Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
16 osób interesuje się tą książką
Inspirująca powieść oparta na prawdziwej historii Johanny Bonger, bratowej Vincenta van Gogha.
Emsley Wilson prowadzi nieduży dom aukcyjny. Interesy nie idą jednak najlepiej, wspólnicy – jej chłopak i przyjaciółka – mają romans, a ukochana babcia podupada na zdrowiu. I kiedy świat Emsey zdaje się rozsypywać, podczas porządków w mieszkaniu babci dziewczyna znajduje stary pamiętnik. Jak się okazuje, należał on do Johanny Bonger, bratowej i spadkobierczyni Vincenta van Gogha.
Johanna odziedziczyła prace malarza jako młoda wdowa z małym dzieckiem. Pozostawiona bez środków do życia, miała tylko te obrazy, które wówczas były niewiele warte. Kobieta jednak postanowiła, że zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby zaprezentować światu twórczość Vincenta.
Czy zapomniana historii z przeszłości zdoła odmienić życie Emsley? Ta pełna emocji, sekretów i pasji do sztuki powieść, udowadnia, że czasem to, co ukryte w cieniu, ma największą moc rozświetlania ludzkich losów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Tytuł oryginału: The Secret Life of Sunflowers
© 2022 Marta Molnar © 2025 Glyph Books, LLC
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania, ani przechowywana w informatycznej bazie danych bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie treści książki w sieci.
Copyright for the polish edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2025
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek
Redakcja: Agata Milewska
Korekta: Justyna Grabska
Projekt okładki: Emily Dana
Skład i łamanie: Krystyna Szych
ISBN 978-83-213-5380-7
Wydanie I, 2026. Symbol 5389/R
CIP - Biblioteka Narodowa Molnar, Marta Sekretne życie słoneczników / Marta Molnar ; tłumaczenie: Paweł Wieczorek. - Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2026
Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Książkę tę dedykuję wszystkim kobietom, które nie przestają walczyć.
Ze szczerymi wyrazami wdzięczności dla Sarah Jordan i Diane Flindt za bezgraniczną cierpliwość i przyjaźń. Za niewyczerpane wsparcie dla Jill Marsal. Za bezcenną pomoc Lindzie Ingmanson, Toni Lee, Mary-Theresie Hussey i Margie Lawson. Za niezłomną przyjaźń i wsparcie dla Patsy Keller. Za informacje zwrotne na wczesnym etapie dla Deb Posey-Chudzinski, Marcy Collins, Hilary Powell, Jo Dawson, Judy Wagner, Kaeli Stokes, Audrey McDonald, Robin Diebold, Sue Cleereman, Lindy Dossett, Sharon Ford, Dalice Peterson, Michelle Cox, Gretchen Coon i Sue Chatterjee. Wielkie podziękowania dla wszystkich wspaniałych przyjaciół na FB, którzy pomogli mi wybrać okładkę i przez całą drogę dodawali mi otuchy.
Pierwszy raz, gdy ujrzałam tajemnicze niebieskie pudełko, był ostatnim, gdy rozmawiałam z babcią twarzą w twarz.
– Gdybyś chciała zamordować tego zdradliwego typka, wchodzę w to – powiedziała. – Zastanawiałam się nad tym, Emsley. Nie pomogę ci zakopać jego ciała ani ciała Diyi, ale mogę dać ci alibi.
Poprawiła podomkę z nadrukowanymi motywami z Moneta – zielononiebieską wodą z pływającymi gdzieniegdzie purpurowymi liliami wodnymi – aż ubranie ułożyło się na jej kruchym ciele. Bogini w chwili wytchnienia. Nieważne, czy miała udar, czy nie, czy leżała w łóżku pielęgnacyjnym, w dalszym ciągu była Violet Velar, artystką, diwą przez duże D, nowojorską sławą.
Chmura środków dezynfekujących, unosząca się w domu opieki niczym górska mgła na obrazie Robinsona Halla, nie śmiała przedostać się do tego pokoju. Otoczył mnie zapach jej perfum. Pikantny, nieposkromiony, odważny.
Położyłam na stoliku nocnym plik czasopism o sztuce i katalogów aukcyjnych.
– Możemy pozwolić Treyowi przeżyć jeszcze jeden dzień. Pozwolimy mu na związek z Diyą, jeśli tego chcą. Jesteśmy partnerami biznesowymi, a ja jestem gotowa na to, żeby radzić sobie w trudnych sytuacjach.
– Mogłabyś wrócić.
Pocałowałam ją w policzek.
– Wiesz przecież, że Nowy Jork to mój Camelot – odparłam, w myślach widząc magiczne królestwo, o którym zawsze marzyłam – ale moją rzeczywistością jest Los Angeles.
Nowojorskie domy aukcyjne wydawały się mieć w swoich regulaminach tajną klauzulę, wedle której aukcjonerzy muszą wyglądać jak prezenterzy z brytyjskich seriali dokumentalnych. Aby pozwolono komuś wyjść na scenę, musiał mówić, jakby studiował w latach sześćdziesiątych w Cambridge.
– Nie mam „odpowiedniego” wieku, a to się tu liczy. Nie mam postury, jaka wzbudzałaby respekt. – Opuściłam metalowe pręty biegnące wokół łóżka Violet, które nowa pielęgniarka lubiła podnosić „dla bezpieczeństwa”, a których Violet nienawidziła. – No i nie należę do preferowanej płci. Brakuje mi dyndających elementów.
Violet wydała z siebie mruknięcie.
Uważałam dokładnie tak samo.
– Wiesz, co powiedział mi Henry Fullerton, gdy poprosiłam o awans?
– Henry zawsze był dupkiem.
– Że bogaci ludzie kupują drogie dzieła sztuki jako inwestycje, więc topowy aukcjoner musi wyglądać tak, że prezes funduszu hedgingowego na pierwszy rzut oka uzna go za godnego zaufania. Za kogoś, z kim mógłby w niedzielę grać w golfa. – (Henry dokładnie tak się wyraził, usprawiedliwiając trzymanie mnie kolejny rok na stanowisku juniorskim). – A poza tym, gdyby nie był dupkiem, nie zaczęłabym szukać innych możliwości. – (Kiedy nachodziła mnie miłość do świata, niemal byłam w stanie przekonać samą siebie, że Henry Fullerton wyświadczył mi przysługę). – Nie założyłabym własnej firmy z Diyą i Treyem.
Przenikliwe jak u walkirii spojrzenie Violet zamgliło się z niepokoju.
– Na pewno chcesz dalej z nimi mieszkać?
– To nie jest kwestia chcenia, lecz braku zdolności przewidywania numerów na loterii. – Usiadłam w fotelu przy jej łóżku, położyłam torbę na kolanach i z kłębowiska papierów wygrzebałam laptop. – Uwierz mi, chciałabym mieć własny kąt i któregoś dnia, całkiem niedługo, to nastąpi. Wtedy ich spłacę.
Dążyłam do punktu, w którym zacznę dyktować warunki i będę panią własnego losu, planowałam bowiem wejście w sektor aukcji charytatywnych. Aby móc organizować darmowe aukcje dobroczynne, musiałam zapewnić obecnej firmie solidne zaplecze finansowe z codziennej działalności. Marzyłam o przekazaniu któregoś dnia czeku na milion dolarów na badania nad udarem mózgu. Śniłam na jawie, że wyniki tych badań pomogą Violet. Niczego nie chciałam bardziej niż przywrócenia mojej babci do dawnego stanu.
Nasz niszowy dom aukcyjny o nazwie Ludington’s obsługiwał pozyskujących fundusze na cele polityczne i darczyńców szukał wyłącznie pośród hollywoodzkich celebrytów. Nie tęskniłam za dusznymi nowojorskimi aukcjami, gdzie spieniężano majątki składające się głównie z nudnych obrazów pozostawionych przez zgrzybiałych finansistów, które to kolekcje gromadzono wyłącznie jako inwestycje. W LA mieliśmy do czynienia z aktorami, producentami, reżyserami, którzy oferowali spędzenie weekendu na swoim ranczo, dzieła sztuki, które stworzyli, kostiumy, w których grano oscarowe role, a nawet drobniejsze rzeczy, takie jak podpisany scenariusz. Nasze aukcje były zabawne. Pełne werwy.
