Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czasem zło czai się tuż obok, a potwory wyłaniają się z codzienności
W wielkich miastach i na prowincji, w opuszczonych domach i na zatłoczonych ulicach, rzeczywistość niepostrzeżenie pęka, odsłaniając to, co ukryte. Bohaterowie opowiadań Enriquez zebranych w tomie Słoneczne miejsce dla mrocznych ludzi spotykają duchy, których nie da się odpędzić, trafiają do miejsc, gdzie czas się zatrzymał, i zbliżają się niebezpiecznie do tego, czego nie powinno się spotykać. Zło nie przychodzi tu z zewnątrz – jest obecne, ciche, wpisane w codzienność.
W jednym z opowiadań bohaterka spotyka duchy nawiedzające peryferyjną dzielnicę Buenos Aires, między innymi ducha własnej matki zmarłej po długich cierpieniach, nastolatek zabitych na ulicy i złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku. W innym para wynajmuje dom, by spędzić krótkie wakacje w miejscowości, z której wielu mieszkańców wyprowadziło się po tym, jak przestał tam dojeżdżać pociąg. W galerii na opuszczonej stacji kolejowej zwiedzają wystawę niepokojących płócien lokalnego artysty, ale naprawdę przerażającym doświadczeniem okazuje się dopiero poznanie ich autora. Bohaterka kolejnego opowiadania – dziennikarka pisząca o historii dziewczyny widzianej po raz ostatni na nagraniu z kamer monitoringu w podrzędnym hotelu w Los Angeles – staje oko w oko z legendą tego miasta…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Tytuł oryginału: Un lugar soleado para gente sombría
Copyright © 2024 by Mariana Enriquez Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © 2026 for the Polish translation by Katarzyna Okrasko
All rights reserved
Published by arrangement of Casanovas & Lynch Literary Agency S.L.U Spain and Book/Lab Literary Agency, Poland.
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Maja Lipowska Korekta: Adam Osiński, Maja Lipowska Projekt okładki: Ula Pągowska Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN: 9788383829883
Dziś zrobiło mi się smutno, doświadczyłam trzech rodzajów strachu, wzmocnionych przez nieodwracalny fakt: nie jestem już młoda.
Adélia Prado
A wound gives off its own light.
Anne Carson
Doesn’t have arms, but it knows how to use them. Doesn’t have a face, but it knows where to find one.
Thomas Ligotti
Teraz jest czas, żebyście wrócili. Nie było was już wystarczająco długo.
Lydia DavisCan’t and Won’t
Myślę, że najpierw powinnam opisać dzielnicę. Bo tam jest mój dom, a w nim jest moja matka. Jednej rzeczy nie da się zrozumieć bez drugiej. Nie da się zrozumieć, dlaczego nie wyjadę. Bo mogę wyjechać. Mogę wyjechać choćby jutro.
To już nie jest ta sama dzielnica co w czasach mojego dzieciństwa. Wcześniej stały tu domy dla robotników wybudowane w latach trzydziestych w wąskich uliczkach; murowane, z pięknymi ogródkami i wysokimi oknami z metalowymi żaluzjami. Można powiedzieć, że sami mieszkańcy zepsuli ją swoimi innowacjami: klimatyzacją, dachami wyłożonymi dachówką, jakimś dodatkowym piętrem dobudowanym z innych materiałów, okładzinami i farbami do elewacji w idiotycznych kolorach albo zamianą starych drewnianych drzwi na nowsze i tańsze. Ale nie chodzi tylko o zły gust, ale też i o to, że dzielnica zmieniła się w wyspę. Z jednej strony ogranicza nas aleja: jest jak brzydka rzeka, przekraczasz ją, ale na brzegach nie ma zbyt wiele. Na południu z kolei mamy bloki, które robiły się coraz bardziej niebezpieczne, z chłopcami sprzedającymi na schodach pastę kokainową, a czasem strzelającymi do siebie po jakiejś awanturze albo po prostu dlatego, że są w złym humorze, bo przegrali w piłkę. Na północy znajdował się kiedyś park, miał tam powstać jakiś obiekt sportowy, ale nigdy do tego nie doszło i teraz działkę zajmują skrajnie biedne chatki; najlepsze z pustaków, najnędzniejsze z blachy i kartonu. Bloki i te slumsy są połączone. Rozumiem, co się dzieje: kiedy nędza osacza, tak jak osacza w moim kraju i w moim mieście, i jedynym wyjściem jest jakaś nielegalna działalność, to człowiek to robi. Zarabia się więcej niż na legalnej pracy. Poza tym nie ma tyle legalnej pracy, nie wystarczy dla wszystkich. A skoro lepsze życie wymaga ryzyka, wielu je podejmuje.
Większość moich sąsiadów, tych z wyspy domków wybudowanych, gdy świat był inny, nie zgodziłaby się ze mną. Żeby było jasne: ja też się boję. Też nie chcę, by jakaś zbłąkana kula dosięgła mnie albo moją córkę, kiedy przyjeżdża z wizytą (rzadko), ani by systematycznie mnie okradano na przystanku autobusowym albo za każdym razem, kiedy muszę zatrzymać samochód na czerwonym świetle w okolicy bloków. Też wracam do domu zapłakana, ilekroć jakiś nastolatek grozi mi nożem, żeby zabrać telefon. Ale nie chcę pozabijać ich wszystkich. Nie uważam, że to patologia, czarni, migranci, margines, że nie ma dla nich ratunku. Mój były mąż, który mieszka w Patagonii i pracuje w firmie paliwowej, mówi mi, że sąsiedzi się boją. Ja odpowiadam, że faszyzm zwykle zaczyna się od strachu, a kończy nienawiścią. On mówi, żebym sprzedała dom i przeprowadziła się na południe, zamieszkała blisko niego. Rozstaliśmy się, ale nadal jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze byliśmy przyjaciółmi. Jego nowa żona jest urocza. Ja zwykle tłumaczę się Caroliną, naszą córką, ale to tylko wymówka. Carolina mieszka daleko ode mnie i od tego domu i pracuje jako producentka modowa w czasopiśmie o satynowych kartkach. Nie potrzebuje mnie.
Zostałam tu, bo żyje tu moja matka. Czy umarła może gdzieś żyć? Może raczej jest obecna. Odkąd ją odkryłam, lepiej rozumiem to słowo. Najpierw ją wyczułam, dopiero potem zobaczyłam.
Moja matka była szczęśliwą kobietą, póki nie zachorowała na raka i nie wprowadziła się do mnie, żeby umrzeć. Agonia była długa, bolesna i odarta z godności. Nie zawsze tak jest. Mądry chory, który z łóżka, już bez włosów i z pożółkłą skórą, udziela lekcji życia, to idiotyczna romantyzacja, ale prawdą jest, że zdarzają się osoby, które cierpią mniej. To kwestia fizjologii, ale również temperamentu. Moja mama miała alergię na morfinę. Nie mogła jej brać. Musiałyśmy stosować bezużyteczne środki przeciwbólowe. Umarła, krzycząc. Opiekowałyśmy się nią ja i pielęgniarka, najlepiej jak tylko się dało. Ale nie dało się zrobić zbyt wiele. Jestem lekarką, lecz od dawna nie przyjmuję pacjentów, wolę pracować w administracji w prywatnej firmie medycznej. W wieku sześćdziesięciu lat brakuje mi już energii, cierpliwości i pasji. Prawdą jest również, że przez długi czas zaprzeczałam (zaprzeczenie to potężny narkotyk) temu, co musiałam przyjąć do wiadomości po śmierci matki. Istnieją duchy i one mnie nawiedzają. Szukają mnie. Nie widzę ich jedynie ja, w szpitalu pielęgniarki uciekały z krzykiem. Ja je uspokajałam, mówiłam: „dziewczyny, zbyt łatwo ulegacie sugestii”.
Usłyszałam jej krzyk pewnego ranka, krzyk mojej matki. Nie nad ranem, nie w nocy, tylko w tej pełnej światła godzinie, nietypowej dla ducha. Domy w dzielnicy, chociaż ładne, stoją bardzo blisko siebie, jak brytyjskie domy w zabudowie bliźniaczej, semi-detached: wybudowali je angielscy przedsiębiorcy kolejowi dla swoich pracowników. Moja sąsiadka Mari, która nigdy nie wychodzi z domu, bo panicznie boi się, że ją okradną, zabiją i kto wie, co jeszcze, wychyliła się przerażona przez okno wychodzące na mój ogródek przed domem dokładnie wtedy, kiedy ja wyszłam, żeby sprawdzić, czy nie ma nikogo na ulicy, głupi odruch bezwarunkowy wywołany moim własnym przerażeniem: nie mogłam uwierzyć, że słyszę krzyki zmarłej matki. Pomyślałam, że może to ktoś na ulicy. Jakiś wypadek, bójka. Mari też pamiętała prawdziwe krzyki mojej matki i była zdumiona, sparaliżowana strachem.
– To telewizor, Mari, wracaj do środka.
– Ale zauważyłaś podobieństwo, prawda?
– Tak. To niewiarygodne.
I weszłam z powrotem do domu.
Zdezorientowana zaczęłam szukać po domu źródła krzyków i błagać matkę – takim głosem, jakbym się modliła – by ściszyła nadajnik. Nie prosiłam, żeby przestała wyć, tylko żeby była bardziej dyskretna, jedynie tego chciałam. Już wcześniej zdarzało mi się to z innymi duchami, najpierw w szpitalu, potem w klinice. Mama zawsze miała poczucie humoru, więc prośba o ściszenie nadajnika ją rozśmieszyła. Nie znalazłam jej tego dnia, chociaż wzięłam wolne w pracy; udało mi się to w nocy, siedziała na podłodze w pokoju, w którym umarła, zmienionym teraz w składzik mebli, bo zawsze brakuje mi czasu, by je wyrzucić albo rozdać. Była chuda, ale tak jak na początku swojej choroby nowotworowej; nie była to ta wysuszona, żylasta kobieta z ostatnich miesięcy. Nie chciałam się do niej zbliżać; oparłam się o drzwi i, z trzęsącymi się kolanami, zaśpiewałam. A kiedy jej śpiewałam, opadłam na podłogę i znalazłyśmy się naprzeciwko, ja usiadłam ze skrzyżowanymi nogami, ona klęczała. Śpiewałam piosenkę, która ją uspokajała, gdy ból był nie do zniesienia, przynajmniej chciałam w to wierzyć. Tamtej nocy nie krzyczała.
Ale duchy, zdążyłam się już tego nauczyć, potrafią się wkurzyć. Nie wiem, co myślą, o ile w ogóle myślą, bo one raczej powtarzają, a ich powtórzenia wydają się bezmyślnymi odruchami, ale na pewno mówią i na pewno mają swoje zdanie oraz napady złego humoru. Mama chodzi po domu, niekiedy czuje moją obecność, a niekiedy nie. I od czasu do czasu mam wrażenie, że wraca do niej wściekłość. Wściekłość na swoje zdegradowane ciało, sztuczny odbyt, poniżenie; przedtem taka elegancka, pamiętam, jak płakała: „smród, ten smród”. Bywał gorszy niż fizyczne cierpienie. Wtedy krzyczy. Często to krzyki czystej wściekłości. Mam wiele sposobów, żeby ją uspokoić, nie ma jednak sensu ich tu wyliczać.
Interesujące jest natomiast to, co zaczęło dziać się w dzielnicy. Wtedy uświadomiłam sobie, że ani ja nie oszalałam – tak pomyślałam, każdy na widok swojej zmarłej matki wchodzącej po schodach pomyślałby tak samo – ani ona nie była jedyną zjawą.
Moi sąsiedzi robią zebrania dotyczące bezpieczeństwa. Nie osiągnęli zbyt wiele. W dzielnicy zdarzały się włamania, kradzieże z użyciem przemocy, raz pobito staruszkę. To okropne, co się dzieje. Ale oni są jeszcze okropniejsi. Na zebraniach krzyczą, że płacą podatki (co tylko po części jest prawdą: większość, kiedy tylko może, stara się ich unikać jak każdy Argentyńczyk z klasy średniej); nakupowali broni i chodzą na kursy, żeby nauczyć się jej używać, i opowiadają, jak powinna zachować się policja: zawsze proponują zabicie przestępcy, znieważanie go, średniowieczne metody, oko za oko i tym podobne rzeczy. Jeden starszy mężczyzna – trochę starszy ode mnie – którego nie znam, mówi, że trzeba powbijać głowy tych „czarnych” na piki, jak w epoce kolonialnej. Nikt go nie cenzuruje, nikt nawet nie przewraca oczyma. Wszystkie zebrania kończą się wspominaniem dobrych dziadków moich sąsiadów, imigrantów z Europy, którzy przybyli tu z pustymi rękami, żeby uczciwie pracować; byli wprawdzie biedni, ale mieli swoją godność. Kolejny mit. Wśród imigrantów z tamtej epoki zdarzali się biedacy i drobne złodziejaszki, ale też anarchiści poszukiwani przez policję, a lwia ich część została nieuczciwymi kupcami, którzy woleli zarabiać pieniądze, niż zawracać sobie głowę dylematami etycznymi. Ale już się o to nie kłócę, o ile w ogóle kiedyś się kłóciłam. Pogodziłam się z tym zdrowym rozsądkiem, który współdzielą. Zdrowy rozsądek to kłamstwo, ale kwestionowanie wiarygodnego kłamstwa to wyzwanie dla tytanów.
Chodzę na te zebrania, bo chcę znać ich plany. Jeśli któregoś dnia chcieliby zamknąć ulicę, wolałabym dowiedzieć się o tym z wyprzedzeniem. Już mi się to zdarzyło z alarmem, który włączyłam niechcący, opierając się o czyjeś drzwi, żeby sprawdzić wiadomości w telefonie. Bez mojej zgody umieścili też kamerę na moim domu, ale muszę przyznać, że urządzenie mi się przydaje. Gdy ktoś spróbuje się włamać, mogę to zobaczyć. W rzeczywistości próbowali już ze dwa razy. Teraz kamera się popsuła, a ja wciąż nie znajduję czasu, by ją naprawić. Ciągle słyszę w głowie słowa mojej córki: „Mamo, przez twój upór kiedyś cię zabiją i to ja znajdę twoje ciało, i mam nadzieję, że odłożyłaś pieniądze na moją terapię, bo ja się nie wypłacę”.
Na zebraniu zwołanym w połowie lipca rozpętało się piekło.
To, co się wydarzyło, było potworne i w całej dzielnicy zaroiło się od kamer z telewizyjnych wiadomości, darmowych kanałów, kablówki i innych mediów. Trzy dziewczyny, nastolatki, wracały nad ranem z imprezy. Musiały przejść przez naszą dzielnicę, żeby dojść do bloków. Ktoś strzelał do nich z samochodu. Nie miały czasu, żeby uciec. Zmarły na ulicy. Były bardzo młode – wszystkie trzy miały po piętnaście lat – więc szły za ręce i blisko siebie, żeby czytać wiadomości na ekranie telefonu. Tak ukazane są na zdjęciu: blisko siebie, ale na ziemi, jedna na drugiej, w krótkich koszulkach ukazujących ich płaskie brzuchy, w zakrwawionych legginsach i nowych adidasach. Jedna miała twarz zmasakrowaną od kul i patrzyła na koronę drzewa tym, co zostało jej z oczu. Dwie pod nią wykrwawiły się na miejscu. Kiedy zwołano zebranie mieszkańców, wciąż nie ustalono, kim są mordercy, ale to, co się stało, wydawało się oczywiste: dziewczynki musiały być córkami albo krewnymi, w każdym razie kimś ważnym dla średnio potężnego kryminalisty: pirata drogowego, mininarco, alfonsa. Ta osoba albo nie oddała komuś pieniędzy, albo kogoś obraziła, i to była zemsta. Czas przyznał rację mieszkańcom. Na rogu, na którym zabito dziewczynki, rozpięto żółtą taśmę policyjną, ale wokół zaczęły się pojawiać bukiety kwiatów, serduszka z kartonu i pluszowe misie, uliczny ołtarzyk z ofiarami odpowiedniejszymi raczej dla małych dzieci niż nastolatek.
Zobaczyłam je któregoś wieczora, gdy wracałam z pracy. Wysiadam z taksówki na ulicy zabójstwa pełnej taśm policyjnych i podarków mających przypominać dziewczyny. „Lu, zostaniesz w naszych sercach na zaaaaaaawsze”. „Sprawiedliwość dla Natalii”. „Aniołku, odeszłaś zbyt szybko”. Szły, robiąc sobie zdjęcia: trzy głowy obok siebie, żeby się zmieścić w kadrze, języki z piercingiem wysunięte (czemu dziewczyny tak bardzo lubią wystawiać język?), kolejna seria zdjęć z ustami w dzióbek, ta przedwczesna sensualność, która wygląda sztucznie, a na prawdziwych zdjęciach dziewczyn wykorzystanych w gazetach robiła szczególnie szokujące wrażenie; zdjęcia ukradziono z Instagrama albo TikToka, jak wyjaśniła mi córka: nie rozumiałam tych obrazków z mordką pieska albo uszami króliczka i wtedy dowiedziałam się, że to „filtry”.
Widmowe dziewczynki szły i się śmiały. O tej godzinie, była już prawie noc, moja dzielnica się wyludnia. Noc jest ciemna i pełna potworności, mawia kapłanka w epickim serialu, który moja córka ogląda jak szalona fanatyczka, a który mnie nie wciąga, bo za dużo w nim postaci (brutalność serialu, nie do przyjęcia dla wielu osób, mnie nie przeszkadza). Widmowe dziewczyny nie mogły włączyć flesza i to rozśmieszało je jeszcze bardziej. Były niesamowicie kompaktowe, nie potrafię opisać tego inaczej. Sprawiały wrażenie żywych dziewczyn robiących rzeczy typowe dla piętnastolatek: nieświadome, co dzieje się dookoła, ubrane w ciuchy rozmiar albo dwa za małe, z włosami pofarbowanymi na różne kolory, wir kosmyków, niebieskich, zielonych, kruczoczarnych. Okna dzielnicy zaczęły nieśmiało się otwierać i cisza zadudniła jak wystrzał. Ktoś z domu, obok którego dziewczyny akurat przechodziły, krzyknął. Mnie dzieliło od nich pięćdziesiąt metrów, ale widziałam je dobrze i zrozumiałam: jednej z szyi leciała krew. Sączyła się powoli, strumyczkiem, a ona ścierała ją machinalnie, jakby pochlapała się wodą albo jakiś chłopak oblał ją na imprezie piwem. Inna, ta ze zmasakrowaną twarzą, beztrosko robiła zdjęcia; a ta najdrobniejsza, wręcz chorobliwie szczupła, miała czerwone plamy na brzuchu. Nie chciałam dłużej patrzeć, przypominała mi moją matkę, jej raka, jej przedśmiertne wychodzenie.
Wtedy dziewczyny zaczęły oglądać zrobione przed chwilą zdjęcia. I po tym, co zobaczyły, wybuchnęły płaczem. „Nie, nie, nie”, jęczały i kręciły głowami, patrzyły na siebie nawzajem, patrzyły na zdjęcia i widziały brunatną zieleń zgnilizny, krew, rany postrzałowe odsłaniające kości, ślepe oczy. Zdjęcia sprawiały, że ulotniło się ich piętnastoletnie przekonanie o tym, że przyjaźń jest piękna, a życie trwa wiecznie. Po szlochu przyszedł czas na szalony bieg w kółko. Widmowe dziewczyny biegały zrozpaczone, ich wycie było naprawdę przerażające. Wycie rozpaczy wynikającej z dezorientacji. Czy dowiedziały się, że nie żyją, dopiero w tej chwili? Jakie to niesprawiedliwe: umarli mają szczęście, że nie widzą, jak się rozkładają. Nawet duchy. Moja matka, na przykład: jej obraz się nie rozkłada. Są różne typy duchów. Zastanawiam się, czy ich obraz emanuje z nich, czy z nas, którzy je widzimy. Czy są, czy nie są wytworem zbiorowym.
Sąsiedzi również zaczęli krzyczeć. To było szaleństwo. Dwieście metrów szaleństwa. Usłyszałam, że ktoś zemdlał, a ktoś inny błagał o karetkę, ale kto miałby po nią zadzwonić z tymi dziewczynami wokół, rozkładającymi się w pięknym, złotym świetle zmierzchu? Jedna z nich, ta z zakrwawioną szyją – kula rozerwała jej tętnicę – przypominała mi Carolinę. Nie wiem dlaczego. Nie ze względu na ubranie: dziewczyna miała na sobie koszulkę i tanie legginsy, które można kupić w dzielnicy, nawet w supermarkecie. Ale coś w sposobie noszenia tych zwyczajnych ciuchów przypominało mi niezwykłą elegancję mojej córki (mówię „niezwykłą”, bo ja nie mam daru pozwalającego zrozumieć, który kolor pasuje do którego albo jakie spodnie sprawią, że moje nogi wydadzą się dłuższe). Tak, jej legginsy były tanie, z czarnej lycry, ale włożyła do nich białą bluzkę, bardzo ładną, zasłaniającą pośladki i wielkie adidasy, chyba męskie, całość miała swój styl – urban chic, powiedziałaby moja córka, bardzo specyficzny. Adidasy były w jaskrawym kolorze indygo, a na zakrwawionej szyi miała łańcuszek z zawieszką w wiktoriańskim stylu, ten ironiczny akcent przełamywał sportowy look. Opisując ją, naśladuję, tak mi się zdaje, styl mojej córki, która do swoich modowych stylizacji zawsze dołącza notkę ob. Wyjaśniającą. Może właśnie dlatego do nich podeszłam, że przypominała mi Carolinę. Oczywiście, że się bałam, serce waliło mi jak oszalałe, czułam je jakby w żołądku, jakby przesunęło się ze swojego miejsca. Jestem już za stara, żeby mnie tak straszyć, ryzykuję tym, że arytmia wymknie się spod kontroli albo dostanę zawału serca. Poza tym sąsiedzi patrzyli. Ale nie mogłam ich tak zostawić. Czy wiedziałam, że potrafię je uspokoić? Tak, wiedziałam o tym. Takie rzeczy się wie. W szpitalu, kiedy uspokoiłam moje pierwsze duchy już ponad dziesięć lat temu, też o tym wiedziałam. Ale w szpitalu nieszczególnie się uspokajały. Było ich zbyt wiele i nakręcały się wzajemnie. Histeria jest zaraźliwa także pośród duchów, to bardzo ciekawe. Oczywiście nikt nigdy tego nie zbada, bo nikt w to nie uwierzy. Mnie samej jest wstyd. Myślę o tym i przypomina mi się program z kablówki, żałosny przez swoją fałszywość i swoją strukturę, o spirytystach z Hollywood i poszukiwaczach duchów, na przykład. Programy telewizyjne kryzysu idei i kryzysu gospodarczego, zrealizowane z udziałem złych aktorów według jeszcze gorszych scenariuszy, wszystkie identyczne, wszystkie ignoranckie, nawet nie zabawne. Nie jestem taka, powtarzam sobie, ale jednocześnie w jakiś sposób właśnie taka jestem.
Zawołałam dziewczyny po imieniu i to wystarczyło, by na mnie spojrzały. Ale nie, żeby przestały krzyczeć. Do tego musiałam z nimi porozmawiać. Poprosić, żeby skasowały zdjęcia. Z początku nie chciały słuchać, zawsze tak jest. A potem skłonić je, by poszły dalej. Trochę rozśmieszyć. Pogadać o ciuchach. Zapytać, z jakiej imprezy wracają. Nie wspominać słowem o zabójstwie. Krzyknęły jeszcze raz, kiedy zobaczyły miejsce zbrodni i taśmę policyjną, ale szybko krzyki umilkły, przeszły w szloch i uściski, łzy użalania się nad sobą, aż w końcu dziewczyny zniknęły, a raczej rozpłynęły się, ich sylwetki wyparowały, jakby namalowano je akwarelami albo jak paruje alkohol.
Musiałam usiąść na chwilę na krawężniku. Wkrótce zjawił się sąsiad Julio, bardzo miły; kiedyś miał uroczy bar w dzielnicy, ale nie mógł dłużej wynajmować lokalu, był za drogi, za drogie były napoje i jedzenie, miał za mało klientów, jednym słowem: stara historia o bankrutujących barach i restauracjach, która przyprawia mnie o bezgraniczny smutek, i chyba mam dla Julia więcej sympatii, niż na to zasługuje.
– Co pani zrobiła, pani doktor?
– Mów mi Emma, Julio, proszę, mów mi Emma.
– Co zrobiłaś, Emmo?
Pytanie powtarzało się przez kolejne tygodnie. Odbyły się półsekretne zebrania tych, którzy widzieli, co zaszło. Potem zebrania stawały się coraz liczniejsze, przychodzili także ci, którzy nie byli świadkami zdarzenia. Oczywiście wzbudziło ono ogromną nieufność i niedowierzanie. Byłam wykończona. Opowiedziałam im o swojej matce. Moja sąsiadka Mari potwierdziła autentyczność historii, ale miała do mnie pretensję, że wtedy ją okłamałam, mówiąc, że krzyki dochodziły z telewizora.
– A co miałam powiedzieć, Mari? Sama się bałam. Myślałam, że zwariowałam.
To nie była prawda, przynajmniej nie całkiem. Człowiek wie, kiedy wariuje, i nie dzieje się to z dnia na dzień, nawet w konsekwencji traumy. Wszystko, wszystko w naszym ciele jest procesem. Również śmierć.
Sąsiedzi zaczęli szukać mojej pomocy. W sekrecie. Zawstydzeni. Epidemia duchów – bo z tym mieliśmy do czynienia – zbiegła się z najgorszym momentem naszej dzielnicy. Ten, kto zlecił zbrodnię na trzech nastolatkach, zawiadował teraz interesami w blokach i jako że ludzie byli przerażeni, kradzieże ustąpiły miejsca porwaniom. Specyficznym porwaniom nazywanym „ekspresowymi”. Ofiarę zmuszano, żeby wsiadła do samochodu, a potem zabierano na rajd po bankomatach, aż wypłaciła kwotę, która zadowalała porywaczy. Czasem ekspresowe porwania kończyły się przemocą, pobiciami, gwałtami, czasem strzelaniną, wszystko z powodu niewiarygodnego nieporozumienia: złodzieje, w większości przypadków bardzo młodzi, nie byli obeznani z funkcjonowaniem banków. Dlatego nie rozumieli zasad wypłacania pieniędzy z bankomatów w Argentynie. Ze względów bezpieczeństwa dozwolona kwota wypłaty jest bardzo niewielka. Jakieś 25 tysięcy peso dziennie, dwa razy więcej, jeśli właściciel karty ma konto w banku, do którego należy bankomat. Jeśli ktoś ma więcej niż jedno konto, może zwiększyć kwotę, wypłacając z różnych banków. Ale jeśli nie, no cóż, kwota nie jest imponująca. A złodzieje, podniecone i wystraszone chłopaki, chcą więcej. Jako że nie wiedzą, jak się wypłaca pieniądze, bo nigdy tego nie robili, sądzą, że ofiara ich okłamuje. Że nimi gardzi i chce ich oszukać. „Myślisz, że jestem debilem? No to zobacz”. I wtedy następuje cios, uderzenie lufą, panika. Mnie jeszcze coś podobnego nie spotkało, ale to przytrafia się ciągle, także mieszkańcom bloków, podkreślam, bo nie chcę być niesprawiedliwa, w żadnym wypadku wszyscy mieszkańcy bloków nie są przestępcami, wiele osób ma mieszkanie tam tak samo, jak ja mam dom tutaj, i nie chce albo nie może się przeprowadzić, i tyle.
Pierwszy sąsiad przyszedł akurat w momencie, kiedy gawędziłam z mamą. Czasem z nią rozmawiam. W końcu ona tam jest, i chociaż się nie odzywa, to patrzy na mnie i czasem przytakuje. Jeśli nie jest wściekła, śmieje się. Szkoda, że nie mówi, bo bawiłybyśmy się lepiej. Nie zapraszam przyjaciółek do domu w obawie, że pokaże się mama. Moja córka przychodzi coraz rzadziej, ale to nie jej wina, ma dużo pracy. W tym kraju lepiej, żeby korzystała z tego, że w ogóle ma pracę, u nas nigdy nie wiadomo, kiedy ją stracisz, czy już jesteś na wylocie (polecenie zwolnienia personelu może nadejść znienacka), a zdobycie kolejnego etatu może potrwać parę lat. Lepiej więc mieć oszczędności na czarną godzinę. Rozmawiamy przez telefon i na czacie. Ona nie wie o babci. Powiedziałabym jej, ale po co. Teraz to nie ma sensu.
Pierwszym sąsiadem okazał się Paulo. Ma dwie małe córeczki, chodzą do podstawówki. Żona „ma zszargane nerwy”, to znaczy cierpi na ataki paniki. Paulo ma brata w Stanach i na zebraniach ciągle opowiada, jak dobrze się tam żyje, jak bezpiecznie. Nie wyprowadzam go z błędu. Jak mówiłam, nie lubię się kłócić. Paulo długo nie miał odwagi opowiedzieć mi o swoim problemie. Zapytał mnie nawet, czy może zapalić, i zdziwił się, kiedy mu pozwoliłam. Dla rozluźnienia atmosfery powiedziałam: „Sam pan wie, że większość lekarzy pali. Zbyt dużo stresu”.
Problem Paula był następujący: mniej więcej trzy miesiące wcześniej złodziej próbował włamać się mu do domu. Przez dach. Paulo wiedział, że to złodziej, bo przyszedł z małym pistoletem. Dwudziestką dwójką. Zobaczyli go: Paulo zamknął żonę i dziewczynki, złapał młotek – nie należał do tych, którzy kupili broń – i miał dzwonić po policję. Ale nagle zobaczył, z okna parteru, na którym się znajdował, jak złodziej ślizga się i spada z dachu na patio. Wtedy przypomniałam sobie to zdarzenie, rozmawialiśmy o nim na jednym z sąsiedzkich zebrań: poprosiliśmy nasz rejonowy posterunek numer 9 o więcej patroli. Złodziej umarł od obrażeń. Nie pytałam Paula, czy pozwolił mu umrzeć, ale sądzę, że tak było. Jestem pewna, że mężczyzna spadł z dachu i może by przeżył, gdyby karetka przyjechała na czas. Mogę wyobrazić sobie Paula przyglądającego się z okna, jak włamywacz umiera, stojącego z młotkiem w ręku, niczym lokalny bóg mogący decydować o czyjejś śmierci. Czy zrobiłabym to samo, żeby ocalić rodzinę? Możliwe. Łatwo jest mówić o etyce, gdy temu, co kochamy, nie zagraża niebezpieczeństwo. Lubię jednak myśleć, że postąpiłabym inaczej. Jestem osobą myślącą pozytywnie. Wolę naiwność i paternalizm niż nienawiść.
Tak czy owak, włamywacz wracał. Słyszeli, jak chodzi po dachu. Żona usłyszała go pierwsza, ale Paulo jej nie uwierzył. W końcu miała zszargane nerwy, biedaczka. Aż sam usłyszał kroki. I wtedy zobaczył go jeszcze raz, jak spada na patio. Bezszelestnie. To właśnie robi duch tamtego złodzieja, chodzi i spada, chodzi i spada. Już na ziemi, opowiedział mi Paulo, „tarza się ze śmiechu”.
Zgodziłam się tam pójść którejś nocy. Żona o zszarganych nerwach skorzystała z okazji, by pokazać mi przepisane leki. Tak z grubsza dawki wydały mi się za duże, ale wiem, że teraz lekarze wolą przepisać za dużo leków, niż zlecić gruntowną terapię. Zaprosili mnie na kolację, kiełbaski z purée („to ze względu na dziewczynki”, wyjaśniła matka, „nie chcą jeść nic innego”), ale ja już jadłam w domu. Czekałam. Odgłos kroków rozległ się, kiedy dziewczynki były już w łóżkach, na szczęście. Uznałam, że moje zadanie zacznie się po upadku z dachu, kiedy duch zakończy już nocną rundę.
Kilka minut spędzonych z nim wystarczyło, nieważne, co mu powiedziałam, co zrobiłam: przychodzi moment, kiedy wszystko staje się zupełnie mechaniczne. To było moje trzecie spotkanie ze zbuntowanymi duchami, chociaż tak naprawdę uspokajałam tamte, to znaczy moją matkę i nastolatki, wiele razy. Ja nie wysyłam duchów w żadne miejsce, dobre ani złe. Nie ma spokoju, ostatecznego zamknięcia. Nie ma wybaczenia. Nie ma przejścia. To wszystko fikcje. Uspokajam je tylko i przekonuję, by nie ukazywały się z częstością nieznośną dla żywych, co działa przez jakiś czas. Ale potem wracają, jakby o wszystkim zapominały, i trzeba zaczynać od nowa. Dlaczego? Pamiętam, że tuż po ślubie z moim mężem wzięliśmy śliczną kotkę, z czarnym noskiem, całą białą, która zdawała się ciągle zapominać, że w każdy weekend rozpieszczaliśmy ją specjalnym tuńczykiem, z tych droższych, za którym przepadała. Kiedy zastanawiałam się, czy nie ma jakichś problemów z pamięcią, mąż mówił: „Nie, po prostu ma maleńki móżdżek. Nie widzisz, jaką ma małą główkę?”. A przecież jej pyszczek był taki inteligentny. I duchy też trochę takie są. Wydają się ludzkie, wydają się inteligentne, ale są tylko filamentem zmuszonym do powtarzania. Nie mają mózgu, choć mają coś, co moglibyśmy nazwać „myślącym”. Sęk w tym, że jest to równie małe co u mojej kotki, która nazywała się Florencia i każdej nocy przed snem mruczała, leżąc między moim mężem i mną. Tęsknię za moim mężem, ale nie jako za partnerem życiowym. Tęsknię za jego przyjaźnią, pogawędkami z nim, za jego jedzeniem (doskonale gotuje). Ale on chce być zakochany i opiekować się kimś, a ja chcę być sama.
Po duchu złodzieja pojawiły się następne. Skąd ta inwazja, zapytałam matkę, a ona sprawiała wrażenie, jakby słuchała z uwagą. Nie odpowiedziała mi, bo nie może, ale ja znałam odpowiedź: to nie dzielnica sprowokowała inwazję. To byłam ja. Ja je przyciągałam. Dlatego nie miało sensu, bym się wyprowadzała, chyba że odkryłabym, jak pozbyć się magnesu. Ale magnes mi nie przeszkadzał. Strach szybko zmienił się w adrenalinę. Kiedy upływało zbyt wiele dni, a żaden sąsiad nie pukał do mnie, zaczynałam się niecierpliwić.
Ale ta historia ma znaczenie tylko ze względu na jednego ducha, z którym postąpiłam inaczej. Któremu nie mogłam albo nie chciałam pomóc. A może to sąsiadom pomagałam? Wszystko mi się miesza.
Moja córka ma urodziny 23 grudnia. W tym roku, może dlatego, że widywałyśmy się rzadko, zaprosiła mnie na swoją bardziej „prywatną” imprezę (urządziła inną, dla przyjaciół, we wcześniejszy weekend: nie jest przesądna, nie przeszkadza jej świętowanie przed właściwą datą) i zaproponowała, żebym została na święta aż do Nowego Roku, oczywiście jeśli mam ochotę, w jej mieszkaniu w dzielnicy Palermo. Wiedziałam, że na pewno ktoś zaprosił ją na sylwestra, więc odmówiłam spędzania go z nią, ale zgodziłam się na wspólne Boże Narodzenie i na kilka dni po nim. Opuściłam dom z torbą podróżną i wzięłam taksówkę: jakiś czas temu sprzedałam auto. Nie byłam jeszcze stara, ale już nie tak młoda, żeby prowadzić z uwagą niezbędną w takim mieście jak Buenos Aires. Spędziłam z córką miłe dni. Kłóciłyśmy się mało, śmiałyśmy się dużo. Obejrzałyśmy wspaniały serial i prawie zakochałam się w Nedzie Starku, okazie mężczyzny z gatunku, z którym nigdy się nie wiązałam, z kwadratową szczęką i plecami bestii. Poza tym aktor nie jest o wiele młodszy ode mnie. Jakieś dziesięć lat, policzyłam. Któregoś wieczoru chciałam opowiedzieć jej o swoich zdolnościach spirytystycznych, które objawiły się na starość. Otworzyłyśmy właśnie dobrze schłodzonego szampana i wypiłyśmy go z sorbetem cytrynowym, idealnym na przytłaczający, wilgotny miejski upał. Ale przestraszyłam się, że zrujnuję ten prawie perfekcyjny czas. Ona miałaby prawo uznać, że mam demencję. Wróciłam więc do siebie dwudziestego dziewiątego po południu, metrem, bo próba przejechania przez miasto byłaby szaleństwem: do typowych protestów na koniec roku doszło kilka dodatkowych: urzędników państwowych żądających podwyżki, pikietujących blokujących ruch uliczny (postulat: zasiłki), zwolnionych przed Ministerstwem Pracy (postulat: przywrócenie do pracy) oraz marsz domagający się większego bezpieczeństwa przed Kongresem. Zamordowano szesnastolatka, Matíasa o jakimś włoskim nazwisku. Podobno został porwany. Porwanie ekspresowe, tyle że chłopak był niepełnoletni i nie miał karty do bankomatu, więc porywacze zmienili plany i postanowili zażądać od rodziny okupu. Rodzina nie miała kasy. Tej samej nocy, kiedy wciąż siedzieli w samochodzie – pewnie nie wiedzieli, dokąd go zawieźć – chłopak im zwiał. Nie zdołał uciec zbyt daleko, zastrzelili go w slumsach blisko mojego domu, otaczających nas od północy, tam gdzie miał powstać kompleks sportowy, ale teren stał odłogiem, aż zmienił się w dzielnicę nędzy; ciągle mówi się o wysiedleniu jej mieszkańców, ale nikt tego nie robi. Dokąd mają wysłać tych ludzi? Niektóre domki zbudowano nawet z przyzwoitych cegieł i mają górne piętro. Niedawno idąc po zakupy, zobaczyłam, że otwarto tam nowy kiosk i lodziarnię. W slumsach zatrzymano parę osób, ale podobno porywacze nie byli stamtąd. W telewizji domagano się kary śmierci, jak zawsze w podobnych przypadkach.
Niespodziewanie, mimo że do morderstwa doszło tak blisko, mieszkańcy mojej dzielnicy nie zwołali pilnego zebrania. Czekałam kilka dni (na esemesa albo wiadomość na kartce przyklejonej skotchem do drzwi), ale była tylko cisza, opuszczany wzrok w warzywniaku, pośpiech przy kupnie papierosów w kiosku. Przypisywałam to zdenerwowaniu, choć moi sąsiedzi nie reagują zwykle podobnym napięciem, lecz wyolbrzymionym i krzykliwym lękiem.
Obudziło mnie stukanie do drzwi. Było późno, zrozumiałam to, zanim spojrzałam na zegarek: od wczesnej młodości kładę się spać nad ranem, to zwyczaj z nocnych dyżurów w szpitalu, którego nigdy nie potrafiłam się pozbyć. Uderzenia były ciche. Postanowiłam je zignorować. Ale powtarzały się, rytmiczne, nieustępliwe, coraz bardziej stanowcze, aż zdałam sobie sprawę, że teraz ktoś dobija się obiema pięściami, jakby chciał wywalić drzwi. Przestraszyłam się. Pomyślałam, żeby zamknąć drzwi do sypialni, ale oczywiście nie miały klucza. Czym mogłam zagrodzić drogę temu komuś, kto chciał dostać się do środka? Powinnam zadzwonić do swojej sąsiadki Mari? Na policję? Usiadłam na łóżku, a kiedy usłyszałam szepty, pot zamarzł mi na dłoniach, ale jednocześnie się uspokoiłam: do drzwi nie dobijała się prawdziwa osoba. Jej cichy głos, jej błaganie nie mogłyby dotrzeć do mnie spod drzwi wejściowych. „Proszę mi otworzyć, błagam panią”, mówił. Zwracał się do mnie per pani. Z szacunkiem. „Proszę, właśnie uciekłem. Nie chcę pani okraść, nie jestem złodziejem, zostałem porwany. Proszę mi otworzyć, bo mnie zabiją, zabiją mnie”.
Zbiegłam po schodach i wyjrzałam przez okno. Chłopak stał na ścieżce. Wysoki nastolatek, dobrze widoczny w świetle latarni. Był blady, jak wszyscy umarli, ale nie mogłam dostrzec ran, choć miał na sobie letnie ubrania, białą koszulkę, spodenki piłkarskie, buty sportowe. Jak go zabili? Nie mogłam sobie przypomnieć. Dni z córką spędziłam na szczęście z dala od wiadomości i telewizji. Więc zjawił się przed moim domem Matías o włoskim nazwisku, zabity kilka przecznic stąd, a ja nie wiedziałam, dlaczego puka do drzwi, jeszcze wtedy nie miałam też pojęcia, że zamordowano go tak blisko.
Chociaż można było się tego domyślić. Czy milczenie moich sąsiadów miało związek z tą zjawą? Oczywiście, że tak, pomyślałam. I to nie tylko w jeden sposób.
Nastoletni Matías przestał pukać do drzwi. Podszedł do okna, a w jego oczach, żywych, całkiem żywych, mających w sobie coś owadziego, ten bzyczący blask chrząszczy, dojrzałam żądzę zemsty i furię. Nie bałam się go, bo wiedziałam, że nie może skonkretyzować tej zemsty w świecie materialnym, ale frustracja związana z bezsilnością dodawała kolejnych warstw jego wściekłości, nieskończonych warstw. Zamierzał spędzić cały swój czas (a podejrzewam, że Matías o włoskim nazwisku dysponował czasem nieskończonym), przemierzając tę ulicę. Jeśli będzie to konieczne, do końca istnienia tej ulicy. Nie da spać tym, którzy dopomogli w jego zamordowaniu. Nigdy. Przenigdy.
– Nie otworzysz mi? – zapytał. Miał przezroczysty głos, bardzo różny od głosu żywego człowieka. Już nie zwracał się do mnie z szacunkiem.
Zbliżyłam się do drzwi, przekręciłam klucz, otworzyłam. Matías został w progu. Wtedy zobaczyłam ranę na jego skroni. Subtelną, podobną do pieprzyka. Nie krwawiła. Przypominał mi samobójców przywożonych do szpitala. W większości byli to mężczyźni, w większości w jego wieku, może o kilka lat starsi, nie wszyscy strzelali tak precyzyjnie, zwykle masakrowali sobie twarz albo wsuwali lufę do ust.
– Teraz już za późno – stwierdził Matías.
Wiedziałam, że nie potrafię go uspokoić. Nie jego. Powiedziałam mu dość głośno:
– Tamtej nocy nie było mnie w domu! Wiesz o tym. Otworzyłabym ci.
– Tak? Nie wierzę ci.
Rozmowa, nie tylko odpowiedź na pytanie. Matías o włoskim nazwisku mógł rozmawiać. Czym różnił się od innych? Stałam na progu, światło było zapalone, drzwi otwarte, i przyglądałam mu się. Krążył dalej. Biegał od domu do domu i walił we wszystkie drzwi. Najpierw po cichu, potem pięściami, na końcu kopniakami. Najpierw prosił, by go wpuścili, uprzejmie i z szacunkiem, a na koniec wyzywał, przerażony, ale też zdumiony swoją złością, desperacją. Moi sąsiedzi zapalali światła, ale nikt nie otwierał. Słyszałam, jak niektórzy jęczą.
Matías o włoskim nazwisku dobijał się do drzwi aż do wschodu słońca. Dopiero wtedy zamknęłam swoje drzwi. Nie pominął żadnego domu. Wszyscy dostali to, na co zasłużyli.
Znalazłam jego włoskie nazwisko w internecie. Cremonesi. Matías Cremonesi. Szesnaście lat, chodził do szkoły średniej, grał w kosza – jasne, z takim wzrostem – i zastrzelono go na małym boisku do piłki nożnej w slumsach. Jednego z zabójców złapano. Oczywiście zeznał, że broń należała do tego drugiego, tego, który strzelał, i zrobili to tylko dlatego, bo chłopak, uciekając, zobaczył ich twarze. I znali się. Ten, którego złapano, mieszkał w blokach, podobnie jak Matías. Po co porywać sąsiada? Porywacz, zaledwie dziewiętnastoletni, powiedział, że nie mieli takiego zamiaru, chcieli tylko, żeby wyjął kasę z bankomatu, „ale powiedział, że nie ma karty, okłamał nas, i wtedy się wściekliśmy, byliśmy za bardzo wkurzeni”.
Naprawdę nie miał karty. W jego wieku nikt nie ma konta w banku, a rodzice pewnie nie mieli pieniędzy ani czasu, by wyrobić mu kartę do swojego rachunku. Płacił gotówką, jak wszystkie dzieciaki, jak jego zabójcy. Tamci, amatorzy, o tym nie wiedzieli.
Tego popołudnia odwiedził mnie sąsiad, Julio, ten od restauracji, która zbankrutowała. Inni sąsiedzi przysłali Julia, bo wiedzieli, że go lubię. Julio nie owijał w bawełnę jak Paulo, który widział śmierć złodzieja. Mówił konkretnie. Nie czuł się winny. Tak, wszyscy słyszeli pukanie chłopaka tamtej nocy. Tak, wszyscy pomyśleli, że to kłamstwo, podstęp inteligentnego złodzieja, który udawał ofiarę, żeby dostać się do domu. Tak, kiedy wyjrzeli ukradkiem przez okno i zobaczyli nastolatka, uznali, że ich przypuszczenia są słuszne: czy wszyscy złodzieje nie byli młodzi? I nie zaczynaj mi bredzić, że też są ofiarami, powiedział. Bo tak myślisz. Wszyscy są ofiarami tego społeczeństwa. Przestań pierdolić, Emma. Ja nie otworzyłam nawet ust. To dlatego, że ciebie nigdy nie okradli, nie są żadnymi ofiarami. Wciąż nie otwierałam ust. Zrozumiałam, że próbuje uporać się z własnym poczuciem winy.
– Jak długo pukał do drzwi? – zapytałam. – Jak długo prosił, by go wpuścić?
Nienawiść w spojrzeniu widma podszyta była strachem, aż buzowała w nim adrenalina ostatniej nocy, kiedy nie tylko zginął, ale też zrozumiał, że jest sam, że nikt mu nie pomoże, nawet sięgając po telefon, że otaczają go kaci bez kaptura, ukrywający się za maskami klasy średniej i przyzwoitych sąsiadów.
Julio nie chciał odpowiedzieć. Twierdził, że nie wie. Dużo czasu. Czy to ma znaczenie?
Ma znaczenie, odpowiedziałam. Bo chłopak jest wściekły. I co mam mu powiedzieć, żeby zostawił nas w spokoju? Że się pomyliliśmy? To nie wystarczy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
