Skradzione życie Colette Marceau - Harmel Kristin - ebook

Skradzione życie Colette Marceau ebook

Harmel Kristin

0,0
37,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kristin Harmel powraca z emocjonującą nową powieścią o bezcennej bransoletce zaginionej w Paryżu w 1942 roku oraz poszukiwaniu prawdy o morderstwie dziewczynki sprzed dziesięcioleci.

Paryż, lata 30. XX wieku. Mała Colette dorasta w rodzinie, która od pokoleń żyje według zasady: zabierać bogatym i okrutnym, by pomagać skrzywdzonym. Gdy nad Europą gromadzą się ciemne chmury wojny, jej los splata się z historią zaginionych klejnotów, miłości i zdrady.

Boston, 2018. Colette ma dziewięćdziesiąt lat – i wciąż pracuje. Każda z jej kradzieży ma cel, a każda zdobyta perła czy diament kryją tajemnicę przeszłości, której nigdy nie udało się do końca pogrzebać.

Autorka bestsellerów Żona winiarza, Księga Utraconych Imion i Paryska córka powraca z opowieścią o kobiecie, która straciła w czasie wojny matkę oraz czteroletnią siostrę, ale mimo przeciwności losu do końca wierzy, że sprawiedliwość jest cenniejsza niż złoto

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 396

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Podziękowania

Dzię­kuję wspa­nia­łemu zespo­łowi onko­lo­gów wal­czą­cych z rakiem w Adven­tHe­alth, Flo­rida Can­cer Spe­cia­li­sts oraz w Win­ter Park Con­cierge Care. Ze szcze­gólną aten­cją myślę o leka­rzach: Anu Saigalu, Sona­lee Shroff, Afshin Foro­uzan­nii, Rochelle Dray­ton, Tarze Tho­mas, Clarku Roger­sie i Nehi Doshi.

Dzię­kuję tysiącom czy­tel­ni­ków, któ­rzy przy­sy­łali listy, mejle, ese­mesy i pre­zenty, żeby pomóc mi przejść przez naj­ciem­niej­sze dni walki z rakiem piersi w latach 2022–2023.

I tu ape­luję do wszyst­kich kobiet, które zwle­kają z wyko­na­niem mam­mo­gra­fii i innych zale­ca­nych badań prze­sie­wo­wych w kie­runku raka piersi. Pro­szę, umów­cie się na nie już dziś. To może ura­to­wać wam życie.

Prolog

Bliź­nia­cze bran­so­letki ujrzały świa­tło dzienne w ponie­dzia­łek w maju 1927 roku. Stwo­rzył je pary­ski złot­nik dla jed­nego ze swo­ich naj­lep­szych klien­tów, Salo­mona Rosmana, któ­rego rodzina od poko­leń zaj­mo­wała się han­dlem dia­men­tami.

Złot­nik nazy­wał się Max Besner, a jego pasję sta­no­wiło two­rze­nie dzieł, które, jak miał nadzieję, prze­żyją go o setki lat. Wie­rzył, że jeżeli w pracę oprócz talentu wkłada się serce, jeżeli używa się naj­czyst­szych kamieni szla­chet­nych i naj­do­sko­nal­szych metali, to powstałe pre­cjoza będą prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie przez długi czas.

Besner uwiel­biał wyzwa­nia i zamó­wie­nie Salo­mona Rosmana napa­wało go dumą.

– Przy­ja­cielu, tylko ty jeden w całej Fran­cji potra­fisz to zro­bić – powie­dział Rosman, wrę­cza­jąc mu mie­szek z bry­lan­tami. – Chcę, żeby Hélène wie­działa, jak bar­dzo ją kocham i jaką miło­ścią darzę nasze dzieci.

– Bliź­nięta, drogi przy­ja­cielu – odparł roz­pro­mie­niony Besner – to bło­go­sła­wień­stwo.

Dzień wcze­śniej żona Rosmana uro­dziła dwójkę zdro­wych dzieci, syna Daniela i córkę, któ­rej dali na imię Ruth.

– Rze­czy­wi­ście – zgo­dził się z nim Rosman gło­sem nabrzmia­łym ze wzru­sze­nia. – Chcę, żeby dzieci kie­dyś odzie­dzi­czyły te bran­so­letki. A ponie­waż jest ich dwoje…

– Muszę zro­bić dwa egzem­pla­rze – dokoń­czył Besner.

– Jed­nak moja żona musi je nosić jako całość – zastrzegł Rosman. – Piękne osobno, lecz razem sil­niej­sze.

– Tak jak twoje dzieci, które zawsze będą wza­jem­nie się wspie­rać – pod­su­mo­wał z uśmie­chem Besner. Wyjął spod lady tacę wyło­żoną aksa­mi­tem i uno­sząc brew, spoj­rzał na Rosmana, a gdy ten ski­nął głową, wysy­pał kamie­nie na tackę, z tru­dem tłu­miąc wes­tchnie­nie na widok ich liczby i olśnie­wa­ją­cego piękna: dosłow­nie kon­ste­la­cji małych, dosko­na­łych gwiazd. – Są ich tu setki – zdo­łał powie­dzieć. Miał tylko nadzieję, że nie wytrzesz­cza oczu, bo jeśli Rosman zauważy, jak bar­dzo złot­nik jest pod wra­że­niem, to nie daj Boże uzna, że on nie jest odpo­wied­nim czło­wie­kiem do tego zle­ce­nia.

– Jaki poży­tek z klej­no­tów, kiedy leżą w szu­fla­dzie, pokry­wa­jąc się kurzem? – ode­zwał się Rosman. – Nie, one muszą ożyć. Zbie­ra­łem je przez kilka ostat­nich lat.

Besner pęsetą ostroż­nie roz­gar­niał leżący przed nim mają­tek, obra­cał nie­które kamie­nie, sza­co­wał, oce­niał. Jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach. Patrzył na mie­niące się bry­lanty i oczyma duszy widział, jak mógłby je połą­czyć, aby stwo­rzyć coś nie­zwy­kłego, coś, czego świat jesz­cze nie widział. Już w myślach ukła­dał nie­biań­ski wzór: księ­życ, niebo i gwiezdne prze­strze­nie.

– Myślę, że zro­bię… – zaczął i urwał, bo stało się coś nie­zwy­kłego. Przez otwarte okno wysoko nad robo­czym sto­łem do środka wle­ciał motyl, pierw­szy, jakiego Besner widział tej wio­sny, i jedyny, jakiego kie­dy­kol­wiek widział w tych murach. Jego pra­cow­nia mie­ściła się na rue Cho­ron, w pobliżu Grande Syna­go­gue de la Vic­to­ire, w spo­rej odle­gło­ści od któ­re­go­kol­wiek z roz­le­głych pary­skich par­ków. Świat z cementu i cegieł za drzwiami pra­cowni nie był przy­ja­znym miej­scem dla takich stwo­rzeń.

Jed­nak motyl wcale nie był spło­szony. Wręcz prze­ciw­nie, zda­wał się wie­dzieć, dokąd zmie­rza. Sfru­nął i przy­siadł na ran­cie pokry­tej aksa­mi­tem tacki z klej­no­tami, jakby też chciał usły­szeć, jaki złot­nik ma plan.

Besner już nie myślał o noc­nym nie­bie. Wpa­try­wał się w to zachwy­ca­jące stwo­rze­nie o śnież­no­bia­łych skrzy­dłach, któ­rych brzegi wyglą­dały jak zanu­rzone w atra­men­cie.

– Pie­ris bras­si­cae – powie­dział Rosman z uśmie­chem. – Ulu­biony motyl mojej żony. Ona twier­dzi, że jest sym­bo­lem powo­dze­nia i rów­no­wagi na świe­cie.

Besner nie odry­wał wzroku od motyla na tacce. A ten, jakby się popi­su­jąc, powoli roz­kła­dał i skła­dał wspa­niałe skrzy­dła. Chwy­tały świa­tło w spo­sób rów­nie magiczny i nie­praw­do­po­dobny jak migo­tliwe bry­lanty roz­sy­pane przed dwoma męż­czy­znami i w jed­nej chwili złot­nik miał już gotową odpo­wiedź. Pod­niósł wzrok na klienta.

– Zatem żona dosta­nie bran­so­letki wzo­ro­wane na motylu.

– Na motylu? – W gło­sie Rosmana pobrzmie­wało powąt­pie­wa­nie.

Jubi­ler pochy­lił się, aby lepiej się przyj­rzeć skrzy­dłom owada.

– Bliź­nia­cze bran­so­letki – mówił powoli, a w jego gło­wie bry­lanty two­rzyły wzór niczym ele­menty ukła­danki, którą tylko on potra­fił zoba­czyć. – Osobno będą wyglą­dać jak płatki lilii. Razem jak piękny motyl.

Rosman spoj­rzał naj­pierw na bry­lanty, a potem na motyla. Owad zda­wał się roz­wa­żać pomysł złot­nika. A potem jakby uznał, że decy­zja zapa­dła, i ode­rwał się od brzegu tacki. Zawisł na moment w powie­trzu pomię­dzy dwoma męż­czy­znami i wachlu­jąc skrzy­deł­kami, wzbił się ku oknu i odle­ciał.

Rosman sku­pił spoj­rze­nie na Besne­rze.

– Świetny pomysł – pochwa­lił go. – Razem z Hélène obda­rzymy nasze dzieci skrzy­dłami, żeby mogły wysoko wzle­cieć.

Złot­nika prze­biegł dreszcz pod­nie­ce­nia. To był ten rodzaj emo­cji, który towa­rzy­szył mu za każ­dym razem, kiedy czuł, że stoi u progu cze­goś wiel­kiego.

– Jak sobie życzysz, przy­ja­cielu – powie­dział. – Ode­zwę się do cie­bie jesz­cze w tym tygo­dniu i pokażę kilka szki­ców.

Trzy mie­siące póź­niej bran­so­letki były gotowe i Rosman mógł zro­bić nie­spo­dzie­wany pre­zent Hélène. Daw­niej, jako młody męż­czy­zna, nie przy­pusz­czał, że widok wła­snych dzieci i ich pięk­nej matki o kru­czo­czar­nych wło­sach będzie wypeł­niać jego serce takim szczę­ściem. Cza­sami miał wra­że­nie, że z miło­ści roz­pad­nie się na kawałki. Ponie­waż wylew­ność nie leżała w jego natu­rze i trudno mu przy­cho­dziło mówie­nie o uczu­ciach, te bran­so­letki wyra­żały to, czego on nie potra­fił ubrać w słowa. Sym­bo­li­zo­wały jego odda­nie Hélène i nadzieję zwią­zaną z przy­szło­ścią Ruth i Daniela.

Był tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­sty siódmy rok. Świat stał przed nim otwo­rem. Paryż ofe­ro­wał wiele moż­li­wo­ści, żył muzyką i kul­turą, sztuką i modą.

Zale­d­wie trzy­na­ście lat póź­niej świa­tło w tym mie­ście zga­sło i pogrą­żyło je w mroku. Ale Salo­mon i Hélène mieli dwoje pięk­nych, bystrych dzieci, które zdrowo się cho­wały, były dobre i silne. Razem prze­trwają. Razem przejdą przez burzę.

A potem któ­re­goś lip­co­wego wie­czoru tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego dru­giego roku Rosma­no­wie usły­szeli gło­śne wale­nie do drzwi i ich świat zmie­nił się na zawsze. Na progu stało trzech Niem­ców. Przy­szli po rodzinę.

– Aresz­to­wań zazwy­czaj doko­nuje fran­cu­ska poli­cja – ode­zwał się ofi­cer nazwi­skiem Möckel, wszedł­szy do ele­gancko urzą­dzo­nego salonu. Rozej­rzał się dokoła, węsząc niczym pies łapiący trop. – Ale doszły mnie słu­chy, że wy tu macie piękne rze­czy. Wie­dzia­łem, że muszę to spraw­dzić na wła­sne oczy. – Jego spoj­rze­nie zawi­sło na Hélène. – Widzę, że te pogło­ski są praw­dziwe.

– Jeste­śmy fran­cu­skimi oby­wa­te­lami – oznaj­mił chłodno Rosman. – Nie popeł­ni­li­śmy żad­nego prze­stęp­stwa.

Nie­miec ponow­nie pocią­gnął nosem.

– Och, ale jeste­ście Żydami – powie­dział po pro­stu, jakby to wszystko tłu­ma­czyło. – No już, dzieci, idź­cie się spa­ko­wać. Już tutaj nie wró­ci­cie.

– Tato? – ode­zwała się cicho Ruth, kie­ru­jąc wzrok na ojca.

Z tru­dem spoj­rzał córce w oczy, bo dokład­nie wie­dział, co się dzieje.

– Dzieci, jedziemy na wycieczkę – powie­dział, sta­ra­jąc się utrzy­mać lekki ton głosu. Popa­trzył żonie w oczy i zoba­czył, że ona też zna prawdę i wie tak samo jak on, że oboje muszą jak naj­dłu­żej ukry­wać ją przed dziećmi. Miały po pięt­na­ście lat, były pra­wie doro­słe, ale on zamie­rzał je chro­nić tak długo, jak będzie mógł. – Weź­cie naj­cie­plej­sze okry­cia. Pospiesz­cie się, kochani.

Ruth i Daniel wymie­nili nie­spo­kojne spoj­rze­nia, ale posłusz­nie wyszli. Kiedy się pako­wali, Möckel bez skru­pu­łów zabie­rał Hélène wszyst­kie klej­noty, które miała na sobie, zaczy­na­jąc od pier­ścionka zarę­czy­no­wego z bry­lan­tem, a koń­cząc na bran­so­letce w kształ­cie motyla, z którą się nie roz­sta­wała od tam­tego dnia sprzed pięt­na­stu lat, gdy dostała ją w pre­zen­cie od męża.

– Pro­jekt Maxa Besnera, o ile się nie mylę? – rzu­cił Möckel.

W latach, które upły­nęły od dnia, kiedy Salo­mon Rosman zamó­wił bran­so­letki, Besner stał się swego rodzaju cele­brytą w branży złot­ni­czej, nie­mniej zaska­ku­jące było, że repu­ta­cja przy­ja­ciela dotarła aż do Niem­ców.

– Tak, zga­dza się – odparł sztywno zapy­tany.

– Jest nie­zwy­kła – orzekł Möckel, uno­sząc bran­so­letkę do świa­tła. Obie jej połowy roz­bły­sły i zami­go­tały, jakby chciały się popi­sać przed Niem­cem. – A spo­sób, w jaki je połą­czono, jest nader ory­gi­nalny.

– Prze­pra­szam, kiedy dostanę ją z powro­tem? – spy­tała cicho Hélène, cho­ciaż musiała znać odpo­wiedź.

Möckel tylko par­sk­nął śmie­chem i pole­cił swoim ludziom prze­trzą­snąć wszyst­kie szu­flady w domu Rosma­nów, żeby spraw­dzić, jakie jesz­cze skarby mogą się tam kryć.

Ani Salo­mon Rosman, ani jego żona Hélène nie prze­żyli roku. Miesz­ka­nie w jede­na­stej dziel­nicy już nie nale­żało do rodziny. Dzieci ni­gdy wię­cej nie poczuły słod­kiego zapa­chu dymu z fajki ojca ani nie usły­szały brzmie­nia jego śmie­chu. Ni­gdy wię­cej nie posma­ko­wały chałki, którą ich matka pie­kła co tydzień, ani nie usły­szały jej cie­płego głosu, gdy cicho nuciła w kuchni.

Ale jak prze­wi­dział złot­nik, bran­so­letki prze­trwały. Tak to już jest z bry­lan­tami.

Rozdział pierwszy

2018

Gdy kanar­kowy bry­lant w dru­gim końcu sali zła­pał świa­tło, Colette Mar­ceau, tak jak zawsze przed akcją, poczuła mro­wie­nie w opusz­kach pal­ców. Spo­koj­nie, skar­ciła się. Opa­nuj się, kobieto. Na litość boską, prze­cież dobie­gała dzie­więć­dzie­siątki, była za stara na coś takiego, za mądra. Z dru­giej strony pode­szły wiek miał swoje zalety. Ow­szem, jest pro­blem z ucieczką, gdy doku­cza ból krę­go­słupa, a artre­tyzm, który z bie­giem lat coraz bar­dziej usztyw­nia palce, utrud­nia otwie­ra­nie skom­pli­ko­wa­nych zapięć. Jed­nak gdyby kie­dy­kol­wiek wpa­dła, zawsze mogła zasło­nić się demen­cją, co gwa­ran­to­wa­łoby jej łatwą linię obrony. W końcu może naprawdę nie wie­działa, co robi, zsu­wa­jąc rolexa z nad­garstka męż­czy­zny czy uwal­nia­jąc kobietę z bry­lantowych kol­czy­ków.

– Sza­nowni pań­stwo, pro­szę o uwagę! – Głos gospo­da­rza wie­czoru, Johna Nie­rlinga, sena­tora stanu Mas­sa­chu­setts, zabrzmiał z gło­śni­ków umiesz­czo­nych we fron­to­wej czę­ści ele­ganc­kiej sali balo­wej Cherry Blos­som.

Nad gło­wami gości poły­ski­wały krysz­ta­łowe żyran­dole, ale ich blask przy­ćmie­wał Colette widok pier­ścionka z żół­tym bry­lan­tem o szli­fie podusz­ko­wym, ważą­cym 8,07 karata, war­tym dzie­więć­dzie­siąt tysięcy dola­rów. To po niego dzi­siaj tu przy­szła.

– Mam zaszczyt przed­sta­wić pań­stwu moją dłu­go­let­nią przy­ja­ciółkę i współ­pra­cow­niczkę – kon­ty­nu­ował Nie­rling, gdy gwar przy­cichł, a głowy obró­ciły się w stronę podium. – Przy­wi­taj­cie Lindę Cly­born, pre­ze­skę Boston Orche­stral Edu­ca­tion Con­sor­tium.

Odpo­wie­działy mu wątłe okla­ski około setki ele­gancko ubra­nych dar­czyń­ców orkie­stry, prze­waż­nie z kie­lisz­kami w dło­niach, co zde­cy­do­wa­nie utrud­niało kla­ska­nie. W rezul­ta­cie wej­ście Lindy na podium wypa­dło nie­zbyt efek­tow­nie. Chwiała się lekko na wyso­kich obca­sach, zbyt cien­kich, by utrzy­mać w rów­no­wa­dze cię­żar obfi­tych bio­der, a jej blond włosy miały nie­ko­rzystny odcień, cho­ciaż z pew­no­ścią stać ją było na wizytę u naj­lep­szych kolo­ry­stów w Bosto­nie. Colette takie rze­czy zauwa­żała mimo­cho­dem i po raz kolejny stwier­dziła, że nie­któ­rzy, nawet naj­bo­gatsi ludzie, nie pasują do krę­gów towa­rzy­skich, do któ­rych aspi­rują. U tych wywo­dzą­cych się z wie­lo­po­ko­le­nio­wych zamoż­nych rodów spo­sób ubie­ra­nia się, poru­sza­nia i wysła­wia­nia sta­no­wił część ich dzie­dzic­twa. Ci, któ­rzy odnie­śli suk­ces dzięki cięż­kiej pracy, czę­sto byli cisi i skromni. Nato­miast tym, któ­rzy nie­ko­niecz­nie uczci­wie doszli do pie­nię­dzy, prze­waż­nie bra­ko­wało poloru, podob­nie jak nie­oszli­fo­wa­nym dia­men­tom bra­ko­wało bla­sku.

– Dzię­kuję, dro­dzy przy­ja­ciele – zaczęła Linda, nie­znacz­nie seple­niąc.

Colette poczuła drga­nie kąci­ków ust. Im wię­cej ta kobieta wypije, tym łatwiej będzie zsu­nąć pier­ścio­nek z jej palca.

Pier­ścionki były trudne. Cho­ciaż Colette od dzie­sią­tego roku życia pozba­wiała odpy­cha­ją­cych ludzi biżu­te­rii, w przy­padku pier­ścion­ków poczuła się naprawdę pew­nie dopiero przed trzy­dziestką. Bran­so­letki były łatwe; potra­fiła roz­piąć zame­czek jed­nym zde­cy­do­wa­nym, a zara­zem deli­kat­nym ruchem kciuka, niby nie­chcący trą­ca­jąc niczego nie­świa­do­mego „dar­czyńcę”. Naszyj­niki też czę­sto dawały się zdjąć jed­nym peł­nym gra­cji ruchem, który Colette nazy­wała w myślach syn­ko­po­wa­nym chasse; potra­fiła roz­piąć naj­bar­dziej skom­pli­ko­wane zapię­cia nie­znacz­nym ruchem pra­wego nad­garstka, odwra­ca­jąc się i zde­rza­jąc z ofiarą, po czym niby zakło­po­tana prze­pra­szała ją ze spusz­czo­nym wzro­kiem, gdy klej­not lądo­wał na jej lewej dłoni. Naj­ła­twiej­sze były męskie zegarki; zatrza­skowe zapię­cie Patek Phil­lippe’a nie sta­no­wiło więk­szego wyzwa­nia niż sprzączka ze szpilką Pia­geta, cho­ciaż opa­no­wa­nie do per­fek­cji odpi­na­nia tych zegar­ków bez doty­ka­nia nad­garstka wła­ści­ciela kosz­to­wało ją wiele godzin ćwi­czeń.

Nato­miast pier­ścionki to zupeł­nie inna histo­ria. Naj­ła­twiej je ukraść, gdy wyraź­nie luźno sie­dzą na palcu, bo to eli­mi­nuje liczbę podejść. Pier­ścionka nie da się zwi­nąć bez fizycz­nego kon­taktu. Klu­czem do powo­dze­nia jest odwró­ce­nie uwagi ofiary. W przy­padku kobiet jej ulu­bio­nym posu­nię­ciem było odcze­ka­nie, aż w pobliżu pojawi się pod­chmie­lony nad­ska­ki­wacz lub zado­wo­lony z sie­bie bufon. Wysu­wała wtedy prawą rękę, mocno szczy­pała swoją ofiarę w bok, jed­no­cze­śnie lewą chwy­tała dłoń kobiety i wyra­ża­jąc obu­rze­nie, uda­wała, że pomaga jej odzy­skać rów­no­wagę. Gdy ich dło­nie się sty­kały, bły­ska­wicz­nie zsu­wała pier­ścio­nek z palca, wyko­rzy­stu­jąc zasko­cze­nie ofiary. Colette całe lata zajęło dopro­wa­dze­nie tej sztuczki do per­fek­cji. Kobieta roz­sier­dzona znie­wagą, skon­cen­tro­wana na usta­le­niu wino­wajcy, nie czuła, jak pier­ścio­nek zjeż­dża z palca. Póź­niej, zgła­sza­jąc na poli­cji utratę klej­notu, mówiła o uszczyp­nię­ciu, nawet nie wspo­mi­na­jąc o drob­nej kobie­cie, która ruszyła jej na pomoc, a potem roz­pły­nęła się w tłu­mie. W sumie obiekty zain­te­re­so­wa­nia Colette bar­dzo rzadko miały moż­li­wość zoba­czyć jej twarz.

Linda na podium dzię­ko­wała za wspar­cie całej liście milio­ne­rów. Nikt ni­gdy nie dzię­ko­wał kiep­sko opła­ca­nemu asy­sten­towi, czu­wa­ją­cemu za kuli­sami nad prze­bie­giem uro­czy­sto­ści, ani nauczy­cielce trze­ciej klasy, która kie­dyś powie­działa tym ludziom, że mogą zostać, kim tylko zechcą. Nikt nie dzię­ko­wał dru­giemu fago­ci­ście, duble­rowi w sztuce, pra­cow­ni­kom tech­nicz­nym za sceną czy bile­te­rom. Gdyby upa­trzony cel Colette na przy­kład zwró­cił się do obsługi cate­rin­go­wej z nale­ży­tym sza­cun­kiem albo w hotelu przy­trzy­mał drzwi poko­jówce, Colette natych­miast prze­rwa­łaby misję, uznaw­szy, że doko­nała błęd­nej oceny namie­rzo­nego celu.

Jed­nak coś takiego ni­gdy się nie zda­rzyło, bo ona bar­dzo sta­ran­nie wybie­rała swoje ofiary. Żadna przy­zwo­ita osoba nie zasłu­guje na pozba­wie­nie jej mie­nia. To byłoby wbrew zasa­dom, któ­rych Colette przy­rze­kła prze­strze­gać już jako mała dziew­czynka.

Cały czas ich się trzy­mała, a jej rodzona matka stra­ciła przez to życie.

Teraz przy­szła kolej na Lindę Cly­born. Ta kobieta nie tylko dzięki nie­czy­stym posu­nię­ciom pozba­wiła prawa do spadku trzy córki swo­jego męża po jego przed­wcze­snej, a według nie­któ­rych podej­rza­nej śmierci w wieku zale­d­wie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, to na doda­tek utrzy­my­wała kon­takty z grupą neo­na­zi­stów, którą wspie­rała finan­sowo, wyko­rzy­stu­jąc dochody z pokaź­nego majątku po mężu.

Colette dobrze wie­działa, kim są nazi­ści i, wiel­kie dzięki, wystar­czy jej tej wie­dzy do końca życia. Sie­dem­dzie­siąt pięć lat wcze­śniej miesz­kała w oku­po­wa­nej Fran­cji i tutaj, w Bosto­nie, w dwa tysiące osiem­na­stym roku nie było dla nich miej­sca.

– Na koniec – mówiła Linda Cly­born, gdy Colette dys­kret­nie prze­su­wała się w tłu­mie – pra­gnę wam wszyst­kim podzię­ko­wać. To dzięki waszemu wspar­ciu Boston Orche­stral Edu­ca­tion Con­sor­tium może kon­ty­nu­ować pro­jekty dla naszych nie­oce­nio­nych muzy­ków zawo­do­wych, a także dla dzieci, które w przy­szło­ści mogą wybrać ścieżkę kariery muzycz­nej. Życzę pań­stwu uda­nego wie­czoru i zachę­cam do udziału w naszej cichej aukcji.

Poma­chała do zebra­nych i scho­dząc z podium przy akom­pa­nia­men­cie i tym razem nie­mra­wych okla­sków, ski­nęła głową do waze­li­niar­skiego sena­tora Nie­rlinga, któ­rego Colette w przy­szło­ści pla­no­wała pozba­wić rolexa. Kie­dyś, przy innej oka­zji, nie dziś.

Linda Cly­born kacz­ko­wa­tym cho­dem prze­miesz­czała się w tłu­mie, ści­ska­jąc dło­nie i cału­jąc w policzki, a kiedy didżej puścił prze­boje z lat osiem­dzie­sią­tych i goście zaczęli nie­zgrab­nie się koły­sać, Colette popra­wiła perukę – nie­po­zorny siwy bob z grzywką opa­da­jącą na czoło – i roz­po­częła podej­ście.

Zręcz­nie lawi­ro­wała mię­dzy zebra­nymi, aż zna­la­zła się o krok od swo­jego celu. Z naprze­ciwka zbli­żało się trzech męż­czyzn po czter­dzie­stce, z któ­rych jeden był wyraź­nie pijany i idąc, roz­chla­py­wał piwo z pokala. Aku­rat w tym momen­cie Linda zer­k­nęła w stronę Colette i star­sza pani zamarła. Jeżeli Linda ją zauwa­żyła, będzie zmu­szona tego wie­czoru zre­zy­gno­wać z misji. Jed­nak Linda nie patrzyła na nią, ale „przez nią”, wypa­tru­jąc kogoś waż­niej­szego niż drobna, skrom­nie ubrana osiem­dzie­się­cio­latka. Colette prze­wró­ciła oczami. Dla ludzi pokroju Lindy Cly­born starsi ludzie pozo­sta­wali nie­wi­dzialni, co w sumie tylko uła­twiało zada­nie.

Po uści­śnię­ciu dłoni kolej­nej kobiety Linda ponow­nie ruszyła w tłum i Colette przy­stą­piła do dzia­ła­nia. Dokład­nie w chwili, gdy obok zna­la­zło się trzech męż­czyzn, wycią­gnęła rękę, uszczyp­nęła Lindę i niby dla wspar­cia przy­trzy­mała jej lewą dłoń, zręcz­nie zsu­wa­jąc pier­ścio­nek ze środ­ko­wego palca. Poczuła, jak ponad osiem uwol­nio­nych kara­tów wpada w jej otwartą dłoń z satys­fak­cjo­nu­ją­cym puk­nię­ciem.

Bły­ska­wicz­nie zaci­snęła palce na zdo­by­czy i wsu­nęła rękę do kie­szeni, a Linda, odwra­ca­jąc się gwał­tow­nie, skie­ro­wała swój gniew na naj­bar­dziej pija­nego z trzech męż­czyzn. Bie­dak, jąka­jąc się, wymam­ro­tał nie­składne prze­pro­siny, nie bar­dzo wie­dząc, co mu się zarzuca. Gdy głos Lindy przy­bie­rał na sile i sta­wał się coraz bar­dziej piskliwy, Colette wto­piła się w tłum.

Kiedy po jakimś cza­sie Linda Cly­born zauwa­żyła brak pier­ścionka, nikt nie pamię­tał drob­nej, siwo­wło­sej kobiety w nie­rzu­ca­ją­cej się w oczy kok­taj­lo­wej sukni, która spo­koj­nym kro­kiem kie­ro­wała się do wyj­ścia przy akom­pa­nia­men­cie histe­rycz­nych wrza­sków ofiary docho­dzą­cych z par­kietu do tańca.

Rozdział drugi

1934

Anna­bel Cle­ment uro­dziła się, aby zostać zło­dziejką, tak jak wcze­śniej jej matka, babka i pra­dzia­dek. Bar­dzo poważ­nie trak­to­wała swoje powo­ła­nie od dnia, kiedy matka jej wyja­śniła, że w pro­stej linii pocho­dzi od praw­dzi­wego Robin Hooda i że ocze­kuje się od niej kon­ty­nu­owa­nia rodzin­nej tra­dy­cji. Gdy sama została matką, wie­działa, że kiedy tylko córka pod­ro­śnie na tyle, aby pojąć zna­cze­nie jej słów, podzieli się z nią infor­ma­cją o rodzin­nym dzie­dzic­twie.

– Oto kim jeste­śmy – Anna­bel wytłu­ma­czyła Colette kilka dni po jej szó­stych uro­dzi­nach, przy­tu­la­jąc ją w ich miesz­ka­niu w jede­na­stej dziel­nicy Paryża, bar­dzo daleko od wio­ski w zachod­niej czę­ści York­shire, gdzie sama dora­stała. Zako­chała się jako osiem­na­sto­latka i podą­żyła za mężem przez kanał La Man­che do jego rodzi­mej Fran­cji. Tego wie­czoru Roger, dyrek­tor szkoły, który ni­gdy nie zaak­cep­to­wał powo­ła­nia żony, został w pracy po godzi­nach i Anna­bel z Colette były same w domu.

– Oto kim się uro­dzi­łaś. Jak tylko skoń­czysz dzie­sięć lat, nauczę cię kraść, tak samo jak mnie w takim wieku nauczyła moja matka.

– Ale mami, prze­cież kra­dzież jest zła – powie­działa cicho Colette. – Czyż nie?

Anna­bel cie­szyło, że córka zamiast nazy­wać ją po fran­cu­sku maman, zwra­cała się do niej piesz­czo­tli­wym angiel­skim mami. Dzięki temu tro­chę mniej tęsk­niła za swoją wsią przy­cup­niętą na skraju Barns­dale Forest.

– Skar­bie, jest zła, ale tylko w czarno-bia­łym świe­cie. Jeżeli coś zabie­rasz bez­względ­nym, złym ludziom i robisz z tego uży­tek, żeby uczy­nić świat lep­szym miej­scem, wtedy to nie jest prze­stęp­stwo tylko boha­ter­stwo. Takie jest twoje prze­zna­cze­nie, Colette.

Dziew­czynka zmarsz­czyła czoło, inten­syw­nie nad czymś myśląc.

– W takim razie dla­czego już teraz nie możesz mnie nauczyć?

Anna­bel się roze­śmiała.

– Ważne, abyś zro­zu­miała, dla­czego robimy to, co robimy. I dla­tego zawsze zaczy­namy od histo­rii naszej rodziny. Opo­wie­ści o tym, kim jeste­śmy.

Colette wes­tchnęła.

– Dobrze, mami.

Anna­bel uśmiech­nęła się do córki.

– Bar­dzo dawno temu we wsi Wen­t­bridge żył sobie czło­wiek, który nazy­wał się Robin Hood. Mocno wie­rzył, tak jak i ja, że nikogo, kto uczci­wie doszedł do bogac­twa albo doro­bił się majątku, nie należy pozba­wiać tego, co ma, nawet jeśli ten ktoś jest bar­dziej zamożny, niż kto­kol­wiek powi­nien być. Nato­miast ktoś, kto nosił zło w sercu albo wyko­rzy­sty­wał swój mają­tek do krzyw­dze­nia innych, tra­cił prawo do bogac­twa i Robin okra­dał takich ludzi. A teraz my robimy to samo.

– Mami, ale czemu on kradł? – zapy­tała Colette, patrząc na Anna­bel sze­roko otwar­tymi oczami. – I co się z nim stało?

– Widzisz, w tam­tym cza­sie rzą­dził zły król, który coraz bar­dziej uci­skał pod­da­nych. Robin i jego przy­ja­ciele sta­rali się jakoś prze­trwać, jed­nak podatki cią­gle rosły i wkrótce miej­scowy sze­ryf zaczął wtrą­cać do wię­zie­nia bie­da­ków, któ­rzy nie mogli ich pła­cić. „W takim razie musimy to zmie­nić”, posta­no­wił Robin i zaczął uwal­niać wszyst­kich nie­uczci­wie ska­za­nych i odbie­rać rze­czy zra­bo­wane wie­śnia­kom.

– To on był boha­te­rem.

– Ow­szem, skar­bie, był. Chcesz usły­szeć moją ulu­bioną część tej histo­rii?

– Tak, mami. – Colette kiw­nęła głową.

Anna­bel uśmiech­nęła się i przy­gar­nęła córkę do sie­bie.

– Wysoko ponad Barns­dale Forest, w pobliżu Wen­t­bridge, gdzie mie­szał Robin, krą­żył orzeł bie­lik. Ptak wie­rzył w jego dąże­nie do spra­wie­dli­wo­ści i czu­wał nad bez­pie­czeń­stwem Robina i jego ludzi. Kiedy poja­wiało się zagro­że­nie, ostrze­gał ich gło­śnym: „Kyi – kyi – kyi”. Potra­fisz to wymó­wić?

– Kyi – kyi – kyi! – powtó­rzyła Colette z uśmie­chem.

Anna­bel odrzu­ciła głowę do tyłu.

– Ho – ho – ho! – odpo­wie­działa śpiew­nie. – Uśmiech­nęła się do Colette. – Tak bie­lik zawsze koń­czył nawo­ły­wa­nie. I dzi­siaj, jeżeli dobrze się wsłu­chasz, prze­ko­nasz się, że bie­liki wydają takie same odgłosy. Zawsze mam wra­że­nie, że to przy­po­mina okrzyk „dalej, dalej, dalej”, zupeł­nie jakby potom­ko­wie tam­tego pierw­szego bie­lika zachę­cali nas do przy­gód.

– Mami, a ty sły­sza­łaś orła? – zacie­ka­wiła się Colette. – Kiedy mia­łaś tyle lat co ja?

Anna­bel poki­wała głową i ogar­nęła ją nostal­gia. Kochała Paryż, kochała Rogera, ale kawa­łek jej serca pozo­stał w Anglii.

– Przez całe dzie­ciń­stwo, skar­bie. I któ­re­goś dnia też go usły­szysz.

Cztery lata póź­niej, gdy Colette skoń­czyła dzie­sięć lat, Anna­bel ponow­nie posa­dziła córkę obok sie­bie, tak samo jak zro­biła to jej matka jedno poko­le­nie wcze­śniej.

– Opo­wia­dam ci histo­rie o twoim pra­przodku, odkąd uzna­łam, że doro­słaś na tyle, aby je zro­zu­mieć – powie­działa łagod­nie, patrząc w zie­lone oczy swo­jej pier­wo­rod­nej. Nie­dawno przy­szła na świat druga córka Anna­bel i Rogera, Liliane, która teraz spała obok w koły­sce. Któ­re­goś dnia matka rów­nież Liliane opo­wie o jej dzie­dzic­twie. – A teraz czas, abyś poszła w jego ślady.

– Jestem gotowa, mami.

– Musisz mi przy­rzec, moja słodka Colette, że gdzie­kol­wiek ponie­sie cię los, ni­gdy nie zapo­mnisz o tym, kim jesteś.

Colette z powagą poki­wała głową.

– Przy­rze­kam.

– I… – Anna­bel zni­żyła głos do szeptu – nie wolno ci o tym powie­dzieć tacie. – Czuła się winna, że prosi córkę o ukry­wa­nie tajem­nicy przed ojcem, ale wie­działa, że Roger natych­miast zabro­niłby ucze­nia Colette zło­dziej­skich prak­tyk. Od lat przy­my­kał oczy na skłon­ność żony do kra­dzieży, ale ni­gdy tego nie apro­bo­wał. Na początku ich mał­żeń­stwa Anna­bel czę­sto wra­cała do domu z kolej­nym fan­tem i gdy chciała opowie­dzieć, ile wynie­sie zysk z jego sprze­daży, twarz męża tward­niała i uci­szał ją gestem dłoni, mówiąc przy tym, że im mniej wie, tym lepiej. Z cza­sem prze­stała z nim o tym roz­ma­wiać. – To musi pozo­stać mię­dzy nami.

– Wiem – przy­tak­nęła Colette, rzu­ca­jąc ner­wowe spoj­rze­nie na drzwi, w któ­rych w każ­dej chwili mógł sta­nąć ojciec. – Mami, ale dla­czego taty nie inte­re­suje to, co robisz?

Anna­bel poczuła ucisk w gar­dle.

– Widzisz, dla nie­któ­rych ludzi kra­dzież jest prze­stęp­stwem, nie­za­leż­nie od inten­cji. Jed­nak ja zde­cy­do­wa­nie wie­rzę, że dopóki okra­damy złych ludzi i znaj­du­jemy spo­sób, żeby wes­przeć tych dobrych, Bóg jest po naszej stro­nie.

– Kie­dyś tata to zro­zu­mie – stwier­dziła Colette. – Musi.

– Obyś miała rację. Ale dosyć o tym. Zabie­rajmy się do nauki, dobrze?

Anna­bel nie zaczęła lek­cji od spo­so­bów otwie­ra­nia zapięć i odwra­ca­nia uwagi celów, lecz od nauki dobrych manier i norm towa­rzy­skich, aby Colette potra­fiła odna­leźć się w każ­dym oto­cze­niu. Nauczyła córkę wszyst­kiego, co powinna wie­dzieć, począw­szy od uży­wa­nia odpo­wied­nich sztuć­ców po zręczne zakoń­cze­nie roz­mowy bez zdra­dza­nia infor­ma­cji na wła­sny temat. W week­endy uda­wały się na dłu­gie spa­cery do Lasku Buloń­skiego, który w Paryżu naj­bar­dziej przy­po­mi­nał Barns­dale Forest i Colette ćwi­czyła for­su­jące bie­ga­nie po nie­rów­nym tere­nie, ukry­wa­nie się, wspi­naczkę na drzewa oraz wszel­kie inne umie­jęt­no­ści, które mogły ją ura­to­wać, gdyby kie­dy­kol­wiek została przy­ła­pana na gorą­cym uczynku.

W popo­łu­dnia, kiedy Roger pra­co­wał do późna, sia­dały pochy­lone nad kuchen­nym sto­łem i Colette pod czuj­nym okiem Anna­bel uczyła się otwie­rać naj­róż­niej­sze zapię­cia jubi­ler­skie, wyłu­ski­wać spinki z man­kie­tów, a nawet spryt­nie, niby przy­pad­kiem potrą­cać ludzi, tak aby zasko­czeni nie poczuli, jak pier­ścionki czy sygnety zjeż­dżają im z pal­ców.

Pierw­szym tro­feum Colette był ele­gancki kie­szon­kowy zega­rek firmy Lon­gi­nes, ukra­dziony latem 1938 roku. Wycią­gnęła go z kie­szonki kami­zelki szwaj­car­skiemu ban­kie­rowi nazwi­skiem Val­lot­ton, który wyłu­dził życiowe oszczęd­no­ści od dzie­sią­tek pary­żan. Ten czło­wiek, mając wysoko posta­wio­nych przy­ja­ciół w pre­fek­tu­rze poli­cji, pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­ty­kalny; po pro­stu wła­dze odwra­cały wzrok, gdy on ruj­no­wał życie ludziom.

– Dener­wuję się, mami – wyznała cicho Colette, kiedy Anna­bel dopi­jała wino, a ona sok cytry­nowy w kawiarni, do któ­rej cho­dził Val­lot­ton. Ban­kier był nie­wol­ni­kiem nawy­ków, co czy­niło go łatwym celem. Dzień w dzień punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej przycho­dził do tej samej kawiarni, zama­wiał kie­li­szek likieru Ricard i sączył go na tara­sie. Sta­no­wił ide­alny cel pierw­szej akcji Colette.

– Nie przej­muj się, kocha­nie – powie­działa Anna­bel, nakry­wa­jąc dło­nią rękę córki i ści­ska­jąc ją dla doda­nia odwagi. – Val­lot­ton jest zawsze tak pochło­nięty sobą, że nawet nie zauważy two­jego ist­nie­nia.

Punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej ban­kier wszedł do kawiarni i wsu­nął się na to samo krze­sło, co zwy­kle. Anna­bel przy­spie­szyło serce, kiedy obser­wo­wała córkę. Colette tak­so­wała męż­czy­znę bystrym wzro­kiem, jed­nak dło­nie jej się trzę­sły.

– Spo­koj­nie, skar­bie – szep­nęła Anna­bel. – Pamię­taj, kim jesteś z uro­dze­nia.

Colette z gło­śnym wes­tchnie­niem ski­nęła głową i pod­nio­sła się od sto­lika. Anna­bel rów­nież wstała, zosta­wia­jąc skromny napi­wek dla kel­nera, po czym obie skie­ro­wały się do wyj­ścia, lawi­ru­jąc mię­dzy sto­likami. Anna­bel patrzyła, jak jej mała dziew­czynka pro­stuje ramiona i potrąca ban­kiera, mija­jąc jego krze­sło.

– Ej! – zawo­łał męż­czy­zna, odwra­ca­jąc się. – Uwa­żaj, jak cho­dzisz!

– Naj­moc­niej pana prze­pra­szam – powie­działa szybko Colette z nisko spusz­czoną głową, żeby ban­kier nie mógł przyj­rzeć się jej twa­rzy. Anna­bel wie­działa, że nie ma się czego oba­wiać, bo on ledwo na nią spoj­rzał. Colette, na­dal duka­jąc prze­pro­siny, odpięła dewizkę, jed­nym płyn­nym ruchem wycią­gnęła zega­rek z kie­szeni kami­zelki i wsu­nęła go w fałdy sukienki.

– Zawsze powta­rzam, że nie powinno się wpusz­czać dzieci do kawiarni – burk­nął Val­lot­ton, rzu­ca­jąc oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie Anna­bel, a ona na wszelki wypa­dek odwró­ciła głowę i popa­trzyła w bok, żeby ban­kier, kiedy przyj­dzie co do czego, nie potra­fił jej opi­sać.

– Oj tak, ma pan rację – ode­zwała się pogod­nym tonem. – Dzieci to utra­pie­nie. – Po czym obie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, spo­koj­nie wyszły na ulicę i skrę­ciły w prawo, żeby szybko odda­lić się od kawiarni.

– Mami – ode­zwała się Colette, gdy zna­la­zły się za rogiem. – Udało się! Naprawdę to zro­bi­łam! – Policzki pło­nęły jej z emo­cji, oczy błysz­czały. – Myślisz, że Robin Hood byłby ze mnie dumny?

– Oczy­wi­ście – zapew­niła ją Anna­bel, mru­ga­jąc, żeby powstrzy­mać łzy wzru­sze­nia cisnące się do oczu. – I ja też jestem z cie­bie dumna. Moje kocha­nie, tyle dobrego zro­bisz dla świata. Już nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć, co przy­nie­sie przy­szłość.

Rozdział trzeci

2018

Rano, dzień po kra­dzieży pier­ścionka Lindy Cly­born, Colette sie­działa przy kuchen­nym stole w swoim miesz­ka­niu w Quincy, na przed­mie­ściu Bostonu. Z zachwy­tem wpa­try­wała się w bla­do­żółty bry­lant, który igra­jąc ze świa­tłem, rzu­cał po kuchni tęczowe refleksy. Klej­noty ni­gdy jej nie nużyły; fascy­no­wały ją ich mistrzow­skie szlify, ostre niczym brzy­twa kra­wę­dzie, pry­zmaty barw ukryte w samym sercu kamieni.

Kiedy Cly­born zauwa­żyła, że nie ma pier­ścionka? Czy stało się to pod­czas przy­ję­cia kok­taj­lo­wego, czy może upo­jona swoją wiel­ko­ścią nie poczuła, że bra­kuje jej cię­żaru na palcu? Czy celowo gesty­ku­lo­wała, żeby się pochwa­lić, i dopiero macha­jąc dło­nią, spo­strze­gła jego brak? Czy od razu się zorien­to­wała, że została okra­dziona? A może pomy­ślała, że po pro­stu go zgu­biła?

Colette liczyła na tę drugą ewen­tu­al­ność, bo kiedy ktoś myśli, że sam zapo­dział jakiś cenny dro­biazg, zazwy­czaj przyj­muje wobec poli­cji postawę obronną, zamiast naprawdę pró­bo­wać przy­po­mnieć sobie każdą twarz, jaką widział poprzed­niego wie­czoru. Zresztą ta aku­rat kobieta zapewne nie odno­to­wała jej obec­no­ści.

Wsu­nęła bry­lant na ser­deczny palec lewej dłoni, na któ­rym ni­gdy nie nosiła wła­snych pier­ścion­ków. Wes­tchnęła, widząc, jak ide­al­nie pasuje, zupeł­nie jakby tam powi­nien zostać. Ach, gdyby mogła od czasu do czasu zatrzy­mać jakiś klej­not i cie­szyć się nim, lecz to godzi­łoby w rodzinną tra­dy­cję, tę, o któ­rej matka i wujek Leo przy­po­mi­nali jej od dziecka z nie­złomną sta­now­czo­ścią.

Z jej obli­czeń wyni­kało, że przez nie­mal osiem­dzie­siąt lat, z krótką prze­rwą w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej, prze­ka­zała wia­ry­god­nym orga­ni­za­cjom ponad trzy­dzie­ści milio­nów dola­rów ze sprze­daży skra­dzio­nych kosz­tow­no­ści. Była z tej kwoty bar­dzo dumna. Zazwy­czaj ano­ni­mowo prze­le­wała datki uzna­nym fun­da­cjom, ale orga­ni­za­cją, która napa­wała ją naj­więk­szą dumą, jedyną, którą regu­lar­nie wspie­rała finan­sowo od samego początku, było Bostoń­skie Cen­trum Edu­ka­cji o Holo­kau­ście. Takie jej dziecko, bo sama ano­ni­mowo je zało­żyła w tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym dru­gim roku, żeby kon­ty­nu­ować dzieło swo­jej matki, któ­rej życie zostało bru­tal­nie prze­rwane.

Nikt, nawet dyrek­torka cen­trum, Rachel Haskell, ani jej córka Aviva, nie miał poję­cia, że to ona zapew­niła fun­du­sze na powo­ła­nie cen­trum do życia. Te kobiety, bli­skie jej jak rodzina, znały ją wyłącz­nie jako oddaną wolon­ta­riuszkę, która w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym roku pomo­gła otwo­rzyć filię cen­trum w Nowym Jorku. Zro­bisz tyle dobrego dla świata, powie­działa matka po jej pierw­szej kra­dzieży i Colette przez te wszyst­kie lata na­dal wie­rzyła, że matka byłaby z niej dumna.

Colette wyrwał z zadumy dzwo­nek tele­fonu na kuchen­nym stole. Im robiła się star­sza, tym czę­ściej wra­cała myślami do prze­szło­ści. Jej matka i sio­stra nie żyły od sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu lat, a ona cią­gle tak wyraź­nie je widziała. Przez więk­szość nocy nawie­dzały ją kosz­mary o ponu­rych posta­ciach pory­wa­ją­cych je w mrok, ale cza­sami zda­rzały się też takie sny, jak we trzy leżą przy­tu­lone do sie­bie w łóżku, a mama czyta im bajki. Colette na­dal miała w uszach jej słodki głos z wyraź­nym bry­tyj­skim akcen­tem.

Odsu­nęła od sie­bie te myśli i spoj­rzała na wyświe­tlacz. Aviva. Kie­dyś dziew­czynka, a teraz praw­niczka pod czter­dziestkę, była dla Colette jak córka. Uśmiech­nęła się i ode­brała.

– Colette? – Głos Avivy był cichy i przy­tłu­miony.

– Avivo, ledwo cię sły­szę – powie­działa, przy­ci­ska­jąc komórkę do ucha, zła, że jej słuch pogar­sza się z wie­kiem. Im czło­wiek dłu­żej żyje, tym wię­cej upo­ko­rzeń musi zno­sić.

– Colette – powtó­rzyła gło­śniej Aviva. – Byłaś wczo­raj na gali Boston Orche­stral Edu­ca­tion Con­sor­tium?

Colette poczuła suchość w ustach.

– Kocha­nie, dla­czego pytasz?

– Doszło tam do kra­dzieży – oznaj­miła Aviva. – W poran­nej gaze­cie jest kilka zdjęć. Star­sza pani sto­jąca w tłu­mie tuż za kobietą, któ­rej ukra­dziono pier­ścio­nek, wygląda zupeł­nie jak ty, tylko że w peruce.

– Skar­bie, po co niby mia­ła­bym iść na galę orkie­stry? – spy­tała Colette, uwa­ża­jąc, żeby nie zawiódł jej głos, a w duchu prze­kli­na­jąc swoje par­szywe szczę­ście. Naj­wy­raź­niej Linda natych­miast zgło­siła kra­dzież, co, nie­stety, ozna­cza, że Colette będzie musiała odcze­kać z upłyn­nie­niem fantu. Wielka nie­do­god­ność. – A co zgi­nęło? – zapy­tała nie­win­nie.

– Pier­ścio­nek – odparła Aviva. Colette sły­szała sze­lest gazety i wyobra­ziła sobie Avivę sie­dząca przy biurku w kan­ce­la­rii z wido­kiem na Tre­mont Street i Boston Com­mon. – Według tego, co piszą, ten pier­ścio­nek jest wart ponad sto dwa­dzie­ścia pięć tysięcy dola­rów.

Colette nie zdo­łała stłu­mić prych­nię­cia. Pier­ścio­nek był wart dzie­więć­dzie­siąt tysięcy dola­rów i ani centa wię­cej i wcale jej nie zdzi­wiło, że ktoś taki jak pani Cly­don posuwa się do kłam­stwa. Już widziała, jak ta podła kobieta wyciąga rękę po czek od towa­rzy­stwa ubez­pie­cze­nio­wego.

– Moja droga, dobrze wiesz, że Linda Cly­don to neo­na­zistka, co samo w sobie jest dość absur­dalne. Trudno współ­czuć komuś takiemu.

Aviva nie odzy­wała się przez moment.

– Skąd znasz nazwi­sko okra­dzio­nej osoby?

Colette z ubo­le­wa­niem pokrę­ciła głową. Jak mogła być taka nie­roz­ważna?

– Sie­dzę nad otwartą gazetą – skła­mała. – Teraz czy­tam razem z tobą.

– I nie sądzisz, że ta star­sza pani na zdję­ciu tuż pod tytu­łem wygląda zupeł­nie jak ty?

Gazeta na­dal cze­kała na wycie­raczce przed drzwiami. Colette jesz­cze tam nie dotarła.

– Och, może widzę nikłe podo­bień­stwo.

– Wcale nie takie nikłe, Colette. Na pewno nie byłaś na gali?

Cza­sami naj­lep­szą obroną jest atak.

– Kocha­nie, jeżeli mnie o coś oskar­żasz, to może po pro­stu powiedz to wprost.

– Nie, wybacz – prze­pro­siła ją natych­miast wyraź­nie spe­szona roz­mów­czyni. – Ale skąd wła­ści­wie wiesz, że Linda Cly­born to neo­na­zistka?

– Znasz mnie, moja droga – odparła Colette. – Wiesz, że lubię być na bie­żąco z naj­śwież­szymi plot­kami. – Kolejny błąd, co z nią dzi­siaj nie tak? Musi bar­dziej uwa­żać. To o plot­kach było aku­rat szczerą prawdą, a wymi­ja­jące mruk­nię­cie Avivy świad­czyło, że ona to wie. – W każ­dym razie szkoda czasu na uża­la­nie się nad tą kobietą. To nie­zbyt pozy­tywna osoba.

Aviva chwilę mil­czała.

– Skąd moje wra­że­nie, że wiesz o tym wię­cej, niż chcesz przy­znać?

Colette zmu­siła się do per­li­stego śmie­chu.

– Teraz trak­tu­jesz mnie jak wro­giego świadka. Daj spo­kój, kocha­nie. A tak na mar­gi­ne­sie, może wpad­niesz dziś na kola­cję? Będzie twoje ulu­bione danie. – Kto wie, czy zapra­sza­nie Avivy nie było błę­dem, skoro młoda kobieta wyraź­nie coś podej­rze­wała. Ale Colette ogar­nęło poczu­cie osa­mot­nie­nia i reflek­sja, że lata wymy­kają się jej z rąk i nie zdąży napra­wić krzywd z prze­szło­ści. Przy Avi­vie zawsze czuła się moc­niej osa­dzona w rze­czy­wi­sto­ści, budziło się w niej poczu­cie celu. No, a poza tym musiała jakoś zmie­nić temat.

– Kur­czak w sosie dijon?

– Zga­dza się. – To była spe­cjal­ność Colette, danie, które pamię­tała sprzed wojny. Jej matka dusiła piersi i udka kur­czaka w kre­mo­wym sosie z dodat­kiem tymianku i musz­tardy dijon. – Może być dzie­więt­na­sta?

Aviva zawa­hała się i wes­tchnęła.

– Wiesz, twój kur­czak tra­fia mi przez żołą­dek do serca. Przyjdę.

Colette roz­łą­czyła się i szu­ra­jąc kap­ciami poszła do drzwi po cze­ka­jącą tam gazetę. Otwo­rzyła ją na dziale lokal­nym i z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wała się w zdję­cie poni­żej nagłówka na pierw­szej stro­nie. To rze­czy­wi­ście było jej zdję­cie, wyraźne jak na dłoni, uchwy­cone w chwili, gdy zbli­żała się do Lindy. Gdyby foto­graf zro­bił je pół minuty póź­niej, uwiecz­niłby ją na gorą­cym uczynku. Jak mogła się nie zorien­to­wać, że ktoś strzela fotki zebra­nym? Na myśl, jak bli­sko wpadki była tym razem, serce odpo­wie­działo głu­chym łomo­tem.

Znowu zadzwo­niła komórka, na wyświe­tla­czu poja­wił się Marty.

– Cześć, dzie­cino – przy­wi­tał ją, kiedy ode­brała. Uśmiech­nęła się na to czułe okre­śle­nie, które w jej wieku powinno brzmieć absur­dal­nie, a jed­nak na­dal roz­grze­wało serce tak samo jak tam­tego dnia przed sześć­dzie­się­ciu czte­rema laty, gdy się poznali. Miała wtedy dwa­dzie­ścia cztery lata, a Marty dwa­dzie­ścia sześć, ale on miał w sobie coś takiego, że czuła się przy nim jak uczen­nica.

Kto wie, pomy­ślała, w innym życiu może nawet by się w sobie zako­chali.

– Widzia­łaś dzi­siej­szą gazetę? – zapy­tał.

– Tak – oparła, kolejny raz patrząc gniew­nie na nie­for­tunne zdję­cie.

Zachi­cho­tał.

– Rozu­miem, że masz dla mnie prze­syłkę? – Jak zawsze był bar­dzo ostrożny na wypa­dek, gdyby jego czy ją pod­słu­chi­wano, co w sumie wyda­wało się absur­dem. Pro­wa­dzili inte­resy od sześć­dzie­się­ciu lat i jak dotąd na żadne z nich nie padł nawet cień podej­rze­nia. Komu przy­szłoby do głowy podej­rze­wać osiem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­nią kobietę i dzie­więć­dzie­się­cio­jed­no­let­niego męż­czy­znę o masowe kra­dzieże biżu­te­rii i upłyn­nia­nie jej na czar­nym rynku?

– Może – powie­działa – ale tylko na prze­cho­wa­nie.

– Tylko na prze­cho­wa­nie – zgo­dził się natych­miast. Oboje wie­dzieli, że w naj­lep­szym wypadku towar będzie zbyt gorący przez dobre kilka tygo­dni. – Ale ode­zwę się do moich kon­tak­tów, zacznę badać zain­te­re­so­wa­nie. Mogła­byś mi to szybko pod­rzu­cić? Masz dziś jakieś plany na lunch?

Wie­dział tak samo jak ona, że pra­wie zawsze była wolna w porze lun­chu, o ile aku­rat nie poma­gała w cen­trum. Krew­nych nie miała i poza Avivą, pra­wie rodziną, nikt jej nie potrze­bo­wał.

– Spraw­dzę w kalen­da­rzu – rzu­ciła poważ­nym tonem, a Marty się roze­śmiał, dokład­nie tak, jak prze­wi­działa.

– To może zaj­rzysz do mnie koło połu­dnia?

– W takim razie do zoba­cze­nia. – Roz­łą­czyła się z uśmie­chem na twa­rzy, po raz ostatni spoj­rzała na gazetę, po czym ją zgnio­tła i wrzu­ciła do kosza na śmieci.

*

Po kawie i poran­nym spa­ce­rze (codzien­nie poko­ny­wała cztery kilo­me­try, żeby utrzy­mać krą­że­nie na wła­ści­wym pozio­mie), ubrała się do wyj­ścia, ganiąc się w myślach za to, że tyle uwagi poświęca na dobór ide­al­nego stroju.

Miesz­kała w Sta­nach od pięć­dzie­sią­tego dru­giego roku, choć Paryż na zawsze pozo­stał czę­ścią toż­sa­mo­ści Colette. W jej gar­de­ro­bie kró­lo­wały bluzki w mary­nar­skie paski, ele­ganc­kie czarne spodnie, śnież­no­białe koszule i pro­ste czarne sukienki kok­taj­lowe na wie­czory, gdy musiała się wta­piać w zamożne towa­rzy­stwo. Włosy nosiła obcięte na krótki fran­cu­ski bob, a kiedy dwa­dzie­ścia lat temu zaczęły poja­wiać się srebrne nitki, pozwo­liła im siwieć. Teraz były śnież­no­białe, co ide­al­nie pod­kre­ślało kar­mi­nową czer­wień jej szminki. I tu krył się kolejny z jej sekre­tów; na misje kra­dzieży kosz­tow­no­ści wybie­rała sto­no­wany, deli­katny maki­jaż i peruki w wybla­kłych odcie­niach. Wszystko po to, aby lepiej wta­piać się w oto­cze­nie. W każ­dych innych oko­licz­no­ściach czer­wone usta były jej zna­kiem roz­po­znaw­czym.

Teraz przy­mie­rzyła trzy pary spodni o sze­ro­kich nogaw­kach i zde­cy­do­wała się na te z wyso­kim sta­nem, co ład­nie pod­kre­ślało jej smu­kłą figurę. Wybrała dopa­so­waną bluzkę z kre­mo­wego jedwa­biu, sta­ran­nie wsu­nęła ją w spodnie, po czym wło­żyła ulu­bione bale­riny z czar­nymi noskami i na koniec obej­rzała się w lustrze. Cza­sami zasta­na­wiała się, gdzie podziały się te wszyst­kie lata. Kartki kalen­da­rzy zbyt szybko się prze­wra­cały, co przy­bli­żało ją do końca wła­snej opo­wie­ści.

Nie przy­pusz­czała, aby Marty zwra­cał uwagę na jej wygląd. Ow­szem był taki czas, kiedy mu na niej zale­żało – wie­działa, że zale­żało – ale to było wieki temu. Miała swoją szansę. Miała ich sporo. Teraz już było sta­now­czo za późno, cho­ciaż skła­ma­łaby, twier­dząc, że nie odczu­wała lek­kiego dresz­czyku, kiedy on wędro­wał spoj­rze­niem po jej syl­wetce za każ­dym razem, gdy się widzieli. To był już tylko nawyk, tak sobie tłu­ma­czyła, a jed­nak na­dal tak samo się rumie­niła.

Jazda do sklepu Marty’ego na Washing­ton Street zajęła jej dwa­dzie­ścia trzy minuty i kiedy zapar­ko­wała pół prze­cznicy dalej, przez chwilę jesz­cze sie­działa w samo­cho­dzie, przy­glą­da­jąc się pojaz­dom w pobliżu. Ostroż­ność ni­gdy nie zawa­dzi; kil­ka­krot­nie zda­rzało jej się odjeż­dżać na widok zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów wyglą­da­ją­cych na nie­ozna­ko­wane radio­wozy. Ponie­waż dzi­siaj ani auta, ani prze­chod­nie nie budzili jej podej­rzeń, wzięła torebkę, wysia­dła z samo­chodu i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ruszyła do Weaver’s Dia­mont Exchange, sklepu, który sto lat temu otwo­rzył Joseph Weaver, dzia­dek Marty’ego, prze­ka­zu­jąc go póź­niej synowi Jose­phowi, który z kolei w tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym siód­mym roku oddał go Marty’emu.

Colette na­dal pamię­tała tam­ten dzień, gdy pięt­na­ście lat wcze­śniej pierw­szy raz zoba­czyła Marty’ego. Towa­rzy­szyła wtedy wuj­kowi Leo przy sprze­daży pary kol­czy­ków z sza­fi­rami i szma­rag­dami. Wła­śnie prze­nie­śli się do Sta­nów z Anglii, bo wuj Leo wpadł w pewne kło­poty z pra­wem i to wła­śnie ojciec Marty’ego spon­so­ro­wał ich pośpieszną apli­ka­cję o oby­wa­tel­stwo.

Wuj Leo przed­sta­wił Colette Marty’emu, a jej pierw­szy raz w życiu odjęło mowę.

– Kot odgryzł ci język? – zapy­tał roz­ba­wiony Leo, gdy policzki pło­nęły jej żywym ogniem. Marty miał zło­to­blond włosy i inten­syw­nie nie­bie­skie oczy, a jego mocno zary­so­wana szczęka i wyso­kie kości policz­kowe wyglą­dały jak wyrzeź­bione w mar­mu­rze.

Marty, żeby jej pomóc otrzą­snąć się z zakło­po­ta­nia, wycią­gnął rękę po kol­czyki.

– Będę mógł oce­nić ich war­tość, dopiero kiedy je na kimś zoba­czę – powie­dział, pusz­cza­jąc do niej oko. – Uczy­nisz mi ten zaszczyt, Colette? Wtedy będziemy mogli poroz­ma­wiać o cenie.

Kiw­nęła głową, wzięła od niego kol­czyki, zapięła prawy, a kiedy zma­gała się z lewym, Marty wycią­gnął dłoń, żeby jej pomóc. Skóra zapie­kła ją pod jego doty­kiem i była gotowa przy­siąc, że zatrzy­mał palce na uchu uła­mek sekundy dłu­żej, niż to było konieczne, a potem, cofa­jąc rękę, wierz­chem dłoni musnął jej poli­czek.

– Ide­alne – szep­nął i zapro­po­no­wał wuj­kowi Leo cenę o dzie­sięć pro­cent wyż­szą od tej, którą ona by podała. Leo ocho­czo na nią przy­stał i z obawy, że Marty może wyco­fać ofertę, pocią­gnął dziew­czynę do wyj­ścia. Colette nie wytrzy­mała i na ulicy obej­rzała się na Marty’ego przez ramię. Tak jak prze­czu­wała, odpro­wa­dzał ją wzro­kiem i uniósł rękę w geście poże­gna­nia, obda­rza­jąc ją kolej­nym rado­snym uśmie­chem.

– Coś mi się zdaje, że wpa­dłaś w oko temu mło­demu czło­wie­kowi – powie­dział roz­ba­wiony wujek, gdy sie­dzieli w samo­cho­dzie. – Ale uwa­żaj na niego, Colette, rozu­miesz? Wią­za­nie się z kimś z tej branży jest nie­bez­pieczne. – Spoj­rzała na niego pyta­jąco. – Zło­dziejka klej­no­tów i kom­bi­na­tor, który upłyn­nia łupy? To gotowa recepta na kata­strofę. Wybij go sobie z głowy, Colette.

Ona jed­nak nie potra­fiła usu­nąć go z myśli, szcze­gól­nie, że Leo do zby­wa­nia kosz­tow­no­ści naj­czę­ściej korzy­stał z usług Weaver’s Dia­mond Exchange. Jak mogła zapo­mnieć Marty’ego, skoro widy­wała go co naj­mniej kil­ka­na­ście razy w roku? Kiedy sama zaczęła cho­dzić na poważ­niej­sze akcje, też wolała korzy­stać z pośred­nic­twa Weave­rów. Oczy­wi­ście musieli z wujem współ­pra­co­wać z róż­nymi pase­rami, żeby nie zosta­wiać śla­dów dla poli­cji, ale jedy­nie Weave­ro­wie wie­dzieli, co oni tak naprawdę robią i jakie to ma zna­cze­nie. Colette nikomu bar­dziej nie ufała niż Marty’emu oraz jego ojcu i wła­śnie dla­tego w tam­tym roku, gdy skoń­czyła dwa­dzie­ścia sześć lat i Marty zapro­sił ją na randkę, odmó­wiła mu. Wujek Leo miał rację; zro­bi­łoby się nie­bez­piecz­nie.

Jed­nak to nie był jedyny powód odmowy. W końcu do czego pro­wa­dzą randki, jeśli nie do mał­żeń­stwa i dzieci? A Colette poprzy­się­gła sobie, że ni­gdy nie będzie mieć dziecka. Jak po tym, co się stało w Paryżu, mogła wie­rzyć, że potrafi komu­kol­wiek zapew­nić bez­pie­czeń­stwo?

Marty jesz­cze sied­mio­krot­nie pro­po­no­wał wspólne wyj­ścia (poli­czyła), a za siód­mym razem zapy­tał: „Czy ja mam u cie­bie szansę, dzie­cino?”. Serce jej krwa­wiło, gdy musiała powie­dzieć, że nie, ale się prze­mo­gła i na tym się skoń­czyło. Pół roku póź­niej Marty zaczął się spo­ty­kać z Kay Rho­des, a po roku się z nią oże­nił. Nie docze­kali się dzieci, a Colette poznała gorzki smak żalu.

Kay zmarła nie­mal dwa­dzie­ścia lat temu, a Colette i Marty przez więk­szość życia byli pla­to­nicz­nymi przy­ja­ciółmi.

Cza­sami się zasta­na­wiała, co by było, gdyby teraz mu wyznała, że powie­działa „nie”, bo nie chciała mieć dzieci, a wujek Leo zaka­zał jej się z nim wią­zać. Czy Marty uznałby, że jest sza­lona, bo wraca do spraw sprzed tak wielu lat, że nie ma już sensu o nich roz­ma­wiać? A może on nie pamię­tał, że kie­dyś zapra­szał ją na randki?

– No pro­szę, pro­szę, czyż to ta naj­pięk­niej­sza pary­żanka w Bosto­nie? – przy­wi­tał ją teraz z sze­ro­kim uśmie­chem na przy­stoj­nej twa­rzy, gdy weszła do pustego sklepu. Mimo upływu lat on cią­gle wyglą­dał jak Robert Red­ford. Dla­czego czas jest bar­dziej łaskawy dla męż­czyzn niż dla kobiet?

– Pochleb­stwami daleko zaj­dziesz – odpo­wie­działa z uśmie­chem. Sama myśl, że ten rytuał nale­żał tylko do nich, miała w sobie coś ujmu­ją­cego.

– Pomy­śla­łem, że dziś to ja przy­go­tuję lunch – oznaj­mił i gdyby tak dobrze go nie znała, mogłaby pomy­śleć, że on się dener­wuje.

– Zro­bisz mi lunch? Chyba pierw­szy raz w życiu.

– Dzie­cino, gdy­bym mógł, codzien­nie robił­bym ci lun­che. – Marty był flir­cia­rzem i to się nie zmie­niło. Byłaby naiwna, sądząc, że jej jedy­nej oka­zy­wał względy.

Wyszedł zza kon­tu­aru, cmok­nął ją w poli­czek, a potem prze­krę­cił klucz w drzwiach i odwró­cił zawieszkę na stronę z napi­sem ZAMKNIĘTE.

– Chodźmy na zaple­cze.

Pięć minut póź­niej sie­dzieli naprze­ciw sie­bie przy stole i jedli bagietkę z serem brie, prze­gry­za­jąc ją jabł­kiem pokro­jo­nym przez Marty’ego.

– A ta wczo­raj­sza gala cha­ry­ta­tywna orkie­stry? – zaczął, nale­wa­jąc jej wina cha­blis z butelki, którą wyjął z lodówki. – To ty?

Utrzy­mała jego spoj­rze­nie, wypi­ja­jąc łyk wina.

– A gdyby tak było?

– Powie­dział­bym, że masz w rękach cenny okaz. A tym razem bene­fi­cjen­tem będzie…

– Cen­trum Holo­kau­stu, natu­ral­nie. Ta kobieta jest zde­kla­ro­waną neo­na­zistką.

Marty zachi­cho­tał.

– Jesteś nie­sa­mo­wita, Colette. Cie­kawe, jak poczu­liby się ludzie w cen­trum, gdyby się dowie­dzieli, że ich naj­wier­niej­sza wolon­ta­riuszka to ta sama osoba, która od ponad czter­dzie­stu lat pomaga im utrzy­mać się na powierzchni?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Znasz zasady. Każdy poto­mek czy potom­kini Robin Hooda musi ano­ni­mowo czy­nić dobro na świe­cie. Ina­czej byłoby to zbyt ryzy­kowne, no i pod­wa­ża­łoby sens samego dzia­ła­nia.

– Ale ja wiem, co robisz. – Wypił łyk wina i patrząc na nią, wymow­nie uniósł brwi.

– Znasz wszyst­kie moje sekrety – powie­działa to lek­kim tonem, ale te słowa miały swoją wagę.

Naprawdę nikt na świe­cie nie znał jej lepiej od niego. Cza­sami zasta­na­wiała się, co myślałby wujek Leo o jej dłu­go­let­niej przy­jaźni z Mar­tym. Na pewno by tego nie pochwa­lał, co wcale nie zna­czyło, że miałby rację. Świa­do­mość, że zawsze mogła zadzwo­nić do Marty’ego, pozwa­lała jej prze­trwać naj­trud­niej­sze chwile. To, że oboje na­dal żyli i wciąż o sie­bie się trosz­czyli, było czymś nie­zwy­kłym.

Marty odkroił pla­ster brie i podał go Colette na kawałku bagietki.

– Będę musiał odcze­kać kilka tygo­dni, aż osłab­nie zain­te­re­so­wa­nie.

– Wiem. – Odgry­zła kęs, popiła go winem i jej kubki sma­kowe wpa­dły w pląs.

– Uwa­żam, że mogła­byś już się wyco­fać – ode­zwał się po chwili. – Prze­raża mnie myśl, że coś mogłoby ci się stać.

– Sie­dzia­ła­bym w tym po uszy, prawda?

Marty się uśmiech­nął.

– Oboje jeste­śmy za sta­rzy na wię­zie­nie. Myślisz o tym, że może czas odwie­sić ten kape­lusz na kołek?

Odgry­zła kawa­łek jabłka i nie odry­wa­jąc oczu od Marty’ego, powoli go prze­żu­wała.

– A ty?

Nachy­lił się ku niej.

– Dzie­cino, wyłącz­nie ze względu na cie­bie na­dal tkwię w tym biz­ne­sie.

Poczuła ukłu­cie winy.

– Marty, nie musisz ze mną pra­co­wać. Mam innych pośred­ni­ków, mogę im powie­rzać towar.

Przy­ci­snął dłoń do piersi, uda­jąc, że go zra­niła.

– Chcesz mnie zabić?

Musiała się roze­śmiać.

– Marty, ja tylko sta­ram się ci powie­dzieć, że nie jesteś mi nic winien. Przez te wszyst­kie lata zro­bi­łeś wię­cej, niż nale­żało. Jeśli chcesz odwie­sić kape­lusz…

– A ja tak cho­ler­nie przy­stoj­nie wyglą­dam w kape­lu­szu. – Bły­snął zębami w uśmie­chu. – Poza tym ty jesteś naj­waż­niej­szym ogni­wem tego łań­cu­cha.

Przez moment roz­ko­szo­wała się tymi sło­wami, cho­ciaż wie­działa, że to kolejny nie­wiele zna­czący kom­ple­ment w ich rytu­al­nym flir­cie.

– W takim razie jeste­śmy na sie­bie ska­zani.

Uśmiech­nął się.

– I to mi się podoba, dzie­cino. A teraz rzućmy okiem na ten okaz.

Się­gnęła do ukry­tej wewnętrz­nej kie­szonki w torebce i wyjęła pier­ścio­nek, z satys­fak­cją patrząc, jak Marty sze­rzej otwiera oczy na jego widok. Wziął go do ręki, prze­szedł do biurka i włą­czył lampę. Wycią­gnął lupę jubi­ler­ską i przez kilka sekund w sku­pie­niu oglą­dał bry­lant, a potem odwró­cił się do Colette.

– Jest ide­alny – oce­nił. – Myślę, że mogę za niego dostać od sie­dem­dzie­się­ciu dwóch do osiem­dzie­się­ciu tysięcy.

Colette szybko poli­czyła w pamięci. Marty jak zwy­kle weź­mie pięt­na­ście pro­cent od sprze­daży, czyli dla niej zosta­nie coś około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy dola­rów, a więc ryzyko zde­cy­do­wa­nie się opła­ciło.

– Marty – ode­zwała się, sta­ra­jąc się uci­szyć głos w gło­wie. – Jesteś księ­ciem wśród męż­czyzn.

– A ty, dzie­cino, jesteś moją księż­niczką. – Znowu posłał jej uwo­dzi­ciel­sko pro­mienny uśmiech, który, jak wie­działa, nie miał więk­szego zna­cze­nia. – Mam go u sie­bie prze­cho­wać?

Kiw­nęła głową i z ulgą patrzyła, jak zamyka pier­ścio­nek w sej­fie. Uwiel­biała podzi­wiać klej­noty, ale zawsze czuła się nie­swojo, trzy­ma­jąc w domu skra­dzione pre­cjoza. Gdyby kie­dy­kol­wiek ktoś ją podej­rze­wał i wezwałby poli­cję, jak by wytłu­ma­czyła, co u niej robią te rze­czy? Co innego Marty, on przy­naj­mniej zawsze miał wia­ry­godną linię obrony. Kupił te przed­mioty od nie­zna­jo­mego, nie miał poję­cia, że są trefne, i ojej, naprawdę bar­dzo mu przy­kro z powodu popeł­nio­nego błędu.

– Marty? – zaczęła, gdy wró­cił do stołu i uzu­peł­nił wino w obu kie­lisz­kach. – Czy żału­jesz cza­sem, że wsze­dłeś ze mną w ten inte­res?

Popa­trzył na nią bez emo­cji.

– Ledwo pamię­tam czasy, jak mój ojciec i ja zaczę­li­śmy współ­pra­co­wać z tobą i twoim wujem.

– No bo widzisz, nawet jeśli coś robisz od dawna, to nie­ko­niecz­nie zna­czy, że postę­pu­jesz wła­ści­wie. Mógł­byś pro­wa­dzić w pełni legalny inte­res, a przeze mnie…

– Dzięki tobie – prze­rwał jej sta­now­czo – mam poczu­cie, że odgry­wam choćby skromną rolę w robie­niu cze­goś dobrego dla świata. To, co robimy, jest nie­le­galne? Jasne. Ale czy złe? Ja tak nie uwa­żam, a ty?

– Oczy­wi­ście, że nie. Ina­czej nie umia­ła­bym żyć w zgo­dzie z wła­snym sumie­niem.

– Colette, ja niczego nie żałuję – oświad­czył zde­cy­do­wa­nym tonem. Uniósł kie­li­szek i pocze­kał, aż ona spoj­rzy mu w oczy. – Za naj­lep­sze part­ner­stwo, jakie kie­dy­kol­wiek mia­łem.

Zawa­hała się i trą­ciła się z nim kie­lisz­kiem.

– Za nas – powie­działa i spe­szona odwró­ciła wzrok, bo nagle poczuła, że on czyta w niej jak w otwar­tej księ­dze.

Rozdział czwarty

1938

Przez całe lato i wcze­sną jesień 1938 roku Colette pra­co­wała razem z matką, okra­da­jąc tu i ówdzie bez­względ­nych, pozba­wio­nych skru­pu­łów ludzi. Czuła dresz­czyk dumy po każ­dej uda­nej kra­dzieży i gdy matka sprze­da­wała któ­ryś z ukra­dzio­nych przez nią klej­no­tów jubi­le­rowi, Colette sądziła, że robi coś waż­nego. Moja dziew­czynka, mówiła matka za każ­dym razem, gdy odcho­dziły z pli­kiem bank­no­tów, które miały tra­fić na któ­ryś z wybra­nych przez nie cha­ry­ta­tyw­nych celów. Colette była szczę­śliwa, widząc, jak twarz matki pro­mie­nieje miło­ścią, gdy spo­gląda na swoją córkę, swoją pod­opieczną.

Pew­nego jesien­nego popo­łu­dnia, kiedy Colette wró­ciła ze szkoły, matka cze­kała na nią w salo­nie.

– Gdzie Liliane? – spy­tała, roz­glą­da­jąc się za sio­strą, która miała już osiem mie­sięcy.

– Nocuje u wujka Frédérica i cioci Marie, a tata na kilka dni poje­chał do Lyonu na kon­fe­ren­cję nauczy­cieli – wyja­śniła Anna­bel. – Mamy dla sie­bie cały wie­czór i czeka nas ważne zada­nie.

– Jakie zada­nie, mami?

Oczy matki roz­bły­sły.

– Skar­bie, to będzie twoja pierw­sza poważna akcja.

Colette prze­biegł po krę­go­słu­pie dreszcz pod­nie­ce­nia.

– Gdzie pój­dziemy?

– Do opery. Kupi­łam ci odpo­wied­nią sukienkę.

– Do opery? – Dziew­czynka ni­gdy nie była w teatrze, a co tu dopiero mówić o wspa­nia­łym Palais Gar­nier, naj­bar­dziej oka­za­łym teatrze ope­ro­wym na świe­cie z fasadą ze strze­li­stymi kolum­nami, zwień­czoną na naroż­ni­kach zło­co­nymi posą­gami Har­mo­nii i Poezji, spo­glą­da­ją­cymi na aleję w dole.

– Dziś wysta­wiają nie­miecką operę i na widowni będzie wielu ludzi sprzy­ja­ją­cych Niem­com – powie­działa matka, zaci­ska­jąc szczęki.

Colette zamru­gała, pró­bu­jąc za nią nadą­żyć.

– Czy Niemcy są źli?

Matka się uśmiech­nęła.

– Cza­sem zapo­mi­nam, że masz tylko dzie­sięć lat. – Wyraź­nie szu­kała w myślach odpo­wied­nich słów. – Nie, skar­bie, w Niem­czech jest mnó­stwo wspa­nia­łych ludzi, ale nie­miecki kanc­lerz nazwi­skiem Hitler nisz­czy każ­dego, kto wej­dzie mu w drogę. Grozi inwa­zją Cze­cho­sło­wa­cji, a w Niem­czech zaczął robić straszne rze­czy Żydom.

– Ale… dla­czego? – Jej przy­ja­ciółka Sarah była Żydówką. To naj­mil­sza dziew­czynka w całej kla­sie. Co nie­miecki kanc­lerz miał prze­ciwko takim oso­bom?

– Bo Hitler jest bar­dzo złym czło­wie­kiem. A ci, któ­rzy uczest­ni­czą w odbie­ra­niu praw swoim współ­o­by­wa­te­lom, zasłu­gują na kra­dzież klej­no­tów. O ile moje źró­dła się nie mylą, Ernest Bal­ken­hol, drugi zastępca mini­stra pro­pa­gandy Rze­szy, przyj­dzie do opery z żoną, a ona na pewno na tę oka­zję nałoży bar­dzo cenny bry­lan­towy naszyj­nik.

– To ona jest naszym celem? – upew­niła się Colette.

– Tak, to Ingrid Bal­ken­hol jest twoim celem, moja droga – potwier­dziła mama. – A teraz idź się prze­brać, resztę powiem ci po dro­dze.

Pół godziny póź­niej Colette wło­żyła pro­stą czarną kok­taj­lową sukienkę z krót­kimi ręka­wami, przy­go­to­waną przez mamę. Zapi­na­jąc przed lustrem poży­czone od matki perły, uznała, że wygląda co naj­mniej na dwa­na­ście, może nawet trzy­na­ście lat. W dro­dze do drzwi kiw­nęła głową do swo­jego odbi­cia. Dasz radę, wyszep­tała do sie­bie.

– Klu­czem do suk­cesu – tłu­ma­czyła cicho mama, gdy ulicą Reau­mur zmie­rzały na zachód w ten rześki jesienny wie­czór – jest powścią­gli­wość. Niech cię nie inte­re­suje, co inni o tobie myślą. Nie patrz nikomu pro­sto w oczy. Zawsze uda­waj, że wypa­tru­jesz kogoś w tłu­mie. I w żad­nym wypadku nie rzu­caj się w oczy.

– Ale ta sukienka… – Z poży­czoną od mamy futrzaną etolą narzu­coną na ramiona Colette wyglą­dała jak gwiazdka fil­mowa.

– Wyglą­dasz ślicz­nie, kocha­nie, jed­nak znik­niesz w tym tłu­mie i tak powinno być.

Mama wyja­śniła, że będą musiały prze­sie­dzieć całą operę, bo gdyby spóź­niły się czy wyszły przed koń­cem przed­sta­wie­nia, nie­po­trzeb­nie zwró­ci­łyby na sie­bie uwagę.

– Zresztą – dodała z uśmie­chem, gdy z ulicy Louis le Grand wyszły na Place de l’Opera – dzi­siaj wysta­wiają Tri­stana i Izoldę Wagnera. To jedna z naj­pięk­niej­szych oper.

– Widzia­łaś ją?

– Dawno temu. A ta insce­ni­za­cja podobno ma być jesz­cze pięk­niej­sza. Pary­ska pre­miera odbyła się zale­d­wie w zeszły czwar­tek, a par­tię Izoldy, zaka­za­nej miło­ści Tri­stana, śpiewa nor­we­ska sopra­nistka Kir­sten Flag­stad. Ona jest solistką w dużej ame­ry­kań­skiej ope­rze i cie­szy się sporą sławą. Kry­tycy uwa­żają, że Flag­stad naj­le­piej wypada w tej roli. Myślę, skar­bie, że ten twój pierw­szy wie­czór w ope­rze będzie dla cie­bie wspa­nia­łym doświad­cze­niem.

Zaraz po wej­ściu do gma­chu opery Colette oszo­ło­mił widok mnó­stwa ele­ganc­kich ludzi, ubra­nych w swoje naj­lep­sze stroje i obwie­szo­nych biżu­te­rią wartą for­tunę. A sam Palais Gar­nier? Ni­gdy dotąd niczego takiego nie widziała. Ogromne schody z bia­łego mar­muru, kolo­rowe mozaiki i nie­zli­czone żyran­dole oświe­tla­jące drogę. Ten prze­pych dosłow­nie ją przy­tło­czył. Spo­ciły jej się dło­nie, gdy prze­su­wała się w tłu­mie. Kra­dzież jakie­goś cen­nego dro­bia­zgu w tej czy innej kawiarni to jedno, ale zupeł­nie czym innym było zdję­cie bry­lan­to­wego naszyj­nika z szyi żony waż­nego czło­wieka w tym teatrze peł­nym ludzi.

– Mamo, a co, jeżeli nie dosię­gnę do szyi Frau Bal­ken­hol? – spy­tała szep­tem w przy­pły­wie nagłej paniki, kiedy kie­ro­wały się do swo­ich foteli w dwu­dzie­stym rzę­dzie. – Jeżeli okażę się za niska?

Mama ści­snęła jej dłoń i ruchem głowy wska­zała blon­dynkę idącą pod rękę z męż­czy­zną w mun­du­rze do rzędu bli­sko sceny. Kobieta ledwo się­gała mu do ramie­nia, miała drobne, ostre rysy i szczu­płą, nie­mal dziew­częcą syl­wetkę.

– To Frau Bal­ken­hof – wyja­śniła. Ta kobieta była nie­wiele wyż­sza od Colette. – Dosię­gniesz bez pro­blemu, skar­bie.

– Osoba tego wzro­stu musi być przy­zwy­cza­jona, że czę­sto bywa posztur­chi­wana – wymru­czała Colette, myśląc o tych wszyst­kich razach, gdy ktoś nie­chcący dźgnął ją łok­ciem w bok albo w głowę, nawet nie racząc spoj­rzeć w dół. Świat nie był przy­ja­zny dla niskich ludzi.

– No wła­śnie – przy­tak­nęła mama, uśmie­cha­jąc się, i Colette zro­zu­miała, że od początku na tym pole­gał plan. Jej pierw­sza poważna kra­dzież, zdję­cie naszyj­nika z szyi drob­nej żony pod­łego czło­wieka, została obmy­ślona spe­cjal­nie dla niej.

Colette nie sądziła, że spek­takl będzie taki długi. Trwał ponad cztery godziny z dwoma antrak­tami, a ona nie mogła ode­rwać oczu od sceny. Ocza­ro­wana naj­pięk­niej­szą histo­rią, jaką kie­dy­kol­wiek widziała, po jakimś cza­sie zupeł­nie zapo­mniała, że przy­szła tutaj wypeł­nić zada­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki