Sen o Królowej - Nina Bylicka-Karczewska - ebook

Sen o Królowej ebook

Bylicka-Karczewska Nina

0,0
30,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Sen o królowej” wnikliwie analizuje relację córki z matką. Ile w niej miłości, a ile całkiem innych uczuć? Czego córka nie wie o matce, a czego matka o córce? Jakie tajemnice zostaną odkryte? Jakie decyzje podjęte? I czy po jej przeczytaniu spojrzymy inaczej na własne życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Elżbieta Kuszmider

Korekta

Katarzyna Krzan

Okładka

Zofia Stybor

Skład

Katarzyna Krzan

Druk i oprawa

Bookpress.eu

Copyright © by Nina Bylicka-Karczewska 2026

Copyright © for this edition by

Wydawnictwo Seqoja 2026

ISBN 978-83-67935-49-4

Wydawnictwo Seqoja

ul. Żołnierska 11B/20, 10-558 Olsztyn

tel. 534 834 852

e-mail: [email protected]

www.seqojawydawnictwo.pl

Olsztyn 2026

wydanie I

„Czasami cygaro jest tylko cygarem

i niczym więcej.”

Z. Freud

WYBUDZENIE

*

Małymi dziecięcymi palcami chwytam metalową barierkę łóżeczka. Wyciągam szyję w kierunku dużej wersalki, gdzie powinna spać mama. Zamierzam wskoczyć do niej, więc wytężam wzrok, ale nie potrafię jej dojrzeć: wyparowała, znikła. W ciszy, na bosaka przechodzę przez wąski przedpokój i zwijam ciało w kłębek pod drzwiami wejściowymi mieszkania. Za krótkie spodnie piżamy sięgają do połowy łydki, więc obejmuję nogi rękoma. Twarz przyklejona do kolan zostawia na materiale mokre plamy, a ja zaczynam rozpaczliwie szlochać. Rzężę i kaszlę, dusząc się od łez, bólu gardła, od długiego płaczu pomieszanego z krzykiem. Drżą piąstki zaciśnięte do czerwoności, porysowane od walenia w drewnianą framugę, a wraz z nimi drży całe ciało.

W końcu wraca, radosna, z uśmiechem odsłaniającym jej doskonałe zęby. A obok niej on. Większy, równie szczęśliwy i wspaniały.

– Olguś, kochanie, co tu robisz?

Podnosi mnie lekko niczym szmacianą lalkę. Przylegam mokrą buzią do męskiej szyi, wdycham zapach, którego nie umiem nazwać. Tuli mnie mocno i gładzi po plecach, wsadza do łóżeczka i szczelnie nakrywa kołdrą, a później delikatnie muska policzek. Wciąż czuję zapach jego masywnej dłoni, ale królowa go zabiera, ciągnie za rękaw koszuli, więc on odrywa opuszki palców od mojej skóry. Tracę jego zapach. Zapach taty.

*

Wszystkie drogi prowadziły do mojej matki. Królowej. Reginy Pierwszej. Dlatego choć od kilku lat mieszkałam z Hubertem, na początku kwietnia stałam pod drzwiami mieszkania na Dobrej. Tam się wychowałam, tam płakałam i tam wracałam. Jednak nie do miejsca. Do niej. Łączyła nas niewidzialna nić, którą jednocześnie pragnęłam zerwać i się jej trzymać, aby tylko znajdować się w zasięgu królewskiej aury. Tego dnia wzięłam wolne w pracy, odbębniłam wizytę u lekarza i wcześniej niż zwykle pojechałam do matki. Prześladowała mnie myśl, aby zawrócić. Zagościła we mnie i rozpychała od środka dawno uśpione podrygi buntu. Jeszcze niezbyt mocno, nie na tyle by pragnienie dopieszczenia królowej nie wyrosło znów jak natrętna kurzajka. Potrzebowałam czegoś więcej. Dlatego, podobnie jak ktoś, kto próbuje zabrać głos w tłumie, ale onieśmielony, nagle rezygnuje, tak i ja odepchnęłam nieznośną próbę zrywu. Jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment.

Ściągnęłam buty i wiatrówkę. Tkwiłam w przedpokoju, bo zawsze witała mnie w korytarzu. Panował mrok, wyczułam zapach kadzidełek opium, a także obecność dodatkowej osoby. Weszłam głębiej, bo dobiegły do mnie głosy królowej i mężczyzny. Stali przy stole nad stertą papierów, dyskutując o czymś. Regina ujrzała mnie i wpadła w popłoch. Nie wiedziała, czy pozbyć się córki, faceta czy dokumentów na stole. W końcu wybrała mężczyznę. Położyła mu dłoń na plecach skrytych w dobrze skrojonym beżowym garniturze i wyprowadziła go z mieszkania. Bez słowa wyjaśnienia. Zapamiętałam zaskoczony wzrok, szpakowatą skroń i szczupłe, wyprostowane ciało.

Zerknęłam na stół. Regina nie zdążyła schować dokumentów. Leżał tam akt własności nieruchomości. Kiedy tylko wzięłam go do ręki, pojawiła się z powrotem, wyrwała mi papier i schowała do metalowego sejfu. Nie miałam pojęcia, że ma coś takiego w mieszkaniu. Postawiła krzesło pod regałem, weszła na nie, i schowała skrzynkę za książkami na najwyższej półce. Śledziłam jej ruchy i zapamiętywałam je. Jak długo sejf leżakował za książkami? Dlaczego go nigdy nie dostrzegłam? Mały kluczyk, przypięła do kółka z grubym pękiem kluczy od piwnicy.

– Akt nieruchomości czego? Nie doczytałam. – Nagle uświadomiłam sobie, że nic nie wiem o tym, w jaki sposób Regina pozyskała swój butik, a także skąd miała mieszkanie na Dobrej.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy przyszłam na świat, Powiśle nie było niczym szczególnym, ale teraz dzielnica stała się mekką gwiazd, a ceny mieszkań mogły spowodować oczopląs. Regina wielokrotnie podnosiła w rozmowach prestiż Powiśla, dając do zrozumienia, że mieszka tu od wielu lat, w przeciwieństwie do innych przyjezdnych. Prawdą jednak było, że popularność tej dzielnicy przyniósł niedawno remont budynków starej elektrowni, a nie udział Reginy w jakiejś bohemie, jak pragnęła wszystkim bezskutecznie wmówić.

– Mojego butiku, a czego niby? – wysyczała z rozdrażnieniem.

Jej odpowiedź mnie zaskoczyła. Rzadko ujawniała fakty ze swojego życia. Rzadko mówiła prawdę. Życie to ona, to miłość do Reginy, walka o nią, o jej uwagę, cała reszta to nieistotne tło. Lawirowała między próbą zatajenia sejfu a chęcią pochwalenia się swoimi osiągnięciami.

– Jak? Kiedy kupiłaś lokal na Tamce? To musiało kosztować majątek!

– Głucha jesteś? Mój lokal. Tylko mój.

– Jasne, jak wszystkie twoje bajki. – Machnęłam ręką w powietrzu. Uderzyłam w nią. Podważyłam jej królewskość. – A ten facet, kto to był?

Milczała. Falujące pukle jasnych włosów uroczo okalały jej twarz o porcelanowej cerze. Nosiła subtelny makijaż, wyrównujący kolory, ukazujący delikatnie zaróżowione policzki oraz naturalnie pełne, soczyste usta. Niebieskie oczy przykrywała gęstymi rzęsami i zasłaniała zawadiacko powiekami, dzięki czemu jednocześnie kokietowała i mierzyła. Nie spotkałam nigdy piękniejszej kobiety. Biła na głowę wszystkie znane mi aktorki i modelki. I była moją matką.

– Inwestor.

– O czym jeszcze nie wiem? – spytałam z przekąsem, unosząc jedną brew.

– O niczym nie wiesz, naiwna fląderko, i nie musisz wiedzieć. – Zachichotała. – I nigdy więcej nie wątp w moje słowa. Jak mówię, że coś jest moje, to jest moje – dodała śmiertelnie poważnie.

Nie miałam pojęcia, co ją ugryzło.

– W ogóle co tu robisz o tej porze? Z pracy cię wyrzucili? – zwróciła w końcu uwagę na moje wcześniejsze przyjście, ale nie obeszło się bez wyrzutu, bo to przecież moja wina, że zmieniłam rutynę w dniu, kiedy ona miała tajemniczego gościa. Takie animozje pojawiały się między nami co i rusz, jakbyśmy rozmawiały innymi językami.

– Byłam u lekarza, u ginekologa – wyznałam z nadzieją, że w końcu zwrócę na siebie uwagę.

Regina ubrana w długą sukienkę z rozcięciem na udzie, nazbyt elegancką jak na strój domowy, ujęła w dłonie moją twarz.

– Płakałaś – palnęła spod przymkniętych powiek. Lubiła udawać wróżkę. – Czułam, że coś się z tobą dzieje – kontynuowała. – Rozmazana jesteś. Siadaj, opowiedz mi swój sen.

– Jaki sen?

Od jakiegoś czasu Regina interesowała się ezoteryką oraz interpretacją snów. Odgrywała przede mną osobę uduchowioną, chociaż dobrze pamiętałam jej stosunek do wiary. Nienawidziła instytucji Kościoła ani każdej idei, która z niej wyrosła.

Chwyciła mnie pod ramię, w nagłym przypływie opiekuńczości, poprowadziła do małego pokoju i delikatnie posadziła na krześle. Wiedziałam, że nie wrócimy już do tematu lekarza. Zerknęłam na jej szafkę nocną i ustawioną tam szklaną gablotę z ptasim piórkiem. Nie zbierała bibelotów ani figurek, jednak ten dziwaczny atrybut zawsze tam tkwił i nie należało go dotykać. Regularnie wycierałam kurze w jej mieszkaniu; przecierałam również tę kopułę, delikatnie, aby nie uszkodzić i nie poruszyć uwięzionego pod nią piórka. Podlewałam też kwiaty, kiedy gdzieś wyjeżdżała, ale także w czasie jej zajęć z tańca na rurze, kursów językowych, basenu, jogi, zwiedzania wystawy w Zachęcie i przy wielu innych okazjach. Zajmowałam się tym wszystkim i czekałam aż wróci, opowie mi swój królewski, doskonały dzień, a ja niczym skromna dwórka będę z rozdziawionymi ustami słuchać jej rewelacji, po czym zawstydzona swoją małością wrócę do nudnego życia.

– Sny mają ogromne znaczenie. Mów – naciskała. Odwróciła moją uwagę od pióra, a także od rutyny, która z całych sił domagała się, aby ją uwolnić.

– Wraca do mnie ciągle jeden koszmar. Płakałam pod drzwiami. Miałam wtedy cztery lata.

– Daj spokój. Ile lat będziesz to wyciągać? – Straciła nagle swoje opanowanie i troskę o mnie na rzecz irytacji. Machnęła rękoma i kilka razy przełożyła jedną nogę na drugą, a potem wypuściła głośno powietrze. – To ważne. Masz jakiś powracający sen? – drążyła.

Śniłam kompulsywnie o ojcu, ale kryłam to w sobie jak najgłębszą tajemnicę i nie czułam się na siłach, aby wyciągać ten temat.

– Czasami śnię, że szukam drogi. Na przykład wychodzę z supermarketu, potem muszę wrócić, bo coś zostawiłam, ale nie odnajduję wejścia, ciągle coś mi w tym przeszkadza.

– Szukasz swojej drogi – stwierdziła z powagą, parafrazując moją wypowiedź.

– Tak, ciągle szukam drogi, ale, mamo, nie mam siły na twoje analizy i mądrości.

– Nadymasz się, ale przyszłaś do mnie. W końcu.

– Cały czas do ciebie przychodzę. Przecież przez to kłócę się z Hubertem.

– Oczywiście, bo ćwok chciałby mieć cię tylko dla siebie! A nawet nie jest twoim mężem. A gdzie czas dla mamy? Nasz babski czas oraz wgląd w siebie?

– Mamo, jestem dorosła i mam swoje życie. – Próbowałam sprowadzić ją na ziemię. – Wbrew temu, co myślisz, to zupełnie normalne, że się oddzieliłyśmy.

– Siadaj, mam nowe rzeczy. – Zmieniła temat i wyjęła z szafy ubrania owinięte przezroczystą folią prosto z pralni. – Myślę, że będą na ciebie dobre.

Od kilku lat Regina zatrudniała w swoim butiku z modną odzieżą pracownice, dzięki którym zaglądała na Tamkę, dokąd mogła dojść spacerkiem, tylko kontrolnie, aby upewnić się, że biznes działa bez zarzutu – a także, aby ekspedientki zapamiętały, że królowa ma na nie oko. To oznaczało, że dysponowała mnóstwem wolnego czasu i oczekiwała, że dotrzymam jej kroku. Zazwyczaj testowała na mnie modowe trendy.

Zatem czekała mnie sesja ubraniowa. Nigdy nie nosiłam kreacji, które dla mnie wybierała, ale ona uparcie próbowała narzucić mi swój styl. Wstyd, ale nie rozróżniałam marek znanych projektantów: Louis Vuitton, Gucci, Prada, Balmain, Chanel, Armani, Valentino, mieszały mi się tak samo jak Ford, Citroen, Mercedes, Volvo i inne. Królowa wpadała w spazmy z powodu mojej ignorancji, więc zwykle milczałam, żeby się z nią nie zdradzić.

– Zdejmuj to. – Machnęła ręką niczym do tępej wieśniaczki, której trzeba pokazać prawdziwy świat.

Nie widziałam sensu, aby z nią dyskutować, więc rozebrałam się do bielizny. Ściągnęła mi łopatki, żebym wyprostowała plecy, nacisnęła brzuch, dając do zrozumienia, abym go wciągnęła. Wtedy dopiero kiwnęła głową i podała pierwszy kostium. Butelkowozielony, elegancki spodnium. Od Magdy Butrym, podkreśliła moja dama. Nie miałam pojęcia, co oznacza to nazwisko. Ledwo dopięłam się w pasie, a Regina w pośpiechu zerwała ze mnie strój.

– Nie leży na tobie – stwierdziła kategorycznie.

Zsunęła swoją sukienkę i nałożyła ubranie, które przed chwilą tak niezgrabnie na mnie leżało.

– Znacznie lepiej. Ciebie to nie ubiera. Jesteś wyższa, ale prosta w biodrach, dopiero na mnie ładnie się układa.

Stwierdzenie „ciebie to nie ubiera” było dalekie od poprawnej polszczyzny. Poza tym uwierało mnie w serce od lat. Rzuciła mi jeszcze marynarkę, bluzkę koszulową i spódnicę, ale nic nie leżało jak na królowej.

Powtarzałyśmy schemat. Wierzyłam, że robię to dla niej, że w ten sposób ją wzmacniam, choć można by pomyśleć, że królowa ma stabilną psychikę. Ja jednak dobrze wiedziałam, że była bardziej krucha niż ktokolwiek sądził.

– No, proszę, uśmiechnij się trochę. Nic nie poradzę, że ubrania są skrojone na mnie. Niby masz uniwersalną budowę, średni wzrost bez wydatnych bioder, a jednak u mnie klasa, na tobie worek. Powinnaś dołączyć do moich zajęć. Poprawiłoby ci to sylwetkę, flaczejesz. – Ścisnęła mocno mój pośladek i potrząsnęła nim. – Co robisz po pracy? Gotujesz obiad prostakowi, który udaje inteligenta i snujesz się po mieszkaniu. Pamiętasz te czasy, kiedy robiłyśmy wszystko razem? – Chwyciła mnie za obie dłonie w radosnym geście.

Czasy, kiedy robiłyśmy wszystko razem. Tak, pamiętałam je dobrze. Tylko najwyraźniej inaczej definiowałam słowo razem. Zawsze ja i Regina. Ja i królowa, obie niewiadomego pochodzenia. Pamiętałam, że Regina zawsze uwielbiała mnie przebierać, niczym dużą realistyczną lalkę. Jak przez mgłę widzę swoje odbicie w lustrze z opaską na włosach, w starannie uprasowanej koszuli i plisowanej spódnicy. Nalegała, abym do szkoły nosiła sukienki i spódnice, chociaż ich nie znosiłam. Nie lubiłam też opasek, bo uwierały mnie za uszami, ale kazała mi odsłaniać twarz. Oglądając w lustrze tak przebraną postać sądziłam, że obserwuję kogoś innego, nie poznawałam w tej dziewczynie siebie. Oddzielałam to, co moje, od tego, co widzę; to, kim się czułam nie współgrało z tym, kogo chciała obserwować moja mama. Gdy skończyłam dwanaście lat, podjęła próby robienia mi makijażu. Kreski, puder, delikatny cień na oczy, bo „urodzie trzeba pomóc”. Wbiegałam do szkolnej toalety i zmywałam z twarzy kosmetyki, ściągałam maskę, pod którą zostawała czerwona, zapłakana Olga. Prawdziwa. Ledwo wyraźny zarys sylwetki przed lustrem, prawie niewidoczna. No face.

Kiedy to się zaczęło? Od kiedy zaczęłam wyraźniej widzieć się w lustrze? Uśmiechnęłam się do tej myśli. Mój mały sekret…

– Szkoda, że nie wyczuwasz mody – dywagowała dalej. – Gdybyś przejęła sklep po mnie, prowadziłybyśmy biznes razem. Zawsze o tym marzyłam.

– Chyba dawno ustaliłyśmy, że nie nadaję się do tego. Lubię swoją pracę.

Obie włożyłyśmy wcześniejsze stroje: ja – jeansy i koszulkę a ona – sukienkę balową z rozcięciem. Regina odwiesiła wszystkie pokazowe ubrania do szafy, co uznałam za sygnał do rozstania.

Pocałowałam ją w jeden policzek, potem drugi. Pożegnałam moją Reginę, królową. Nieoczekiwanie zadzwoniła mi w głowie myśl: sejf, regał, klucze od piwnicy.

*

Tydzień później snułam wyobrażenia o zawartości sejfu i treści umieszczonych w nim papierów. Sejf, regał, klucze od piwnicy. Potrzebowałam tylko dobrego momentu, odpowiedniego dnia. Do rozpoczęcia pracy pozostawało jeszcze półtorej godziny, dlatego prosto z niewielkiego mieszkania na Małej wstąpiłam do kafejki przy Dworcu Wileńskim. Z przygarbionymi plecami spoglądałam przez okno lokalu, szukając za szybą odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania. Zachowywałam swoje kawowe przygody w tajemnicy przed Hubertem, bowiem uważał, że kilkanaście złotych za podanie małej czarnej, która nie jest lepsza od parzonej w ekspresie przelewowym, to marnotrawstwo pieniędzy. Czasami jednak pozwalałam innym się rozpieszczać. Poza tym – mnie było stać. Z tym przeświadczeniem, że mogę, a on nie łypie na mnie oceniającym wzrokiem, siorbałam karmelową latte.

Układałam w głowie plan wizyty w mieszkaniu matki. Klucze do lokum na Dobrej nosiłam w plecaku, by móc wpaść tam w dogodnym momencie. Potrzebowałam piętnastu minut, żeby sprawdzić metalową skrzynkę, której istnienie odkryłam tydzień temu, podczas naszego ostatniego spotkania. Odtwarzałam tamtą wizytę wielokrotnie. Sejf, regał, klucze od piwnicy.

Ludzie w kafejce znaleźli tu schronienie, podobnie jak ja,. Niektórzy rozpoczynali pracę, wyciągali firmowe laptopy i z przejęciem stukali w klawiatury. Inni od rana prowadzili spotkania służbowe. Było duszno i ciepło, czułam się jakbym schowała głowę pod kołdrę. Baristka, kompletnie nie wiedząc, co z tym zrobić, rozkładała bezradnie ręce, tłumacząc, że zgłosiła awarię klimatyzacji. Dociekliwy mężczyzna w średnim wieku wytknął dziewczynie, że nie widział, aby gdzieś dzwoniła, na co ona rezolutnie odparowała, że fakt, iż nie widział, nie oznacza, że to się nie wydarzyło. Przyznałam jej w duchu rację. Facet zamówił kawę, psiocząc pod nosem do swojego towarzysza, ale i tak pozostał w środku. Kwietniowy poranek nie zachęcał do spożywania czegokolwiek na zewnątrz. Ja również nie miałam zamiaru zmieniać miejsca przy oknie. Tak naprawdę zdałam sobie sprawę z temperatury, kiedy skleiłam ze sobą spocone dłonie. Schowałam je między uda i ukradkiem wtarłam pot w spodnie. Zazdrościłam dziewczynom, które potrafiły zachować świeżość, nosić z gracją zwiewne sukienki do kostki lub mini, zachowując kobiecość i szyk bez względu na temperaturę powietrza i okoliczności przyrody. Mnie tego brakowało. Dlatego lubiłam patrzeć na płeć żeńską w każdym wieku, sprawiało mi to masochistyczną przyjemność. Porównywałam się z nimi i karciłam w duchu za to, że ciągle mi czegoś brakuje. Szczególnie w porównaniu z moją królową i mamą Reginą w jednej osobie.

Sytuacja związana z temperaturą w kawiarni dawała odwiedzającym temat do rozmów, a niektórym podnosiła ciśnienie. Przy stoliku przede mną dwie osoby rozważały wymianę napojów na wersje lodowe. Z kolei moi sąsiedzi tuż obok porównali zepsutą klimatyzację w kawiarni do rozkładu naszego kraju. Na pozór prosta, trywialna rzecz, a potrafi popsuć komfort życia, niczym morda jednego z czołowych polityków. Trudno zaprzeczyć tej logice.

Pianka z mleka oblepiła wnętrze filiżanki, a kwiatek przygotowany kilkanaście minut wcześniej przez baristkę, przybrał kształt rozmazanej ciapy. Pomyślałam o Hubercie. Mojej miłości. Zostawiałam go tam, w domu. Potrafiłam już wyjść bez pożegnania, bez buziaka, bez oczekiwania, że mnie przytuli lub figlarnie klepnie po pupie. Potem w ciągu dnia nadal za nim tęskniłam. Ale stawał się coraz dalszy, bledszy, a potrzeba, aby tkwił obok, nikła w ostatnim czasie.

Zgodnie z naszą rutyną, wstawałam wcześniej, przed nim. W kuchni przygotowywałam kawę z ekspresu przelewowego. Hubert tylko taką pił. Czytał badania naukowe dotyczące parzenia kawy i podobno papierowy filtr usuwał substancje zwiększające poziom cholesterolu we krwi. Kafestol i kafeol brzmiały dla mnie sympatycznie, niczym Asterix i Obelix, ale gdy wspomniałam o tym Hubertowi, dowiedziałam się, że jestem naukową ignorantką.

Mnie było wszystko jedno, jaką kawę piję, ale każdego dnia mieliłam ziarna, a potem parzyłam je w dzbanku z podgrzewaczem. Kiedy Hubert wstawał, od razu nalewał sobie gotowy, ciepły płyn do kubka. Zostawiałam mu również na talerzu trzy kanapki, posmarowane cienko masłem. Kładłam na nie starannie umytą sałatę, włoską szynkę prosciutto oraz plasterki ogórka. Idealna kombinacja węglowodanów, białka i witamin. Potem przykrywałam danie talerzykiem, żeby dłużej zachowało świeżość. Mycie sałaty odgrywało największą rolę w tym procesie. Hubert konsultował temat z kolegą z Instytutu Żywienia, tym samym, który potwierdził szkodliwość kafestolu i kafeolu. Nieumycie sałaty groziło zarażeniem bakteriami Escherichia coli. Od kiedy powiedziałam o tym zwyczaju koleżankom w pracy, patrzyły na mnie z pobłażliwością. Owszem, one również szykowały kanapki, ale dla dzieci do szkoły, a nie dla faceta. Spoglądały na mnie potem z wyższością osób posiadających potomstwo – albo jak na szurniętą, przesadnie zakochaną. Nie potrafiłam rozstrzygnąć.

Wczoraj zrobiłam wszystko w standardowej kolejności, tylko przed wyjściem wyłączyłam ekspres. Nie wiem, co mnie podkusiło. Znałam Huberta, wiedziałam, że będzie wściekły i zepsuję mu dzień. Jeszcze pół roku temu nie dopuściłabym do siebie nawet myśli o podobnym wybryku, aż do wczoraj, gdy nagły przewrotny pomysł wpadł mi do głowy, i stał się próbą mojej wolnej woli. Ostatecznie ta sytuacja później, po pracy, stała się powodem naszej kłótni.

– Zostawiłaś mi rano zimną kawę w dzbanku – oświadczył z żalem.

– Naprawdę? – udałam zdziwioną, chociaż zrobiłam to z premedytacją.

– Cały dzień mi przez to rozwaliłaś. Nie napiłem się kawy i przez to później byłem rozkojarzony. Ostatnio nie jesteś sobą! Zobacz: obiadu też nie ma! – Wskazał ręką na stół, jakby posiłki wyrastały magicznie z blatu. – Umieram z głodu! Co ja mam zjeść? – Stał na środku kuchni, rozkładając ręce niczym małe dziecko.

Wyglądał kuriozalnie, masywny jak wielki dąb, a bezradny niczym trzcina na wietrze. Rozśmieszył mnie, ale udałam powagę.

– Zmęczona jestem, ostatnio nie śpię dobrze. Źle się czuję i jestem słaba – wyliczałam.

– Olga, wiesz, że ja mam odpowiedzialną pracę, nie mogę wychodzić sobie na lunche, branche, srancze, jak trwają badania. Wracam do domu i muszę od razu zjeść, a rano muszę mieć porządną, ciepłą kawę. Jesteś nieprzytomna ostatnio.

– Przecież wszystko jest w lodówce. Wystarczy odgrzać – powiedziałam, ignorując temat kawy.

Usiadł przy stole i czekał. Stukał palcami w blat, jakby mógł tym przyspieszyć proces powstawania posiłku. Moje powolne ruchy irytowały mnie samą. Myłam warzywa, a potem je kroiłam. Sądziłam, że Hubert pogrążył się w swoich myślach, ale jak tylko podniosłam wytłaczankę, żeby wypakować jajka do lodówki, otworzył usta:

– Sparz jajka przy okazji.

Nastawiłam wodę do zagotowania, automatycznie wykonując jego polecenie, a kiedy czajnik zaczął piszczeć, wyobrażałam sobie, że wylewam wrzątek Hubertowi na plecy. Sparzyć go i upewnić się, że nie zaraża salmonellą. Kolejna przykra myśl, kryłam w sobie wiele podobnych, ale dotyczyły matki, nigdy jego. Wzięłam głęboki wdech i bez słowa polałam jajka wrzątkiem.

– Potrzebuję urlopu, pojedziemy gdzieś? – zagaiłam. – O tej porze roku można zobaczyć kwitnące tulipany w Holandii. Bardzo bym chciała tam pojechać.

Nie musiał nic mówić, niemalże słyszałam jak jego gałki oczne robią piruet, bezgłośnie sygnalizując absurd mojego pomysłu.

– Olguś, ty jesteś niemożliwa. – Pokręcił głową.

Mówił do mnie jak do pięciolatki, która znowu paplała dziecinne głupstwa.

– Dopiero co udało mi się otworzyć przewód doktorski… – użył tonu, który rzekomo jednocześnie wyjaśniał temat i zamykał dyskusję.

– Przez kilka lat nigdzie nie wyjedziemy, bo robisz doktorat?

– Chciałbym, żebyś mnie wspierała w tym, co robię. Tak się składa, że moja praca jest moją pasją, nie muszę szukać atrakcji dookoła.

Położyłam przed nim talerz, a potem podałam sztućce. Usiadłam po drugiej stronie stołu i patrzyłam, jak konsumuje. „Potrzebujesz tylko służącej”. Te słowa ugrzęzły mi w gardle, wiedziałam, że ich nie wypowiem. Nie chodziło o konfrontację, po prostu wydobyte na powierzchnię nabrałyby większej mocy i nie potrafiłabym dłużej udawać.

– Pojadę z matką – palnęłam.

– To chyba najgorszy pomysł. Odetnij się w końcu od tej czarownicy, pijawki, która próbuje cię odciągnąć ode mnie. Jesteś dorosła, powinnaś mieć swoje życie. Ze mną. Musisz brać urlop teraz, w kwietniu? Poczekaj do wakacji.

– Odnoszę wrażenie, że popełniam błędy, że muszę odpocząć, bo źle performuję w pracy. – Nie do końca było to zgodne z prawdą, ale brakowało mi siły na inne argumenty.

– A po polsku? – Hubert nie znosił korpomowy.

– Nieważne. Popełniam błędy.

– Błędy to są przy oznaczeniu wirusa H١N١, a nie w czasie rekrutacji! – perorował z pełnymi ustami. – Nie w tej kolejności zadałaś pytanie kandydatce? Zapomniałaś dopisać jedno zdanie w dokumentach? To żadne błędy. Powinnaś być bardziej asertywna, walczyć o swoje. Naprawdę to są mało istotne sprawy, korporacyjne bzdury.

– Potrzebuję tego urlopu. Po prostu, okej? Naprawdę jestem ostatnio zmęczona.

Zrezygnowany wzruszył ramionami. Był naburmuszony do wieczora. Z reguły w takich sytuacjach powoli go zmiękczałam, głaskałam po głowie, robiłam herbatę i podsuwałam mu ją pod nos, aż pękał, mówił do mnie miłe frazesy, a potem pogodzeni szliśmy spać. Tym razem owinięta w kokon kołdry po swojej stronie łóżka, w milczeniu zasnęłam.

Dzisiaj kontynuowałam swoją rebelię. Opuściłam mieszkanie jeszcze wcześniej, aby przypadkiem nie spotkać go rano, gdyby wyszedł z inicjatywą ugody. Nie zostawiłam mu żadnych kanapek ani kawy, nawet zimnej, a w wyrazie niemego buntu siedziałam w kawiarni i popijałam słodki napój kawowy.

– Czy wszystko w porządku? – spytał nagle miły blondyn.

– Tak, dziękuję. – Uśmiechnęłam się.

– Sprawiasz wrażenie smutnej – kontynuował.

– Z reguły tak wyglądam, jak się zamyślę.

Chłopak – na moje oko, kilka lat młodszy ode mnie, z interesującym, inteligentnym wyrazem twarzy, oparł ręce o stolik i wnikliwie na mnie patrzył. Dałam mu jednak do zrozumienia, że chcę być sama. Jego zawiedziona mina sprawiła mi przyjemność. Życie pokazywało, że przypadkowi ludzie okazywali mi sympatię, choć bliscy kazali mi wierzyć, że tylko oni o mnie dbają. Wracała do mnie scena z moją mamą sprzed tygodnia. Zakiełkowało we mnie ziarno nadziei, że poznam wreszcie fakty, które dotąd przede mną ukrywała.

Kiedy chłopak odszedł, popadłam w kolejne zamyślenie. Moja smutna twarz często wprawiała ludzi w dyskomfort. W szkole nauczycielki często pytały, czy nic mi nie jest; prawdopodobnie przesadną powagą odstraszałam rówieśników. Nikt nie lubi smutasów, mruków i ponuraków, a takie robiłam wrażenie, choć posiadałam bogate życie wewnętrzne.

Podobno urodziłam się z melancholią na twarzy. Wychodziłam z kanału rodnego powoli, ale metodycznie i skutecznie. Ułożyłam ciało precyzyjnie głową do dołu, bez zbędnych komplikacji. Istniała duża szansa, że główka przejdzie gładko bez konieczności nacinania pochwy, ale i tak użyli nożyczek chirurgicznych, żeby jej pomóc, na wszelki wypadek, gdybym postanowiła ją brutalnie rozerwać. Wiele lat później Regina miała mi za złe, że tam na dole stała się brzydka i nieatrakcyjna, coś jej wisi i odstaje, coś nierówno jej zszyli i teraz uwiera. Ale wtedy, podczas porodu, przyjęła z ulgą moje sprawne wyjście i w bólach nawet nie poczuła, kiedy ją chlasnęli, a potem zszyli. Wydobyłam z siebie płacz, zgodnie z oczekiwaniami, ale niezbyt długi i nie za głośny, taki akurat, aby rozpoznali, że wszystko jak trzeba i dali dziesięć w skali Apgar. Później długo spałam, jakbym już wtedy przeczuwała, że nie powinnam mojej mamy zbytnio absorbować i męczyć. Od początku, od okresu prenatalnego wyssałam z pępowiny prawdę, że powinnam być wdzięczna, że mnie donosiła, a swoją dalszą postawą udowodnić, że było warto.

Długo spałam i mało płakałam.

– Nie wiem, czy bym zdecydowała się na wychowanie ciebie, gdybyś nie kupiła mnie swoim spokojem – powiedziała, kiedy osiągnęłam wiek szkolny.

Jej słowa w tamtym momencie stanowiły dla mnie dar, nagrodę za grzeczne i bezbolesne wejście w obowiązki szkolne. Spijałam je z ulgą. Realizowałam w końcu cel życiowy: znikanie z drogi i nieprzeszkadzanie mojej mamie, a przede wszystkim niekomplikowanie jej życia swoją naturalną dziecięcą ekspresją. Jako starsza dziewczynka rozważałam, czy w tamtych słowach Regina zawarła groźbę? Bardzo długo jej sobie nie uświadamiałam, ale gdzieś w środku kiełkowała świadomość, że na matkę muszę zasłużyć: każdym ruchem, gestem, działaniem. Nie towarzyszyła mi za darmo. Należałam do tych dziewczynek, które miały łatwość adaptacji i podporządkowania się regułom. Coś, czego oczekuje się od dzieci, a potem każe wyzbyć w wieku dorosłym, po to, aby nagle z konformistów stały się kreatywne i nieszablonowe.

Ona, królowa przyniosła mnie na świat i złożyła na ołtarzu życia. Królowa nadawała mi sens i wartość. Gdy byłam malutka chłonęłam świat jej porami, musiałam rozpoznawać, co królową cieszy, a co martwi. Z czasem osiągnęłam w tym mistrzostwo. Dobrze pamiętałam stany zagubienia, kiedy znikała mi z horyzontu. Tak, jak wtedy, gdy wybudzona nagle w środku nocy, w panice czułam, że nastał koniec świata, bo nie było jej przy mnie. Wiele razy odtwarzałam w myślach to wczesne, dziecięce wspomnienie, jakbym patrzyła na siebie z lotu ptaka. Potem wyśniłam scenariusz, w którym ojciec mnie przytulał. W rzeczywistości, płacząc przy wejściu, usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza; drzwi otworzyły się z impetem, przesuwając mnie w głąb przedpokoju. Otarłam buzię i zamilkłam. Tak po prostu, dalszy szloch nie miał sensu, rzeczywistość wróciła do normy.

– Dlaczego nie śpisz? – spytała matka szorstko wtedy.

Nie odezwałam się. Połknęłam łzy, zacisnęłam usta i pozwoliłam, by wzięła mnie na ręce.

– Mama musi czasami wyjść, zrozum, nie możesz płakać i budzić się w nocy. Jeszcze mi jakiś sąsiad tu wparuje i wezwie policję. Słyszysz? Nie możesz budzić się i płakać…

Nie powinnam budzić się i płakać, domagać piersi mamy do przytulenia. Pamiętałam dokładnie emocje Reginy: rozdrażnienie, lekkie drżenie rąk. Wrzuciła mnie wtedy z powrotem do wysokiego łóżka ze szczebelkami, z którego uparcie wychodziłam. Nigdy bym jej celowo nie wprowadziła w stan wzburzenia, nie chciałam budzić się i płakać, ale nie panowałam nad tym. Pamiętam jak opadła na materac z głośnym wydechem i rękoma rozłożonymi na boki. A ja cichutko, już uspokojona, że wróciła, zasnęłam.

Silny niepokój, kiedy nie było jej przy mnie, odczuwałam jak fizyczny ból. Nadal go czuję – na równi z chęcią zabicia jej i pogrzebania.

Potem, wiele lat później zrywałam się w nocy i szukałam Huberta. Nie umiałam sama zasnąć. Lubiłam ten stan, to, że bez niego nie funkcjonuję, chociaż przeczyło mojej niezależności i demonstrowanemu feminizmowi. Hubert nie pojmował mojej tęsknoty za nim. Mrużył oczy ze zdziwieniem i mówił: idź spać, jednocześnie klepiąc mnie po plecach. A w mojej głowie pobrzmiewało, że nie powinnam budzić się i płakać…

*

Po powrocie do kawiarnianej rzeczywistości zajrzałam do kalendarza w telefonie. Przypomniałam sobie, że zaczynam pracę od rozmowy rekrutacyjnej. Z reguły w pierwszej fazie odsiewałam ludzi telefonicznie, na spotkanie zapraszałam wybranych aplikantów. Tym razem szefowa nalegała, abym poznała kandydatkę osobiście. Zerknęłam na godzinę. Szlag. Paradoks wczesnej pobudki. Nie znosiłam spóźnialstwa, ale od kilkunastu dni doznawałam rozkojarzenia i zmęczenia. Ciągłe myśli o Hubercie, przeplatane analizowaniem odkrycia u mamy sprzed tygodnia, wykańczały mnie, pukały do mojej świadomości, aby przekazać coś istotnego.

W pośpiechu opuściłam kawiarnię i wyjęłam rower Veturilo ze stojaka. Mogłam pojechać na Domaniewską tramwajem, ale dojazd rowerem do metra w jedną i drugą stronę zapewniał mi odpowiednią dawkę ruchu i nie chciałam z niej rezygnować pomimo możliwości, że się spóźnię. Musiało mi to wystarczyć za poranny trening. Przy okazji jechałam moim ulubionym Mostem Świętokrzyskim, a potem do góry Tamką, mijając sklep Reginy. W porze mojej podroży zawsze był zamknięty. Przed samym wejściem do stacji Centrum przeskakiwałam między ludźmi, jak w rosyjskiej grze z lat dziewięćdziesiątych, gdzie niekończącym się celem jest omijanie przeszkód, a z każdym kolejnym poziomem musisz poruszać się coraz szybciej. Zderzenie jest nieuchronne, ale pędzisz w zamroczeniu. W zaślepieniu. Bezmyślnie. Dojeżdżając do stacji Centrum, po stronie lewej mijałam obrońców życia, straszących ogniem piekielnym przez megafon. Nieco dalej po stronie prawej grupa współczesnych punków żonglowała pochodniami. Nie rozumiałam tego dysonansu, ale analiza zjawiska nie zajmowała mi umysłu. Warszawa była pełna takich scen, a oponenci wbrew logice tolerowali się, współistnieli, nadając sobie nawzajem sens.

Bogatsza klasa średnia, jak Hubert lubił nas nazywać, a tłoczyłam się w metrze. W zasadzie to ja podbijałam statystykę, z której wynikało, że jesteśmy zamożniejsi od innych. Na stanowisku HR business partnerki zarabiałam trzy razy więcej niż Hubert w Instytucie naukowym jako doktorant. Wśród znajomych opowiadał o moich zarobkach i karierze z dumą, demonstrując feministyczne podejście i naszą nowoczesność, a także udowadniał odwrócenie ról. Tak, czułam tę dumę, ale zaraz po tym słyszałam ton żalu, że to on wykonuje pracę naukową, rozwojową, a płacą mu absurdalnie mało. Dodatkowo bił pianę, mówiąc o zarobkach informatyków, które dawno wybiegły poza granice wyobraźni normalnych śmiertelników. A na koniec mówił: Olga, podaj deser. I to było tyle, jeśli chodzi o odwrócenie ról w naszym związku.

Wciągałam brzuch w wagonie metra; to pomagało nabrać pewności, że zmieści się w nim więcej osób. Za każdym razem w takich sytuacjach karciłam się za nierealizowanie programu ćwiczeń Chodakowskiej lub innej trenerki. Zawsze byłam szczupła, ale przecież mogłam starać się bardziej – jak królowa. Pozostawiałam to w sferze dalekich fantazji, tak jak czasem fantazjowałam o tym, czy mój ojciec był wysportowany.

Niedługo miałam skończyć trzydzieści lat, ale nadal nie zrobiłam prawa jazdy. Oboje z Hubertem wierzyliśmy w wyższość komunikacji miejskiej, żyliśmy ekologicznie. Wypuściłam powietrze. Kto by pomyślał, że wstałam trzy godziny za wcześnie? Ściśnięta przy ścianie metra, pomyślałam o ojcu, którego ciągle poszukiwałam w mijanych twarzach. W silnych mężczyznach i w menelach, bo przybierał w moich wyobrażeniach różne postacie. Drżał we mnie ciągły niepokój: kim jestem, skoro nie znam ojca? Nie dał mi nawet swojego nazwiska. Regina miała na to wiele wytłumaczeń, ale dawno przestałam wierzyć, w jakiekolwiek opowiadania o mężczyźnie, który ją zapłodnił.

Wysiadłam na stacji Wilanowska i znowu wzięłam rower, aby podjechać prosto do biurowca w biznesowym zagłębiu na ulicy Postępu. Kobieta w wieku mojej matki czekała już przy ladzie recepcyjnej. Spocona, z wypiekami na twarzy, nie zrobiłam dobrego wrażenia, a ona nieprzyjemnie taksowała mnie wzrokiem.

– Przepraszam, korki w Warszawie są tak nieprzewidywalne – zagadnęłam. – Nazywam się Olga Walasik, zapraszam do sali.

Uścisnęłyśmy sobie dłonie, jej palce zacisnęły się mocno; czułam, że podkreśla swoją siłę i chociaż przewyższałam ją o pół głowy, nie miałam wątpliwości, kto tu dominuje wizerunkiem. Oceniła spojrzeniem moje spodnie w kant, kolorowe oksfordki, nieuprasowaną koszulkę i zarzuconą bawełnianą marynarkę. Lubiłam ubierać się w miarę elegancko, ale potrzebowałam wygody, aby dojeżdżać rowerem. Kandydatka – jak wyjęta z żurnala, na wysokich szpilkach i eleganckiej garsonce, stąpała powoli i z gracją. Typ Reginy. Szlag.

– Pani Justyno, prowadzę rekrutację na stanowisko specjalisty do Działu Administracji – zaczęłam, kiedy już usiadłyśmy w sali. Wyjęłam z plecaka wydrukowane wcześniej CV i złapałam oddech. – Proszę opowiedzieć o swoim doświadczeniu, szczególnie w kontekście tego konkretnego stanowiska. Następnie będę chciała zadać pani dodatkowe pytania, wyjaśnię ewentualne wątpliwości oraz przedstawię dalsze kroki w procesie rekrutacyjnym – wyrecytowałam.

Przeprowadziłam setki podobnych rozmów, więc szybko odzyskałam rezon i wcieliłam się w najlepszą wersję siebie. Kobieta mnie odrzucała. Mówiła do mnie tonem nieukrywanej wyższości, czym doprowadzała mnie do szału. Jej wzrok co i rusz padał na moją nieuprasowaną koszulkę. Najwyraźniej wzbudzałam w niej odrazę. Za każdym razem, gdy zadawałam pytanie, unosiła lewą brew. Przypomniałam sobie, że to koleżanka szefowej. Jadwiga litowała się nad wieloma osobami, a później próbowała załatwić im pracę.

Zadałam wszystkie standardowe pytania i z ulgą pożegnałam kobietę. Zaznaczyłam w komputerze, że kandydatka jest do odrzucenia. Sprawdziłam kalendarz. Brak spotkań. Powinnam za to przygotować analizę z badania pracowników metodą 360 stopni i umówić spotkania z managerami. Zamiast tego odpaliłam Internet i prokrastynowałam, choć nie było to do mnie podobne.

Spojrzałam w okno. Od tygodni kompletnie nie nadawałam na biurowych falach. A od kilku dni niósł mnie prąd rozmyślań o zawartości sejfu w mieszkaniu matki. A w biurze nikt mnie nie zauważał. Rzucano mi tylko zdawkowe „cześć”. Całą sobą odstręczałam od bliższych rozmów. Kiedy właściwie wyblakłam?

Już jako dziecko dałam się wytrzeć gumką, żeby mój blady kontur przemykał niezauważony i nie przeszkadzał. Mama, właścicielka butiku na Tamce, wracała codziennie zmęczona. Za mało klientów, za dużo klientów, oczekiwania, dziwni ludzie, awanturujący się ludzie, pytający ludzie, dostawcy. Głupcy, roszczeniowcy, wieśniacy, nierozumiejące mody i trendów cipy. Wszystko złe. Po pracy zdejmowała garsonkę, rajstopy i wieszała je na oparciu krzesła. Do końca dnia chodziła w majtkach i biustonoszu wypełnionym obfitym biustem. Jako nastolatka uważałam jej domowy ubiór za normę, ale koleżanki nigdy nie ukrywały zdziwienia. Regina tylko na to czekała; im bardziej ktoś kwestionował jej zwyczaje, tym usilniej je demonstrowała. Brała krzesło i kręciła biodrami w figach Gata na oczach moich szkolnych koleżanek. Tak dochodziło do szybkiej selekcji. Jeśli któraś już więcej do mnie nie przyszła, albo, co gorsze, poskarżyła się rodzicom, ulegała skreśleniu z listy potencjalnych przyjaciółek. Została garstka.

Normalnie gdy przebywałyśmy z Reginą same, włączała swoją ulubioną płytę Madonny i tańczyła. Niespełniona aktorka i artystka. Papa don’t preach, I’m in trouble deep – nuciła. Polskie połączenie Marylin Monroe i Madonny; seksowna, słodka kokietka na zewnątrz, a w środku ponury chochlik.

– Zapierz mi rajstopy, tylko delikatnie, nie porwij – poinstruowała mnie pewnego dnia, wirując po pokoju z papierosem w ręku, kiedy ja bawiłam się lalkami Barbie i kątem oka obserwowałam jej sylwetkę.

Rozkraczyłam nogi lalek i usadziłam w zaimprowizowanym zgromadzeniu.

– Teraz sobie rozmawiacie i spędzacie miło czas – powiedziałam do moich plastikowych koleżanek.

Potem posłusznie podniosłam z oparcia krzesła satynowe rajstopy i w łazience wcierałam delikatnie mydło w stópki, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłam. Następnie wypłukałam je dokładnie i powiesiłam na kaloryferze. Regina lubiła mnie sprawdzać, a jeszcze bardziej doprowadzać do sytuacji, abym dokładnie realizowała jej kaprysy. Zdjęła rajstopy z kaloryfera i z papierosem w ustach dokładnie obejrzała, oceniając moją pracę.

– Zapierz jeszcze w kroku – stwierdziła i wciągnęła nikotynę do płuc.

Kiedy to wspominam, nie odczuwam cienia obrzydzenia. Od zawsze traktowałam takie obowiązki jako normalność. Pranie rajstop, składanie spódnic to dla mnie potrzebna rutyna, weszłam w nią całą sobą, dzięki niej rosłam, dojrzewałam, nabierałam mocnych, wyraźnych kształtów człowieka potrzebnego. Szczególnie w tych dniach, kiedy mama nie włączała płyty, tylko obejmowała ciasno kolana i odwracała się ode mnie plecami. Rajstopy i garsonka lądowały na ziemi. Od razu odszyfrowywałam znak jej kiepskiego humoru. Gdy w nim była, odrzucała te rzeczy w nerwach, a nie jak zwykle miękkimi kocimi ruchami. Kładłam się, przytulając do pleców mamy, i gładziłam delikatnie jej ramiona. Pozwalała, abym powoli rozebrała ją z reszty ubrań i nakryła kocem.

– Co się stało? Mamo, wszystko dobrze? – dopytywałam, próbując przebić ścianę, którą stawiała. Potrzebowałam, żeby zleciła mi pranie lub podziwianie jak wygląda w nowej bluzce, abym wygłosiła, jak bardzo jest piękna.

– Odejdź, zostaw mnie – mówiła, ale ja nie odchodziłam. Przecież po to mnie miała, żebym była przy niej i zapewniała komfort.

Po dłuższym czasie starań, głaskań, dziecięcych słów wsparcia, nagle odwracała się, zrywała z łóżka i zaczynała chodzić w tę i z powrotem. Wygłaszała wściekłe słowa do nieznanych mi osób, osoby albo do instytucji, która musiała reprezentować zło całego świata.

– Kutas i złamas. Ja nie jestem dobra w łóżku? Kretyn z małym fiutem.

– Tata? – raz spytałam.

– O czym ty mówisz? – Wygięła brwi w nienaturalny grymas.

– Tata cię skrzywdził? – To pierwsze co mi przyszło do głowy. Przecież odszedł.

– Też, tak, on też – kręciła. – Wyznałam ci, że tata odszedł, zostawił nas. – Usiadła wtedy obok mnie na łóżku i objęła kojąco ramieniem. – Widzę, jak cię to martwi i muszę przyznać, że minęłam się z prawdą. Twój tata nie porzucił nas, tak naprawdę poznaliśmy się, kiedy ja byłam młodziutka, a on był ode mnie wiele lat starszy. Spędziliśmy cudowne chwile razem, a ty powstałaś jako owoc tej miłości. Tylko że on zachorował. Bardzo szybko odszedł, zanim się urodziłaś. To smutne, wolałabym, żeby mnie zranił, ale gdzieś żył i tak ci wmówiłam, bo sama chciałam w to wierzyć. Rozumiesz?

– Jak on miał na imię, nigdy mi nie powiedziałaś? – odparłam.

– To nieistotne, kochanie, to nie ma znaczenia.

Tak szybko jak zaczęła, tak szybko skończyła rozmowę. Wydobyła z ust dźwięk: szuuuuuu, żeby zaszumieć mnie i moje myśli o ojcu. Wbrew temu, co mówiła, jego imię miało dla mnie znaczenie. Kluczowe. Potrzebowałam tej informacji, ale nawet wtedy, mając osiem lat, wiedziałam, że jej nie uzyskam. Układałam sobie w głowie fakt, że nie zostawił nas, po prostu umarł. Opowiadanie Reginy zapewniło mi spokój. Na pewien czas, dopóki kilka lat później nie usłyszałam innej wersji.

– Tak naprawdę był marynarzem. Poznałam go na wakacjach w Gdyni. Przystojny jak cholera, nigdy takiego później nie poznałam i nikt mnie tak później nie pieprzył jak on. – Szturchnęła mnie łokciem i mrugnęła okiem. – Z udanego seksu są udane dzieci, podobno. Ale potem odpłynął, zniknął. To była tylko przygoda, cudowna, ale przygoda.

– Nie da się go jakoś namierzyć? – Wpadłam od razu w wir nadziei na odnalezienie ojca, zapominając o wcześniejszej bajce o śmierci. Przerzucona z jednej łajby na drugą, bujała mną, a ja nie protestowałam, płynęłam z prądem. Jej prądem.

– Zapomnij. Myśl o nim dobrze, ale nie drąż już. – Skończyła temat.

Kolejny rok później, kiedy po piętnastych urodzinach, spakowałam rzeczy do plecaka i oznajmiłam, że jadę do Gdyni szukać ojca, wpadła w szał.

– Jesteś nienormalna! Pojedziesz i co? Będziesz facetów zaczepiać na ulicy? Pytać ich, który pieprzył Reginę Walasik? Jak to sobie wyobrażasz?

Kiedy tak ujęła sprawę, pojęłam, że mój pomysł jednak nie był racjonalny. Przypuszczałam, że moja matka nie wybrałaby nieudacznika. Nie ta doskonała polska wersja Marilyn Monroe, seksowna kokietka w każdym calu. Musiała uwieść kogoś fantastycznego, kogo z pewnością rozpoznałabym. Ktoś, kto ją posiadł, musiał być wyjątkowy. Z drugiej strony docierała do mnie myśl, że jako zupełnie przeciętna i blednąca przy Reginie, mogłam zostać spłodzona przez kogoś równie szarego jak ja. Mimo wszystko wierzyłam, że po prostu pojadę, usiądę w porcie i nagle dostrzegę mężczyznę, do którego będę podobna i to będzie mój ojciec. A potem on magicznie rozpozna we mnie córkę, której zawsze szukał. Zrobimy misia, wypowiemy „kocham cię”, a potem zamilkniemy, bo zrozumiemy się bez słów. Happy end.

– Nie dość, że to nierealne, nie można tak kogoś znaleźć, to jeszcze jesteś stanowczo za młoda, żeby jechać w taką podróż i nocować w hotelach. Nie masz na to pieniędzy. To niebezpieczne i po prostu cię nie puszczę. Czy pomyślałaś w tym wszystkim o mnie? O tym, że będę się martwić, że zostanę sama?

Przygotowałam na to wszystko wytłumaczenie. Zaplanowałam wyjazd razem z Karoliną z mojej klasy. Jej rodzice kupili apartament w Gdyni, który zamierzali wynajmować, ale pozwolili nam spędzić w nim weekend. Mieliśmy jechać samochodem, więc nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa; zabierałam też swoje odłożone pieniądze, a przede wszystkim worek marzeń o ojcu. Po licznej wymianie zdań ze mną i telefonów do rodziców Karoliny, Regina w końcu pozwoliła mi na wycieczkę. A właściwie uzgodniła z rodzicami Karoliny, że jedzie z nami. Nie szkodzi – pomyślałam, ważne, że tam będę i dokonam próby odnalezienia ojca. Dostałam skrzydła i nadzieję na piękny lot. Królowa odpaliła papierosa i palcem wskazywała, które jej ubrania powinnam zapakować. Kręciła nosem na niemodny już kostium kąpielowy, ale ponaglona przeze mnie i zachęcona wydobytym z czeluści szafy starym bikini i słomkowym kapeluszem, zaakceptowała swój nadmorski wizerunek. Zanim wyszłyśmy, chwyciła mnie delikatnie za rękę.

– Olguś, twój tata nie był marynarzem. Poznałam go w Gdyni, na wakacjach. Był zwykłym chłopakiem, który postawił mi piwo, a potem poszliśmy na plażę. Obciągnęłam mu, tak mu się spodobało, że chciał więcej. I stało się. Nigdy więcej już nie byłam tak uległa. To moja lekcja życiowa.

Stałam jak wryta z plecakiem pełnym ubrań wciśniętym w drzwi i dłońmi ukrytymi w kieszeniach jeansów. Poczułam nagle, jak wszystkie nadzieje spływają mi po policzkach razem ze łzami.

– Przecież nie chodzi o ciebie, tylko o mnie – wyrzuciłam z siebie. – Ja… ja nie wiem kim jestem!

Przykryła swoje wielkie, niebieskie oczy długimi rzęsami, pociągniętymi wcześniej maskarą. Ten wzrok oznaczał: nie rób scen, opanuj się, nie histeryzuj. A ja miałam dość. Jej wulgarności i manipulacji, sposobu, w jaki bagatelizowała moją tożsamość.

– Albo po prostu poszłam do banku spermy i nie wiem, kim jest twój ojciec. Rozumiesz, Olguś? Jesteśmy tylko ty i ja – dodała szeptem.

Chciałam wiedzieć, chciałam więcej, chciałam ją zabić. Popchnęła mnie do wyjścia, a ja przyspieszyłam kroku zostawiając ją nieco w tyle. Tak wyglądała moja jedyna bezradna reakcja. Pojechałyśmy do Gdyni, ale już nie patrzyłam z entuzjazmem na męskie twarze. Wszystkie zlewały się w jeden obraz nieznanego człowieka.

Po Gdyni dusiłam focha na matkę, na cały świat. Ona z kolei robiła wszystko, aby zostać moją najlepszą przyjaciółką. Regina – po łacinie królowa. Wielokrotnie powtarzała, że nosi wyjątkowe imię, które określiło jej los. Wszyscy znajomi mówili do niej Queenie, a ja po Gdyni zaczęłam nazywać ją Regan, co bardzo przypadło jej do gustu. Ona w niektórych żartobliwych momentach mówiła do mnie Aglo.

– Twoje imię czytane od tyłu to Aglo, jak słodko, prawda? Jak bałwanek.

– A twoje Aniger. Dziwnie. A niger, prawie jak czarnuch po angielsku – wypaliłam.

– R-E-G-I-N-A – literowała, czerwona z wściekłości. – Czyta się tylko od przodu!

Oczywiście. Akceptowała modyfikacje jej imienia, gdy przybierały godną formę. Nie wiem, jak mówili do niej rodzice, dziadkowie czy rodzeństwo. Regina spłynęła z niebios, tak samo niepokalanie pojawiłam się ja. Obie bez przeszłości, zaczepienia. Tylko ona z góry przeznaczona na królową, zdobywczyni, ze mną u boku – Piętaszkiem. Nigdy nie posiadałam w sobie charyzmy, pewności po co jestem i dokąd zmierzam. Dlatego ciągle zadawałam pytania i próbowałam zrozumieć swoją rzeczywistość.

W każdym razie w ramach zacieśniania więzi i zniwelowania mojego focha po Gdyni, w dwa tysiące trzynastym zabrała mnie do Kostrzyna nad Odrą na festiwal Woodstock. Skąd jej to przyszło do głowy, skoro nie znosiła muzyki rockowej? W domu leciała Madonna, radio, a przede wszystkim znane, wesołe kawałki. Nie akceptowała bluesa, ballad, jazzu, poezji śpiewanej, bo to wszystko nastrajało ją pesymistycznie. Tym bardziej, nagłe szaleństwo z Woodstockiem, miksem różnorodnych rodzajów muzyki, których nawet nie znałam, wprawiło mnie w zdumienie. Mimo to nagła ekscytacja Regan, udzieliła się też mnie. Wspólny wyjazd, pakowanie, planowanie podroży, spowodowało, że zbliżyłyśmy się z Reginą do siebie. Traktowałam ją jak przyjaciółkę, tak jak chciała. A przyjaciółki wyjeżdżały razem. Karolina zazdrościła mi relacji z mamą i wyluzowania Reginy. Różniło nas dwadzieścia lat, ale wyglądała znacznie młodziej niż wskazywał jej wiek, więc większość napotykanych osób brała nas za siostry, choć ja miałam wtedy siedemnaście, a ona trzydzieści siedem lat. I była w cudownym, kobiecym rozkwicie. Czekałam nawet aż ktoś powie, że to ja jestem starszą siostrą; szczerze pragnęłam dać jej tę przyjemność i satysfakcję.

Ja, jak to ja, założyłam jeansy, do tego czarną, bawełnianą koszulkę i adidasy. Kruczoczarne włosy po nieznanym ojcu zawiązałam w kucyk. Idealnie, aby znów się wtopić w tłum. Regan, otuliła swoje zgrabne biodra jeansowymi szortami, a czarną, bawełnianą koszulkę, identyczną jak moja, przewiązała nad pępkiem w supeł, pokazując szczupły brzuch; pasma blond włosów zaplotła w niedbałego koka. Tak wystrojone, z nowym namiotem, śpiworami, ruszyłyśmy w podróż pociągiem. Doświadczmy tego – mówiła Regan. Śpiewała, tańczyła i piła wódkę z obcymi ludźmi w przedziale. Później załatwiła, aby zanieśli nasze bagaże na miejsce festiwalu, a ostatecznie rozbiłyśmy się tuż obok nich, gdyż nawiązała szczególnie bliskie połączenie dusz z długowłosym chłopakiem. Dwudziestopięcioletni Rafał śpiewał i grał na gitarze piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. Nie znałam ich utworów, ale łatwo weszłam w melodyjny klimat, dźwięk jego głosu i szarpania strun. Otwierałam natomiast oczy coraz szerzej, kiedy Regan z przymkniętymi subtelnie powiekami ochoczo nuciła piosenki, które wcześniej nazwałaby smętami i wraz z tym zaangażowaniem coraz bardziej przysuwała biodra do Rafała. Ktoś rzucił pytanie, czy pójdziemy pod scenę, a wtedy Regan wypchnęła mnie z resztą towarzystwa.

– Ja dojdę…. – powiedziała i wymownie spojrzała na Rafała.

Pamiętam jeszcze, jak razem z tłumem śpiewałam piosenki Happysad pod sceną, ale nagle zorientowałam się, że Regan się nie pojawiła, na pewno nie przy mnie, a z kolei ja straciłam z oczu wszystkie znajome twarze. Znowu ogarnęła mnie panika, że zostałam sama, a Regina jest poza zasięgiem. Sforsowałam tłum i szukałam drogi do namiotów. Wszystko wokół wyglądało tak samo. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Dzwoniłam do Reginy wielokrotnie. Abonent czasowo niedostępny.

– Zgubiłaś się? – spytał jakiś chłopak i pewnie chwycił moją dłoń.

– Czy wiesz, gdzie jest obóz Hare Kryszna? Gdzieś obok mam namiot i znajomych.

Ogarniało mnie przerażenie, o siebie, o Reginę, o rozpad wszystkiego, co znałam. Opanował mnie strach, dlatego pozwoliłam obcemu chłopakowi prowadzić się za rękę, chociaż w ciemności mógł mnie zaciągnąć gdzieś poza znany mi teren. Przemknęła mi też przez głowę racjonalna myśl, że prawdopodobnie istniało kilka obozów Kryszny. Liczyłam jednak na cud. A cud się wydarzył. Nieznajomy w milczeniu doprowadził mnie do miejsca, które rozpoznałam. Odzyskałam rezon.

– Przenocuj u mnie. Też tu blisko mam namiot.

Nie puszczał moich palców, jednak wyrwałam rękę i pobiegłam w kierunku kolorowych namiotów i Reginy. Później żałowałam, że mu nie podziękowałam; sądziłam, że zobaczę go innego dnia i się zrewanżuję, ale nigdy więcej go nie spotkałam, bo w zasadzie nie wiedziałam nawet kogo szukać.

Przed naszym namiotem leżały rozrzucone butelki po winie, a także szorty Regan. Z bijącym sercem otworzyłam suwak od komory namiotu.

– Mamo, wszystko w porządku? – krzyknęłam.

Lampka turystyczna oświetlała wnętrze namiotu, rzucając światło na nagie pośladki mojej mamy, nadziane na szczupłe, białe ciało Rafała.

– Jaka „mamo”? Co ona mówi? – spytał skonfundowany.

– Ona jest trochę zagubiona, opiekuję się nią. To dłuższa historia – prychnęła Regan, doprowadzając Rafała do śmiechu. Nie patrząc na mnie, sięgnęła po śpiwór i machnęła nim do tyłu prosto w moją twarz.

Pamiętam, że czułam wtedy wstyd, z powodu ujawnienia kim dla siebie jesteśmy. Znowu ją zawiodłam. Chociaż rzadko do niej mówiłam „mamo”, a szczególnie przy jej znajomych, to z jakiegoś powodu w chwilach słabości, słowo to samo cisnęło się na usta. Żałowałam swojej spontanicznej słabości. Bo to przecież przez mój wybryk Regan musiała być dla mnie niemiła. Na szczęście nie padało. Rozłożyłam śpiwór pod gołym niebem i próbowałam zasnąć. Do uszu dobiegały tylko jęki Reginy. Nie powinnam budzić się i płakać…

*

Znowu zawibrował telefon, sprowadzając mnie na ziemię. Tym razem odebrałam: szefowa poprosiła, abym zajrzała do jej gabinetu. Przemierzyłam open space aż do przeszklonego pomieszczenia na rogu.

– Gdzie byłaś? – rzuciła na powitanie.

– Jak to, gdzie? Przy komputerze – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Patrzyłam na Teams i byłaś od godziny z dala od klawiatury.

Zapomniałam o wielkim bracie i kontroli każdej minuty. Gdybym gapiąc się w okno, co minutę ruszyła myszką, aplikacja wyświetliłaby mnie na zielono. Nie zdążyłam wytłumaczyć Jadwidze przyczyny komputerowej nieaktywności, bo ta zmieniła szybko temat i zainteresowała się rekrutacją, o której ja już zdążyłam zapomnieć.

– Co sądzisz o kandydatce? – zapytała z wyczekującym uśmiechem.

Potrzebowałam kilkunastu sekund, aby dotarło do mnie, o kogo pyta. Przypomniałam sobie wtedy o porannym spotkaniu i że to była osoba polecana przez nią – inaczej nie interesowałby jej przebieg rozmowy. Nigdy nie pytała o takie rzeczy, chyba że chodziło o wciśnięcie na stanowisko ciotki, kuzynki lub koleżanki.

– Ta pani nie pasuje do naszego profilu. Szukamy specjalisty do spraw administracyjnych, a ona ma doświadczenie dyrektorskie.

– To ją wyklucza? – spytała ze zdziwieniem. Nie patrzyła mi w oczy.

– Nie, ale na moje pytanie, jaką ma motywację, aby zająć się administracją, tłumaczyła, że szuka rozwoju. Serio? Jeszcze nie słyszałam o takiej karierze: z dyrektora operacyjnego na specjalistę do spraw administracyjnych. Ani razu nie padło z jej ust, że coś zrobiła, osiągnęła, zawsze padało „my”, co oznacza, że miała zespół, na który delegowała zadania. Nigdy nie realizowała ich sama. Przecież u nas na tym stanowisku jest mnóstwo samodzielnych obowiązków.

Poza tym kobieta wyglądała na zimną, leniwą sukę, narcystyczną cipę jak Regan, której w głowie gwiazdorzenie i brylowanie w nowym środowisku, a nie praca. Zaczepianie dyrektorów i obgadywanie koleżanek, organizowanie wyjazdów integracyjnych, chlanie martini, śpiewanie Madonny, ściąganie garsonki… Tego nie powiedziałam, ale intuicja mnie nigdy nie zawodziła. Ta babka nie pasowała.

– Zastanów się, mamy presję czasu, przyda się taka osoba. Nie przekreślaj kogoś, tylko dlatego, że masz jakieś przeczucia. Skontaktuj się z dyrektorką i zaproponuj tę kandydatkę. – Szefowa machała rękami i okręcała swój koński ogon na palcu wskazującym. Zawsze to robiła, kiedy emocje przejmowały nad nią kontrolę.

– Nie zatrudniajmy przekwalifikowanej osoby, która weźmie dyrektorską kasę, ale za którą będzie musiał robić ktoś inny. Za dużo już takich przypadków widziałam na własne oczy, zbyt wiele frustracji to rodzi w zespole. Kandydatka pokazała się ponadto jako bufonka, nie odpowiadała na pytania, kluczyła i wchodziła w dygresje. Szukamy osoby konkretnej, zadaniowej, ukierunkowanej na cel, a także z wymaganiami finansowymi zgodnymi z naszymi widełkami. Nie dostrzegłam tego w tej kobiecie – pewna swojego stanowiska, nie ważyłam słow.

Jadwiga wydęła usta..

– Posłuchaj, ty chyba nie czujesz się ostatnio najlepiej… – zmieniła temat.

– Co masz na myśli?

– Niech tę rekrutację skończy Kasia. Weź urlop, masz sporo zaległego. Niech sprawdzę. – Spojrzała w ekran i klikała w klawiaturę, choć czułam, że dobrze pamięta, ile mi zostało. – Piętnaście dni z ubiegłego roku. Żyj, dziewczyno, wyjedź gdzieś, zabierz faceta, zrób sobie przyjemność. – Uśmiechnęła się sztucznie.

Musiało jej zależeć na tamtej kobiecie bardziej, niż sądziłam. Wolała się mnie pozbyć.

– To prawda, jestem ostatnio przemęczona, ale to nie ma wpływu na moją pracę i mój osąd, dobrze wiesz, że jestem profesjonalistką.

Kwestie etyczno-zawodowe były dla mnie priorytetem. Nie wykonywałam zadań, jeśli wątpiłam w ich zasadność. Jadwiga za to mnie ceniła i podała to nawet jako argument, kiedy awansowałam na HR business partnerkę.

– Olga, nalegam. Nie dyskutuj. Jeśli chcesz się bawić w przepychanki, to przypominam, że obiecałaś przygotować raport z oceny trzysta sześćdziesiątki. Coś ci to nie idzie.

Powinnam z nią walczyć. O zasady, o to, że nie można zatrudniać znajomych, jeśli nie posiadają kompetencji lub nie pasują do profilu. O to, że pracuję nad raportem i mam jeszcze czas, bo umawiałyśmy się na deadline na następny tydzień. Przypomniałam sobie jednak, że chciałam pojechać na urlop, że namawiałam na to Huberta i że naprawdę miałam dość codzienności. Dodatkowo potrzebowałam wyjść wcześniej, żeby pojechać na Powiśle.

– Dobrze, wezmę urlop – przytaknęłam.

Jadwiga przekręciła głowę na bok z niedowierzaniem, że poszło jej tak gładko. Ustaliłyśmy, że Kaśka przejmie ode mnie wszystkie rekrutacje, chociaż w tym ostatnim przypadku sprowadzi się to do powiadomienia babsztyla o przyjęciu. Kaśka przygotuje też za mnie raport. Nie lubiłam takich sytuacji. Odebrano mi coś ważnego, nawaliłam. Mimo to wypełniłam formularz zanim Jadwiga zmieni zdanie i oznajmiłam, że w zasadzie zaczynam urlop od razu.

Wpadłam do łazienki, aby sprawdzić, jak wyglądam. Lekko spuchnięte górne powieki opadały bezradnie. Wyglądałam przez to na starszą niż dwadzieścia siedem lat. A już z pewnością znacznie gorzej niż Regina w moim wieku. Na bank ona załatwiłaby to lepiej, nie musiałaby płakać. Łzy napłynęły do kącików oczu i spłynęły razem z czarnym tuszem. Wyjęłam wilgotną chusteczkę z plecaka i przetarłam skórę. Nałożyłam puder na twarz, a potem namalowałam linerem długie, czarne kreski nad górnymi powiekami. Podkreśliłam w ten sposób lekko skośne oczy po nieznanym ojcu. Prawdopodobnie za szybko opuściłam gardę. Brakowało mi konsekwencji i znowu dałam się ustawić jak pionek, tym razem Jadwidze. Nie, to moja decyzja, przekonywałam siebie. Wyjdzie mi to na dobre. Poprawiłam kucyk i wsadziłam niepokorne kosmyki za ucho.

Wdech, wydech, wdech, wydech. Sejf, regał, klucze do piwnicy.

Zmęczenie dawało o sobie znać, bardziej niż kiedykolwiek. Nawet jeśli Hubert znajdzie milion powodów, dla których powinniśmy zostać w domu, to przez trzy tygodnie będę spać do jedenastej, oglądać Netfliksa i patrzeć w sufit, rozmyślając o tacie, którego brak tak mi doskwierał. Potrzebowałam tego, dlatego nie protestowałam i nie toczyłam boju z szefową. To nie miało nic wspólnego z walczeniem o swoje, jak sugerował Hubert. Koniec końców, nawet jeśli przyjmą tę beznadziejną babę, to nie ja będę z nią pracować.

W telefonie odkryłam siedem nieodebranych połączeń od Huberta. Pomimo uporczywych myśli o nim zrozumiałam, że nie znajdę lepszego momentu, aby wyrwać się wcześniej z pracy i pojechać do mieszkania matki, zanim wróci. Potrzebowałam najwyżej piętnastu minut, żeby sprawdzić sejf.

Prosto z biura wskoczyłam do tramwaju. Wysiadłam przy rondzie ONZ, przegoniłam myśl, aby wrócić do mieszkania i jednak poczekać na Huberta z obiadem. Zignorowałam tę możliwość. Zamiast tego pobiegłam na Jana Pawła II, na przystanek, by wsiąść do autobusu sto sześć w kierunku Mariensztatu. Dostałam trzy tygodnie urlopu i przepełniało mnie poczucie wolności. Nie sądziłam, że dzisiaj zdołam wykonać swój plan, mimo iż okupiony konsekwencjami zawodowymi, to jednak dalsza część dnia napawała optymizmem.

Dochodząc do ulicy Dobrej, pomyślałam, że nigdy nie czułam specjalnego związku ani z lewym ani z prawym brzegiem Wisły. Dorastałam na Powiślu, przy rzece, w zawieszeniu, w zbiorze nijakim. Jedyne, co w okolicy mnie ekscytowało, to iluminacje na Placu Zamkowym. Całe dnie spędzałam w mieszkaniu, zupełnie sama. Bliskość Starówki powodowała, że bywałam często przy Barbakanie. Wtapiałam się w tłum turystów, chłonących swoimi oczami Warszawę, która w moim odczuciu nie przedstawiała sobą nic nadzwyczajnego, jak blok, do którego zmierzałam. Wbrew nazwie ulicy, to mieszkanie nie kojarzyło mi się z niczym szczególnie dobrym. Ciasna kuchnia i dwa pokoje. W jednym z nich stało łóżko ze szczeblami upchnięte między szafę a tapczan, na którym wypoczywała mama. Byłam przekonana, że spałam zamknięta w łóżku jak dla bobasa aż do szkoły podstawowej, chociaż Regina temu zaprzeczała. Doświadczenie mi podpowiadało, że moja własna pamięć nie zawodziła, w przeciwieństwie do Regan.

– Cześć, maleńka, co słychać? – Starszy mężczyzna przywitał mnie na parterze tuż po wejściu do klatki.

Bogdan nazywał mnie tak od dzieciństwa, nawet wtedy, gdy już dawno wyrosłam z maleńkości. Kiedy byłam bardzo mała, napawał mnie lękiem, podobnie jak inni obcy ludzie, a szczególnie mężczyźni.

– Idę do mamy. Dostałam trzy tygodnie urlopu. – Mrugnęłam jednym okiem, dając mu do zrozumienia, że udało mi się ten urlop załatwić.

– Należy ci się, dużo pracujesz. – Uśmiechnął się. – Ale Reginka jeszcze nie wróciła. – Wejdź do mnie na herbatę, zanim pójdziesz do mamy.

Spojrzałam na zegarek. Piętnasta. Powinnam zdążyć. Zawsze odwiedzałam Bogdana, nie umiałam mu odmawiać. O co Regina niejednokrotnie miała do mnie nieuzasadnione pretensje.

Nie słyszałam, aby ktokolwiek inny mówił o niej Reginka. Podejrzewałam, że Bogdan od zawsze podkochiwał się w mojej mamie. Wzbudzało to we mnie żal. Wyglądało na to, że czekał na nią całe życie, pielęgnując romantyczną wizję jej osoby, choć jego nadzieje zostały skazane na porażkę w tym samym momencie, gdy w nim zakiełkowały.

Odkąd pamiętam zagadywał Regan, pomagał jej wnosić zakupy, a także wykonywał w naszym mieszkaniu drobne naprawy. Nie zwracałam na niego uwagi, traktowałam z dystansem, a i on początkowo spoglądał na mnie niechętnie – byłam przymusowym dodatkiem do mojej matki. Zawsze uważałam go za starego, chociaż dwadzieścia lat temu musiał być w wieku dzisiejszej Reginy. Szybko dostrzegłam, że moja mama przy Bogdanie mocno podkreślała naszą więź – demonstracyjnie wyciągała lalki i wysypywała na środek pokoju, rozpoczynając ze mną zabawę i pokazując tym samym Bogdanowi, że nie ma dla niego czasu. Kiedy wychodził, traciła mną zainteresowanie. Jak pies Pawłowa nauczyłam się, że jest mi lepiej, kiedy on jest w pobliżu, choć nie miało to nic wspólnego z jego zainteresowaniem moją osobą. Poznałam go bliżej, kiedy pewnego dnia w pierwszej klasie mama nie odebrała mnie ze świetlicy szkolnej. Zostałam sama, a opiekunka nerwowo spoglądała na zegarek. W końcu wpadł Bogdan i mnie zabrał. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale początkowa ulga, że w końcu opuszczę świetlicę, przerodziła się w nerwowe pytanie gdzie jest Regina, królowa mojego życia.

Bogdan przeżywał zaniepokojenie większe od mojego. Nie jest łatwo zająć się obcym dzieckiem, a przecież chciał zaimponować Reginie. Moim doświadczeniem w zostawaniu z obcymi ludźmi mogłam zapełnić dziecięce CV. Z przedszkola odbierały mnie koleżanki mamy; wszystkie bezdzietne, lecz mimo to potrafiły zorganizować mi czas. Dostawałam lizaka do jednej ręki, kolorowanki do drugiej i rysowałam. Nie pamiętałam ich imion, ale wzbudzały pozytywne wibracje, było w nich coś wiedźmowo-swojskiego. Bogdan z kolei patrzył na mnie jak na zwierzę w zoo, z zaciekawieniem, ale też z niepokojem. Zaproponował mi herbatę i śledzie w oleju. Nie jadłam takich rzeczy ani nie piłam nigdy herbaty, więc już tylko tym wytrącił mnie ze strefy komfortu. Biła od niego silna determinacja i nie umiałam wyrazić sprzeciwu. Posłodził mi trzema łyżkami cukru i od tej dawki legalnego narkotyku wypłynął na moją twarz błogi uśmiech, a potem usnęłam. Mieszkanie Bogdana pod piątką już zawsze kojarzyło mi się z herbatą. Ku przerażeniu Bogdana, Regina nie wróciła na noc, więc rano ponownie przygotował mi słodką herbatę i śledzie w oleju. Skubnęłam je w końcu, zagryzając kromką białego chleba i pewnie ze względu na głód przyznałam, że mi smakowały. Od tamtego czasu, kiedy u niego nocowałam pierwszy raz, sytuacja powtarzała się wielokrotnie, a my przywykliśmy do siebie. Doszło do tego, że pan Bogdan, dozorca spod piątki, odbierał mnie systematycznie ze szkoły, żebym nie musiała zostawać na świetlicy. Mama zabierała mnie dopiero pod wieczór. Ja i Bogdan graliśmy w tysiąca, pomagałam mu robić obiad, moje ulubione naleśniki i murzynka oraz odrabiałam przy nim lekcje. Przepytywał mnie z zaciekawieniem i zaangażowaniem. Pamiętał wszystko, co mu opowiadałam i sam przypominał Reginie o zebraniach czy wycieczkach szkolnych.

W trzeciej klasie, kiedy rytm spotkań z Bogdanem stał się normą, Franek Gołębiewski, chłopak z siódmej klasy mieszkający w klatce obok, rzucił bombę na przerwie.

– Boguś dozorca rypie Reginę Walasik.

Rzucane przez dzieciaki aluzje i kpiny, że jest moim tatusiem, dozorcą, woźnym, cieciem-śmieciem, nie martwiły mnie przesadnie, nie chciałam tylko, aby dotarły do niego. Mimo iż się wahałam, powiedziałam o tym Reginie. W uniesieniu zrobiła mi wykład o tym, że nikt nie ma prawa w ten sposób traktować Bogdana, bo jest dobrym, pomocnym człowiekiem, a to jest najważniejsze. Przyznałam jej rację i podjęłam wewnętrzną, całkiem dojrzałą decyzję, że wybieram Bogdana i mam gdzieś fantazje Franka. Moje milczenie przyniosło rezultat i w końcu wszyscy zapomnieli o tym temacie.

W tamtym czasie, pewnego wieczora Bogdan przyszedł do mamy z kwiatami. Podsłuchiwałam z pokoju – pragnął ją zaprosić na kolację, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Regina słuchała go z powagą i w nietypowym jak dla niej milczeniu. Oczekiwałam na jej odpowiedź z wypiekami na twarzy.

– Nie dla psa kiełbasa, Boguś – wyprosiła go, używając dokładnie tych słów, choć kwiaty zabrała i wstawiła do wazonu.

Teraz wiem, że dobrze się stało. Lepiej dla niego, że zraniła go od razu niż po miesiącach czy latach. On natomiast nigdy mnie nie zostawił i nie zawiódł, nadal zapraszał do siebie i został prawdziwym przyjacielem. Jednym z niewielu.

Patrzyłam teraz na jego wysuszoną, pomarszczoną twarz. Znowu połączenie od Huberta. Przeleciało mi przez myśl, że powinnam jednak wrócić, aby go nie martwić. Wdech-wydech, wdech-wydech. Zostałam jednak z Bogusiem. Przyjacielem. Zanim usiadłam na rozkładanej kanapie, wygładził koc, który zakrywał zniszczoną tapicerkę. Nalał wody do czajnika i postawił go na starej kuchence gazowej. Odmierzył liście herbaty i umieścił w zaparzaczce. Czekaliśmy na dźwięk gwizdka. W tym czasie obserwowałam lekko przygarbione plecy Bogdana. Nie odzywałam się, bo dobrze wiedziałam, że jeszcze mnie nie słucha – nie robił dwóch rzeczy na raz. Jeśli przygotowywał herbatę, musiałam w milczeniu poczekać, aż skończy. Bogdan zalał dwie szklanki wrzątkiem i postawił przede mną. Wyciągnął jeszcze pudełko ciastek korzennych i poruszył podbródkiem do góry jako znak, że w końcu rozpoczniemy rozmowę.

– Jak ty możesz ją kochać? – spytałam całkiem śmiało.

Przeszliśmy na ty kilka lat temu, kiedy przedstawiłam mu Huberta. Kluczyłam, tłumacząc kim dla siebie jesteśmy. Stanęło na tym, że Bogdan jest przyjacielem rodziny, właściwie jej członkiem. Jedynym, pewnym, którego miałam. Wyciągnął przy Hubercie starą single malt whisky, którą trzymał na specjalne okazje i kazał mówić do siebie po imieniu, zarówno Hubertowi, jak i mnie. Nigdy jednak nie rozmawialiśmy o jego uczuciu do Reginy, w ogóle rzadko o niej rozmawialiśmy. Czasami wylewałam z siebie żale, a on tylko słuchał. Przyjmował moje słowa jak dobrze chłonąca gąbka.

– Skąd wiesz, że ją kocham? – spytał.

– Wiedziałam to od zawsze, a właściwie odkąd przyszedłeś do niej z kwiatami. Wiem, że opiekowałeś się mną dla niej, chciałaś ją tym kupić. Bezskutecznie. Ale i tak cię wyssała, wyciągnęła z ciebie wszystko, co mogło jej się do czegoś przydać. Nie widzisz tego? To wampir, energetyczne zło. Manipulantka, hipokrytka. Suka.

– Chcesz miodu do herbaty?

Posłodzić i rozmiękczyć, to jego metody. Tak z reguły reagował na moje wynurzenia o Reginie. Nie poprawił mi tym humoru. Byłam blisko wybuchu. Chciałam, żeby wziął na siebie ten strzał. Żeby ktoś mnie usłyszał i przyznał, że mam rację. Niby mogłam w tej sprawie liczyć na Huberta, ale on z kolei oczekiwał, że zerwę z matką. Zniknę i przestanę utrzymywać z nią kontakt. Tak by było wygodnie, szczególnie dla Huberta, bo wtedy skoncentrowałabym się tylko na nim.

– Słyszysz, co mówię?

– Tak, słyszę. Przemawia przez ciebie żal. Ale to twoja matka, kochasz ją. A ona ciebie.

Odchyliłam głowę do tyłu. Zbyt energicznie, bo uderzyłam nią o ścianę. Zamknęłam powieki; ćmiący ból sprowadził łzy do moich oczu, przestałam je hamować. Bogdan mi na to pozwolił. Po postu cierpliwie siorbał gorącą herbatę, podczas gdy ja pozwalałam łzom lecieć strumieniami i kapać na spodnie. Przykrył moją dłoń swoją. Przy nim wzbierała we mnie odwaga, podczas gdy przy Hubercie broniłam Reginy. Podobnie jak przed sobą. Choć wizyty u niej oscylowały wokół absurdu i szaleństwa, przychodziłam, dawałam sobą manipulować, bo nadal liczyłam na jej akceptację i zainteresowanie.

– Regina to silna kobieta. Z uśmiechem na ustach mierzy się ze światem. Samotnej matce nie jest łatwo. A ona wszystko, co robi, robi z wdziękiem, z urokiem. Nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Nie oceniaj jej tak surowo. Miałaś dobre dzieciństwo. Zabawki, ciepło, jedzenie w lodówce. Niczego ci nie brakowało.

– Ojca. Ojca mi brakowało.

Bogdan wstał i postawił ponownie czajnik na palnik.

– Zagramy partyjkę? – spytał.

Nauczył mnie grać w tysiąca w trzeciej klasie. Czekałam długo na mamę i jęczałam, że się nudzę. Wyjął karty z drewnianego pudełka i powoli, metodycznie wytłumaczył zasady dobieranego. Od tamtej pory graliśmy niemalże codziennie. Co więcej, kiedy odwiedzałam Regan, często przychodziłam do Bogusia na partię tysiąca.

Bogdan posiadał dar do omijania tematów, którymi czasem go atakowałam. Potrzebowałam dopytać, wyjaśnić, a on wtedy milknął, zmieniał temat. Irytował mnie tym, ale nie potrafiłam długo żywić do niego urazy. W głębi wiedziałam, że wybierał taką drogę, jaka wydawała mu się najlepsza.

– Przepraszam, dzisiaj nie dam rady, pójdę na górę.

– Jak tylko będziesz chciała, to ja tu zawsze jestem.

Objęłam go. Był mojego wzrostu, poklepałam go przyjacielsko po plecach, a on mnie czule pogładził. Koił mnie ten dotyk. Jedyny w moim życiu, który niczego ode mnie nie oczekiwał. Wyrażał tylko pełną gotowość, gdybym tylko ja potrzebowała jego obecności. Utrzymywało mnie to przy zdrowych zmysłach.

Weszłam na drugie piętro i otworzyłam drzwi. Te same, które mnie odepchnęły w głąb mieszkania, kiedy jako zrezygnowana czterolatka ryczałam na podłodze. Wielokrotnie grzebałam w pamięci, aby rozstrzygnąć, jak często do tego dochodziło. Prawdopodobnie ze wszystkich razów zlepiłam jeden wielki horror. Z Reginą nie mogłam być niczego pewna.

W przedpokoju wyjęłam z szafki klucze do piwnicy, a potem poszłam prosto do dużego pokoju. Skopiowałam ruchy matki, podsunęłam krzesło pod regał i odsunęłam książki. Zgodnie z oczekiwaniami znalazłam sejf. Ważyłam w dłoni pęk kluczy. W końcu odnalazłam najmniejszy i otworzyłam skrzynkę. Wyciągnęłam z niej wszystkie niechlujnie poupychane papiery. Zeszłam z krzesła i rozłożyłam je na stole. Rozprostowałam kartki.

Wiktoria Regina Sawicka, urodzona w Warszawie w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym. Ojciec: Krzysztof Sawicki, matka: Renata, z domu Walasik.

Odpis aktu urodzenia z dziewięćdziesiątego szóstego z danymi: Regina Walasik.

Przeglądałam dokumenty, przerzucając wzrok z jednego na drugi. Usunęła pierwsze imię i została przy drugim, zmieniła nazwisko na panieńskie matki. Dlaczego?

Legitymacja szkolna, Szkoła Podstawowa w Budkach Piaseckich. Oglądałam zdjęcia. Młoda Regina wyglądała poważnie bez uśmiechu, nawet lekko sztucznego, zaistniałego na potrzeby fotografii. Poznałam jednak jej duże oczy i te same włosy przypominające fale.

Świadectwo ukończenia szkoły podstawowej i IV Liceum Ogólnokształcącego w Sochaczewie. Adres zamieszkania: wieś Dębówka, gmina Teresin. Wyjęłam z kieszeni telefon i zrobiłam zdjęcie.

Przeglądałam dalej: akt własności, który mi pokazała. I kolejny, dotyczący mieszkania na Dobrej. Mieszkanie otrzymała w spadku. Natomiast oprócz aktu własności znalazłam akt notarialny potwierdzający przeniesienie własności w formie darowizny pomiędzy Robertem Winieckim a Reginą Walasik. Kim był, do cholery, Robert Winiecki? Taki krok podejmowali z reguły rodzice lub dziadkowie, a facet wydawał się kimś obcym. Ale co ja wiedziałam o rodzinie?

Mój akt urodzenia: Olga Walasik, urodzona w Warszawie.

Stałam ze starym, pogiętym papierem w ręku i rozpamiętywałam rozmaite momenty z życia mojego i Regan. Te chwile codzienności wyryte we mnie jak w skale. Patrzyłam na swój akt szczególnie na rubrykę OJCIEC, gdzie wpisano: NIEZNANY.

Dorosłam i już żadne kłamstwo nie mogło mnie ruszyć, zbyt wiele ich przyjęłam z ufnością. Teraz cała obrosłam kłamstwami. Usłyszałam, że Regan wchodzi. Nie miałam zamiaru nic maskować. Wszystkie papiery rozłożone na stole były dowodem mojego szperania i odkrycia prawdy.

– Pochodzisz z okolic Sochaczewa i tam masz rodzinę. – Stałam zwrócona do niej tyłem, ale czułam jej obecność za sobą. – Dlaczego nigdy o tym nie wspomniałaś, dlaczego ich nigdy nie odwiedziłyśmy? Po co te zmyślone historie?

– Tak było lepiej – stwierdziła.

– Dla kogo? – Nabrałam odwagi, aby się odwrócić i spojrzeć w jej oczy.

– Twój ból dupy, że nie znasz ojca, nie oznacza, że ja mam poświęcić całą siebie dla twojej durnej potrzeby. I tak przez ciebie zmieniło się wszystko. Strasznie uparta w tym jesteś. Po cholerę ci ojciec, nie było go i nie ma. Masz tylko mnie. Koniec – mówiąc te słowa, zsuwała z siebie czerwoną sukienkę a’la Katarzyna Bonda, kopnęła ją potem pod ścianę, a z krzesła zdjęła szlafrok w panterkę, który nonszalancko zarzuciła na siebie. Zdążyłam pomyśleć, że czterdziestosiedmioletnia już tak chętnie nie pokazywała swojego ciała mnie i ścianom.

– Nie każę ci nic poświęcać, proszę tylko o prawdę – chciałam brzmieć ugodowo.

– Tak naprawdę nie chcesz wiedzieć, uwierz mi. – Stanęła do mnie tyłem i zaczęła składać dokumenty na jedną kupkę.

– Zdecydowałaś za mnie, tak po prostu. – Zawsze tak robiła, królowa wie lepiej. – Wychowałaś się na wsi – prychnęłam nagle. Ogarnęło mnie rozbawienie. Regan darzyła wstrętem wszystko, co wiejskie, przaśne, niemiastowe. Podawała się za rodowitą Warszawiankę, a z dokumentów wywnioskowałam, że rodzice tylko pojechali do stolicy, żeby tam się urodziła.

– Nie wychowałam się na wsi! – zaprzeczyła.

– Przecież odkryłam dowód, że masz na wsi rodzinę. Tam chodziłaś do szkoły. Po co kłamiesz? Mam prawo ich poznać. Mam prawo wiedzieć, kim był albo kim jest mój ojciec. Mam dość tych zawoalowanych historii.

– Wiesz, kim jest twój ojciec? – Podeszła i zbliżyła twarz na odległość centymetra od moich oczu.

Nie spuszczałam z niej wzroku.

– To Bogdan spod piątki. To twój tatuś.

– Jesteś chora, nienormalna.

– Spierdalaj! – wrzasnęła. – Jesteś niewdzięczną pizdą. Tyle mam ci do powiedzenia!

Machnęła teatralnie rękoma, szepcząc słowa, których już nie usłyszałam.

Wyszłam. Ściskałam w ręce telefon, którym wcześniej pstryknęłam zdjęcia dokumentów. Dobrze się stało – powtarzałam sobie. Sama bym jej nie zostawiła. Czekałabym na zwrot akcji, na kolejną fantazję Reginy. Królowej, która potrzebowała kłamać, aby utrzymać władzę nade mną. Jak mogłabym porzucić tę, której jako dziecko prałam rajstopy? Ale skoro ona sama kazała wyjść, musiałam to zrobić i byłam w tym momencie jej za to wdzięczna.

Minęłam drzwi Bogdana i wciągnęłam powietrze do płuc. Kolejne nieodebrane połączenia od Huberta i wiadomość: „jeśli nie wrócisz do 20, zadzwonię na policję”.

Prychnęłam. Dlaczego dwudziesta, a nie dwudziesta druga albo północ? Bo wtedy już kładł się spać. Dokonał analizy. Symptomy narastały. Najpierw zimna kawa, a później brak kawy i kanapek. A także unikanie rozmowy. Najpierw uznał, że zwariowałam. Potem połączył kropki: jednak zostałam porwana, bo przecież z własnej woli nie pominęłabym tych kluczowych czynności dnia. Stałam na ulicy, bo nie miałam ochoty wracać do siebie. Czekała mnie kolejna jałowa dyskusja, tym razem z Hubertem.

*

Kiedy wróciłam do mieszkania na Małej, Hubert siedział przy stole, zupełnie tak, jak go pamiętałam z poprzedniego dnia, gdy szykowałam dla niego obiad. Usłyszał mnie i odwrócił twarz w moim kierunku. Zobaczyłam na niej prawdziwy smutek i ból.

– Przepraszam. – Podbiegłam i przytuliłam głowę do jego ramienia. – Jadłeś coś?

Kiwnął głową. Poradził sobie sam. Bohater. Drwiłam z niego w duchu, ale mimo to martwiłam się o jego potrzeby.

– Wytłumaczysz mi, o co chodzi? – spytał rzeczowo.