Samotność długodystansowca - Alan Sillitoe - ebook

Samotność długodystansowca ebook

Alan Sillitoe

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 123

Rok wydania: 1982

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Sillitoe Alan. ur. 4. III. 1928 r. w Nottingham, pisarz angielski. Pochodził z rodziny robotniczej i pracował od czternastego roku życia, najpierw jako goniec i zamiatacz, później jako tokarz. Jego samorodnym talentem zainteresował się Robert Graves i pomógł mu wkroczyć na drogę zawodowego pisarstwa. Sillitoe w swoich utworach przedstawia w różnych wariantach zjawisko wyłamywania się jednostki ze środowiska proletariackiego, próby przełamywania zasad rządzących społeczeństwem, poszukiwanie wolności i pełni życia. Motyw ten wspólny jest dla utworów pisarzy z grupy „młodych gniewnych”. Debiutował Sillitoe powieścią Z soboty na niedzielę (1958, wyd. pol. 1963). Wkrótce ukazał się tom nowel Samotność długodystansowca i inne opowiadania (1959, wyd. pol. 1964), z których tytułowa nowela uchodzi za najdojrzalszy utwór prozatorski pisarza, a następnie zbiór Córka szmaciarza (1963, wyd. pol. 1966). W polskim przekładzie ukazały się również: powieści Klucz do drzwi (1961, wyd. pol. 1965), Śmierć Williama Postersa (1965, wyd. pol. 1969), Drzewo w ogniu (1967, wyd. pol. 1972) i tom opowiadań Guzman, do domu! (1968, wyd. pol. 1971). Z soboty na niedzielę i Samotność długodystansowca zostały sfilmowane przez twórców angielskiej „nowej fali”.

 

Alan Sillitoe

Samotność długodystansowca

Opowiadania

 

Tłumaczyły

JADWIGA MILNIKIEL MARIA SKIBNIEWSKA

 

 

Książka i Wiedza 1982

 

Ilustracja na okładce i stronie tytułowej MIECZYSŁAW WASILEWSKI

Redaktor seriiMIROSŁAWA KARPIŃSKA

© Copyright by Alan Sillitoe 1959, 1962

Córka szmaciarza

Pewnego wieczoru wracałem do domu z pustą walizką — ostatnim krzykiem mody: ze świńskiej skóry i z błyskawicznym zamkiem. Odebraną od kumpla, który już myślał, że pożyczył ją ode mnie na wieczne nieoddanie. Nagle zatrzymało mnie dwóch gliniarzy w cywilnych ubraniach. Wypytywali mnie przez dwadzieścia minut, w końcu machnęli ręką i pozwolili odejść. W tym czasie, kiedy ze mną gadali, tuż za rogiem obrabowano kogoś i dziesięć kawałków wpadło do pustej kieszeni gościa, któremu się to trafiło.

Takie jest życie. Miałem szczęście, że w mojej walizce nie było niczego poza powietrzem. Czasami wynoszę pudło z masłem i serem ze składu, gdzie pracuję. Ale tym razem ten zakichany Pan Bóg trzymał moją stronę — starając się widocznie zblatować mnie za te wszystkie historie, kiedy mi wbijał nóż w plecy. Gdyby tak jednak gliniarze zechcieli zatrzymać mnie na słówko wieczorem kilka dni później, złapaliby mnie obładowanego artykułami spożywczymi pierwszej sorty.

Moja robota polega na wyładowywaniu z ciężarówek wielkich jak beczki piwa serów, które przywożą ze wsi dwa razy na tydzień. Samochody podjeżdżają pod boczne drzwi składu, a wtedy ja i paru kumpli zawijamy rękawy i dźwigamy towar na plecach, idąc pomalutku po chodniku z desek do specjalnego, osobnego pomieszczenia na sery. Pewnego razu sprawdziliśmy spisy i okazało się, że jest o jeden ser za dużo. Postanowiliśmy więc podzielić go między naszą dwunastkę i zabrać do domu dla żon i rodzin. Zastanawialiśmy się tylko, który z tych serów trzeba „zorganizować”. — Słuchajcie, poszukajcie takiego, co go szczury napoczęły i podzielimy go między siebie. Jak dwa razy dwa cztery taki właśnie jest najlepszy — rozstrzygnął sprawę grupowy. Wybór padł na bryłę Dalbeattie i trzeba przyznać, że w życiu nie jadłem czegoś równie wspaniałego. Przez dłuższy czas żona pytała mnie: — Tony, kiedy znowu przyniesiesz nam trochę tego nadzwyczajnego sera? — I cokolwiek bym potem gwizdnął, nigdy już nie potrafiłem im tak dogodzić, chociaż za każdym razem, wynosząc kawał sera albo bryłkę masła ryzykowałem, że wylecę z roboty, jaka by tam ona była. Raz, chcąc im zrobić przyjemność, kupiłem nawet kawał Dalbeattie w innym składzie, ale w domu poznali się, że nie był kradziony, nie smakował więc im tak jak tamten, który dla nas wybrały szczury.

Od czasu do czasu zdarza się, że ktoś wynosi ze składu trochę masła i policja go nakryje. Przyprowadzają go z powrotem i facet dostaje wycisk. Pomyśleć tylko — za jedne pół funta masła! Ja bym się tam wstydził popatrzeć potern w oczy kumplom. Wolałbym już raczej, żeby mnie wyleli z pracy.

Pierwszy raz ukradłem, jak miałem pięć lat i byłem w szkole dla maluchów. Rozdali nam do zabawy tekturowe pieniążki — pensy, szylingi, półkoronówki — takie sztywne, że nie dawały się łamać. Mieliśmy je wymieniać za klocki i kawałki kredy. Lekcja taka nazywała się kupowaniem i sprzedawaniem. Pamiętam, że już wtedy czułem, iż jest w tej zabawie coś nie w porządku, ale ponieważ za mały byłem na to, żeby zrozumieć, na czym to polegało, więc tylko złościłem się i po prostu nie szło mi. Kiedy przestrzegałem zasad gry, zawsze wychodziłem najgorzej. Na szczęście szybko zrozumiałem, że tylko spryt może mi pomóc. Na drugi dzień przy końcu lekcji, kiedy nauczycielka zaczęła obchodzić wszystkich, żeby zebrać z powrotem monety, znalazło się ich w mojej kieszeni z pół tuzina (srebrniaków, jak potem stwierdziłem). — Brakuje mi monet — powiedziała tak słodkim głosem, że mi dreszcz przebiegł po krzyżu. Poczułem chętkę, żeby je oddać. Oparłem się jednak moim wrodzonym skłonnościom i wytrzymałem. — Słuchajcie, zwróćcie mi je, bo inaczej zatrzymam was w klasie po lekcjach, kiedy wszystkie inne dzieci pójdą sobie do domu.

Myślałem, że mnie obszuka, a tymczasem ta przetrzymała nas dziesięć minut, no i ruszyłem do domu z pełnymi kieszeniami. Tego samego wieczoru pewien sklepikarz przyłapał mnie na tym, że próbowałem wcisnąć te monety na siłę do jego automatu z papierosami i gumą do żucia. Zawlókł mnie do domu, a stary wyłoił mi skórę. Chlipałem aż do wieczora. W ten sposób już w zaraniu życia dostałem nauczkę, że forsa może również przynosić kłopoty.

Innym razem połakomiłem się w szkole na klocki, ale nauczyciel zwrócił uwagę na moje wypchane kieszenie i odebrał mi te klocki, a potem wyrzucił mnie na podwórze, mówiąc, że nie nadaję się do szkoły. To mnie przekonało, że jednak najbezpieczniej jest gwizdać forsę.

Kiedy wuj zapytał, kim chciałbym zostać, gdy urosnę, odpowiedziałem: „Złodziejem”. Dał mi po grzbiecie, postanowiłem więc, że jeżeli ktoś zada mi takie podchwytliwe pytanie, będę mówił: „Uczciwym człowiekiem”. Albo: „Maszynistą”. Kradłem forsę z portmonetki mamy albo miedziaki, które zostawione były w domu na gaz czy elektryczność. Dostawałem za to takie samo grzanie jak wtedy, kiedy mówiłem, że chcę zostać złodziejem, gdy dorosnę. Zaczynałem rozumieć, że w gruncie rzeczy byłem bity z tego samego powodu. Postanowiłem więc, z jednej strony, trzymać gębę na kłódkę, a z drugiej — nie dać się przyłapać.

Pomimo faktu, że kradłem, co i gdzie się dało, bez zbytniego ryzyka, że mnie przyłapią — nie bawiło mnie samo posiadanie rzeczy. Ubrania, auto, zegarki — jak tylko udało mi się coś takiego zwędzić, traciłem całe zainteresowanie. Włamałem się do biura i wyszedłem z dwiema maszynami do pisania, potrzymałem je w domu przez jeden dzień, a potem pożyczyłem auto i pewnej ciemnej nocy wyrzuciłem je z mostu na Trencie. Gdyby tak gliniarze chcieli się pofatygować i zbagrować w tym miejscu rzekę, spotkałoby ich parę niespodzianek. A w ogóle najbardziej lubię plusk, kiedy coś takiego wywalam, chluśnięcie w wodę czegoś ciężkiego, jak na przykład telewizor albo tablica rejestracyjna, albo jeszcze lepiej — motocykl, jak mi się raz zdarzyło. Rozlega się głuchy huk, jak przy wybuchu, który działa na mnie niczym alkohol (którego zresztą nie znoszę): zaczyna mi się kręcić w głowie. Nawet w tydzień potem, w autobusie, potrafię nagle skręcać się ze śmiechu na myśl o tym. Czasem jakiś nadęty staruch zaczyna wtedy psykać ze zgorszeniem: „Ach, ci młodzi ludzie! Pijani już o jedenastej rano! Warto by takich dać do wojska!”

Gdybym stracił wszystko, co tylko mam na świecie, nie przejąłbym się tym wcale. Gdybym tak pewnego ranka poszedł na drugą stronę ulicy po papierosy, a po powrocie zobaczył, że dom wali się wesolutko w płomieniach z całym moim dobytkiem — odwróciłbym się i odszedł bez jednej myśli, bez cienia żalu. Nawet gdyby w tych płomieniach spłonęła moja marynarka z ostatnimi dziesięcioma szylingami.

Możecie mi wierzyć albo nie, ale jednego bym chciał — żyć na wsi, gdzie nie miałbym pokusy kraść, w takim miejscu, gdzie wszyscy czuliby to samo, bo każdy miałby tam tyle co inni, chociażby to było bardzo niewiele. Więzienie też jest takim miejscem, ale nie uważam go za przyjemne, bo tam człowiek nie jest wolny. Miejsce, o jakim myślę, nie różni się właściwie od więzienia, bo tam też wszyscy mieliby tyle samo, tylko że byliby wolni, więc nie chcieliby kraść tej odrobiny, jaką każdy posiada. Sam nie wiem, jak właściwie nazwać taki system.

Jako chłopak chodziłem z dziewczynami, ale bardziej od tego lubiłem kraść. Najlepsze ze wszystkiego to było namówić dziewczynę, żeby poszła kraść razem ze mną. Jak była morowa, to się do tego lepiej nadawała niż którykolwiek z wypróbowanych kumpli. A poza tym. to się robiło bardziej podniecające, a przy tym bezpieczniejsze.

Poznałem Doris przed barem rybnym na ulicy Ilkeston. Wchodząc do środka, żeby kupić coś na kolację, upuściła portmonetkę: kilka drobniaków potoczyło się na jezdnię. — Nie martw się, pozbieram je dla ciebie; kotku — powiedziałem.

Paru innych chłopaków chciało jej przyjść z pomocą, ale wziąłem jednego za łokieć i powiedziałem:

— Spływaj, to moja dziewczyna. Mogę cię uszkodzić na całe życie.
— W porządku, Tony — roześmiał się. — Nie poznałem cię.

Pozbierałem jej forsę. — To chyba wszystko? — Wszedłem za nią do baru, żeby w świetle popatrzeć, jak wygląda. — Ja także po frytki — oświadczyłem, żeby jej nie spłoszyć.

— Dziękuję za pozbieranie forsy. Czasami mam dziurawe ręce. — Miałem pokusę objąć ją za ramiona, na, które spływały włosy koloru masła. Staliśmy w kolejce. Tylko co zjadłem furę frytek w śródmieściu, sam więc zapach tej budy przyprawiał mnie o mdłości. — Czy ja ciebie przypadkiem gdzieś już nie spotkałem? — zapytałem.
— Możliwe. Jestem w tych stronach chyba tak samo długo jak ty.
— A gdzie mieszkasz?
— Na Churchfield Lane.
— Odprowadzę cię.
— Nie.

Była taka jasna i ładna, że prawie z miejsca zakochałem się, chociaż nie na tyle, żeby zapomnieć języka w gębie: — Możesz znowu zgubić portmonetkę.

Nie miałem pojęcia, czy już ją kiedyś spotkałem na ulicy, czy śniłem o niej, czy widziałem przesuwającą się przez ekran telewizora w reklamie szamponu między „Zakrwawionym rewolwerem” a filmem „Kremlin znowu uderza”. Miała gładką skórę, trochę pucołowate policzki, niebieskie oczy, mały nosek i wargi też pełne, ale scieniowane warstwą szminki pomarańczowego koloru, przez co odczuwałem większą chęć pocałowania jej, niż gdyby były krwistoczerwone. Stała przy ladzie z zagubionym, obojętnym wyrazem oczu, który świadczył, że zatopiona była raczej we własnych myślach, ignorując otoczenie. Pociągnęła lekko nosem na widok bijących z frytury kłębiastych pióropuszów pary, podwojonych jeszcze przez odbicie w lustrach za skwierczącymi kotłami. Nie sposób było odgadnąć, czy jej się ten zapach podobał, czy nie.

— To dość daleko od Churchfield Lane. Czy nie ma baru z frytkami w tamtej okolicy? — zagadnąłem.
— Ojciec mówi, że tu mają dobrą rybę — odparła. — Żeby mu zrobić przyjemność, przyszłam więc tutaj.
— A mnie się zdaje, że u Rawsona w śródmieściu jest jeszcze lepsza. Jeśli pozwolisz, zabiorę cię tani kiedyś na kolację. Spodoba ci się.

Przyszła na nią kolej przy ladzie. — Jestem ostatnio zajęta... Poproszę frytek za dwa szylingi i za sześć ryby.

— A gdzie pracujesz?
— Nie pracuję.
— Ja też nie — roześmiałem się. Wzięła pakiet.
— Bardzo dziękuję — powiedziała, po czym zwróciła się do mnie: — No więc nie będziesz minie mógł tam zabrać, prawda?

Przepchnąłem się do drzwi. Zatrzymaliśmy się na chodniku.

— Ładna jesteś, ale numerek z ciebie niezgorszy. Mam forsę, chociaż akurat teraz nigdzie nie pracuję.

Przeszliśmy na dcugą stronę ulicy, a ja przez cały czas czekałem, że mi powie, żebym się odczepił, nie tracąc przy tym nadziei, że jednak tego nie zrobi.

— To znaczy, że forsa spada ci z nieba czy jak?
— Nie. Kradnę.

Prawie uwierzyła. — Coś takiego! A gdzie?

— To zależy. Gdzie się da.

Już widziałem, jak będę ją odprowadzał do samego domu, bylebym tylko nie przestawał mleć ozorem.

— Nigdy w życiu niczego nie ukradłam, ale często miałam chętkę — rzuciła.
— Jeżeli będziesz się mnie trzymać, pokażę ci coś niecoś.

Roześmiała się. — Chyba bym miała pietra.

— Nie ze mną. Któregoś wieczora moglibyśmy się gdzieś wybrać wieczorem i zobaczyć, co by się dało zrobić.
— Szybki Bill. z ciebie. Swoją drogą moglibyśmy coś takiego spróbować dla samej frajdy.
— A niby dlaczego nie dla forsy? — spytałem śmiertelnie rzeczowym tonem.
— Co za różnica? I tak, i tak kradzież zostanie kradzieżą.

Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy spojrzeć na to w taki sposób. — Możliwe. W każdym razie to niezupełnie to samo.

— Jeżeli się to robi dla zabawy, to wtedy łatwiej jest nie dać się nakryć — ciągnęła.
— Nie ma żadnego sensu wysilać się na coś dla samej tylko zabawy — upierałem się. — Strata czasu.
— W takim razie wiesz co? Ty to będziesz robił dla forsy, a ja dla zabawy. W ten sposób oboje będziemy zadowoleni — oświadczyła.
— Dobra — zgodziłem się, biorąc ją pod rękę. — To brzmi sensownie.

Mieszkała w dużym domu tuż przy Churchfield Lane. Otrzymałem nawet całusa, zanim weszła do ogrodu i cicho rzuciła mi: „Dobranoc”.

— Doris. Nazywam się Doris — powiedziała.

Myślałem, że żartowała, mówiąc o kradzeniu dla zabawy, ale kiedy w parę dni później spotkaliśmy się przed kinem i po skończonym seansie staliśmy na placyku, gdzie zbiega się pięć ulic, powiedziała:

— Przypuszczam, że kręcisz się tu, dopóki nie wypatrzysz czegoś łatwego i bezpiecznego.
— Coś koło tego — przyznałem się, nie okazując zdziwienia. — Chociaż może się zdarzyć, że sprawa okaże się nie taka znowu łatwa. — Wolno wyciągnąłem składany nóż. Kiedy rozłożyłem wszystkie jego ostrza, wyglądał jak jeż. — Nie używam tego, jak się domyślasz, do kapsli od butelek albo do wydłubywania kamyków z końskich kopyt. Użyteczna maszynka, nie ma co.
— Myślałam, że posługujesz się zapinką do włosów. — Traktowała to jako żart, tymczasem ja odparłem z kamienną twarzą: — Czasami. Zależy od zamka.

Przez jezdnię szedł w naszym kierunku gliniarz; za każdym jego miarowym krokiem zamykałem: jedno ostrze i zanim zdążył zrobić połowę drogi, wpuściłem nóż do kieszeni. — Chodźmy — powiedziałem zapalając papierosa i zwracając się w kierunku Berridge Road. Żółte światła latarni nad naszymi głowami sprawiały, że wyglądaliśmy jak gruźlicy. Przestaliśmy nawet rozmawiać na widok naszych twarzy szarych jak popiół z papierosa, po chwili jednak, znalazłszy się w ciemniejszych uliczkach, wróciliśmy do życia. Co dziesięć jardów otrzymywałem to, na co nie mogła się zdecydować w ostatnich rzędach w kinie — przeciągły, namiętny pocałunek. Za każdym dziwiłem się, jakim cudem taka dziewczyna jak ona może chcieć wychodzić na nocną robotę z takim łapserdakiem jak ja.

— W niezłym domu mieszkasz. Co robi twój stary? — spytałem po drodze.
— Handluje starzyzną.
— Co ty powiesz? Nie zalewasz? — Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to śmieszne.
— No tak. Handluje szmatami, żelastwem, wiesz. Sklep Randalla przy Ortson.

Roześmiałem się, bo było to właśnie miejsce, gdzie przez całe moje dzieciństwo zanosiłem złom żelazny, słoiki po dżemach, ołów i wełniane szmaty. Jej ojciec, któremu to wszystko sprzedawałem, był ponurym kutwą ze znakiem funta między oczyma, łasym na każdy grosz. Grubas, zawsze w starym garniturze, jeździł brązowym jaguarem, obojętny na wszelkie sprawy ducha i ciała. Któregoś dnia widziałem, jak rozpędził kupę dzieciaków na ulicy naciskając klakson i trąbiąc z bliskiej odległości, a kiedy rozprysły się na wszystkie strony, rzucił za nimi pełną garść miedziaków. I o mały włos nie rozwalił się na słupie lampy ulicznej, gdyż przez ten nagły, podejrzany objaw hojności stracił panowanie nad kierownicą.

— Co w tym śmiesznego? — chciała wiedzieć.
— Zdziwiony jestem. Tylko tyle.
— Kiedyś w szkole powiedziałam jednej z dziewczyn, że mój stary jest szmaciarzem, to się roześmiała zupełnie tak samo jak ty. Nie widzę w tym nic śmiesznego.

„Ty cymbale, jak możesz się tak głupio śmiać, kiedy dopiero co tak fajnie cię całowała” — wymyślałem sobie w myśli. Czarny kot śmignął w świetle ulicznej latarni, porywając ze sobą moje szczęście.

— Lepiej mu się powodzi niż większości innych. Może więc śmiejesz się, bo mu zazdrościsz?
— Ja nie taki — odparłem, próbując naprawić złe wrażenie. — Jeżeli chcesz wiedzieć, dlaczego się śmiałem, to ci powiem: zawsze marzyłem, żeby zostać szmaciarzem, tyle że jak dotąd, nigdy nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać. A więc zabawny zbieg okoliczności. — Podczas gdy się wahała, czy ma mi uwierzyć, próbowałem zmienić temat. — Do jakiej ty szkoły chodziłaś, że się tam mogli śmiać z takiej rzeczy? — Jeszcze do niej chodzę — odparła. — Do liceum. Co prawda w tym roku kończę. — „Uczennica — pomyślałem. — Ale fajna dziewczyna. Może mieć koło siedemnastu lat, choć wygląda, jakby miała co najmniej tyle, ile ja, to znaczy osiemnaście i pół”.