Od Elise - Julia Kubicka - ebook
NOWOŚĆ

Od Elise ebook

Julia Kubicka

5,0

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Tajemnice Haven High wkrótce mogą ujrzeć światło dzienne.

„Pragnęłam go mieć, a jednocześnie wiedziałam, że to niemożliwe”.

 

Elise i Michael są przekonani, że zbrodnia, którą popełnili na początku wakacji, pozostanie ich sekretem. Wszystko się zmienia, gdy odkrywają, iż ktoś niepożądany zna prawdę. Zmuszeni do działania, próbują ustalić, jak bardzo prześladowca może zniszczyć im życie.

 

Podczas konfrontacji na opuszczonym kempingu świadek ujawnia, że dostał tajemniczy SMS od nieznanego numeru. Ktoś zawarł w nim prawdę o zaginięciu Chada. Dodatkowo otrzymał polecenie, żeby utrudnić życie Elise, Michaelowi oraz ich przyjaciołom.

 

W jednej chwili wszystko wymyka się spod kontroli. Para rozumie, że wpadła w pułapkę – taką, z której nie mogą się wydostać ani nawet poprosić o pomoc, nie wyjawiając własnej winy.

Bo jak uciec przed kimś, kto zna twoją najgorszą tajemnicę…?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 681

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Julia Kubicka

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka

Korekta: Katarzyna Chybińska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Monika Baran

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-912-2 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OSTRZEŻENIE

Zanim podzielę się z Wami treścią Od Elise, chciałabym odpowiedzialnie ostrzec, że w książce występują: wulgaryzmy, przemoc, używki, naruszanie prawa i zasad moralnych, krew, wątki związane z brakiem samoakceptacji, zaburzenia odżywiania, trudne relacje rodzinne.

Wszelkie treści, które mogłyby być drastyczne w odbiorze, zostały opisane w sposób jak najmniej obrazowy.

Narracja pierwszoosobowa pozwoliła mi na opowiedzenie tej historii ustami bohaterów, którzy postępują irracjonalnie oraz nieodpowiednio, ponieważ posiadają określony zestaw cech i doświadczeń. Nie pochwalam ani nie gloryfikuję ich zachowań.

Proszę, pamiętajcie, że jedną z najistotniejszych cech książki stanowi to, iż często wpuszcza nas do głowy bohatera. W ten sposób o wiele łatwiej mu zaufać.

ZAWSZE MYŚLCIE ZA SIEBIE.

Książka została napisana w celach rozrywkowych, nie edukacyjnych. Sposób funkcjonowania poszczególnych instytucji może różnić się od tego, jak działają one w rzeczywistości. Zastosowałam tu podstawowy research. Decydując się na przeczytanie jej, akceptujesz świat przedstawiony dzieła w taki sposób, w jaki został opisany.

Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka: 800 12 12 12

To, czego nie potrafimy wyrazić słowami

Eyes Closed – HEXXENMIND

I’m Not Okay (I Promise) – My Chemical Romance

When She Told Me – Cassyette

The Fate of Ophelia (Rock) – Loop Theory

The Secret – Our Waking Hour

Kiss or Kill – Stela Cole

Bad Girlfriend – Theory of a Deadman

Sit Next to Me – Foster the People

Speak in Tongues – machineheart

Die For You – Wraithlurk

DADDY DON’T CRY – BEAUTY SCHOOL DROPOUT

Dead to Me (Reimagined) – Unlike Pluto, Joanna Jones, Palaye Royale

Golden – Harry Styles

I Did Something Bad – Taylor Swift

Blank Space – I Prevail

I Love This Part – The Wrecks

Break the Rules – Charli XCX

Vicious – Bohnes

Anything But Ordinary – Avril Lavigne

WORSHIP – Saint Vice

PEACE & VIOLENCE – Faouzia

Hose on a Hill – The Pretty Reckless

HELL TO HAVE YOU – Our Last Night, Sam Tinnesz

CANCELLED! – Taylor Swift

Cursed – The Requiem

Ghost – 5 Seconds of Summer

Medusa – John Michael Howell

PRINCESS OF POWER – MARINA

Somewhere Only We Know – Keane

Hammer to the Heart – Teddy Swims

Champagne Problems – Taylor Swift

Silver Spoon – Erin LeCount

Beautiful Baby – Elizabeth

Happier Than Ever – Loveless

Villains Aren’t Born (They’re Made) – PEGGY

The Smallest Man Who Ever Lived – Taylor Swift

Hermit the Frog – MARINA

You – DEADLUVE

What’s Left of Me – Grace VanderWaal

Killing Boys – Halsey

Over And Out – 5 Second of Summer

She’s Out of My League – Tyler Chase

DON’T YOU SEE ME TRYING – Erin LeCount

For Me, It’s You – Lo Moon

BONNIE AND CLYDE – Red Leather

Cake – Melanie Martinez

You Give Love a Bad Name – Bon Jovi

Tear You Apart – She Wants Revenge

PrologOd Elise Stratford

Eyes Closed – HEXXENMIND

Istnieje pewien paradoks, który mówi, że jeśli nie możesz kontrolować niczego, zaczynasz kontrolować absolutnie wszystko. Liczbę kroków przez siebie stawianych. Godziny snu. Oceny w szkole. Harmonogram mycia włosów. To, jak chodzisz, pachniesz, śmiejesz się i płaczesz.

Nie pamiętałam dnia, w którym po raz ostatni czułam się wolna od więzów własnego umysłu. Pragnąc przetrwać w domu, gdzie nic istotnego nie należało do mnie, nauczyłam się mówić i poruszać tak, by jeszcze bardziej nie napiąć atmosfery. Miałam obowiązki, lecz żadnych przywilejów. Kary bez nagród. Urodziny bez tortu. Konwersacje bez głębi. Wszystko bez sensu.

Aż pewnego dnia wybudziłam się z transu. Poczułam ciepłe dłonie na ramionach. Miękkie usta na moich. Palce we włosach. I już wiedziałam, że zrobię wszystko dla Michaela Blackwooda. Nawet zabiję człowieka.

Rozdział PierwszyOd Uciekinierki

Dwa miesiące wcześniej

I’m Not Okay (I Promise) – My Chemical Romance

To naprawdę ładna łazienka. Zbyt ładna, by ją zniszczyć, jednak wszystko we mnie kazało wziąć zamach i rozbić lustro. Resztkami samokontroli powstrzymałam krzyk. Zamiast tego wgapiałam się we własne odbicie.

Zapięłam marynarkę od mundurka pod samą szyję, po czym wygładziłam spódnicę, jak gdyby zasady wciąż obowiązywały, choć po dzwonku nikt ich już nie pilnował. Wyglądałam na kogoś poukładanego, kto wie, gdzie jego miejsce.

Same kłamstwa.

Zamiar ucieczki uporczywie powracał. Powinnam zniknąć, zanim rodzice wrócą, drzwi posiadłości na klifach znowu się otworzą, a każdy jej zakamarek wypełni obecność kogoś, kto podawał się za moją rodzinę.

Gówno prawda.

Dla Stratfordów stanowiłam projekt. Inwestycję. Coś, co mogli wykorzystać, aby podwoić majątek. Moja wola nie miała znaczenia. Wielokrotnie się o tym przekonałam.

Rok szkolny oficjalnie się skończył, internat opustoszał, a echo na korytarzach zniknęło. Łazienka była nienaturalnie cicha. Miękkie, żółtawe światło odbijało się w mosiężnych kranach i dużych lustrach. Kafelki miały delikatny wzór, gdzieniegdzie popękany ze starości, a zapach mydła oraz politury mieszał się z chłodem kamiennych murów.

Przez cały semestr byłam sama. W tej upiornej szkole i domu strachów… Ogromne pokoje, ciągnące się w nieskończoność korytarze, wiatr uderzający w szyby od strony morza… Cisza, która kojarzyła się z czujnością, nie spokojem.

Kiedyś zapytałam matkę, czy też przeprowadzą się z ojcem do Seabrook Haven i przestaną udawać, że istnieję tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie chcą. Nie miałam na co liczyć.

– Poradzisz sobie – wyszeptałam do lustra i zacisnęłam pięści.

Nie widziałam spakowanej torby podróżnej, aczkolwiek doskonale wiedziałam, że znajduje się za pękniętym kafelkiem. Po pierwszym semestrze sama ją tam wsadziłam i nigdy wcześniej nie zebrałam się na odwagę, by rzeczywiście rozważyć zniknięcie. Ale teraz… Kiedy skończyłam osiemnaście lat i pojawiła się wizja spędzenia życia u boku Chadwicka – wszystko uległo zmianie.

– Ludzie przeżywają gorsze rzeczy – dodałam.

Serce ścisnęło mi się na myśl o tym, co nastanie, kiedy wyjmę bagaż. Bałam się. Nie tego, że zostanę znaleziona, ale że nie dam sobie rady. Nigdy nie musiałam liczyć pieniędzy, nie spałam w miejscach, gdzie pościel nie była wykrochmalona, a za każdą zachciankę płaciłam kartą taty. Przywykłam do luksusu tak bardzo, że stał się niewidzialny – aż do chwili, gdy miałam go stracić.

Oparłam dłonie o zimną umywalkę. Kamień okazał się gładki, pewny, jakby należał do świata, który zawsze będzie na swoim miejscu. Zamknęłam oczy.

Jeden, dwa, trzy…

Gdy uniosłam powieki, coś w moim spojrzeniu się zmieniło. Cisza zaczęła brzmieć jak wyrok.

Drzwi łazienki otworzyły się gwałtownie i z impetem uderzyły o ścianę. Instynktownie się odwróciłam. W progu, ciężko oddychając, jakby wcześniej biegł, stał Chad. Miał poluzowany krawat i napiętą z wściekłości twarz. Jego obecność natychmiast zmieniła powietrze – zrobiło się gęste, duszne, obce.

– Gdzie to masz, Elise? – warknął.

Nie odpowiedziałam. Mocniej zacisnęłam palce na umywalce.

Chadwick zrobił krok do przodu. Potem kolejny. Wchodził w moją przestrzeń, zawłaszczając ją tak samo, jak robił to zawsze. Bez pytania ani zgody. Jakbym była pozbawioną autonomii rzeczą, którą można przesunąć, ustawić lub zniszczyć.

– Myślisz, że jesteś taka mądra, co? – syknął. – Z tymi swoimi książkami, trudnymi słowami, których nikt nie używa…

Michael Blackwood ich używa.

