Siewczyni pszczół - Daria Strączyńska - ebook + książka

Siewczyni pszczół ebook

Strączyńska Daria

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Siewczyni pszczół– Mroczna i piękna baśń o czarownicach

Ciągle się włóczą i zawsze mają coś do powiedzenia. Znają się na wielu sprawach: na czytaniu pogody, nocnych wędrówkach gwiazd i mowie zwierząt. Wiedzą, kiedy sroka przynosi dobrą wiadomość, a kiedy skrzeczy na nieszczęście. Który kształt chmury zapowiada burzę, a który wiatr. Jednak ludzie za nimi nie przepadają, nie szukają ich towarzystwa. Co innego pogubione dusze: te przyklejają się do nich jak do plastra miodu…

Siewczyni pszczółto baśniowa powieść o potrzebie wolności dojrzewającej w trzech pokoleniach kobiet i o cenie, jaką kazano im za to zapłacić. Fascynującą historię czarownic i wytaczanych im procesów gęstym i dzikim językiem snują kruk, łąka, krowa, żebraczka, ziemia, wszy i suka. Zaskakujące punkty widzenia nadają opowieści niepowtarzalny styl i niepokojący urok. Pozwalają wczuć się w świat tych, które rozumiały naturę i wiedziały więcej.

Książka brutalna i piękna, okrutna i czuła. Budzi gniew i strach, ostatecznie niosąc ulgę.

– Po co się żyje na świecie? – zapytała Boda, choć chciała zapytać o coś zupełnie innego. Może o to, dlaczego się umiera, odchodzi i kogoś zostawia. I co tam jest dalej, po drugiej stronie. Przyskoczyłem bliżej starej, bo byłem ogromnie ciekaw odpowiedzi. – Po nic szczególnego. – Babka złożyła dłonie w małdrzyk. – Zwyczajnie się żyje. Wszystko, co się rodzi, na śmierć się rodzi i na życie umiera. Czy to czartrawa, czy pies, czy człowiek, czy taki jak ten tutaj. – Pokazała na mnie palcem. – Wszystko żyje, póki nie umrze. I nie ma się co nad tym zastanawiać. Tak to już jest wymyślone. – fragment książki

Daria Strączyńska – absolwentka historii i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z zawodu archiwistka, z zamiłowania opowiadaczka. Pszczelarka i zielarka z papierami. O procesach czarownic pisała w pracy magisterskiej. W wolnym czasie obserwuje ptaki, czyta mity i stare zielniki, wędruje po bezdrożach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 480

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I

I

Gdy po kilku głodnych latach spędzonych wśród niegościnnych skał przeniosłem się w te strony, poczułem, jakbym otrzymał w darze nowe życie. Wszystko tutaj było lepsze. Powietrze lżejsze, ziemia żyźniejsza, lasy rozmowniejsze, a i słońce jaśniej świeciło nad tą krainą. Lubiłem patrzeć na nią z wysokości, każdego dnia mocniej utwierdzając się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem, porzucając ciemne jodłowe bory, nagie szczyty skalne i zapyziałe, brudne osady, gdzie nie uświadczysz ni kury, ni jajka, ni skórki z chleba.

Nigdy nie miałem dość widoku pól i lasów. Za punkt obserwacyjny obrałem dach pewnego domu, położonego na samym krańcu jednej z wsi. Pokryty był grubą warstwą trzciny, w której, zwykle pod wieczór, buszowały stada myszy i nawek. Jedne i drugie to stworzenia bezmyślne i nieuważne, więc nie musiałem się zbytnio wysilać, aby zapewnić sobie niezgorszą przekąskę przed nastaniem nocy. Ponadto dach ten był wyższy i bardziej stromy niż w pozostałych chałupach – miałem stamtąd najlepszy widok na gościniec, podwórza, ciągnące się po zachodni horyzont nadrzeczne łąki i skraj lasu. Nic nie mogło umknąć mojej uwadze: żaden wędrowiec, rozkładające się truchło, żadna śmierć i narodziny. Wiedziałem o nich pierwszy, a wiedza oznacza być albo nie być, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja. Jeszcze jedno mnie w tym dachu ujmowało – drobiazg, ale przyjemny, niczym młody zajączek znaleziony w kępie trawy. Otóż po obu stronach kalenicy zwieńczony był on zakrzywionymi łukowato śparogami, układającymi się na kształt sierpa młodego księżyca albo krowich rogów. Nigdy nie lubiłem krów – to nieprzyjemne, brudne stworzenia, którym w głowie tylko jedzenie, trawienie i próżne patrzenie przed siebie, dlatego sprawiało mi radość, gdy mogłem od czasu do czasu obsrać sam środek tych zwieńczeń, tak podobnych do ich rogatych łbów.

Mieszkanki chaty, trzy samice człowieka, nigdy mnie nie przeganiały. Nie rzucały jak inni ludzie kamieniami czy grudami ziemi, nie gderały o kurczakach, jajkach i wiecznym utrapieniu – w ogóle nie hodowały kur. U nich były tylko białe gęsi, czerwona jałówka, nierozumna jak wszystkie krowy, i czarna suka, która od czasu do czasu na mnie szczekała, za co jej odpłacałem, ciągnąc za ogon albo dziobiąc w sam środek nosa, zawsze wtedy, gdy spała najgłębiej.

To był dobry czas, syty czas. Pokarmu nie brakowało. Niektórzy z moich pobratymców od niekończącego się obżarstwa ledwo zdolni byli wzbić się w powietrze. Młode dorastały, nie znając głodu i trosk, jakich zaznali ich rodzice – może dlatego wyrosły z nich słabe, nieporadne osobniki, które trudno zrozumieć, jakby należały do innego gatunku. Drzewa znają starą prawdę – im trudniejsze podłoże, tym twardsze korzenie. Lecz kruki nie słuchają drzew. Karmiliśmy pisklęta mięsem i tłuszczem i nie martwiliśmy się o kolejny dzień. Jakże chętnie przeniósłbym się dziś w tamte czasy, odnalazł chałupę i usiadł pomiędzy drewnianymi rogami.

Jestem stary, przeżyłem więcej wiosen, niż mam piór w skrzydłach, i rządzi mną tęsknota. Wszak życie zawsze wydaje się lepsze, gdy jest się młodym. Przecież i dziś jedzenia nie brakuje, nikt z nas nie lata głodny, ba! Pokarm leży na każdym gościńcu, wisi na drzewie, kryje się po rowach; wystarczy zrobić okrążenie nad lasem, żeby coś wypatrzyć, a mimo to odnoszę wrażenie, jakby wszystko miało się ku gorszemu. Inaczej smakuje mięso, inaczej pachnie powietrze, nawet wiatr pieści pióra inną niż dawniej pieszczotą. Gdy zamykam oczy – a coraz częściej czyniąc to, mam obawy, że już ich na powrót nie otworzę – wracam myślami do tamtej wsi i tamtego rogatego dachu.

Pierwszy podmuch odczułem jako przyjemne muśnięcie, podobne miłosnemu dotknięciu dziobem przy czyszczeniu piór. Jednak po chwili wiatr wzmógł się i nie było w nim już nic delikatnego. Szedł z lasu, od miejsca, gdzie każdego wieczoru znika słońce. Jęknęła kalenica, zagrała strzecha, dom sapnął. Nie był to zwyczajny wiatr, wiedziałem o tym, lecz nie byłem w stanie przeniknąć jego natury. Potrzebowałem do tego pomocy. Sfrunąłem z dachu i przysiadłem na kołku w płocie tak, by zza rozpiętych w oknach rybich pęcherzy móc obserwować rozgrywające się we wnętrzu chałupy wydarzenia. Czego nie widziałem, musiałem sobie dopowiedzieć, ale było właśnie tak, jak to przedstawiam. Lub bardzo podobnie.

Więc gdy wiatr uderzył w dom po raz trzeci, starucha i dziewczynka równocześnie spojrzały w okno. Uniósł łeb śpiący na środku izby pies.

– Trzeba sprawdzić – rzekła stara, stęknęła, pomacała za podparciem, a znalazłszy kostur oparty o skraj pieca, podniosła się ze stołka i przeczłapała przez całą izbę. Zbliżyła twarz do okna, tak że policzkiem prawie dotykała rybiej błony, ale jeszcze jej było mało, jeszcze czoło oparła o futrynę, zmrużyła oczy. Zapatrzyła się w przygięte do ziemi czubki brzóz, a że przez zakurzony pęcherz widziała niewyraźnie, mogła sobie tylko wyobrażać wiry ukręcone z piachu i zeszłorocznych liści i gęsie pióra przewalane z jednego krańca podwórza na drugi.

Patrzyła na to, co działo się za oknem, a na nią patrzyli dziewczynka i przebudzony ze snu pies. I więcej starali się wyczytać z twarzy staruchy, niż ona czytała z wiatru.

Brzydki, ćmawy jak noc kundas, którego czerń futra rozjaśniały tylko dwie jaśniejsze plamy na czole, podobne drugiej parze ślepiów albo dwóm kroplom mleka, złożył łeb na przednich łapach, odetchnął głębiej i na powrót zamknął oczy. Dziewczynka nie przestawała patrzeć.

Niech to będzie zwyczajny wiatr, powtarzała, może tylko w myślach, choć mógłbym przysiąc, że słyszałem jej słowa wyraźnie, więc może i mówiła na głos, skubiąc przy tym róg wełnianej narzuty. Niech to będzie najzwyklejszy na świecie wiatr. Taki, co przynosi zmianę pogody, w lecie wypija rzeki, a zimą pożera śnieg. Niech sobie powieje, skoro taka jego wola, a potem przestanie, a już zawsze będę posłuszna. Będę wstawać przed wschodem słońca. Będę słuchać babci. Będę na każde zawołanie, tylko...

– Trzeba sprawdzić – powtórzyła stara.

Pies zapiszczał przez sen, dziewczynka westchnęła. A babka już wiązała pod brodą chustkę – grubą, czarną, wełnianą, bo przed takim wiatrem mogła ochronić tylko porządna chustka, żeby do uszu nie nawpadał i duszy z ciała nie wygnał; już kamizelkę na grzbiet wdziewała, futrem na wierzch obracając, już wzuwała wyplecione z lipowego łubu, bezkształtne buty. Tak przygotowana ostrożnie odemknęła drzwi, wyjrzała za próg i aż sapnęła, aż się ściany przytrzymała, taki to był wiatr.

Poczęła nasłuchiwać. Lecz dziewczynka wiedziała – nie musiała nawet patrzeć na babkę. Przecież i ona słyszała w wietrze wyraźne skomlenie, jakby wygłodniały pies domagał się garstewki gotowanej kaszy. Skuliła się mocniej, podciągnęła pod brodę kolana, pewno chcąc stać się niewidzialną. I prawie jej się ta sztuka udała, bo była mała i ciemna jak kret, a chuda niby młoda trześnia; co to było dla niej skulić się i zniknąć? Jednak babka okazała się przenikliwa. Spojrzeniem wysupłała dziecko z kąta, niczym ziarno grochu ze strąka.

– Pójdziemy – rzekła. – Łasunia!

Pies zerwał się z miejsca, zamiótł ogonem polepę i zakręcił wkoło nóg starej, gotowy na wyprawę. Dziewczynka zwlekała.

– Rusz się, Boda, bo ktoś nas uprzedzi. Mało to się ludzi po lesie kręci? I dobry surowiec na zmarnowanie pójdzie. A wtedy nie wiem, co ci zrobię!

Niech nas uprzedzi, myślała mała. Niech znajdzie go przed nami. Niech to zabierze, niech go zabierze, a będę zawsze... Babka nie pozwoliła jej dłużej dumać. Przyciągała dziecko do siebie ciemnymi jak pancerz żuka i tak samo błyszczącymi oczami, jakby jakie nici z tych jej oczu wylatywały, jakby były powleczone jakąś lepką maścią.

– Ogłuchłaś, dziewczyno?

Mała zsunęła się z ławy, starannie złożyła wielobarwną narzutę i ruszyła do drzwi. Wzuła buty, równie schodzone co babcine, i zarzuciła na plecy kawał jasnego, surowego płótna, który mógłby ją ochronić przed słońcem, lecz nie przed wiatrem. Dołączyła do babki. Widziałem ją teraz dokładniej i nie znajdowałem w niej niczego godnego uwagi. Była zwyczajnym ludzkim dzieckiem, chudym, brudnym i zabiedzonym, o wzdętym po jałowej zimie brzuchu, krzywych plecach i niewyrośniętym, gdyż, w przeciwieństwie do naszych piskląt, ludzkie dzieci w tamtym czasie nie napychały się mięsem – musiałyby chyba jeść ciała własnych ojców i braci.

W dziewczynkę uderzył podmuch wiatru i przez chwilę zdawało się, że upadnie, taka była wiotka.

– Karr! – wrzasnąłem, żeby dodać jej otuchy, lecz ona tylko łypnęła na mnie gadzio i zaraz spuściła wzrok, może się zlękła. Wolno ruszyła za babką. Tamta szła jak pies myśliwski za zapachem rannego zwierzęcia – widać z niejedną padliną miała w życiu do czynienia. Przydałaby się nam w kruczym stadzie taka tropicielka. Z przyjemnością patrzyłem, jak unosi głowę pod wiatr i wolno nią obraca, a przy tym rozszerzają się jej nozdrza, wyostrzają rysy, pomiędzy brwiami pojawia się głęboka zmarszczka. Łapała zapach i szła jego śladem tak pewnie, jakby to nie była woń, a gruba nić rozciągnięta od chałupy do samego lasu. Choć musiała pomagać sobie kosturem, szła szybko, kolebiąc się z boku na bok, w czym przypominała kaczkę, to głupie stworzenie, które nie odróżnia kupra towarzysza od własnej głowy. Od czasu do czasu chwytała się za podbrzusze, wydając przy tym cichy syk. Dziewczynka postępowała trzy kroki za nią, choć z łatwością mogłaby wyprzedzić starą. Najwyraźniej nogi nie chciały jej nieść. Za to czarna suka nic sobie nie robiła ani z wiatru, ani z babki i zaraz wpadła w wiklinowe chęchy porastające łąkę od strony wsi.

– Gębę zawrzyj, bo ci wiatr do brzucha wleci i cię porwie. Domu zapomnisz i co wtedy? – rzekła stara, obróciwszy się do dziewczynki, i jeszcze bardziej przyspieszyła kroku.

