Słownik pojęć utraconych - Williams Pip - ebook + książka

Słownik pojęć utraconych ebook

Williams Pip

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niektóre słowa są ważniejsze niż inne.

Dorastając w Skryptorium, zdążyłam się tego nauczyć.

Długo jednak nie umiałam pojąć, dlaczego tak jest.

W 1901 roku odkryto, że w Oksfordzkim Słowniku Języka Angielskiego brakuje słowa „dziewka”. Oto historia dziewczyny, która je ukradła.

Esme od urodzenia żyje wśród słów. Wychowana bez matki, spragniona wiedzy iświata, spędza dzieciństwo w Skryptorium – ogrodowej szopie, gdzie jej ojciec i zespół oddanych leksykografów zbierają hasła do wielkiego słownika języka angielskiego. Pewnego dnia na podłogę spada karteczka z napisem „dziewka”. Esme podnosi ją i zaczyna zbierać również inne porzucone wyrazy. Z czasem zaczyna dostrzegać, że to właśnie słowa i pojęcia odnoszące się do doświadczeń kobiet częściej niż inne giną, są pomijane, uznawane za nieistotne. Potajemnie zaczyna więc gromadzić słowa do innego słownika – „Słownika pojęć utraconych”.

Osadzona w burzliwym czasie walki o prawa kobiet, w epoce sufrażystek, powieść Słownik pojęć utraconych autorstwa Pip Williams to poruszająca opowieść o sile języka i o tym, kto decyduje, które historie zostaną zapisane. To także hołd dla kobiet, których głosy zbyt długo pozostawały na marginesie — ukryte między wierszami historii pisanej przez mężczyzn.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 471

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pip Williams Słownik pojęć utraconych Tytuł oryginału The Dictionary of Lost Words ISBN Copyright © 2020 by Pip Williams First published by Affirm Press. This edition arranged with Kaplan/DeFiore Rights through Graal Literary Agency. Copyright © for the Polish translation by Paulina Surniak, 2026 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026All rights reserved Redakcja Alicja Laskowska Korekta Paulina Jeske-Choińska, Julia Młodzińska Projekt typograficzny i łamanie Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Mamy i Taty

Prolog

Luty 1886

Przed utraconym słowem pojawiło się inne. Dotarło do Skryptorium w używanej kopercie, z przekreślonym starym adresem i dopisanym: dr Murray, Sunnyside, Oksford.

Odbieranie poczty należało do taty, a moim zadaniem było siedzieć mu na kolanach, niczym królowa na tronie, i wyciągać słowa z kopert. Mówił mi, na który stos je odłożyć, a czasem zatrzymywał się, przykrywał moją dłoń swoją i wodził moim palcem w górę i w dół, wokół liter, czytając mi je prosto do ucha. Wymawiał je głośno, a ja powtarzałam za nim. Potem objaśniał mi ich znaczenia.

To konkretne słowo zostało zapisane na skrawku brązowego papieru. Brzegi kartki były krzywo urwane — doktor Murray wyraźnie określał, jakie wymiary preferuje. Ojciec zawahał się, a ja czekałam z niecierpliwością. Tym razem nie położył dłoni na mojej ręce. Odwróciłam się, żeby go ponaglić, ale na widok jego miny zamarłam. Siedział tuż obok, ale najwyraźniej odpłynął myślami gdzieś daleko.

Spojrzałam z powrotem na kartkę i próbowałam odczytać słowo. Samodzielnie wodziłam palcami po literach.

— Co tu jest napisane? — zapytałam.

— Lily — odpowiedział.

— Jak mamusia?

— Tak właśnie.

— Czy to znaczy, że mama będzie w Słowniku?

— W pewnym sensie tak.

— Wszyscy tam będziemy?

— Nie.

— Dlaczego?

Czułam, jak wciąga powietrze, a ja unoszę się w rytm jego oddechu.

— Imię musi coś znaczyć, żeby trafiło do Słownika.

Spojrzałam znów na słowo.

— Czy mama była jak kwiat? — zapytałam.

Tato skinął głową.

— Najpiękniejszy.

Podniósł kartkę i przeczytał zamieszczone na niej zdanie. Potem odwrócił ją, szukając dalszego ciągu.

— Jest niepełne — powiedział. Przeczytał je jednak ponownie, wodząc oczami po tekście, jakby spodziewał się, że coś jeszcze wypatrzy. Odłożył kartkę na najmniejszy stos.