Odepchnęłam od siebie tę myśl. Syn inspektora nie mógł mnie uratować, choć niejednokrotnie rozważałam pójście na policję. Niemniej jednak… Co bym powiedziała? Że rodzice, którzy płacą moje czesne, ubierają mnie i karmią, nawet nie dzwonią, by sprawdzić, czy żyję? To bez znaczenia, osiągnęłam pełnoletniość. Jeśli Stratfordowie postawiliby warunek, że dalej będą łożyć na mój byt, tylko jeśli wyjdę za Courtenaya, mogliby to zrobić. Fortuna należała do nich, nie do mnie.

Puściłam umywalkę i gdy Chad podszedł bliżej, cofnęłam się do ściany. Próbowałam z nim zrywać. Obrzydzić mu siebie. Tłumaczyć, że to nie ma sensu. Za każdym razem wracał, grożąc, że skłamie, iż go zdradzam albo okradam. Tego mój ojciec by nie wybaczył…

– Och, już nie dramatyzuj… – Chad jeszcze bardziej się zbliżył.

Nienawidziłam go. Za to, jak na mnie patrzył. Za to, jak mówił, że do niego należę… Za to, że pogodził się z naszym losem.

Za kilka dni miała odbyć się kolacja zaręczynowa. Oczami wyobraźni widziałam duży stół, wino, uśmiechy rodziców, którzy mówią o przyszłości, stabilności, o tym, że „to naturalna kolej rzeczy”. A Chadwick siedzi obok, zadowolony, pewny, jakby mnie kochał, a nie posiadał.

Zrobił kolejny krok w przód, a ja w tył, przez co dotknęłam plecami zimnych kafelków. Nie miałam już miejsca, by się cofnąć.

– Gdzie jest torba, Elise? – wycedził.

Wzięłam głęboki wdech i zadarłam brodę.

– Nie twój zaszczany interes, Chad – odfuknęłam.

Przez ułamek sekundy zobaczyłam w oczach Courtenaya coś niebezpiecznego. Nie zdziwienie ani złość, lecz utratę kontroli. Byliśmy tak blisko, że czułam jego miętowy oddech oraz silny zapach dezodorantu Axe, wymieszany z potem.

– Nie zostawisz mnie, rozumiesz? – wysyczał ostrzegawczo. – Mnie się, kurwa, nie zostawia, tylko błaga na kolanach, żebym został.

Nie odpowiedziałam. Milczenie stanowiło jedyną rzecz, której nie mógł mi odebrać.

Chłopak zacisnął pięści. Serce podskoczyło mi do gardła. Zamachnął się. Uderzenie przyszło nagle, gwałtownie, przez co mocno zamknęłam oczy. Nie walnął we mnie, tylko tuż obok. Knykcie Chada wbiły się z głuchym trzaskiem w kafelki przy mojej głowie.

Drgnęłam.

Stał tak przez chwilę, ciężko oddychając, z ręką opartą o ścianę. Nie ruszyłam się ani o centymetr. Dopiero po chwili obróciłam głowę i dostrzegłam, że płytki popękały, tworząc cienką pajęczynę linii.

Jeśli nie ucieknę teraz, to następnym razem pięść Chadwicka nie zatrzyma się na ścianie.

Nagle drzwi się otworzyły po raz drugi, tym razem z taką energią, że zawiasy zaprotestowały przeciągłym piskiem.

– Co tu się, do diabła, dzieje?!

Pierwszy raz w życiu odetchnęłam z ulgą, słysząc skrzekliwy głos doktor Beatrice Falcon. Stara chemiczka miała pooraną zmarszczkami twarz, na której próżno szukać łagodności. Jej siwe włosy sterczały w nieładzie, a cienkie usta wykrzywiły się w grymasie czystej odrazy. Nie znosiłam tej jędzy za sposób, w jaki patrzyła na uczniów, jakby wszyscy byli uciążliwym problemem, i za to, że zawsze stawała po stronie silniejszych. Z jakiegoś powodu kobieta obrała sobie za cel udowodnienie mi, iż nie jestem w stanie pojąć chemii. Musiałam starać się sto razy bardziej, żeby zasłużyć na tę samą ocenę co Michael Blackwood, ponieważ… No właśnie, dlaczego? Doktor Falcon próbowała uwalić mnie za nieczytelne pismo albo niedokolorowanie kwadracika z poprawną odpowiedzią. Mike’a też nie lubiła, ale wystarczyło, że od czasu do czasu się do niej wyszczerzył, żeby nieco mu odpuściła. Może zwyczajnie nauczycielka miała problem do kobiet? Szczerze? Gdybym była nią, też wkurzałabym się, widząc młodsze, ładniejsze dziewczyny, ze świetlaną przyszłością. Lecz teraz… Zapragnęłam ją ozłocić i ucałować w sam środek wielgachnego, krzywego nochala.

– Panie Courtenay, to damska toaleta, proszę natychmiast wyjść! – rozkazała.

Chad gwałtownie się odwrócił. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale belferka znalazła się zbyt blisko. Wtargnęła między nas, tak że koszykarz musiał się odsunąć.

– Ruszaj się, gamoniu – dodała, niemal popychając go w stronę wyjścia.

Posłuchał, aczkolwiek rzucił mi ostatnie, przelotne spojrzenie. Ostrzegawcze. Takie, które mówiło, że mam sobie uważać.

Gdy opuścili pomieszczenie, cisza wróciła brutalnie, ze zdwojoną siłą. Stałam jeszcze przez chwilę nieruchomo, jak gdyby moje ciało nie wiedziało, czy naprawdę znów jestem bezpieczna. Dopiero kiedy upewniłam się, że nikt nie wraca, osunęłam się powoli po ścianie. Podciągnęłam kolana do piersi. Oddychałam płytko, urywanymi haustami, niczym po długim biegu. Skupiłam się na liczeniu: wdech, wydech. Jeszcze raz. I jeszcze...

Nie płakałam. Nie pozwoliłam sobie na to. Łzy stanowiłyby dowód mojej słabości, a potrzebowałam teraz czegoś zupełnie innego. Zacisnęłam szczęki, oparłam głowę o ścianę i zamknęłam oczy, aż drżenie dłoni zaczęło powoli ustępować.

Byłam sama. Na razie. I to musiało mi wystarczyć.

Gdy doprowadziłam oddech do normy, wstałam z zamiarem wygrzebania bagażu z kryjówki. Nim zdołałam go chwycić, drzwi raz jeszcze się otworzyły. Przez próg przeszły Alessa i Vicky. Moje koleżanki, które chyba myślały, że jesteśmy bliżej niż w rzeczywistości, bo czasem nocowałyśmy w swoich domach.

– Ruda! – zawołała ta pierwsza. – Impreza u ciebie aktualna?

Zamarłam. Nie mogłam zabrać torby ani powiedzieć, że odwołuję zabawę. Właściwie o niej zapomniałam, ale to była tradycja. Nie musiałam nawet mówić, że dziś pijemy na klifach. Dziewczyny zwyczajnie założyły, że tak będzie.

Pokiwałam prędko głową, by dać sobie czas na odzyskanie języka w gębie.

– Blokujecie wejście! – Niespodziewanie dotarł do mnie głos Esther Walsh, która przepchnęła się przez koleżanki.

Laski zmierzyły ją wzrokiem. Kumplowałyśmy się z Es w pierwszym semestrze, a potem ona zaczęła chodzić z Willem Ainsworthem i nagle kontakt nam się urwał. Nie dlatego, że Esther nie miała czasu. Po prostu obracała się w towarzystwie Michaela Blackwooda, co dla Alessy i Vicky oznaczało zdradę. Ja i Mike skakaliśmy sobie do gardeł przy każdej możliwej okazji.

– Bo to nie jest łazienka dla dupolizów zjeba – odpowiedziała złośliwie Vicky.

Rozchyliłam wargi. Miałam większe problemy na głowie niż przejmowanie się tą durną przepychanką.

– „Dupolizów zjeba”? – zakpiła Es. – Amoniak z farby do włosów wyżarł ci mózg, że nie jesteś w stanie wymyślić lepszej obelgi, kretynko?

– Dajcie spokój – wcięłam się. – Na okres letni zawieśmy broń. Nie chcemy, żeby ktoś zadzwonił na policję, że impreza jest za głośna, dlatego, Es… – Podeszłam do dziewczyny mimo zdziwienia znajomych. – Zabierz kumpli i wpadnij do mnie wieczorem.

Walsh zmarszczyła brwi.

– Wow, cóż za łaska z twojej strony – skomentowała.

– No właśnie… – mruknęła Alessa. – Co ma policja do znajomych Es?

– To, że ojciec Michaela jest inspektorem i raczej nie wsadzi swojego syna za kratki, bo przebywa na hucznej domówce – wyjaśniłam. – A teraz wybaczcie, muszę ogarnąć przynajmniej dwa kegi i skrzynkę wódki. – Wyminęłam dziewczyny i w końcu wyszłam na korytarz.

Może jeśli rozkocham w sobie Blackwooda, to jego stary nie wsadzi mnie do pierdla, kiedy już zamorduję Chada gołymi rękami…? Zdecydowanie nie wzięłam tej myśli na poważnie. Aż się wzdrygnęłam. Nie wiedziałam, co gorsze – trup, więzienie czy jakakolwiek realna bliskość z Michaelem Blackwoodem.

Rozdział DrugiOd Kopciuszka

When She Told Me – Cassyette

Ogień trzaskał, jakby chciał zagłuszyć muzykę, ale bas i tak wwiercał się w żebra. Ktoś podkręcił głośniki do granic, morze w tle było już tylko czarną plamą, a piasek – lepkim, rozdeptanym błotem z piwa i słodkich drinków. Chaos miał zapach dymu, soli, absurdalnie drogiego alkoholu oraz… rzygów Harolda Hargreevesa.

– Ja pierdolę – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć.

Patrzyłam na swoją koszulkę z odrazą. Wymiociny. Naprawdę?! Spośród wszystkich możliwych katastrof – ta była najbardziej idiotyczna, a przez to najbardziej wkurzająca. Puls walił mi w skroniach, gniew mieszał się z mdłością. Chciałam krzyczeć, uciec, podpalić tę plażę razem z całym pieprzonym Haven High.

– Mam teorię, że to pierwsza popijawa Harry’ego. – Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk głosu Esther.

Dziewczyna kiwała się nieco na boki. Też musiała dać w palnik, czemu się wcale nie dziwiłam. Gdyby mój facet wolał innych kolesi, nie pozostałoby mi nic innego. Co prawda Will nie przyznał się do romansu z Theo, aczkolwiek to było po nich widać. Na pewno obściskiwali się w szatni po treningach. Ciekawe, czy Es miała świadomość, że jest przysłowiową „brodą”. Wściekłam się na świat do tego stopnia, że naprawdę wiele kosztowało mnie powstrzymanie się od zapytania wprost. Zamiast tego uśmiechnęłam się zbywająco.

Kiedy zeszłyśmy z piasku na leśną ścieżkę, poczułam dreszcze. Dostrzegłam strzępki plastiku wyrzucone przez morze. Ktoś zgubił łopatkę, a jej widok sprawił, że wróciło do mnie wspomnienie z początku wakacji.

Lato spędzone z dala od Seabrook Haven miało wszystko naprawić, a tylko pogłębiło problem. Detektywi kręcący się po korytarzach szkoły, szeptane pytania, spojrzenia, które zatrzymywały się o sekundę za długo. Narzędzie zbrodni w moich dłoniach i krótki błysk przerażenia w oczach Chada, gdy zadałam ostateczny cios.

– Gdzie byliście? – zapytała Esther, chyba żeby pociągnąć rozmowę.

– Hm? – Podniosłam na nią wzrok.

– Ty i Mike – doprecyzowała. – Co robiliście, zanim przyszliście tutaj?

Rozchyliłam wargi. Przed moimi oczami ukazał się obraz wściekłego Michaela, gdy bez zawahania rzucił się na Courtenaya. Nie miał skrupułów, a to sprawiło, że krew w moich żyłach zawrzała. Pragnęłam być tak wolna jak Blackwood; pewna każdej swojej decyzji i zakochana w wizji życia, którym kieruję sama, a nie ktoś w moim imieniu. Czasem zastanawiałam się, czy lubię Michaela, czy chcę być nim. A może z nim? Chcę być z nim.

To nic dobrego… Zakochać się, upaść przed kimś i powiedzieć wprost, że jest się słabym. Straciłam luksus słabości w chwili, kiedy porzuciliśmy zwłoki na śmietnisku.

– Pieprzyliśmy się – okłamałam Esther, ponieważ łatwiej było wyjaśnić uniesienie seksualne niż to, że nosiłam wianek ze stokrotek i słuchałam Lany Del Rey na wrzosowiskach w towarzystwie chłopaka, któremu oddałam część swojej obsesyjnej kontroli.

– Och… – Dziewczyna aż zatrzymała się w półkroku.

Poczułam jej dłoń na ramieniu. Przybrałam słodki, niewinny uśmiech.

– Czyli jednak się lubicie? – dopytała.

Dla ludzi z zewnątrz nasza relacja musiała wyglądać co najmniej dziwacznie.

– Uprawiamy seks, to nie to samo co „lubienie”. – Strzepnęłam rękę Walsh i skrzyżowałam ramiona.

Es wybuchnęła gromkim śmiechem. Przewróciłam oczami, a potem ją wyminęłam. Dostrzegłam bowiem samochód Willa zaparkowany między drzewami.

Przypomniałam sobie wóz policyjny, ukryty w tym samym lesie, podczas jednej z najbardziej deszczowych nocy, jakie przyszło mi przeżyć.

Trafię do pierdla, bo stary Blackwood zrobi wszystko, by ochronić syna…

Ten fakt pulsował mi gdzieś z tyłu głowy jak migrena, której nie da się zignorować. Myśli zaczęły się rozłazić. Jedna nakładała się na drugą niczym fale, które nie wiedzą, czy mają się cofnąć, czy zmasakrować kruche domki z piasku na brzegu.

– Hej, Ruda, daj spokój! – jęknęła dziewczyna. – Nawet jeśli byście się zeszli, to co w tym złego?

Co złego w tym, że William woli wskakiwać do wody pod czujnym spojrzeniem Theo, zamiast spędzać czas z tobą? Ugryzłam się w język. Nie powiesz tego, Elise. Zatkasz mordę, weźmiesz głęboki wdech i nie zrazisz do siebie jedynej laski, z którą mogłabyś się przyjaźnić.

Las przy parkingu był ciemniejszy, chłodniejszy, a muzyka stłumiona, jakby impreza nagle znalazła się w innym świecie. Auto Ainswortha stało między sosnami.

Gdy Es, bez zbędnych komentarzy, otworzyła drzwi, uderzył mnie zapach tapicerki i trampek. Teraz naprawdę liczyło się tylko jedno: zdjąć z siebie tę obleśną koszulkę. Kiedy kumpela podała mi bluzę Willa, zamiast zrobić zgorszoną minę, zmarszczyłam brwi. Wiedziałam, jak pachniał syn dyrektora. Wylewał na siebie litry perfum, lecz materiał ani nie śmierdział potem, ani nie rozsiewał wokół siebie piżmowej woni. Pachniał jak popcorn maślany i żel do włosów.

– Dzięki – wymamrotałam.

Obróciłam się do dziewczyny plecami i ściągnęłam koszulkę. Mimo że Es nie widziała mnie z przodu, mocno wciągnęłam brzuch i napięłam ramiona. Robiłam to odruchowo, jakbym za wszelką cenę próbowała się zmniejszyć i zniknąć. Prędko narzuciłam bluzę, po czym pozbyłam się T-shirtu. Zostawiłam go w krzakach.

– Więc? – Walsh zamknęła samochód, a potem usiadła na jego masce.

Myślałam, że wrócimy na imprezę, lecz widocznie chciała porozmawiać.

– No? – Oparłam się biodrem o karoserię.

– Co ty i Mike ukrywacie? – ciągnęła.

Zaśmiałam się w teatralny sposób.

Trupa.

– Romans, o którym wcześniej wspomniałam. – Starałam się, by moja mina nadal uchodziła za rozbawioną. – Nie musisz się o nic martwić, Esther, przysięgam.

– Daj spokój. – Spoważniała. – Gdybyś naprawdę próbowała to ukryć, nie byłabyś taka bezpośrednia. Oboje zachowujecie się co najmniej dziwnie. Ty od początku semestru, a Blackwood od… W sumie… – Zamyśliła się. – Od końca ostatniego.

Kuźwa, Michael, kiepski z ciebie kryminalista!

Musiałam szybko zmienić temat, a że miałam w głowie tylko to, iż jej chłopak jest co najmniej biseksualny, mocno się natrudziłam, próbując wymyślić coś innego. Nie chciałam przecież wyciągać Willa z szafy, zanim sam postanowi ją opuścić.

– O co chodzi z Colem i Malią? – bąknęłam.

Esther wzruszyła ramionami.

– Czy Hartwell jest świadomy, że kroczy tą samą ścieżką co Stanley Jones w jego wieku? – pociągnęłam.

– To trudne, wiesz? – Zmarkotniała i podrapała się po karku.

Bingo, przynajmniej nie cisnęła już w kwestii niepokojącego zachowania mojego i Michaela.

– Uzależnienie? – odparłam pytaniem na pytanie.

– Nie jest uzależniony…

– Od wódki? – Przekrzywiłam głowę. – Na pewno.

– Po prostu świat mu się posypał, ale wróci na prostą, jestem tego pewna.

Ja bym nie była. Nałogi wyniszczają. Nie tylko te, które dotyczą substancji. Paranoiczna kontrola, nieprzerwane oglądanie się w lustrze, wypadające włosy, szarzejąca skóra, słabe paznokcie i puste spojrzenie…

Przygryzłam dolną wargę. Woń popcornu maślanego mnie ogłupiła. Poczułam głód, ale nie fizyczny. Zachciało mi się palić, a potem pić i… zapomnieć. Byłam głodna wolności. Upojona pragnieniem spokoju, którego nie pamiętałam nawet z dzieciństwa.

– Sprawdźmy, co z nim, hm? – zaproponowałam.

– Mike się tym zajął – zapewniła Es.

A ty nie chcesz mu pomóc, bo boli cię oglądanie, jak twój przyjaciel się rozpada.Lepiej udawać, że nic się nie dzieje. Ktoś inny poświęci uwagę tragedii. Ktoś, kto przeżywa własną, lecz o tym milczy, nie dlatego, że się boi, tylko przez fakt, że nikt nigdy nie słucha.

– Ale Mike jest jeden, a problemów Collina z milion – odparowałam, po czym, nie czekając na Esther, obróciłam się na pięcie.

Dziewczyna dołączyła do mnie po chwili. Poczułam, że się spięła. Może nawet zawstydziła. Szła tuż za mną, zatem nie widziała, jak zwycięsko uśmiecham się pod nosem. Ktoś musiał nauczyć tych osłów szanowania Michaela tak, jak na to zasłużył. Nawet jeśli mieliby mnie znienawidzić, z nim na czele. Nie mogłam pozwolić, żeby taplał się w cudzym gównie, nie dopuszczając nikogo do własnego. Jedno z nas nie powinno być samo. Ja miałam więcej czasu, by zaprzyjaźnić się z potworami spod łóżka. On dopiero je poznawał.

– To nie tak, że nie zależy mi na Colu – oznajmiła Es.

– Spoko. – Wzruszyłam ramionami. – Nie musisz mi się z niczego tłumaczyć.

W końcu, zupełnie niezauważone, wróciłyśmy do tłumu. Przeciskałyśmy się przez imprezę jak przez żywy organizm. Ciała falowały w rytm muzyki, ktoś tańczył boso na piasku, ktoś inny klęczał przy ognisku, śmiejąc się za głośno. Dym osiadał mi na włosach, rzęsach i skórze. Wtem zahaczył nas jeden z koszykarzy. Trzymał piwo i gdy trąciliśmy się ramionami, natychmiast przeprosił. Posłałam mu lekki uśmiech, a potem zerknęłam na butelkę. Od razu mi ją podał. Była w połowie opróżniona, zatem bez trudu pochłonęłam resztę zawartości i oddałam chłopakowi pustą flaszkę.

– Dzięki, Chris. – Mrugnęłam do niego.

Esther się zaśmiała, odciągając mnie na bok. Odgarnęłam włosy, a potem przyspieszyłam, skupiona na jednym punkcie – ciemnej linii pomostu rysującej się na tle morza.

Im bardziej oddalałyśmy się od ogniska, tym ciszej się robiło. Pomost był oświetlony bladym światłem księżyca, a także pojedynczą lampką przy brzegu. Na nim zobaczyłyśmy Michaela, napiętego jak struna, z ręką wbitą w jeansową kurtkę Cola. Hartwell okazał się totalnie pijany, chwiejny, z błyszczącymi oczami oraz rozmazanym uśmiechem. Szarpał się, bełkotał coś niewyraźnie, raz popychając Blackwooda, raz próbując się wyrwać. Alkohol robił z niego karykaturę samego siebie. Żałosne.

– Puść mnie, zjebie! – wycharczał, a jego głos poniósł się po wodzie.

– Jak cię puszczę, to się utopisz, chuju z masła! – odburknął Mike.

Malia Whitemore stała kilka kroków dalej. Przyciągała ramiona do ciała, jakby próbowała się zdematerializować. Jej twarz była blada, a oczy szeroko otwarte. Z dziewczyny biło czyste, niemal dziecięce przerażenie.

– Collin! – krzyknęła Esther.

I on, i Mike ją zignorowali. Przyciągnęła jednak uwagę Malii. Przygryzając dolną wargę, zebrałam się do biegu.

– Col popchnął Mike’a – wyrzuciła z siebie Whitemore, niemal na mnie wpadając. – Nie wiem, o co im poszło…

Słowa zlewały się w jedno, ale sens był jasny. Musiałam coś zrobić, toteż wbiegłam na pomost. Deski okazały się śliskie. Serce waliło mi w piersi, aż w uszach dudniło od narastającego ciśnienia, myśli zniknęły, została tylko adrenalina. Widziałam plecy pijanego chłopaka, jego za wysoko uniesioną rękę. Zanim zdążyłam pomyśleć, ściągnęłam but. Zamachnęłam się, a potem rzuciłam nim prosto w Cola. Trampek upadł z głośnym plaskiem. Hartwell zamarł i odwrócił się gwałtownie. W jego oczach zapaliła się dzika, bezmyślna wściekłość.

Chadwick.

Wyglądał jak Chadwick…

– Ty pierdolona, ruda dziwko! – warknął i ruszył na mnie.

– Nie waż się… – wysapał Michael, chcąc złapać przyjaciela.

Pomost nagle wydał się za wąski, za długi, za niebezpieczny. Cofnęłam się o krok, potem jeszcze o pół. Hartwell wymknął się kumplowi. Zaczął biec. W ostatniej chwili zrobiłam unik. Col nie wyhamował. Jego stopa ześlizgnęła się z mokrej deski. Usłyszeliśmy pluśnięcie, po czym nastała głucha cisza. Woda zamknęła się nad chłopakiem, tymczasem echo muzyki z plaży dotarło do nas spóźnione i obojętne.

Nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie, powtarzałam w myślach, opuszczając powieki. Przypomniałam sobie obleśne łapska Chadwicka na moich ramionach. A potem był Mike i jego niepohamowana wściekłość. Gdy otworzyłam oczy, dostrzegłam twarz Blackwooda. Teraz wyrażała irytację.

– Oszalałaś?! – krzyknął na mnie.

Zmarszczyłam brwi.

– Chcesz w ten sposób rozwiązywać każdy swój problem?!

Obejrzałam się dookoła. Poczułam nieprzyjemne, chmielowe palenie w przełyku. Esther pobiegła po pomoc. Malia weszła do wody od strony plaży, całkowicie ubrana. Tymczasem Michael zsunął glany i zrzucił koszulkę. Bez namysłu wskoczył do Kanału La Manche za Colem. A ja tylko stałam, zastanawiając się, czy oficjalnie zostałam… morderczynią. Gdy Blackwood zniknął pod ciemną taflą wody, pochyliłam się nad krawędzią.

Czarne lustro morza pękło, a potem obaj wynurzyli się kilka metrów dalej. Całe szczęście Hartwell nie stracił przytomności. Trzymał powietrze w płucach kurczowo, panicznie, jakby bał się je wypuścić. Kiedy tylko Michael mocniej go objął, Col wczepił się w niego całym ciałem.

Drżał. Nie był już agresywny ani groźny, tylko przerażony niczym dziecko w basenie bez dmuchanego kółka. Collin zaciskał ramiona wokół Blackwooda. Syn inspektora stanowił dla niego jedyną opcję przetrwania. Jedną ręką podtrzymywał przyjaciela pod plecami, a drugą przyciągał go do siebie, mówiąc coś cicho, niemal szeptem. Słowa zagłuszał mi szum krwi w uszach, lecz ton Mike’a był jednoznaczny – uspokajający, stabilny. Ten sam, który ocalił mnie przed szaleństwem.

Chłopaki powoli, krok po kroku, kierowali się w stronę płytszej wody. Obserwowałam, jak się wynurzają: najpierw ramiona, potem klatki piersiowe. Woda opadała, ale drżenie Cola nie ustępowało. W końcu Malia do nich dotarła. Chwyciła go za ramię, a drugą ręką objęła w pasie. Jej twarz była mokra – nie wiedziałam, czy od wody, czy łez.

– Już dobrze… – powtarzała, bardziej do siebie niż do niego.

Razem pomogli Hartwellowi wyjść na brzeg. Jak tylko stanęli na piasku, zaczęli ciężko oddychać. Wciąż znajdowałam się na pomoście. Bosa, bez jednego buta, z zimnem wspinającym się po łydce i poczuciem, że właśnie przekroczyłam granicę, której nie da się już cofnąć. Przez kilka sekund świat był tylko wodą. Jakiś pierwiastek mnie pragnął utonąć. Pozwoliłam sobie na jeden, głęboki oddech.

Drgnęłam, kiedy Mike wrócił na pomost po swoje rzeczy. Gdy się pochylał, dostrzegłam, że Col musiał wcześniej uderzyć go w żebra, bo miał na nich zaczerwienienie. Na ciele Blackwooda pojawiła się gęsia skórka, a usta całkiem mu posiniały.

– Michael – szepnęłam.

Pokręcił głową, wsunął buty, po czym założył bluzę. Gdy się wyprostował, odgarnął mokre kręcone włosy. Nie zamierzałam myśleć o tym, że wygląda pięknie. A jednak pomyślałam. Zacisnęłam pięści.

– Nie chciałam, żeby wpadł… – dodałam, choć w środku aż mnie skręcało na myśl, że w ogóle muszę się tłumaczyć. – Uderzyłby mnie.

– Powstrzymałbym go.

Był tego taki pewien…

– A jeśli nie? – zapytałam wprost.

Nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak rozchylił wargi, lecz nic nie odparł. Poczułam, że robi mi się niedobrze.

– Co jeśli naprawdę by mi przywalił? – powieliłam pytanie. – Też byś go wtedy bronił?

– Jest pijany i nie rozumie, co się dzieje…

– Ma problem, a dopóki nikt mu nie pomoże, takie akcje będą się powtarzać, aż w końcu naprawdę kogoś skrzywdzi – powiedziałam ostrzej.

Oboje spojrzeliśmy w kierunku brzegu. Malia pocierała ramiona Cola i trzymała go w uścisku, chociaż była znacznie drobniejsza niż on. Miałam ochotę krzyknąć, żeby odpuściła, bo ta relacja nie przyniesie jej niczego dobrego. Lecz za kogo się uważałam, by ją oceniać? W naszej sytuacji… To Mike był Malią, a ja Colem.

– Odwiozę go do domu – zaproponował Blackwood. – Zostań tu, bo mamy problem.

– W sensie… – Zawahałam się. – My mamy? – Wskazałam najpierw na siebie, a potem na niego. – Chcesz, żebym zaczekała, abyś mógł dalej się ze mną kłócić?

– Kłócimy się? – Uniósł brew.

Skrzyżowałam ręce na piersiach.

– Nie! – jęknął. – Nie wiem…

Zmrużyłam powieki. Dostrzegłam, że jest spanikowany. Nie miałam pewności, czy to przez Hartwella, czy może stało się coś jeszcze. Poczułam, jak stres na nowo wije gniazdo w moim żołądku.

Pomost kołysał się ledwie wyczuwalnie. Stanęłam bliżej Mike’a. Zbyt blisko. Dystans przestał mieć znaczenie. Zacisnęłam dłoń na jego przedramieniu. Czułam pod palcami napięcie mięśni chłopaka, jak gdyby nie potrafił dłużej ukrywać lęku. Uniosłam drugą rękę i położyłam mu na policzku. Zrobiłam to odruchowo. Skóra Blackwooda okazała się zimna, wilgotna od wody. Ten gest go widocznie zaskoczył.

– Coś jest nie tak – stwierdziłam. – Widzę to.

Nie odpowiedział od razu. Przełknął ślinę, spojrzał w ciemność, gdzie fale rozbijały się o pale pomostu. Zdawał się zbyt spięty jak na kogoś, kto właśnie uratował przyjaciela.

– Chodzi o Harolda – wypalił w końcu, na co zmarszczyłam brwi.

Nie dokończył, gdyż zza wydm dobiegł hałas. Dołączyła do nas zadyszana Esther, z twarzą pobladłą od strachu, w towarzystwie Willa i Theo.

Patrząc na to zbiegowisko, poczułam nagły, nieprzyjemny skurcz w żołądku. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak blisko Michaela stoję. Jak bardzo moja dłoń na jego policzku jest widoczna. Jak mocno trzymam go za ramię. Jak to musi wyglądać…

Niepokój zmieszał się ze wstydem. Cofnęłam gwałtownie ręce i splotłam je za plecami. Odsunęłam się o pół kroku, wystarczająco, by odzyskać pozory dystansu. Mike jednak nie zrobił tego samego. Uważnie mnie obserwował.

– Nie uciekaj – wyszeptał.

Te dwa słowa zadziałały na mnie mocniej niż cała wcześniejsza awantura. Poczułam, że się rozluźniam, lecz trwało to tylko chwilę i zaraz znów się spięłam. Potrzebowałam Michaela przy sobie. W tej jednej chwili byłam tego pewna bardziej niż czegokolwiek innego. Jego obecność działała uspokajająco, porządkowała moje myśli, sprawiała, że zaczynałam wierzyć w przesadnie słodkie, dotychczas nierealne, szczęśliwe zakończenia.

– O co chodzi z Haroldem? – starałam się nie mówić zbyt głośno.

Mike przeskanował wzrokiem przyjaciół, włącznie z chwiejącym się w uścisku Malii Colem, a potem znów wbił spojrzenie we mnie.

– On wie – oznajmił wreszcie. – A oni… – Skinął głową na pozostałych. – Oni pomogą.

– Pomogą?! – obruszyłam się.

– Yyy… Nie chcę wyjść na opóźnionego w rozwoju, ale o chuj chodzi? – wypalił w końcu Will.

