z dala od domu i pod żadnym pozorem nie wchodzić do jego sypialni.
Od razu pognaliśmy więc na plażę. Słońce znajdowało się jeszcze wysoko, choć nie grzało już tak, jak podczas pogrzebu pani Hawley. Wiał lekki wiatr, a wilgotne powietrze zrobiło się ciężkie od soli.
Podzieliliśmy się na drużyny. Ja z siostrą przeciwko Elliotowi i Ashley. Narysowaliśmy patykami dwa koła w piasku. Zasady były proste: pilnujesz swoich granic, jednocześnie próbując przekroczyć ich. Hazel odgrywała rolę atakującej, podczas gdy mnie przypadło bronienie naszego terytorium.
– Nie podchodź! – zawołałem, stając szerzej nad kołem.
– Spróbuj mnie zatrzymać – odparła z uśmiechem Ashley.
Zablokowałem dziewczynkę ramieniem, śmiejąc się kpiąco, gdy próbowała mnie obejść. Z boku Elliot chciał odgonić Hazel, jednak ona obrała taktykę kopania kolegi po kostkach. Przez chwilę śmialiśmy się i toczyliśmy zawziętą walkę… Aż nagle kątem oka dostrzegłem wielkie piwne oczy, gęste, brązowe włosy oraz piegowaty nos. Jamie stał trochę dalej, przy ścieżce, jakby się zastanawiał, czy podejść. Znieruchomiałem na ułamek sekundy.
– Sam! – krzyknęła Ashley, szturchając mnie mocniej, niż się spodziewałem.
Straciłem równowagę. Piasek osunął mi się spod nóg i runąłem na ziemię. Dopiero kiedy uderzyłem plecami o kamienie, reszta odwróciła się w stronę, w którą patrzyłem. Zapadła cisza. To sprowokowało Jamiego, by zdecydowanym krokiem do nas podejść.
A może to nie to? Może coś innego stanowiło zapalnik?
Chłopiec zatrzymał się tuż obok mnie i wyciągnął rękę.
– Cześć, Sam – mruknął. – Co ty na to, że teraz to ja cię pozbieram? – zapytał z szelmowskim uśmiechem.
Skupiłem wzrok na jego dłoni.
– Jamie…
Ze zmęczenia oddychałem przez usta. Pozostali wgapiali się to w Hawleya, to we mnie. Chwyciłem jego rękę i pozwoliłem się podciągnąć. Jamie otrzepał moje plecy z piasku. Dopiero wtedy poświęcił uwagę reszcie.
– Hej, w co się bawimy? – zapytał, bo dla niego to było oczywiste, że może do nas dołączyć.
– Hej – odezwała się Hazel. – W wojnę.
– W wojnę? – Chłopiec skrzyżował ramiona. – Bez kart?
Staliśmy z Jamiem dokładnie w polu, które wcześniej stanowiło terytorium moje i siostry.
– Chodzi o to, że dwie drużyny rysują sobie koło. Trzeba podbić teren przeciwnika, ale obronić swój – wytłumaczył zmieszany Elliot.
– Jest nieparzyście, więc teraz bez sensu grać – skwitowała Ashley.
Ciekawe, co ich rodzice mówią o Hawleyach…
– W porządku, zagramy w coś innego – odezwała się Hazel.
Poczułem dziwny dyskomfort. Dorośli z Morneby nie przepadali za obcymi, a dzieciaki nie lubiły ich jeszcze bardziej.
– Tylko w co? – Ashley uniosła brew.
Nie spuszczała wzroku z Jamiego i ze mnie, bo wciąż stałem tuż przy nowym koledze. No i znał moje imię, a jako że nie należałem do wylewnych osób, nie powiedziałem przyjaciołom o sytuacji na pogrzebie. Moja siostra widocznie też ich nie wtajemniczyła.
– Ummm… – Jamie przygryzł wargę. – Budowaliście kiedyś bazę? – zapytał.
– Taką z kamieni? – Chciał wiedzieć Elliot.
Hawley pokręcił głową.
– Taką z desek, gałęzi, starych koców i tak dalej… – wymienił. – Mam na podwórku masę śmieci. Zostały po przeprowadzce. Możemy zrobić dwie bazy, a potem będziemy o nie walczyć.
Uśmiech wkradł się na moje usta. Ten pomysł był o wiele lepszy niż rysowanie patykiem po piasku. Hazel się jednak nie spodobał.
– Nie chcę grzebać w śmieciach – żachnęła się.
– Nie pękaj, Haz, to brzmi fajnie! – Elliot zgodził się z Jamiem i do nas podszedł.
