39,90 zł
Tam, gdzie marzenia rodzą się wśród szumu fal, a każdy dzień przynosi nowy początek.
Historia, która otula serce jak ciepły morski wiatr…
Klara i Wacław od lat prowadzą malowniczy pensjonat nad brzegiem morza. „Eden” to ich dom, pełen wspomnień i rodzinnego ciepła, to serce ich małżeństwa. Jednak czas nie stoi w miejscu, a codzienne obowiązki i upływające lata sprawiają, że zaczynają rozważać sprzedaż pensjonatu i przeprowadzkę do słonecznej Hiszpanii. Wiedzą jedno: nie może on trafić w przypadkowe ręce… a chętnych nie brakuje.
I wtedy, niespodziewanie, odwiedza ich Emilka, młoda kobieta, którą Klara i Wacława znają od lat i traktują jak córkę. Dziewczyna przeżywająca życiowy kryzys: rozstanie, utratę pracy i pustkę po śmierci ukochanej babci, przyjeżdża do „Edenu”, aby odzyskać równowagę. Nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie tutaj, pośród morskiej bryzy i słonego powietrza, stanie przed decyzją, która odmieni jej los.
Dla małżonków jej powrót jest znakiem od losu. Proponują dziewczynie coś więcej niż dach nad głową, dają jej szansę na nowy początek, chcą, aby to ona przejęła „Eden”. Pojawia się też Krzysztof, przystojny, zaradny mężczyzna o złotym sercu, który pomaga przy pensjonacie. Z czasem jego obecność sprawia, że serce Emilki zaczyna bić szybciej.
Jak potoczą się losy małżeństwa? Czy Emilka odważy się przejąć pensjonat i zaufać uczuciom? Czy ma szansę na miłość? Wkrótce okaże się, czy „Eden” stanie się jej rajem na ziemi, pomimo ludzi, którzy chcą jej odebrać wszystko.
Magdalena Kordel, znana z talentu do opowiadania wzruszających historii, po raz kolejny zabiera nas w emocjonującą podróż pełną ciepła i refleksji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 357
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: PAULINA ORŁOWSKA-BAŃDO
Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, AGNIESZKA MAŃKO, ANETA TKACZYK
Projekt okładki i stron tytułowych: PAWEŁ PANCZAKIEWICZ
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Magdalena Kordel © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2025
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-08763-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Pogoda, tak jak przewidział Wacław, zaczęła się zmieniać. Niebo się zaciągnęło i powiało chłodem. Musieli wrócić do domu i szczelnie zamknąć szeroko otwarte drzwi tarasowe. Kiedy było ciepło, wyjście do ogrodu nieustannie stało otworem, ale jesienią i zimą, gdy wiatr znad zatoki przywiewał chłód, deszcze i śnieg, drzwi nie tylko trzeba było zatrzaskiwać, lecz także dodatkowo ogacać je watą i podkładać pod nie zwinięte w rulony ręczniki, by chronić dom przed przenikającą wilgocią nadbałtyckiej zimy. Klara nie przepadała za tą porą roku. No, może odrobinę ceniła ją za spokój i za to, że dzięki niej rozpoczynał się sezon na pledy, koce i długie wieczory przy winie i książkach. Ale najchętniej od listopada do kwietnia siedziałaby w ciepłych krajach. Przynajmniej tak jej się do niedawna wydawało. Aż do momentu, gdy te hipotetyczne ciepłe kraje stały się całkiem realne i dostępne na wyciągnięcie ręki. Rację mają ci, którzy mówią: uważaj, o czym marzysz, bo się spełni. Do Klary dopiero teraz dotarło, że w jej wyjazdowych rojeniach jest pewien dualizm: otóż, będąc tam, nie mogłaby siedzieć w swoim ukochanym domu.
I cóż tu dywagować: to wymarzone właśnie się spełniało, słowo się rzekło, kobyłka u płota, niedługo zostanie jej oszczędzone przeżywanie pluch i mrozów. Ich syn, Klemens, wielokrotnie zapewniał rodziców, że u nich, w Hiszpanii, są właściwie dwie pory roku: wiosna i lato. Oczywiście z punktu widzenia ludzi Północy, w tym również Polaków.