Landon otoczył rękami Collina. Pozwolił Malii nieco odsapnąć. Esther patrzyła to na nas, to na Hartwella, aż w końcu na swojego chłopaka, który trzymał dłoń na ramieniu Theo. Obaj ledwie się ubrali po tym, jak wskakiwali do wody.

– Będę rzygał – wybąkał Col.

Poczułam krew pod paznokciami i uświadomiłam sobie, że wbiłam je w dłonie. Czy Michael powiedział przyjaciołom prawdę?

– Chłopaki, zostańcie tu z Burberry! – polecił Blackwood. – Es, Malia… Pomożecie mi zawlec Cola do łóżka.

– Mike?! – jęknęłam.

Wszyscy spojrzeli na mnie dziwnie. Nie wiedziałam, o co im chodzi.

– Daisy – odburknął.

– Kurwa mać! – krzyknęłam.

– Hej, wdech, wydech… – Theo wszedł na pomost.

Esther, zamiast zająć się Colem, złapała zaborczo dłoń Willa. Ten jednak ją odepchnął i dołączył do Dunkleda.

– Harold odwalił coś potężnego – odezwał się ponownie Michael. – To znaczy… – Chrząknął. – Ja i Ruda odwaliliśmy coś potężnego… Problem w tym, że Harry się dowiedział.

Poczułam, że tracę grunt pod nogami. Odruchowo chwyciłam Michaela za przedramię. On niezwłocznie objął mnie w tali, bym nie upadła.

– Nie wiem jak, nie wiem, co zrobi z tymi informacjami…

– Jezu, co takiego mogliście odjebać? – wybełkotał Collin. – Aborcję?

Mordowałam chłopaka wzrokiem. Landon pacnął go w tył głowy, aby się opamiętał.

– Odwiozę z dziewczynami Cola, a wy… – Michael wbił we mnie znaczące spojrzenie. – Zadbajcie, żeby Harold nie rozpłynął się tajemniczo we mgle. Potem ustalimy, co zrobić.

– Mike, co jest? – zapytała wystraszona Esther.

– Chcę zostać i pomóc – rzucił średnio zrozumiale Hartwell. – Chuj ci w dupę, Blackwood, ale, kurwa… Nie zostawię cię, stary…

– Ehe, super, a teraz rzygaj, dopóki nie wsiądziemy do auta, bo nie zniosę jazdy z reklamówką wypełnioną wymiocinami – ostrzegł syn szeryfa, po czym spojrzał na Willa. – Mogę pożyczyć twój wóz?

– Jasne, zawsze. – Ainsworth zaczął szukać kluczyków.

Nadal miała je Es, więc podniosła pęk kluczy, by Will i Mike zauważyli.

– Zaufajcie Burberry, pomóżcie nam, a potem… Kuźwa, sam nie wiem… – Westchnął.

– Nigdzie nie jadę… – jęknął Col, gdy Es, Malia i Landon próbowali pociągnąć go w stronę parkingu.

– Jedziesz, w przeciwnym razie znowu będziesz uczył się pływać – burknęłam.

– Spokojnie… – Mike ścisnął jeszcze moją talię, gdy się odsuwał. – Będzie dobrze.

– Jestem coraz bardziej zaniepokojona – przyznała Esther.

– Ehe, ja też – mruknął Theo.

– Ta? – Will na niego spojrzał. – To spierdalaj, nikt cię nie zapraszał.

– Ej, Border Kicia, ogarnij cipsko, przed chwilą ze mną chlałeś! – Dunkled szturchnął Ainswortha.

– Ale jeśli nie chcesz pomagać… – pociągnął Will.

– Stop! – warknął na nich Landon.

Mike podszedł już do Cola, który rzeczywiście zaczął wymiotować. Theo i William niemal się pobili. Prescott próbował temu zapobiec. A ja nadal stałam na pomoście, w jednym bucie, świadoma faktu, że to, czy trafię do więzienia, zależy od Harolda Hargreevesa, Michaela Blackwooda oraz bandy niepotrafiących się dogadać, nadętych, bogatych kutasów.

Po prostu cudownie…

Rozdział TrzeciOd Szpiega

Dwa miesiące wcześniej

The Fate of Ophelia – Taylor Swift

Korytarz był długi i pusty. Nie chciałam wracać do domu – ta myśl ciążyła mi od rana – ale wiedziałam, że nie da się jej odkładać w nieskończoność. Skoro zgodziłam się na imprezę, musiałam ją urządzić, choćby miała trwać tylko do północy.

Zatrzymałam się przy swojej szafce, wyjęłam książki i wrzuciłam je do torebki. Metalowe drzwiczki zamknęły się z cichym kliknięciem, które zabrzmiało zbyt ostatecznie.

Wciąż rozważałam ucieczkę. Myśl o tym, że prawie zostałam nakryta na wyciąganiu ukrytego bagażu ze schowka, paraliżowała mnie z nerwów. Może to był znak? Może świat próbował mnie zatrzymać?

Gdy ruszyłam w stronę wyjścia, minęłam panią sprzątającą. Kobieta zeskrobywała zaschnięte gumy do żucia spod krzeseł. Przyglądałam się jej przez chwilę i poczułam nagły, nieprzyjemny skurcz w żołądku.

Tak wygląda życie bez pieniędzy… Kiedy nie nazywasz się Stratford. Może bym sobie poradziła… Sama... Bez nazwiska, karty debetowej ojca, wykształcenia...

Jedna z gum miała przyklejone włosy.Jezu, mam nadzieję, że Ainsworth dobrze płaci pracownicy.

Ostatnia szansa…

Jeśli oboje z Chadem byśmy zaprotestowali i urządzili rodzicom piekło z tytułu ich niecnych planów, w końcu musieliby odpuścić, prawda?

– Przepraszam… – odezwałam się do woźnej. Zrobiło mi się głupio, że nie znam nawet jej nazwiska. – Czy Chadwick Courtenay już wyszedł ze szkoły?

Kobieta powoli się wyprostowała.

– Nie, kochana. – Pokręciła głową. – Poszedł z doktor Falcon do jej sali. Miała dać mu jakieś materiały do nauki.

Po co? Dziś zakończenie semestru! Od kiedy Chad jest taki pilny?

– Do poprawki – doprecyzowała.

Znieruchomiałam.

– Do poprawki? – powtórzyłam, chyba zbyt szybko.

Przecież sama robiłam mu zadania domowe! Siedziałam z tym tłukiem po nocach, co mogli potwierdzić nawet jego starzy! Przysięgał, że zdał. Co za jełop.

Podziękowałam zdawkowo i ruszyłam w głąb korytarza. Nogi niosły mnie same, coraz szybciej. Drzwi do sali chemii były niedomknięte. Światło paliło się w środku, ale głosy zdawały się co najmniej… dziwnie stłumione. Zatrzymałam się kilka metrów dalej.

Usłyszałam szuranie krzesła, cichy, nerwowy śmiech… Serce zaczęło mi walić. Podeszłam i bardzo ostrożnie uchyliłam drzwi tylko na tyle, by zajrzeć do środka. I wtedy ich zobaczyłam. Moją kartę przetargową, słodką wolność!

Chad stał zbyt blisko nauczycielki. Zdecydowanie bliżej, niż pozwalał na to statut. Ich twarze niemal się stykały, a ona trzymała dłoń na jego ramieniu w sposób, który nie miał nic wspólnego z nauczaniem.

Świat na moment zwolnił, jakby ktoś wyciszył dźwięk. Nie potrzebowałam więcej. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon i włączyłam nagrywanie. Przybliżyłam obraz, aby ująć, jak chłopak wsuwa dłoń pod spódnicę pani Beatrice. Zacisnęłam szczęki. Nie miałam pojęcia, czy bardziej mnie to cieszy, czy gorszy. A może powinnam się wstydzić? Przecież doktor Falcon była stara i ohydna!

– Nieładnie tak podglądać, Burberry… – Znienacka dotarł do mnie dźwięk głosu Michaela Blackwooda.

Spięłam się do tego stopnia, że niemal upuściłam komórkę. Mocno zacisnęłam na niej palce, prawie podskoczyłam i obróciłam się z impetem w stronę chłopaka. Wgapiałam się w niego wielkimi oczami. Czułam, że pot zbiera się na moich skroniach.

Nie mógł tego zobaczyć… Potrzebowałam materiału do szantażu! Dowodu… A ten… Ten pieprzony dupek mógłby wszystko zniszczyć.

– Zamknij się, Michael – wycedziłam przez zęby i mocno złapałam go za ramię. – Chodź stąd.

Zapisałam nagranie, po czym razem z Blackwoodem ruszyłam w stronę wyjścia ze szkoły. Nadal czułam buzujące napięcie. Nogi mi się uginały, a oddech nie chciał się uspokoić. Musiałam się czegoś chwycić, by nie upaść, więc agresywnie złapałam Mike’a pod kurtką, za materiał mundurkowej koszuli. Zerknęłam na niego tylko kątem oka. Ładnie pachniał. Ładnie wyglądał. Zawsze ładnie wyglądał. Niechlujnie, wręcz łobuzersko. I miał te swoje kręcone włosy oraz błysk w ciemnych oczach, który sprawiał wrażenie, jakby chłopak wszystko kontrolował.

Przestałam panikować. Powoli się rozluźniałam. A jednocześnie było mi jeszcze bardziej wstyd, ponieważ od pierwszego dnia, kiedy Michael pobrudził mój płaszcz Burberry, nie potrafiłam przestać odnotowywać jego obecności. Zawsze gdy się pojawiał, zwracał moją uwagę. Dawał mi poczucie celu. Chciałam być od niego lepsza. Pragnęłam, aby mnie podziwiał, zwracał na mnie uwagę, poświęcał mi swoje myśli – pierwsze po obudzeniu i ostatnie przed snem. Pragnęłam go mieć, a jednocześnie wiedziałam, że to niemożliwe. Cała ta jazda z moimi rodzicami, Chadem oraz ewentualną ucieczką… Nie było tu miejsca dla kogoś tak bezpretensjonalnego i wolnego jak Mike.

Wolałam się z nim kłócić, niż nie rozmawiać, bo przeciwieństwem miłości wcale nie jest nienawiść. Jest nim obojętność, a ja nie byłam obojętna. Dlatego zostawiłam Michaelowi swój szalik i miałam nadzieję, że perfumy Toma Forda utrzymają się na nim tak długo, że chłopak będzie o mnie pamiętał. Nawet jeśli ucieknę. Nawet jeśli Chadwick mnie skrzywdzi. Nawet jeśli… Nic się między nami nie wydarzy.

Rozdział CzwartyOd Szefowej Mafii

The Secret – Our Waking Hour

Wracałam na imprezę między trzema chłopakami, z żołądkiem ściśniętym tak mocno, że każdy krok wydawał się wysiłkiem. Słyszałam muzykę, śmiechy ludzi oraz ich alkoholowy bełkot. Will, Theo i Landon stanowili tarczę przed chaosem. Zachowywali się pewnie, zajmowali sporo przestrzeni, a i tak bez Mike’a nie czułam się w pełni bezpieczna.

Piasek skrzypiał pod moimi stopami, bas uderzał w klatkę piersiową.

Bum. Bum. Bum. Armagedon zwany ogniskiem wrócił natychmiast, jakbym nigdy nie opuściła plaży. W ogóle nie chciałam tu przychodzić… Cholerny Col. Światła telefonów, ogień, wódka, bydło w postaci potykających się o siebie nawzajem licealistów. Wszyscy bawili się dalej, jak gdyby nic się nie stało.

Bo przecież… Nic się nie stało!

– Dobra, gdzie mógł się zaszyć Harold? – zapytał nagle Landon.

– O co w ogóle chodzi? – chciał wiedzieć Will.

Gdy dotknął mojego ramienia, serce mi przyspieszyło. Zadarłam podbródek, by spojrzeć Ainsworthowi w oczy. Niecierpliwił się. Nic dziwnego. Nie znaliśmy się za dobrze, a i tak wiedziałam, że William należy do typów, którym nic nie może umknąć. Chciał znajdować się w centrum uwagi. Fakt, iż czegoś nie wiedział, musiał go niebotycznie mierzić.

– Ummm… – Zawahałam się.

– Przecież ona i Mike powiedzieli, że wyjaśnią później. – Obok nas nagle zmaterializował się Theo.

– A może nie chcę czekać? – obruszył się kapitan drużyny koszykarskiej. – Posłuchaj, Ruda, nie mam nic do ciebie, ale jeśli sprawa jest poważna, to wolałbym wiedzieć, w co się pakuję.

– A to nie ty czasem kazałeś mi spieprzać, jeśli nie zamierzam pomagać? – ciągnął Dunkled.

– Kto pytał, pomyłko genetyczna?! – odfuknął mu Will.

Rozejrzałam się nerwowo. Czułam na sobie spojrzenia, choć nie byłam pewna, czy to paranoja, czy instynkt. Nie ufałam do końca sportowcom. Przyjaźnili się z Michaelem, nie ze mną. Niemniej jednak on, z wzajemnością, pokładał w nich wiarę. Widziałam to po sposobie, w jaki chłopacy szli: bez wahania, z przekonaniem, że robią, co trzeba.

– Elise… – Landon szturchnął mnie w bok.

– Hm? – Zerknęłam na niego.

– Gdzie mógł pójść Harry?

Wzruszyłam ramionami. Nie było go widać przy ognisku ani obok stolików z alkoholem. Zniknął gdzieś w cieniu, co tylko spotęgowało mój niepokój. Z każdą minutą Hargreeves zdobywał przewagę, czas na mówienie, pisanie, wysyłanie wiadomości…

Theo i Will nadal się kłócili, podczas gdy ja i Lan zaczęliśmy wchodzić pomiędzy grupki bawiących się osób. Myśli uciekły mi gdzie indziej. Do tamtej nocy. Do szczegółów, które wciąż wracały, choć próbowałam je od siebie odsunąć. I do pytania, które nie dawało mi spokoju, odkąd zadałam je Michaelowi na wrzosowiskach: czy powinnam powiedzieć prawdę swojej prawniczce?

Alexis St. James była dobra. Skuteczna. A przy tym… zajmowała się też sprawami mojego ojca. Z kolei Vincent Stratford zawsze mówił wymijająco. Jego interesy sięgały najdalszych zakątków świata, choć nigdy nie było wiadomo, na czym właściwie polegały. Niby siedział w nieruchomościach, aczkolwiek ja wiedziałam, że chodziło o coś więcej. Równie mocno nie chciałam zaglądać pod tę powierzchnię. To była jego sprawa. I tak zamierzałam całkowicie odciąć się od rodziny po zdobyciu wykształcenia potrzebnego, by zarabiać równie duże pieniądze.

Jeśli wyznam prawniczce prawdę, czy to zostanie tylko między nami? A może szczerość zwiąże mnie z ojcem na zawsze…

– Ej, chyba go widzę…! – Landon podbiegł do mnie i zaczął ciągnąć w stronę głośników, gdzie dostrzegł obróconą tyłem, wysoką postać o blond włosach.

Zakręciło mi się w głowie. Zatrzymałam się na ułamek sekundy, zbierając w sobie resztki odwagi, po czym ruszyłam razem z Prescottem. Wiedziałam jedno: tych dwóch nocy nie da się już cofnąć. Ani morderstwa Chada, ani dzisiejszej imprezy. Cokolwiek Harold wiedział, mogło zmienić wszystko.

Zmrużyłam powieki. „Koleś” o burzy jasnych loków, takich samych jak u Hargreevesa, okazał się wyrośniętą pierwszoklasistką.

– Chuj – burknął Landon, na co prawie się zaśmiałam.

Wróciliśmy do Willa i Theo. Teraz obrażali swoje matki.

Czy Mike powie Colowi, Malii i Es w drodze? Pewnie tak. On lepiej niż ja dobierał słowa.

– Musimy się rozdzielić! – postanowił Will, kiedy skończył już wyzywać panią Dunkled od koparek, czarnych dziur i przyjaciółek Mojżesza.

– Okej – zgodził się Landon. – Kto z kim?

Zaczęłam przyglądać się im uważniej – jakby od tego, kogo wybiorę, miało zależeć moje życie.

Wybieram Michaela. Oddajcie mi Michaela, bo zaraz wpadnę w panikę.

Lan wyglądał dokładnie tak, jak wszyscy go postrzegali: sportowiec bez większej refleksji, zawsze trochę spóźniony i od czapy. A jednak to właśnie on, jako jedyny, nigdy nie był dla mnie okrutny. Nawet wtedy, gdy publicznie kłóciliśmy się z Blackwoodem, a uczniowie Haven High instynktownie opowiadali się po którejś ze stron. Landon czasem pytał, jak się czuję. Patrzył mi w oczy. Widział we mnie osobę, nie antagonistkę. Mike chciał powiedzieć mu prawdę, albo chociaż jej skrawek. Ustaliliśmy to, zanim przyjechaliśmy na plażę.

William sprawiał pozory pewnego siebie. Zdawał się nieco narcystyczny, przyzwyczajony do znajdowania się w centrum uwagi, lecz coś w jego twarzy wyglądało dziś inaczej. Nie chodziło tylko o to, że ewidentnie zmagał się z samym sobą i, krótko mówiąc – natura wybrała za niego. Totalnie chciał pieprzyć się z Theo. Ale chciał też pomóc Michaelowi, bez względu na stawkę…

Może Landon by pękł? W końcu… wydawał się po prostu dobrym człowiekiem. Mógłby zadzwonić do szeryfa. Albo protestować, gdybyśmy postanowili „ręcznie” rozwiązać problem z Haroldem.

Chryste… Gdzie jest Harry?!

Rozglądając się nerwowo, prawie wpadłam na Theo, który stał zbyt blisko Willa. Obserwował go zbyt uważnie. Śmiał się z żartów Ainswortha sekundę za wcześnie, dotykał go niby przypadkiem. Podjąłby dokładnie taką decyzję, jak jego przyszły współlokator, gdyby został postawiony pod kreską.

– Hej, Elise… Oddychaj – mruknął młody lord, zdecydowanie utytułowany zbyt hojnie.

Dunkled jest niewinny! Nie powinno go tu w ogóle być!Prescott i Ainsworth kochali Michaela. Wybaczyliby mu każdy błąd, a Theo dopiero co się pojawił. Jego zauroczenie Williamem nie mogło być wystarczające, aby zechciał zatuszować… morderstwo.

Wtem zorientowałam się, że wszyscy trzej stoją naprzeciwko mnie. Czekali na decyzję. Impreza okazała się za duża, żeby trzymać się razem. Kujona nadal nigdzie nie było widać. Ludzie się przemieszczali, grupy rozpadały i tworzyły na nowo.

– Will ma rację, musimy się rozdzielić, więc jak idziemy? – Nowy przerwał moją paniczną zwłokę.

Pokiwałam prędko głową, czując, że napięcie nigdy nie opuści mojego karku. Odruchowo, pragnąc choć chwilowego bezpieczeństwa, zrobiłam krok w stronę Prescotta.

– Ej, nie… – odezwał się znienacka kapitan. – To nie ma sensu. Ja pójdę tam. – Wskazał na las. – Wy idźcie w stronę wydm.

– Ta, jasne, w mieście, gdzie ktoś zaginął, podzielimy się tak, że jedno z nas zostanie samo, świetny plan, ułomie – burknął na Willa Theo. – Idę z tobą.

– Nie! – jęknął William.

– To może niech każdy wybierze inny kierunek? – zaproponowałam, bo nie miałam lepszych pomysłów.

– Z całym szacunkiem, ale jesteś bliska ataku paniki. – Landon ścisnął moje ramię. – A podejrzewam, że sprawa dotyczy właśnie zaginięcia Chada, więc…

– Nie idę nigdzie z księżniczką! – protestował dalej Ainsworth.

O dziwo, miał na myśli nie mnie, tylko Dunkleda.

– Ohoo! Z księżniczką?! Ciekawe, który z nas potrzebuje pełnej obsługi, bo inaczej tonie w jebanych śmieciach! – odszczeknął Theo.

Chmielowy posmak wrócił mi na język. Głosy zaczęły się na siebie nakładać. Niby nic poważnego się nie działo, lecz poczułam znajomy ścisk żołądka, przez który musiałam szybko przejąć nad czymś kontrolę, bo inaczej wszystko się rozpadnie. Westchnęłam, po czym chwyciłam Willa za rękę i odciągnęłam go kilka kroków na bok, z dala od reszty.

– Idziemy do lasu, a wy na wydmy! – zawołałam do Theo i Landona.

Wyraźnie zaskoczony syn dyrektora zmarszczył brwi, a potem wzruszył ramionami.

– Spoko, tylko po drodze powiedz mi, co się tu, kurwa, dzieje!

– Twoja stara się dzieje, stul japę i mi pomóż! – fuknęłam z niemocy.

– Woow, nic dziwnego, że kumplujesz się ze szczeniakiem, macie pojazdy na tym samym poziomie – zakpił Ainsworth.

Obejrzałam się przez ramię. Landon otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale po chwili je zamknął. Skinął głową.

– Zadzwońcie, jeśli go znajdziecie! – zawołał jeszcze Theo.

– Wy też! – odwrzasnęłam, po czym się od siebie oddaliliśmy.

Poczułam kolejne ukłucie niepokoju. Nie byłam przekonana, czy wybrałam dobrze. Jedno wiedziałam na pewno: jeżeli William dowie się, że Michaelowi grozi niebezpieczeństwo, własnoręcznie ukręci Haroldowi łeb. A takiej energii teraz potrzebowałam.

Szliśmy w stronę lasu, gdzie światła imprezy gasły jedno po drugim. Przed nami pojawiły się rzędy ciemnych sylwetek aut, połyskujących lakierem w świetle księżyca oraz przypadkowych refleksów z telefonów. Powietrze było chłodniejsze, pachniało żywicą i wilgotnym piaskiem.

Ainsworth potraktował zadanie śmiertelnie poważnie. Wchodził bez wahania w każdą napotkaną grupkę, przeciskając się między ludźmi z miną kogoś, kto ma konkretny cel. Szturchał każdego chłopaka o przydługich blond włosach – czasem marudnie przepraszał, czasem nie robił tego wcale. Kilka osób obrzuciło go wściekłymi spojrzeniami, ktoś rzucił przekleństwem, jednakże Will nawet się nie zatrzymywał.

– To nie on – mruczał do mnie za każdym razem.

Był wyraźnie nabuzowany. Nie tylko alkoholem, ale też wcześniejszym spięciem z pierwszakiem. Dostrzegałam to w jego ruchach oraz w tym, jak zaciskał szczęki, gdy jakiś koleś spojrzał na niego krzywo. Bardzo chciał wiedzieć, o co chodzi. Czułam to niemal fizycznie na swojej skórze. Nie miałam pojęcia, jak zebrać myśli w konkretne słowa.

W jaki sposób przyznać się do zabójstwa tak, aby nie ponieść konsekwencji? Jeśli zamierzałam wyznać prawdę, potrzebowałam do tego celu wsparcia Michaela.

– O co poszło między tobą i Theo? – zapytałam więc, gdy na chwilę znaleźliśmy prywatność między dwoma samochodami, pod osłoną drzew.

Will potarł kark. Próbował mechanicznie zetrzeć z siebie irytację, a potem pochylił się, chcąc sprawdzić, czy Harry nie wcisnął się pod auto. Gdy się wyprostował, głęboko odetchnął.

– O nic – odburknął.

Spojrzałam na chłopaka uważniej.

– Z doświadczenia wiem, że jeśli kłócisz się z kimś tak ostro, to nie chodzi „o nic” – zauważyłam.

– Myślisz, że chcę go zerżnąć tak jak ty Blackwooda? – prychnął. – Nie jestem gejem.

– Nie powiedziałam tego. – Skrzyżowałam ręce na piersiach.

Parsknął krótkim, pozbawionym humoru śmiechem.

– Lajkował zdjęcia Es, podzielił się z nią owsianką…

– William, to tylko owsianka! – wykrzyknęłam z rozbawieniem.

– Mój stary mówi do mnie „William” – wytknął. – A ty zdecydowanie powinnaś skupić się na wyjaśnianiu, co ma na ciebie Harold, a nie na tym, że Dunkled zachowuje się jak palant.

– Aha, powiedziałabym, że jesteś większym palantem niż on… – Przekrzywiłam głowę.

– Bo jestem zazdrosny o swoją dziewczynę?! – obruszył się.

– To jednak wróciliście z Esther do siebie?

Zapadła cisza. Will wsunął dłonie w kieszenie spodni i wypchnął powietrze przez usta tak, że jego wargi zawibrowały.

– Nie wiem – burknął. – To skomplikowane…

Gdzieś w oddali ktoś się śmiał, ktoś inny odpalał silnik, a my tylko staliśmy. Oboje widocznie trzymaliśmy sekrety głęboko w środku.

– Czemu szukamy Harry’ego, Ruda? – zapytał wprost. – Co on wie i co ma z tym wspólnego Chadwick?

Przez sekundę miałam ochotę zrzucić ten ciężar. A jednak się powstrzymałam, gdy pomyślałam, że faktycznie – Will za wszelką cenę ochroni Mike’a. Lecz nie mnie. Po co miałby chronić mnie?

Nagle zorientowałam się, że Ainsworth patrzy gdzieś w głąb lasu. Obróciłam się, by sprawdzić dlaczego. Między pniami coś drgnęło – zbyt nerwowo i gwałtownie, żeby okazał się to tylko cień.

– Mamy cię – mruknął triumfalnie koszykarz.

W łunie światła dostrzegłam blond włosy. Oczy Harolda rozszerzyły się w panice, gdy nas zobaczył, i bez zastanowienia rzucił się do ucieczki. Poruszał się jednak tak, jak przystało na pijanego gówniarza – za szybko w głowie, za wolno w ciele.

– Taa, biegnij Forrest! – krzyknął Will, po czym oboje zerwaliśmy się za nim. – I tak cię złapię!

Nie zdążyliśmy nawet nabrać tempa. Hargreeves zahaczył stopą o wystającą gałąź, zachwiał się, wykonał niezgrabny półobrót i z głuchym łomotem runął na ziemię. Przez sekundę leżał bez ruchu, a potem podparł się na łokciach i… bezwstydnie, głośno zwymiotował prosto w ściółkę.

Smród alkoholu oraz kwaśnej treści żołądka niemal natychmiast dotarł do moich nozdrzy. Zatrzymałam się kilka kroków dalej. Spojrzałam na Williama. On spojrzał na mnie. Przez niepełną minutę oboje mieliśmy na twarzach dokładnie ten sam wyraz – skonsternowanie zmieszane z niedowierzaniem, które po chwili przerodziło się w cichy śmiech.

– I odpowiedz sobie teraz na pytanie, dlaczego nigdy nie przyjęliśmy się co drużyny! – rzucił Ainsworth do Harolda.

Pokręciłam głową, wyciągając telefon.

– Dzwonię do Theo – powiedziałam, wybierając numer.

W tle Harry jęknął coś niezrozumiale i spróbował się podnieść. Momentalnie znów opadł na ziemię, twarzą prosto w swoje wymiociny.

– No? – Dunkled odebrał po pierwszym sygnale.

– Znaleźliśmy go, jesteśmy na parkingu, tuż obok auta Willa.

William podszedł do zbiega bez słowa, chwycił go pewnie pod ramiona i uniósł jednym ruchem, jakby trzymał pusty plecak, nie człowieka. Struty Harry zwisał bezwładnie, mamrocząc pod nosem przypadkowe przekleństwa. Patrząc na nich, poczułam dziwną ulgę. Rozgardiasz tej nocy na moment przybrał kształt czegoś, co dało się ogarnąć.

Przynajmniej do chwili, gdy ten kretyn otworzy usta…

Nie musieliśmy długo czekać, aż Theo i Landon do nas dołączą. Chłopacy zjawili się w trymiga.

– Powiedz im, co zrobiłaś, Elise – wysyczał Hargreeves.

Will nadal go przytrzymywał, aczkolwiek, tak samo jak kumple, wbił we mnie pytający wzrok.

– No dalej – nalegał Harold.

Zdawało mi się, że sztywnieję, a mój cały system nerwowy się zawiesza. Przełknęłam głośno ślinę, po czym uniosłam podbródek. Omiotłam wzrokiem przyjaciół Mike’a i pomyślałam, co zrobiłby teraz on. To było nie fair, że mnie tu zostawił. Powinien dać mi kluczyki i kazać odwieźć Cola, a sam zająć się Haroldem. Albo nie… Powinien… Powinien pozwolić Chadowi mnie skrzywdzić, wtedy nic złego by się nie stało.

– Co teraz? – chciał wiedzieć William.

Wciągnęłam powietrze nosem i wypuściłam je powoli przez usta. Ponownie poczułam na ramieniu dłoń Landona.

– Zabierzmy go stąd i poczekajmy na Mike’a – postanowił Prescott. – Jeśli Ruda i Blackwood zrobili razem coś złego, powinniśmy usłyszeć to od nich obojga.

Miałam ochotę go uścisnąć! Theo i Will wymienili niechętne spojrzenia. Harry już zamierzał coś powiedzieć, kiedy nagle zrobił się cały zielony. Tym razem obrzygał Ainswortha, nie mnie, a śmiech Dunkleda było słychać chyba w całym Devon.

– Nigdzie z wami nie pójdę! – wyjęczał Harold.

– Tak? – warknął na niego wściekły Will. – Jaka szkoda, że nikt nie pyta o twoją opinię.

– To porwanie! – bronił się zarzygany kujon.

– Pozwij mnie. – Ainsworth mocniej zacisnął palce na jego ramionach.

Przetarłam twarz dłońmi.

Zabójstwo i porwanie. Co będzie dalej? Międzynarodowy konflikt mafijny?!

Rozdział PiątyOd Morderczyni

Dwa miesiące wcześniej

Kiss or Kill – Stella Cole

Snując się po korytarzach posiadłości, miałam wrażenie, że dom obserwuje mnie tak samo uważnie jak ja jego. Ściany były wysokie, chłodne w dotyku, otulone miękkim światłem kryształowych kinkietów. Portrety przodków patrzyły na mnie z góry, z niezmiennym wyrzutem, a pod stopami skrzypiały stare, idealnie wypolerowane deski.

Błękitna sukienka falowała przy każdym kroku, zbyt lekka jak na ciężar myśli, które przetwarzałam w głowie. Białe trampki były jedynym elementem, który nie pasował do tego miejsca. Nosząc je, czułam, że po cichu się buntuję. Pokręciłam włosy, nałożyłam makijaż, ale oczami wyobraźni wciąż widziałam szkolną łazienkę, pięść Chada obok mojej głowy i spojrzenie pełne ostrzeżenia. A także obraz, którego nie potrafiłam wyrzucić z pamięci – usta Courtenaya złączone z wargami nauczycielki i to, jak wsuwał dłoń pod jej spódnicę.

Zrobiło mi się niedobrze, a jednak w mojej głowie zakiełkował plan. Z każdym krokiem przez pałacyk coraz wyraźniej czułam, że ucieczka nie musi być jedynym rozwiązaniem. Mogłam przecież pokusić się o… szantaż. Nie brutalny ani impulsywny, w stylu Chada, tylko chłodny, wyrachowany… Jak na Stratfordównę przystało. Musiałam tylko znaleźć tego kretyna. Sądziłam, że tu przylazł. Pewnie sam się zaprosił, jak zawsze.

Impreza rozlała się po moim domu niczym wybijające jesienią bagno. Ludzie siedzieli na parapetach, opierali się o zabytkowe komody, stawiali kieliszki tam, gdzie nie powinni… Jakaś grupka śmiała się zbyt głośno pod schodami, ktoś inny potrącił marmurową rzeźbę w holu.

– Hej, ani kroku dalej! – powiedziałam ostro, widząc ekipę kierującą się ku stopniom prowadzącym na górę. – Na piętrze niczego nie ma.

– Spokojnie, chcieliśmy tylko zobaczyć tę twoją bibliotekę – zaświergotała pijana Alessa.

– A ja chciałabym bilety na koncert Taylor Swift i kolejny sezon The Society – burknęłam, stając Al i reszcie na drodze. – Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, no dalej… – Nie czekając na sprzeciw, zaczęłam odpychać znajomych w stronę salonu.

Narosła we mnie irytacja. Zaczęłam wyprawiać imprezy po pierwszym semestrze, ponieważ miałam nadzieję, że w ten sposób ściągnę rodziców do Seabrook Haven. Gdyby usłyszeli, że bezczeszczę ich cenną posiadłość, musieliby się przejąć! Tak się jednak nie stało. Mieli mnie w dupie, dopóki nic nie zostało zniszczone. A potem, podczas jednej z domówek, Vicky zepchnęła urnę z prochami jakiejś ciotki i dostałam epicki szlaban. Jak się okazało, fruwający dookoła pył uczynił imprezę do tego stopnia widowiskową, że zyskałam ogromną popularność w Haven High. I mimo że bałam się, iż ludzie coś zniszczą, nie przestawałam zapraszać ich do siebie. Ten pałacyk i tak bardziej przypominał muzeum niż dom – pełen rzeczy cennych, lecz martwych.

Uwalniając się od Alessy, przeszłam przez jadalnię, salon, a także zimny hol z widokiem na klify. Nigdzie nie znalazłam Courtenaya. Muzyka dudniła w ścianach. Ludzie byli wszędzie, śmiech odbijał się od marmurów, a ja czułam się całkowicie zbędna. Krążyłam między pokojami coraz szybciej, aż w końcu złapałam Esther Walsh.

– Widziałaś Chada? – zapytałam bez wstępów.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, wzruszyła ramionami, a potem sięgnęła po piwo, które przyniósł jej jeden z rezerwowych w drużynie koszykarskiej. Za cholerę nie pamiętałam jego imienia.

– Chris, wiesz gdzie jest Chadwick? – Chris, no tak… Es powtórzyła mu pytanie.

– Yyy… Nie czuł się zaproszony. – Chłopak zerknął w moim kierunku. – Ponoć mieliście jakąś spinę, ale nie mówił, o co poszło.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Może wystarczyło, że pokłóciliśmy się w szkolnej łazience, i wcale nie musiałam go szantażować?

– A-aha – wybąkałam.

– Mówił, że jeszcze sobie z tobą pogada i takie tam… Ale jak pytałem, czy wbije na imprezę, stwierdził, że umówił się z Chipem i Dale’em w Grillu.

Chip i Dale. Tak prześmiewczo mówiliśmy na papużki nierozłączki, czyli silnego i niskiego skrzydłowego z drużyny. Ich prawdziwych imion też nie zapamiętałam. Nie znałam się na koszykówce, chociaż Courtenay kazał mi przychodzić na mecze. Nauczyłam się tylko niektórych pozycji.

– Dzięki, Chris. – Kiwnęłam głową, a potem omiotłam wzrokiem Es. – Gdzie twoja świta? – zakpiłam.

– Will i Col mają szlaban, Caroline pilnuje Hartwella, Landonowi nie chciało się przyjść, a Mike…

– Taaa… – Pokiwałam głową, zanim dokończyła. – Ja też nie przyszłabym na jego domówkę – skłamałam.

Lubiłam przebywać w tym samym miejscu co Blackwood. Rywalizowaliśmy o oceny, nieustannie się kłóciliśmy, wydawać by się mogło, że naprawdę go nienawidzę. Lecz w głębi serca, gdyby nie moi starzy i Courtenayowie… Na pewno ta relacja wyglądałaby inaczej. Esther nie musiała o tym wiedzieć. Zasadniczo trzymałam uczucia głęboko w sobie, zrobiłam z nich swój sekret, bo czasem wstydziłam się do nich przyznać nawet przed lustrem.

– A właśnie… Jak tam Col? – zagadnął Chris. – Trzyma się jakoś? Matka zabrania mi z nim gadać, więc…

– Przepraszam was – wtrąciłam. – Bawcie się dobrze, muszę coś załatwić.

– Jasne, że będziemy się bawić! – rzucił za mną chłopak. – Dzięki za imprezę!

– Do usług! – zawołałam, nawet na nich nie patrząc.

– Col ma obecnie trochę za dużo zmartwień… – odpowiedziała kumplowi Walsh.

Odcinając się od rozmowy o Hartwellu, ruszyłam w stronę wyjścia, zanim ktoś zdążył mnie zatrzymać albo zapytać, dokąd idę. Złapałam kluczyki, narzuciłam płaszcz i wymknęłam się bocznymi drzwiami niczym złodziejka we własnym domu.

Ciekawe, kto z kim sobie jeszcze pogada, Chad…

Noc była chłodna. Powietrze znad klifów pachniało solą oraz wilgocią. Na podjeździe stał mój czerwony Sunbeam. Otworzyłam drzwi, wsiadłam i przez chwilę pozostałam bez ruchu, z dłońmi opartymi o kierownicę.

Wracam zaraz, obiecałam sobie w myślach. Nie uciekam…

Silnik odpalił od razu. Wyjechałam z posesji zbyt spokojnie jak na to, co miałam w planach. Trasa była krótka i przewidywalna. Znałam ją na pamięć, choć bywałam w Grillu szczególnie rzadko. Nie znosiłam tego miejsca. Śmierdziało tłuszczem, bimbrem… i Stanleyem Jonesem.

Bar tradycyjnie okazał się głośny. Od razu znalazłam Chada. Siedział przy jednym ze stolików, pochylony nad kuflem, z dwoma koszykarzami. Śmiali się z czegoś, co nie miało żadnego znaczenia. Nagle zapragnęłam, żeby pojawiła się tu Esther, w towarzystwie swojego chłopaka. Albo Collin, który dotychczas trzymał sportowców w ryzach. Bez Willa i Cola, Chadwick oraz jego goryle wydawali się zbyt beztroscy, jakby świat kręcił się wokół nich. Coś we mnie pękło. Podeszłam bliżej i bez zawahania złapałam Chada za rękaw. Pociągnęłam go w bok.

– Hej, słonko, nie tak ostro! – zarechotał. – Co ty tu w ogóle robisz?

– Musimy porozmawiać – oznajmiłam tonem niepozostawiającym miejsca na sprzeciw.

Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, nieco zirytowany, jednak dał się odciągnąć kilka kroków dalej, tym razem w stronę męskiej łazienki. Już nie zamierzałam uciekać. Miałam czym handlować, zatem postanowiłam podyktować warunki.

W środku waliło tanimi środkami czystości. Lustra były popękane, światło jarzeniówki zimne oraz bezlitosne. Na szczęście nikogo tam nie zastaliśmy. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.

– Czego chcesz, Elise? – zapytał podejrzliwie Chad. – Namyśliłaś się w końcu i zrobisz mi loda?

– Chyba śnisz. – Mój głos był cichy, ale napięty. – Zabawa się skończyła.

Spojrzał na mnie uważniej. Na błękitną sukienkę, która kontrastowała z mrokiem, trampki ubrudzone piaskiem, na moją twarz – powściągliwą aż do granic niepokojącej determinacji. Zrobiłam krok w jego stronę. Znaleźliśmy się tak blisko, że dostrzegłam resztki chipsów w kącikach jego ust.

– Wiem o pani Beatrice – oznajmiłam.

Natychmiast zapadła ciężka, duszna cisza. Żarówka zamigotała raz, drugi. Twarz Chadwicka straciła kolor.

– Niby co ci się wydaje, że wiesz, wariatko?! – obruszył się.

– Nie próbuj nawet kłamać – ucięłam. – Widziałam was razem.

– I co, kurwa, z tego?! – Napiął mięśnie.

Jeśli mnie walnie, wybiegnę na salę. Wpadnę w ramiona chłopaków, a oni na pewno komuś powiedzą. Albo ja to zrobię. Przyjdę na spotkanie z rodzicami z podbitym okiem i nie będę ukrywać, co się stało.

Wyprostowałam się, nie cofając ani o centymetr.

– Podczas kolacji, na której miałam zobaczyć pierścionek zaręczynowy twojej matki, zaprotestujesz – oznajmiłam.

– Kurwa…

– Chcę, żebyś razem ze mną postawił się rodzicom. Żebyś powiedział „nie”. Głośno. Wyraźnie. Przy wszystkich – wycedziłam. – Bez udawania, że to dla naszego dobra i jakoś się kiedyś dotrzemy.

– A jeśli nie? – zapytał ostrzegawczym tonem.

Uniosłam podbródek, tak że oddychałam mu w usta.

– Wtedy wszyscy się dowiedzą, jak zdałeś chemię.

Milczał długo. Zbyt długo. W końcu odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresowała go pęknięta mydelniczka.

– Nikt ci nie uwierzy…

– Mam nagranie – wyjawiłam wreszcie i dla własnego bezpieczeństwa uchyliłam drzwi.

Do środka wdarły się dźwięki klasycznego rocka z szafy grającej oraz śmiechy klientów.

– Chad?! – zawołał jeden z koszykarzy. Chyba Dale.

– Masz czas do kolacji – dodałam szeptem i wyszłam.

Zostawiłam Courtenaya samego.

– Jest w ubikacji – powiedziałam do sportowca, gdy go mijałam. – Dobrze wam radzę, żebyście nie zrobili dziś niczego głupiego.

– Jasne jak słońce, wiedźmo – odparował nażłopany Chip.

Na odchodne pokazałam mu środkowy palec.

Wróciłam na klify, jakby nic się nie wydarzyło.