Sarek - Ulf Kvensler - ebook + audiobook

Sarek ebook

Ulf Kvensler

4,1

53 osoby interesują się tą książką

Opis

W dzikich ostępach człowiek bywa bardziej przerażający niż bezwzględna przyroda.

Troje przyjaciół wyjeżdża co roku na tygodniową wędrówkę po górach. Na tegoroczną wyprawę zabierają nowego chłopaka Mileny. Z początku Jacob wydaje się w porządku, choć Anna, prawniczka, nie może oprzeć się wrażeniu, że skądś go zna. Jacob zaczyna też dominować grupę. Nalega na przykład, żeby zmienili cel podróży i pojechali na dzikie tereny Parku Narodowego Sarek, rozległy obszar na północy Szwecji. To cud przyrody: góry, lodowce, jeziora i rzeki. Jest tylko pewna niedogodność: telefony nie mają tam zasięgu, a poza tym teren jest odpowiedni tylko dla doświadczonych wspinaczy i nie można się tam dostać bez helikoptera.

Wędrówka szybko zmienia się w koszmar. Napięcia rosną, a podróż staje się coraz trudniejsza. Decyzja o zabraniu ze sobą Jacoba przynosi skutki, które na zawsze odmienią życie uczestników wycieczki. Czy wszyscy wrócą z wyprawy?

Jedna z najlepszych powieści sensacyjnych, jakie czytałam.

Camilla Grebe, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (27 ocen)
15
4
5
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katrau

Z braku laku…

Gdy idziesz w wysokie góry dobrze jest mieć przy sobie ludzi, którym można ufać, na których można polegać w sytuacji zagrożenia. Anna od lat spędza urlop w górach z narzeczonym i przyjaciółką - wyprawy w takim składzie pozwalają na odpoczynek i oderwanie się od problemów dnia codziennego. Niechętnie zgadza się na udział w wycieczce nowego chłopaka przyjaciółki. Już po pierwszym dniu w górach wie, że to był błąd - dodatkowa osoba pokazuje nieprzyjemne oblicze, a góry (mimo zachwycających widoków) są nieprzystępne i groźne. Opowieść łatwo się czyta, jest napisana dość zgrabnym językiem, niemęczącym jak w niektórych thrillerach. Historię poznajemy z punktu widzenia Anny - pod kątem jej doświadczeń obserwujemy zachowanie reszty bohaterów. Autor ciekawie opisał relacje międzyludzkie, sposób zachowania w obliczu zagrożenia związanego nie tylko z niebezpieczeństwem w górach, ale również z osobami o przemocowej osobowości. I to jest dobra strona tej książki, ale jest też niestety zła. Narrato...
20
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] “Sarek” Ulfa Kvenslera to lektura obowiązkowa dla tych czytelników, którzy lubią akcję powieści osadzoną w surowej aurze natury, na dzikich odludnych terenach, wysokich, niebezpiecznych szczytach górskich, jak i po prostu fanów thrillerów psychologicznych. Historia przenosi nas na północ Szwecji, do tytułowego Parku Narodowego, w którym większość miejsc to tereny dzikie i bez łączności ze światem zewnętrznym. I właśnie tam za namową nowopoznanego członka grupy udają się bohaterowie powieści, tam zamierzają odbyć kilkudniową wędrówkę. To starzy wyjadacze wypraw górskich, jednak Sarek to dla nich nowość. Dla jednych spełnienie marzeń, dla innych duże wyzwanie siłowe. Zatem już samo miejsce daje uczucie niepewności, niepokoju, raz zachwytu krajobrazem, a raz strachem przed niebezpieczeństwami jakie serwuje. Jednak to nie jedyne niebezpieczeństwo jakie postacie tam czeka – jedno z nich to postać mocno podejrzana, możliwe że równie, a może i bardziej niebezpieczna co s...
11
nemedy

Dobrze spędzony czas

Całkiem dobrze napisana historia o tym, że i góry i ludzie bywają niebezpieczne.
00
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

książka świetna ale nie lubię takich zakończeń
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału Sa­rek
Prze­kład EMI­LIA FA­BI­SIAK
Wy­dawca KA­TA­RZYNA RUDZKA
Re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZKA
Re­dak­cja EWA PENK­SYK-KLUCZ­KOW­SKA
Ko­rekta JAN JA­RO­SZUK, BE­ATA WÓJ­CIK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych DA­WID GRZE­LAK
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cie na okładce CLAU­DIO GAN­DRA
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie
Sa­rek Co­py­ri­ght © Ulf Kven­sler, 2022 Pu­bli­shed by agre­ement with Sa­lo­mons­son Agency
Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Emi­lia Fa­bi­siak Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2024
War­szawa 2024 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67859-97-4
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Adama i Oli­vii

Łącz­ność ra­diowa po­mię­dzy śmi­głow­cem po­go­to­wia ra­tun­ko­wego a szpi­ta­lem Gäl­li­vare, 15 wrze­śnia 2019, go­dzina 14.16.

– Wła­śnie za­bra­li­śmy ko­bietę z oko­licy Aktse.

– Tak?

– Wy­zię­biona, stan dość kiep­ski. Kon­tak­tuje, ale nie­wiele wię­cej.

– Okej.

– Nie ma przy so­bie do­ku­men­tów, ale twier­dzi, że ma na imię Anna.

– Okej.

– Rany cięte i si­niaki na ca­łym ciele... Zła­ma­nie pra­wego ra­mie­nia. Po­da­jemy jej dwie jed­nostki kry­sta­lo­idów.

– Spa­dła?

– W pierw­szej chwili tak po­my­śla­łem.

– Ro­zu­miem.

– Ale ma ślady na szyi. Jak po przy­du­sza­niu.

– Okej.

– Nie je­stem tego pe­wien.

– Do­bra, cze­kamy.

– Dzię­kuję. Bez od­bioru.

SZTOK­HOLM, LI­PIEC 2019

Uwiel­biam Sztok­holm w środku lipca. Miesz­kańcy cen­trum ucie­kają na Go­tlan­dię, do Båstad i na Ri­wierę, mia­sto prze­cho­dzi w stan let­niej hi­ber­na­cji. Można wtedy zna­leźć coś faj­nego dla sie­bie.

Po ca­łym dniu ostrego upału nad­szedł so­botni wie­czór. Słońce nie na­grze­wało już ulic i mu­rów, więc zro­biło się nieco chłod­niej. Pra­co­wa­łam w biu­rze w cen­trum od siód­mej rano i po­sta­no­wi­łam wró­cić do domu na pie­chotę, żeby za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza. Tłumy tu­ry­stów prze­rze­dzały się z każdą mi­janą prze­cznicą. Na uli­cach Va­sa­stanu było nie­mal pu­sto. Za kilka go­dzin, gdy za­pad­nie zmrok, po­ja­wią się tu pod­pici i ha­ła­śliwi im­pre­zo­wi­cze wę­dru­jący w kie­runku Oden­planu. Ale wtedy już dawno będę spać.

Przy­sta­nę­łam i przy­ło­ży­łam dłoń do ru­da­wej ele­wa­cji bu­dynku. Go­rąca jak ka­lo­ry­fer.

Chcia­łam po dro­dze wstą­pić po je­dze­nie na wy­nos do baru nie­da­leko domu i za­dzwo­ni­łam do Hen­rika, żeby spy­tać, czy też coś chce. Za­mó­wi­łam poke bowl z ło­so­siem dla niego, a dla sie­bie średni ze­staw su­shi. Kiedy od­bie­ra­łam za­mó­wie­nie, męż­czy­zna za ladą uśmie­chał się do mnie ra­do­śnie. Nic dziw­nego, ro­bi­li­śmy tam za­kupy co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu.

Chwilę póź­niej we­szłam przez bramę na klatkę scho­dową i po­je­cha­łam cia­sną windą na piąte pię­tro. We­szłam do miesz­ka­nia i za­wo­ła­łam:

– Halo?

– Cześć. – Stłu­miona od­po­wiedź na­de­szła z sa­lonu, gdzie grał te­le­wi­zor.

Po­szłam do kuchni i zo­ba­czy­łam w zle­wie nie­po­zmy­wane na­czy­nia i nie­uprząt­nięty stół. Zo­sta­wiony przez Hen­rika ku­bek po ka­wie, skrawki pa­pie­ro­wego ręcz­nika, okruszki chleba. Łzy na­bie­gły mi do oczu.

Była so­bota, pra­co­wa­łam po­nad dwa­na­ście go­dzin, jak pra­wie co­dzien­nie przez ostatni mie­siąc, za­dzwo­ni­łam do niego, żeby za­py­tać, na co ma ochotę, za­mó­wi­łam i ode­bra­łam je­dze­nie, a on nie dał rady na­wet wstać z ka­napy, żeby po­sprzą­tać po so­bie w kuchni. Nie mó­wiąc już o wy­cią­gnię­ciu z lo­dówki na­po­jów i wy­sta­wie­niu szkla­nek.

Czy wszystko musi być na mo­jej gło­wie? Za­wsze?

Hen­rik miał urlop i spę­dzał całe dnie w miesz­ka­niu.

„Ta gi­gan­tyczna, pie­przona kuch­nia ze sto­łem na dzie­sięć osób. Po jaką cho­lerę? Pie­przony sno­bizm”.

Hen­rik wy­łą­czył te­le­wi­zor i przy­czła­pał do kuchni.

– Słu­chaj, mam już po dziurki w no­sie, że... – za­czę­łam drżą­cym od iry­ta­cji gło­sem. – Przy­nio­słam je­dze­nie, czy nie mo­żesz cho­ciaż po­sprzą­tać kuchni? Po so­bie? Czy to też ja mu­szę zro­bić?

Hen­rik bez słowa za­brał się do sprzą­ta­nia. Wsta­wił do zlewu ku­bek po ka­wie, wy­rzu­cił resztki pa­pie­ro­wego ręcz­nika, wy­tarł ścierką stół. Wy­glą­dał, jakby spra­wiało mu to ogromną trud­ność.

Wes­tchnę­łam. Wy­ję­łam z lo­dówki bu­telkę wody ga­zo­wa­nej i na­la­łam so­bie dużą szklankę.

– Mu­simy prze­su­nąć wy­jazd w góry.

Hen­rik spoj­rzał na mnie i da­lej wy­cie­rał stół.

– Nie mogę te­raz wy­je­chać na ty­dzień.

– Aha.

– Mogę wziąć urlop do­piero na po­czątku wrze­śnia.

– Trzeba tylko za­py­tać Mi­lenę, czy jej pa­suje.

– Prze­cież wiem. Za­dzwo­nię do niej.

By­łam zbyt wście­kła, żeby sie­dzieć z nim przy jed­nym stole, więc po­szłam do ła­zienki i wzię­łam długi prysz­nic. Stru­mień go­rą­cej wody zmył część mo­jej fru­stra­cji. Zro­biło mi się przy­kro, że na niego na­wrzesz­cza­łam. By­łam zmę­czona i mocno prze­sa­dzi­łam.

Póź­niej się po­go­dzi­li­śmy. Hen­rik uśmiech­nął się blado, gdy go prze­pro­si­łam i przy­tu­li­łam się mocno. Wy­pi­li­śmy po lampce wina i sie­dząc na ka­na­pie, obej­rze­li­śmy ko­lejny od­ci­nek se­rialu na HBO. Za­snę­łam w po­ło­wie. Obu­dzi­łam się na na­pisy koń­cowe, da­łam Hen­ri­kowi bu­ziaka i po­szłam spać. On zo­stał na ka­na­pie i pa­trzył obo­jęt­nie w ekran te­le­wi­zora.

„Jak do tego do­szło? Czy ja go jesz­cze znam?”

.

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia świadka Anny Sa­mu­els­son 880216-3372, 16 wrze­śnia 2019, szpi­tal Gäl­li­vare, pro­wa­dzący in­spek­tor An­ders Su­ho­nen.

– W po­rządku... te­raz ma­gne­to­fon już po­wi­nien dzia­łać... dzień do­bry, pani Anno, mam na imię An­ders.

– Dzień do­bry.

– Bar­dzo się cie­szę, że zgo­dziła się pani na roz­mowę, ro­zu­miem, że jest pani zmę­czona i obo­lała, ale do­brze za­cząć wy­ja­śniać ta­kie sy­tu­acje jak naj­szyb­ciej.

– Tak.

– Je­śli po­czuje się pani zbyt zmę­czona albo po­jawi się ból, zro­bimy prze­rwę lub za­koń­czymy na dziś i bę­dziemy kon­ty­nu­ować ju­tro. Zgoda?

– Tak.

– Obie­cuje pani, że da pani znać, gdyby coś było nie tak?

– Mhm.

– Czy te­raz coś pa­nią boli?

– Dam radę.

– W po­rządku, naj­pierw za­py­tam o dane oso­bowe, żeby nam się na­grały na po­czątku ta­śmy. Jak się pani na­zywa?

– Anna Si­gne Sa­mu­els­son.

– Nu­mer ewi­den­cyjny?

– 880216-3372.

– Miej­sce za­miesz­ka­nia?

– Sztok­holm.

– Czym się pani zaj­muje?

– Je­stem praw­niczką.

– Stan cy­wilny?

Ci­sza.

– Pani Anno? Jest pani za­mężna czy...?

– Za­rę­czona.

– Mhm... Jak na­zywa się na­rze­czony?

– Hen­rik Ljung­man.

– Brał udział w tej wy­cieczce?

Ci­sza.

– Czy Hen­rik to­wa­rzy­szył pani do Sarka?

– Tak.

– Po­wie­działa pani, że na­zywa się Hen­rik Ljung­man, tak? Zna pani jego nu­mer ewi­den­cyjny?