– No właśnie, chłopaki będą nosić ten syf, a my popatrzymy. – Ashley spróbowała zachęcić moją siostrę. Jej nastrój od razu się zmienił. – Ja w to wchodzę! – zapewniła.
– Sam? – Nowy dotknął mojego ramienia.
Kiwnąłem głową.
Wszyscy czekaliśmy na decyzję Hazel. Policzki dziewczynki poczerwieniały ze złości. Jej kręcone włosy i błękitne oczy wyglądały przez to na jeszcze jaśniejsze.
– Bawcie się beze mnie, pójdę zobaczyć, co robi Finn – burknęła, a potem obróciła się na pięcie.
– Haz! – zawołałem.
Ashley i Elliot jęknęli z irytacją. Wiedzieli, że to koniec zabawy.
– Wybaczcie – zwróciłem się do reszty.
Jamie zmarszczył brwi i złapał mój nadgarstek, nim odszedłem. Hazel zdążyła zniknąć za pierwszym drzewem na ścieżce.
– Dlaczego chcesz iść? – Sąsiad nie zrozumiał moich intencji.
– Bo to jego siostra, a Sam musi jej pilnować – wycedziła Ashley.
– Jesteś starszy? – Wbił we mnie zaciekawiony wzrok.
– O dwie minuty, to moja bliźniaczka.
– A… Fajnie. – Jamie nadal mnie nie puścił. – Jak masz ochotę, to leć, ale wiesz, że nie musisz robić wszystkiego co ona, nie?
Elliot wybuchnął śmiechem.
– Powiedz o tym Hazel!
Zawahałem się.
– Wróci tu, jak Finn wykopie ją z domu i zacznie się nudzić. – Hawley wzruszył ramionami. – Waszych rodziców przecież nie ma.
– I co z tego? – Nie wiedziałem, co ma na myśli.
– Finn jest ze swoją dziewczyną, pewnie się całują – rozjaśnił.
– Fuj! – pisnęła Ashley.
– No… Fuj – potwierdził Jamie. – Zobaczysz, Sam, Hazel tu wróci, a wtedy ty, jak na dobrego brata przystało, wpuścisz ją do naszej bazy. Zostanie księżniczką czy coś takiego.
– Ummm… Okej? – Uśmiechnąłem się blado. – Czyli chcesz być ze mną w drużynie?
Podczas zajęć sportowych albo w ogóle, do zabaw, które wymagały siły fizycznej, rzadko wybierano mnie jako pierwszego. Byłem dość szczupły i bardzo często się przewracałem.
– Zawsze – obwieścił, na co mój uśmiech się poszerzył. – Przecież mnie złapałeś.
– Technicznie to nie… – wybąkałem. – Upadłeś, a ja tylko pomogłem ci wstać, tak jak ty mnie. – Szarpnąłem nadgarstkiem.
Chłopak zrobił rozbawioną minę.
– Szczegóły… Kto by się tam nimi przejmował. – Machnął wolną ręką.
Ash i El wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
Ja. Ja się nimi przejmuję. Tyle że nie tym razem…
– Dobrze – zgodziłem się, a Jamie w końcu oddał mi wolność. – Zbudujmy bazę – obwieściłem, nieumyślnie przyciskając wyswobodzoną rękę do piersi.
Hawley miał rację, Hazel rzeczywiście do nas wróciła. Przyniosła nawet taśmę klejącą! Przyłączyła się jednak do zespołu Ashley i Elliota, bo nadal była na mnie obrażona. Początkowo czułem się z tym faktem źle, a potem pochłonęła mnie zabawa. Lub Jamie. Jamie Hawley okazał się paskudnie pochłaniający.
Po tygodniu siostra w końcu przestała się jawnie dąsać. Po raz pierwszy w życiu nie zrobiłem tego, czego chciała, tym samym, w zemście, zajęła szkolną ławkę obok swojej koleżanki, Nancy, zamiast koło mnie.
Można powiedzieć, że ta rozłąka wyszła nam na dobre, zwłaszcza że następnego lata Finn się wyprowadził, a ja dostałem jego pokój. Hazel coraz częściej spotykała się z Nancy. Dziewczyny nie chciały wtajemniczać mnie w swoje sprawy. Ashley też nie zapraszały, ponieważ traktowały ją bardziej jak chłopaka niż dziewczynę. Haz rzadziej przychodziła na dziką plażę. Czasem było nam przykro, zwłaszcza Elliotowi, bo uważał moją bliźniaczkę za „najfajniejszego Redforda”. Nadal sądziłem, że jest mi najbliższą osobą, lecz z czasem… Nawet nie potrafiłem określić, kiedy dokładnie zacząłem zwierzać się Jamiemu. Hawley rozumiał moje „męskie” problemy. I wymyślał najlepsze zabawy. Nie udawał też małego dorosłego, jak robiły to Hazel i Nancy. Przy nim zacząłem nawet żałować, że nie mogę zostać dzieckiem na zawsze.
Po roku, wchodząc do mojego domu, Jamie przestał pukać. Pani Hawley też kazała mi tego nie robić, gdy ich odwiedzałem. Chłopiec zostawiał buty tam, gdzie my. Dostał swoje miejsce przy stole. Wiedział, gdzie trzymamy sztućce oraz zapasowy papier toaletowy. Mama zaczęła nawet uwzględniać Jamiego w planach obiadowych, pytała go o szkołę, a kiedy było za późno, by wracał do siebie, podsuwała szklankę gorącego mleka nam obu i odsyłała nas do łóżka. Ja rzadziej nocowałem u Hawleyów, lecz zawsze byłem tam mile widziany. Dostałem nawet swoją szczoteczkę do zębów, a pani Lilianna, wiedząc, jak bardzo kocham słodycze, zawsze trzymała je w szafkach kuchennych.
Któregoś zimowego dnia, kiedy wręczaliśmy sobie w szkole upominki świąteczne, zwróciłem uwagę, że mój prezent zawiera ulubione chipsy Hawleya, a jego – moją ulubioną czekoladę. Koledzy włożyli łakocie do paczek w ten sposób, bo wiedzieli, że się nimi podzielimy, a nie pamiętali, który z nas co woli. Nagle nie byłem już Samem Redfordem, cichym, przemądrzałym bratem bliźniakiem Hazel, a Jamie nie był nowym, głośnym dzieciakiem, który tu nie pasuje. Staliśmy się nierozłącznym duetem. Jeśli ktoś chciał go w drużynie podczas zajęć sportowych, musiał wziąć też mnie. Gdy dobieraliśmy się w grupy na matematyce, nie rozwiązywałem zadania, jeśli w moim zespole nie było Jamiego. To czyniło nas niepokonanymi, bo mieliśmy zupełnie różne zdolności i predyspozycje. Nadal byłem trochę przemądrzały, a Jamie nieprzerwanie był głośny, lecz nam to nie przeszkadzało. A wszyscy inni… Jak to mawiał Finn? Mogli nas pocałować w dupę.
Latająca kablówka
Londyn, 2025
Moja żona ma karierę, ja pracę.
Kiedy Nina zaszła w ciążę, musieliśmy opuścić akademik i wynająć mieszkanie. Chcąc trochę dorobić, zabrałem się za zmywanie garów w pobliskim pubie. Kręciłem też lody trzy ulice dalej, no i czasem sprzątałem biurowce. Studia dzienne nie były mi pisane. Przeszedłem więc na zaoczne, a w efekcie wyleciałem i rok później wybrałem kierunek, który potrafiłem ukończyć. Z trudem przełknąłem gorycz porażki, kiedy zadzwoniłem do rodziców, by powiedzieć im o wpadce. Ku mojemu zaskoczeniu, fakt, iż zostaną dziadkami, wcale ich nie zawiódł. Rozczarowanie stanowiło jedynie to, że nie odezwałem się od razu i nie poprosiłem o pomoc. Nie znosiłem tego robić. Tak samo jak słuchać: „A nie mówiłam?”, wypowiadanego przez matkę. Ale z przyjścia June na świat się cieszyli. Tak samo jak z tego, że w moim życiu wreszcie pojawiła się kobieta. Razem z rodzicami Niny wyprawili nam wesele. Kilka miesięcy po nim moja żona urodziła. To był najszczęśliwszy dzień w życiu Emily Redford. W końcu została babcią! Czas najwyższy. Finn i Celeste nie lubili dzieci, a Hazel… Chryste, Hazel to osobna historia.
