50,00 zł
Nowa seria Lynette Noni, autorki bestsellerowej trylogii The Prison Healer
Nad Aravell nadciąga zabójcza czarna mgła, a miasto terroryzują grabieżcy magii. Siedemnastoletnia Viridia Solace robi wszystko, by powstrzymać złodziei nadprzyrodzonych mocy i dopaść bezwzględnego kapłana odpowiedzialnego za śmierć jej rodziców. Pewnego dnia Viri dostrzega szansę na ocalenie miasta i upragnioną zemstę, musi jedynie przystać na pewien układ. Każda umowa ma jednak swoją cenę – zwłaszcza gdy w grę wchodzi głęboko skrywany sekret i… niespodziewane uczucia.
„Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy kochają fantasy”.
Rebecca Yarros, autorka bestselleru Fourth Wing. Czwarte skrzydło
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 580
Tytuł oryginału SHADOW REAPER
Copyright © 2026 by Lynette Noni Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Ilustracja na okładceCasey Moses
Zdjęcia na okładceKseniia Vladimirovna/Shutterstock.comPim/stock.adobe.com | Andrey Kuzmin/stock.adobe.com
Mapa © 2026by Francesca Baerald
Opracowanie polskiej wersji okładki, mapy, skład i łamanie Radosław Stępniak
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-68625-08-0
2026.1
Must Read jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, nabywasz książki legalnie i nie udostępniasz ich publicznie, np. w Internecie. Dziękujemy za to, że w ten sposób wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki..
DLA JEN AZANTIAN
Ta książka nie powstałaby,gdyby nie Twoja troskliwa opieka.
Dziękuję, że jesteśmoją agentką,przyjaciółkąi wybawieniem.
Eliksen: inna nazwa magii.
Święte Strugi: trzy źródła czystej magii, dostarczające światu eliksen.
Czarna mgła: zabójcza mgła, która spowija wyspę Elverdine.
Obeliski: cztery obsydianowe monumenty ochronne, które tłumią moc Świętej Strugi i chronią miasto Aravell przed czarną mgłą.
Bariera eliksenowa: magiczna zapora ochronna.
Przekazanie: uroczystość organizowana na czternaste urodziny lub wcześniej w celu udostępnienia magii młodego człowieka obeliskom strzegącym miasta.
Wypalenie: bolesna śmierć lub życie w otępieniu wynikające z nagromadzenia niestabilnego eliksenu.
Grabieżca: złodziej eliksenu. Wszyscy grabieżcy charakteryzują się wyczulonymi zmysłami, są wyjątkowo szybcy i silni, błyskawicznie zdrowieją i żyją długo za sprawą zrabowanej magii.
Łowca: osoba, która poluje na grabieżców. Wszyscy łowcymają magiczny znak wytatuowany na spodzie dłoni – trzy splecione pierścienie symbolizujące obronę, honor i służbę. Znaki przypominają łowcom o złożonej przysiędze i rozgrzewają się w pobliżu grabieżców.
Płytnik: (większość ludzi) osoba z niewielkim zasobem eliksenu. Jego mała ilość nie pozwala większości płytników zajmować się magią.
Mag: (rzadkość) osoba z dużymi zasobami eliksenu, które umożliwiają jej dokonywanie nadzwyczajnych magicznych czynów. Większość magów wybiera sobie specjalizację, w której się doskonali, stąd takie nazwy jak mag alchemik, mag astralny, mag uzdrowiciel, mag kreator, mag zaklinacz i wiele innych.
Pradawni magowie: magowie, którzy żyli przed wiekami.
Starsi: nieśmiertelni magowie uważani za bóstwa. Inaczej: „bogowie minionych czasów”.
Minęła północ i w slumsach Aravell panowała niepokojąca cisza.
Większość ludzi wolała nie ryzykować wychodzenia z domu. Strażnicy Nox Custodia słynęli z pomysłowego i surowego karania każdego, kto dał się złapać podczas ciszy nocnej, ale siedemnastoletnia Viridia Solace nie niepokoiła się noksami. Wiedziała, że dadzą jej spokój, kiedy tylko dostrzegą insygnia na jej szkarłatnej pelerynie. Była skupiona na tym, co czaiło się w cieniu – a raczej kto czaił się w cieniu.
Jej zwierzyna.
To z tego powodu Viri przemierzała opustoszałe ulice o tak późnej porze, kiedy mało kto ośmielał się wystawić nos za uszczelnione drzwi. Na zewnątrz przemykali się wyłącznie najbardziej zdesperowani obywatele i najniebezpieczniejsi kryminaliści.
Viri szybko mijała kolejne ulice. W pewnym momencie zerknęła na ziemię i w ostatniej chwili dostrzegła blask księżyca w kałuży na kocich łbach. Przeszło jej przez myśl, że to wymioty, mocz lub coś równie obrzydliwego. Może jedno, drugie i trzecie, na co wskazywał paskudny fetor. Od lat polowała na grabieżców magii, zapuszczając się głęboko w slumsy, ale nadal nie przywykła do smrodu rozkładu, niemytych ciał i wezbranych ścieków. Czasami nachodziła ją obawa, że będzie się tak długo szorować, aż zedrze z siebie skórę, a mimo to na zawsze zostanie brudna.
Wzdrygnęła się na myśl o wyimaginowanych ranach na stopach i zamarła na zapuszczonym skrzyżowaniu. Zastanawiała się, w którą stronę iść: na zachód, ku jezioru Mirtis, czy na wschód, gdzie u stóp góry Tribus rozpościerało się górne miasto. Zmrużyła oczy, żeby się skoncentrować, a w następnej chwili poczuła ciepło na dłoni i wewnętrzna siła pchnęła ją na zachód.
Zapuściła się głębiej w mrok i coraz bardziej przyśpieszała kroku, bo znak łowcy wytatuowany na jej dłoni nieprzerwanie się rozgrzewał, kierując ją w stronę zwierzyny. Przedstawiał trzy splecione pierścienie symbolizujące obronę, honor oraz służbę, i nawiązywał do słów przysięgi, którą złożyła, gdy pasowano ją na pełnoprawną łowczynię grabieżców magii. Większość nowicjuszy kończyła szkolenie w wieku osiemnastu lat, ale Viri otrzymała znak rok temu, jako szesnastolatka. Mentorka dostrzegła w niej cudowne dziecko, choć tak naprawdę Viri była tylko wyjątkowo zmotywowana i pragnęła, żeby każdy grabieżca bez wyjątku dostał to, na co zasłużył.
Niespodziewana wrzawa gdzieś w oddali sprawiła, że Viri czujnie nadstawiła uszu i ściągnęła brwi, ale mimo to szła dalej, nie zwalniając kroku. Znajdowała się niebezpiecznie blisko jeziora Mirtis, a za nabrzeżnym Obeliskiem Zachodnim czaiło się zło. Ochronna moc monumentu była dość słaba w głębi slumsów i dlatego roztropni mieszkańcy powierzchni woleli nocą siedzieć w domu, obawiając się czarnej mgły bardziej niż strażników Nox Custodia. Starannie uszczelnione drzwi broniły ludzi przed smugami czarnych oparów i śmiercią w boleściach, która czekała każdego, kto się z nimi zetknął.
Strzegące miasta cztery obeliski za dnia przeganiały mgłę na obrzeżach Elverdine, która niczym zabójcza chmura zasnuwała lasy i nadmorskie klify. Dzięki temu obywatele Aravell żyli normalnie i względnie bezpiecznie, ale wieczorami zrywał się wiatr znad morza i nawet obeliski nie potrafiły zapobiec przenikaniu wyziewów w głąb lądu. Z tej przyczyny większość Aravellian mieszkała w górach lub pod powierzchnią ziemi w dolnym mieście.
Viri, jak każda zdrowa na umyśle osoba, całkiem zasadnie obawiała się czarnej mgły, więc pragnęła jak najszybciej zakończyć polowanie i wrócić pod ziemię.
Znak na jej dłoni nagle rozgrzał się boleśnie, co oznaczało, że cel był blisko. Parę kroków dalej skręciła za zrujnowanym budynkiem i ujrzała źródło wrzawy. Hałas dobiegał z karczmy tak zaniedbanej, że w każdej chwili groziło jej zawalenie.
Viri przez moment stała nieruchomo na środku cuchnącej ulicy, zastanawiając się, dlaczego ci bezmyślni ludzie nie boją się ani mgły, ani noksów. W końcu pokręciła głową i pomaszerowała naprzód, gotowa doprowadzić sprawę do końca. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, mogłaby liczyć na kilka godzin snu przed świtem.
Do karczmy Pod Dziurawą Baryłą – nazwę wypisano na połamanym szyldzie nad drzwiami – prowadziło obskurne, obłupane wejście. Mijając próg, Viri ponownie zdumiała się hałaśliwą biesiadą. W dolnym mieście i w głębi gór ludzie nagminnie balowali o późnych porach, bo nie obowiązywała cisza nocna, więc dniem i nocą mieszkańcy robili, co tylko chcieli. Takie zachowania na powierzchni należały do rzadkości, gdyż samo oddychanie powietrzem po zmroku niejednokrotnie kończyło się śmiercią.
Przekrzykujący się i ryczący ze śmiechu klienci karczmy Pod Dziurawą Baryłą wydawali się nieświadomi zagrożenia. Viri zakręciło się w nosie od kwaśnej woni rozlanego piwa i spoconych ciał, kiedy przeciskała się przez tłum. Znak na dłoni wciąż ją parzył, co oznaczało, że grabieżca znajdował się w pomieszczeniu, a na dodatek właśnie odsysał eliksen.
Viri lepiej niż inni wyczuwała obecność magii w powietrzu i między innymi dlatego szybko awansowano ją na łowczynię. Ta zdolność wielokrotnie pomagała jej w licznych starciach z grabieżcami, jednak nie umożliwiała ich precyzyjnego wskazania. Viri wiedziała jednak, że grabieżcy nigdy nie poddają się bez walki, a ten w pobliżu już żerował, więc koniec jego ofiary był bliski.
Ze zniecierpliwieniem podeszła do karczmarza w średnim wieku, serwującego trunki za brudnym barem, i skinęła ręką.
– Co podać? – spytał szorstko i szybko nalał trzy piwa, jedno po drugim. Piana chlusnęła na blat, kiedy pchnął kufle w kierunku ożywionych klientów.
Viri postukała palcem w znak wyhaftowany na szkarłatnej pelerynie – okrągły symbol łowcy, połyskujący srebrem na piersi.
– Szukam... – zaczęła.
– Nie życzę sobie kłopotów – przerwał jej nerwowo karczmarz, taksując wzrokiem jej typowe dla łowcy ubranie z czarnej skóry, niezwykłe lawendowe oczy i splecione w warkocz rude włosy przetykane zaskakująco srebrzystymi pasemkami. – Wszystko mi jedno, czego czy kogo szukasz – burknął. – Nic tu nie znajdziesz.
Palący ból na dłoni Viri zaprzeczał jego słowom. Ponownie rozejrzała się po wnętrzu, ale dostrzegła jedynie rozbawionych biesiadników. Nie widziała żadnych oznak magii ani tym bardziej śmierci.
– Czy dzisiejszej nocy zauważył pan coś nietypowego? – drążyła. – Jakieś nieznane twarze albo...
– Już mówiłem – przerwał jej i pchnął kufel, posyłając go ślizgiem na drugi koniec blatu. Na wytartym drewnie pozostał długi ślad po rozlanym piwie. – Nie masz tu czego szukać. Zabieraj swój łowiecki interes gdzie indziej.
Gdy mówił, dostrzegła kroplę potu spływającą po jego skroni na poorany zmarszczkami policzek. Karczmarz niespokojnie patrzył na Viri, po czym się odsunął i trzęsącymi się rękami zaczął napełniać kolejne kufle. W końcu lekko uniósł głowę i kiwnął nią w kierunku niedomkniętych drzwi daleko w kącie sali.
Viri również prawie niezauważalnie skinęła głową i ruszyła we wskazane miejsce. Podeszwy kleiły jej się do podłogi, kiedy lawirowała wśród hałaśliwych pijaków – wielu z nich oddalało się chwiejnym krokiem na widok jej peleryny – podchodząc do poplamionych alkoholem drzwi.
Ostrożnie zajrzała przez szczelinę. Dostrzegła rozklekotane schody prowadzące w dół, częściowo ukryte w mroku, i zacisnęła usta. Wystarczyłoby najcichsze skrzypnięcie starej podłogi, by uprzedzić napastnika. Nagły atak żaru na dłoni sprawił jednak, że zrezygnowała z ostrożności i rzuciła się biegiem do zatęchłej piwnicy. W świetle zimnych pochodni ujrzała stosy beczek, skrzyń i szklanych butli, lecz jej spojrzenie powędrowało do dwóch drobnych sylwetek pod ścianą z tyłu i potężnego mężczyzny, który szedł prosto ku nim. Dostrzegła też zwłoki na podłodze i zrozumiała, że napastnik moment wcześniej pozbawił życia chłopca, najwyżej dwunastoletniego, który leżał teraz całkiem nieruchomo z zamkniętymi oczami.
Spóźniła się. Tego dziecka już nie dało się uratować, ale nadal miała szansę ocalić dwoje pozostałych, dziewczynkę i chłopca. Kulili się razem, a strach na ich mokrych od łez twarzach świadczył o tym, że doskonale wiedzieli, z jakim potworem mają do czynienia.
Jeszcze nie zauważyli Viri, lecz grabieżca zamarł i odwrócił głowę, a na jego wargach wykwitł szyderczy uśmiech. Dzięki jasnym włosom i niebieskim oczom mógłby uchodzić za przystojnego, gdyby nie emanował skoncentrowaną świeżą magią. Moc, którą odebrał nieszczęsnemu dziecku, objawiała się w postaci agresywnej czerni wzdłuż żył jego dłoni i nagich przedramion. Takie ciemne żyły, widoczne jedynie dla łowców i grabieżców, pozostawały na skórze aż do osłabnięcia ukradzionej mocy i były oczywistym dowodem paskudnych zbrodni. Tym razem grabieżca miał za nie zapłacić.
Zrobił krok w kierunku Viri i jeszcze szerzej rozciągnął usta w uśmiechu. Jego oczy zalśniły, gdy delektował się magią przetaczającą się przez jego ciało. Jej ilość różniła się w zależności od dziecka, ale zawsze wystarczała, żeby zapewnić grabieżcy większą prędkość i siłę, uwrażliwić zmysły i przyśpieszyć zdrowienie. W niektórych wypadkach eliksen przedłużał im życie o całe lata.
Te lata były owocem kradzieży.
Viri zawsze dręczyły wyrzuty sumienia, kiedy nie udawało jej się uratować ofiary mordercy. Wiedziała jednak, że tej nocy już nikt nie umrze i nie będzie musiała opłakiwać żadnego innego dziecka. Musiała tylko wymierzyć sprawiedliwość, a pewnego dnia się zemścić.
W tym momencie, tuż po odessaniu eliksenu, grabieżca był wyjątkowo silny i szybki, więc Viri nie miała co marzyć, że uda jej się stawić mu czoło. Dlatego postanowiła zaatakować pierwsza i w ten sposób zyskać przewagę. Bez wahania rzuciła się naprzód, jednocześnie rozwijając złoty postronek filium z nadgarstka i wyrzucając go przed siebie, tak jakby strzelała z bicza. Broń ze świstem przecięła powietrze i sięgnęłaby precyzyjnie celu, gdyby grabieżca w ostatniej chwili nie odskoczył. Jego szara peleryna załopotała, a kiedy wpadł na półkę, rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Viri błyskawicznieponowiła atak, a grabieżca raz jeszcze rzucił się w bok i ponownie rozbił szklane butle. Tym razem szybciej doszedł do siebie i nacierając na Viri, wyciągnął do niej ręce pokryte czarnymi żyłami, jakby chciał ją udusić.
Nie zamierzała mu na to pozwolić. Zawirowała i odskoczyła, a potem zamachnęła się i posłała filium nisko, prosto na kostki napastnika, żeby spowolnić jego natarcie. Powtórzyła ten manewr jeszcze dwukrotnie, ale za każdym razem uchylał się dzięki magicznemu przyśpieszeniu reakcji.
Nagle znalazł się bezpośrednio przed Viri i wyprowadził cios pięścią prosto w jej twarz. Zrobił to tak błyskawicznie, że jego ręka niemal rozmyła się w powietrzu, ale dzięki wieloletniemu szkoleniu Viri instynktownie się odchyliła, dzięki czemu jej kość policzkowa pozostała w jednym kawałku. Mimo to zdołał musnąć ją kłykciami i głośno syknęła, kiedy pierścień na jego środkowym palcu rozorał jej skórę. Krew momentalnie popłynęła z rany, lecz Viri zignorowała ból i ukryła się za drewnianą beczką, żeby zyskać przestrzeń i ponownie zaatakować.
Jej przeciwnik nie był głupi. Wiedział, co się z nim stanie, jeśli choć raz dotknie filium, ale miał również świadomość, że ta broń źle się sprawdza na krótkim dystansie. Dlatego natarł bez namysłu, raz jeszcze usiłując wymierzyć cios pięścią, a Viri się odchyliła i znowu zawirowała. Ułamek sekundy później usłyszała ostrzegawczy krzyk dzieci – w blasku zimnych pochodni zalśnił sztylet, a napastnik rzucił się na nią z niewiarygodną szybkością.
Viri polowała już od dawna, więc zetknęła się z wieloma rodzajami grabieżców magii. Część z nich udawało jej się pojmać bez większego trudu, w szczególności tych nieobeznanych z odsysaniem, którzy jeszcze nie przywykli do swoich wspomaganych eliksenem zdolności. To samo odnosiło się do grabieżców uzależnionych od euforii, która ich ogarniała pod wpływem dużej dawki magii. Oszołomieni, nawet nie próbowali stawiać oporu podczas aresztowania.
Mężczyzna walczący z Viri nie był ani nowicjuszem, ani ćpunem. Z całą pewnością wiedział, jak korzystać z ukradzionej magii i był bardzo sprawny fizycznie, a przez to niebezpieczny.
Nie mógł jednak równać się z Viri.
Zauważyła sztylet zaraz po wejściu do piwnicy i nie wątpiła, że przeciwnik prędzej czy później zechce zrobić z niego użytek. Spodziewała się tego.
Widząc uśmieszek na jego ustach i triumfalny wzrok, kiedy nacierał ze sztyletem w ręce, zrozumiała, że jest taki sam jak inni – jego nadmierna pewność siebie sprawiła, że jej nie docenił. Wszyscy zakładali, że jest uzbrojona wyłącznie w filium, a przynajmniej nie ma innej broni, która mogłaby im zagrozić. Grabieżca, z którym teraz walczyła, tak bardzo skupił się na metalowej lince, że nie zauważył, jak Viri wyjmuje z peleryny fiolkę i kciukiem podważa zatyczkę.
Dostrzegł za to chmurę srebrnego pyłu, którym dmuchnęła mu prosto w twarz. Wytrzeszczył oczy, kiedy temperproch przejął nad nim kontrolę i skutecznie go unieruchomił. Grabieżca zamarł z ostrym sztyletem uniesionym w powietrzu tuż przy Viri.
Szybki rzut oka w dół wystarczył, żeby zrozumiała, że otarła się o śmierć. Czubek sztyletu niemal zatonął w jej brzuchu, ale nie traciła czasu na wyobrażanie sobie, co by się stało, gdyby eksperymentalny i całkowicie nielegalny proszek nie zadziałał. Nie delektowała się też triumfem. Grabieżca znieruchomiał, lecz podejrzewała, że w jego żyłach krążyło tyle eliksenu, że temperproch lada moment przestanie działać. Pośpiesznie wytrąciła broń z rąk aresztowanego i końcem filium skrępowała mu przeguby. W tym momencie stracił całą moc i nie miał szansy na jej odzyskanie, dopóki złoty postronek dotykał jego skóry. Magia, z której dotąd korzystał, teraz pozbawiała go energii, przeciwdziałając skutkom działania filium. Był słaby i bezbronny, całkowicie zdany na łaskę i niełaskę Viri.
Zrobiła krok do tyłu i w tej samej chwili temperproch całkowicie się ulotnił, a grabieżca ruszył chwiejnie naprzód, żeby nie upaść. O dalszej walce nie było mowy.
– Coś ty mi zrobiła? – wychrypiał i zakołysał się jak pijak, z trudem utrzymując równowagę.
Nie była pewna, czy pyta o filium, czy o temperproch, więc zignorowała jego słowa i oświadczyła:
– W imieniu gildii łowców informuję cię, że zostałeś aresztowany pod zarzutem nielegalnego odsysania eliksenu i popełnienia związanych z tym najcięższych przestępstw.
– Jestem niewinny. – Niewątpliwie chciał, żeby jego słowa zabrzmiały buńczucznie, ale szybko opadał z sił, więc mówił bełkotliwie.
Viri z powątpiewaniem uniosła brew i zerknęła na porzucone zwłoki chłopca. Jednocześnie przypomniała sobie o dwójce dzieci, które z szeroko otwartymi oczami obserwowały pojedynek. Na ich twarzach malował się strach przemieszany z nieśmiałą nadzieją.
– Nie waż się drgnąć – przykazała zatrzymanemu i ruszyła do dzieci.
– Nie będziesz mi rozkazywać – warknął.
Próbował się na nią rzucić, ale zahaczył nogą o jedną z beczek, które poprzewracali, i z jękiem padł jak długi na zasłaną kurzem i potłuczonym szkłem podłogę.
W innych okolicznościach Viri byłaby zachwycona jego stanem, zwłaszcza że przed chwilą usiłował wypruć jej flaki, ale za sprawą filium szybko opadał z sił i wkrótce miał zemdleć. Doskonale znała swoją broń, lecz jej skuteczność nadal ją zaskakiwała. Nieprzytomny zatrzymany zazwyczaj ją cieszył, teraz jednak nie miała najmniejszej ochoty wlec ciężkiego mężczyzny aż do lochów, więc należało szybko go stąd zabrać.
– Któreś z was jest ranne? – zwróciła się do dzieci.
Podeszła do nich, krzywiąc się, kiedy okruchy szkła zachrzęściły jej pod stopami. Nie wypuszczała z ręki filium, którego drugi koniec nadal krępował klnącego jak szewc grabieżcę. Usiłował się podźwignąć, ale nogi uginały się pod nim i już nikomu nie zagrażał.
Dzieci pokręciły głowami i wstały, obejmując się drżącymi rękami.
Viri musiała głęboko oddychać, żeby stłumić wściekłość. Dzieci przeżyły koszmar i zdawały sobie sprawę z tego, co im groziło. Na ich oczach zginęło inne dziecko.
Powiedziała sobie, że sprawiedliwości stanie się zadość i grabieżca odpowie za swoje zbrodnie. Dopadła go, więc miał zostać osądzony, podobnie jak wszyscy inni, których obiecała sobie schwytać na wyspie Elverdine.
– Krew ci leci – wyszeptała dziewczynka i wyciągnęła palec ku jej twarzy.
Viri zupełnie zapomniała o ranie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że jej policzek boleśnie pulsuje w miejscu skaleczenia.
– Dam sobie radę, tylko mnie zadrapał. – Zerknęła na grabieżcę, który w końcu zdołał się wyprostować, a potem znowu spojrzała na dzieci. – Bez obaw, on już nigdy nikogo nie skrzywdzi.
Ich wzrok momentalnie powędrował ku zwłokom, a Viri zrugała się w myślach za niedelikatność.
– Wiecie, kto to? – spytała łagodnie.
Odetchnęła z ulgą, gdy znowu pokręciły głowami. Śmierć była tragedią, ale przynajmniej nie znały martwego chłopca, co oszczędzało im jeszcze większej traumy.
– Chodźcie, zabieramy się stąd.
Chciała jak najszybciej wyprowadzić je z ciasnej piwnicy, więc energicznie pokierowała je schodami na górę, jednocześnie szarpiąc filium, żeby otumaniony grabieżca nie zostawał z tyłu. Gdy trafili do hałaśliwej karczmy, musieli przecisnąć się przez tłum i dotrzeć do baru. Karczmarz jak przedtem nalewał trunki, lecz na widok Viri i towarzyszących jej osób zamarł. Na przemian otwierał i zamykał usta, co jej wcale nie zdziwiło. Rzadko, zbyt rzadko się zdarzało, żeby ktoś przetrwał napaść grabieżcy.
– Jak daleko stąd jest najbliższy teleportal? – wrzasnęła, żeby karczmarz ją usłyszał.
– Przecznicę dalej! – odkrzyknął, gdy otrząsnął się z szoku. – Blisko jeziora.
Viri skrzywiła się z niechęcią. Wolałaby nie zbliżać się do granic terenu pod ochroną obelisków, lecz alternatywą było prowadzenie słabnącego w oczach grabieżcy długą drogą przez górne miasto. Musiała zaryzykować.
– To za bałagan w piwnicy. – Położyła złotą monetę na blacie. – Jest tu kuchnia? – Gdy skinął głową, dołożyła jeszcze trzy monety i wskazała na dzieci. – Przydałoby im się coś ciepłego do jedzenia. Zaopiekuj się nimi do przyjazdu noksów. Strażnicy spiszą zeznania i zabiorą dzieci do domu.
Nawet jeśli karczmarzowi nie podobała się perspektywa wizyty straży miejskiej, schował złoto do kieszeni i tylko mruknął coś na znak zgody. Nie wspomniała o trzecim dziecku, gdyż strażnicy z Nox Custodia i tak musieli przyjechać po zwłoki oraz zawiadomić rodzinę.
– Nic wam tu nie grozi. – Uśmiechnęła się do dzieci. – Wkrótce zjawią się noksi.
Wolałaby ich nie zostawiać po tym, przez co przeszły. Kiedy udawało się jej kogoś uratować, zawsze pragnęła być blisko niego i zapewnić mu wsparcie, ale te dzieci uważały ją za obcą osobę. Wiedziała, że bardziej im się przysłuży, jeśli teraz wyjdzie i zawiadomi strażników.
– Byłyście bardzo dzielne – dodała łagodnie i wolną ręką uścisnęła ich trzęsące się ramiona. – Jeśli w najbliższych dniach nadal będziecie myśleć o tym, co tu się stało, pamiętajcie o swojej odwadze.
Niepewnie skinęły głowami, a wtedy Viri odprowadziła oboje do najspokojniejszego zakątka karczmy i posadziła na stołkach przed dwiema miskami lodów z polewą toffi. Nie był to ciepły posiłek, którego zażądała, ale gdy popatrzyła na karczmarza, wzruszył ramionami i ruchem głowy wskazał maluchy, które pożerały deser, jakby nie były świadkami morderstwa i same nie otarły się o śmierć.
Wiedziała, że dzieci bywają niesłychanie odporne, ale nie wątpiła, że koszmar tej nocy pozostanie z nimi na resztę życia. Ona również nie mogła zapomnieć upiorności, które widziała w dzieciństwie.
Odepchnęła od siebie wspomnienia, zostawiła dzieci i wywlekła grabieżcę na świeże, rześkie powietrze. Nie przestawał kląć, kiedy szli zapuszczoną uliczką w kierunku pogrążonego w mroku jeziora, lecz poruszał się z coraz większym trudem, a w jego obelgach trudno było teraz dopatrzyć się sensu. Niewątpliwie opadał z sił. Viri nie zwracała na niego uwagi, za bardzo skupiła się na wypatrywaniu oznak śmiertelnie groźnej czarnej mgły.
Odetchnęła z ulgą, gdy minęli walący się budynek i wreszcie zauważyła przed sobą jezioro Mirtis. Na tafli wody o barwie indygo migotały refleksy księżycowego blasku i nigdzie nie było śladu mgły. Przeszli jeszcze kilka metrów i zobaczyła teleportal – wysoki na trzy metry łuk ze srebrzystego maglitu, jaśniejący na tle nocnej czerni.
Znajdowali się jakieś cztery metry od niego, kiedy grabieżca przestał przeklinać.
– Nie ujdzie ci to płazem – syknął i ściszył głos do groźnego szeptu. – Kapłan cię dopadnie. Dobierze się do skóry wszystkim łowcom, a tobie w szczególności.
Viri zatrzymała się mimowolnie i wbiła wzrok w wyraźnie zadowolonego z siebie grabieżcę.
– Myślałaś, że cię nie rozpoznam, Viridio Solace? – Szyderczo wykrzywił usta. – Te włosy, te oczy... Wszyscy cię kojarzymy, bo jesteś naznaczona. Pewnego dnia kapłan grabieżców...
– Co zrobi kapłan? – przerwała mu. – Wypełznie z nory? Bo od siedmiu lat tylko się ukrywa. – Mówiła głosem ostrym jak nóż, żeby ukryć nagły przypływ emocji. – Wszyscy łowcy na wyspie Elverdine, łącznie ze mną, nieustannie go szukają. I ktoś taki miałby dopaść kogokolwiek z nas? Przekaż mu, żeby się pośpieszył, do cholery. – Przechyliła głowę na bok, starając się wyglądać na zadowoloną z siebie. Nie zamierzała dać po sobie poznać, jak wściekle wali jej serce. – Och, zaraz, zaraz, przecież już nic mu nie powiesz. – Szarpnęła filium, a on stracił równowagę i zaklął, niemal padając na ziemię. – Tam, dokąd trafisz, nie będziesz miał komu się poskarżyć.
– Kapłan mnie uwolni – warknął. – Nagrodzi mnie za...
– Nawet nie wie o twoim istnieniu – prychnęła. – Jesteś tylko jednym z wielu jego sługusów od mokrej roboty.
– Wcale nie. Jestem...
– No to gdzie on się chowa?
Odpowiedziało jej milczenie, dokładnie tak, jak się tego spodziewała.
– Gdybyś nie był bezwartościowym pachołkiem, znałbyś odpowiedź. Ale przecież nie masz zielonego pojęcia, gdzie jest twój pan.
Głośno zazgrzytał zębami. Wyczytała z jego spojrzenia, że chciał skłamać, wmówić jej, jak bardzo liczy się w kręgach zbliżonych do kapłana, jaki jest wpływowy, ale uległ mocy filium. Za sprawą dotyku magicznego złotego postronka musiał mówić prawdę.
– Nigdy nie widziałeś go na własne oczy, co? – ciągnęła Viri.
Ponownie usłyszała zgrzytanie zębami i wzniosła oczy ku niebu. Napięcie z niej opadło. Każda wzmianka o obecnym kapłanie grabieżców wprawiała ją w nerwowy nastrój. Jej więzień zachowywał się pyszałkowato, ale nie dysponował godnymi uwagi informacjami. Był tylko poplecznikiem, takim samym jak wszyscy inni, których wcześniej złowiła.
Nie wątpiła, że pewnego dnia dotrze do jego przywódcy. Właśnie dlatego została łowczynią i zapracowała na swój znak wcześniej niż inni nowicjusze. Dlatego zawsze była lepsza, szybsza i silniejsza. Wszystko, co robiła od siedmiu lat, podporządkowała jednemu celowi: wytropieniu kapłana, odrażającego potwora, który zamordował wielu niewinnych ludzi, w tym jej rodziców.
Już dawno temu postanowiła, że w przeciwieństwie do swoich sługusów, kapłan nie stanie przed obliczem sprawiedliwości. Czekało go cierpienie, choć nie było takich mąk, na jakie zasłużył.
Viri na chwilę pogrążyła się w ponurych rozmyślaniach o kapłanie, co zawsze wzmacniało jej determinację. Potem wyprostowała się i znowu pociągnęła więźnia w kierunku teleportalu. Zamierzała przekazać go noksom i udać się na zasłużony odpoczynek.
Ani przez chwilę nie wątpiła, że pewnego dnia znajdzie kapłana i w końcu się zemści.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