– 820302-7141.

– Do­brze... Więc to mamy...

– Czy zna­leź­li­ście Mi­lenę?

– Nie? Jaką Mi­lenę?

– Tan­ko­vic. Ona leży... roz­sta­ły­śmy się... kiedy... jaki dziś dzień?

– Po­nie­dzia­łek, 16 wrze­śnia.

– Wczo­raj... Tak my­ślę... Roz­sta­ły­śmy się...

Ci­sza.

– Mi­lena Tan­ko­vic? Żyła, gdy się roz­sta­wa­ły­ście?

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– Pani Anno? Czy Mi­lena żyła, kiedy się roz­sta­wa­ły­ście?

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– Nie... ale mu­si­cie ją zna­leźć.

– Nie żyła?

– Nie.

Po­chli­py­wa­nie.

– Mi­lena Tan­ko­vic, tak się na­zywa?

– Tak.

– Brała udział w tej wy­cieczce od po­czątku?

– Tak.

– Zna pani jej nu­mer ewi­den­cyjny?

– Nie.

– Gdzie się roz­sta­ły­ście?

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– Nie po­tra­fię...

– Ale szły­ście ra­zem. Pa­nią zna­le­ziono w po­bliżu Aktse. Była pani sama. Ile czasu szła pani sama?

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– My­śli pani, że Mi­lenę też znaj­dziemy w oko­li­cach Aktse?

– Nie wiem...

– Uhm... Pójdę po mapę. Zo­baczmy, czy bę­dzie mi pani mo­gła po­móc, po­ka­zać, gdzie może być Mi­lena. I Hen­rik. W po­rządku?

Ci­sza.

– Czyli szli­ście we troje, tak? Pani, Hen­rik i Mi­lena?

Nie­zro­zu­miały szept.

– Słu­cham?

– Było nas czworo.

.

Wiem do­kład­nie, gdzie i kiedy pierw­szy raz o nim usły­sza­łam.

Był pią­tek 30 sierp­nia, około wpół do dru­giej, ja­dły­śmy z Mi­leną obiad w Miss Clara na Sve­avägen. Było sło­necz­nie i cie­pło, ale w po­wie­trzu czuło się rześ­kość, świa­tło sło­neczne wy­da­wało się jakby tro­chę bled­sze, wi­domy znak nad­cho­dzą­cej je­sieni. Umó­wi­ły­śmy się o dwu­na­stej w skle­pie Na­tur­kom­pa­niet, żeby uzu­peł­nić braki w sprzę­cie. Bu­tle ga­zowe, nowe cien­kie weł­niane skar­pety, pre­pa­rat na ko­mary i lio­fi­li­zo­wane da­nia.

Za­re­zer­wo­wa­łam sto­lik w Miss Clara na dwu­na­stą czter­dzie­ści pięć, o wpół do dru­giej skoń­czy­ły­śmy jeść i pi­ły­śmy espresso. Za­pła­ci­ły­śmy ra­chu­nek, a ja za­czę­łam się spie­szyć z po­wro­tem do biura. Tak długi lunch ozna­czał, że choć to pią­tek, będę mu­siała pra­co­wać wie­czo­rem. Ale nie wi­dzia­ły­śmy się z Mi­leną dość długo, a ona zgo­dziła się prze­su­nąć nasz wy­jazd na wrze­sień, choć po­pro­si­łam o to z tak krót­kim wy­prze­dze­niem. Nie chcia­łam, żeby po­czuła mój po­śpiech.

Po ko­lej­nym łyczku espresso Mi­lena ze­brała się na od­wagę.

– Słu­chaj, mam jesz­cze py­ta­nie.

– Tak?

Czu­łam, że się de­ner­wuje i nie wie, jak za­cząć. Za­wsze ła­two się ru­mie­niła, a te­raz jej blade po­liczki na­brały ko­loru. Zmie­niła fry­zurę: na­dal no­siła włosy do ra­mion, ale za­pu­ściła grzywkę, więc jej twarz oka­lały te­raz mięk­kie, ciem­no­blond loki. Wy­glą­dała bar­dziej ko­bieco. Ale na­dal była fajna. Znowu po­czu­łam ochotę, by ją przy­tu­lić.

– Cho­dzi o to, że... – Uśmiech­nęła się, jakby z musu. – Po­zna­łam pew­nego fa­ceta.

– Na­prawdę? Su­per!

– Tak... rze­czy­wi­ście... su­per. – Znów się uśmiech­nęła i wzięła głę­boki od­dech.

– No opo­wia­daj.

– Ma na imię Ja­cob. Po­zna­li­śmy się przez por­tal rand­kowy.

– O! Bar­dzo się cie­szę, Mi­leno! – Po­chy­li­łam się i ści­snę­łam jej dłoń. – Jak długo je­ste­ście ra­zem?

– Tro­chę po­nad mie­siąc. Więc sprawa jest jesz­cze świeża.

– Po­wiedz coś wię­cej, kim jest? Co robi?

– Na pewno nie jest praw­ni­kiem, i to mnie cie­szy.

– Brzmi nie­źle.

– Jest tro­chę star­szy ode mnie.

– Czyli?

– Trzy­dzie­ści osiem.

– Pra­wie ró­wie­śnik – po­wie­dzia­łam.

To oczy­wi­ście nie­prawda, Mi­lena miała trzy­dzie­ści dwa lata, była o rok star­sza ode mnie. Ale mam ko­le­żanki, które są tylko tro­chę star­sze ode mnie, a już pa­ni­kują albo wie­dzą, że już nie­długo wpadną w pa­nikę, i wcho­dzą w związki z pięć­dzie­się­cio­lat­kami, tuż po roz­wo­dzie i z gro­madką dzieci. Nie­za­wodny prze­pis na skom­pli­ko­wa­nie so­bie ży­cia. Ale Ja­cob był rów­no­lat­kiem Hen­rika.

– Pa­sjo­nuje go wspi­naczka, ki­te­sur­fing i wszel­kiego ro­dzaju sporty eks­tre­malne – kon­ty­nu­owała Mi­lena. – Za­in­te­re­so­wa­nia po­dobne do two­ich.

Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy to może być ktoś, kogo znam.

– Jak ma na na­zwi­sko ten Ja­cob?

– Tes­sin.

– Ja­cob Tes­sin...

– Bar­dzo dużo czasu spę­dza w gó­rach. Lubi cho­dzić po nich i się wspi­nać. Więc kiedy usły­szał, że je­dziemy do Abi­sko, za­py­tał, czy może się przy­łą­czyć.

Py­ta­nie mnie za­sko­czyło, nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć.

– No cóż... – ode­zwa­łam się wresz­cie.

– Wiem, że jest tro­chę późno, więc zro­zu­miem, je­śli po­wiesz, że to nie jest okej.

– Cóż... cho­dzi głów­nie o to, że w cza­sie wę­drówki je­ste­śmy tak in­ten­syw­nie bli­sko, a jego w ogóle nie znamy.

– Ja­sne, ro­zu­miem.

– Ale po­cze­kaj, czy to­bie za­leży, żeby po­szedł z nami?

– Tak, ja­sne. To mój chło­pak. – Uśmiech­nęła się, a ja od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

– Mu­szę za­py­tać Hen­rika – po­wie­dzia­łam.

– Oczy­wi­ście.

– Do wy­jazdu już tylko ty­dzień. Czy Ja­cob nie bę­dzie miał pro­blemu, żeby rzu­cić wszystko i je­chać tak na­gle? Nie musi brać urlopu czy ja­koś tego za­ła­twiać?

– Nie, po­wie­dział, że da radę.

– Gdzie on pra­cuje?

– Jest kon­sul­tan­tem. W fir­mie, która się na­zywa BCG.

– Ooo, to bar­dzo znane biuro... Prze­pra­szam, ale te­raz za­czyna mnie zże­rać cie­ka­wość, masz ja­kieś zdję­cie?

– Nie – od­parła Mi­lena, wy­grze­bu­jąc bez en­tu­zja­zmu te­le­fon z kie­szeni. – To głu­pie, ale nie mam. – Prze­su­wała pal­cami po ekra­nie, jakby w na­dziei, że znaj­dzie ja­kieś jego zdję­cie, o któ­rym za­po­mniała.

– W po­rządku, za­sta­na­wia­łam się tylko, czy skoro tak lubi wspi­naczkę i góry, to czy może go znam.

– Mhm. Nie, prze­pra­szam, nie mam...

Za­pa­dła ci­sza. Uśmiech­nę­łam się do niej.

– Po­ga­dam z Hen­ri­kiem i za­dzwo­nię do cie­bie w week­end – po­wie­dzia­łam. – Bar­dzo się cie­szę, że ko­goś po­zna­łaś, na­prawdę.

– Dzię­kuję.

– I oczy­wi­ście umie­ram z cie­ka­wo­ści, żeby go po­znać. Po pro­stu. Mu­simy tylko chwilę po­my­śleć.

– Ja­sne, ro­zu­miem. I żeby nie było nie­ja­sno­ści, je­śli uzna­cie, że to nie jest okej, to po pro­stu mi po­wiedz­cie. To ża­den pro­blem.

– Okej. To do­brze.

Wsta­ły­śmy, wy­szły­śmy z re­stau­ra­cji i uści­ska­ły­śmy się na po­że­gna­nie, obie­cu­jąc so­bie, że uzgod­nimy wszystko przez te­le­fon.

W dro­dze po­wrot­nej do pracy moja cie­ka­wość wzięła górę. We­szłam na stronę BCG i wpi­sa­łam – Ja­kob Tes­sin. BCG, Bo­ston Con­sul­ting Group – jedna z naj­więk­szych i naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych firm kon­sul­tin­go­wych na świe­cie. Co prawda w Szwe­cji ich re­pu­ta­cja zo­stała lekko nad­szarp­nięta z po­wodu pro­jektu Nowa Ka­ro­lin­ska, ale jed­nak. Wielu sta­rało się u nich o pracę, nie­wielu do­stę­po­wało tego za­szczytu. Pra­co­wali i za­ra­biali mniej wię­cej tyle samo co my, praw­nicy zaj­mu­jący się pra­wem go­spo­dar­czym. Osiem­dzie­siąt go­dzin w ty­go­dniu to nie rzad­kość. Roczne wy­na­gro­dze­nie na po­zio­mie pre­zesa spółki gieł­do­wej także.

Ale nie zna­la­złam żad­nego Ja­koba Tes­sina. Ani Ja­coba Tes­sina, ani ni­kogo o po­dob­nym imie­niu i na­zwi­sku. Nie wy­dało mi się to jed­nak ja­koś szcze­gól­nie za­ska­ku­jące – wiele stron in­ter­ne­to­wych ma słabe funk­cje wy­szu­ki­wa­nia, cho­ciaż wy­daje się, że taka firma jak BCG może so­bie po­zwo­lić na zbu­do­wa­nie w pełni funk­cjo­nal­nej strony. Może Ja­cob nie był za­trud­niony w sztok­holm­skim biu­rze? Kon­sul­tanci na tym po­zio­mie są czę­sto wy­po­ży­czani do pro­jek­tów w in­nych kra­jach.

Po­sta­no­wi­łam więc po­sur­fo­wać na Fa­ce­bo­oku i tam go zna­la­złam.

Ja­cob Tes­sin. Był wy­soki i szczu­pły, o spor­to­wej syl­wetce i umię­śnie­niu cha­rak­te­ry­stycz­nym dla al­pi­ni­stów i lu­dzi upra­wia­ją­cych sporty wy­trzy­ma­ło­ściowe, a nie wy­pra­co­wa­nym przed lu­strem na si­łowni. Ema­no­wał cie­płem. Ciemna opa­le­ni­zna, krótko przy­cięte ciemne włosy. Ja­cob wy­glą­dał jak je­den z tych szczę­śliw­ców, któ­rzy ni­gdy nie do­świad­czali po­pa­rzeń sło­necz­nych.

Pra­wie wszyst­kie zdję­cia przed­sta­wiały go w róż­nych kon­tek­stach spor­to­wych: w gó­rach, w ka­jaku na spły­wie, ze sprzę­tem kite’owym na plaży. Trzech fa­ce­tów sto­ją­cych obok sie­bie w le­sie, obej­mu­ją­cych się ra­mio­nami, w stro­jach do jazdy na ro­we­rze gór­skim, Ja­cob w środku, wszy­scy trzej ubło­ceni i szczę­śliwi jak mali chłopcy.

Je­dyne, czego nie mo­głam zo­ba­czyć, to jego oczy. Na wszyst­kich zdję­ciach no­sił spor­towe oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które szczel­nie przy­le­gały do głowy i po­ka­zy­wały od­bi­cie świata we wszyst­kich ko­lo­rach tę­czy.

W końcu zna­la­złam kilka zdjęć, które róż­niły się od po­zo­sta­łych: Ja­cob i dwóch zna­jo­mych na wa­ka­cjach w ja­kimś śród­ziem­no­mor­skim kraju. Tro­chę w stylu Hisz­pa­nii lub Por­tu­ga­lii. Były zdję­cia z sur­fingu, z pla­żo­wa­nia, ale też kilka zdjęć za­byt­ko­wego, pod­nisz­czo­nego cen­trum mia­sta, z wą­skimi ulicz­kami i skle­pami dla tu­ry­stów. I jesz­cze wie­czorne zdję­cia z ta­werny, Ja­cob z przy­ja­ciółmi sie­dział na ta­ra­sie, na tle ulicy peł­nej lu­dzi, ko­lo­ro­wych lamp i przy­tul­nych wnętrz in­nych re­stau­ra­cji. Nie­mal czu­łam cie­płą wie­czorną bryzę na skó­rze, upo­je­nie po kilku kie­lisz­kach wina, ra­dość ży­cia. Nie wie­dzia­łam, gdzie zro­biono to zdję­cie, ale za­pra­gnę­łam tam po­je­chać.

Ja­cob miał oku­lary pod­nie­sione na czoło. Uśmie­chał się do apa­ratu. Jego brą­zowe oczy błysz­czały.

.

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia świadka Anny Sa­mu­els­son 880216-3372, 16 wrze­śnia 2019, szpi­tal Gäl­li­vare, pro­wa­dzący in­spek­tor An­ders Su­ho­nen.

– Zo­baczmy... czy mo­głaby pani spró­bo­wać zna­leźć na ma­pie miej­sce, gdzie mniej wię­cej pani zda­niem po­win­ni­śmy szu­kać Hen­rika i Mi­leny. I Ja­coba.

– Nie wiem...

– Spró­bujmy, pani Anno. Nie musi być co do me­tra. Sa­rek jest duży, więc do­brze bę­dzie, je­śli uda nam się nieco za­wę­zić ob­szar po­szu­ki­wań... Tu zna­leź­li­śmy pa­nią.

Ci­sza.

– Do­my­ślam się, że ru­szyła pani ze środ­ko­wej czę­ści parku? Wę­dro­wała pani na wschód, w tę stronę?

– Mhm.

– Czy szła pani wzdłuż rzeki? Pa­mięta pani? Czy miała pani rzekę po pra­wej stro­nie?

Ci­sza.

– Tak mi się wy­daje.

– Czy wtedy szła już pani sama? Czy ktoś z pa­nią był?

– Mi­lena. Ona szła ze mną przez ja­kiś czas.

– Więc pani i Mi­lena szły­ście ja­kiś czas ra­zem?

– Tak.

– W po­rządku. A skąd przy­szły­ście, pa­mięta pani? Prze­cho­dzi­ły­ście przez Ro­vdjur­stor­get?

Ci­sza.

– Pani Anno? Pa­mięta pani, jaką trasą szły­ście?

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– Okej, mamy te­raz tro­chę wię­cej ja­sno­ści, je­śli cho­dzi o Mi­lenę. To się przyda. Zo­sta­wimy to na dziś. Musi pani od­po­cząć. Przyjdę ju­tro i bę­dziemy roz­ma­wiać da­lej. Chciał­bym, żeby mi pani opo­wie­działa, co tam się stało.

Ci­sza.

– Nie ma zna­cze­nia ko­lej­ność zda­rzeń czy tempo, ważne, żeby pani było wy­god­nie. A ja będę so­bie słu­chać.

.

– Tro­chę późno na taką zmianę – po­wie­dział Hen­rik, wy­ci­ska­jąc sok z li­monki do mi­ski, w któ­rej mie­szał dres­sing. – Wy­jeż­dżamy za ty­dzień.

Wie­czo­rem tego dnia, kiedy ja­dłam obiad z Mi­leną, przy­go­to­wy­wa­li­śmy z Hen­ri­kiem ko­la­cję dla przy­ja­ciół. Po dłu­giej prze­rwie na lunch wró­ci­łam z pracy dość późno, ale Hen­rik za­czął przy­go­to­wa­nia beze mnie. Lu­bił go­to­wać, a spo­tka­nie ze zna­jo­mymi po­mo­gło mu wy­rwać się z le­targu. Bar­dzo tego po­trze­bo­wał. Po po­wro­cie z urlopu do pracy w Up­psali nie po­zbył się nie­stety apa­tii i smutku.

W pie­kar­niku piekł się już ło­soś na gru­bej soli, w że­liw­nym garnku go­to­wały się małe ziem­niaki z ko­per­kiem, w lo­dówce chło­dziły się mi­seczki z panna cottą i owi­nięty fo­lią po­jem­nik bo­ró­wek ma­ry­no­wa­nych w cu­krze mu­sco­vado i soku z li­monki. Po­sie­ka­łam ko­len­drę do ce­vi­che z dor­sza, którą za­mie­rza­li­śmy po­dać jako przy­stawkę. Na ku­chen­nym stole stały dwie od­kor­ko­wane bu­telki san­cerre. W chło­dziarce do wina cze­kały ko­lejne bu­telki ob­ró­cone na drugą stronę.

Opo­wie­dzia­łam Hen­ri­kowi o obie­dzie z Mi­leną, o tym, że po­znała ja­kie­goś fa­ceta i za­py­tała, czy się zgo­dzimy, żeby po­je­chał z nami w góry. Dużo o tym po po­łu­dniu my­śla­łam i by­łam skłonna po­zwo­lić Ja­co­bowi je­chać z nami.

– Zga­dza się – stwier­dzi­łam. – No ale prze­cież nie­dawno się po­znali, nie mo­gła o tym wspo­mnieć wcze­śniej. – Osku­ba­łam li­ście ko­len­dry, po­cię­łam je i wło­ży­łam do szklanki.

Hen­rik za­milkł i spo­chmur­niał. Na­sy­pał ró­żo­wego pie­przu do elek­trycz­nego młynka i włą­czył go nad mi­ską z dres­sin­giem.

Kiedy Hen­rik i ja sprze­da­li­śmy swoje miesz­ka­nia, żeby za­miesz­kać ra­zem, ku­pi­li­śmy za nie to czte­ro­po­ko­jowe o po­wierzchni stu dwu­dzie­stu me­trów kwa­dra­to­wych, nie­re­mon­to­wane od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, co się bar­dzo rzadko zda­rza. Więc zro­bi­li­śmy re­mont ge­ne­ralny. Ja by­łam jego kie­row­niczką, z wy­jąt­kiem kuchni, do­meny Hen­rika. Za­cho­wa­li­śmy jak naj­wię­cej ze sta­rego uroku po­miesz­czeń: bo­aze­rię do po­łowy ściany, stiuki na su­fi­cie, stare drew­niane pod­łogi. I wy­peł­ni­li­śmy wnę­trze no­wo­cze­snym skan­dy­naw­skim de­si­gnem. Po­wstało wnę­trze nie­zbyt ory­gi­nalne, ale schludne i funk­cjo­nalne, no i nie­zbyt sper­so­na­li­zo­wane, na wy­pa­dek gdy­by­śmy za pięć lat chcieli je sprze­dać, by prze­nieść się do domku.

Usu­nę­li­śmy ścianę, aby po­więk­szyć kuch­nię i zro­bić miej­sce dla ob­szer­nej ja­dalni. Pie­kar­nik, lo­dówka, za­mra­żarka, mi­kro­fa­lówka, eks­pres do kawy i ro­bot ku­chenny – wszystko w jed­no­li­tym stylu i naj­no­wo­cze­śniej­sze. Ko­rzy­sta­nie z faj­nych ga­dże­tów na­le­żało w oczach Hen­rika do przy­jem­nych stron go­to­wa­nia. Uży­wał ter­mo­me­tru, aby go­to­wać jajka w tem­pe­ra­tu­rze do­kład­nie sześć­dzie­się­ciu trzech stopni. Uwiel­biał ro­bić crème brûlée, po­nie­waż mógł zro­bić uży­tek ze swo­jego nie­pro­por­cjo­nal­nie wiel­kiego pal­nika, ta­kiego pro­fe­sjo­nal­nego urzą­dze­nia, które wi­dział kie­dyś w rę­kach szefa kuchni w po­pu­lar­nej re­stau­ra­cji kon­cep­cyj­nej. Za po­mocą te­le­fonu mógł re­gu­lo­wać tem­pe­ra­turę pie­kar­nika z każ­dego miej­sca w miesz­ka­niu. Po­dob­nie jak mu­zykę pły­nącą z wbu­do­wa­nych gło­śni­ków. Kie­dyś to na­wet po­li­czy­łam: w sa­mej tylko kuchni można było od­czy­tać go­dzinę na czte­rech wy­świe­tla­czach cy­fro­wych.

Nie o to cho­dzi, że źle się w tym miesz­ka­niu czuję. Ale cza­sami za­sta­na­wiam się, czy mo­jej tę­sk­noty za na­turą i gó­rami nie pod­syca chęć ucieczki od cy­fro­wych ekra­nów, przy­ci­sków i opcji menu, pisz­czą­cych sy­gna­łów i dys­kret­nie szem­rzą­cych, wy­daj­nych sil­nicz­ków elek­trycz­nych. Po­szu­ki­wa­nie cze­goś pier­wot­nego, co za­wsze ist­niało i za­wsze bę­dzie ist­nieć. To może dziwne, ale uspo­kaja mnie po­czu­cie, że je­stem mała i po­zba­wiona zna­cze­nia.

Góry się tobą nie przej­mują. Ni­czego też od cie­bie nie wy­ma­gają.

Hen­rik nie za­mie­rzał cią­gnąć tego te­matu, więc ja mu­sia­łam go do­koń­czyć:

– My­ślę, że nie bar­dzo mamy jak od­mó­wić.

– Dla­czego?

– Mi­lena ni­gdy nie miała nic prze­ciwko temu, że­byś ty z nami jeź­dził.

– No jest chyba róż­nica.

– Jaka?

– Mi­lena mnie znała. Jesz­cze za­nim ty mnie po­zna­łaś. A tu cho­dzi o fa­ceta, o któ­rym nie wiemy kom­plet­nie nic.

Ro­zu­mia­łam oczy­wi­ście, o co mu cho­dzi. Mi­lena, Hen­rik i ja wy­jeż­dża­li­śmy ra­zem wie­lo­krot­nie, za­wsze we­dług utar­tego sche­matu, każdy od­gry­wał swoją rolę. Był to je­den z nie­wielu ty­go­dni w roku, kiedy mo­głam się cał­ko­wi­cie zre­lak­so­wać. Bez po­czu­cia, że coś mu­szę. Je­śli więc za­bie­rzemy ko­goś, kogo nie znamy... choćby naj­sym­pa­tycz­niej­szego na świe­cie, nikt z nas nie bę­dzie mógł się wy­lu­zo­wać tak jak zwy­kle. A je­śli okaże się nie­miły albo dzi­waczny, nasz ty­dzień w gó­rach może się za­mie­nić w kosz­mar.

– Zgo­dziła się, gdy chcie­li­śmy zmie­nić ter­min z lipca na wrze­sień – po­wie­dzia­łam.

– Kiedy ty chcia­łaś zmie­nić.

– Tak, oczy­wi­ście, gdy ja chcia­łam zmie­nić. Nie­ważne. Ale wy­szli­by­śmy na ma­łost­ko­wych, gdy­by­śmy te­raz po­wie­dzieli „nie”. Ona ni­gdy wcze­śniej nie pro­siła o zgodę na przy­pro­wa­dze­nie ko­goś. Nie są­dzisz, że nad tym my­ślała, że za­sta­na­wiała się, czy on się wpa­suje w taką wy­prawę? A na­wet je­śli nie jest naj­faj­niej­szym fa­ce­tem na świe­cie, to może przez ty­dzień ja­koś wy­trzy­mamy. Bo Mi­le­nie na tym za­leży.

Da­lej mil­czał. Mie­szał łyżką dres­sing w mi­sce. Po­kro­iłam świe­żego dor­sza na zgrabne ka­wałki. W końcu spoj­rza­łam na Hen­rika.

– Prawda?

– Tak, oczy­wi­ście – mruk­nął wresz­cie.

Zer­k­nę­łam na cy­frowy wy­świe­tlacz mi­kro­fa­lówki. Za­raz przyjdą go­ście. Po­de­szłam do chło­dziarki na wino i wy­ję­łam dwie bu­telki szam­pana, które mie­li­śmy wy­pić jako ape­ri­tif. Roz­legł się sy­gnał in­for­mu­jący, że ziem­niaki są go­towe. Hen­rik ścią­gnął gar­nek z ja­rzą­cego się na po­ma­rań­czowo pola na pły­cie ce­ra­micz­nej.

Przez ko­lejne mi­nuty żadne z nas się nie ode­zwało. Wresz­cie za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi i po­ja­wili się pierwsi go­ście. Mia­łam wra­że­nie, że przy­byli na ra­tu­nek.

.

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia świadka Anny Sa­mu­els­son 880216-3372, 17 wrze­śnia 2019, szpi­tal Gäl­li­vare, pro­wa­dzący in­spek­tor An­ders Su­ho­nen.

– Jak się pani dziś czuje?

– W po­rządku.

– Udało się po­spać?

– Nie za bar­dzo.

– Ból prze­szka­dzał.

– Mhm.

– Ale te­raz nie boli?

– Nie, ale je­stem zmę­czona.

– Ro­zu­miem. Spró­bujmy wró­cić do roz­mowy. Je­śli po­czuje pani, że da­lej nie da rady, pro­szę dać znać, zgoda?

– Mhm.

– Mu­szę za­dać kilka py­tań, żeby spraw­dzić, czy do­brze zro­zu­mia­łem... Pani i Hen­rik Ljung­man by­li­ście za­rę­czeni.

– Tak.

– A Mi­lena Tan­ko­vic i Ja­cob Tes­sin, czy oni też byli parą?

– Tak.

– Do­brze się zna­li­ście?

– Mi­lena i ja przy­jaź­nimy się od czasu stu­diów w Up­psali. Stu­dio­wa­ły­śmy prawo.

– Ro­zu­miem.

– Mi­lena też zna Hen­rika z Up­psali, bo był na­szym wy­kła­dowcą.

– Aha. Czyli wy we troje zna­cie się od dawna?

– Tak. I od wielu lat jeź­dzimy ra­zem na ty­dzień w góry.

– Gdzie za­zwy­czaj wę­dro­wa­li­ście?

– Za­zwy­czaj w po­pu­lar­nych miej­scach. Szlak Jäm­tland­strian­geln, Szlak Kung­sle­den z Abi­sko, w górę na Keb­ne­ka­ise. Raz Nor­we­gia. Bor­ga­fjäll.

– No­co­wa­li­ście w chat­kach?

– Tak, za­zwy­czaj tak. Ale za­wsze za­bie­ramy ze sobą na­miot, żeby móc prze­spać kilka nocy w gó­rach.

– Ro­zu­miem. Py­tam dla­tego, że Sa­rek jest nieco trud­niej­szy. Jak pani wie. A we wrze­śniu już na pewno. Może się tra­fić na­prawdę zła po­goda.

– Za­zwy­czaj wy­bie­ramy się w lipcu. Ale tym ra­zem pra­co­wa­łam całe lato, więc zo­stał nam wrze­sień.

– No tak.

– W za­sa­dzie nie za­mie­rza­li­śmy cho­dzić po Sarku. Mie­li­śmy po­je­chać jesz­cze raz na Kung­sle­den, z Abi­sko na Keb­ne­ka­ise.

– Ale zmie­ni­li­ście zda­nie?

– To był po­mysł Ja­coba.

.

Si­mon oparł się wy­god­nie i wy­cią­gnął dłu­gie nogi pod sto­łem. Do­pił resztkę wina z kie­liszka.

– A wy kiedy? – za­py­tał drwią­cym to­nem, pro­sto przed sie­bie, nie pa­trząc ani na mnie, ani na Hen­rika.

Roz­legł się śmiech. Roz­ma­wia­li­śmy o wspól­nych zna­jo­mych, któ­rzy mieli się nie­długo po­brać, wszy­scy by­li­śmy za­pro­szeni na we­sele. Hen­rik uśmiech­nął się i skrzy­wił, jakby cho­dziło o draż­liwą sprawę.

– Słu­chaj­cie, czy to nie piękne, że mie­li­śmy taką po­godę przez cały czas? – spy­tał, chwy­ta­jąc sto­jącą na stole bu­telkę wina. – Ko­muś jesz­cze wina?

Nowa salwa śmie­chu. Oczy­wi­sta próba zmiany te­matu za­dzia­łała. Nikt na­wet nie po­my­ślał, że sprawa może na­prawdę być de­li­katna, skoro Hen­rik tak swo­bod­nie o niej żar­tuje. A do tego wszy­scy wy­pili już sporo wina.

– Le­piej za­cze­kać, niż po­tem na­rze­kać czy ja­koś tak – uśmiech­nę­łam się.

– Bla, bla, bla – skwi­to­wał to Si­mon, a ja za­uwa­ży­łam, że jest wsta­wiony bar­dziej niż zwy­kle.

Si­mon był part­ne­rem w kan­ce­la­rii, w któ­rej pra­co­wa­łam. Dwa razy bra­li­śmy ra­zem udział w wy­ścigu Swim­Run, czyli prze­pły­nię­ciu wpław trasy po­mię­dzy wy­spami – od San­dhamn do Utö. Jego żona Jen­ni­fer, kie­row­niczka działu pu­blic re­la­tions w spółce gieł­do­wej, rzu­ciła mu ba­daw­cze spoj­rze­nie. Za­uwa­żyła to samo, co ja.

– Hen­rik? – Si­mon nie da­wał za wy­graną. – Czy to ty się wa­hasz? My­ślisz, że znaj­dziesz ko­goś lep­szego od Anny?

– Si­mon... – prze­rwała mu Jen­ni­fer.

– No co?

– Daj spo­kój.

– Ja­sne, że dam spo­kój. Cza­sami trzeba po­dejść do tego spo­koj­nie, in­nym ra­zem może trzeba tro­chę przy­spie­szyć, je­śli na przy­kład, aku­rat biorę zu­peł­nie hi­po­te­tyczny przy­pa­dek, na­prawdę zu­peł­nie hi­po­te­tyczny, je­ste­ście za­rę­czeni od kil­ku­dzie­się­ciu lat i...

Głos Si­mona zo­stał za­głu­szony przez chór pro­te­stu­ją­cych: czyli przeze mnie, Jen­ni­fer, Erikę i Olofa. Hen­rik na­dal się uśmie­chał, ale jego uśmiech wy­glą­dał jak przy­kle­jony do twa­rzy.

Erika rzu­ciła mu pełne tro­ski spoj­rze­nie. Była jego starą przy­ja­ciółką z Wy­działu Prawa w Up­psali, obec­nie pro­fe­sorką na uni­wer­sy­te­cie Söder­törn. Ona i Olof jako je­dyni w tym to­wa­rzy­stwie mieli dzieci.

– Si­mon! – po­wtó­rzyła Jen­ni­fer, tym ra­zem nieco ostrzej.

– Cóż, prze­pra­szam za próbę usta­le­nia tego, nad czym wszy­scy się za­sta­na­wiamy – po­wie­dział Si­mon.

Spoj­rza­łam na Hen­rika.

– Do­brze, te­raz wiem, kogo mo­żemy skre­ślić z li­sty za­pro­szeń – rzu­ci­łam.

Hen­rik uśmiech­nął się blado.

– Kogo? Z ja­kiej li­sty za­pro­szeń? – za­py­tał Mark, który wła­śnie wró­cił z Val­lem z bal­konu, gdzie pa­lili pa­pie­rosy i de­lek­to­wali się wi­do­kiem ja­snego wie­czor­nego nieba nad Sztok­hol­mem. Mark za­rzą­dzał fun­du­szem ban­ko­wym, któ­remu na­sza kan­ce­la­ria po­ma­gała w kilku du­żych prze­ję­ciach. Valle był jego mę­żem, cho­re­ogra­fem.

– Si­mon ma za­kaz wstępu na nasz ślub – wy­ja­śni­łam.

– Usta­li­li­ście datę? Na kiedy? – do­py­ty­wał się Mark.

Po­krę­ci­łam głową.

– Je­dzie­cie w tym roku w góry? – Erika wy­raź­nie sta­rała się po­móc Hen­ri­kowi zmie­nić te­mat.

– Tak, wy­jeż­dżamy za ty­dzień – od­parł Hen­rik.

– Z tą... Jak ona się na­zywa?

– Z Mi­leną. Tak, je­dziemy.

– A wie­cie, że w gó­rach też można wziąć ślub – wtrą­cił Si­mon, ale tym ra­zem nikt się nie za­śmiał.

Gra­nica mię­dzy żar­tem a przy­nu­dza­niem zo­stała prze­kro­czona. Jen­ni­fer tym ra­zem po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza, jed­nak pa­trzyła na niego z iry­ta­cją. Spoj­rza­łam na Hen­rika.

– Z nią i może jesz­cze jedną osobą – do­da­łam.

Był to pre­tekst do ucieczki od kwe­stii na­szego, nie­speł­nio­nego jak do­tąd, mał­żeń­stwa. Prze­czu­wa­łam, że ten te­mat może to­wa­rzy­stwo za­in­te­re­so­wać. Hen­rik rzu­cił mi po­nure spoj­rze­nie.

– Aha? Któż to taki? – za­py­tała Erika.

– Mi­lena zna­la­zła so­bie chło­paka.

Mark zmarsz­czył brwi.

– Cze­kaj­cie, kto to jest Mi­lena?

– Spo­tka­łeś ją u nas kilka razy – po­spie­szy­łam z od­po­wie­dzią. – Za­czę­ły­śmy stu­dia w Up­psali na tym sa­mym roku. Sza­tynka, tro­chę niż­sza ode mnie.

– Aha, okej. To już wiem. Ma­ło­mówna, ta­jem­ni­cza ko­bieta.

– Czy to nie ją pró­bo­wa­łaś ze­swa­tać z Trul­sem Ko­fo­edem? – przy­po­mniał so­bie Si­mon.

– Nie­zu­peł­nie, ale kie­dyś na ko­la­cji usa­dzi­łam ich obok sie­bie.

– Do­brze ko­ja­rzę, że ona za­wsze była sin­gielką? – spy­tał Mark.

Hen­rik nie po­tra­fił ukryć iry­ta­cji.

– Nie, nie za­wsze była sin­gielką.

– Na­prawdę? – Zdzi­wi­łam się.

– Na­prawdę – od­parł Hen­rik. – Miała kilku fa­ce­tów.

– W każ­dym ra­zie – wró­ci­łam do po­przed­niego wątku – Mi­lena po­znała fa­ceta o imie­niu Ja­cob, który pra­cuje w BCG i po­dobno lubi cho­dzić po gó­rach. Za­py­tała, czy nie mo­gli­by­śmy go ze sobą za­brać.

– Ale wy go nie zna­cie? – do­py­ty­wał się Mark.

– Nie – mruk­nął Hen­rik.

Erika zwró­ciła się do Olofa.

– Zdaje się, że Jos­san pra­cuje w BCG, prawda?

– Tak jest. Jak ma na na­zwi­sko ten Ja­cob?

– Tes­sin – po­wie­dzia­łam. – Ja­cob Tes­sin.

Olof szu­kał w pa­mięci.

– Cóż... Kilka razy by­łem na pi­wie z Jos­san i jej ko­le­gami z pracy. Imię Ja­cob chyba mi się z kimś ko­ja­rzy. Wiesz, jak on wy­gląda?

– Wy­soki, ciem­no­włosy – wy­ja­śni­łam. – Kim jest Jos­san?

– To moja ku­zynka.

– Wy­soki i ciem­no­włosy nie­zna­jomy – po­wie­dział Si­mon przy­tłu­mio­nym gło­sem, jakby czy­tał nam na głos roz­dział z ja­kie­goś har­le­qu­ina. Ni­kogo nie roz­śmie­szył. Na twa­rzy Hen­rika po­ja­wiło się wręcz za­że­no­wa­nie. Wy­pił łyk wina i wpa­try­wał się w stół. Nie wspo­mnia­łam mu, że zna­la­złam Ja­coba na Fa­ce­bo­oku i oglą­da­łam jego zdję­cia.

– No to moż­liwe, że go po­zna­łem – po­wie­dział Olof. – Coś mi świta.

– A mógł­byś za­py­tać ku­zynkę, co to za gość? – spy­ta­łam.

– Ja­sne. Ja­cob Tes­sin?

– Tak.

– I co... za­mier­za­cie się zgo­dzić? Weź­mie­cie go ze sobą? – do­py­ty­wała się Erika.

Za­czę­łam ża­ło­wać, że o tym wspo­mnia­łam. Hen­rik i ja nie zdą­ży­li­śmy jesz­cze tego uzgod­nić, a sprawę wzięli na ta­petę nasi pod­chmie­leni, a wręcz pi­jani, tak jak Si­mon, przy­ja­ciele. Mo­gli te­raz uznać Hen­rika za ma­ło­dusz­nego zrzędę.

– Nic jesz­cze się po­sta­no­wi­li­śmy – od­par­łam. – Z jed­nej strony ona ni­gdy wcze­śniej ni­kogo ze sobą nie za­bie­rała. Ja mu­sia­łam prze­ło­żyć wy­jazd w tym roku ze względu na pracę i ona to za­ak­cep­to­wała. Więc chyba by­łoby nie fair, gdy­by­śmy się nie zgo­dzili. Z dru­giej strony cho­dze­nie po gó­rach wy­mu­sza ogromną bli­skość w gru­pie. My we trójkę świet­nie się znamy. A te­raz trzeba bę­dzie uwzględ­niać ko­goś, kogo się zu­peł­nie nie zna. To już nie bę­dzie to samo.

Erika przy­tak­nęła.

– Uwa­żam, że Mi­lena nie po­winna was sta­wiać w ta­kiej sy­tu­acji.

„Oczy­wi­ście, że po­pie­rasz Hen­rika, po­my­śla­łam z iry­ta­cją, jak za­wsze”. Choć może nie­słusz­nie, prze­cież nie wspo­mnia­łam, które z na­szej dwójki było za, a które prze­ciw.

– Może i tak... ale je­śli po­znała fa­ceta, który lubi góry... no to chyba... trudno mi uwie­rzyć, żeby Mi­lena chciała wziąć ze sobą ko­goś, kto się nie spraw­dzi.

– Na pewno nie roz­wią­żemy tej kwe­stii aku­rat te­raz – wtrą­cił Hen­rik, nie ukry­wa­jąc po­iry­to­wa­nia.

– Ja­sne, że nie. Zo­ba­czymy – za­mknę­łam te­mat i wsta­łam. – Kto ma ochotę na kawę? Albo her­batę?

Roz­legł się lekki szmer. Wszy­scy ode­tchnęli z ulgą. Z wy­jąt­kiem Si­mona. Opróż­nił kie­li­szek z wi­nem do dna.

– Ja­cob Tes­sin... to brzmi jak: pie­przony du­pek.

Te­raz też nikt się nie ro­ze­śmiał.

.

W so­botę, w dniu wy­jazdu, wsta­li­śmy wcze­śnie i za­czę­li­śmy się pa­ko­wać. Wszystko le­żało przy­go­to­wane na kup­kach, wy­star­czyło tylko na­peł­nić ple­caki. W za­sa­dzie nie mam nic prze­ciwko pa­ko­wa­niu, szcze­gól­nie gdy cho­dzi o wy­jazd w góry. Może bym na­wet miała z tego ra­dość, gdy­bym mo­gła się sku­pić tylko na tym. Wszyst­kie ak­ce­so­ria i ga­dżety trek­kin­gowe bu­dzą wspo­mnie­nia po­przed­nich wy­cie­czek. Gdy pa­kuję małą pla­sti­kową bu­telkę, w któ­rej wożę w po­dróży my­dło w pły­nie, czuję w noz­drzach za­pach osma­lo­nej ściany w sta­rej sau­nie i wi­dzę pię­trzące się za oknem gór­skie zbo­cze.