– Mamuś, pomyśl: żadnych grubych rękawic, czap ani buciorów! Żadnego łamania w stawach z powodu przeciągów! W niektóre styczniowe dni będziesz mogła chodzić w letnich sukienkach, czasem zarzucisz na nie jakiś sweterek, będziesz siedziała sobie na plaży albo przy stoliku, sącząc eleganckie drinki i pławiąc się w słońcu! Nad czym się zastanawiać?! – przekonywał ją podczas rozmów telefonicznych.
Z logicznego punktu widzenia trudno było odmówić mu racji, lecz Klara nie mogła nic poradzić na to, że perspektywa ciepła i beztroski nie cieszyła jej tak, jakby mogła i powinna. Z jednej strony wspólnie z Wacławem tęsknili zarówno za synem, jak i za wychwalanym przez niego ciepłem, ale z drugiej... Nie ma o czym mówić: przesadzanie starych drzew zawsze wiąże się z ryzykiem.
Nagle poczuła, że rodzi się w niej iście jesienna chandra, niemająca wprawdzie nic wspólnego z porannym przygnębieniem, ale wcale przez to ani odrobinę bardziej sympatyczna.
Wolne żarty! – przemknęło jej przez głowę. Nadal panowało kalendarzowe lato! Jesienne chandry powinny mieć choć trochę przyzwoitości i przychodzić nie wcześniej niż w listopadzie, miesiącu mgieł, deszczów, huczącego groźnie morza i wyjącego opętańczo wiatru. A mamy dopiero wrzesień! Trzeba było coś z tym zrobić. Zresztą bez przesady, ileż można tonąć w otchłani rozpaczy, szczególnie jeżeli nie było się Anią z Zielonego Wzgórza! Albo nawet i mentalnie było, ale już taką porządnie przeterminowaną. Klara poczuła, że samą siebie zaczyna coraz mocniej irytować.
– A co ty, Klarcia, spuściłaś tak nos na kwintę?
Pogrążona w niewesołych myślach, nawet nie spostrzegła, że Wacław zdążył już wrócić z piętra, na którym pozamykał okna.
– Ostatnio nie mogę dojść ze sobą do ładu – mruknęła. – Na myśl o zmianach, które kilka lat temu budziły we mnie ekscytację, teraz cała od środka lodowacieję. To chyba starość...
– Jaka starość, tutaj absolutnie zgadzam się z koleżanką twojej mamy, wiesz, tą trochę zbzikowaną starszą panią z Dolnego Śląska, tą, która prowadziła sklepik ze starociami... Jak ona miała na imię? Leokadia?
– Leontyna – poprawiła go Klara. – I nie „prowadziła”, tylko „prowadzi”. Ostatnio nawet dostaliśmy od niej kartkę z życzeniami. Ale wracając do tematu, to w czym dokładniej się z nią zgadzasz?
– W tym, że coś takiego jak starość nie istnieje. Jest tylko młodość stabilna! I tego zamierzam się trzymać. A żeby było łatwiej nam to przyswoić, proponuję ekspresową kurację odmładzającą. Składa się na nią gorąca czekolada, którą twój małżonek robi najlepszą na świecie, i jakiś krwawy thriller dla równowagi, coby nas od tych słodkości nie zemdliło. Wchodzisz w to?
– Tylko głupi nie słucha, gdy mądry proponuje. Przy takich argumentach żadna chandra nie ma szans. Ty się zajmij czekoladą, a ja znajdę coś do oglądania. Zaproponowałabym odwrotne rozwiązanie, gdyby chodziło o cokolwiek innego. Ale tak jak powiedziałeś, moja czekolada nawet do pięt nie dorasta tej robionej przez ciebie – uśmiechnęła się do męża z czułością.
Rzeczywiście Wacław był niekwestionowanym mistrzem w przygotowywaniu gorącej czekolady. Wśród przyjeżdżających do nich gości zyskała miano magicznego napitku, który koi wszystkie smutki i jest lekiem na całe zło.