Poderwałem się do lotu, by nie uronić niczego z tej wędrówki, i zatoczyłem krąg nad chałupą. Z góry mogłem dostrzec nie tylko drogę, jaką przyjdzie pokonać kobietom, ale i cel, oczekujący na śródleśnej polanie, teraz wyraźny również i dla mnie. Aż mi się kiszki skręciły na ten widok i z gardła wyrwało radosne: karr!

Daleką mieliśmy przed sobą wyprawę. Za plecami ludzkich samic pozostały wieś i mokre łąki, tamtego pamiętnego roku po raz pierwszy od wielu lat wiosną niecałkowicie przykryte wodą. Tak, niezwyczajny to był rok, po którym nastąpiły kolejne niezwyczajne lata, lecz wtedy nie znaliśmy przyszłości i wszystko zdumiewało i nas, i ludzi, tak jak zwykle zdumiewają rzeczy pierwsze.

Stara kilka razy dźgnęła kosturem brzuch ziemi, jak gdyby chciała upewnić się w jakiejś myśli, pokręciła głową, przyspieszyła. Dziewczynka podbiegła, chwilę szły razem, ramię przy ramieniu. Minęły pokrzywioną dziką jabłoń o osmalonych ogniem gałęziach i stojącą w jej cieniu figurę świętej z rozdziobaną przez ptaki, wyjedzoną przez deszcze twarzą – jedni mówili, że Barbarę, inni, że Katarzynę, jeszcze inni, że Małgorzatę przedstawia – i zagłębiły się w las, który ludzie nazywali pańskim, a kruki głodnym. Ten, z początku rzadki, porośnięty krakowitymi sosnami i kępami leszczyn, niespodziewanie zmieniał się w gęstwinę, a przez splątane gałęzie, choć wciąż bezlistne o tej porze roku, z trudem mogłem śledzić moje wędrowniczki. Tutejsze ścieżki wydeptały bezmyślne sarny i kapryśne dziki – dlatego były takie pogmatwane i rzadko wiodły do jakiegokolwiek celu.

Kobiety nie uszły nawet tyle, ile młody kruk jest w stanie pokonać w trakcie swojego pierwszego lotu, gdy zwierzęca droga przemieniła się w ludzki gościniec i rozwidliła niby ogon kani. Dobrze znałem to miejsce, gdyż nieraz łaskawi ludzie urządzali mi tu wyborną ucztę, upodobawszy sobie rozwidlenie do pozbawiania się nawzajem życia. A nadawało się do tego, jeszcze jak! Krzewy czarnego bzu dorastały tu do monstrualnych rozmiarów, przykrywając gościniec ciemnym skrzydłem, dęby chyliły gałęzie do samej ziemi, tak że i ukryć się, i sznur przewiesić było bardzo dogodnie. Jedna z dróg prowadziła na wsie Królówlas i Wilczyce, druga do pańskiego dworu Bydłów, dokąd żadna rozumna istota nie powinna się zapuszczać z własnej woli, bo choć był bogaty, mieszkali w nim wyjątkowo nieżyczliwi ludzie – nie wahali się podnieść kamienia i cisnąć nim w ślad za niewinnym ptakiem.

Stara i dziewczynka nie skręciły ani w jedną, ani w drugą stronę, tylko ruszyły pomiędzy pnie dębów i dalej, w stronę brzozowego zagajnika obsypanego jadowicie zieloną pianą młodych liści. Spod ich nóg zerwał się rozlamentowany kos, leśny głupek, który zapomina, do czego służą skrzydła, i skacze po ziemi niby zając. Suka pobiegła za nim, zaszczekała, wróciła.

– A zobacz no, Boda, czy soki w drzewach kipią. Tylko żwawo, nie mamy całego dnia!

Dziewczynka skinęła głową, obtarła dłonie w sukienkę i podeszła do najbliższej brzozy. Przyłożyła do kory najpierw same opuszki palców, po chwili całą dłoń. Piękna to była dłoń, drobna i kształtna, każdy paluszek przypominał małego białego robaka i wyobraziłem sobie, że zjadam je jeden po drugim. Z błogości przymknąłem oczy. Gdy je ponownie otworzyłem, dziewczynka obejmowała pień drzewa ramionami i choć nie wiedziałem, co czuje to ludzkie dziecko, znałem przecież rozkoszne mrowienie, jakie wywołują płynące tuż pod korą soki drzewa.

Wiatr nieco zelżał, teraz szedł górą, a dźwięk, jaki wydawał, nie przypominał już skomlenia psa, a miauczenie, jakie nocami w miesiącu brzeźniu wydają chutliwe koty, żeby zaraz przejść w ciche kwilenie, podobne płaczowi porzuconego w lesie niemowlęcia. I coś takiego było w tym wietrze, że chciało się go uciszyć, ukołysać, czymś mu to gardło zapchać, pióra dziobem popieścić albo zwyczajem ludzi dać do ssania gałganek, uwarzyć makówek, żeby tylko ten płacz w nim ukoić.

Stara mocniej chwyciła się wiatru, może i ona wyczuwała już zapach umarłego. Był tak silny, że aż skręcało mi wnętrzności. I suka musiała go wyczuć, bo przypadła do nóg babki, podkuliła ogon, zaskomlała. Tylko dziewczynka zdawała się całkiem niewrażliwa na woń. Z trudem oderwała się od kipiącego sokami drzewa i powędrowała za babką i psem.

Wreszcie dotarliśmy do niewielkiej polany, na której rosły trzy brzozy, biorące początek z jednego pnia. Wieszatelnicami je z dawien dawna nazywano, zarówno w języku ludzi, jak i kruków, a może i wilków, much i wszystkiego, co żywi się mięsem, bo od niepamiętnych czasów służyły ludziom za szubienice, a nam za jadłodajnię. I teraz także huśtał się na nich wisielec, przy każdym ruchu wydzielając słodką woń stygnącej krwi. Sznur skrzypiał na wietrze, a był to dźwięk miły i łagodny, jak chrupanie kostek, tych najdrobniejszych, najmiększych. Pewnie ludziom w ten sam przyjemny sposób dźwięczy drewno płonące w rozpalanym piecu albo przypieczona skórka krojonego chleba. Załaskotało mnie w brzuchu.

– Świeży – ucieszyła się stara i dłoń o dłoń potarła. Jakby mniej lat miała, może by i podskoczyła z radości. – Musiał się najwcześniej w południe obwiesić.

Ostrożnie trąciła wisielca kijem, może spodziewając się, że nieboszczyk nagle ożyje, ze sznura się zerwie, ucieknie do lasu i całą jej wyprawę zaprzepaści. Podobało mi się patrzenie na starą, ale jeszcze mocniej do gustu przypadła mi dziewczynka. Zatrzymała się na skraju polany, uważając, by nie przestąpić cienia rzucanego przez drzewa, i zbliżyła dłonie do oczu, szeroko rozstawiając przy tym palce, chyba po to tylko, żeby widzieć i nie widzieć równocześnie. I całą sobą nie widziała włosów wisielca w kolorze sarniej sierści, zawijających się na karku w drobne pierścienie, dłoni o krótkich, grubych palcach z czarną obwódką ziemi za paznokciami, podbiegniętego krwią stłuczenia na dużym palcu u stopy, powstałego, gdy kilka dni wcześniej, jeszcze żywy, ścinał potajemnie buczka z pańskiego lasu. I nie widziała, że to był chłopak z Wilczyc, którego czasem spotykała nad stawem. Całe zeszłe lato podpatrywała, jak wpycha język do ust takiej jednej dziewczyny z bydłowskiego dworu. Ta dziewczyna poszła za mąż poprzedniej jesieni, ale nie za niego, tylko za innego, a już na Gody przyszła do kościoła z brzuchem wielkim i pękatym niby bania. Może o to się obwiesił. A może o coś innego.

– Każdy powód dobry – rzekła stara, jakby czytała nam w myślach. Wyjęła niewielki, gliniany garnuszek, dotąd skrywany w fałdach spódnicy i przystąpiła do działania. W pierwszej kolejności poczęła rozwiązywać wisielcowi gacie. Marudziła przy tym długo i mamrotała pod nosem, a sądząc po liczbie splunięć i jej coraz bardziej nerwowych ruchach, nie miała dla nieboszczyka miłego słowa.

– Kiedy nie trzeba, to z kutasem na wierzchu łażą, a jak człowiek chciałby mieć z tego jaki pożytek, to weźmie i schowa, że się dostać nie można.

Grzebała w rozporku, póki nie wyciągnęła na wierzch kawałka mięsa i skóry przypominającego krowie wymię. Dziewczynka przysunęła się zaciekawiona, równocześnie zamykając oczy. Już kiedyś to widziała, zeszłego lata, gdy znalazły poprzedniego wisielca. Lecz tamten to był wielki chłop i wymię miał wielkie, a ten tutaj wyglądał jak ślimak – pomarszczony i bezbronny. Babka pociągnęła dwa razy, a ze ślimaka pociekło gęste, białe mleko. Niewiele, tyle co ludzkie splunięcie.

– Słabizna, nie chłop. Ale dobre i to. I tyle musi nam wystarczyć.

Przymknęła garnuszek pokrywką i na powrót schowała go pod kiecką. Urżnęła kawałek sznura i wepchnęła za koszulę, zebrała w skrawek płótna garść piachu spod wisielca, obtarła ręce w spódnicę. Ciemne miała te ręce niby ciało ziemi: czy od słońca, czy z ich własnej natury, tego nie wiem. Cała przypominała wyschniętą grudę, taka była sucha i pomarszczona. Jakby ją kto zgniótł, mocno przycisnął, pewno rozsypałaby się pod palcami. Twarz miała płaską, sowią, oczy czarne i okrągłe, nos przypominał gruszkę gniłkę. Wokół bezzębnych ust potworzyły się bruzdy niby na dobrze ususzonej śliwce. Można by w te bruzdy coś schować, choćby kość do zjedzenia na później, i nikt by nie znalazł – takie były głębokie. Brzydcy są ludzie, lecz ona była spośród nich najbrzydsza.

Przyglądałem się, próbując jak najdokładniej ją zapamiętać, i rzeczywiście, nawet dziś, gdy rozmaite wspomnienia nakładają się jedno na drugie, zacierając wzajemnie swoje kontury, twarz starej wydaje mi się tak wyraźna, jakby stała przede mną.

Badałem wzrokiem jej zmarszczki, tymczasem ona poklepała chłopaka po łydce, jak się mleczną krowę po dojeniu klepie, a wołu po orce. Może mu chciała dodać otuchy w tym jego kołysaniu. Rzuciła do dziewczynki i suki, że wrócą tu jesienią, kiedy z ziemi spod wisielca wyrosną grzyby, a teraz już czas się zbierać, sprawa załatwiona. Po chwili wszystkie trzy zniknęły w brzozowym młodniku, a ja przystąpiłem do najsmaczniejszego tamtej wiosny posiłku, bo nie można sobie wyobrazić nic lepszego niż świeże gałki oczne, jeszcze nieprzesłonięte bielmem śmierci, nadal patrzące bardziej na ten niż na tamten świat. Do niczego innego nie byłem w stanie się dostać, ni do mięśni, ni do flaków, i choć to był mój wisielec – ja go przecież pierwszy zobaczyłem – tęskniąc do ciepłej krwi, miękkiej wątroby i chrzęszczących w dziobie ścięgien, musiałem cierpliwie czekać na łaskę czasu lub wilków, które zerwą go ze sznura, rozerwą powłoki i pogruchotają kości.

Gdy zaspokoiłem pierwszy głód, ponownie wzbiłem się w powietrze i okrążyłem las, próbując odszukać ludzkie samice. Okrężnymi drogami, stąd długo nie mogłem ich odnaleźć. Trafiłem na nie dopiero koło krwawej sosny. Było to najciekawsze, najbardziej tajemnicze drzewo w okolicy. Ludzie mieli swoją legendę na to jej krwawienie, a kruki swoją. Pewnie gdybym spytał wilków, myszy i sów, opowiedziałyby mi własne, lecz nie rozmawiam z tymi prymitywnymi zwierzętami.

Legenda ludzka mówi o wracającej z kościoła, świeżo zaślubionej parze, która roztrzaskała się wozem o drzewo i zginęła na miejscu wraz z końmi, woźnicą i drużbami; legenda krucza opowiada zaś o wielkiej bitwie, rozegranej tu w czasach, gdy ludzie czcili jeszcze kruki i nosili ich wizerunki na hełmach. Ludzi zginęło wtedy tyle, że ich ciała, ułożone jedno na drugim, wypełniłyby szczelnie cały pański staw i sto tysięcy kruków miałoby z nich pożytek przez rok. Nieliczni, którzy przeżyli, palili te ciała na stosach albo chowali w dołach, wykrotach, u korzeni drzew – wszędzie, gdzie tylko znalazła się jakaś większa dziura w ziemi; martwe i żywe pospołu, nie zważając na jęki i błagania rannych. W tak użyźnionej glebie z nasionka przypędzonego przez wiatr wyrosła sosna. Krwią opita do samej miazgi, krew z siebie oddaje.

Jak było w rzeczywistości, nie wiem, choć legenda ludzka wydaje się zupełnie pozbawiona sensu: co to musiałyby być za konie, co za woźnica, żeby prosto w drzewo wjechać? Co do kruczej, także mam pewne wątpliwości: bo czemu tylko ta jedna sosna krew oddaje, skoro wszystkie drzewa w okolicy piły ją po równo? Natomiast prawdą jest, że drzewo płacze czerwonymi sokami, widziałem to na własne oczy. Jeśli kto gałąź ułamał, czerwona woda z niej kapała, a po korze spływała czerwona jak krew żywica. Jedna sójka – dość rozgarnięta jak na sójkę, bo to na ogół wrzaskliwe, głupie stworzenia – zaklinała się, że od zachodu do wschodu słońca drzewo jęczy. I coś, nie wiadomo co, skrobie korę od wewnątrz, jakby próbując wydostać się na powierzchnię, a dźwięki są tak głośne, że nie sposób w pobliżu zmrużyć oka. I ćmoch jakiś wokół drzewa lata, bezkształtny, cieniowi podobny. Kiedyś pofrunąłem tam z ciekawości, aby poznać te nocne dziwa, lecz tuż po zachodzie słońca rozmyśliłem się, więc nie mogę potwierdzić sójczych słów.

Za dnia drzewo było ciche, opuszczone, pod korą nie zamieszkiwał żaden owad, w gałęziach nie uwił gniazda ni jeden ptak, nie zbliżała się do niego żadna istota żywa, poza ludźmi. Ci odwrotnie, bo ludzie wiele rzeczy robią odwrotnie niż reszta stworzeń – zamiast unikać krwawej sosny, pchali się do niej niczym muchy do łajna. Mateczka, mówili. Stara. Wokół niej kręci się świat. Gdy się oczy zamknie, a ręce położy na pniu, czuć wirowanie. Tak powiadali ludzie, lecz ich słowom nie należy wierzyć.

Drzewo obwieszone było rozmaitymi przedmiotami, niby obraz z ludzką samicą stojącą na sierpie księżyca, na który czasem spoglądałem przez wielobarwne okienko w murowanym domu w Leśnicy. Na gałęziach sosny wisiały rzeźbione w drewnie krzyżyki, różańce z owoców jarzębiny i głogu, do pnia przybito obrazki zakupione na jarmarku, rzadziej srebrne blaszki i cienkie jak pajęcze nici łańcuszki. Nikt z ludzi nie wiedział, kto je wiesza, nikt nie przyłapał nikogo na gorącym uczynku, a przedmiotów wciąż przybywało. Może pień sosny całkiem by pod nimi zniknął, gdyby drzewo ich nie zjadało. A krwawa sosna tak właśnie robiła – im więcej dostała, tym więcej zjadła. Najpierw zalewała wszystko czerwoną żywicą, potem otorbiała korą, aż obrazek, kapliczka, krzyżyk, różaniec znikały pod kolejnymi warstwami łyka. Niektóre rzeczy nadgryzione były do połowy, inne – całkiem świeże, dopiero zalane pierwszą warstwą żywicy. Większość ledwo dawała się rozpoznać. Tylko jeden obrazek nie poddawał się głodowi drzewa. Widniały na nim trzy schylone ku sobie kobiety. Pierwsza z nich trzymała na otwartej dłoni kulkę z chleba albo jabłko, a może to było ludzkie oko – i pokazywała pozostałym. Druga unosiła ponad głowę złoty kluczyk, natomiast trzecia przyciskała do piersi wieżę, jakby żywcem przeniesioną z Leśnicy. Niewiele więcej można było powiedzieć o tej trójce, bo wizerunek mocno wyblakł w słońcu i w deszczach. Kto go powiesił i dlaczego sosna nie chciała go pochłonąć, tego nie wiedziały nawet najstarsze, najmądrzejsze kruki.

Dziewczynka przystanęła, wzrokiem objęła pień. Babka szturchnęła ją kijem, udając, że sama nie patrzy. Lecz oczy, dwa czarne żuki, ślizgały się po korze, krzyżykach, różańcach, obrazkach, dłużej zatrzymując na tym jednym, nienadjedzonym.

– No, idziemy – rzekła stara, jakby łagodniej. Ruszyła przodem i po kilku chwilach zostawiła dziewczynkę w tyle.

Znikąd pojawiły się na niebie trzy żurawie. To nierozumne, prymitywne ptaki, tyle że przynoszą na skrzydłach wiosnę, więc można im wybaczyć wieczny jazgot, jaki czynią wokół siebie. Tamtego popołudnia także się rozwrzeszczały, na cały las wykrzykując żałobne, tęskliwe gru-gru. Wszyscy naraz spojrzeliśmy w górę. Jeśli przetną słoneczną tarczę, powiedziała dziewczynka, nie będziemy motać. Śledziliśmy żurawie wzrokiem, a one, spłoszone nagłym niepokojem, opadły gdzieś za lasem, ledwie muskając słońce końcówkami skrzydeł. Tylko jeden pozostał na niebie, daremnie nawołując towarzyszy. Krążył długo, a promienie paliły mu skrzydła. Ani ja, ani dziewczynka nie wiedzieliśmy, czy to jest dobry znak, czy zły.

Gdy kobiety dowlekły się wreszcie do chałupy, słońce huśtało się na najniższych gałęziach drzew, gotowiąc się na spoczynek. Od rzeki szedł biały opar, wróżąc mroźną noc. Pachniało śniegiem. Wiatr ustał nie wiadomo kiedy. Przysiadłem pod samym oknem i przez rybi pęcherz zajrzałem do wnętrza domostwa. Babka rozpalała pod kuchnią, siwy dym rozsnuł się po kątach, a na ścianach zatańczyły cienie. Jeden z nich przypominał tego wiszącego chłopaka. Figlował na sznurze, robił fikołki, wystawiał język i klaskał w dłonie, jednak zdaje się, że nikt oprócz mnie nie dostrzegał wisielczego tańca. Dziewczynka zajęła swoje zwyczajowe miejsce na ławie, palcami skubała róg wielobarwnej narzuty. Suka ułożyła się pod stołem, długie łapy wyciągnęła na środek izby. Dzwoniły przesuwane garnki.

Już miałem się stamtąd zbierać, by sprawdzić, czy ktoś nie dobrał się do mojego wisielca, gdy na podwórzu dostrzegłem ruch. To wracała Trzecia. Piękna była, nawet jak na człowieka. Może przez włosy, bo włosy miała ciemne, z fioletowym połyskiem, takie same jak pióra młodego kruka. Spadały na jej plecy lśniącą taflą, jakby na tych plecach ktoś rozlał nocny staw. Aż zachrypiałem z zachwytu. Trzecia, pomimo chudości ciała, dotykającej niemal wszystkich ludzi, wydawała się obfita jakąś ukrytą obfitością. Zawsze, gdy na nią patrzyłem, miałem wrażenie, że gdybym tylko rozciął dziobem cienką powłokę skóry, ukazałaby się pod nią zupełnie inna samica, wykąpana we krwi i wnętrznościach, rumiana, syta, tłusta, piersiasta, okrągła niby jałocha, niby bochenek chleba dopiero wyjęty z pieca. Ona kryła się gdzieś w środku ciała tej czarnowłosej dziewczyny.

A ta, co widniała na wierzchu, ubrana była w brązową, wełnianą spódnicę, jak wszystkie kobiety w tej okolicy, i płócienną, szarą koszulę. Na szyi miała korale z zeszłorocznej dzikiej róży, głogu albo jarzębiny – wyschnięte krwiste kulki, które apetycznie grzechotały przy każdym poruszeniu, w dłoni ściskała bukiet złotych pierwiosnków, przez ludzi zwanych kluczykami, bo otwierają wiośnie drzwi. Wokół nadgarstka owinęła wstążkę w kolorze wątroby dopiero co wyjętej z ciała, i to ten strzęp materiału był najpiękniejszy, piękniejszy niż wszystko, co widziałem tamtego dnia. Zakrakałem z zachwytu. Oczu nie mogłem wprost oderwać od tej wspaniałej czerwonej strugi, pulsującej krwistej żyły, smakowitej smugi.

Trzecia zerknęła na mnie, przyłożyła palec do warg, syknęła. Stąpała ostrożnie, kryjąc się w cieniu domostwa. Pod oknem ukucnęła, by pozostałe w chałupie kobiety nie mogły jej zauważyć. W pięciu krokach dopadła do wrót niewielkiej stodółki. Po chwili krótszej niż sen kruka ten sam próg przestąpił ludzki samiec. Tego znałem aż za dobrze.

Tymczasem w chacie stara szykowała się do spania. Splunęła w dłonie, przetarła twarz, przylizała włosy. Wspięła się na zapiecek, umościła. Dziewczynka do niej dołączyła, układając drobne ciało obok ciała babki. Nakryły się wspólną narzutą w wielobarwne pasy. Tylko pies został pod piecem, skomląc cicho, jakby się żalił, wreszcie zwinął się w kłębek i zasnął. Zasnęła i stara. Jej brzuch unosił się i opadał, wyschnięte piersi rozlały na boki, a w kącikach ust pojawiła się bańka śliny. Nad jej głową poczęły zbierać się sny. Zdawało mi się, że i dusza sposobi się do wyjścia z ciała, by udać się na nocną wędrówkę, lecz naraz coś ją spłoszyło i na powrót schowała się w ciele babki.

Dziewczynka obróciła się na drugi bok. Nie mogła zasnąć, bojąc się snu o wisielcu. Zawsze potem śnił jej się wisielec.

– Babciu? – odezwała się ciszej niż sowie dziecko. Sny nad głową babki rozpierzchły się po kątach.

– No?

– Opowiesz mi coś?

– Śpij, Boda. Noc jest od spania. To nie czas na bajki. Tylko one ci w głowie. Cały dzień zamiast po ziemi chodzić, z ptakami pod niebem fruwasz. Potem po nocach nie śpisz. A jutro mamy robotę.

Stara sapnęła i zachrapała. Nagle niebo zatrzeszczało i wjechał na nie Wóz, a skrzypienie jego kół przypominało skrzypienie sznura. Wypięte z Jarzma Woły zeszły na łąkę, nad samą rzekę i piły długo, jakby chciały wypić całą wodę świata, aż napełniły gwiaździste brzuchy. Jeleń skubał pierwsze źdźbła trawy, świetlisty Łabędź rozpostarł skrzydła od krańca nieba do krańca i zatrzepotał, płosząc Kokoszki, które rozpierzchły się po całym nieboskłonie. Wreszcie, tuż nad linią horyzontu ukazał się Kruk, wielki, straszny i potężny, a ja schyliłem głowę przed jego majestatem.

Dziewczynka zasnęła, a śniła jej się woda. Lecz nie była to rzeka, bo w rzece ta sięga do pasa, a woda ze snu nie miała ani początku, ani końca. I nie była to studnia, bo w studni woda jest zimna, a tamta była ciepła jak ciało i zielonkawa. Dziewczynka oddychała pod wodą, bo miała skrzela niczym u ryby i błony między palcami. W swoim śnie także zasnęła, unosząc się w bezmiarze. Wtedy odleciałem.

*

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącyBartłomiej Kaftan

RedakcjaŁukasz Klesyk

KorektaEdyta Domańska-Bożek, Mirosława Kostrzyńska

Copyright © 2026 by Daria Strączyńska Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-340-7

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.