Jed­nak w tę so­botę nie mo­głam się za­jąć tylko pa­ko­wa­niem, mu­sia­łam też pra­co­wać, przez co dzień mi­jał mi w po­śpie­chu i w ner­wach. Miało mnie nie być przez ty­dzień, więc mu­sia­łam różne rze­czy upo­rząd­ko­wać albo do­koń­czyć. Wę­drówka po gó­rach to je­dyny okres, kiedy nie je­stem do­stępna, w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łej czę­ści roku, gdy klienci i współ­pra­cow­nicy mogą do mnie za­dzwo­nić w każ­dej chwili.

Na dno ple­ca­ków spa­ko­wa­li­śmy ubra­nia na zmianę, bie­li­znę i skar­petki, które bez­względ­nie mu­siały być su­che. Hen­rik przy­piął do swo­jego ple­caka na­miot, a ja spa­ko­wa­łam je­dze­nie i to, co po­trzebne do jego przy­go­to­wa­nia. Naj­czę­ściej za­trzy­my­wa­li­śmy się w chat­kach, gdzie była mała kuch­nia lub przy­naj­mniej płyta grzew­cza, na któ­rej można było go­to­wać. Ale cza­sami chcie­li­śmy spać w na­mio­tach i wszyst­kie obiady ja­da­li­śmy na szlaku, chyba że zła­pał nas ulewny deszcz lub na­gły śnieg. Poza tym lu­bi­li­śmy bi­wa­ko­wać w ja­kimś pięk­nym miej­scu wśród gór. Spa­ko­wa­łam więc małą bu­tlę ga­zową i ku­chenkę tu­ry­styczną Tran­gia z ca­łym osprzę­tem, a także pro­dukty spo­żyw­cze: płatki na po­ranną owsiankę, zupy w proszku, ma­ka­ron bły­ska­wiczny, który wy­star­czyło wsy­pać do zupy, żeby stała się bar­dziej po­żywna, kilka dań lio­fi­li­zo­wa­nych. Puszkę, w któ­rej mie­ściły się cztery różne przy­prawy. Kawę roz­pusz­czalną, orzeszki ziemne i ro­dzynki. Cze­ko­ladę i kilka to­re­bek cu­kier­ków.

Kiedy skoń­czy­łam pa­ko­wać je­dze­nie, do­peł­ni­łam ple­cak tym, co przy­da­wało się pod­czas na­szych gór­skich wy­praw. Ko­sme­tyczkę tu­ry­styczną z ha­czy­kiem do za­wie­sza­nia, kurtkę prze­ciw­desz­czową, ka­mi­zelkę pu­chową, czapkę i rę­ka­wiczki. Scy­zo­ryk wie­lo­funk­cyjny. Na ko­niec wło­ży­łam do gór­nej kie­szeni wo­do­od­porną mapę Abi­sko i Keb­ne­ka­ise. By­łam go­towa.

Za­nio­słam ple­cak do ła­zienki i zwa­ży­łam na wa­dze ła­zien­ko­wej. 12,3 ki­lo­grama. W sam raz. W pierw­szych la­tach mój ple­cak wa­żył około dwu­dzie­stu ki­lo­gra­mów, ale po­tem jego co­roczne od­chu­dza­nie stało się dla mnie nie­mal spor­tem. Niż­sza waga po­pra­wiała kom­fort mar­szu, ale od­bie­rała część przy­jem­no­ści, gdy już się było na miej­scu. Hen­rik lu­bił wy­godę, więc wo­lał no­sić kilka do­dat­ko­wych ki­lo­gra­mów wię­cej. Pew­nego roku wziął ze sobą bu­telkę wina, choć bar­dzo się sta­ra­łam go od tego od­wieść. Kiedy ją od­kor­ko­wał w chatce Singi i chciał mi na­lać, od­mó­wi­łam, aby po­ka­zać swoją pryn­cy­pial­ność. Hen­rik i Mi­lena wy­pili po kie­liszku, a resztę do­koń­czyli na­stęp­nego wie­czoru. Nie da­łam po so­bie po­znać, że mia­łam wy­jąt­kową ochotę na wino, a Hen­rik – że ciężko było dźwi­gać do­dat­kowy ki­lo­gram. Ale już ni­gdy nie wziął ze sobą wina w góry.

Na myśl o po­dróży czu­łam mro­wie­nie w żo­łądku. Wie­czo­rem mie­li­śmy wsiąść do noc­nego po­ciągu do Abi­sko. Tam wcho­dzi­li­śmy na szlak Kung­sle­den w kie­runku Keb­ne­ka­ise, a na wy­so­ko­ści Singi skrę­ca­li­śmy na szlak Dur­ling. Za­mie­rza­li­śmy prze­no­co­wać jedną lub dwie noce na szlaku, wejść na szczyt i da­lej przez Vier­ra­nvarre w dół do schro­ni­ska Keb­ne­ka­ise. Po kilku dniach chcie­li­śmy wró­cić do domu. Tym­cza­sem za­mie­rza­łam się wy­brać na jed­no­dniowe sa­motne wy­cieczki do do­liny Ta­rify lub wspi­naczkę na Keb­ne­ka­ise trud­niej­szą trasą wschod­nią. Wie­dzia­łam, że Hen­rik i Mi­lena nie da­dzą się na to na­mó­wić, ale nie mia­łam nic prze­ciwko jed­no­dnio­wej sa­mot­nej wę­drówce. Wtedy mo­głam iść we wła­snym tem­pie, tro­chę szyb­szym niż Hen­rika i Mi­leny.

O go­dzi­nie pią­tej prze­bra­li­śmy się z Hen­ri­kiem w ubra­nia trek­kin­gowe. Upię­łam swoje ja­sne włosy w cia­sny ku­cyk i wło­ży­łam trampki. Buty trek­kin­gowe wi­siały na ple­caku, przy­wią­zane sznu­rów­kami. Pod­nio­słam ple­cak z pod­łogi, za­rzu­ci­łam go na plecy, prze­kła­da­jąc ra­mię pod szelką, a po­tem prze­ło­ży­łam pod szelką rów­nież dru­gie ra­mię. Hen­rik tak samo. Wy­szli­śmy na klatkę scho­dową i za­mknę­li­śmy za sobą drzwi.

Ru­szy­li­śmy w stronę dworca, naj­pierw ulicą Up­plands­ga­tan, a po­tem Va­sa­ga­tan. Utrzy­my­wała się piękna po­goda, bez­chmurne niebo i przy­jemne cie­pło. Mia­sto żyło spo­koj­nym nie­dziel­nym pul­sem. Nie­któ­rzy prze­chod­nie rzu­cali dłu­gie spoj­rze­nia na­szym wiel­kim ple­ca­kom. Ja od­bie­ra­łam ten cię­żar jako zna­jomy i przy­jemny, a ciało przy­sto­so­wy­wało się do dźwi­ga­nia ba­gażu i utrzy­my­wa­nia rów­no­wagi, uru­cha­mia­jąc nowe mię­śnie w no­gach i na brzu­chu. By­łam silna, sprawna i pełna ener­gii. Za­trzy­ma­li­śmy się w ka­wiarni w Te­gnér­lun­den i za­mó­wi­li­śmy po­dwójne espresso, ostat­nią fi­li­żankę do­brej kawy na po­nad ty­dzień. Przy akom­pa­nia­men­cie pta­ków za­miesz­ku­ją­cych drzewa wo­kół po­mnika Strind­berga sma­ko­wała wy­bor­nie.

Na­prawdę cie­szy­łam się na myśl, że za chwilę po­znam Ja­coba Tes­sina.

Po wyj­ściu go­ści w pią­tek wie­czo­rem na tyle nie mie­li­śmy z Hen­ri­kiem hu­moru, że przed pój­ściem do łóżka nic nie mó­wi­li­śmy. Hen­rik po­ru­szył ten te­mat w so­botę po śnia­da­niu. Przy­znał mi ra­cję, że nie bar­dzo mo­gli­śmy od­mó­wić Mi­le­nie w spra­wie Ja­coba. Ode­tchnę­łam z ulgą, że nie bę­dzie trzeba da­lej cią­gnąć tej dys­ku­sji. Po­wie­dzia­łam, że do­sko­nale ro­zu­miem jego od­czu­cia, też bym wo­lała, że­by­śmy po­je­chali tylko on, ja i Mi­lena, jak zwy­kle.

– Je­śli coś bę­dzie nie tak, to się roz­dzie­limy i pój­dziemy na wła­sną rękę – do­da­łam.

W nie­dzielę za­dzwo­ni­łam do Mi­leny.

– Prze­ga­da­li­śmy sprawę i uwa­żamy, że faj­nie bę­dzie za­brać w góry Ja­coba – oznaj­mi­łam.

– O, su­per.

Głos Mi­leny za­brzmiał za­ska­ku­jąco mało ra­do­śnie. Przy­zwy­cza­iłam się, że ni­gdy nie jest zbyt wy­lewna, ra­czej nie oka­zy­wała emo­cji, ale spo­dzie­wa­łam się tro­chę wię­cej en­tu­zja­zmu. Po­sta­no­wi­łam się jed­nak tym nie przej­mo­wać, bo naj­praw­do­po­dob­niej coś in­nego za­przą­tało jej głowę.

Ter­min wy­jazdu się zbli­żał, sku­pi­łam się na przy­go­to­wa­niach, a Ja­cob zszedł na dal­szy plan. W końcu Mi­lena i jej chło­pak Ja­cob sta­no­wili za­le­d­wie nie­wielką część ca­łej wy­cieczki. Na­wet gdyby Ja­cob oka­zał się nie­miły, nie­zbyt roz­mowny, na­ło­gowo opo­wia­da­jący dow­cipy czy ogól­nie nie­atrak­cyjny, na pewno nie od­bie­rze mi ca­łej masy faj­nych rze­czy. Do­świad­cze­nia na­tury, przy­jem­nego zmę­cze­nia po wielu go­dzi­nach wę­drówki, fan­ta­stycz­nego smaku je­dze­nia, do­brego snu. Tak, moż­liwe, że bę­dzie iry­tu­jący. Ale nie, nie ze­psuje mi urlopu w gó­rach.

Naj­le­piej by było, gdy­by­śmy się z nimi umó­wili na któ­ryś wie­czór w ubie­głym ty­go­dniu, ale nie było czasu. A te­raz, gdy za kilka mi­nut mie­li­śmy się z nim spo­tkać, czu­łam głów­nie cie­ka­wość. Kim był Ja­cob Tes­sin, pierw­szy fa­cet, któ­rego moja przy­ja­ciółka od dzie­się­ciu lat przed­sta­wiła jako swo­jego chło­paka?

Po­szli­śmy da­lej Up­plands­ga­tan, w dół, obok Norra Ban­tor­get, do Va­sa­ga­tan, gdzie z pełną mocą za­ata­ko­wał nas ha­łas ulicy, po­tok wę­dru­ją­cych we wszyst­kich kie­run­kach lu­dzi wy­raź­nie się za­gę­ścił. Tę­sk­ni­łam za gó­rami, gdzie ni­gdy nie trzeba było ni­komu ustę­po­wać drogi.

Wkrótce we­szli­śmy do du­żej hali Dworca Cen­tral­nego. Kroki i głosy po­dróż­nych od­bi­jały się echem od wy­so­kiego skle­pie­nia, przy­po­mi­na­jąc mi o wa­liz­kach, bi­le­tach i po­dróży.

Zo­ba­czy­łam ich w sa­mym środku hali. Mi­lena i Ja­cob.

Pierw­sze, co mi przy­szło do głowy: jaki on wy­soki. Za­uwa­ży­łam to już na zdję­ciach na Fa­ce­bo­oku, a rze­czy­wi­stość tylko po­twier­dziła. Mi­lena jest prze­cięt­nego wzro­stu, ale przy Ja­co­bie wy­da­wała się ni­ska. Ko­lejna myśl rów­nież do­ty­czyła wy­glądu: jaki wy­spor­to­wany. Ja­cob był ubrany w pod­ko­szu­lek bez rę­ka­wów, trzy­mał ręce w kie­sze­niach. Jego umię­śnione, ży­la­ste ra­miona im­po­no­wały opa­le­ni­zną. Miał atle­tyczną syl­wetkę: pro­ste plecy, wy­datną klatkę pier­siową.

Trzy­mał Mi­lenę za rękę. Uro­czy wi­dok.

Moja ko­lejna myśl: musi mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści osiem lat. Jego opa­loną mi­sio­watą twarz ota­czały gę­ste, ciem­no­brą­zowe włosy. Li­nia wło­sów była re­gu­larna, bez głę­bo­kich za­koli po­wy­żej czoła. Ale bruzdy na twa­rzy, mię­dzy brwiami, na czole, skóra na szyi... Po­wie­dzia­ła­bym ra­czej, że coś koło czter­dzie­stu pię­ciu.

Czy na­prawdę zdą­ży­łam po­my­śleć o tym wszyst­kim w cza­sie kilku se­kund, za­nim do nich do­szli­śmy? A może te ob­ser­wa­cje po­ja­wiły się póź­niej? Trudno po­wie­dzieć.

Uśmiech­nę­łam się i po­ma­cha­łam do nich. Mi­lena od­wza­jem­niła uśmiech i od­ma­chała. Ja­cob rów­nież się uśmiech­nął, z na­dzieją i nie­pew­no­ścią za­ra­zem. Pu­ścił rękę Mi­leny, prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

– Cześć, miło was wi­dzieć – po­wie­dzia­łam z sze­ro­kim uśmie­chem, gdy do nich do­szli­śmy. – Je­stem Anna. – Wy­cią­gnę­łam rękę do Ja­coba.

– Cześć, Ja­cob.

Wziął moją rękę w swoją dużą dłoń – była cie­pła i su­cha. Po­czu­łam mocny uścisk. Jego oczy błysz­czały. Od­wró­ci­łam się do Mi­leny.

– Cześć... Jak faj­nie...

Mi­lena uśmiech­nęła się sze­roko, otwo­rzy­łam ra­miona i mocno się uści­snę­ły­śmy.

– Tak. Wresz­cie na­de­szła pora – po­wie­działa.

Za mo­imi ple­cami Ja­cob wi­tał się z Hen­ri­kiem.

– A ty to pew­nie Hen­rik, prawda?

– Tak.

– Cześć. Je­stem Ja­cob. Miło cię po­znać.

Przy­szła mi wtedy do głowy jesz­cze jedna myśl.

Skądś go znam.

.

Po­szli­śmy do po­ciągu. Roz­ma­wia­łam z Mi­leną, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać, żeby nie słu­chać jed­nym uchem roz­mowy idą­cych za nami Hen­rika i Ja­coba.

– Prze­pra­szam, że tak się wpro­si­łem do to­wa­rzy­stwa – po­wie­dział Ja­cob. – Zro­zu­miem, je­śli uzna­cie, że wę­drówka z kimś, kto... Zna­czy wiem, że od wielu lat cho­dzi­li­ście we troje.

– Nie ma pro­blemu – mruk­nął Hen­rik. – Czę­sto by­wasz w gó­rach?

– Można by po­wie­dzieć, że to mój drugi dom.

– Uro­dzi­łeś się w gó­rach?

– Nie, ale jeź­dzi­łem w góry prak­tycz­nie co roku, od­kąd skoń­czy­łem pięt­na­ście lat. W zi­mie narty, w le­cie wspi­naczka.

– My też by­li­śmy kilka razy na nar­tach w Sälen. Ale głów­nie jeź­dzi­li­śmy w Alpy.

– Aha. Nie, ja zwy­kle jeż­dżę do Riks­grän­sen. To chyba mój ulu­biony re­jon w gó­rach. Do­bre miej­sce rów­nież do upra­wia­nia pa­ra­lot­niar­stwa.

– Aha. Więc to też cię kręci?

– Tak, a przy­naj­mniej pró­buję, ha, ha... ale z Abi­sko można ro­bić su­per­fajne pie­sze wy­cieczki. I z Keb­ne­ka­ise. By­li­ście tam wcze­śniej?

– Tak. No tak, hm, kiedy to było? Ostat­nio ja­kieś trzy lata temu. Może cztery.

– Dla mnie góry to ro­dzaj me­dy­ta­cji. Pra­cuję za dużo. Dużo za­ję­tych week­en­dów i tak da­lej. Miło jest więc po pro­stu uciec i przez chwilę po­my­śleć o czymś zu­peł­nie in­nym. Ot, na­ła­do­wać ba­te­rie.

– Mhm.

Wy­szli­śmy na pe­ron. Po­wie­trze stało bez ru­chu, pach­niało ole­jem na­pę­do­wym i go­rą­cym me­ta­lem. By­łam lekko spo­cona i roz­grzana po spa­ce­rze z Va­sa­stan. Zna­leź­li­śmy nasz wa­gon i wsie­dli­śmy. W wą­skim przej­ściu było tłoczno, po­dróżni, w tym wielu z za­ło­żo­nymi ple­ca­kami, szu­kali swo­ich miejsc, prze­py­cha­jąc się. My z Hen­ri­kiem szybko zna­leź­li­śmy swój prze­dział, sy­pialny pierw­szej klasy, z to­a­letą i prysz­ni­cem. Roz­su­nę­li­śmy drzwi i po­sta­wi­li­śmy ple­caki na pod­ło­dze.

– Okej, my miesz­kamy tu­taj – oznaj­mi­łam. – A wy?

– Gdzieś da­lej – po­wie­działa Mi­lena. – Mamy różne prze­działy, Ja­cob za­re­zer­wo­wał miej­sce dla sie­bie parę dni temu.

– Całe szczę­ście, że jesz­cze były bi­lety – sko­men­to­wa­łam.

Ja­cob po­słał mi uśmiech.

– Tak, do­brze, że się udało. Ina­czej mu­siał­bym je­chać au­to­sto­pem.

Rzu­ci­łam okiem na Mi­lenę, która rów­nież się uśmie­chała, ale pa­trzyła na mnie ba­daw­czo. Za­pewne pró­bo­wała się zo­rien­to­wać, jak od­bie­ram Ja­coba.

– To co, wi­dzimy się za pół go­dziny w wa­go­nie re­stau­ra­cyj­nym? – spy­ta­łam.

– Tak, świetny po­mysł – zgo­dziła się Mi­lena.

Po­szła da­lej, Ja­cob uśmie­chał się i ki­wał głową do mnie i Hen­rika, ale mia­łam wra­że­nie, że głów­nie do mnie. Na­stęp­nie ru­szył za Mi­leną. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łam, że na ple­caku ma za­wie­szony sprzęt wspi­nacz­kowy. Haki i liny oraz cze­kan. Jaki miał plan? Dojść grzbie­tem na pół­nocny wierz­cho­łek Keb­ne­ka­ise? Albo obejść kra­ter Tu­ol­pa­gorni?

Za­su­nę­łam drzwi prze­działu i usia­dłam na roz­kła­da­nym stołku. Hen­rik przy­cup­nął na łóżku na­prze­ciwko. Spoj­rze­li­śmy na sie­bie.

– No i... co o nim są­dzisz? – spy­ta­łam w końcu.

– Wy­daje się w po­rządku.

– Prawda?

– Mhm.

– Mu­szę przy­znać, że w su­mie czuję ulgę.

– Mhm.

– Wy­obraź so­bie, że po pię­ciu mi­nu­tach spo­tka­nia mo­gli­śmy my­śleć, że urlop w gó­rach z tym idiotą to bę­dzie po­rażka.

Hen­rik nie od­po­wie­dział. Wy­da­wał się zmę­czony.

– Znasz go? – spy­ta­łam.

Hen­rik spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem.

– Słu­cham? Nie, nie znam.

– Coś w nim jest. Gdy tylko go zo­ba­czy­łam, po­czu­łam, że jest w nim coś zna­jo­mego.

– Prze­cież wi­dzia­łaś go na zdję­ciach? Przed spo­tka­niem?

– Tak. Ale wtedy nie zwró­ci­łam na to uwagi.

– Okej. Mnie ni­kogo nie przy­po­mina.

Uczu­cie, że wi­dzia­łam Ja­coba już wcze­śniej, było dość nie­ja­sne. Gdy tylko sku­pia­łam się na nim, pró­bo­wa­łam do­kład­niej uchwy­cić to, co wy­da­wało mi się zna­jome, wspo­mnie­nie roz­wie­wało się jak od­dech na szy­bie.

Wes­tchnę­łam i ro­zej­rza­łam się. W dro­dze na ty­go­dniową wę­drówkę po gó­rach mie­li­śmy spę­dzić noc w prze­dziale pierw­szej klasy, z dwoma wy­god­nymi łóż­kami i pry­watną ła­zienką. To było coś w ro­dzaju... ener­gii chwili. Kiedy cze­kasz na coś wspa­nia­łego, co zda­rzy się już nie­długo. Ta­kie mo­menty po­tra­fią być lep­sze od tego, co nad­cho­dzi po nich.

Po­chy­li­łam się i po­ło­ży­łam z uśmie­chem rękę na dłoni Hen­rika.

– Chcesz spać na dole czy na gó­rze?

– Nie ma zna­cze­nia. Ty wy­bierz.

– Okej. W ta­kim ra­zie biorę górę.

– Cho­ciaż na­prawdę chcesz spać na dole.

– Nie.

– Ja idę na górę.

– Prze­stań. Prze­cież już wy­bra­łam.

Hen­rik uśmiech­nął się, po­chy­lił do mnie. Po­ca­ło­wa­li­śmy się.

„Wszystko bę­dzie do­brze”.

Wtedy z kie­szeni Hen­rika do­bie­gło brzę­cze­nie. Wy­grze­bał te­le­fon, od­blo­ko­wał go czte­ro­cy­fro­wym ko­dem i klik­nął na otrzy­maną wia­do­mość.

Kiedy czy­tał, mię­dzy brwiami po­ja­wiła się pra­wie nie­zau­wa­żalna zmarszczka.

– Hm – mruk­nął.

– O co cho­dzi?

Nie od­po­wie­dział od razu. Wes­tchnął głę­boko i się wy­pro­sto­wał.

– Hm. To od Eriki.

– Co pi­sze?

Hen­rik prze­czy­tał na głos.

– Pi­sze... no, dzięki za ostat­nie spo­tka­nie, miło było was zo­ba­czyć... Olof roz­ma­wiał ze swoją ku­zynką z BCG. Nie pra­cuje tam ża­den Ja­cob Tes­sin. Co­kol­wiek to zna­czy. Baw­cie się do­brze w gó­rach.

.

Pro­to­kół prze­słu­cha­nia świadka Anny Sa­mu­els­son 880216-3372, 17 wrze­śnia 2019, szpi­tal Gäl­li­vare, pro­wa­dzący in­spek­tor An­ders Su­ho­nen.

– I jak pani za­re­ago­wała na tę wia­do­mość?

Ci­sza.

– Pani Anno?

– Wku­rzy­łam się na Hen­rika.

– Dla­czego?

– Zro­bił z tego za wiel­kie halo.

– Okej.

– Poza tym, dla mnie... nie był to aż taki szok, bo kiedy szu­ka­łam in­for­ma­cji w Go­oglach... nie zna­la­złam go na stro­nach BCG. Ale po­wo­dów mo­gło być wiele.

– Uhm.

– Mo­głam po pro­stu coś źle usły­szeć, gdy Mi­lena mó­wiła o jego pracy. Może nie po­wie­działa BCG, tylko coś in­nego.

– Uhm.

– Mo­gło być wiele wy­ja­śnień.

– Mhm.

– Po­my­śla­łam, że skoro już go po­zna­li­śmy i wy­da­wał się cał­kiem roz­sądny...

– Mhm. A jak za­re­ago­wał Hen­rik?

Ci­sza.

– Jakby za­mie­rzał prze­rwać po­dróż i wró­cić do domu.

– Na­prawdę?

Ci­sza.

– No... naj­pierw się wku­rzył, bo chcia­łam prze­ło­żyć wy­jazd, ale ja­koś się do­ga­da­li­śmy, po­tem po­kłó­ci­li­śmy się o Ja­coba, czy ma z nami je­chać czy nie, ale nam prze­szło.

Ci­sza.

– Po­dać pani wody?

– Tak, po­pro­szę.

Ci­sza.

– Pro­szę bar­dzo.

– Dzię­kuję.

Ci­sza.

– No i te­raz... gdy go po­zna­li­śmy, oka­zał się okej i mo­gli­śmy nieco ode­tchnąć, jakby wresz­cie na­stał spo­kój. Wtedy przy­szedł ten cho­lerny ese­mes i wszystko za­częło się od nowa.

– Mhm. Ro­zu­miem.

– Znowu by­li­śmy na sie­bie wku­rzeni.

Ci­sza. Po­chli­py­wa­nie.

– O ta­kie dro­bia­zgi... Boże...

– Może zro­bimy prze­rwę?

– Uhm.

Po­chli­py­wa­nie.

.

Gdy do­tar­li­śmy do wa­gonu re­stau­ra­cyj­nego, Ja­cob i Mi­lena za­jęli sto­lik i cze­kali: ona przy kie­liszku wina, on z bu­telką piwa.

– Jak miło. Wi­dzę, że im­preza się za­częła – po­wie­dzia­łam.

– Idź­cie so­bie coś za­mó­wić, a my po­pil­nu­jemy sto­lika – za­pro­po­no­wała Mi­lena.

Sta­nę­li­śmy z Hen­ri­kiem w ko­lejce do baru. Wa­gon re­stau­ra­cyjny był stary i wy­słu­żony, może z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, ale w sty­li­styce re­tro, która przy­wo­dziła na myśl luk­sus lat trzy­dzie­stych. Wy­tarty la­kier na ele­men­tach drew­nia­nych i nie­jedna dziura w obi­ciach fo­teli.

W za­sa­dzie wszyst­kie miej­sca były za­jęte. To­wa­rzy­stwo skła­dało się nie tylko z ta­kich jak my tu­ry­stów uda­ją­cych się w góry, lecz także z ro­dzin z dziećmi ja­dą­cych na pół­noc w od­wie­dziny do krew­nych i kilku dziad­ków po pięć­dzie­siątce, któ­rzy, są­dząc po gło­śno­ści roz­mowy, zdą­żyli już wy­pić parę piw. Lu­dzie od­cho­dzący od baru z za­ła­do­wa­nymi ta­cami sta­rali się amor­ty­zo­wać ko­ły­sa­nie wa­gonu, lekko ugi­na­jąc ko­lana, i szu­kali wol­nych sto­li­ków. Nie­któ­rzy do­sia­dali się do ob­cych. Wi­dzia­łam, że Ja­cob i Mi­lena uprzej­mie tłu­ma­czą dwóm ko­bie­tom po sie­dem­dzie­siątce, że przy ich sto­liku miej­sca są za­jęte przez zna­jo­mych sto­ją­cych przy ba­rze.

Ko­lejka cały czas ro­sła, wy­peł­niała już pra­wie całe przej­ście. Cof­nę­łam się do Ja­coba i Mi­leny i za­pro­po­no­wa­łam, że weź­miemy dla nich je­dze­nie, bo ina­czej nam się nie uda zjeść ra­zem. Wy­brali z karty, a ja wró­ci­łam do ko­lejki.

Za oknem prze­su­wał się pła­ski kra­jo­braz oświe­tlony wi­szą­cym ni­sko nad ho­ry­zon­tem je­sien­nym słoń­cem. Ścier­ni­ska, za­gaj­niki, młode brzózki ro­snące nad ro­wem. Sa­mo­chód ści­ga­jący się przez chwilę z po­cią­giem na wiej­skiej dro­dze bie­gną­cej rów­no­le­gle do to­rów nie dał rady i znik­nął z pola wi­dze­nia. Nie­wielka wio­ska, z prze­jaz­dem ko­le­jo­wym i nie­czynną sta­cją. Mło­dzi lu­dzie sto­jący przy kio­sku z kieł­ba­skami. Szust, szust, szust.

Przy­nie­śli­śmy do sto­lika pełne po brzegi tace: dwa razy stek z re­ni­fera z ziem­nia­kami pu­rée, ka­napka z kre­wet­kami, wrap z kur­cza­kiem, trzy mi­ni­bu­telki wina i jedno piwo oraz kilka to­re­bek orzesz­ków i chip­sów na przy­stawkę. Ja­cob wy­jął port­fel i chciał za­pła­cić za je­dze­nie i pi­cie go­tówką, miał bank­not dwu­stu­ko­ro­nowy, ale po­wie­dzia­łam, że nie mam drob­nych i że pew­nie w ciągu tego ty­go­dnia bę­dzie oka­zja wy­rów­nać ra­chunki.

Roz­dzie­li­li­śmy mię­dzy sie­bie ta­le­rze. By­łam pewna, że Mi­lena za­uwa­żyła na­piętą at­mos­ferę mię­dzy mną a Hen­ri­kiem, że coś jest nie w po­rządku.

Ja­cob otwo­rzył piwo i za­gaił:

– Hm... Jak się po­zna­li­ście?

Uśmiech­nął się ra­do­śnie do mnie i Hen­rika. Czyżby on też wy­czu­wał dy­so­nans mię­dzy nami? Może to była taka za­chęta do roz­mowy?

Wy­mie­ni­li­śmy się z Hen­ri­kiem spoj­rze­niami.

– Kto opo­wiada, ty czy ja? – za­py­ta­łam.

– Ty – mruk­nął Hen­rik.

UP­PSALA, LI­STO­PAD 2009

Jest czwart­kowy wie­czór w sie­dzi­bie sztok­holm­skiej kor­po­ra­cji aka­de­mic­kiej, za chwilę za­cznie się naj­waż­niej­sza im­preza or­ga­ni­za­cji stu­denc­kich na uni­wer­sy­te­cie w Up­psali. Jed­nak przed roz­po­czę­ciem za­bawy w nowo wy­bu­do­wa­nych lo­ka­lach bu­dynku kor­po­ra­cji stu­denc­kich, w sta­rej czę­ści, po­cho­dzą­cej z po­łowy dzie­więt­na­stego wieku, od­bę­dzie się wy­kład – czwart­kowy pre­le­gent – to je­den z ele­men­tów sta­rej tra­dy­cji pie­lę­gno­wa­nej przez kor­po­ra­cję sztok­holm­ską. Naj­pierw za­pro­szony gość wy­gła­sza go­dzinną pre­lek­cję, a po­tem nie­wielka grupa przed­sta­wi­cieli kor­po­ra­cji przyj­muje go gro­chówką i pon­czem.

Idę więc do ma­łej sali przy­le­ga­ją­cej do sali ga­lo­wej, gdzie od­bę­dzie się wy­kład, i roz­kła­dam na stole wi­zy­tówki z na­zwi­skami. Je­stem główną or­ga­ni­za­torką. Ktoś nowy w Up­psali i świeży w kor­po­ra­cji rzadko do­staje ta­kie za­da­nie. Ale po­nie­waż w ciągu kilku pierw­szych ty­go­dni se­me­stru zi­mo­wego nikt się nie zgło­sił, pierw­szy ku­ra­tor na­szej kor­po­ra­cji, Carl, za­py­tał mnie, czy mam ochotę się tym za­jąć. Pierw­szy ku­ra­tor to naj­wyż­sza funk­cja w kor­po­ra­cji aka­de­mic­kiej. A ja już w mo­men­cie za­pi­sy­wa­nia się po­wie­dzia­łam, że chęt­nie się za­an­ga­żuję. Nie mia­łam wyj­ścia i przy­ję­łam za­da­nie.

Ro­bię to już od kilku mie­sięcy, ale wciąż je­stem prze­jęta i zde­ner­wo­wana przed im­prezą. Naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie wzbu­dzają oczy­wi­ście pre­le­genci znani poza uni­wer­sy­te­tem, poza Up­psalą. Dzięki kon­tak­tom ojca udało mi się raz za­pro­sić znaną praw­niczkę, czę­sto uczest­ni­czącą w de­ba­cie pu­blicz­nej, oraz po­pu­lar­nego li­dera biz­nesu. A także kilku zna­nych z te­le­wi­zji ko­mi­ków, któ­rzy za­czy­nali swoją ka­rierę w kor­po­ra­cji sztok­holm­skiej. W tym ty­go­dniu jed­nak nie je­stem pewna re­ak­cji pu­blicz­no­ści. Dzi­siej­szym pre­le­gen­tem jest Hen­rik Ljung­man, dok­tor prawa z na­szego wy­działu. Wiem, że na uczelni jest gwiazdą: zdo­był ja­kąś na­grodę dla naj­lep­szego wy­kła­dowcy, na­pi­sał pod­ręcz­nik dla stu­den­tów prawa, choć nie skoń­czył jesz­cze trzy­dzie­stu lat. Na na­szym roku też miał już kilka wy­kła­dów. To prawda, jest do­bry, lep­szy od prze­cięt­nego wy­kła­dowcy. Ale nie mogę po­wie­dzieć, żeby mnie urzekł.

Więc dzi­siej­sze spo­tka­nie bę­dzie czymś w ro­dzaju wy­peł­nia­cza. Za dwa ty­go­dnie przy­je­dzie do nas Kajsa Ber­gqvist, która zdo­była brą­zowy me­dal olim­pij­ski w skoku wzwyż. Wtedy li­czę na gło­śniej­szy od­dźwięk.

Zła­pa­łam Hen­rika, gdy wy­cho­dził z ja­kie­goś wy­kładu, i za­py­ta­łam, czy chciałby być czwart­ko­wym pre­le­gen­tem. Chyba go za­sko­czy­łam, bo długo mil­czał, więc za­pro­po­no­wa­łam, że zjemy ra­zem lunch i opo­wiem mu, o co mi cho­dzi. My­ślę, że nie umiał tak na po­cze­ka­niu zna­leźć do­brej wy­mówki, żeby się z tego wy­krę­cić. W cza­sie lun­chu – za­bra­łam ze sobą moją nową ko­le­żankę Mi­lenę – sta­ra­łam się mu sprze­dać po­mysł Czwart­ko­wego Pre­le­genta jako jedną z naj­fan­ta­stycz­niej­szych fuch, ja­kie można do­stać na uni­wer­sy­te­cie w Up­psali, coś na miarę za­pro­sze­nia na po­pu­larne let­nie pre­lek­cje w ra­diu. Zgo­dził się bez więk­szego en­tu­zja­zmu.

Pod­czas lun­chu wy­dał mi się tro­chę za­mknięty, wy­co­fany. For­malny i po­prawny. Mia­łam pro­blem, żeby na­wią­zać z nim kon­takt wzro­kowy. Czy jest przy­stojny? Nie wiem. Ma sy­me­tryczną, gładką twarz, bez blizn po trą­dziku. Skóra ra­czej blada, jak u lu­dzi z dużą ilo­ścią pig­mentu, któ­rzy ła­two się opa­lają, ale za­wsze cho­wają w cie­niu. Gładko ogo­lone po­liczki i broda po­kryte le­dwo wi­docz­nym ciem­nym śla­dem za­ro­stu, ciemna, gę­sta czu­pryna z ide­al­nie rów­nym prze­dział­kiem z boku. Pew­nie używa wo­sku. Nie jest wy­soki, ra­czej nieco po­ni­żej śred­niej, o moc­nej bu­do­wie ciała. Nosi chi­nosy, ko­szule, a także ma­ry­narki i mo­ka­syny. Ubiera się do­brze, ale w spo­sób tra­dy­cyjny i, nie­stety, tro­chę nudny. Wy­gląda na star­szego.

Wpraw­dzie nie zda­rzyło mi się wpaść w za­chwyt pod­czas jego wy­kła­dów, ale ro­zu­miem, że wła­śnie wtedy po­ka­zuje swoje naj­lep­sze ja. Ma głę­boki, mę­ski głos, na tyle do­no­śny, że sły­szy go całe au­dy­to­rium, a jed­no­cze­śnie jego ciało i twarz na­bie­rają ży­cia. Trzeba przy­znać, że po­trafi za­ra­zić en­tu­zja­zmem i za­in­te­re­so­wa­niem. Więc po­winno się udać.

Pierw­szy ku­ra­tor, Carl, za­staje mnie przy roz­kła­da­niu ostat­nich wi­zy­tó­wek z na­zwi­skami.

– Cześć, Anno, wy­glą­dasz świet­nie – mówi, kła­dąc rękę na moim na­gim ra­mie­niu.

Ca­łu­jemy się w po­li­czek, cmok, cmok, cmok, jak we Fran­cji. Świet­nie wiem, że nie kła­mie. Mam na so­bie czarną, ob­ci­słą su­kienkę bez rę­ka­wów, która koń­czy się tuż nad ko­la­nami. Czarne raj­stopy, czarne czó­łenka na wy­so­kim ob­ca­sie. Blond włosy ze­brane w długi ku­cyk spły­wa­jący na plecy, praw­dziwe perły w uszach. Czuję się eks­klu­zyw­nie, ko­bieco i sty­lowo. Je­stem pewna, że fa­ceci będą mnie tak­so­wać wzro­kiem.

Tak jak te­raz Carl. Jest wy­so­kim, umię­śnio­nym blon­dy­nem, jak młod­sza wer­sja Do­lpha Lund­grena – o ile zna­cie tego star­szego ak­tora. Ma na so­bie ele­gancki ciemny gar­ni­tur i białą ko­szulę, non­sza­lancko roz­piętą pod szyją. Jako pierw­szy ku­ra­tor Carl ma wła­sne biuro w bu­dynku kor­po­ra­cji stu­denc­kich. Na każ­dej im­pre­zie wy­gła­sza za­bawne prze­mó­wie­nia. Stu­diuje eko­no­mię. Znam wiele dziew­czyn, które chcia­łyby się z nim prze­spać.

– Jak idzie roz­dzie­la­nie miejsc przy stole? – pyta Carl.

– Pra­wie koń­czę. Ty sie­dzisz tu­taj. Na­prze­ciwko mnie. Za są­siadkę masz La­ilę.

La­ila jest in­spek­torką kor­po­ra­cji stu­den­tów, pro­fe­sorką nauk po­li­tycz­nych, w wieku sześć­dzie­siąt plus.

– Do­sko­nale – mówi Carl. – Bę­dziemy mo­gli upra­wiać flirt sto­pami pod sto­łem.

– Do­kład­nie o tym my­śla­łam. – Uśmie­cham się, choć oczy­wi­ście ta myśl ni­gdy nie prze­szła mi przez głowę.

– Ni­gdy nie za­po­mnę balu ka­de­tów w Karl­bergu. W cza­sie ko­la­cji flir­to­wały ze mną sto­pami jed­no­cze­śnie dwie pa­nie.

Pa­trzy na mnie z uśmie­chem, jakby spraw­dzał, czy mi za­im­po­no­wał.

– Wow, pra­co­wity wie­czór.

– Prawda? Chwy­cił mnie lekki skurcz w łydce!

– Ha, ha!

Roz­kła­dam ostat­nie wi­zy­tówki z na­zwi­skami. Mo­głam po­sa­dzić Hen­rika obok La­ili, a sie­bie obok Carla, ale wy­bra­łam ina­czej i je­stem z tego te­raz bar­dzo za­do­wo­lona.

Hen­rik przy­jeż­dża pół go­dziny przed roz­po­czę­ciem wy­kładu, gdy ra­zem z jed­nym z pra­cow­ni­ków klubu usta­wiam kom­pu­ter, pro­jek­tor i ekran w wiel­kiej sali. Nie­któ­rzy wi­dzo­wie za­częli już zbie­rać się przy krze­słach. Za­in­te­re­so­wa­nie prze­kra­cza moje ocze­ki­wa­nia.

– Do­bry wie­czór – mówi Hen­rik za mo­imi ple­cami, a ja się ob­ra­cam.

– Wi­tam, wi­tam! – Uśmie­cham się, on wy­ciąga nie­zdar­nie rękę, ale ja przy­tu­lam go w szyb­kim uści­sku. Ma na so­bie ciemny gar­ni­tur, szary lub nie­bie­ski, nie umiem oce­nić w przy­ćmio­nym świe­tle. W kie­szonce na piersi ma je­dwabną chu­s­teczkę i ład­nie pach­nie. Spo­dzie­wa­łam się, że przyj­dzie ubrany jak na wy­kłady, w chi­no­sach i twe­edach, więc czuję ulgę, że się jed­nak po­sta­rał.

– Jak się czu­jesz?

– W po­rządku.

– Wła­śnie przy­go­to­wa­li­śmy kom­pu­ter, chcesz spraw­dzić pre­zen­ta­cję?

– Tak, oczy­wi­ście.

Hen­rik wy­ła­wia z we­wnętrz­nej kie­szeni pa­mięć USB i po­daje pra­cow­ni­kowi klubu, który wkłada ją do kom­pu­tera. Wkrótce na ekra­nie po­ja­wiają się slajdy, a Hen­rik do­staje pi­lota, któ­rym bę­dzie mógł je zmie­niać.

– Wow, praw­dziwy high-tech. Nie wszę­dzie jest taki luk­sus.

– No wła­śnie, sam wi­dzisz. – Żar­tuję, na­śla­du­jąc po­łu­dniowy dia­lekt. – Lu­dzie z klasą za­słu­gują na klasę!

Hen­rik się uśmie­cha.

Kiedy spraw­dzi­li­śmy sprzęt, py­tam, czy ma ochotę na coś do pi­cia, a on prosi o piwo bez­al­ko­ho­lowe Carls­berg Hof. Pro­wa­dzę go w stronę baru. Po dro­dze mi­jamy salę, do któ­rej pój­dziemy póź­niej na gro­chówkę i poncz. Coś mi się każe za­trzy­mać.

– Hm... Po­tem za­pra­szamy na gro­chówkę.

– Su­per!

– Przy­dzie­li­łam so­bie miej­sce obok cie­bie. Ale je­śli chcesz, mogę cię po­sa­dzić obok na­szej in­spek­torki La­ili We­ster­berg.

– Nie, nie, tak bę­dzie świet­nie. Ża­den pro­blem.

– Na pewno?

– Tak. Chyba że ty chcesz zmie­nić miej­sce?

– Nie, nie, chcę sie­dzieć obok cie­bie.

– No to w po­rządku. W ta­kim ra­zie trzy­mamy się planu.

Hen­rik uśmie­cha się do mnie, a na jego twa­rzy ma­lują się oży­wie­nie i ser­decz­ność, dużo wię­cej emo­cji niż pod­czas tam­tego lun­chu kilka ty­go­dni wcze­śniej. Ru­szamy da­lej w stronę baru.

Dla­czego w ogóle się za­trzy­ma­łam i za­da­łam mu to py­ta­nie? Prze­cież gdyby po­wie­dział – tak, po­pro­szę, zmień mi miej­sce – wy­szedłby na gbura. A ja nie chcia­łam sie­dzieć obok Carla. Cza­sami sama sie­bie za­dzi­wiam.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sala za­peł­niła się po brzegi, a gwar roz­mów jest ogłu­sza­jący, od­bija się echem mię­dzy drew­nia­nymi lu­strami i por­tre­tami in­spek­to­rów na ścia­nach, krysz­ta­łowe ży­ran­dole roz­trza­skują głosy na odłamki to­nów. Hen­rik i ja sie­dzimy obok sie­bie w pierw­szym rzę­dzie, naj­bli­żej sceny. Jest do­kład­nie dzie­więt­na­sta. Mam mo­tyle w brzu­chu z ocze­ki­wa­nia i zde­ner­wo­wa­nia, choć to nie ja będę wy­gła­szać ten wy­kład. Kładę rękę na ra­mie­niu Hen­rika.

– Za­czy­namy? – py­tam.

– Ty de­cy­du­jesz.

Wy­cho­dzę na scenę, klasz­czę w dło­nie i pro­szę o ci­szę.

– Cześć... Wi­tam ser­decz­nie...

Gwar szybko cich­nie. Ktoś kaszle, sły­chać skrzyp­nię­cie od­su­wa­nego krze­sła.

– Wi­tam na ko­lej­nym czwart­ko­wym spo­tka­niu sztok­holm­skiej kor­po­ra­cji aka­de­mic­kiej. Dziś wie­czo­rem mam wielki za­szczyt przed­sta­wić wam jed­nego z naj­bar­dziej roz­chwy­ty­wa­nych wy­kła­dow­ców uni­wer­sy­tetu w Up­psali – i tu uśmie­cham się do Hen­rika – naj­młod­szego wy­kła­dowcy w hi­sto­rii Wy­działu Prawa. Pa­nie i pa­no­wie, Hen­rik Ljung­man!

Roz­lega się ogłu­sza­jący wi­wat, Hen­rik wcho­dzi ener­gicz­nie na scenę, a ja z niej scho­dzę. Od­wraca się do pu­blicz­no­ści, uśmie­cha się, trzy­ma­jąc roz­bra­ja­jąco ręce w po­wie­trzu.

– Wow, jaka za­po­wiedź! Je­stem, oczy­wi­ście, nie­zwy­kle za­szczy­cony, że mogę tu być. Od dziecka ma­rzy­łem o tym, żeby wy­stą­pić w sztok­holm­skiej kor­po­ra­cji aka­de­mic­kiej jako czwart­kowy pre­le­gent.

Znów roz­le­gają się wi­waty, okla­ski i gwizdy. Po­chleb­stwo tra­fia na po­datny grunt, na­wet je­śli jest do­pra­wione odro­biną iro­nii.

– I jesz­cze... – te­raz Hen­rik li­czy na pal­cach – żeby zo­stać stra­ża­kiem i wy­grać tę naj­więk­szą cze­ko­ladę w Gröna Lund. Jedno z trzech się speł­niło, my­ślę, że każdy by się cie­szył.

Śmiech, chi­chot i okrzyki ra­do­ści z wi­downi. Mi­nęło trzy­dzie­ści se­kund, a on już trzyma pu­blicz­ność w gar­ści, jakby był stand-upe­rem.

Tego wie­czoru Hen­rik prze­cho­dzi sa­mego sie­bie. Opo­wiada, jak ewo­lu­owała ustawa o wol­no­ści prasy w Szwe­cji, po­da­jąc wiele za­baw­nych przy­kła­dów, w tym sa­tyry z osiem­na­stego wieku. Do­wia­du­jemy się, że ów­cze­śni pi­sa­rze nie prze­bie­rali w sło­wach, na­śmie­wa­jąc się z Gu­stawa III. Wy­kład trwa około pięć­dzie­się­ciu mi­nut, czyli kró­cej niż więk­szość czwart­ko­wych pre­lek­cji, więc pu­blicz­ność zo­staje z lek­kim nie­do­sy­tem. Chcą wię­cej. Za­czyna się długa se­ria py­tań z sali, pod­czas któ­rej Hen­rik pro­wa­dzi dia­log z pu­blicz­no­ścią. Jest sta­ran­nie wy­kształ­cony i dow­cipny, po­trafi bły­sko­tli­wie ko­ja­rzyć fakty i for­mu­ło­wać od­po­wie­dzi, nie­zwy­kle ja­sno wy­ra­żać my­śli. A na do­da­tek rze­czy­wi­ście po­trafi słu­chać. Na­prawdę chce zro­zu­mieć, o co pyta pu­blicz­ność.

Hen­rik jest zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szym czwart­ko­wym mówcą, ja­kiego mie­li­śmy do tej pory. Cała moja ner­wo­wość znik­nęła, czu­łam ra­dość suk­cesu. Przez głowę prze­biega mi nie­ja­sne wra­że­nie, że mam w tym nie­wielki udział. Bo wpro­wa­dzi­łam go w do­bry na­strój, spra­wi­łam, że po­czuł się kom­for­towo. Że to mnie chce po­ka­zać: zo­bacz, co po­tra­fię!

Pięt­na­ście po ósmej Hen­rik dzię­kuje za uwagę, ja po­spiesz­nie wy­cho­dzę na scenę, wrę­czam oka­zały bu­kiet kwia­tów, lekko go przy­tu­lam i za­czy­nam kla­skać. Burz­liwe okla­ski, które wy­ci­szają się wy­jąt­kowo szybko i prze­cho­dzą w szu­ra­nie stu krze­seł. Wszy­scy za­częli się spie­szyć do otwar­tych przed chwilą ba­rów.

Pół go­dziny póź­niej sie­dzimy przy stole w ma­łej sali go­ścin­nej. Pi­jemy zimne piwo i jemy go­rącą gro­chówkę. At­mos­fera jest nie­zwy­kle ra­do­sna. Wy­kład Hen­rika był ide­al­nym po­cząt­kiem wie­czoru, te­raz czas na drinki, tańce, za­bawę, a może i coś wię­cej. Pil­nuję się jed­nak, żeby za da­leko nie wy­cią­gać nóg pod sto­łem.

W tym po­miesz­cze­niu głosy też się od­bi­jają echem mię­dzy drew­nia­nymi ścia­nami, trudno usły­szeć swo­jego roz­mówcę, więc po­ziom ha­łasu cią­gle się pod­kręca. Sie­dzę bli­sko Hen­rika, a kiedy roz­ma­wiamy, po­chy­lamy się ku so­bie, żeby coś usły­szeć.

– Pró­bo­wa­łeś kie­dyś stand-upu? – py­tam.

– Nie, ni­gdy – od­po­wiada.

– Jak więc... Może prze­czy­ta­łeś ja­kiś po­rad­nik, czy coś w tym stylu, o chwy­tach sto­so­wa­nych przez stand-upe­rów?

– Nie. A po­wi­nie­nem?

– Ha, ha, nie, oczy­wi­ście, że nie, skoro i tak to po­tra­fisz.

– Dzię­kuję. Przyj­muję to jako kom­ple­ment.

– No ja­sne, jak naj­bar­dziej. Na zdro­wie!

– Ha, ha. Na zdro­wie, Anno.

Wzno­szę to­ast bu­telką piwa, Hen­rik pod­nosi swoją i się stu­kamy.

– By­łeś świetny.

– Dzię­kuję. Cie­szę się, że je­steś za­do­wo­lona.

Sie­dzimy bli­sko sie­bie, Hen­rik ma w oczach blask, któ­rego wcze­śniej nie wi­dzia­łam, a ja mam po­czu­cie wspól­noty, jak­by­śmy zro­bili to ra­zem. Tak oczy­wi­ście nie było, ale on spra­wia, że tak się czuję.

Może je­stem już tro­chę wsta­wiona. Odro­binę, tro­szeczkę wsta­wiona. Moż­liwe, że Hen­rik też.

Te­raz Carl pod­nosi rękę z bu­telką piwa; on rów­nież chce wznieść to­ast za naj­waż­niej­szą po­stać wie­czoru.

– Twoje zdro­wie, Hen­riku! Ge­nialny wy­kład!

La­ila także się do­łą­cza. Pod­nosi swoją szklankę.

– Tak, fak­tycz­nie było świet­nie. Nie my­śla­łeś o tym, żeby zmie­nić kie­ru­nek na na­uki po­li­tyczne?

Wszy­scy się śmieją i znów pod­no­simy bu­telki.

– I ten po­czą­tek – do­daje Carl – że wspo­mnia­łeś o swo­ich trzech ma­rze­niach z dzie­ciń­stwa, bar­dzo za­bawne. Jak mie­li­śmy tu­taj wy­bory i kan­dy­do­wa­łem na pierw­szego ku­ra­tora, to wy­gło­si­łem prze­mó­wie­nie, w któ­rym opo­wia­da­łem o swo­ich ma­rze­niach z dzie­ciń­stwa, i że ra­zem z młod­szym bra­tem i ko­le­gami z są­siedz­twa ba­wi­li­śmy się w rząd, a ja za­wsze chcia­łem być pre­mie­rem, ha, ha... Nie był to ja­kiś re­to­ryczny maj­stersz­tyk, ale i tak zo­sta­łem wy­brany.

Carl wzru­sza lekko ra­mio­nami i uśmie­cha się grzecz­nie, spo­glą­da­jąc to na Hen­rika, to na mnie, go­tów usły­szeć po­chwały.

– Kon­ku­ren­cja nie była za­bój­cza – mówi La­ila do Hen­rika i do mnie, i upija ko­lejny łyk piwa.

Hen­rik i ja uśmie­chamy się na ten ko­men­tarz, a Carl zdaje so­bie sprawę, że nie ma wy­boru i musi się śmiać ra­zem z nami.

– Ha, ha, no wła­śnie. Kor­po­ra­cja mu­siała się za­do­wo­lić tymi, któ­rzy się zgło­sili.

La­ila kle­pie go po ra­mie­niu.

– Prze­pra­szam, świet­nie so­bie ra­dzisz na tej funk­cji, Carl.

Carl po­now­nie zwraca się do Hen­rika:

– Nie my­śla­łeś o tym, żeby zo­stać ad­wo­ka­tem?

– Ojej – mówi Hen­rik. – Ile cie­ka­wych pro­po­zy­cji zmiany ka­riery się po­ja­wiło. Czy ktoś ma kartkę i dłu­go­pis?

Udaje, że szuka w kie­sze­niach no­tesu. Za­czy­nam się śmiać i kładę mu dłoń na ra­mie­niu.

– Prze­pra­szam. Ja przed chwilą py­ta­łam, czy nie chciałby zo­stać stand-upe­rem – wy­ja­śniam Car­lowi i La­ili.

Carl kon­ty­nu­uje:

– My­ślę, że ze swo­imi umie­jęt­no­ściami re­to­rycz­nymi prze­bo­jem zdo­był­byś salę są­dową. I nie­źle byś za­ro­bił. Moja ciotka jest part­ne­rem w Man­n­he­imer Swar­tling, za­ra­bia ko­lo­salne pie­nią­dze. Z mę­żem ku­piła do­mek letni pod Juan-les-Pins, na Ri­wie­rze. Też tam czę­sto jeż­dżę la­tem.

Ko­lejna prze­rwa na za­chwyty.

– Uhm, będę mu­siał się nad tym za­sta­no­wić – od­po­wiada Hen­rik z uśmie­chem.