– Jesteśmy idealnie spozycjonowani, aby korzystać z politycznego aktywizmu Hollywood – stwierdziłam, cytując standardową ofertę, jaką przedstawialiśmy potencjalnym inwestorom. – Będziemy zarabiać dobre pieniądze. Miejmy nadzieję, że niedługo.
Nie powinnam w wolny dzień rozmawiać o pracy. Mój telefon musiał to wyczuć, bo zaraz dostałam nową wiadomość: Dziś wieczór o dziesiątej w hotelu?
Violet uniosła głowę nad poduszkę.
– Twoja matka?
– Mark Selig. Młody kongresmen. Jesteśmy w trakcie podpisywania z nim umowy klienckiej.
Odpisuję: Będę w ciągu dnia w Nowym Jorku. Poniedziałek o dziesiątej rano w biurze?
– Uważaj na takich. – Violet poruszyła palcami stóp. – W mężczyznach, którzy wcześnie dochodzą do władzy, rodzi się paskudna roszczeniowość.
Wiedziała, co mówi.
– Musimy wymyślić, kiedy moglibyśmy się spotkać. Byłam z nim umówiona na wczoraj, ale musieliśmy zmienić termin.
Gdy działo się coś tego typu, zazwyczaj prosiłam Treya, aby poszedł na spotkanie w zmienionym terminie, natomiast Selig zażyczył sobie konkretnie mnie, ponieważ miał pewne obawy dotyczące formatu naszych aukcji, a to leżało w moich kompetencjach. Nie uda mi się z tego wykręcić.
– Skarbie... Stracisz szansę, bo przyszłaś do mnie?
– On będzie w LA przez kilka dni. Spotkamy się, gdy wrócę. – Nie miałam ochoty marnować więcej czasu na rozmowę o Seligu. – Ale wiesz co? Zgadnij, co miałam pod młotkiem w tym tygodniu.
– Gębę Treya?
Violet wciąż była oburzona w moim imieniu i kochałam ją za to.
– Licytowałam poplamione potem suspensorium gwiazdora z topowych filmów akcji. Za sto tysięcy.
– Niniejszym ogłaszam, że oficjalnie Złotą Erę Hollywood mamy za sobą. – Zamknęła oczy, jakby ten fakt ją bolał albo modliła się za zbiorową duszę „fabryki snów”. Po pełnej smutku chwili podniosła wzrok. – Śmierdziało?
– Nie pachniało jak róże o zmierzchu. – Mój laptop zapiszczał. – Mama dzwoni.
– Przypomnij mi później, że chcę ci coś dać – wtrąciła szybko Violet.
Po chwili połączenie zostało nawiązane, a na ekranie, prosto z Florydy, pojawiła się moja matka, promieniejąc opalenizną i nową fryzurą. Zaczęła, jak zwykle, od uprzejmości.
– Dlaczego siedzisz tak blisko ekranu? Połóż tego laptopa gdzieś, gdzie będę widziała was obie – brzmiało jej pierwsze zarządzenie.
Mama celowała w wydawaniu poleceń i wszystko musiało być zawsze na swoim miejscu. Jeżeli coś jej się nie podobało, siłą doprowadzała to do akceptowanego przez nią stanu. Urodziła się jako Johanna Velar, ale w szkole średniej zmieniła imię na Anna. Zaraz po maturze wyszła za Philipa Gregory’ego Wilsona, aby pozbyć się rodowego nazwiska Violet, które wyraźnie wskazywało na to, że matka urodziła się z pozamałżeńskiego związku. Johanna Velar brzmiało na tyle egzotycznie, że – na miłość boską! – ludzie mogliby sądzić, że jest cudzoziemką. Anna Wilson natomiast była amerykańska, tradycyjna, konserwatywna i idealnie nadawała się na żonę dentysty. A potem, gdy wreszcie się pojawiłam, nazwała mnie Emily Wilson. Tyle tylko, że już w przedszkolu kazałam wszystkim nazywać się Emsley, czyli przydomkiem, który nadała mi Violet. Doprowadzało to matkę do szaleństwa.
Za matką na ekranie pojawił się ojciec z torbą z kijami do golfa na ramieniu.
– Violet... – zaczął, po czym zwrócił się do mnie: – Cześć, Pierożku. – Pocałował matkę w policzek. – Dlaczego moja lodówka na piwo w garażu jest pełna kremu do twarzy?
– Przestali produkować Buti Balm. – Normalny człowiek musiałby chyba stracić kończynę, aby przybrać równie zbolały wyraz twarzy, co matka. – Musiałam zrobić zapas. Dokąd idziesz?
– Zerwać Bobowi z tyłka spodnie w kratkę. – Tata pomachał do nas, po czym zniknął z naszego pola widzenia.
Mama przestawiła przypinaną kamerę, aby obejmowała ojca, teraz była więc na skraju ekranu i widać było tylko jedno jej oko, które powiększało się, gdy przysuwała się do komputera. Ponieważ temperatura i wilgotność rozmazywały jej tusz wokół oczu, miałam wrażenie, jakby wpatrywało się we mnie oko Saurona.
– Długo jesteś? – spytała matka. Chciała wiedzieć, czy ją obgadywałyśmy.
– W tej chwili weszłam.
– Anno, jak biodro po złamaniu? – spytała Violet swoje jedyne dziecko.
– Goi się. Powinnam była pamiętać, że nie chodzi się na bosaka po śliskim obrzeżu basenu. – Mama parsknęła na własną nieostrożność. – Już tydzień temu powinniśmy byli wrócić do siebie na północ.
Moi rodzice mieszkali przez większą część roku w Hartford w stanie Connecticut i przyjeżdżali do ośrodka rehabilitacyjnego w Nowym Jorku tylko wtedy, gdy ja się tu wybierałam. W ten sposób matka mogła podczas jednego zaledwie wyjazdu zobaczyć się i ze mną, i z babcią. Dwie pieczenie na jednym ogniu, majstersztyk organizacyjny. Praktyczność i planowanie były najwyższymi cnotami mojej matki. Wszelkie nagłe zmiany harmonogramu wytrącały ją z równowagi. Nie należała do osób dobrze radzących sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami.
Współczułam jej.
– Jeżeli Violet będzie czegoś potrzebować, pomogę.
Nikt nie powinien siedzieć trzy godziny w samolocie z pogruchotanym biodrem.
– Dziękuję. – Nigdy nie przesadzała z wdzięcznością, za to lubiła od razu przechodzić do sedna. – Teraz powiedz mi, że jesteś z powrotem z Treyem.
– Nie, nawet gdyby zniknęli wszyscy mężczyźni, a wszystkie baterie padły. – Przeczytałam to w jakiejś książce i zachowałam na tę chwilę.
– Emsley! Jak możesz być taka... – Chciała powiedzieć „wulgarna”, uznała jednak, że słowo „wulgarna” jest wulgarne, więc subtelnie ucięła zdanie. – Pomyśl o swojej firmie. Gdy wyjdziesz za niego za mąż, będziesz miała najwięcej udziałów spośród was.
– Nie mam czasu chodzić na randki.
– Mężczyźni nie lgną do ciebie, ponieważ zawsze ubierasz się na czarno. Przynajmniej zrezygnuj ze spodni. Nie rób takiej miny. Mężczyźni lubią oglądać kobiece nogi.
– Jeżeli kiedykolwiek poczuję nagłą potrzebę i palące pragnienie dowiedzenia się, czego pragną mężczyźni, roześlę ankietę w Internecie.
Mama westchnęła z irytacją typową dla matek nieposłusznych córek, jakby moja kolczasta impertynencja rozrywała misterną tkankę społecznych konwenansów.
– Włóż po prostu na to jutrzejsze spotkanie seksowną sukienkę. Nigdy nie wiadomo, kto cię będzie widział.
– Anno, to ma być czasopismo biznesowe – wtrąciła Violet w mojej obronie. – Nie katalog panienek na zamówienie.
Uwielbiałam babcię i jej energię, spokojnie mogącą konkurować z rozbłyskami słonecznymi, zdolną do zakłócania działania Internetu i lotu orbitujących satelitów.
Z nerwową energią uczestnika aukcji, podczas której górę biorą emocje i rzuca się absurdalnie zawyżone oferty, mama przeszła do swojego odwiecznego „nigdy się nie doczekam wnucząt”. Chwilę potem, jak uderzenie młotem, wbiła we mnie swoje typowe spojrzenie: „po co ja się tym przejmuję” i dała susa do następnego etapu.
– Jak interesy?
– Rozwijają się. – Wysłałam pełną nadziei myśl do wszechświata. Prawda była taka, że nasze być albo nie być zależało od nowych kontaktów, których nie było wiele. – Podpisujemy umowę z nowym klientem.
Mój telefon piknął. SMS od Treya: Umowa przepadła.
Cholerny Selig. Zapewnialiśmy znakomitą obsługę. Skosiłby niezłą kasę na współpracy z nami. Dlaczego to nie wystarczało? Dlaczego kartą przetargową musiała być moja obecność w jego pokoju hotelowym?
Potrzebowaliśmy więcej nowych klientów. Powinniśmy więcej czasu poświęcać PR-owi i docieraniu do nabywców. Poza zasięgiem kamery odpisałam tak Treyowi. Porażki działały na moją matkę jak waleriana na kota.
Na ekranie mojego telefonu migały trzy kropki. Trey pisał. Kropki zniknęły, ale wiadomość się nie pojawiła. Zastanawiał się nad moją sugestią. Tę, że zawsze ignoruje moje oburzenie w pewnych kwestiach, sobie odpuściłam. Zbyt często pozwalam irytacji brać górę. Wyrozumiałość była lepsza od odruchowego „nie”.
– Nie wiem, jak długo będziesz w stanie się utrzymać. – Mama przekręciła się na drugą stronę. – Stworzyłaś firmę zależną od politycznych nastrojów. Jak można być tak nieodpowiedzialnym?
– I dlaczego nie otworzyłam po prostu sklepu z ciastkami? Nie robię czegoś kobiecego? – ukradłam jej kolejne kwestie.
– Ludzie muszą jeść. – Spiorunowała mnie miażdżącym spojrzeniem, po czym skierowała sauronowe oko na Violet. – Co powiedział wczoraj doktor?
– Chciałabym porozmawiać o czym innym. – Babcia uśmiechnęła się do mnie szelmowsko, wiedziałam więc, że będzie grubo. – Sprzedałam dom.
Nie! Wstrząs sprawił, że gwałtownie się wyprostowałam. Należący do Violet trzypiętrowy dom z czerwonobrunatnego piaskowca w Greenwich Village był miejscem, z którym wiązały się moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa.
– Co masz na myśli, mówiąc, że sprzedałaś dom? – Głos mamy nagle skoczył dwa rejestry wyżej. – Nie omawiałyśmy kwestii sprzedaży.
– Sprawa nie wymagała omawiania – powiedziała łagodnie Violet. – Były zaległości w rachunkach, a ja nie lubię z niczym zalegać.
Miała rację: nie potrzebowała naszej zgody. Decyzja najwyraźniej ją uszczęśliwiła. Nie zamierzałam dzielić się tym, jak przykra była dla mnie ta wiadomość.
Musiała to jednak zauważyć.
– Skarbie, nasza wzajemna miłość nie mieszka w tym domu. Nasze wspomnienia nie zostaną sprzedane wraz z wyposażeniem.
– Chyba nie potrafię myśleć o nim jako o stercie cegieł.
– Myśl o nim tak jak ja. Jako o miejscu dodającym otuchy, pełnym miłości i rozkwitającej kreatywności. Przez długi czas był dla nas błogosławieństwem, a teraz z wdzięcznością pozwalamy mu przejść w inne ręce. Niech przez przynajmniej kolejne sto lat zachwyca wszystkich, którzy przekroczą jego próg.
Ot i cała babcia: zmienia świat garścią słów.
– Cieszę się, że znalazłaś rozwiązanie.
Na jej twarz powrócił krzywy uśmieszek.
– Ufundowałam też stypendium na Uniwersytecie Nowojorskim.
– No i masz babo placek. – Pani Sauron zmrużyła oczy z dezaprobatą, która odebrałaby mowę każdemu mieszkańcowi Mordoru. Ale nie Violet.
– Sprzedaż w dziewięćdziesiąt dni – powiedziała babcia. – Na jedyną spadkobierczynię wyznaczyłam Emsley. Nie ma domu, więc zostało tylko jego wyposażenie. Powiedziałaś, Anno, że nic z tego nie chcesz. Bram zajmie się szczegółami.
– Nie jest zbyt stary, żeby pracować jako adwokat?
Violet zakończyła rozmowę z mamą królewskim odwróceniem głowy.
– Emsley, czego nie będziesz chciała, możesz darować innym ludziom. Potem załatw ekipę sprzątającą.
Prychnięcie matki wyrażało długą listę znaczeń. „Nie mogę uwierzyć, że się ze mną nie porozumiałaś”. „Po namyśle często chce się cofnąć nagłe decyzje”. „Będziesz potem tego żałować”. „Tylko nie przybiegaj do mnie z płaczem”.
– Meble mnie nie interesują – stwierdziła – ale dla jasności, to ta nagła sprzedaż mi się nie podoba. Teraz mów, co powiedzieli lekarze.
Violet streściła ostatnie badania, które wskazywały na lekką poprawę, po czym mama się rozłączyła. Gdy zbyt długo siedziała bez ruchu, bolały ją kości.
Schowałam laptopa.
– Powęszę na dole, czy są jakieś przedkolacyjne słodycze. – Idąc ku drzwiom, powiedziałam babci mój sztandarowy tekst: – Jeśli mnie aresztują, wpłać kaucję.
Na korytarzu wpadłam na sąsiadkę Violet. Gdy szłam do babci, pomachała mi na korytarzu i od tego czasu dotarła do okna na końcu. Teraz pokonywała drogę powrotną.
– Co słychać, pani Yang?
– Wyszłam pobiegać. Zbliża się Maraton Bostoński – odparła bez zastanowienia. Kolejny niezłomny duch.
Obserwowała mnie w milczeniu przez kilka sekund, jakby rozważała, czy powiedzieć coś jeszcze. Byłam prawie pewna, że się na to zdecyduje, zawsze tak robiła.
– Wyglądam, jakbym coś chowała?
Obejrzałam ją dokładnie od sukienki w żółte stokrotki po frotowe kapcie.
– A chowa pani?
Sięgnęła do wypchanej kieszeni, w której wedle moich podejrzeń trzymała kłąb chusteczek. Godnym magika gestem wyciągnęła żółtego, puszystego kurczaczka.
– Co myślisz?
– Drób to bez wątpienia ciekawy wybór na towarzysza w placówce medycznej. To higieniczne?
– E tam. Dwa razy w tygodniu mamy dogoterapię.
– Skąd go pani ma?
– Wzięli część z nas na wycieczkę autobusową na chiński market.
– I przywiozła pani sobie zwierzątko! – Kimże byłam, aby ją osądzać? Równie prawdopodobne, że zrobiłaby to Violet, gdyby mogła opuszczać ośrodek. – Jak się nazywa?
– Lai Fa. – Sylaby spłynęły z języka pani Yang, jakby wyszeptała je wiosenna bryza. – Po chińsku znaczy to „piękny kwiat”.
Kurczak wyglądał jak dmuchawiec.
– Jest bardzo uroczy.
Pani Yang z pełną miłości ostrożnością wsunęła swojego tajemnego towarzysza z powrotem do kieszeni.
– Nikomu nie powiesz?
– A kto by mi uwierzył?
Kuchnię na dole wypełniał zapach pieczonej lasagne. Gdy zaczęłam prowadzić dochodzenie w sprawie deseru, kobieta zmywająca talerze od razu zareagowała:
– Budyń o smaku mango czy lody klonowe?
– Poproszę budyń.
Dostałam budyń w dwóch połączonych ze sobą miskach – podstęp okazał się zbędny. Szkoda, bo chętnie wymyślałyśmy z Violet różne przekręty, aby trochę urozmaicić codzienność.
Weszłam do pokoju z kolejną standardową odzywką.
– Prędko! Musimy jak najszybciej zniszczyć dowody.
Popołudniowe słońce padało na łóżko tak, że w siwych włosach Violet zdawał się migotać diamentowy pył. Jej żywe oczy błyszczały. Miałam wrażenie, że zaraz wstanie z łóżka i oświadczy, że jest gotowa usiąść przed sztalugami i prosi o farby.
– Kiedy przyjdę następnym razem, wezmę cię do ogrodu.
– Och... wieki minęły, odkąd ostatni raz tam byłam. – Odłożyła na bok czasopismo o sztuce, które czytała. – Ktoś cię złapał?
– Mało brakowało. Gonili mnie korytarzem, ale zgubiłam ich, wskakując do windy.
– Moja krew. – Wymieniłyśmy się konspiracyjnymi uśmieszkami, a potem zajęłyśmy się rozkoszną ucztą. Podyskutowałyśmy nieco o sztuce, po czym zaczęłyśmy spekulować, którzy członkowie personelu mają romans. Obstawiałyśmy na niby zakłady, kto z kim mógłby w tajemnicy wziąć ślub.
– Stawiam na rehabilitanta i blond pielęgniarkę z nocnej zmiany. – Zamierzałam wyjaśnić, dlaczego tak uważam, moją uwagę przyciągnął jednak budzik na nocnym stoliku Violet.
Tak długo już rozmawiamy? Pół popołudnia przeleciało jak z bicza trzasł.
– Muszę iść. – Pochyliłam się, aby objąć babcię.
– Chwileczkę, chciałam ci przecież coś dać. W szafie na dole stoi pudełko.
– Co w nim jest?
– Porozmawiamy, gdy przeczytasz.
Pudełko w odcieniu cyjanu było schowane pod podomkami i sukniami Violet, na pokrywce srebrnymi literami widniał napis: „Tiffany”. Rzędy taśmy samoprzylepnej oklejającej pudełko przypominały gorset. Kiedyś eleganckie niczym królowa balu, dziś wyglądało jak zaniedbana staruszka. Sądząc po śladach farby, które wyglądały, jakby osoba o słabnącym wzroku próbowała wykonać makijaż, pudełko musiało leżeć w pracowni Violet od dłuższego czasu.
Pokrywka nie chciała się otworzyć, udało mi się dopiero po kilku próbach.
– Listy?
Wyjęłam garść pożółkłych kartek z pliku spokojnie ponad stu kartek. Każdą pokrywała pełna zawijasów kursywa, a atrament zdążył mocno wyblaknąć.
– Następnym razem przyjdę z większą torbą. Nie chcę upychać wszystkiego w torbie na laptopa, boję się, że papier się zniszczy.
– W takim razie weź pamiętnik. – Violet patrzyła na pudełko, nie na mnie. – Poza tym listy są po niderlandzku. Pamiętnik jest po angielsku.
Ze sterty luźnych kartek wyłowiłam mały zielony tomik.
– Przeczytam w samolocie. – Zamknęłam pokrywkę i wsunęłam pudełko z powrotem do kryjówki. – Na pewno wszystko w porządku? – Wróciłam do Violet, by jeszcze raz ją objąć. – Zadzwonię jutro. Kocham cię.
– Ja ciebie bardziej.
Jej głos wydał mi się zbyt kruchy. Jego drżenie mnie martwiło. Postanowiłam nie czekać miesiąc z następnymi odwiedzinami. Znajdę jakieś okienko w kalendarzu i przyjadę za tydzień.
Potem porozmawiałyśmy chwilę o pamiętniku. Zżerała mnie ciekawość.
Po godzinie byłam na lotnisku, a po kolejnej siedziałam w samolocie i czekałam na start. Mała zielona książeczka leżała na moich kolanach i nie mogłam się doczekać, by zacząć lekturę. Czekało mnie spotkanie ze skandaliczną przeszłością Violet.
Rozchyliłam okładkę, zanim jednak zdążyłam przeczytać choć jedno słowo kursywy z zawijasami, zadzwonił mój telefon.
– Cześć, mamo.
– Nie możesz tego zostawić ekipie sprzątającej – powiedziała z zapałem, który zwykle zachowywała na krytykę moich nawyków, które jej zdaniem uniemożliwiały mi zatrzymanie przy sobie faceta. – Sama bym się za to zabrała, ale nie mogę. Golf golfem, ale serce twojego ojca nie nadaje się do noszenia pudeł po tych wszystkich schodach. Możesz wziąć urlop. Daj Treyowi szansę zatęsknić za tobą. Kto wie jakie skandaliczne zdjęcia Violet z jej celebryckimi przyjaciółmi mogą być w domu. Wiesz, ile tabloidy płacą teraz za tego typu brudy? Chcesz, aby nasza rodzina znalazła się na pierwszych stronach gazet?
– Ja posprzątam. Spokojnie, mamo.
– Wiem, że idealizujesz babcię, ale za mojej młodości wcale nie była taka idealna. Te wszystkie dzikie przyjęcia. Obcy ludzie w domu o każdej porze nocy. Albo zabierała mnie do muzeum, po czym znikała, pochłonięta jakimś wielkim nowym pomysłem na kolejny obraz, a ja ryczałam gdzieś w kącie, otoczona nieznajomymi, zagubiona i przerażona.
– Przykro mi.
– Ty przynajmniej wiesz, kim jest twój ojciec. Wyobraź sobie, że miałabym tylu kochanków, że nie potrafiłabym ci powiedzieć, skąd się wzięłaś. Jak byś się czuła, gdybyś nie znała imienia własnego ojca?
– Wiesz, że kocham tatę. Nawet nie wyobrażam sobie, jak straszne to musiało dla ciebie być. Kocham was oboje. – Violet też kochałam, byłam jednak gotowa dopuścić myśl, że Violet, którą znałam, różniła się od Violet, z którą żyła moja matka.
– Bądź miła dla Treya. Zobaczysz, że zrozumie, jakim był głupcem, i wróci do ciebie.
Z głośników dobiegł komunikat: kapitan prosi wszystkich pasażerów o wyłączenie urządzeń elektronicznych.
– Startujemy. Muszę kończyć. Zadzwonię jutro.
Nie zdążyłam odłożyć telefonu, gdy zapiszczał – SMS od Treya.
Po całym tym czasie, który poświęcił na analizę mojej sugestii, na pewno w końcu dostrzegł, że ma to sens. Spodziewałam się wiadomości w stylu: W porządku, zainwestujemy w marketing. Zamiast tego napisał: Musimy zamknąć firmę.
Słowa trafiły mnie z siłą fizycznego uderzenia. Szok przykuł mnie do fotela.
Pracowałam nad tym, by wybaczyć mu za Diyę, ale jeżeli miał zamiar spaprać nasz biznes, ten maleńki jak okruszek dom aukcyjny, w który włożyłam każdą cząstkę swojej energii życiowej, by go stworzyć i pielęgnować, to...
Ja się nie poddaję – odpisałam.
Będziemy musieli poważnie porozmawiać zaraz po tym, jak wysiądę z samolotu.
Aby do tego czasu skupić się na czymś innym, wreszcie otworzyłam pamiętnik Violet. Tyle tylko, że to wcale nie był pamiętnik Violet.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
