37,90 zł
Kristin Harmel powraca z emocjonującą nową powieścią o bezcennej bransoletce zaginionej w Paryżu w 1942 roku oraz poszukiwaniu prawdy o morderstwie dziewczynki sprzed dziesięcioleci.
Paryż, lata 30. XX wieku. Mała Colette dorasta w rodzinie, która od pokoleń żyje według zasady: zabierać bogatym i okrutnym, by pomagać skrzywdzonym. Gdy nad Europą gromadzą się ciemne chmury wojny, jej los splata się z historią zaginionych klejnotów, miłości i zdrady.
Boston, 2018. Colette ma dziewięćdziesiąt lat – i wciąż pracuje. Każda z jej kradzieży ma cel, a każda zdobyta perła czy diament kryją tajemnicę przeszłości, której nigdy nie udało się do końca pogrzebać.
Autorka bestsellerów Żona winiarza, Księga Utraconych Imion i Paryska córka powraca z opowieścią o kobiecie, która straciła w czasie wojny matkę oraz czteroletnią siostrę, ale mimo przeciwności losu do końca wierzy, że sprawiedliwość jest cenniejsza niż złoto
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 396
Dziękuję wspaniałemu zespołowi onkologów walczących z rakiem w AdventHealth, Florida Cancer Specialists oraz w Winter Park Concierge Care. Ze szczególną atencją myślę o lekarzach: Anu Saigalu, Sonalee Shroff, Afshin Forouzannii, Rochelle Drayton, Tarze Thomas, Clarku Rogersie i Nehi Doshi.
Dziękuję tysiącom czytelników, którzy przysyłali listy, mejle, esemesy i prezenty, żeby pomóc mi przejść przez najciemniejsze dni walki z rakiem piersi w latach 2022–2023.
I tu apeluję do wszystkich kobiet, które zwlekają z wykonaniem mammografii i innych zalecanych badań przesiewowych w kierunku raka piersi. Proszę, umówcie się na nie już dziś. To może uratować wam życie.
Bliźniacze bransoletki ujrzały światło dzienne w poniedziałek w maju 1927 roku. Stworzył je paryski złotnik dla jednego ze swoich najlepszych klientów, Salomona Rosmana, którego rodzina od pokoleń zajmowała się handlem diamentami.
Złotnik nazywał się Max Besner, a jego pasję stanowiło tworzenie dzieł, które, jak miał nadzieję, przeżyją go o setki lat. Wierzył, że jeżeli w pracę oprócz talentu wkłada się serce, jeżeli używa się najczystszych kamieni szlachetnych i najdoskonalszych metali, to powstałe precjoza będą przekazywane z pokolenia na pokolenie przez długi czas.
Besner uwielbiał wyzwania i zamówienie Salomona Rosmana napawało go dumą.
– Przyjacielu, tylko ty jeden w całej Francji potrafisz to zrobić – powiedział Rosman, wręczając mu mieszek z brylantami. – Chcę, żeby Hélène wiedziała, jak bardzo ją kocham i jaką miłością darzę nasze dzieci.
– Bliźnięta, drogi przyjacielu – odparł rozpromieniony Besner – to błogosławieństwo.
Dzień wcześniej żona Rosmana urodziła dwójkę zdrowych dzieci, syna Daniela i córkę, której dali na imię Ruth.
– Rzeczywiście – zgodził się z nim Rosman głosem nabrzmiałym ze wzruszenia. – Chcę, żeby dzieci kiedyś odziedziczyły te bransoletki. A ponieważ jest ich dwoje…
– Muszę zrobić dwa egzemplarze – dokończył Besner.
– Jednak moja żona musi je nosić jako całość – zastrzegł Rosman. – Piękne osobno, lecz razem silniejsze.
– Tak jak twoje dzieci, które zawsze będą wzajemnie się wspierać – podsumował z uśmiechem Besner. Wyjął spod lady tacę wyłożoną aksamitem i unosząc brew, spojrzał na Rosmana, a gdy ten skinął głową, wysypał kamienie na tackę, z trudem tłumiąc westchnienie na widok ich liczby i olśniewającego piękna: dosłownie konstelacji małych, doskonałych gwiazd. – Są ich tu setki – zdołał powiedzieć. Miał tylko nadzieję, że nie wytrzeszcza oczu, bo jeśli Rosman zauważy, jak bardzo złotnik jest pod wrażeniem, to nie daj Boże uzna, że on nie jest odpowiednim człowiekiem do tego zlecenia.
– Jaki pożytek z klejnotów, kiedy leżą w szufladzie, pokrywając się kurzem? – odezwał się Rosman. – Nie, one muszą ożyć. Zbierałem je przez kilka ostatnich lat.
Besner pęsetą ostrożnie rozgarniał leżący przed nim majątek, obracał niektóre kamienie, szacował, oceniał. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Patrzył na mieniące się brylanty i oczyma duszy widział, jak mógłby je połączyć, aby stworzyć coś niezwykłego, coś, czego świat jeszcze nie widział. Już w myślach układał niebiański wzór: księżyc, niebo i gwiezdne przestrzenie.
– Myślę, że zrobię… – zaczął i urwał, bo stało się coś niezwykłego. Przez otwarte okno wysoko nad roboczym stołem do środka wleciał motyl, pierwszy, jakiego Besner widział tej wiosny, i jedyny, jakiego kiedykolwiek widział w tych murach. Jego pracownia mieściła się na rue Choron, w pobliżu Grande Synagogue de la Victoire, w sporej odległości od któregokolwiek z rozległych paryskich parków. Świat z cementu i cegieł za drzwiami pracowni nie był przyjaznym miejscem dla takich stworzeń.
Jednak motyl wcale nie był spłoszony. Wręcz przeciwnie, zdawał się wiedzieć, dokąd zmierza. Sfrunął i przysiadł na rancie pokrytej aksamitem tacki z klejnotami, jakby też chciał usłyszeć, jaki złotnik ma plan.
Besner już nie myślał o nocnym niebie. Wpatrywał się w to zachwycające stworzenie o śnieżnobiałych skrzydłach, których brzegi wyglądały jak zanurzone w atramencie.
– Pieris brassicae – powiedział Rosman z uśmiechem. – Ulubiony motyl mojej żony. Ona twierdzi, że jest symbolem powodzenia i równowagi na świecie.
Besner nie odrywał wzroku od motyla na tacce. A ten, jakby się popisując, powoli rozkładał i składał wspaniałe skrzydła. Chwytały światło w sposób równie magiczny i nieprawdopodobny jak migotliwe brylanty rozsypane przed dwoma mężczyznami i w jednej chwili złotnik miał już gotową odpowiedź. Podniósł wzrok na klienta.
– Zatem żona dostanie bransoletki wzorowane na motylu.
– Na motylu? – W głosie Rosmana pobrzmiewało powątpiewanie.
Jubiler pochylił się, aby lepiej się przyjrzeć skrzydłom owada.
– Bliźniacze bransoletki – mówił powoli, a w jego głowie brylanty tworzyły wzór niczym elementy układanki, którą tylko on potrafił zobaczyć. – Osobno będą wyglądać jak płatki lilii. Razem jak piękny motyl.
Rosman spojrzał najpierw na brylanty, a potem na motyla. Owad zdawał się rozważać pomysł złotnika. A potem jakby uznał, że decyzja zapadła, i oderwał się od brzegu tacki. Zawisł na moment w powietrzu pomiędzy dwoma mężczyznami i wachlując skrzydełkami, wzbił się ku oknu i odleciał.
Rosman skupił spojrzenie na Besnerze.
– Świetny pomysł – pochwalił go. – Razem z Hélène obdarzymy nasze dzieci skrzydłami, żeby mogły wysoko wzlecieć.
Złotnika przebiegł dreszcz podniecenia. To był ten rodzaj emocji, który towarzyszył mu za każdym razem, kiedy czuł, że stoi u progu czegoś wielkiego.
– Jak sobie życzysz, przyjacielu – powiedział. – Odezwę się do ciebie jeszcze w tym tygodniu i pokażę kilka szkiców.
Trzy miesiące później bransoletki były gotowe i Rosman mógł zrobić niespodziewany prezent Hélène. Dawniej, jako młody mężczyzna, nie przypuszczał, że widok własnych dzieci i ich pięknej matki o kruczoczarnych włosach będzie wypełniać jego serce takim szczęściem. Czasami miał wrażenie, że z miłości rozpadnie się na kawałki. Ponieważ wylewność nie leżała w jego naturze i trudno mu przychodziło mówienie o uczuciach, te bransoletki wyrażały to, czego on nie potrafił ubrać w słowa. Symbolizowały jego oddanie Hélène i nadzieję związaną z przyszłością Ruth i Daniela.
Był tysiąc dziewięćset dwudziesty siódmy rok. Świat stał przed nim otworem. Paryż oferował wiele możliwości, żył muzyką i kulturą, sztuką i modą.