Odsunął krzesło od stołu. Zeszłam z jego kolan i czekałam, aż poda mi pierwszy stos fiszek. To też należało do moich zadań. Uwielbiałam patrzeć, jak każde słowo trafia na swoje miejsce we właściwej przegródce. Podniósł najmniejszy stos, a ja próbowałam odgadnąć, gdzie umieści imię mamy.

Nie za wysoko i nie za nisko, zanuciłam w myślach. Ale wtedy tato odwrócił się w stronę paleniska, zrobił trzy długie kroki i wrzucił kartki do ognia.

Były to trzy fiszki. Podmuch gorąca porwał je, ciskając każdą w inne miejsce. Jeszcze zanim spadły, zobaczyłam zwijający się napis. Lilia.

Krzyknęłam i rzuciłam się w stronę paleniska. Usłyszałam, jak tato mnie woła. Karteczka zwijała się wśród płomieni.

Sięgnęłam, by ją ocalić, choć brązowy papier zdążył się już osmalić, a litery zaczęły znikać. Myślałam, że zdołam ją wyjąć, że będzie niczym liść dębu, wyblakły i kruchy po zimie — ale gdy zacisnęłam palce, słowo rozsypało się w pył.

Zamarłam, ale tato natychmiast mnie odciągnął. Wziął mnie na ręce, wybiegł na zewnątrz i wcisnął moją dłoń w śnieg. Zbladł, chociaż mówiłam, że nic mnie nie boli. Kiedy jednak otworzyłam zaciśniętą pięść, zobaczyłam, że poczerniałe skrawki papieru stopiły się z poparzoną skórą.

*

Niektóre słowa są ważniejsze niż inne. Dorastając w Skryptorium, zdążyłam się tego nauczyć. Długo jednak nie umiałam pojąć, dlaczego tak jest.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

CZĘŚĆ 1. 1887–1896, belka — drażliwość

Maj 1887

Skryptorium. Nazwa sugerowała wspaniały gmach, w którym najlżejszy krok odbija się echem od marmurowej posadzki i złoconej kopuły, a była to po prostu szopa stojąca w ogrodzie za domem w Oksfordzie.

Zamiast grabi i łopat w szopie przechowywane były słowa. Zapisano je na karteczkach wielkości pocztówki. Wolontariusze nadsyłali je z całego świata. Wiązało się je w paczki i upychało w setkach przegródek ustawionych pod ścianami szopy. To doktor Murray nazwał ją Skryptorium. Najwyraźniej uznał za ujmę, że cały zasób języka angielskiego gnieździ się w ogrodowej szopie — ale wszyscy, którzy tam pracowali, mówili na nią Skrypciak. Wszyscy poza mną. Podobał mi się dźwięk słowa Skryptorium. Toczyło się po języku i miękko osiadało między wargami. Długo uczyłam się je wymawiać, a kiedy wreszcie mi się udało, żadna inna nazwa nie wchodziła w grę.

Pewnego razu tato pomógł mi odszukać w przegródkach hasło skryptorium. Znaleźliśmy pięć fiszek z przykładami jego użycia, każda pochodziła sprzed niewiele więcej niż stu lat. Wszystkie były mniej więcej takie same i żadna nie wspominała o szopie w ogrodzie domu w Oksfordzie. Fiszki podpowiadały, że skryptorium to klasztorne pomieszczenie przeznaczone do pisania.

Rozumiałam jednak, dlaczego doktor Murray wybrał tę nazwę. On i jego asystenci przypominali mnichów. Kiedy miałam pięć lat, bez oporów wierzyłam, że Słownik jest ich świętą księgą. Powiedział mi, że zebranie wszystkich istniejących słów zajmie całe życie, a ja zastanawiałam się czyje. Był już całkiem siwy, a pracowali dopiero nad słowami na B.

*

Tato i doktor Murray pracowali w Szkocji jako nauczyciele na długo przed powstaniem Skryptorium. Ponieważ się przyjaźnili, a ja nie miałam matki, która mogłaby się mną zająć, a w dodatku tato był jednym z najbardziej zaufanych leksykografów doktora Murraya, wszyscy przymykali oko na moją obecność w Skryptorium.

To miejsce miało w sobie coś magicznego. Wydawało się, że jego ściany skrywają wszystko, co kiedykolwiek istniało lub zaistnieje. Na każdej powierzchni piętrzyły się stosy książek. Stare słowniki, podania i legendy wypełniały półki oddzielające jedno biurko od drugiego lub odgradzające przestrzeń na fotel. Przegródki na fiszki ciągnęły się od podłogi aż do sufitu. Upchano w nich mnóstwo karteczek, a tato powiedział, że gdybym je przeczytała, poznałabym znaczenie wszystkiego, co istnieje.

Na środku stał stół do sortowania. Tato siedział przy jednym jego końcu, a troje asystentów zajmowało miejsca po obu jego stronach. Na przeciwległym końcu stało wysokie biurko doktora Murraya, który spoglądał ze swojego stanowiska na wszystkie słowa i mężczyzn, którzy pomagali mu je zdefiniować.

Zawsze przychodziliśmy jako pierwsi, więc przez jakiś czas miałam tatę i słowa tylko dla siebie. Siadałam mu na kolanach i pomagałam sortować karteczki. Kiedy natrafialiśmy na pojęcie, którego nie znałam, odczytywał zapisany na fiszce cytat, bym sama mogła rozpracować znaczenie danego hasła. Jeśli zadałam odpowiednie pytanie, próbował odszukać książkę, z której ów cytat pochodził, i czytał mi dłuższy fragment. Czułam się jak poszukiwaczka skarbów, która od czas do czasu trafia na bryłkę złota.

— „Próżno jednak zachęcał syna do pracy” — przeczytał z karteczki, którą właśnie wyjął z koperty.

— Mnie też próżno zachęcasz?

— Czasami — potwierdził i mnie połaskotał.

Kiedy spytałam, co to za syn, tato pokazał mi tytuł utworu umieszczony na górze fiszki.

— Baśń o Aladynie i o lampie cudownej — przeczytał.

Po przybyciu pozostałych asystentów schowałam się pod stół.

— Bądź cichutko jak myszka i nie przeszkadzaj — polecił tato.

Nie było to trudne.

Wieczorem usiadłam mu na kolanach. Grzaliśmy się przy kominku, a on przeczytał mi całą baśń o Aladynie. Wyjaśnił, że to bardzo stara opowieść o chłopcu pochodzącym z Chin. Kiedy spytałam, czy istnieją też inne, odparł, że jest ich tysiąc. Ta historia nie przypominała niczego, co słyszałam, żadnego miejsca, w którym byłam, ani nikogo, kogo znałam. Rozejrzałam się po Skryptorium i wyobraziłam je sobie jako lampę dżina. Z zewnątrz wyglądało zwyczajnie, ale w środku kryło skarby. A niektóre rzeczy nie były takie, jakie się wydawały.

Następnego dnia najpierw pomogłam tacie przy fiszkach, a potem zaczęłam prosić o kolejną opowieść. Przepełniał mnie entuzjazm i zapomniałam, że mam być cicho jak mysz. Zaczęłam przeszkadzać.

— Jeśli będę cię na próżno ostrzegał, nie będziesz mogła tu zostać — przypomniał tato, a ja od razu wyobraziłam sobie, że zostanę wygnana do jaskini Aladyna. Resztę dnia spędziłam więc pod stołem, gdzie trafił do mnie pewien skarb.

Było to słowo, które ześlizgnęło się na podłogę. Kiedy spadnie, pomyślałam, ocalę je i sama wręczę doktorowi Murrayowi.

Patrzyłam. Przez tysiąc chwil obserwowałam, jak unosi się na niewidzialnym prądzie powietrza. Spodziewałam się, że wyląduje na brudnej podłodze, ale nie. Szybowało jak ptak, opadając i wzbijając się, fikając koziołki, jakby wzywał je dżin. Nie sądziłam, że trafi na moje kolana, że w ogóle doleci tak daleko. A jednak tak się stało.

Słowo opadło na fałdy mojej sukienki niczym jasny okruch nieba. Nie śmiałam go dotknąć. Wolno mi było trzymać w rękach słowa, kiedy byliśmy tu sami. Chciałam zawołać tatę, ale głos uwiązł mi w gardle. Siedziałam tak w nieskończoność. Chciałam dotknąć słowa, ale nie śmiałam. Co oznacza? — zastanawiałam się. Czyje jest? Nikt się nie schylił, by mi je odebrać.

Po dłuższej chwili dotknęłam go ostrożnie, uważając, by nie zmiażdżyć jego skrzydełek, i podniosłam do twarzy. W mroku mojej kryjówki trudno było cokolwiek odczytać. Przesunęłam się więc tam, gdzie między krzesłami unosiła się kurtyna migot­liwego pyłu.

W smudze światła ujrzałam czarne pismo na białym papierze. Siedem liter; pierwsza — brzuchate D. Dalej poruszałam ustami, tak jak uczył mnie tato: Z jak zamek, I jak igła, E jak echo, W jak woda, K jak kamień, A jak agrest. Wyszeptałam je jedną po drugiej. Druga część była łatwa: ewka. Pierwsza zajęła mi chwilę, ale przypomniałam sobie, jak czyta się DZI razem. Dzi. Pierwsze słowo brzmiało dziewka.

Obok i pod nim ciągnęły się kolejne wyrazy, splątane jak kłębek nici. Nie potrafiłam stwierdzić, czy tworzyły cytat nadesłany przez któregoś z ochotników, czy definicję zapisaną ręką jednego z asystentów doktora Murraya. Tato powtarzał, że wszystkie godziny spędzane w Skryptorium służą temu, by nadać sens słowom przysyłanym przez wolontariuszy, tak by można je było zdefiniować w Słowniku. To było ważne i oznaczało, że ja też otrzymam wykształcenie, trzy ciepłe posiłki dziennie i wyrosnę na porządną młodą damę. Słowa, mówił tato, były dla mnie.

— Czy wszystkie zostaną zdefiniowane? — spytałam kiedyś.

— Niektóre pominiemy — odpowiedział.

— Dlaczego?

Zawahał się.

— Po prostu nie są wystarczająco poważne. — Zmarszczyłam brwi, a on dodał: — Za mało ludzi je zapisało.

— A co się dzieje ze słowami, które zostaną pominięte?

— Wrócą do przegródek. Jeśli nie zdobędziemy wystarczająco dużo informacji na ich temat, zostaną ostatecznie wyrzucone.

— Ale jeśli nie znajdą się w Słowniku, mogą zostać całkiem zapomniane.

Przechylił głowę i spojrzał na mnie tak, jakbym powiedziała coś ważnego.

— To prawda.

Wiedziałam, co się dzieje, kiedy słowo zostaje odrzucone. Ostrożnie złożyłam dziewkę i wsunęłam do kieszeni fartuszka.

Chwilę później tato zajrzał pod stół.

— Leć już, Esme. Lizzie na ciebie czeka.

Zerknęłam spomiędzy wszystkich tych nóg — krzeseł, stołu i mężczyzn — i zobaczyłam młodą pokojówkę państwa Murrayów stojącą w otwartych drzwiach. Fartuch miała ciasno zawiązany w pasie, a materiału było za dużo i powyżej, i poniżej. „Jeszcze do niego nie dorosłam” — powiedziała kiedyś. Z mojej kryjówki pod stołem wyglądała, jakby przebrała się dla zabawy. Przeczołgałam się między nogami i podbiegłam do niej.

— Następnym razem powinnaś wejść i mnie poszukać, byłoby weselej — powiedziałam.

— To nie miejsce dla mnie. — Wzięła mnie za rękę i poprowadziła w cień jesionu.

— A jakie jest dla ciebie?

Zmarszczyła brwi, po czym wzruszyła ramionami.

— Pokój na poddaszu, tak myślę. Kuchnia, kiedy pomagam pani Ballard, ale na pewno nie wtedy, kiedy nie pomagam. Kościół św. Marii Magdaleny w niedzielę.

— I to wszystko?

— Ogród, kiedy się tobą opiekuję, żebyśmy nie plątały się pod nogami pani Ballard. A ostatnio też targ, bo ją ciągle bolą kolana.

— A Sunnyside zawsze było twoim miejscem? — spytałam.

— Nie. — Spojrzała na mnie z góry, a ja zaczęłam się zastanawiać, czemu przestała się uśmiechać.

— A jakie miałaś wcześniej miejsce?

Zawahała się.

— Z moją mateczką i całą dzieciarnią.

— Co to jest dzieciarnia?

— To po prostu dzieci.

— Takie jak ja?

— Takie same, Essymay.

— Czy one umarły?

— Tylko moja mateczka. A dzieciarnię zabrali, nie wiem dokąd. Były za małe, żeby iść na służbę.

— A co to jest służba?

— A ty musisz się tak ciągle dopytywać? — Lizzie ujęła mnie pod pachy i zaczęła wirować w miejscu, dopóki nie padłyśmy na trawę.

— A gdzie jest moje miejsce? — spytałam, kiedy przestało mi się kręcić w głowie.

— Pewno w Skrypciaku, z twoim ojcem. W ogrodzie, w moim pokoju i na stołku w kuchni.

— A w moim domu?

— Ano też, chociaż tu spędzasz więcej czasu niż tam.

— Ale nie mam swojego niedzielnego miejsca, tak jak ty.

Lizzie zmarszczyła brwi.

— Masz, Kościół św. Barnaby.

— Nie zawsze tam chodzimy. A jak już, to tato zabiera książkę i ją czyta, zamiast śpiewać. — Roześmiałam się na wspomnienie taty, który rusza bezgłośnie ustami, udając, że robi to, co wszyscy.

— To nie jest śmieszne, Essymay — powiedziała Lizzie, kładąc dłoń na krzyżyku, który nosi pod ubraniem. Przestraszyłam się, że pomyśli coś złego o tacie.

— To przez to, że Lily umarła — wyjaśniłam.

Twarz Lizzie złagodniała. Teraz wyglądała na zasmuconą, a tego też nie chciałam.

— Ale tato mówi, że sama powinnam podjąć decyzję. O Bogu i o Niebie. Dlatego chodzimy do kościoła. — Jej twarz się rozluźniła, więc postanowiłam wrócić do przyjemniejszych tematów. — Moje ulubione miejsce to Sunnyside — powiedziałam. — Najpierw Skryptorium. Potem twój pokój, potem kuchnia, kiedy pani Ballard piecze. Zwłaszcza kiedy piecze bułeczki z piegami.

— Jakaś ty pocieszna, Essymay — zaśmiała się Lizzie. — To są bułeczki z owocami. Te plamki to rodzynki.

Tato mówił, że Lizzie jest praktycznie dzieckiem. Kiedy z nią rozmawiał, sama to widziałam. Starała się stać spokojnie i zaciskała dłonie, żeby nie wyłamywać sobie palców. Kiwała głową przy każdym jego słowie, ledwie się odzywając. Musiała się go bać, pomyślałam, tak jak ja bałam się doktora Murraya. Ale kiedy tato wychodził, Lizzie zerkała na mnie ukradkiem i puszczała oczko.

Leżałyśmy na trawie, a świat wirował nad naszymi głowami. Nagle pochyliła się i wyciągnęła mi zza ucha kwiat. Całkiem jak magik.

— Mam tajemnicę — wyszeptałam.

— A jaką, rybko? — odpowiedziała, uśmiechając się szeroko.

— Nie mogę ci powiedzieć. Nie tutaj. Jeszcze by odfrunęła.

Na palcach przemknęłyśmy przez kuchnię w stronę wąskich schodków prowadzących do pokoju Lizzie. Pani Ballard była pochylona nad beczką z mąką w spiżarni, a ja widziałam tylko jej pokaźny zad, opięty tkaniną w granatową kratę. Gdyby nas dostrzegła, na pewno znalazłaby Lizzie jakieś zajęcie, a mój sekret musiałby poczekać. Przyłożyłam dłoń do ust, ale i tak z trudem powstrzymywałam śmiech. Lizzie od razu to zauważyła, więc chwyciła mnie w kościste ramiona i pomknęła po schodach.

W pokoju było zimno. Lizzie zdjęła narzutę z łóżka i rozłożyła ją na gołej podłodze jak dywanik. Zastanawiałam się, czy po drugiej stronie ściany siedzą dzieci państwa Murrayów. Tam mieściła się bawialnia i czasem słyszałyśmy płacz małego Jowetta. Nie płakał długo. Po chwili zjawiała się albo pani Murray, albo któreś ze starszych dzieci. Przysunęłam ucho do ściany i usłyszałam, że się budzi. Wydawał z siebie różne dźwięki, ale jeszcze nie mówił. Wyobraziłam sobie, jak otwiera oczy i nagle dociera do niego, że jest sam. Najpierw chwilę biadolił, a potem zaczął płakać. Tym razem przyszła Hilda. Kiedy płacz ustał, rozpoznałam jej dźwięczny głos. Miała trzynaście lat, jak Lizzie, a jej młodsze siostrzyczki, Elsie i Rosfrith, zawsze plątały się blisko niej. Opadłam na podłogę i wyobraziłam sobie, że robią to samo po drugiej stronie ściany. Zastanawiałam się, w co będą się bawić.

Usiadłyśmy z Lizzie naprzeciwko siebie ze skrzyżowanymi nogami, nasze kolana się stykały. Podniosłam ręce, chcąc zagrać w klaskanie, ale Lizzie zawahała się na widok moich palców. Były pomarszczone i zaczerwienione.

— Już nie bolą — powiedziałam.

— Na pewno?

Skinęłam głową i zaczęłyśmy klaskać, choć Lizzie dotykała mnie tak delikatnie, że dźwięk nie był taki, jak powinien.

— No to jaki jest ten twój wielki sekret, Essymay? — zapytała.

Już prawie o nim zapomniałam. Przerwałam klaskanie, sięgnęłam do kieszeni fartuszka i wyciągnęłam fiszkę, która wylądowała mi rano na kolanach.

— I to ma być sekret? — mruknęła Lizzie, biorąc fiszkę do ręki i obracając ją.

— To słowo, ale umiem przeczytać tylko ten kawałek. — Wskazałam na dziewkę. — Umiesz przeczytać resztę?

Przesunęła palcem po literach, tak jak ja to wcześniej robiłam. Po chwili oddała mi fiszkę.

— Gdzieś to znalazła? — spytała.

— To ono mnie znalazło — odpowiedziałam. A widząc, że nie rozumie, dodałam: — Jeden z asystentów je wyrzucił.

— Wyrzucił, powiadasz?

— Tak — potwierdziłam, nie spuszczając wzroku, nawet na moment. — Niektóre słowa po prostu nie mają sensu i wtedy się je wyrzuca.

— No to co zrobisz ze swoim sekretem? — zapytała Lizzie.

Nie pomyślałam o tym. Chciałam go tylko pokazać Lizzie. Wiedziałam, że nie mogę prosić taty, żeby je zachował, nie mogłam go też trzymać na zawsze w kieszeni.

— Możesz je dla mnie schować? — zapytałam.

— Mogę. Choć nie wiem, co w nim takiego szczególnego.

Było wyjątkowe, bo przyszło do mnie. Prawie nic nie znaczyło, a jednak. Małe i kruche, może nie miało wielkiej wagi, ale musiałam je uchronić przed ogniem z paleniska. Nie wiedziałam, jak to wyjaśnić, a Lizzie nie nalegała. Uklękła, sięgnęła pod łóżko i wysunęła mały drewniany kufer.

Patrzyłam, jak palcem kreśli ślad w cienkiej warstwie kurzu, która pokrywała porysowaną pokrywę. Nie spieszyła się z otwarciem.

— Co jest w środku? — zapytałam.

— Nic. Wszystko, z czym przyszłam, trafiło do tej szafy.

— A nie będziesz jej potrzebować w podróży?

— Już nie — odparła i podniosła zasuwkę.

Ułożyłam swój sekret na dnie kufra i odsunęłam się. Wyglądał maleńko i samotnie. Przesunęłam go na jedną stronę, potem na drugą. W końcu go wyjęłam i schowałam w dłoniach.

Lizzie pogładziła mnie po włosach.

— Będziesz musiała znaleźć więcej skarbów, żeby mu dotrzymały towarzystwa.

Podniosłam się, uniosłam fiszkę jak najwyżej nad kufrem i puściłam. Patrzyłam, jak powoli opada, aż wreszcie spoczęła w rogu.

— To tutaj chce być — powiedziałam, schylając się, by ją wygładzić. Ale nie dała się spłaszczyć. Dno pudełka było wyłożone papierem, a pod spodem coś się dało wyczuć. Róg zaczął się już odklejać, więc go podważyłam.

— Coś tu jest, Lizzie — szepnęłam, gdy spod papieru wyłoniła się główka szpilki.

Lizzie pochyliła się nade mną, żeby zobaczyć, o czym mówię.

— To szpilka do kapelusza — powiedziała i ją podniosła. Na łebku szpilki tkwiły trzy drobne paciorki, jeden na drugim, każdy mieniący się feerią barw. Lizzie obracała ją między kciukiem a palcem. Zrozumiałam, że rozpoznaje ten przedmiot. Podniosła go do piersi, pocałowała mnie w czoło i ostrożnie odłożyła szpilkę na stolik nocny, obok zdjęcia przedstawiającego jej matkę.

*

Droga do domu, do Jericho, zajmowała nam więcej czasu, niż powinna, bo ja byłam jeszcze mała, a tato lubił iść powoli, popalając przy tym fajkę. Uwielbiałam jej zapach.