Moja siostra nie myślała o stabilności. Tak samo jak Nina robiła karierę, tylko że w odróżnieniu od niej – co tydzień inną. Haz zdążyła odbyć kurs kosmetyczny i fryzjerski. Potem wybrała studia z anglistyki, lecz zmieniła kierunek na historię sztuki. Liznęła trochę socjologii, filozofii oraz kulturoznawstwa. Okazało się, że żadna uczelnia, na którą ją stać, nie sprosta wymaganiom Hazel. Dziewczyna skończyła więc szkołę jogi, potem tańca towarzyskiego, a w tajemnicy przed rodzicami – pole dance. Zirytowana zaściankowością Morneby, przeprowadziła się do Leiston, później mieszkała przez chwilę w Ipswich, aż w końcu spróbowała swoich sił w Londynie. Kiedy uświadomiłem siostrę, że nie może siedzieć na moim garnuszku, bo mnie zwyczajnie na to nie stać, wróciła w rodzinne strony. Postanowiła, że teraz będzie influencerką, lecz Morneby bardzo szybko podcięło Hazel skrzydła. Szkoda, nadawała się do tego…
Czując, jak drażniący zapach sushi miesza się z wilgocią w kamienicy, myślałem wyłącznie o Haz. Co ona by zrobiła na moim miejscu? Nie dopuściłaby, kurwa, do takiej sytuacji! Zawsze wiedziała, co powiedzieć. Gdyby odkryła, że woli kobiety, na bank nawet by się z tym nie kryła. Albo przywiozłaby do Morneby swoją nową, wspaniałą, wyglądającą jak Scarlett Johansson żonę i każdy musiałby zaakceptować ich miłość!
Jeśli Hazel Redford czegoś chciała, zawsze to dostawała.
Pudełko z jedzeniem na wynos ciążyło mi, chociaż nie ważyło wiele. Plastikowa torba lekko skrzypiała przy każdym kroku. Znałem te schody na pamięć. Każdą rysę na ścianie, smród wilgoci zmieszany z czymś smażonym, ciągnącym się od mieszkania sąsiadki z półpiętra. Wszystko było dokładnie takie, jak codziennie, a jednocześnie zupełnie inne. Zatrzymałem się na chwilę. Zacisnąłem mocniej palce na pudełku. Serce biło mi zdecydowanie za szybko.
June odbywała jeszcze zajęcia na basenie. Miałem ją odebrać za niecałą godzinę. Młoda zawsze cieszyła się z dodatkowych lekcji, do tego stopnia, iż opowiadała trzy historie naraz, chlapiąc dookoła wodą z włosów. Do znudzenia powtarzałem jej, że musi używać suszarki. Jak na jedenastolatkę przystało, absolutnie nie chciała mnie słuchać.
Cokolwiek się stanie, zobaczę dziś June… Chyba że Nina mnie najpierw zabije albo wystąpi o zakaz zbliżania lub powie córce, że tatuś jest podłym człowiekiem i nie wolno nawet patrzeć w jego kierunku.
Nina by tego nie zrobiła. Jasne, byliśmy małżeństwem, lecz ten związek nie opierał się na pożądaniu, wybuchach złości, epickich rozstaniach oraz wracaniu od siebie. Przyjaźniliśmy się, toteż czułem, że jestem jej winny szczerość. Pewnie siedziała teraz w kuchni albo na kanapie, może z laptopem, trzaskając nadgodziny. Na pewno miała zmęczony po całym dniu wyraz twarzy. Wyobraziłem ją sobie tak wyraźnie, aż coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej.
Naprawdę kocham Ninę. Tylko… nie tak. Latami udawałem, że wszystko znajduje się na swoim miejscu i wystarczy trochę wysiłku oraz przyzwyczajenia, żeby związek miał prawo bytu. Nasz przecież miał. Zrobiliśmy sobie dzieciaka! Dużo rozmawialiśmy, lubiliśmy podobne filmy, zawsze zgadzaliśmy się co do wakacji, a nasze poczucie humoru było identyczne! Jest pewien szkopuł, od roku nie uprawialiśmy seksu. Gdyby się zastanowić, mógłbym policzyć na palcach wszystkie razy, kiedy od narodzin June poszliśmy do łóżka. Przepadałem za osobowością Niny bardziej niż za jej ciałem. Uznawałem je za… estetyczne, piękne, godne podziwu, gdyż wydało na świat człowieka. Lecz nie za seksowne. Bardziej niż całować żonę, chciałem z nią gadać. A kiedyś przecież całowałem Jamiego Hawleya tylko po to, by skończył już pierdolić kocopoły…
Stop. Nie. To go nie dotyczy.
Stałem na klatce schodowej, z tym cholernym sushi, i próbowałem zebrać się w sobie, żeby zrobić kilka ostatnich kroków.
Życie jest jak matma, Sam. Coś stanie się na pewno – albo zostaniesz zamordowany, albo, niestety, będziesz musiał jakoś dalej funkcjonować.
– Ty debilu…
Powinienem być wobec Niny uczciwy od początku, a nie dopiero teraz, kiedy mamy wspólne życie i wszystko w końcu układa się po naszej myśli. Na początku pomoc finansowa ze strony rodziców okazała się zbawienna. Przestaliśmy brać od nich jakiekolwiek pieniądze, gdy tylko skończyliśmy studia, czyli prawie dekadę temu. Byłem nauczycielem od ośmiu lat, Nina dostała niedawno awans w tym swoim korpo. June dobrze się uczyła, miała znajomych, pasje, dobrą relację z nami.
Poczucie winy dało mi w mordę agresywniej, niż kiedykolwiek zrobił to Mason Foster z liceum.
Podszedłem pod drzwi. Przez chwilę tylko na nie patrzyłem. Wystarczył jeden ruch. Wyobraziłem sobie twarz żony, kiedy usłyszy moje wyznanie. Tak bardzo nie chciałem jej skrzywdzić… Wziąłem wdech, powoli, jak przed skokiem do zimnej wody, a potem nacisnąłem klamkę i przekroczyłem próg.
Nina siedziała przy wyspie kuchennej, przed laptopem, z otwartą paczką chipsów. Jej ciemnobrązowe włosy były w nieładzie, a piwne oczy ledwie utrzymywały skupienie na ekranie. Nie spodziewała się, że wrócę teraz, bez June, dlatego wbiła we mnie zdziwione spojrzenie.
– Sam?
Kobieta zarejestrowała, że przyniosłem sushi. Zamiast zapytać, gdzie nasza córka albo dlaczego jestem taki blady, podbiegła do mnie i zabrała jedzenie.
– Ozłocę cię – wypaliła. – Umieram z głodu!
Pozostałem w wejściu do kuchni, podczas gdy ona wyciągnęła talerze i pałeczki. Nigdy nie ogarnąłem, jak nimi jeść, choć żona próbowała mnie tego uczyć zawsze, gdy zamawialiśmy chińszczyznę. Czyli przynajmniej trzy razy w tygodniu.
– Dziś ja odbieram młodą? – zapytała, zerkając przy tym na zegarek. – Zaraz się zbiorę, musiałam zapomnieć… Jestem w rozsypce, bo CS znowu coś odjebał. Prawny staje na dupie, żeby to naprawić, a my mamy się zająć szacunkiem strat. Przez pół dnia wisiałam na telefonie z Helen. – Wpadła w słowotok, na co mimowolnie lekko się uśmiechnąłem. – Jestem straszną pindą, że zawracam jej dupę na macierzyńskim, ale kiedy przejmowałam stanowisko, powiedziała, abym dzwoniła, jeśli coś mnie przerośnie… No a ta sytuacja mnie zwyczajnie przerasta! – paplała dalej, jednocześnie wtykając sobie rolkę sushi do ust. – Jadłeś? Zostawić ci trochę? – Nie zaczekała na odpowiedź. – Helen podesłała mi jakiś plik w Excelu, który totalnie się rozsypał, tak że drugą połowę dnia spędziłam w IT. Uznałam, że osobiście pójdę na ich piętro, bo gdybym założyła ticketa, tak jak polecił mi Steve, nie doczekałabym się rozwiązania do następnej Gwiazdki. Ale gówno zrobili. No i…
– Nina – mruknąłem.
– Jeden z agentów z CS-a podesłał mi fixa…
– Nina.
– Okazuje się, że jak zawsze wszystko da się rozwiązać w trzy minuty, a najwięcej wiedzą ci, którzy zarabiają najmniej…
Kiwnąłem głową. Widocznie musiałem zaczekać, aż skończy narzekać na pracę. Nie miałem nawet do końca pewności, czym się zajmuje. Awansowała na liderkę działu finansów, aczkolwiek to, co robiła ta firma, pozostawało dla mnie czarną magią.
– Gdybym to ja była CEO, zrobiłabym totalną restrukturyzację! – Wskoczyła na wyspę i zjadła kolejną porcję sushi. – Zwolniłabym wszystkie te leśne dziadki, które nie potrafią nawet włączyć komputera, a myślą, że są w stanie zarządzać co najmniej setką informatyków. Pojebane. To jest po prostu pojebane, Sam, nie uważasz?
Gdy kobieta zrobiła przerwę na oddech, podszedłem bliżej. Miałem zaciśnięte gardło, a dłonie spociły mi się bardziej niż w dniu ślubu.
– Masz rację – potwierdziłem dla świętego spokoju.
– Oczywiście, że ją mam! – prychnęła. – Ale nieważne… Osiwieję przed czterdziestką, to na pewno… Może pofarbuję się na różowo? Pamiętasz, na studiach miałam zielone włosy…