Zaledwie trzynaście lat później światło w tym mieście zgasło i pogrążyło je w mroku. Ale Salomon i Hélène mieli dwoje pięknych, bystrych dzieci, które zdrowo się chowały, były dobre i silne. Razem przetrwają. Razem przejdą przez burzę.
A potem któregoś lipcowego wieczoru tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku Rosmanowie usłyszeli głośne walenie do drzwi i ich świat zmienił się na zawsze. Na progu stało trzech Niemców. Przyszli po rodzinę.
– Aresztowań zazwyczaj dokonuje francuska policja – odezwał się oficer nazwiskiem Möckel, wszedłszy do elegancko urządzonego salonu. Rozejrzał się dokoła, węsząc niczym pies łapiący trop. – Ale doszły mnie słuchy, że wy tu macie piękne rzeczy. Wiedziałem, że muszę to sprawdzić na własne oczy. – Jego spojrzenie zawisło na Hélène. – Widzę, że te pogłoski są prawdziwe.
– Jesteśmy francuskimi obywatelami – oznajmił chłodno Rosman. – Nie popełniliśmy żadnego przestępstwa.
Niemiec ponownie pociągnął nosem.
– Och, ale jesteście Żydami – powiedział po prostu, jakby to wszystko tłumaczyło. – No już, dzieci, idźcie się spakować. Już tutaj nie wrócicie.
– Tato? – odezwała się cicho Ruth, kierując wzrok na ojca.
Z trudem spojrzał córce w oczy, bo dokładnie wiedział, co się dzieje.
– Dzieci, jedziemy na wycieczkę – powiedział, starając się utrzymać lekki ton głosu. Popatrzył żonie w oczy i zobaczył, że ona też zna prawdę i wie tak samo jak on, że oboje muszą jak najdłużej ukrywać ją przed dziećmi. Miały po piętnaście lat, były prawie dorosłe, ale on zamierzał je chronić tak długo, jak będzie mógł. – Weźcie najcieplejsze okrycia. Pospieszcie się, kochani.
Ruth i Daniel wymienili niespokojne spojrzenia, ale posłusznie wyszli. Kiedy się pakowali, Möckel bez skrupułów zabierał Hélène wszystkie klejnoty, które miała na sobie, zaczynając od pierścionka zaręczynowego z brylantem, a kończąc na bransoletce w kształcie motyla, z którą się nie rozstawała od tamtego dnia sprzed piętnastu lat, gdy dostała ją w prezencie od męża.
– Projekt Maxa Besnera, o ile się nie mylę? – rzucił Möckel.
W latach, które upłynęły od dnia, kiedy Salomon Rosman zamówił bransoletki, Besner stał się swego rodzaju celebrytą w branży złotniczej, niemniej zaskakujące było, że reputacja przyjaciela dotarła aż do Niemców.
– Tak, zgadza się – odparł sztywno zapytany.
– Jest niezwykła – orzekł Möckel, unosząc bransoletkę do światła. Obie jej połowy rozbłysły i zamigotały, jakby chciały się popisać przed Niemcem. – A sposób, w jaki je połączono, jest nader oryginalny.
– Przepraszam, kiedy dostanę ją z powrotem? – spytała cicho Hélène, chociaż musiała znać odpowiedź.
Möckel tylko parsknął śmiechem i polecił swoim ludziom przetrząsnąć wszystkie szuflady w domu Rosmanów, żeby sprawdzić, jakie jeszcze skarby mogą się tam kryć.
Ani Salomon Rosman, ani jego żona Hélène nie przeżyli roku. Mieszkanie w jedenastej dzielnicy już nie należało do rodziny. Dzieci nigdy więcej nie poczuły słodkiego zapachu dymu z fajki ojca ani nie usłyszały brzmienia jego śmiechu. Nigdy więcej nie posmakowały chałki, którą ich matka piekła co tydzień, ani nie usłyszały jej ciepłego głosu, gdy cicho nuciła w kuchni.
Ale jak przewidział złotnik, bransoletki przetrwały. Tak to już jest z brylantami.
2018
Gdy kanarkowy brylant w drugim końcu sali złapał światło, Colette Marceau, tak jak zawsze przed akcją, poczuła mrowienie w opuszkach palców. Spokojnie, skarciła się. Opanuj się, kobieto. Na litość boską, przecież dobiegała dziewięćdziesiątki, była za stara na coś takiego, za mądra. Z drugiej strony podeszły wiek miał swoje zalety. Owszem, jest problem z ucieczką, gdy dokucza ból kręgosłupa, a artretyzm, który z biegiem lat coraz bardziej usztywnia palce, utrudnia otwieranie skomplikowanych zapięć. Jednak gdyby kiedykolwiek wpadła, zawsze mogła zasłonić się demencją, co gwarantowałoby jej łatwą linię obrony. W końcu może naprawdę nie wiedziała, co robi, zsuwając rolexa z nadgarstka mężczyzny czy uwalniając kobietę z brylantowych kolczyków.
– Szanowni państwo, proszę o uwagę! – Głos gospodarza wieczoru, Johna Nierlinga, senatora stanu Massachusetts, zabrzmiał z głośników umieszczonych we frontowej części eleganckiej sali balowej Cherry Blossom.
Nad głowami gości połyskiwały kryształowe żyrandole, ale ich blask przyćmiewał Colette widok pierścionka z żółtym brylantem o szlifie poduszkowym, ważącym 8,07 karata, wartym dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. To po niego dzisiaj tu przyszła.
– Mam zaszczyt przedstawić państwu moją długoletnią przyjaciółkę i współpracowniczkę – kontynuował Nierling, gdy gwar przycichł, a głowy obróciły się w stronę podium. – Przywitajcie Lindę Clyborn, prezeskę Boston Orchestral Education Consortium.
Odpowiedziały mu wątłe oklaski około setki elegancko ubranych darczyńców orkiestry, przeważnie z kieliszkami w dłoniach, co zdecydowanie utrudniało klaskanie. W rezultacie wejście Lindy na podium wypadło niezbyt efektownie. Chwiała się lekko na wysokich obcasach, zbyt cienkich, by utrzymać w równowadze ciężar obfitych bioder, a jej blond włosy miały niekorzystny odcień, chociaż z pewnością stać ją było na wizytę u najlepszych kolorystów w Bostonie. Colette takie rzeczy zauważała mimochodem i po raz kolejny stwierdziła, że niektórzy, nawet najbogatsi ludzie, nie pasują do kręgów towarzyskich, do których aspirują. U tych wywodzących się z wielopokoleniowych zamożnych rodów sposób ubierania się, poruszania i wysławiania stanowił część ich dziedzictwa. Ci, którzy odnieśli sukces dzięki ciężkiej pracy, często byli cisi i skromni. Natomiast tym, którzy niekoniecznie uczciwie doszli do pieniędzy, przeważnie brakowało poloru, podobnie jak nieoszlifowanym diamentom brakowało blasku.
– Dziękuję, drodzy przyjaciele – zaczęła Linda, nieznacznie sepleniąc.
Colette poczuła drganie kącików ust. Im więcej ta kobieta wypije, tym łatwiej będzie zsunąć pierścionek z jej palca.
Pierścionki były trudne. Chociaż Colette od dziesiątego roku życia pozbawiała odpychających ludzi biżuterii, w przypadku pierścionków poczuła się naprawdę pewnie dopiero przed trzydziestką. Bransoletki były łatwe; potrafiła rozpiąć zameczek jednym zdecydowanym, a zarazem delikatnym ruchem kciuka, niby niechcący trącając niczego nieświadomego „darczyńcę”. Naszyjniki też często dawały się zdjąć jednym pełnym gracji ruchem, który Colette nazywała w myślach synkopowanym chasse; potrafiła rozpiąć najbardziej skomplikowane zapięcia nieznacznym ruchem prawego nadgarstka, odwracając się i zderzając z ofiarą, po czym niby zakłopotana przepraszała ją ze spuszczonym wzrokiem, gdy klejnot lądował na jej lewej dłoni. Najłatwiejsze były męskie zegarki; zatrzaskowe zapięcie Patek Phillippe’a nie stanowiło większego wyzwania niż sprzączka ze szpilką Piageta, chociaż opanowanie do perfekcji odpinania tych zegarków bez dotykania nadgarstka właściciela kosztowało ją wiele godzin ćwiczeń.
Natomiast pierścionki to zupełnie inna historia. Najłatwiej je ukraść, gdy wyraźnie luźno siedzą na palcu, bo to eliminuje liczbę podejść. Pierścionka nie da się zwinąć bez fizycznego kontaktu. Kluczem do powodzenia jest odwrócenie uwagi ofiary. W przypadku kobiet jej ulubionym posunięciem było odczekanie, aż w pobliżu pojawi się podchmielony nadskakiwacz lub zadowolony z siebie bufon. Wysuwała wtedy prawą rękę, mocno szczypała swoją ofiarę w bok, jednocześnie lewą chwytała dłoń kobiety i wyrażając oburzenie, udawała, że pomaga jej odzyskać równowagę. Gdy ich dłonie się stykały, błyskawicznie zsuwała pierścionek z palca, wykorzystując zaskoczenie ofiary. Colette całe lata zajęło doprowadzenie tej sztuczki do perfekcji. Kobieta rozsierdzona zniewagą, skoncentrowana na ustaleniu winowajcy, nie czuła, jak pierścionek zjeżdża z palca. Później, zgłaszając na policji utratę klejnotu, mówiła o uszczypnięciu, nawet nie wspominając o drobnej kobiecie, która ruszyła jej na pomoc, a potem rozpłynęła się w tłumie. W sumie obiekty zainteresowania Colette bardzo rzadko miały możliwość zobaczyć jej twarz.
Linda na podium dziękowała za wsparcie całej liście milionerów. Nikt nigdy nie dziękował kiepsko opłacanemu asystentowi, czuwającemu za kulisami nad przebiegiem uroczystości, ani nauczycielce trzeciej klasy, która kiedyś powiedziała tym ludziom, że mogą zostać, kim tylko zechcą. Nikt nie dziękował drugiemu fagociście, dublerowi w sztuce, pracownikom technicznym za sceną czy bileterom. Gdyby upatrzony cel Colette na przykład zwrócił się do obsługi cateringowej z należytym szacunkiem albo w hotelu przytrzymał drzwi pokojówce, Colette natychmiast przerwałaby misję, uznawszy, że dokonała błędnej oceny namierzonego celu.
Jednak coś takiego nigdy się nie zdarzyło, bo ona bardzo starannie wybierała swoje ofiary. Żadna przyzwoita osoba nie zasługuje na pozbawienie jej mienia. To byłoby wbrew zasadom, których Colette przyrzekła przestrzegać już jako mała dziewczynka.
Cały czas ich się trzymała, a jej rodzona matka straciła przez to życie.
Teraz przyszła kolej na Lindę Clyborn. Ta kobieta nie tylko dzięki nieczystym posunięciom pozbawiła prawa do spadku trzy córki swojego męża po jego przedwczesnej, a według niektórych podejrzanej śmierci w wieku zaledwie sześćdziesięciu sześciu lat, to na dodatek utrzymywała kontakty z grupą neonazistów, którą wspierała finansowo, wykorzystując dochody z pokaźnego majątku po mężu.
Colette dobrze wiedziała, kim są naziści i, wielkie dzięki, wystarczy jej tej wiedzy do końca życia. Siedemdziesiąt pięć lat wcześniej mieszkała w okupowanej Francji i tutaj, w Bostonie, w dwa tysiące osiemnastym roku nie było dla nich miejsca.
– Na koniec – mówiła Linda Clyborn, gdy Colette dyskretnie przesuwała się w tłumie – pragnę wam wszystkim podziękować. To dzięki waszemu wsparciu Boston Orchestral Education Consortium może kontynuować projekty dla naszych nieocenionych muzyków zawodowych, a także dla dzieci, które w przyszłości mogą wybrać ścieżkę kariery muzycznej. Życzę państwu udanego wieczoru i zachęcam do udziału w naszej cichej aukcji.
Pomachała do zebranych i schodząc z podium przy akompaniamencie i tym razem niemrawych oklasków, skinęła głową do wazeliniarskiego senatora Nierlinga, którego Colette w przyszłości planowała pozbawić rolexa. Kiedyś, przy innej okazji, nie dziś.
Linda Clyborn kaczkowatym chodem przemieszczała się w tłumie, ściskając dłonie i całując w policzki, a kiedy didżej puścił przeboje z lat osiemdziesiątych i goście zaczęli niezgrabnie się kołysać, Colette poprawiła perukę – niepozorny siwy bob z grzywką opadającą na czoło – i rozpoczęła podejście.
Zręcznie lawirowała między zebranymi, aż znalazła się o krok od swojego celu. Z naprzeciwka zbliżało się trzech mężczyzn po czterdziestce, z których jeden był wyraźnie pijany i idąc, rozchlapywał piwo z pokala. Akurat w tym momencie Linda zerknęła w stronę Colette i starsza pani zamarła. Jeżeli Linda ją zauważyła, będzie zmuszona tego wieczoru zrezygnować z misji. Jednak Linda nie patrzyła na nią, ale „przez nią”, wypatrując kogoś ważniejszego niż drobna, skromnie ubrana osiemdziesięciolatka. Colette przewróciła oczami. Dla ludzi pokroju Lindy Clyborn starsi ludzie pozostawali niewidzialni, co w sumie tylko ułatwiało zadanie.
Po uściśnięciu dłoni kolejnej kobiety Linda ponownie ruszyła w tłum i Colette przystąpiła do działania. Dokładnie w chwili, gdy obok znalazło się trzech mężczyzn, wyciągnęła rękę, uszczypnęła Lindę i niby dla wsparcia przytrzymała jej lewą dłoń, zręcznie zsuwając pierścionek ze środkowego palca. Poczuła, jak ponad osiem uwolnionych karatów wpada w jej otwartą dłoń z satysfakcjonującym puknięciem.
Błyskawicznie zacisnęła palce na zdobyczy i wsunęła rękę do kieszeni, a Linda, odwracając się gwałtownie, skierowała swój gniew na najbardziej pijanego z trzech mężczyzn. Biedak, jąkając się, wymamrotał nieskładne przeprosiny, nie bardzo wiedząc, co mu się zarzuca. Gdy głos Lindy przybierał na sile i stawał się coraz bardziej piskliwy, Colette wtopiła się w tłum.
Kiedy po jakimś czasie Linda Clyborn zauważyła brak pierścionka, nikt nie pamiętał drobnej, siwowłosej kobiety w nierzucającej się w oczy koktajlowej sukni, która spokojnym krokiem kierowała się do wyjścia przy akompaniamencie histerycznych wrzasków ofiary dochodzących z parkietu do tańca.
1934
Annabel Clement urodziła się, aby zostać złodziejką, tak jak wcześniej jej matka, babka i pradziadek. Bardzo poważnie traktowała swoje powołanie od dnia, kiedy matka jej wyjaśniła, że w prostej linii pochodzi od prawdziwego Robin Hooda i że oczekuje się od niej kontynuowania rodzinnej tradycji. Gdy sama została matką, wiedziała, że kiedy tylko córka podrośnie na tyle, aby pojąć znaczenie jej słów, podzieli się z nią informacją o rodzinnym dziedzictwie.
– Oto kim jesteśmy – Annabel wytłumaczyła Colette kilka dni po jej szóstych urodzinach, przytulając ją w ich mieszkaniu w jedenastej dzielnicy Paryża, bardzo daleko od wioski w zachodniej części Yorkshire, gdzie sama dorastała. Zakochała się jako osiemnastolatka i podążyła za mężem przez kanał La Manche do jego rodzimej Francji. Tego wieczoru Roger, dyrektor szkoły, który nigdy nie zaakceptował powołania żony, został w pracy po godzinach i Annabel z Colette były same w domu.
– Oto kim się urodziłaś. Jak tylko skończysz dziesięć lat, nauczę cię kraść, tak samo jak mnie w takim wieku nauczyła moja matka.
– Ale mami, przecież kradzież jest zła – powiedziała cicho Colette. – Czyż nie?
Annabel cieszyło, że córka zamiast nazywać ją po francusku maman, zwracała się do niej pieszczotliwym angielskim mami. Dzięki temu trochę mniej tęskniła za swoją wsią przycupniętą na skraju Barnsdale Forest.
– Skarbie, jest zła, ale tylko w czarno-białym świecie. Jeżeli coś zabierasz bezwzględnym, złym ludziom i robisz z tego użytek, żeby uczynić świat lepszym miejscem, wtedy to nie jest przestępstwo tylko bohaterstwo. Takie jest twoje przeznaczenie, Colette.
Dziewczynka zmarszczyła czoło, intensywnie nad czymś myśląc.
– W takim razie dlaczego już teraz nie możesz mnie nauczyć?
Annabel się roześmiała.
– Ważne, abyś zrozumiała, dlaczego robimy to, co robimy. I dlatego zawsze zaczynamy od historii naszej rodziny. Opowieści o tym, kim jesteśmy.
Colette westchnęła.
– Dobrze, mami.
Annabel uśmiechnęła się do córki.
– Bardzo dawno temu we wsi Wentbridge żył sobie człowiek, który nazywał się Robin Hood. Mocno wierzył, tak jak i ja, że nikogo, kto uczciwie doszedł do bogactwa albo dorobił się majątku, nie należy pozbawiać tego, co ma, nawet jeśli ten ktoś jest bardziej zamożny, niż ktokolwiek powinien być. Natomiast ktoś, kto nosił zło w sercu albo wykorzystywał swój majątek do krzywdzenia innych, tracił prawo do bogactwa i Robin okradał takich ludzi. A teraz my robimy to samo.
– Mami, ale czemu on kradł? – zapytała Colette, patrząc na Annabel szeroko otwartymi oczami. – I co się z nim stało?
– Widzisz, w tamtym czasie rządził zły król, który coraz bardziej uciskał poddanych. Robin i jego przyjaciele starali się jakoś przetrwać, jednak podatki ciągle rosły i wkrótce miejscowy szeryf zaczął wtrącać do więzienia biedaków, którzy nie mogli ich płacić. „W takim razie musimy to zmienić”, postanowił Robin i zaczął uwalniać wszystkich nieuczciwie skazanych i odbierać rzeczy zrabowane wieśniakom.
– To on był bohaterem.
– Owszem, skarbie, był. Chcesz usłyszeć moją ulubioną część tej historii?
– Tak, mami. – Colette kiwnęła głową.
Annabel uśmiechnęła się i przygarnęła córkę do siebie.
– Wysoko ponad Barnsdale Forest, w pobliżu Wentbridge, gdzie mieszał Robin, krążył orzeł bielik. Ptak wierzył w jego dążenie do sprawiedliwości i czuwał nad bezpieczeństwem Robina i jego ludzi. Kiedy pojawiało się zagrożenie, ostrzegał ich głośnym: „Kyi – kyi – kyi”. Potrafisz to wymówić?
– Kyi – kyi – kyi! – powtórzyła Colette z uśmiechem.
Annabel odrzuciła głowę do tyłu.
– Ho – ho – ho! – odpowiedziała śpiewnie. – Uśmiechnęła się do Colette. – Tak bielik zawsze kończył nawoływanie. I dzisiaj, jeżeli dobrze się wsłuchasz, przekonasz się, że bieliki wydają takie same odgłosy. Zawsze mam wrażenie, że to przypomina okrzyk „dalej, dalej, dalej”, zupełnie jakby potomkowie tamtego pierwszego bielika zachęcali nas do przygód.
– Mami, a ty słyszałaś orła? – zaciekawiła się Colette. – Kiedy miałaś tyle lat co ja?
Annabel pokiwała głową i ogarnęła ją nostalgia. Kochała Paryż, kochała Rogera, ale kawałek jej serca pozostał w Anglii.
– Przez całe dzieciństwo, skarbie. I któregoś dnia też go usłyszysz.
Cztery lata później, gdy Colette skończyła dziesięć lat, Annabel ponownie posadziła córkę obok siebie, tak samo jak zrobiła to jej matka jedno pokolenie wcześniej.
– Opowiadam ci historie o twoim praprzodku, odkąd uznałam, że dorosłaś na tyle, aby je zrozumieć – powiedziała łagodnie, patrząc w zielone oczy swojej pierworodnej. Niedawno przyszła na świat druga córka Annabel i Rogera, Liliane, która teraz spała obok w kołysce. Któregoś dnia matka również Liliane opowie o jej dziedzictwie. – A teraz czas, abyś poszła w jego ślady.
– Jestem gotowa, mami.
– Musisz mi przyrzec, moja słodka Colette, że gdziekolwiek poniesie cię los, nigdy nie zapomnisz o tym, kim jesteś.
Colette z powagą pokiwała głową.
– Przyrzekam.
– I… – Annabel zniżyła głos do szeptu – nie wolno ci o tym powiedzieć tacie. – Czuła się winna, że prosi córkę o ukrywanie tajemnicy przed ojcem, ale wiedziała, że Roger natychmiast zabroniłby uczenia Colette złodziejskich praktyk. Od lat przymykał oczy na skłonność żony do kradzieży, ale nigdy tego nie aprobował. Na początku ich małżeństwa Annabel często wracała do domu z kolejnym fantem i gdy chciała opowiedzieć, ile wyniesie zysk z jego sprzedaży, twarz męża twardniała i uciszał ją gestem dłoni, mówiąc przy tym, że im mniej wie, tym lepiej. Z czasem przestała z nim o tym rozmawiać. – To musi pozostać między nami.
– Wiem – przytaknęła Colette, rzucając nerwowe spojrzenie na drzwi, w których w każdej chwili mógł stanąć ojciec. – Mami, ale dlaczego taty nie interesuje to, co robisz?
Annabel poczuła ucisk w gardle.
– Widzisz, dla niektórych ludzi kradzież jest przestępstwem, niezależnie od intencji. Jednak ja zdecydowanie wierzę, że dopóki okradamy złych ludzi i znajdujemy sposób, żeby wesprzeć tych dobrych, Bóg jest po naszej stronie.
– Kiedyś tata to zrozumie – stwierdziła Colette. – Musi.
– Obyś miała rację. Ale dosyć o tym. Zabierajmy się do nauki, dobrze?
Annabel nie zaczęła lekcji od sposobów otwierania zapięć i odwracania uwagi celów, lecz od nauki dobrych manier i norm towarzyskich, aby Colette potrafiła odnaleźć się w każdym otoczeniu. Nauczyła córkę wszystkiego, co powinna wiedzieć, począwszy od używania odpowiednich sztućców po zręczne zakończenie rozmowy bez zdradzania informacji na własny temat. W weekendy udawały się na długie spacery do Lasku Bulońskiego, który w Paryżu najbardziej przypominał Barnsdale Forest i Colette ćwiczyła forsujące bieganie po nierównym terenie, ukrywanie się, wspinaczkę na drzewa oraz wszelkie inne umiejętności, które mogły ją uratować, gdyby kiedykolwiek została przyłapana na gorącym uczynku.
W popołudnia, kiedy Roger pracował do późna, siadały pochylone nad kuchennym stołem i Colette pod czujnym okiem Annabel uczyła się otwierać najróżniejsze zapięcia jubilerskie, wyłuskiwać spinki z mankietów, a nawet sprytnie, niby przypadkiem potrącać ludzi, tak aby zaskoczeni nie poczuli, jak pierścionki czy sygnety zjeżdżają im z palców.
Pierwszym trofeum Colette był elegancki kieszonkowy zegarek firmy Longines, ukradziony latem 1938 roku. Wyciągnęła go z kieszonki kamizelki szwajcarskiemu bankierowi nazwiskiem Vallotton, który wyłudził życiowe oszczędności od dziesiątek paryżan. Ten człowiek, mając wysoko postawionych przyjaciół w prefekturze policji, pozostawał praktycznie nietykalny; po prostu władze odwracały wzrok, gdy on rujnował życie ludziom.
– Denerwuję się, mami – wyznała cicho Colette, kiedy Annabel dopijała wino, a ona sok cytrynowy w kawiarni, do której chodził Vallotton. Bankier był niewolnikiem nawyków, co czyniło go łatwym celem. Dzień w dzień punktualnie o siedemnastej przychodził do tej samej kawiarni, zamawiał kieliszek likieru Ricard i sączył go na tarasie. Stanowił idealny cel pierwszej akcji Colette.
– Nie przejmuj się, kochanie – powiedziała Annabel, nakrywając dłonią rękę córki i ściskając ją dla dodania odwagi. – Vallotton jest zawsze tak pochłonięty sobą, że nawet nie zauważy twojego istnienia.
Punktualnie o siedemnastej bankier wszedł do kawiarni i wsunął się na to samo krzesło, co zwykle. Annabel przyspieszyło serce, kiedy obserwowała córkę. Colette taksowała mężczyznę bystrym wzrokiem, jednak dłonie jej się trzęsły.
– Spokojnie, skarbie – szepnęła Annabel. – Pamiętaj, kim jesteś z urodzenia.
Colette z głośnym westchnieniem skinęła głową i podniosła się od stolika. Annabel również wstała, zostawiając skromny napiwek dla kelnera, po czym obie skierowały się do wyjścia, lawirując między stolikami. Annabel patrzyła, jak jej mała dziewczynka prostuje ramiona i potrąca bankiera, mijając jego krzesło.
– Ej! – zawołał mężczyzna, odwracając się. – Uważaj, jak chodzisz!
– Najmocniej pana przepraszam – powiedziała szybko Colette z nisko spuszczoną głową, żeby bankier nie mógł przyjrzeć się jej twarzy. Annabel wiedziała, że nie ma się czego obawiać, bo on ledwo na nią spojrzał. Colette, nadal dukając przeprosiny, odpięła dewizkę, jednym płynnym ruchem wyciągnęła zegarek z kieszeni kamizelki i wsunęła go w fałdy sukienki.
– Zawsze powtarzam, że nie powinno się wpuszczać dzieci do kawiarni – burknął Vallotton, rzucając oskarżycielskie spojrzenie Annabel, a ona na wszelki wypadek odwróciła głowę i popatrzyła w bok, żeby bankier, kiedy przyjdzie co do czego, nie potrafił jej opisać.
– Oj tak, ma pan rację – odezwała się pogodnym tonem. – Dzieci to utrapienie. – Po czym obie, nie oglądając się za siebie, spokojnie wyszły na ulicę i skręciły w prawo, żeby szybko oddalić się od kawiarni.
– Mami – odezwała się Colette, gdy znalazły się za rogiem. – Udało się! Naprawdę to zrobiłam! – Policzki płonęły jej z emocji, oczy błyszczały. – Myślisz, że Robin Hood byłby ze mnie dumny?
– Oczywiście – zapewniła ją Annabel, mrugając, żeby powstrzymać łzy wzruszenia cisnące się do oczu. – I ja też jestem z ciebie dumna. Moje kochanie, tyle dobrego zrobisz dla świata. Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co przyniesie przyszłość.
2018
Rano, dzień po kradzieży pierścionka Lindy Clyborn, Colette siedziała przy kuchennym stole w swoim mieszkaniu w Quincy, na przedmieściu Bostonu. Z zachwytem wpatrywała się w bladożółty brylant, który igrając ze światłem, rzucał po kuchni tęczowe refleksy. Klejnoty nigdy jej nie nużyły; fascynowały ją ich mistrzowskie szlify, ostre niczym brzytwa krawędzie, pryzmaty barw ukryte w samym sercu kamieni.
Kiedy Clyborn zauważyła, że nie ma pierścionka? Czy stało się to podczas przyjęcia koktajlowego, czy może upojona swoją wielkością nie poczuła, że brakuje jej ciężaru na palcu? Czy celowo gestykulowała, żeby się pochwalić, i dopiero machając dłonią, spostrzegła jego brak? Czy od razu się zorientowała, że została okradziona? A może pomyślała, że po prostu go zgubiła?
Colette liczyła na tę drugą ewentualność, bo kiedy ktoś myśli, że sam zapodział jakiś cenny drobiazg, zazwyczaj przyjmuje wobec policji postawę obronną, zamiast naprawdę próbować przypomnieć sobie każdą twarz, jaką widział poprzedniego wieczoru. Zresztą ta akurat kobieta zapewne nie odnotowała jej obecności.
Wsunęła brylant na serdeczny palec lewej dłoni, na którym nigdy nie nosiła własnych pierścionków. Westchnęła, widząc, jak idealnie pasuje, zupełnie jakby tam powinien zostać. Ach, gdyby mogła od czasu do czasu zatrzymać jakiś klejnot i cieszyć się nim, lecz to godziłoby w rodzinną tradycję, tę, o której matka i wujek Leo przypominali jej od dziecka z niezłomną stanowczością.
Z jej obliczeń wynikało, że przez niemal osiemdziesiąt lat, z krótką przerwą w czasie drugiej wojny światowej, przekazała wiarygodnym organizacjom ponad trzydzieści milionów dolarów ze sprzedaży skradzionych kosztowności. Była z tej kwoty bardzo dumna. Zazwyczaj anonimowo przelewała datki uznanym fundacjom, ale organizacją, która napawała ją największą dumą, jedyną, którą regularnie wspierała finansowo od samego początku, było Bostońskie Centrum Edukacji o Holokauście. Takie jej dziecko, bo sama anonimowo je założyła w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku, żeby kontynuować dzieło swojej matki, której życie zostało brutalnie przerwane.
Nikt, nawet dyrektorka centrum, Rachel Haskell, ani jej córka Aviva, nie miał pojęcia, że to ona zapewniła fundusze na powołanie centrum do życia. Te kobiety, bliskie jej jak rodzina, znały ją wyłącznie jako oddaną wolontariuszkę, która w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku pomogła otworzyć filię centrum w Nowym Jorku. Zrobisz tyle dobrego dla świata, powiedziała matka po jej pierwszej kradzieży i Colette przez te wszystkie lata nadal wierzyła, że matka byłaby z niej dumna.
Colette wyrwał z zadumy dzwonek telefonu na kuchennym stole. Im robiła się starsza, tym częściej wracała myślami do przeszłości. Jej matka i siostra nie żyły od siedemdziesięciu pięciu lat, a ona ciągle tak wyraźnie je widziała. Przez większość nocy nawiedzały ją koszmary o ponurych postaciach porywających je w mrok, ale czasami zdarzały się też takie sny, jak we trzy leżą przytulone do siebie w łóżku, a mama czyta im bajki. Colette nadal miała w uszach jej słodki głos z wyraźnym brytyjskim akcentem.
Odsunęła od siebie te myśli i spojrzała na wyświetlacz. Aviva. Kiedyś dziewczynka, a teraz prawniczka pod czterdziestkę, była dla Colette jak córka. Uśmiechnęła się i odebrała.
– Colette? – Głos Avivy był cichy i przytłumiony.
– Avivo, ledwo cię słyszę – powiedziała, przyciskając komórkę do ucha, zła, że jej słuch pogarsza się z wiekiem. Im człowiek dłużej żyje, tym więcej upokorzeń musi znosić.
– Colette – powtórzyła głośniej Aviva. – Byłaś wczoraj na gali Boston Orchestral Education Consortium?
Colette poczuła suchość w ustach.
– Kochanie, dlaczego pytasz?
– Doszło tam do kradzieży – oznajmiła Aviva. – W porannej gazecie jest kilka zdjęć. Starsza pani stojąca w tłumie tuż za kobietą, której ukradziono pierścionek, wygląda zupełnie jak ty, tylko że w peruce.
– Skarbie, po co niby miałabym iść na galę orkiestry? – spytała Colette, uważając, żeby nie zawiódł jej głos, a w duchu przeklinając swoje parszywe szczęście. Najwyraźniej Linda natychmiast zgłosiła kradzież, co, niestety, oznacza, że Colette będzie musiała odczekać z upłynnieniem fantu. Wielka niedogodność. – A co zginęło? – zapytała niewinnie.
– Pierścionek – odparła Aviva. Colette słyszała szelest gazety i wyobraziła sobie Avivę siedząca przy biurku w kancelarii z widokiem na Tremont Street i Boston Common. – Według tego, co piszą, ten pierścionek jest wart ponad sto dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.
Colette nie zdołała stłumić prychnięcia. Pierścionek był wart dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów i ani centa więcej i wcale jej nie zdziwiło, że ktoś taki jak pani Clydon posuwa się do kłamstwa. Już widziała, jak ta podła kobieta wyciąga rękę po czek od towarzystwa ubezpieczeniowego.
– Moja droga, dobrze wiesz, że Linda Clydon to neonazistka, co samo w sobie jest dość absurdalne. Trudno współczuć komuś takiemu.
Aviva nie odzywała się przez moment.
– Skąd znasz nazwisko okradzionej osoby?
Colette z ubolewaniem pokręciła głową. Jak mogła być taka nierozważna?
– Siedzę nad otwartą gazetą – skłamała. – Teraz czytam razem z tobą.
– I nie sądzisz, że ta starsza pani na zdjęciu tuż pod tytułem wygląda zupełnie jak ty?
Gazeta nadal czekała na wycieraczce przed drzwiami. Colette jeszcze tam nie dotarła.
– Och, może widzę nikłe podobieństwo.
– Wcale nie takie nikłe, Colette. Na pewno nie byłaś na gali?
Czasami najlepszą obroną jest atak.
– Kochanie, jeżeli mnie o coś oskarżasz, to może po prostu powiedz to wprost.
– Nie, wybacz – przeprosiła ją natychmiast wyraźnie speszona rozmówczyni. – Ale skąd właściwie wiesz, że Linda Clyborn to neonazistka?
– Znasz mnie, moja droga – odparła Colette. – Wiesz, że lubię być na bieżąco z najświeższymi plotkami. – Kolejny błąd, co z nią dzisiaj nie tak? Musi bardziej uważać. To o plotkach było akurat szczerą prawdą, a wymijające mruknięcie Avivy świadczyło, że ona to wie. – W każdym razie szkoda czasu na użalanie się nad tą kobietą. To niezbyt pozytywna osoba.
Aviva chwilę milczała.
– Skąd moje wrażenie, że wiesz o tym więcej, niż chcesz przyznać?
Colette zmusiła się do perlistego śmiechu.
– Teraz traktujesz mnie jak wrogiego świadka. Daj spokój, kochanie. A tak na marginesie, może wpadniesz dziś na kolację? Będzie twoje ulubione danie. – Kto wie, czy zapraszanie Avivy nie było błędem, skoro młoda kobieta wyraźnie coś podejrzewała. Ale Colette ogarnęło poczucie osamotnienia i refleksja, że lata wymykają się jej z rąk i nie zdąży naprawić krzywd z przeszłości. Przy Avivie zawsze czuła się mocniej osadzona w rzeczywistości, budziło się w niej poczucie celu. No, a poza tym musiała jakoś zmienić temat.
– Kurczak w sosie dijon?
– Zgadza się. – To była specjalność Colette, danie, które pamiętała sprzed wojny. Jej matka dusiła piersi i udka kurczaka w kremowym sosie z dodatkiem tymianku i musztardy dijon. – Może być dziewiętnasta?
Aviva zawahała się i westchnęła.
– Wiesz, twój kurczak trafia mi przez żołądek do serca. Przyjdę.
Colette rozłączyła się i szurając kapciami poszła do drzwi po czekającą tam gazetę. Otworzyła ją na dziale lokalnym i z niedowierzaniem wpatrywała się w zdjęcie poniżej nagłówka na pierwszej stronie. To rzeczywiście było jej zdjęcie, wyraźne jak na dłoni, uchwycone w chwili, gdy zbliżała się do Lindy. Gdyby fotograf zrobił je pół minuty później, uwieczniłby ją na gorącym uczynku. Jak mogła się nie zorientować, że ktoś strzela fotki zebranym? Na myśl, jak blisko wpadki była tym razem, serce odpowiedziało głuchym łomotem.
Znowu zadzwoniła komórka, na wyświetlaczu pojawił się Marty.
– Cześć, dziecino – przywitał ją, kiedy odebrała. Uśmiechnęła się na to czułe określenie, które w jej wieku powinno brzmieć absurdalnie, a jednak nadal rozgrzewało serce tak samo jak tamtego dnia przed sześćdziesięciu czterema laty, gdy się poznali. Miała wtedy dwadzieścia cztery lata, a Marty dwadzieścia sześć, ale on miał w sobie coś takiego, że czuła się przy nim jak uczennica.
Kto wie, pomyślała, w innym życiu może nawet by się w sobie zakochali.
– Widziałaś dzisiejszą gazetę? – zapytał.
– Tak – oparła, kolejny raz patrząc gniewnie na niefortunne zdjęcie.
Zachichotał.
– Rozumiem, że masz dla mnie przesyłkę? – Jak zawsze był bardzo ostrożny na wypadek, gdyby jego czy ją podsłuchiwano, co w sumie wydawało się absurdem. Prowadzili interesy od sześćdziesięciu lat i jak dotąd na żadne z nich nie padł nawet cień podejrzenia. Komu przyszłoby do głowy podejrzewać osiemdziesięciodziewięcioletnią kobietę i dziewięćdziesięciojednoletniego mężczyznę o masowe kradzieże biżuterii i upłynnianie jej na czarnym rynku?
– Może – powiedziała – ale tylko na przechowanie.
– Tylko na przechowanie – zgodził się natychmiast. Oboje wiedzieli, że w najlepszym wypadku towar będzie zbyt gorący przez dobre kilka tygodni. – Ale odezwę się do moich kontaktów, zacznę badać zainteresowanie. Mogłabyś mi to szybko podrzucić? Masz dziś jakieś plany na lunch?
Wiedział tak samo jak ona, że prawie zawsze była wolna w porze lunchu, o ile akurat nie pomagała w centrum. Krewnych nie miała i poza Avivą, prawie rodziną, nikt jej nie potrzebował.
– Sprawdzę w kalendarzu – rzuciła poważnym tonem, a Marty się roześmiał, dokładnie tak, jak przewidziała.
– To może zajrzysz do mnie koło południa?
– W takim razie do zobaczenia. – Rozłączyła się z uśmiechem na twarzy, po raz ostatni spojrzała na gazetę, po czym ją zgniotła i wrzuciła do kosza na śmieci.
*
Po kawie i porannym spacerze (codziennie pokonywała cztery kilometry, żeby utrzymać krążenie na właściwym poziomie), ubrała się do wyjścia, ganiąc się w myślach za to, że tyle uwagi poświęca na dobór idealnego stroju.
Mieszkała w Stanach od pięćdziesiątego drugiego roku, choć Paryż na zawsze pozostał częścią tożsamości Colette. W jej garderobie królowały bluzki w marynarskie paski, eleganckie czarne spodnie, śnieżnobiałe koszule i proste czarne sukienki koktajlowe na wieczory, gdy musiała się wtapiać w zamożne towarzystwo. Włosy nosiła obcięte na krótki francuski bob, a kiedy dwadzieścia lat temu zaczęły pojawiać się srebrne nitki, pozwoliła im siwieć. Teraz były śnieżnobiałe, co idealnie podkreślało karminową czerwień jej szminki. I tu krył się kolejny z jej sekretów; na misje kradzieży kosztowności wybierała stonowany, delikatny makijaż i peruki w wyblakłych odcieniach. Wszystko po to, aby lepiej wtapiać się w otoczenie. W każdych innych okolicznościach czerwone usta były jej znakiem rozpoznawczym.
Teraz przymierzyła trzy pary spodni o szerokich nogawkach i zdecydowała się na te z wysokim stanem, co ładnie podkreślało jej smukłą figurę. Wybrała dopasowaną bluzkę z kremowego jedwabiu, starannie wsunęła ją w spodnie, po czym włożyła ulubione baleriny z czarnymi noskami i na koniec obejrzała się w lustrze. Czasami zastanawiała się, gdzie podziały się te wszystkie lata. Kartki kalendarzy zbyt szybko się przewracały, co przybliżało ją do końca własnej opowieści.
Nie przypuszczała, aby Marty zwracał uwagę na jej wygląd. Owszem był taki czas, kiedy mu na niej zależało – wiedziała, że zależało – ale to było wieki temu. Miała swoją szansę. Miała ich sporo. Teraz już było stanowczo za późno, chociaż skłamałaby, twierdząc, że nie odczuwała lekkiego dreszczyku, kiedy on wędrował spojrzeniem po jej sylwetce za każdym razem, gdy się widzieli. To był już tylko nawyk, tak sobie tłumaczyła, a jednak nadal tak samo się rumieniła.
Jazda do sklepu Marty’ego na Washington Street zajęła jej dwadzieścia trzy minuty i kiedy zaparkowała pół przecznicy dalej, przez chwilę jeszcze siedziała w samochodzie, przyglądając się pojazdom w pobliżu. Ostrożność nigdy nie zawadzi; kilkakrotnie zdarzało jej się odjeżdżać na widok zaparkowanych samochodów wyglądających na nieoznakowane radiowozy. Ponieważ dzisiaj ani auta, ani przechodnie nie budzili jej podejrzeń, wzięła torebkę, wysiadła z samochodu i zdecydowanym krokiem ruszyła do Weaver’s Diamont Exchange, sklepu, który sto lat temu otworzył Joseph Weaver, dziadek Marty’ego, przekazując go później synowi Josephowi, który z kolei w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku oddał go Marty’emu.
Colette nadal pamiętała tamten dzień, gdy piętnaście lat wcześniej pierwszy raz zobaczyła Marty’ego. Towarzyszyła wtedy wujkowi Leo przy sprzedaży pary kolczyków z szafirami i szmaragdami. Właśnie przenieśli się do Stanów z Anglii, bo wuj Leo wpadł w pewne kłopoty z prawem i to właśnie ojciec Marty’ego sponsorował ich pośpieszną aplikację o obywatelstwo.
Wuj Leo przedstawił Colette Marty’emu, a jej pierwszy raz w życiu odjęło mowę.
– Kot odgryzł ci język? – zapytał rozbawiony Leo, gdy policzki płonęły jej żywym ogniem. Marty miał złotoblond włosy i intensywnie niebieskie oczy, a jego mocno zarysowana szczęka i wysokie kości policzkowe wyglądały jak wyrzeźbione w marmurze.
Marty, żeby jej pomóc otrząsnąć się z zakłopotania, wyciągnął rękę po kolczyki.
– Będę mógł ocenić ich wartość, dopiero kiedy je na kimś zobaczę – powiedział, puszczając do niej oko. – Uczynisz mi ten zaszczyt, Colette? Wtedy będziemy mogli porozmawiać o cenie.
Kiwnęła głową, wzięła od niego kolczyki, zapięła prawy, a kiedy zmagała się z lewym, Marty wyciągnął dłoń, żeby jej pomóc. Skóra zapiekła ją pod jego dotykiem i była gotowa przysiąc, że zatrzymał palce na uchu ułamek sekundy dłużej, niż to było konieczne, a potem, cofając rękę, wierzchem dłoni musnął jej policzek.
– Idealne – szepnął i zaproponował wujkowi Leo cenę o dziesięć procent wyższą od tej, którą ona by podała. Leo ochoczo na nią przystał i z obawy, że Marty może wycofać ofertę, pociągnął dziewczynę do wyjścia. Colette nie wytrzymała i na ulicy obejrzała się na Marty’ego przez ramię. Tak jak przeczuwała, odprowadzał ją wzrokiem i uniósł rękę w geście pożegnania, obdarzając ją kolejnym radosnym uśmiechem.
– Coś mi się zdaje, że wpadłaś w oko temu młodemu człowiekowi – powiedział rozbawiony wujek, gdy siedzieli w samochodzie. – Ale uważaj na niego, Colette, rozumiesz? Wiązanie się z kimś z tej branży jest niebezpieczne. – Spojrzała na niego pytająco. – Złodziejka klejnotów i kombinator, który upłynnia łupy? To gotowa recepta na katastrofę. Wybij go sobie z głowy, Colette.
