44,99 zł
Przez lata pochowała siedmiu partnerów. Zbyt wielu, by uznać to za przypadek.
Ludwika Mayer to ikona dawnych lat, kobieta o burzliwym życiu uczuciowym i nieprzeciętnej biografii. U schyłku życia zajmuje się dorosłą niepełnosprawną córką Emilią, która wymaga stałej opieki. Gdy Ludwika dowiaduje się, że zostało jej niewiele czasu, postanawia zadbać o przyszłość córki i uporządkować swoje sprawy. Do jej domu zaczynają przyjeżdżać krewni, a dawne relacje i skrywane urazy powracają ze zdwojoną siłą.
W cieniu wydarzeń pozostaje Alojzy – prawnik i wieloletni przyjaciel domu. Człowiek, który wie o Ludwice dużo. I który ma zbyt wiele do stracenia.
Co naprawdę stało się z kochankami Ludwiki?
Kto przez lata pociągał za sznurki?
Komu można zaufać, gdy w grę wchodzi miłość, opieka i duży spadek?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2026
Autorka: Sylwia Markiewicz
Redakcja: Dagmara Benzar
Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Skład: Jarosław Hess
Redaktor prowadząca: Alicja Pająk
Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka
© Copyright by Sylwia Markiewicz © Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal
Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.
Bielsko-Biała 2026
Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. [email protected]
ISBN 978-83-8317-747-2
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszystkie treści zawarte w tej publikacji, w tym teksty, ilustracje, zdjęcia i grafiki, podlegają ochronie prawnoautorskiej. Zabrania się ich wykorzystywania do trenowania modeli sztucznej inteligencji, w tym dużych modeli językowych (LLM), tworzenia zbiorów danych, eksploracji tekstów i danych (text and data mining) oraz jakichkolwiek innych form automatycznego przetwarzania treści w celach komercyjnych, analitycznych lub badawczych bez uprzedniej, pisemnej zgody wydawcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Mówią, że powinieneś,
mówią, że musisz,
mówią, że tak wypada,
a ja ci mówię,
że jak ich posłuchasz,
to się udusisz
Ludwika Mayer
Jestem wściekła, że ten popieprzony świat nie dał mi więcej czasu. Mam ochotę komuś przywalić. Tylko komu? Kto to wszystko tak zorganizował? Pozwala się człowiekowi zaznać ziemskiej radości, zbudować relacje, zakochać się, dorobić majątku, ogrzać płomieniem sławy. A potem w jednym momencie wszystko gaśnie.
Nie jestem gotowa na żaden koniec. A ty?
Moje życie było jak skok na bungee – dużo adrenaliny i mocnych przeżyć. Było też ogromnie satysfakcjonujące, jak dołożenie ostatniego puzzla do obrazka. Nie unikałam decyzji, wykazywałam się odwagą, a moje relacje z mężczyznami były prawdziwym rollercoasterem. Bo któż może się pochwalić siedmioma partnerami? Ja mogę. Czy żałuję? Nie. Czy opinii publicznej się to podobało? Nie. Zjedli mnie żywcem i zmieszali z kupą łajna, oceniając, wytykając rozwiązłość i próbując narzucić mi ogólne standardy moralne odnośnie do właściwego prowadzenia się.
Powiem wam jedno. To wasze życie i wasze standardy i miejcie w dupie opinię publiczną.
Czy już wiesz, co chcesz po sobie zostawić? Dom, samochód, dobrze prosperującą firmę, czy może... ludzi, którzy będą za tobą tęsknić? Ty masz jeszcze czas, by coś zmienić, ja już nie.
Zdecyduj już dziś, bo nie wiesz, czy zostało ci kilka, czy kilkanaście lat życia. Zrób tak, by patrząc z góry na to, co pozostawiłeś po sobie, poczuć dumę i błogie zadowolenie, że przeżyłeś swoje życie tak, jak tego chciałeś.
A w ogóle, po co chcesz coś zostawić po sobie? Nie lepiej cieszyć się majątkiem tu i teraz, wydając go na przyjemności?
I to jest wspaniałe! To ty decydujesz, co daje ci szczęście. Ja już wybrałam. A ty?
A teraz przestań już obierać ziemniaki, ścierać kurze i myśleć o jutrzejszych zadaniach w pracy, która owszem, jest istotna, ale dla twoich szefów, bo to oni zbijają na niej majątek. Zajmij się tym, co naprawdę ważne. Tym, co pozostawisz po sobie lub przeciwnie – tym, co nazajutrz wykorzystasz, żeby dobrze się bawić.
Duszę w sobie ogromny żal, że opuszczę ludzi, których kocham. Chciałabym zabrać ich wszystkich ze sobą. Albo nie. Lepiej zostać tu z nimi, tu, gdzie byłam szczęśliwa przez tyle lat. Źle to wszystko jest urządzone. Nie wiem, czemu ma służyć. Zapewne niebawem się dowiem. I ty też. Zadziwiające jest jedno: patrząc z innej perspektywy na całokształt mojej egzystencji na ziemi, nie widzę moich nagród, splendoru, ogromnego domu, posiadłości czy majątku. Interesuje mnie wyłącznie to, jak mają się moi najbliżsi.
Dziwne, nie sądzisz? Bo kiedy byłam z nimi, to goniłam za pieniądzem, zabiegałam o wyróżnienia i pchałam do przodu pociąg kariery. Najbliższym poświęcałam niewiele czasu. Teraz role się odwróciły. Jak w moim ukochanym teatrze, gdzie mogę zagrać kolejny spektakl i wcielić się w kogoś zupełnie innego. Tu, na ziemi, mam tylko jedną historię. I nie będzie powtórki.
Pamiętajcie o tym, nie ma dubli! To, co robicie dzisiaj, już się nie powtórzy. Zastanówcie się, jak spędzacie codziennie czas. Gdyby jutro wasza historia miała się skończyć, bylibyście zadowoleni z tego, jak przeżyliście dzień dzisiejszy?
Masz ochotę na wyjazd w góry – jedź. Marzysz o koncercie na drugim końcu polski – jedź. Chcesz iść na przedstawienie córki – idź. Chcesz pomóc synowi, bo cierpi po rozstaniu z dziewczyną – pomóż. Dobra, dobra, a praca, obowiązki, a... tych „a” jest tyle, ile jest ludzi. Decyzja należy do ciebie. Bądź odważny. Ty jeszcze możesz coś zmienić, ja już nie.
Ludwika Mayer
– Ludwiko, czy ty, do cholery, jesteś tego pewna? – Włożył ręce do kieszeni, jednocześnie przestępując z nogi na nogę, jakby próbował wydeptać sobie ścieżkę do rozumu kobiety. Jednak ta zupełnie nie patrzyła w jego stronę. Zdawała się być niezainteresowana jego zdaniem. Siedziała w welurowym szerokim fotelu i wyciągała szyję, by dostrzec czy ptak, który przysiadł na metalowej barierce, ma żółty, czy szary brzuszek.
Alojzy odwrócił się w kierunku okna i zaczął wpatrywać się beznamiętnie w dwie dorodne brzozy. Ich witki miotały się raz w jedną, raz w drugą stronę, wskazując kierunek wiatru i jego intensywność. Był przyzwyczajony do tego, że Ludwika zawsze robi to, co sobie postanowi. Mimo jego racjonalnych argumentów, popartych skrupulatnymi obserwacjami, które powinny ją doprowadzić do wyciągnięcia odpowiednich wniosków, i tak zrobi, co będzie chciała. Tylko że to on zawsze mierzy się z konsekwencjami jej czynów. Prawie osiemdziesięcioletnia Ludwika wciąż jest impulsywna, kieruje się emocjami i za nic ma jego zdanie. Jest jej prawnikiem i przyjacielem, który chce dobrze dla niej, ale również i dla jej majątku. A może przede wszystkim dla majątku? Twarz jej jaśniała, gdy obserwowała zieleń za oknem, chociaż jej mina mogła być też grymasem bólu biodra, który dokuczał jej już od wielu, wielu miesięcy.
Ludwika Mayer doskonale słyszała oskarżycielski ton swojego wieloletniego powiernika, ale nie zamierzała wdawać się z nim w utarczki słowne. Po prostu zakomunikowała mu swoją decyzję i nie prosiła o radę. Jej obecny wiek skłonił ją do wniosku, że to już najwyższy czas pozałatwiać wszystkie swoje zaległe sprawy i zatroszczyć się o najbliższych. On powinien to rozumieć najlepiej, w końcu zawsze wspierał ją w najcięższych chwilach, a przy tym doradzał w finansach. Alojzy był w jej życiu odkąd pamiętała. Zajmował się przede wszystkim sprawami prawnymi, do czego ona zupełnie nie miała głowy, tak jak i do zarządzania swoim majątkiem. Artyści podobno nie stąpają po ziemi – oni przenikają między rzeczywistością a fantazją, nie zawsze wiedząc, w którym świecie obecnie się znajdują. Ona była tego najlepszym przykładem.
– Mamo, mamo, słońce wychodzi, deszcz się skończył, idziemy na spacer. – Przez otwarte na oścież drzwi do pokoju wkroczyła marszem, sądząc po głosie, dziewczynka. Ale nie, to jednak kobieta, tylko pełna dziecięcej energii, która od razu zaczęła udzielać się Ludwice. Objęła dłońmi szyję matki, a jej pulchna buzia mocno przylgnęła do jej policzka. Cienkie oprawki okularów kobiety nieco wgniatały się w jej skronie, ale znosiła to dzielnie. Ogromna przyjemność z bliskości ponadpięćdziesięcioletniej córki była warta każdej ryski, którą te oprawki zrobiły na jej pomarszczonej skórze.
– Tu nie ma się nad czym zastanawiać. Szykujemy się. – przesylabizowała ostatnie zdanie, stopniowo uwalniając się z mocnego uścisku córki. – Przyprowadź wózek jak możesz, a ja wybiorę odpowiedni kapelusz. Przecież na, spacerze trzeba się odpowiednio prezentować, prawda, kochanie?
– Prawda, mamo. Moje spodnie są eleganckie?! – Emilia oderwała się od jej szyi i zaczęła kręcić w kółko. Nieporadnie naciągała i tak już rozwleczone dresy. Zatoczyła się, ale w ostatniej chwili zacisnęła palce na oparciu fotela. Zawroty głowy wywołały u niej gromki śmiech, a jej buzia stała się dwa razy bardziej okrągła niż wcześniej. Ukazała drobne ząbki w całej ich okazałości. Jej twarz tryskała radością, niczym po przejażdżce na karuzeli łańcuchowej w wesołym miasteczku.
– Uważaj, kochana, uważaj, bo zaraz się przewrócisz i nabijesz sobie guza – upominała ją wniebowzięta Ludwika.
Córka zniknęła za drzwiami i już po chwili usłyszeli skrzypnięcie, a potem dźwięk opon poruszających się po posadzce oznajmił, że córka błyskawicznie uporała się z wyznaczonym jej zadaniem. Ludwika ociężale, podpierając się laską, zrobiła kilka kroków. Jej wzrok powędrował za tarasowe drzwi. Nie była pewna, czy aby kapelusz nie zostanie zdmuchnięty z jej głowy, kiedy wyjdzie na zewnątrz. Wiatr poruszał ozdobną firaną, wpadając bezczelnie przez uchylone okno.
Ceniła sobie elegancję, niezależnie, czy chodziło o wyjście do kościoła, do teatru czy na spacer w kierunku stadniny. Ogród również zasługiwał na jej starania. Stylizacja miała wzbudzać zachwyt, niezależnie od miejsca. Jej podejście nie wynikało z próżności, ale z doświadczenia. Wiedziała, że reporterzy lubią nagabywać ją w najmniej odpowiednich momentach. Zdjęcia z jej udziałem, na których pojawiłaby się nieumalowana lub, co gorsza, z rozwianym włosem czy też w wygodnym, choć niezbyt schludnym dresie, trafiłyby na pierwsze strony gazet. Chociaż z drugiej strony, teraz to już mało kto się nią interesuje. O nowe role przecież nie zabiega, nie jest też już źródłem nowinek o namiętnych romansach. Zbyt banalne to życie, by ktoś czaił się za krzakami. Czyżby zatęskniła za tą atencją, którą tak hojnie kiedyś ją obdarzano? Niemożliwe, Ludwiko, niemożliwe, skarciła się za tą autofilię. Pogładziła naszyjnik z pereł, wyprostowała jedwabną bluzkę w miętowym kolorze, która komponowała się doskonale z wełnianą, brązową spódnicą. Emilia przecisnęła się przez drzwi z przygotowanym do spaceru wózkiem. W ręce trzymała ulubioną, białą kurtkę matki.
– O, bardzo ci dziękuję. Ty też ubierz się cieplej, bo z tym słońcem to nie jest nic pewnego. Ledwo przenika przez chmurki.
Córka nie traciła dziś czasu na słowne przepychanki. Odwróciła się zamaszyście i powędrowała bez słowa sprzeciwu po swoje okrycie.
Ludwika sięgnęła po jeden z kapeluszy. Brązowy, nieco cieplejszy, odruchowo przyłożyła do spódnicy. Stwierdziła, że jest idealny. Usiadła wygodnie na wózku, z jego poręczy zdjęła koc, który zawsze tam wisiał, przygotowany. Rozłożyła go na kolanach. Czekała cierpliwie na córkę i na ich wspólny spacer, który uwielbiała i to niezależnie od pogody. Codziennie pielęgnowały ten rytuał, dotleniając się przy tym solidnie. Była to też dobra okazja, by rozwiązać aktualne problemy i poruszyć najrozmaitsze tematy. Rozmowa z Emilią przypominała rondo, na którym nowy temat pojawiał się, jeszcze zanim ten pierwszy zdążył dojechać do końca zjazdu. Niedokończone myśli żyły własnym życiem, gdzieś w przestrzeni, czekając na swój czas.
Ma wyjątkową córkę, jej niepełnosprawność jest widoczna już przy pierwszym kontakcie i nie ma się co oszukiwać, nigdy z nią nie porozmawia jak z typową, zdroworozsądkową kobietą. Ciało dojrzałe, ale po ruchach, uśmiechu i usposobieniu doskonale widać, że to dziecko. Szczęśliwe dziecko, bo wiecznie uśmiechnięte i pogodne. Ma zawsze dużo do powiedzenia, ale ceni sobie mocno własną przestrzeń, odrębność i często zamyka się w swoim pokoju, w poszukiwaniu ciszy i spokoju. Jej pasją są zioła, rośliny, robaczki. Jest zafascynowana przyrodą i wszelkimi formami życia w ogrodzie.
Gdy jej córka była dzieckiem, Ludwika zawsze się zastanawiała, jak daleko jej umysł się posunie, jak się rozwinie, do jakiego momentu. Lekarze oczywiście mówili, że jej umysł będzie równy umysłowi kilkuletniego dziecka, że trudno będzie jej się nauczyć czytać, pisać i że to niemożliwe, by pojęła matematykę. A jednak, Emilia umie i czytać, i pisać, i rozwiązywać proste działania matematyczne. Już od najmłodszych lat Ludwika posyłała ją na wszelkie możliwe zajęcia terapeutyczne: muzykoterapię, dogoterapię i hipoterapię, którą akurat odbywa zaraz przed domem. Przyjeżdża do niej dwa razy w tygodniu przemiła instruktorka. To dla córki rozpoczęła hodowlę koni, które miały wspierać jej rozwój ruchowy i emocjonalny, a okazały się bardzo dochodowym interesem. Jednak największy wkład w jej rozwój wniósł prywatny ośrodek dla osób z niepełnosprawnością intelektualną, do którego Emilia uwielbia uczęszczać. Ludwika uczyniła wszystko, co tylko możliwe, by jej dziecko było szczęśliwe ze swoim deficytem rozwoju, którego się nie leczy, a który po prostu należy zaakceptować. Nauczyła się cieszyć każdym dniem, nieokiełznaną radością córki i postępami, jakie czyniła.
Emilia mocowała się w progu pokoju z rękawem pikowanej parki. Gdy sprostała wyzwaniu, zapięła kurtkę aż po samą szyję. Gotowa do spaceru, szybkim krokiem podeszła do wózka i popchnęła go. Z ręczną pomocą Ludwiki, uruchomiły spore koła. Wyjechały na taras, z którego łukowaty podjazd poprowadził je wprost na żwirową, beżową alejkę w ogrodzie. Przy tych manewrach na pochyłościach obie poweselały, bo wózek z impetem wchodził w zakręty. Ludwice od razu ubyło kilkadziesiąt lat. Postrzeganie każdego drobiazgu z perspektywy córki dawało jej wiarę w lepszy świat. Emilia zatrzymywała się przy każdym krzaczku, a napotkany pełzający robaczek musiał przejść dokładne oględziny. Czasem zdarzało się, że któryś dostępował zaszczytu i wskakiwał do słoika, a potem, w pokoju, był uważnie obserwowany i sumiennie karmiony. Kobieta posiadała sporą kolekcję książek przyrodniczych. Pod wpływem tych publikacji opisywała szczegółowo w zeszytach i nazywała wszystkie motyle, owady, żuczki, gąsienice. Wiedziała, czy są pożyteczne i co się nimi żywi. To było zdecydowanie jej hobby, zajęcie, które wywoływało u niej wypieki na twarzy. Potrafiła spędzać po kilka godzin w pokoju, przeglądając dzienniki, które sama stworzyła. Imponująca kolekcja klaserów z twardymi kartami, przedzielonymi folią, ozdabiała jej regały. Sama zrywała do nich rośliny w ogrodzie i na okolicznych łąkach. Z tych ususzonych robiła różne mikstury, szczególnie herbatki dedykowane poszczególnym dolegliwościom, miała do tego dar. Ludwika w trakcie każdego ze spacerów zdobywała sporą wiedzę od córki, a jej spostrzeżenia budziły w niej dumę.
Gdy oddaliły się od podjazdu, usłyszały krzyk zestresowanego Alojzego. Machał do nich ręką. Emilia na chwilę zatrzymała wózek.
– Wujek chyba coś chce.
– To na którą mam ich zaprosić na ten obiad!? – wykrzyczał z wyraźnym wyrzutem.
– Może być na piętnastą! Zaproś wszystkich i dodaj, że obecność obowiązkowa! – rzuciła jeszcze przez ramię, dając znak córce, żeby jechać dalej.
Alojzy spochmurniał. Nie był zadowolony z tego, że za chwilę będzie musiał wykonać kilka telefonów do rodziny Ludwiki. Miał zaprosić ich na wyjątkowy obiad, który ta sobie wymyśliła, pewnie w czasie jednej ze swoich bezsennych nocy. I nie chodziło tu o przyjacielskie spotkanie rodzinne, które ma zacieśnić więzy, a wręcz przeciwnie. Alojzy przewidywał, że ten obiad nie odbędzie się w życzliwej atmosferze. Zamiast tego, mając na uwadze wiek Ludwiki, czyhający na jej majątek członkowie rodziny będą sobie skakać do gardeł.
Odradzał jej takie rozwiązanie, ale oczywiście jego zdanie w tej kwestii się nie liczyło. Postanowił poczekać, aż sytuacja się rozwinie, a Ludwika sama przyjdzie do niego z prośbą o pomoc – był pewien, że to właśnie zrobi. To oczywiste, że żadne z nich nie zasługuje na jej majątek. Żadne z nich nie pomagało jej nigdy, nie czuwało przy niej i nie dzwoniło, żeby zapytać o jej zdrowie. To on towarzyszył jej na każdym etapie życia, podawał pomocną dłoń po kończących się związkach, małżeństwach czy kłopotach z Emilią, a teraz ona szuka spadkobiercy majątku wśród tych darmozjadów. Niedoczekanie. Żadne z nich nie zasługuje na ten majątek!
Zza zamkniętych werandowych drzwi odprowadzał wzrokiem podskakującą Emilię, która pchała wózek. Wywoływała w nim współczucie, ale i niesmak. Irytowało go, gdy Ludwika w jej towarzystwie również nabywała cech dziecka. Żałosne i śmieszne. Takie zachowanie nie przystoi znanej aktorce, co prawda już na emeryturze, ale jednak wielokrotnie nagradzanej, sławnej i ze sporym majątkiem. Gdyby ktoś teraz zrobił jej zdjęcia i posłał do gazet, nie byłoby jej do śmiechu. Ale co tam, przecież Ludwika wie lepiej, jak zawsze. Tylko że on potem to wszystko odkręca, naprostowuje, odpisuje gazetom, wydaje oświadczenia, udziela wywiadów, grozi sądem, pozwem. Nie ona, a on, bo to jego zadanie. A jej rola sprowadza się do utrudniania mu życia.
Odwrócił się na pięcie i leniwym krokiem skierował na schody prowadzące do gabinetu. Czas zaprosić tę hołotę do rezydencji. Myśl o kilku kurtuazyjnych rozmowach frustrowała go. Miał nadzieję, że Ludwika szybko się przekona, że jej pomysł był błędem. Wtedy przystanie na jego rozwiązanie, na jedyną, słuszną propozycję.
– Emilio, uważaj, bo kolce.
– Uważam. Kolce są bardzo potrzebne, roślina może się bronić, nikt jej przynajmniej nie zje – obwieściła matce z miną Kaczora Donalda i wycofała się z krzaków. – A ja umiem sobie z nią radzić i nawet kolca umiem wyciągnąć. Kiedyś już to robiłam, wiesz?
Ludwika poważnie pokiwała głową, dając do zrozumienia, że to dla niej oczywiste.
– A jak było dziś na warsztatach plastycznych?
– Miło. Robiliśmy sztuczne wianki. Tam to się dopiero pokłułam. Tomek podawał mi kwiatki, ja je dopinałam i później jemu pomogłam zrobić. Uczyłam go, a potem przyszedł Kamil i zniszczył mi dekoracje z róż. Powiedziałam pani Eli i odesłała go do jego stolika.
– To niedobrze, on źle się zachował.
– Tak, nie można nikomu nic niszczyć, prawda?
– Prawda.
– Pani mówiła, że będzie do ciebie dzwonić, mamy mieć zabawę.
– O, to fantastycznie.
– Mam iść?
– Jeśli tylko masz ochotę, to oczywiście.
– Nie wiem, czy mam ochotę. Tam będzie dużo ludzi i chłopaków i może być dziwnie. – Emilia skrzywiła się jak ktoś, kto właśnie wziął do ust plasterek cytryny.
– A lubisz ich?
– Kilku lubię, no i Tomek będzie.
– To sądzę, że powinnaś iść. Jak ci się przestanie podobać, to pamiętaj, że możesz zawsze wrócić do domu.
– Dobrze, to pójdę – po tym zapewnieniu zgodziła się bardzo szybko.
– No, to trzeba pomyśleć, w co się ubierzesz na taką zabawę. Jakaś sukienka może, co, Emilio? Pojedziemy na zakupy do galerii?
– Niebieska.
– Niebieska?
– Sukienka ma być niebieska.
– Świetnie, to już wiemy, czego szukać. Do tego jakieś pantofle i może jakieś korale albo biżuteria, a może cię troszkę umaluję, co? Chociaż moja ręka już nie jest taka sprawna... ale wiem, kto może nam w tym pomóc.
– Ja też wiem. Sonia! – zawołała rozradowana Emilia.
– Tak. Też o niej pomyślałam. No to pięknie, mamy ustalone. Tylko trzeba w ten nasz plan jeszcze wtajemniczyć Sonię.
Emilia odwróciła się gwałtownie od krzaka i rzuciła się na Ludwikę, po czym przytuliła ją do siebie mocno, za mocno. Ta ucałowała ją w czubek głowy troskliwie, jednocześnie nieco poluzowując uścisk pełen nadmiernej czułości. Ciepło jej się zrobiło na sercu, córka zawsze wzbudzała w niej mnóstwo emocji, w tym wzruszenie.
– Masz piękny umysł, kochanie, piękny. – Emilia przylgnęła do jej ramienia.
Ciągle zastanawiała się, ile jej córka rozumie, ile wie, i za każdym razem była zaskoczona, jak dużo. Zdarzało się Emilii przysłuchiwać rozmowom o poważnych sprawach, takich jak polityka, finanse czy wydarzenia rodzinne, i potem okazywało się, że bardzo dobrze wyłapała esencję całej sytuacji. Ale też często przekręcała, przeinaczała. Jednak przy spokojnym dialogu potrafiła bardzo zaskoczyć swoją mądrością i wnioskami, które wysnuwała z obserwacji otoczenia.
Nigdy nie wiedziała, do jakiego stopnia umysł córki jest rozwinięty w danej kwestii. Niektóre fakty przyjmowała jak pięciolatka, ale zdarzyło się już kilka razy, że zrozumiała rzeczy, które mogą zrozumieć tylko dorosłe osoby. Umysł ludzki jest nieodgadniony i żaden lekarz nie był w stanie powiedzieć, jak będzie przebiegał jej rozwój. Ona, jako matka, zrobiła wszystko, by córka miała dostęp do każdej możliwej terapii i każdej możliwej metody, które pozwolą jej się rozwijać oraz usamodzielnić się, przynajmniej na tyle, by jak najrzadziej była zmuszona korzystać z pomocy innych. Zarabiała na to przez całe życie, będąc aktorką. Spędzała poza domem wiele godzin, ale gdy tylko wracała, to czas, który spędzała z córką, był bardzo intensywny i wartościowy – wtedy całe dnie cieszyły się wspólnymi momentami.
Od samego początku zaakceptowała niepełnosprawność dziecka i to dało jej poczucie ogromnej ulgi i szczęścia. A co najważniejsze, tę radość ze spędzania wspólnego czasu dzielą ze sobą do tej pory. Która matka może się pochwalić tym, że ma w domu wieczne dziecko? Nie od dziś wiadomo, że od tego się młodnieje – zabaw, rozmów o bajkach, śpiewania piosenek, tańczenia w deszczu lub choćby szykowania się na zabawę. Inne matki mają to tylko przez chwilę. Ona ma tak cały czas i umie się tym cieszyć, bo to nadaje jej życiu sens. Tak wielu partnerów życiowych pokochała, a potem smutek i rozłąka z nimi pozostawiała w niej pustkę. Emilia była przy niej. Była, jest i będzie zawsze, do końca jej dni, i dlatego organizuje obiad rodzinny. Ogłosi coś ważnego. Jej czas na ziemi dobiega końca, niedługo będzie patrzeć na nich z góry. Takie koleje losu i żadne pieniądze tego nie zmienią. A szkoda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