Czekając na męża, Klara umościła się na kanapie, zawinęła w koc i zaczęła wzrokiem szukać pilota. Dostrzegła go dopiero po chwili. Leżał daleko od niej, na bufecie stojącym pod telewizorem. Skrzywiła się szpetnie, walcząc z lenistwem, ale czuła, że ponosi dotkliwą klęskę.
– Klarciu! – W tym momencie dobiegło ją wołanie z kuchni. – Podejdź do mnie, proszę.
– Czy to naprawdę konieczne? – jęknęła. – Właśnie rozważałam, czy bezczelnie nie poczekać na ciebie, aż przyjdziesz z czekoladą i przy okazji podasz mi pilota. Jestem już obłożona poduszkami i potwornie nie chce mi się wstawać – dorzuciła nieco głośniej.
– No cóż, chyba będziesz musiała. – W głosie Wacława zabrzmiała dziwna nuta, coś jakby konsternacja. – Odnoszę wrażenie, że jesteś tu niezbędna...
Pewnie znowu te cholerne mole... – pomyślała Klara, przewracając oczami. Albo kot się zrzygał... alternatywa była równie atrakcyjna jak mole. No może nie, jednak była lepsza, bo jednorazowa, a eksterminacja moli kuchennych stanowiła zajęcie żmudne, kosztowne i co do zasady skazane na porażkę. Bo one wcześniej czy później i tak wracały... Zniechęcona, podreptała do kuchni i z niejaką ulgą zauważyła, że po pierwsze, nigdzie nie ma kocich odpadów, po drugie, nic nie lata, po trzecie, czekolada jest już gotowa i przyjemnie paruje, roznosząc zniewalający zapach po calutkiej kuchni, Wacław zaś stoi w oknie i uważnie się czemuś przygląda.
– No co tam się urodziło? – zaintrygowana, podeszła bliżej i znad ramienia męża zerknęła w głąb podwórka.
– Tak mi się widzi, że mamy gościa – powoli odpowiedział jej mąż.
Klara wytężyła wzrok i rzeczywiście dostrzegła postać czekającą przed obrośniętą winoroślą furtką. Liście winorośli, które właśnie zaczęły zmieniać kolor i przybierać soczyście purpurowe barwy, pięknie kontrastowały ze stojącą pod nimi dziewczyną, ubraną w butelkowozielony skafander. Głowę miała pochyloną tak, że długie blond włosy przysłaniały jej twarz. Drobna sylwetka prawie ginęła pod pokaźnym plecakiem, którego wygląd świadczył o tym, że niejeden chleb już dźwigał. Przybyła stała zupełnie nieruchomo, jakby skamieniała.
– Też cię to dziwi? – Pierwszy odezwał się Wacław.
– To, że przyjechała bez uprzedzenia, czy to, że nie wchodzi? – doprecyzowała Klara.
– To pierwsze to akurat do niej podobne, odkąd pamiętam, była w gorącej wodzie kąpana i nie zawsze dawała o wszystkim znać z wyprzedzeniem. Raczej zastanawia mnie to, że stoi tam, jakby zapuściła korzenie.
– Do tego ze spuszczoną głową i ze skulonymi ramionami. To ani do niej niepodobne, ani niczego dobrego nie wróży. A wiesz, że dziś o niej myślałam – dorzuciła, mrużąc oczy, by lepiej widzieć.
I wygląda na to, że ściągnęłam ją tymi myślami – przemknęło Klarze przez głowę.
W innych okolicznościach bardzo by się jej widokiem ucieszyła. Teraz jednak radość tłumił niepokój, który wzrósł w momencie, gdy stojąca przed furtką dziewczyna uniosła rękę do czarnego guziczka dzwonka, ale cofnęła ją i natychmiast schowała do kieszeni skafandra. Po czym wyjęła ponownie, potarła czoło i stanowczym ruchem naciągnęła na głowę kaptur, jakby właśnie spadł na nią rzęsisty lodowaty deszcz. Klara, widząc ten gest, poczuła, jak ściska jej się serce. Znała Emilkę dobrze i coś jej mówiło, że choć zachmurzone niebo pozostawało nadal suche, to na dziewczynę spadła zupełnie inna ulewa, a kaptur miał ją ochronić przed całym złem tego świata.