Ona jednak nie potrafiła usunąć go z myśli, szczególnie, że Leo do zbywania kosztowności najczęściej korzystał z usług Weaver’s Diamond Exchange. Jak mogła zapomnieć Marty’ego, skoro widywała go co najmniej kilkanaście razy w roku? Kiedy sama zaczęła chodzić na poważniejsze akcje, też wolała korzystać z pośrednictwa Weaverów. Oczywiście musieli z wujem współpracować z różnymi paserami, żeby nie zostawiać śladów dla policji, ale jedynie Weaverowie wiedzieli, co oni tak naprawdę robią i jakie to ma znaczenie. Colette nikomu bardziej nie ufała niż Marty’emu oraz jego ojcu i właśnie dlatego w tamtym roku, gdy skończyła dwadzieścia sześć lat i Marty zaprosił ją na randkę, odmówiła mu. Wujek Leo miał rację; zrobiłoby się niebezpiecznie.
Jednak to nie był jedyny powód odmowy. W końcu do czego prowadzą randki, jeśli nie do małżeństwa i dzieci? A Colette poprzysięgła sobie, że nigdy nie będzie mieć dziecka. Jak po tym, co się stało w Paryżu, mogła wierzyć, że potrafi komukolwiek zapewnić bezpieczeństwo?
Marty jeszcze siedmiokrotnie proponował wspólne wyjścia (policzyła), a za siódmym razem zapytał: „Czy ja mam u ciebie szansę, dziecino?”. Serce jej krwawiło, gdy musiała powiedzieć, że nie, ale się przemogła i na tym się skończyło. Pół roku później Marty zaczął się spotykać z Kay Rhodes, a po roku się z nią ożenił. Nie doczekali się dzieci, a Colette poznała gorzki smak żalu.
Kay zmarła niemal dwadzieścia lat temu, a Colette i Marty przez większość życia byli platonicznymi przyjaciółmi.
Czasami się zastanawiała, co by było, gdyby teraz mu wyznała, że powiedziała „nie”, bo nie chciała mieć dzieci, a wujek Leo zakazał jej się z nim wiązać. Czy Marty uznałby, że jest szalona, bo wraca do spraw sprzed tak wielu lat, że nie ma już sensu o nich rozmawiać? A może on nie pamiętał, że kiedyś zapraszał ją na randki?
– No proszę, proszę, czyż to ta najpiękniejsza paryżanka w Bostonie? – przywitał ją teraz z szerokim uśmiechem na przystojnej twarzy, gdy weszła do pustego sklepu. Mimo upływu lat on ciągle wyglądał jak Robert Redford. Dlaczego czas jest bardziej łaskawy dla mężczyzn niż dla kobiet?
– Pochlebstwami daleko zajdziesz – odpowiedziała z uśmiechem. Sama myśl, że ten rytuał należał tylko do nich, miała w sobie coś ujmującego.
– Pomyślałem, że dziś to ja przygotuję lunch – oznajmił i gdyby tak dobrze go nie znała, mogłaby pomyśleć, że on się denerwuje.
– Zrobisz mi lunch? Chyba pierwszy raz w życiu.
– Dziecino, gdybym mógł, codziennie robiłbym ci lunche. – Marty był flirciarzem i to się nie zmieniło. Byłaby naiwna, sądząc, że jej jedynej okazywał względy.
Wyszedł zza kontuaru, cmoknął ją w policzek, a potem przekręcił klucz w drzwiach i odwrócił zawieszkę na stronę z napisem ZAMKNIĘTE.
– Chodźmy na zaplecze.
Pięć minut później siedzieli naprzeciw siebie przy stole i jedli bagietkę z serem brie, przegryzając ją jabłkiem pokrojonym przez Marty’ego.
– A ta wczorajsza gala charytatywna orkiestry? – zaczął, nalewając jej wina chablis z butelki, którą wyjął z lodówki. – To ty?
Utrzymała jego spojrzenie, wypijając łyk wina.
– A gdyby tak było?
– Powiedziałbym, że masz w rękach cenny okaz. A tym razem beneficjentem będzie…
– Centrum Holokaustu, naturalnie. Ta kobieta jest zdeklarowaną neonazistką.
Marty zachichotał.
– Jesteś niesamowita, Colette. Ciekawe, jak poczuliby się ludzie w centrum, gdyby się dowiedzieli, że ich najwierniejsza wolontariuszka to ta sama osoba, która od ponad czterdziestu lat pomaga im utrzymać się na powierzchni?
Wzruszyła ramionami.
– Znasz zasady. Każdy potomek czy potomkini Robin Hooda musi anonimowo czynić dobro na świecie. Inaczej byłoby to zbyt ryzykowne, no i podważałoby sens samego działania.
– Ale ja wiem, co robisz. – Wypił łyk wina i patrząc na nią, wymownie uniósł brwi.
– Znasz wszystkie moje sekrety – powiedziała to lekkim tonem, ale te słowa miały swoją wagę.
Naprawdę nikt na świecie nie znał jej lepiej od niego. Czasami zastanawiała się, co myślałby wujek Leo o jej długoletniej przyjaźni z Martym. Na pewno by tego nie pochwalał, co wcale nie znaczyło, że miałby rację. Świadomość, że zawsze mogła zadzwonić do Marty’ego, pozwalała jej przetrwać najtrudniejsze chwile. To, że oboje nadal żyli i wciąż o siebie się troszczyli, było czymś niezwykłym.
Marty odkroił plaster brie i podał go Colette na kawałku bagietki.
– Będę musiał odczekać kilka tygodni, aż osłabnie zainteresowanie.
– Wiem. – Odgryzła kęs, popiła go winem i jej kubki smakowe wpadły w pląs.
– Uważam, że mogłabyś już się wycofać – odezwał się po chwili. – Przeraża mnie myśl, że coś mogłoby ci się stać.
– Siedziałabym w tym po uszy, prawda?
Marty się uśmiechnął.
– Oboje jesteśmy za starzy na więzienie. Myślisz o tym, że może czas odwiesić ten kapelusz na kołek?
Odgryzła kawałek jabłka i nie odrywając oczu od Marty’ego, powoli go przeżuwała.
– A ty?
Nachylił się ku niej.
– Dziecino, wyłącznie ze względu na ciebie nadal tkwię w tym biznesie.
Poczuła ukłucie winy.
– Marty, nie musisz ze mną pracować. Mam innych pośredników, mogę im powierzać towar.
Przycisnął dłoń do piersi, udając, że go zraniła.
– Chcesz mnie zabić?
Musiała się roześmiać.
– Marty, ja tylko staram się ci powiedzieć, że nie jesteś mi nic winien. Przez te wszystkie lata zrobiłeś więcej, niż należało. Jeśli chcesz odwiesić kapelusz…
– A ja tak cholernie przystojnie wyglądam w kapeluszu. – Błysnął zębami w uśmiechu. – Poza tym ty jesteś najważniejszym ogniwem tego łańcucha.
Przez moment rozkoszowała się tymi słowami, chociaż wiedziała, że to kolejny niewiele znaczący komplement w ich rytualnym flircie.
– W takim razie jesteśmy na siebie skazani.
Uśmiechnął się.
– I to mi się podoba, dziecino. A teraz rzućmy okiem na ten okaz.
Sięgnęła do ukrytej wewnętrznej kieszonki w torebce i wyjęła pierścionek, z satysfakcją patrząc, jak Marty szerzej otwiera oczy na jego widok. Wziął go do ręki, przeszedł do biurka i włączył lampę. Wyciągnął lupę jubilerską i przez kilka sekund w skupieniu oglądał brylant, a potem odwrócił się do Colette.
– Jest idealny – ocenił. – Myślę, że mogę za niego dostać od siedemdziesięciu dwóch do osiemdziesięciu tysięcy.
Colette szybko policzyła w pamięci. Marty jak zwykle weźmie piętnaście procent od sprzedaży, czyli dla niej zostanie coś około sześćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów, a więc ryzyko zdecydowanie się opłaciło.
– Marty – odezwała się, starając się uciszyć głos w głowie. – Jesteś księciem wśród mężczyzn.
– A ty, dziecino, jesteś moją księżniczką. – Znowu posłał jej uwodzicielsko promienny uśmiech, który, jak wiedziała, nie miał większego znaczenia. – Mam go u siebie przechować?
Kiwnęła głową i z ulgą patrzyła, jak zamyka pierścionek w sejfie. Uwielbiała podziwiać klejnoty, ale zawsze czuła się nieswojo, trzymając w domu skradzione precjoza. Gdyby kiedykolwiek ktoś ją podejrzewał i wezwałby policję, jak by wytłumaczyła, co u niej robią te rzeczy? Co innego Marty, on przynajmniej zawsze miał wiarygodną linię obrony. Kupił te przedmioty od nieznajomego, nie miał pojęcia, że są trefne, i ojej, naprawdę bardzo mu przykro z powodu popełnionego błędu.
– Marty? – zaczęła, gdy wrócił do stołu i uzupełnił wino w obu kieliszkach. – Czy żałujesz czasem, że wszedłeś ze mną w ten interes?
Popatrzył na nią bez emocji.
– Ledwo pamiętam czasy, jak mój ojciec i ja zaczęliśmy współpracować z tobą i twoim wujem.
– No bo widzisz, nawet jeśli coś robisz od dawna, to niekoniecznie znaczy, że postępujesz właściwie. Mógłbyś prowadzić w pełni legalny interes, a przeze mnie…
– Dzięki tobie – przerwał jej stanowczo – mam poczucie, że odgrywam choćby skromną rolę w robieniu czegoś dobrego dla świata. To, co robimy, jest nielegalne? Jasne. Ale czy złe? Ja tak nie uważam, a ty?
– Oczywiście, że nie. Inaczej nie umiałabym żyć w zgodzie z własnym sumieniem.
– Colette, ja niczego nie żałuję – oświadczył zdecydowanym tonem. Uniósł kieliszek i poczekał, aż ona spojrzy mu w oczy. – Za najlepsze partnerstwo, jakie kiedykolwiek miałem.
Zawahała się i trąciła się z nim kieliszkiem.
– Za nas – powiedziała i speszona odwróciła wzrok, bo nagle poczuła, że on czyta w niej jak w otwartej księdze.
1938
Przez całe lato i wczesną jesień 1938 roku Colette pracowała razem z matką, okradając tu i ówdzie bezwzględnych, pozbawionych skrupułów ludzi. Czuła dreszczyk dumy po każdej udanej kradzieży i gdy matka sprzedawała któryś z ukradzionych przez nią klejnotów jubilerowi, Colette sądziła, że robi coś ważnego. Moja dziewczynka, mówiła matka za każdym razem, gdy odchodziły z plikiem banknotów, które miały trafić na któryś z wybranych przez nie charytatywnych celów. Colette była szczęśliwa, widząc, jak twarz matki promienieje miłością, gdy spogląda na swoją córkę, swoją podopieczną.
Pewnego jesiennego popołudnia, kiedy Colette wróciła ze szkoły, matka czekała na nią w salonie.
– Gdzie Liliane? – spytała, rozglądając się za siostrą, która miała już osiem miesięcy.
– Nocuje u wujka Frédérica i cioci Marie, a tata na kilka dni pojechał do Lyonu na konferencję nauczycieli – wyjaśniła Annabel. – Mamy dla siebie cały wieczór i czeka nas ważne zadanie.
– Jakie zadanie, mami?
Oczy matki rozbłysły.
– Skarbie, to będzie twoja pierwsza poważna akcja.
Colette przebiegł po kręgosłupie dreszcz podniecenia.
– Gdzie pójdziemy?
– Do opery. Kupiłam ci odpowiednią sukienkę.
– Do opery? – Dziewczynka nigdy nie była w teatrze, a co tu dopiero mówić o wspaniałym Palais Garnier, najbardziej okazałym teatrze operowym na świecie z fasadą ze strzelistymi kolumnami, zwieńczoną na narożnikach złoconymi posągami Harmonii i Poezji, spoglądającymi na aleję w dole.
– Dziś wystawiają niemiecką operę i na widowni będzie wielu ludzi sprzyjających Niemcom – powiedziała matka, zaciskając szczęki.
Colette zamrugała, próbując za nią nadążyć.
– Czy Niemcy są źli?
Matka się uśmiechnęła.
– Czasem zapominam, że masz tylko dziesięć lat. – Wyraźnie szukała w myślach odpowiednich słów. – Nie, skarbie, w Niemczech jest mnóstwo wspaniałych ludzi, ale niemiecki kanclerz nazwiskiem Hitler niszczy każdego, kto wejdzie mu w drogę. Grozi inwazją Czechosłowacji, a w Niemczech zaczął robić straszne rzeczy Żydom.
– Ale… dlaczego? – Jej przyjaciółka Sarah była Żydówką. To najmilsza dziewczynka w całej klasie. Co niemiecki kanclerz miał przeciwko takim osobom?
– Bo Hitler jest bardzo złym człowiekiem. A ci, którzy uczestniczą w odbieraniu praw swoim współobywatelom, zasługują na kradzież klejnotów. O ile moje źródła się nie mylą, Ernest Balkenhol, drugi zastępca ministra propagandy Rzeszy, przyjdzie do opery z żoną, a ona na pewno na tę okazję nałoży bardzo cenny brylantowy naszyjnik.
– To ona jest naszym celem? – upewniła się Colette.
– Tak, to Ingrid Balkenhol jest twoim celem, moja droga – potwierdziła mama. – A teraz idź się przebrać, resztę powiem ci po drodze.
Pół godziny później Colette włożyła prostą czarną koktajlową sukienkę z krótkimi rękawami, przygotowaną przez mamę. Zapinając przed lustrem pożyczone od matki perły, uznała, że wygląda co najmniej na dwanaście, może nawet trzynaście lat. W drodze do drzwi kiwnęła głową do swojego odbicia. Dasz radę, wyszeptała do siebie.
– Kluczem do sukcesu – tłumaczyła cicho mama, gdy ulicą Reaumur zmierzały na zachód w ten rześki jesienny wieczór – jest powściągliwość. Niech cię nie interesuje, co inni o tobie myślą. Nie patrz nikomu prosto w oczy. Zawsze udawaj, że wypatrujesz kogoś w tłumie. I w żadnym wypadku nie rzucaj się w oczy.
– Ale ta sukienka… – Z pożyczoną od mamy futrzaną etolą narzuconą na ramiona Colette wyglądała jak gwiazdka filmowa.
– Wyglądasz ślicznie, kochanie, jednak znikniesz w tym tłumie i tak powinno być.
Mama wyjaśniła, że będą musiały przesiedzieć całą operę, bo gdyby spóźniły się czy wyszły przed końcem przedstawienia, niepotrzebnie zwróciłyby na siebie uwagę.
– Zresztą – dodała z uśmiechem, gdy z ulicy Louis le Grand wyszły na Place de l’Opera – dzisiaj wystawiają Tristana i Izoldę Wagnera. To jedna z najpiękniejszych oper.
– Widziałaś ją?
– Dawno temu. A ta inscenizacja podobno ma być jeszcze piękniejsza. Paryska premiera odbyła się zaledwie w zeszły czwartek, a partię Izoldy, zakazanej miłości Tristana, śpiewa norweska sopranistka Kirsten Flagstad. Ona jest solistką w dużej amerykańskiej operze i cieszy się sporą sławą. Krytycy uważają, że Flagstad najlepiej wypada w tej roli. Myślę, skarbie, że ten twój pierwszy wieczór w operze będzie dla ciebie wspaniałym doświadczeniem.
Zaraz po wejściu do gmachu opery Colette oszołomił widok mnóstwa eleganckich ludzi, ubranych w swoje najlepsze stroje i obwieszonych biżuterią wartą fortunę. A sam Palais Garnier? Nigdy dotąd niczego takiego nie widziała. Ogromne schody z białego marmuru, kolorowe mozaiki i niezliczone żyrandole oświetlające drogę. Ten przepych dosłownie ją przytłoczył. Spociły jej się dłonie, gdy przesuwała się w tłumie. Kradzież jakiegoś cennego drobiazgu w tej czy innej kawiarni to jedno, ale zupełnie czym innym było zdjęcie brylantowego naszyjnika z szyi żony ważnego człowieka w tym teatrze pełnym ludzi.
– Mamo, a co, jeżeli nie dosięgnę do szyi Frau Balkenhol? – spytała szeptem w przypływie nagłej paniki, kiedy kierowały się do swoich foteli w dwudziestym rzędzie. – Jeżeli okażę się za niska?
Mama ścisnęła jej dłoń i ruchem głowy wskazała blondynkę idącą pod rękę z mężczyzną w mundurze do rzędu blisko sceny. Kobieta ledwo sięgała mu do ramienia, miała drobne, ostre rysy i szczupłą, niemal dziewczęcą sylwetkę.
– To Frau Balkenhof – wyjaśniła. Ta kobieta była niewiele wyższa od Colette. – Dosięgniesz bez problemu, skarbie.
– Osoba tego wzrostu musi być przyzwyczajona, że często bywa poszturchiwana – wymruczała Colette, myśląc o tych wszystkich razach, gdy ktoś niechcący dźgnął ją łokciem w bok albo w głowę, nawet nie racząc spojrzeć w dół. Świat nie był przyjazny dla niskich ludzi.
– No właśnie – przytaknęła mama, uśmiechając się, i Colette zrozumiała, że od początku na tym polegał plan. Jej pierwsza poważna kradzież, zdjęcie naszyjnika z szyi drobnej żony podłego człowieka, została obmyślona specjalnie dla niej.
Colette nie sądziła, że spektakl będzie taki długi. Trwał ponad cztery godziny z dwoma antraktami, a ona nie mogła oderwać oczu od sceny. Oczarowana najpiękniejszą historią, jaką kiedykolwiek widziała, po jakimś czasie zupełnie zapomniała, że przyszła tutaj wypełnić zadanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