Przeszliśmy przez szeroką Banbury Road i ruszyliśmy w dół St Margaret, obok wysokich domów stojących parami, z ładnymi ogródkami w cieniu rosnących wzdłuż ścieżki drzew. Potem poprowadziłam nas zygzakiem przez wąskie uliczki, gdzie budynki stały jeden przy drugim, jak fiszki w przegródkach. Kiedy skręciliśmy w Observatory Street, tato postukał fajką o mur, schował ją do kieszeni i posadził mnie sobie na ramionach.

— Niedługo będziesz na to za duża — powiedział.

— A jak urosnę, to przestanę być dzieciakiem?

— Tak cię nazywa Lizzie?

— Czasami. Mówi do mnie też rybko albo Essymay.

— Rozumiem dzieciaka i Essymay, ale czemu rybko?

Kiedy używała tego słowa, zawsze mnie ściskała albo uśmiechała się czule. Rozumiałam to, choć nie potrafiłam tego wytłumaczyć.

Nasz dom stał w połowie Observatory Street, tuż za Adelaide Street. Gdy dotarliśmy na róg, zaczęłam liczyć na głos:

— Jeden, dwa, trzy, stukam w nasze drzwi.

Mieliśmy starą, mosiężną kołatkę w kształcie dłoni. Lily znalazła ją na straganie ze starociami na targu. Tato opowiadał, że kołatka była cała porysowana i zaśniedziała, a między palcami miała piasek z rzeki, ale wyczyścił ją i przytwierdził do drzwi w dniu ślubu. Teraz wyjął z kieszeni klucz, a ja pochyliłam się i przykryłam dłonią rękę Lily. Zapukałam trzy razy.

— Nikogo nie ma w domu — powiedziałam.

— To się zaraz zmieni. — Otworzył drzwi, a ja się schyliłam, by nie uderzyć głową w futrynę, kiedy weszliśmy do sieni.

*

Postawił mnie na ziemi, odłożył torbę na kredens i schylił się, żeby pozbierać listy z podłogi. Poszłam za nim do kuchni i usiadłam przy stole, a on zaczął przygotowywać kolację. Od czasu do czasu przychodziła do nas służąca. Trzy razy w tygodniu gotowała, sprzątała i robiła pranie, ale dzisiaj nie był jej dzień.

— Czy pójdę na służbę, jak już przestanę być dzieciakiem?

Tato potrząsnął patelnią, żeby obrócić kiełbaski, i spojrzał na mnie.

— Nie, nie pójdziesz.

— Dlaczego nie?

Znów potrząsnął kiełbaskami.

— Trudno to wyjaśnić.

Czekałam. Wziął głęboki oddech, a zmarszczki między jego brwiami pogłębiły się.

— Lizzie ma szczęście, że jest na służbie, ale dla ciebie nie byłoby to zbyt fortunne.

— Nie rozumiem.

— Wiem. — Odcedził groszek, utłukł ziemniaki i nałożył je na talerze razem z kiełbaskami. Wreszcie usiadł. — Służba znaczy różne rzeczy dla różnych ludzi, Essy, zależnie od tego, jakie mają miejsce w społeczeństwie.

— I to wszystko będzie wyjaśnione w Słowniku?

Napięcie na jego twarzy zniknęło.

— Jutro poszukamy w przegródkach, dobrze?

— Czy Lily potrafiłaby wytłumaczyć, czym jest służba? — spytałam.

— Twoja mama umiałaby ci wytłumaczyć cały świat, Essy — powiedział tato. — Ale bez niej musimy polegać na Skrypciaku.

*

Następnego ranka, zanim zabraliśmy się da sortowania poczty, tato podniósł mnie wysoko i pozwolił poszukać przegródek na literę S.

— Sprawdźmy, co tam znajdziemy.

Tato wskazał przegródkę, do której sięgnęłam z trudem. Wyjęłam z niej plik fiszek. Na wierzchu widniało słowo służba, a pod nim dopisek: wiele znaczeń. Usiedliśmy przy stole, a tato pozwolił mi rozwiązać sznurek. Ktoś podzielił karteczki na cztery grupy, każdy z własną fiszką tytułową i definicją zaproponowaną przez jednego z bardziej zaufanych wolontariuszy doktora Murraya.

— To Edith je posegregowała — powiedział tato, układając stosiki na stole.

— Czyli ciocia Ditte?

— Tak właśnie.

— To ona jest leksy… leksykografą, tak jak ty?

— Leksykografem. Nie. Ale to bardzo uczona dama i mamy szczęście, że obrała Słownik za swoje hobby. Nie ma tygodnia, żeby nie przysłała doktorowi Murrayowi listu z jakimś słowem albo definicją.

Nie było też tygodnia, żebyśmy my nie dostali listu od Ditte. Tato czytał je na głos, a duża ich część dotyczyła mnie.

— Czy ja też jestem jej hobby?

— Jesteś jej chrześnicą, a to o wiele ważniejsze niż hobby.

Tak naprawdę Ditte miała na imię Edith, ale kiedy byłam mała, nie umiałam tego wymówić. Powiedziała, że jej imię ma różne wersje, i pozwoliła mi wybrać ulubioną. W Danii mówiono by na nią Ditte. Podobało mi się czułe brzmienie tego słowa. Od tego czasu nigdy nie mówiłam na nią Edith.

— A teraz zobaczmy, jak Ditte zdefiniowała służbę — powiedział tato.

Wiele definicji pasowało do Lizzie, ale żadna nie tłumaczyła, dlaczego służba mogła oznaczać coś innego dla niej, a coś innego dla mnie. Ostatni stosik, do którego dotarliśmy, nie miał fiszki tytułowej.

— To duplikaty — wyjaśnił tato. Pomógł mi je przeczytać.

— Co się z nimi stanie? — zapytałam.

Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i do środka wszedł jeden z asystentów, zawiązując krawat, jakby dopiero co go założył. Kiedy skończył, krawat wisiał krzywo, a on zapomniał wsunąć go pod kamizelkę.

Pan Mitchell spojrzał ponad moim ramieniem na stosy fiszek. Pasmo ciemnych włosów opadło mu na twarz. Próbował je przygładzić, ale nie chciało się trzymać bez olejku.

— Służba — przeczytał.

— Lizzie jest na służbie — zauważyłam.

— Zgadza się.

— Ale tato mówi, że dla mnie służba byłaby nieszczęściem.

Pan Mitchell spojrzał na tatę, który wzruszył ramionami i uś­miechnął się.

— Kiedy dorośniesz, Esme, będziesz mogła robić, co tylko zechcesz — powiedział pan Mitchell.

— Chcę być leksykografem.

— To świetny początek — odparł, wskazując na fiszki.

Do Skryptorium weszli pan Maling i pan Balk, dyskutując o słowie, o które spierali się dzień wcześniej. Potem pojawił się doktor Murray, w czarnym płaszczu, którego poły falowały. Spojrzałam na nich po kolei i zaczęłam się zastanawiać, czy po długości i kolorze ich bród mogłabym poznać, ile mają lat. Brody taty i pana Mitchella były najkrótsze i najciemniejsze. Broda doktora Murraya bielała i sięgała aż do górnego guzika kamizelki. Brody pana Malinga i pana Balka mieściły się gdzieś pośrodku. Teraz, kiedy byli już wszyscy, nadeszła pora, bym zniknęła. Wpełzłam pod stół i czekałam na zagubione fiszki. Marzyłam o kolejnym słowie, które samo mnie znajdzie. Żadne się nie pojawiło, ale kiedy tato kazał mi iść z Lizzie, miałam coś w kieszeni.

Pokazałam jej fiszkę.

— Jeszcze jeden sekret — wyjaśniłam.

— A powinnam ci pozwalać wynosić sekrety ze Skrypciaka?

— Tato mówi, że to duplikat. Jest jeszcze jedna, która mówi dokładnie to samo.

— A co tam napisane?

— Że ty powinnaś być w służbie, a ja powinnam haftować, dopóki nie zechce mnie poślubić jakiś dżentelmen.

— Serio? Tak tam stoi?

— Chyba tak.

— No to ja bym mogła cię nauczyć haftować — powiedziała Lizzie.

Pomyślałam o tym.

— Nie, dziękuję, Lizzie. Pan Mitchell powiedział, że mogę być leksykografem.

Przez następne kilka dni najpierw pomagałam tacie przy poczcie, a potem wpełzałam pod stół i czekałam na spadające słowa. Jednak zawsze któryś z asystentów od razu je podnosił. Po kilku dniach przestałam na nie czekać, a po paru miesiącach zapomniałam o kufrze pod łóżkiem Lizzie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

CZĘŚĆ 1. 1887–1896, belka — drażliwość

Maj 1887