– Długo tam stoi? – zwróciła się cichutko do Wacława, jakby bojąc się, że dziewczyna ją usłyszy.
– Odkąd przestałem mieszać w garnku, będzie dobre kilka minut. Chyba trzeba po nią iść. Ty czy ja? – zapytał z powagą, kładąc rękę na ramieniu żony.
– Ja – zdecydowała Klara. – Ty przygotuj trzeci kubek i po prostu bądź. Mogę się założyć, że pierwsze, co zrobi, to ukryje się w twoich ramionach – dorzuciła, nie odrywając oczu od dziewczyny.
– Emilia? Kocham ją, jest dla mnie jak córka i chyba tylko dlatego, że ta mała żywi do mnie podobne uczucia, w ogóle pozwala się uściskać na pożegnanie... Ale rzucanie się w ramiona to raczej nie w jej stylu, przytulaśna to ona nigdy szczególnie nie była. Jakoś nie widzę tak wylewnego powitania w jej wykonaniu. – Mężczyzna nie ukrywał sceptycyzmu.
– Bo serce, Wacuś, to ty masz złote, ale nic a nic nie znasz się na dziewczynach. Pożyjemy, zobaczymy – zawyrokowała proroczym tonem Klara. – A teraz idę zgarnąć tę naszą córcię, zanim zmieni zdanie i sobie pójdzie – dorzuciła i jeszcze raz zerknęła na dziewczynę.
Z tej odległości nie mogła wyraźnie dostrzec jej twarzy, ale i tak wiedziała, że maluje się na niej smutek. O, proszę, a teraz dodatkowo uniosła dłoń i musnęła nią policzek. Tak jakby wycierała łzy. W tej chwili Klara wiele by dała, żeby z pochmurnego nieba zaczęło coś siąpić. Wtedy można by mieć nadzieję, że dłoń Emilki wytarła jedynie deszcz, a nie słoną rozpacz dawkowaną w kroplach.
Klara westchnęła ciężko i pokręciła głową. Widać to był dzień, gdy zmartwienia stadnie szturmowały ich dom. Wyszła z kuchni, w przedpokoju zgarnęła z wieszaka butelkowozielony serdak i zarzuciła go sobie na ramiona. Dostała go właśnie od Emilki.
– Ma identyczny kolor jak mój ulubiony skafander – powiedziała wtedy radosnym tonem dziewczyna. – A zielony podobno oznacza nadzieję, więc nie dość, że będziemy wyglądały jak siostry, to jeszcze będą z nas dziewczyny „od nadziei”.
– Ale żeś wymyśliła, dziecko! Jak siostry – zaśmiała się Klara wtedy. – Chyba „prawie”, bo „prawie” robi różnicę. Ale status dziewczyn „od nadziei” przyjmuję bez zastrzeżeń – dodała, puszczając do Emilii oko.
Teraz, schodząc po schodach ganku i zbliżając się do furtki, odgoniła od siebie coraz większy niepokój, odetchnęła głęboko i przybrała pogodny wyraz twarzy.
– Cóż, też uważam, że to jest całkiem ładny chodnik, choć nigdy w życiu nie poświęciłam mu tyle uwagi. Musi czuć się doceniony – powiedziała lekko Klara.
Na dźwięk jej głosu dziewczyna drgnęła i odruchowo się wyprostowała.
– O rany – mruknęła Emilia, gęsto mrugając. – Tak się zamyśliłam, że kompletnie mnie zaskoczyłaś. Mamo Klaro, dobrze, że jesteś – dodała na wydechu głosem miękkim jak kisiel.
I to „mamo Klaro” wystarczyło. Emilia nie musiała mówić nic więcej. Jeżeli Klara usiłowałaby się jeszcze łudzić, że wszystko jest w najlepszym porządku, to właśnie teraz musiałaby przestać. Razem z Wacławem traktowali Emilkę jak córkę, a ona ich jak swoich rodziców, ale zwykle zwracała się do nich po prostu po imieniu. Gdy padało „mama Klara” albo „tata Wacław”, było wiadomo, że ich Emilka ma kłopoty. I to takie wagi ciężkiej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki