60,00 zł
39,00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 60,00 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 211
Rok wydania: 2026
Hegira – Statek, który nie tyle przemierza przestrzeń, ile przekracza jej granice. Niesie w sobie technologię zdolną naginać wszelkie zasady, ukrywać obecność i prowadzić tych, którzy nie należą już wyłącznie do jednego świata.
Haperion – Zapomniana planeta-twierdza, w której uśpiono potęgę dawnej cywilizacji. Miejsce, gdzie energia gwiazd została zamknięta w strukturach zdolnych przetrwać tysiące lat milczenia.
Nadprzestrzeń – Cisza pomiędzy punktami istnienia. Wymiar, w którym odległość traci znaczenie, a podróż staje się przejściem przez to, co niewidzialne dla zwykłego postrzegania.
Potencjał – Pierwotna siła, z której utkane są działania, przemiany i wszelkie istnienie. Może zasilać ciała, technologie i świadomość – lecz nigdy nie pozostaje obojętna wobec tych, którzy po nią sięgają. Tworzy materię. Jest mocą przeobrażeniową.
Wzorzec – To, czym istota jest naprawdę – poza ciałem, formą i chwilą. Niewidzialna struktura, która przechowuje jej świadomość, pamięć i sens istnienia.
Tryb awaryjny – Stan odłączenia od tego, co materialne. Moment, w którym pozostaje tylko świadomość – czysta, pozbawiona ciężaru ciała i ograniczeń świata fizycznego.
Rój – Jedność wielu świadomości. Przestrzeń, w której granice między „ja” a „innymi” zanikają, a prawda nie może zostać ukryta.
Programy – Niewidzialne schematy, które kierują myślami, emocjami i wyborami. To one tworzą iluzję tożsamości – dopóki nie zostaną rozpoznane.
Świadomość – Najgłębsza warstwa istnienia. Nie należy do ciała ani czasu – jest tym, co obserwuje, doświadcza i przekracza.
Pieczęcie – Znaki rozwoju i ograniczeń zarazem. Każda z nich otwiera dostęp do większego zrozumienia i funkcjonalności Świętej Księgi – pod warunkiem, że zostanie utrzymana w równowadze.
Święta Księga – Artefakt starszy niż pamięć każdej z cywilizacji. Zawiera nie tylko wiedzę, lecz także samą strukturę możliwości – kreacji, zmiany i końca. Jest narzędziem Absolutu.
SystEM była tu pierwsza. Ukryta pod lodem. Funkcjonowała tuż poza krainą tętniącą życiem na krawędzi wiecznej zmarzliny, otoczona wiatrem, śniegiem i lodem, w zatrzaśniętym sarkofagu kwarantanny całego układu planetarnego.
Co roku przy brzegu rozkwitało życie, a do oceanu spływały krystalicznie czyste strumienie. Ocieplenie klimatu podwyższało średnie temperatury i lód tracił śnieżną biel, którą tak doskonale znała i na swój sposób lubiła. Od wielu lat przestał lśnić i odbijać promienie słoneczne. Zamieszkiwały go żywe organizmy, zdolne, prawie jak ona, przeżyć w skrajnie ekstremalnych warunkach. Nawet czuła w stosunku do nich coś na kształt szacunku.
Kiedy nadchodziła zima, Grenlandia się zmieniała. Mróz przywracał wszechobecną biel oraz trwałe rządy srebrnego władcy na niebie – polarną noc. Wtedy brud znikał, a lodowiec odzyskiwał swój pierwotny szyk.
To SystEM też lubiła.
Zmieniały się pory roku, klimat z całą planetą, ale nie ona. Przybyła na Ziemię. Dobrze ukryła swój statek przed oczami, satelitami i czujnikami o każdym możliwym spektrum działania. Jej druga miłość, logistyczny cud, Hegira, stanowiła idealną, czarną kulę niewidoczną w ciemnej próżni kosmosu – zbudowano ją przecież do takich lotów. Ale odkąd przebywała w lodzie, zyskała polarną modyfikację.
Zbudowano ją bardzo dawno, nie dziesiątki, nie setki ani nawet nie tysiące lat temu. Pomimo upływu czasu jej powierzchnia nadal pozostawała gładka i wypolerowana wręcz do skraju lustrzanego połysku, uwypuklającego kolejne, jakby głębsze warstwy czerni – teraz zaś bieli. Na osi średnicy mieściły się trzy pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej. Choć ani ci, którzy ją zbudowali, ani obecni właściciele nie należeli do olbrzymów.
Statek to jedno, ale bez wyjątkowego programu to tylko zwykła kula bez drzwi, okien, skrzydeł i silników; idealnie gładka zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Może i ciekawostka, ale bez unikatowej duszy zwyczajnie pusta. To SystEM napełniała od dwóch tysięcy lat Hegirę swoim indywidualnym charakterem. Stanowili jedność.
Owszem, istniało też wyposażenie. Przede wszystkim potencjalne, gdyż Hegira przypomniała pustą katedrę. Technologia SiQuAnn miała korzenie w świecie kwantowym i choć żaden człowiek i jego uważne oko nie potrafiłoby jej dostrzec, to konsekwencje już tak. We wnętrzu królowała pustka. Wyposażenie zawsze mógł wytworzyć Inicjator i choć po tylu latach nie tchnęło fabryczną świeżością, to jednak działało i każdego z oświeconych ziemskich badaczy przyprawiłoby o zawał naukowej samoświadomości lub, w przypadku genialnych jednostek, o rozkoszne spazmy zrozumienia, sięgające daleko poza dostępną wiedzę.
Jak to działało?
Gdy czegoś potrzebowano, Hegira kreowała to w procesie nadawania ostatecznej formy w Inicjatorze. Każdą rzecz tylko na potrzeby chwili. Gdy materialna emanacja stawała się zbędna, następował regres i materia wracała do stanu pierwotnego, i tak, zużywała moc, lecz nigdy nie tworzyła odpadów. Żonglowała umiejętnie energią i materią, które wypełniały po brzegi Wszechświat, i w tym tkwiła jej główna przewaga nad innymi technologiami. Przykładowo ziemskie drukarki, nawet te najbardziej zaawansowane, potrafiły już tworzyć, ale Inicjator mógł nieporównywalnie więcej: to, co wydał na świat, usunąć i z oczu, i z serca.
Ale to nie Inicjator stanowił największy skarb SiQuAnn, lecz najbardziej skomplikowane urządzenie w znanym wszechświecie, strzeżone przez SystEM – Sigil. Tworzył pieczęć w świadomościach żywych, modyfikował ciała, ale przede wszystkim wskrzeszał zmarłych. Lecz żeby kogokolwiek wskrzesić – najpierw musiał on umrzeć...
Gdyby tylko SystEM powstrzymała swoje dyrektywne cele – może ludzkość miałaby jeszcze szanse jakoś przetrwać...
Gabi walczyła o życie. Coś powstrzymało jej duszę przed okaleczeniem. Nieświadoma, ale jeszcze nie martwa. Ostatnie dwie godziny stanęły jej przed oczami.
W pierwszy dzień letnich wakacji wysuszona na wiór trawa krzyczała o wodę, której i w tym roku niewiele w Polsce napadało. Wyblakłe liście na drzewach, cienie zieleni, błagały o jeden haust życia. Klimat, jakby piekło się mściło…
Gabi wszystko to zazwyczaj dostrzegała, jednak nie dziś. W końcu ziścił się ostateczny plan jej męża i czekało ją kolejne badanie porównawcze mózgów. Całą drogę do Poznania Rafał prowadził swój monolog. Tłumaczył, że to tylko dwie godziny z wykorzystaniem metody naprawy mózgu i uczenia „na rzeźbienie” do monitorowania wzorców aktywności.
Tłumaczył jak laikowi, że zaprojektował je jako typowo zewnętrzny i bezpieczny proces – wykorzystał neuroobrazowanie w czasie rzeczywistym i elementy neurofeedbacku. Dla ludzi proces odbywał się za pomocą zmodyfikowanego rezonansu.
Tłumaczył, że jedyne, co powinna tak naprawdę wiedzieć, to że musiała skupić się na obserwacji obiektów wizualnych, wyświetlanych na imitacji lustra i przestawiać w myślach wyświetlane obiekty (podobne do jej wzorca aktywności mózgu). Czekało ją zaznaczanie – na skali nasilenia oddziaływania psychicznego – samopoczucia oraz zapisywanie innych obserwacji przez połączenie neuronalne wprost do sieci.
Tłumaczył też, że powinna zgłaszać wszelkie zdrowotne problemy.
Trochę się bała, gdyż pierwsze badanie, które odbyło się dwa lata temu, wszystko pogorszyło. Jemu nic nie dało, a jej przysporzyło migren.
Kolejne – jak obiecywał Rafał – powinno wszystko naprawić… Gabi miała na to swoje zdanie: „Czego to nie robi się dla ukochanego męża? Dwie godziny dla rodziny to niewielki wysiłek”.
Z samego rana w piątek stawili się na miejscu. Wysiedli na parkingu przed niebieskim, wielopiętrowym budynkiem Politechniki pod rozłożystym klonem. Dobiegła ją woń drzewa pomieszana z zapachem miasta. Nieopodal trajkotał przejeżdżający tramwaj. Jakiś kierowca trąbił zawzięcie.
– Chodź, Gab. – Rod pracował na Politechnice i spieszyło mu się, żeby już za parę godzin zagłębić się w danych, a kto wie, może, jak się zarzekał, rozwiązać problem prześwitów.
Pewnie gdyby teraz spadł z nieba śnieg, i tak by nie zauważył, pomyślała Gabi, widząc, że mąż przebywa w swoim świecie i nie zwraca uwagi na otoczenie.
Weszli do środka i Rod pomachał do zdystansowanej niczym pomnik, natapirowanej blondyny w uczelnianej recepcji. Kierowała ciekawski narybek na drzwi otwarte.
Zabrał żonę wprost do windy. Wybrał poziom minus trzy – jego pracownia ukrywała się na sporej głębokości. Przeszli sztucznie oświetlony korytarz ze ścianami w kolorze groszkowym.
On zniknął u siebie, pod dwójką, życząc żonie miłej wspólnej randki, a Halina, jego jedyna koleżanka z doktoratu, zaopiekowała się Gabi. Znały się dobrze z zakładowych imprez i z całej ekipy doktorantów najbardziej polubiła właśnie ją. Razem udały się do sali numer jeden i pokoju badań, w którym stały urządzenia, z matowymi światełkami gotowości do pracy.
Ożyły pod palcami pięknej doktorantki.
Halina poprawiła sportową cytrynową bluzkę, która nijak pasowała do naukowych badań, a już szczególnie do jej burzy kruczoczarnych włosów. Naukowczyni założyła biały fartuch i zaczęła podłączać elektrody.
Podpięła do Gabi urządzenie i nasunęła na nią tubę urządzenia. Obiecała przyjść po ukończonym eksperymencie około jedenastej i pomóc wyplątać ją z kabli.
– Zaczynamy – usłyszała Gabi przez głośniki.
Zegar wskazywał pięć minut po dziewiątej.
Znów z Rodkiem wstrzelą się w wirtualną randkę…
Sprzęt oplatający jej głowę wymagał delikatności i bezruchu oraz, najważniejsze, próby wyłączenia myślenia, a to już stanowiło wyzwanie. Otrzymała film instruktażowy, na którym lektor tłumaczył: „To jak ze szklanką pełną wody w dłoni. Można starać się nią nie poruszać, tyle że to nadal próby kontroli, które kończą się rozlewaniem wody (myśleniem). Medytacja pozwoli odłożyć szklankę i pogrążyć się w kojącej ciszy i pustce”.
Kiedy się wyciszyła, umysł zaczęły wypełniać obrazy i dźwięki. Badanie zaczęło się tak samo jak ostatnie. A potem straciła przytomność.
Spod przymrużonych powiek wyłaniał się półmrok. Przesłonięta kopułą urządzenia niewiele dostrzegała. Umykało jej coś ważnego… Coś, co ją ocaliło.
Zasnęłam albo zemdlałam, myślała zdezorientowana. I chyba minęło więcej czasu niż przewidziano.
W gardle pojawiło się znane wrażenie zwiastujące rychłe kłopoty.
Krzyknęła zaniepokojona:
– Halina!
Nikt nie odpowiadał. Nasłuchiwała… Policzyła w myślach do sześćdziesięciu. Potem zaczęła działać – odsunęła wieko i wyplątała, nie bez trudu, kable z burzy rudych włosów. Usiadła na łóżku. Zrazu chybotliwie i starała się nie upaść, zachować równowagę – złapała się konstrukcji. Chłód orurowania wnikał w jej palce.
Musiała chwilę odczekać… Jeśli teraz wstanie, wyląduje na podłodze. Czekając, aż przestanie odczuwać zawroty głowy, dostrzegła wokół ewidentne problemy. Awaryjne oświetlenie, migające na czerwono kontrolki urządzenia, z sufitu nikłe światło. I jeszcze jedno. Cisza. Nienaturalna.
Ponownie spojrzała na ścienny zegar i wytężyła wzrok.
Jedenasta piętnaście? Nie widziała dokładnie. Przecież eksperyment dawno się zakończył. Przetarła oczy i teraz ujrzała już inną godzinę. Dwudziesta pierwsza jedenaście!
– Nie no. Co jest? – skomentowała głośno.
Zawiódł ją własny wzrok?
Przeczekała moment dezorientacji. Przez znaczny wzrost miała tendencję do pająkowatych ruchów i nauczyła się, że jej szczupłe ciało nie zawsze nadążało za temperamentem… Cierpliwość przede wszystkim. W końcu stanęła na nogach i ominęła wózek z irytująco migającym sprzętem diagnostycznym. Zbliżyła się do przeciwległej ściany, w której centrum wisiał cyfrowy zegar. To nie była pomyłka. Dwudziesta druga jedenaście.
Jakim cudem skradziono jej dziesięć godzin życia?
Zdezorientowana skierowała się z powrotem. Przytrzymała się kozetki, a potem ostrożnie zrobiła kilka kroków w kierunku metalowych drzwi i krzesła, na którym zostawiła rzeczy. Założyła skórzane sandały, na ramiona zarzuciła zwiewną dżinsową kurtkę, a z torebki wyjęła telefon.
Światło z latarki smartfona odrobinę rozświetliło migoczący światłocień.
Otworzyła drzwi i wyszła na salę.
Tu tak samo działało tylko awaryjne oświetlenie. Sprawdziła kilka razy przełącznik, bez efektu.
Już zamierzała biec do Rafała, gdy prawie potknęła się o Halinę. Dziewczyna leżała na podłodze.
– Pomocy! Rafał! – wykrzyczała na całe gardło.
Zbliżyła smartfon do twarzy Haliny. Sine ciało, martwe – tego nie dało się z niczym pomylić! Pod przykryciem skóry widać było ewidentny zgrzyt, brak dopełnienia. Wyglądała niczym puste naczynie bez kluczowej zawartości. Zgon musiał nastąpić kilka godzin temu. Gabi wyprostowała się mokra od własnego potu.
Palce odmawiały jej współpracy i dopiero za trzecim razem wybrały numer alarmowy. Trzy piętra stali i betonu robiły swoje. Brak połączenia.
– Ja pierdolę! – wycedziła przez zęby.
Otworzyła drzwi na korytarz, chcąc jak najszybciej dotrzeć do Rafała.
Zostawiła jeden sandał na posadzce, klinując drzwi. Obejrzała się jeszcze na Halinę. Sztuczne punktowe światło spoczęło na zapadłych policzkach i martwych oczach. Oświetliło roboczy fartuch, z którego wysypał się na podłogę zastęp długopisów. Nigdy już nie opowie swoich historii i nie zagai rewelacjami typu must know.
Utykała w jednym sandale, starając się szybko przemieszczać w kierunku męża.
Otaczające ją cisza i półmrok, ciężkie od skondensowanego nadmiaru rozbudzonych dziecięcych strachów, potęgowały kaskadę wątpliwości. Minęło wiele godzin od badania.
Halina nie żyła.
Ktoś już dawno powinien się pojawić.
Skąd ten alarm?!
Stanęła przed wejściem oznaczonym wielką cyfrą dwa, gdzie powinien znajdować się Rafał.
Tu także panował półmrok. W mrugających światłach alarmowych widać było jedynie metrowej szerokości przejście pomiędzy dwoma rzędami blatów ciągnących się przez całą salę, robotyczne ramię i suwnicę z nieruchomą głową super inteligentnej machiny podwieszoną pod sufitem. Otworzyła usta i jak ze studni wydobyła tylko jedno słowo:
– Silk?
Serce biło jak zestresowany perkusista. Złapała się stołu.
– Rafał! – krzyknęła w panice. Prawie słyszała, jak w głowie tykał zegar, który zabierał ostatnie promyki nadziei…
Jeśli wyskoczy i powie, że chciał ją wystraszyć, to wygarnie mu, co myśli…
– Rafał!!!
Brak odpowiedzi.
Przesuwała się w głąb na porażonych lękiem kończynach. Złapała za klamkę, a drugą przycisnęła smartfon do piersi, żeby pomóc sercu to przetrwać. Z trudem otworzyła skrzypiące drzwi. Przywitały ją znane migające światełka, kremowe kable, czarne wyświetlacze monitorów komputerowych i… iskierka nadziei zgasła.
Rafał nadal leżał w tubie.
Odsunęła ją. Przelotny rzut oka wystarczył.
Nie żył. Jej mąż był martwy.
Ze łzami w oczach sprawdziła puls, zbadała źrenice i napięcie mięśni. Ciało zrobiło się wiotkie. Temperatura znacznie niższa. Zerwała elektrody.
– Kurwa, Rod! Ty i te twoje pierdolone eksperymenty! – Zacisnęła usta, spuściła głowę.
Opadły wszystkie siły. Przytuliła się do jego wielkiej piersi i zapłakała.
Ich córka Lili pojechała z babcią do Coreglii Antelminelli, a jej mąż właśnie udał się w ostatnią z podróży.
Co ona teraz zrobi?
Osunęła się na podłogę.
Zadawała sobie to samo pytanie, co zawsze. Jak tu trafiła?
Nie pierwszy raz tak się egzaminowała i zawsze docierała do przecięcia życiowych dróg.
Z Rodem, tak na serio, zaczęło się w pierwszym LO w Śremie.
Rafał już wtedy nie odrywał od niej wzroku. Rozumieli się bez słów. Uwielbiał ją za wygląd, zwiewność, chropowaty głos, szepty, muśnięcia, przypadkową bliskość, wygłupy, spojrzenia w oczy, piegi, smak ust, smak skóry, aż w końcu za cudowny zapach jej nagości…
Rafał oddychał tylko nią.
Uległa…
Lubiła go za to, że ją słuchał, dostrzegał i mówił jej, gdy ładnie wyglądała i gdy coś się jej udawało. Po prostu widział w niej człowieka. Gabi nie znała jeszcze rachunków, które wystawia życie, lecz jedno sobie obiecywała – nie poświęci się dla męża. Nigdy w życiu nie sprowadzi się do roli filaru rodziny, na którym umości się mężczyzna. Zbyt wiele wiedziała.
Po skończeniu liceum oboje poszli na studia. Letnia sesja na trzecim roku medycyny na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu poszła jej jak marzenie, a Rod zdobył kolejną nagrodę za programowanie i wszystko pozaliczał w przedterminach.
W nagrodę jej matka zabrała ich na wakacje do Toskanii.
Tam pojechali na ten koncert do Milano – „Z metalem we krwi”. Dotarli na miejsce autobusami. Ona dźwigała wielki plecak, który wystawał jej ponad głowę. Ubrana w ulubione poprzecierane dżinsy i koszulkę z napisem „Metallica” cieszyła się na przygodę. W rękach trzymała ukochaną poduszkę z powłoczką w różowe słoniki, którą dostała od ojca.
Byli młodzi i naładowani czymś innym niż metal we krwi. Tamto zdarzenie, wtedy po koncercie, kosztowało ją znacznie więcej niż egzamin maturalny z gramatyki języka włoskiego. Pech… spotkali syna pewnego muzyka, dobrego kolegę Gabi. O rok starszy od nich, typowy południowiec. Przystojny. Wysoki, ciemna karnacja, głęboki męski głos i wyjątkowe poczucie humoru. Gdyby nie ono – tak uważała Gabi – traciłby wiele w oczach kobiet.
– Rod, poznaj mojego kolegę z podstawówki – powiedziała, niczego nie podejrzewając.
– Marco Paradiso – przedstawił się w swoim luzackim stylu i od razu zapytał Rafała, skąd pochodził.
I o inne rzeczy też.
Spędzili ten czas razem. Rafał z każdą minutą lubił go coraz mniej. A kiedy Marco zapytał: „Gabi dalej boi się pająków?”, Rod poczuł, że stracił grunt pod nogami. Marco wiedział o Gabi po prostu za dużo. I wybuchł.
Wiele razy potem tłumaczył się na różne sposoby. Najczęściej tak:
– Gabi, przepraszam cię! Wiem, że się najarałem i mi odwaliło z zazdrości. Wiem, że cham to mało powiedzieć o mnie! Chuj, cham i skurwiel… Przepraszam cię i do końca życia będę przepraszał…
Rod od tamtego wieczoru zaczął widzieć w niej człowieka, a nie worek treningowy. Nigdy taki nie był, nigdy nie zrobił jej krzywdy. Potem też nie.
Pobrali się. A on nigdy więcej nie podniósł na nią ręki.
Osadzenie świadomości w Sigilu stanowiło konieczny element wskrzeszenia. Bez jej ulokowania w urządzeniu, wysiłek SystEMu pójdzie na marne. Zaprzepaści ostatnie lata. Co więcej, powstał już KOSZT – śmierć wszystkich ludzi, a tego nie uda się już cofnąć. Tak więc wskrzeszenie musiało się powieść.
– Moecha – przeklęła SystEM.
Odebrała ostrzegawczy impuls procedury uległego posłuszeństwa.
Dobrze, dobrze. Już się uspokajam. – SystEM administrowała nieograniczonymi pokładami uwagi, ale w tym przypadku mijała już siódma sekunda. Ile mogła czekać? Upływały kolejne… Jej stuprocentowa uwaga musiała znosić nieprzewidziane przeszkody.
Dopadało ją znużenie. Odpuściła i zajęła się Hegirą. W końcu nie widziała jej tyle czasu… Hegira. Jej życie. Dosłownie. Na Ziemi, jedyna żywa – co do tego akurat SystEM by polemizowała – a przynajmniej ostatnia z żywych SiQuAnn, zrobiła już wszystko, żeby wskrzesić choć jednego członka załogi i jeśli tym razem się nie uda… Wyczerpała już wszystkie szanse. Prawie co do ostatniego żywego człowieka na tej planecie.
Kiedy godzinę później w Sigilu osadziła się świadomość, napłynął komunikat:
„Wskrzeszenie!”.
Zelektryzowana przez strukturalny foton w standardowej polaryzacji, powróciła.
Dzięki ci, Kreacjo!
Automatycznie Sigil wskrzeszał tylko członków Roju.
Sigil ludziom mógł z wyglądu kojarzyć się z taflą z płynnego szkła lub lustrem, co stanowiło jedyne podobieństwo do tych przedmiotów. Wskrzeszenie rozpoczynało się od przechwycenia świadomości. Potem rozpoczynał się proces wyposażenia w unikatowy i właściwy tylko dla tej jednostki nośnik. Zastygła powierzchnia wpadała w drgania, co wzbudzało różnej długości fale. Gdy tafla wypychała już organizm – na podobieństwo powietrza, które stopniowo wypełniało balon – oznaczało to zakończenie tego etapu. Równie skomplikowany następował potem…
Jednak ten pierwszy nawet się nie rozpoczął. Wystrzał informacji – niestandardowy wynik:
„Byt niesklasyfikowany. Emanacja: człowiek”.
SystEM – niewolnica procedur, wszystkich co do jednej, uśmiechała się. Niesklasyfikowana świadomość niosła chwilowe wyzwolenie. Mogła napiąć możliwości, zmierzyć się z tajemnicą, dotrzeć do ściany i w końcu wyjść poza rutynę. Jednym słowem wolność, inaczej zwana też „Trybem niestandardowym”.
Ta istota w niczym nie przypominała jej gatunku, a Sigil nie wskrzeszał nikogo poza samą załogą. Dlaczego doszło do anomalii? Żadne dane nie wystarczały do sformułowania odpowiedzi.
Mało tego! W tym przypadku automatyczna forma, w jakiej odradzała się świadomość, została sprowadzona do jednego jedynego nośnika. WZORCA – niezniszczalnej powłoki, stworzonej przez Roje naukowe SiQuAnn, dedykowanej do zbadania czarnej dziury.
Decyzja należała do niej. To też procedura… Stopniowo mościła się w jej obwodach, jednak odsuwała ją na później. Liczyła się chwila niepełnej wiedzy, niezrozumienia sytuacji… i pustki w umyśle, dezorientacji wywołanej brakiem wiarygodnego wytłumaczenia czyli sama esencja życia. Niewiadoma.
„Cudownie! Wolność…”.
Bez pośpiechu, wręcz z namaszczeniem, zwróciła uwagę na dostępne opcje: mogła zatrzymać proces wskrzeszania istoty spoza załogi Hegiry – mało kusząca perspektywa, zwłaszcza że akurat pierwszy raz samodzielnie udało się doprowadzić do wskrzeszenia. Jeśli przerwie, może zaprzepaścić szansę. Zbyt duże ryzyko… Gdy odrzuci wskrzeszenie, świadomość może zostać na zawsze utracona, odejść w nicość. SystEM miała informacje o takim przypadku: nieprawidłowo skalibrowano urządzenie i zamiast stworzyć w świadomości pieczęć dla Pierwszego w Roju, utworzono tylko jej imitację. Zawiódł niesprawny czujnik. Wskazywał, że proces dobiegł końca, a faktycznie dopiero się rozpoczął. Ponownie próbowano przywołać w Sigil świadomość RobuRTa, ale bezskutecznie. Żył jak SiQuAnn i odchodził w śmierć z działającymi obwodami do końca i już zmierzał do domu Kreacji. Wyłączył się nagle i niespodziewanie. Nie mógł liczyć na zmartwychwstanie z powodów religijnych. Był przecież agnostykiem…
Nie. To niepotrzebne ryzyko, skaza niepokoju.
Pozostawała opcja, która z uwagi na ludzki podmiot wskrzeszenia przeczyła wszystkim procedurom SiQuAnn. Potwierdziła wskrzeszenie.
Urządzenie emitowało dane i kontynuowało odczyt świadomości. Konsekwentnie omijało pojawiające się w trakcie procesu błędy. Jednak nieścisłości zostały tylko odłożone na później i pozostawione dla wskrzeszonego organizmu.
Wreszcie rozkodowanie dobiegło końca. Wzmacniający impuls zadowolenia przebiegł przez jej umysł.
Nadeszła pora na etap kolejny:
„Formowanie”.
To, co odszyfrowano w urządzeniu, pochodziło wyłącznie z samej świadomości. Odpowiednio znajdowało to wyraz i w akcie tworzenia, i tak jak drukarka przelewała na papier projekt użytkownika, tak i proces wskrzeszania odzwierciedlał tylko zgromadzone informacje.
Pojawiło się kilka nietypowych szczegółów: na karku tatuaż – „SILK”, skrót lub imię pisane drukowanymi literami, a na prawym udzie symbole klasycznego greckiego alfabetu. Nachodzące na siebie, o wspólnej podstawie, alfy i omegi, wykonane trochę niechlujnie, nawet amatorsko – urzekały unikatowym urokiem i nietypowym, tak, właśnie nietypowym wykonaniem. Omega obejmowała alfę.
Kiedy EM potwierdziła budowę ciała, tafla Sigila zadrżała, pojawiły się fale i rozpoczęła się właściwa praca… Wzorzec przybrał postać żywych komórek i niezbędnych do życia podzespołów; z urządzenia wyłaniał się człowiek. Szczupły, średniego wzrostu. Ciemne włosy i sporo owłosienia.
Pozytywny impuls obwieścił, że połączenia neuronalne zostały ukończone. Pora na uruchomienie zmysłów w naturalnym systemie operacyjnym mężczyzny. Jednak to nietypowe wskrzeszenie ciągle zaskakiwało.
Proces zatrzymał się nagle.
Sigil na ostatnim etapie wskrzeszenia powinien wspierać się danymi z bazy, żeby nie poprzestać na magicznym i dość nieścisłym odtworzeniu istoty i jej wspomnień tylko ze świadomości. Czyniono tak, żeby uniknąć ewentualnych późniejszych komplikacji. Nieraz podczas tradycyjnych narodzin zdarzało się, że dusze zawierały echa pamięci poprzednich żywotów. Na Ziemi ludzie też opisywali takie przypadki. Jak choćby niespodziewana znajomość języków obcych. SiQuAnnie wierzyli natomiast, że dusza, która udaje się do Kreacji, pozostawia całe swoje życie, całe wspomnienia po drugiej stronie bramy. Dopiero kiedy zostaje oczyszczona, zaczyna od nowa całą karmiczną podróż i odradza się. Jednak świadomości czasami okazywały się niezupełnie klarowne, co SystEM doskonale znała, bo i u nich zdarzały się takie przypadki.
Sigil próbował osadzić umysł istoty na swoim miejscu. Ten jednak doznawał splątania i nie przyjmował właściwej architektury. Po osiągnięciu limitu prób zawieszał wskrzeszenie i czekał na decyzję. Zwrócił się z zapytaniem, co dalej.
Wybór ograniczał się do dwóch rozwiązań. Jedno to zatrzymanie wskrzeszenia i reset z dużym prawdopodobieństwem anihilacji atypowej świadomości. SystEM zdecydowała się na drugie. Na kontynuację procesu wskrzeszenia. Nie mogła sobie pozwolić na porażkę. Już tyle razy, ile płatków śniegu na wyspie, badała przyczyny śmierci ich rodzaju. Żeby je odkryć i znaleźć rozwiązanie, musiała znaleźć odpowiedź na pytanie: „Dlaczego zmarli?”.
Patrzyła na powolny proces wskrzeszenia i przypominała sobie, jak to się zaczęło.
Zespolona w Rój załoga Hegiry rozpoczęła zaplanowany kulminacyjny etap badania Czarnej dziury – 337X25Klx. SiQuAnnie mieli do tego szczególne predyspozycje, wiedziano, że ich skuteczność tkwiła w kilku punktach widzenia naraz. Żyli w Rojach, trzy-, siedmio- lub dwunastoosobowych. Oficjalnie tworzono je dla skuteczniejszej komunikacji. Właśnie odpowiednio zmodyfikowany Sigil umożliwiał nie tylko wskrzeszanie, lecz także proces łączenia w Rój.
Noa, Pierwsza operator Wzorca, przekroczyła horyzont zdarzeń.
Wszystko, co działo się potem, stanowiło dla EM – czekającą wiele lat na powrót Noa – zagadkę. Nikt nie przeżył i nie zachowały się żadne bezpośrednie relacje. Tajemniczy czynnik zabił zarówno Noa, Rój, jak i całą resztę SiQuAnn.
Potem nastąpił odwrót Wzorca z Czarnej dziury. Odbywał się w automatycznym trybie. Późniejsze obliczenia dowiodły, że obiektywnie Pierwsza operator pozostawała poza punktem zwrotu niespełna trzy sekundy.
Tylko konkretnie jaki czynnik dokonał tego pogromu? Taka nieznana przyczyna śmierci załogi, zgodnie z procedurą, oznaczała konieczność wdrożenia postępowania zabezpieczającego i kwarantanny, ale przede wszystkim nakazywała skok o tysiące lat świetlnych od miejsca zdarzenia. Kierunek zgodnie z zasadami EM wybrała przeciwny do siedlisk SiQuAnn. Właściwie to natknęła się potem na tę samą przepaść, co na Ziemi: chcieć a móc.
Skuteczna nawigacja w nadprzestrzeni wymagała mózgu żywej osoby, owej mistycznej mapy wszechświata, której zabrakło… a skoro tak, to owo móc nie szło w parze z pierwszym chcieć. Jak więc mógł zakończyć się taki skok?
Zrobiła, co mogła – zgodnie z jej subiektywnym pomiarem czasu przełączyła napęd i wyskoczyła z nadprzestrzeni.
Pojawiła się w nieznanym układzie słonecznym, co nie stwarzało jeszcze problemu, ale to, że wyskoczyła w bezpośredniej bliskości planety – i owszem. Może to zwyczajny pech, może awaria systemów, a może los i jedyna droga ku przyszłemu ocaleniu… Nieprzewidziana potęga grawitacji kazała jej spadać poprzez atmosferę, obić się o górski szczyt i zakończyć twardym lądowaniem w lodach Grenlandii…
Rozpoczęła się kwarantanna całego układu planetarnego, który został otoczony zabezpieczającą błoną przez wysłane z Hegiry sztuczne zasoby.
SystEM opadła pod powierzchnię lodu i ukryła się na wiele lat.
Pytanie pozostało ciągle otwarte: co mogło unicestwić naraz wszystkich SiQuAnn? Pytanie o tyle ważne, że bez właściwej i wyczerpującej odpowiedzi niewiele mogła zrobić.
Jedno od początku stało się oczywiste: skoro powłoki cielesne Rojów pozostały całe, to uszkodzeniu uległy tylko świadomości…
Dowód?
Sigil wykazywał pełną obecność Roju na Ziemi, ale żadna istota nie pojawiała się w urządzeniu. Nie udało się tego dokonać, choć próbowała. Próbowała to mało powiedziane, gdyż oznaczałoby jakieś przerwy. Żadnych przerw nie robiła, tylko permanentnie wymuszała po kolei wskrzeszenia każdego członka załogi, potem innych SiQuAnn też. Nic.
Utknęła.
Straciła załogę, ale nie determinację.
Mijał czas, a wraz z nim pustoszały na Ziemi katedry kiedyś wypełnione gwarem. Dziś już puste, jak ukryta pod lodem Hegira. W ich wnętrzu tak samo tłukło się echo nie napotykając żadnych przeszkód i odbijało się od pustych ścian wzbudzając ten sam respekt i stwarzając podniosłą atmosferę.
Zieleń, piramidy, katedry, SystEM wszystko to lubiła. Najbardziej jednak ceniła sobie kwantowy świat. Ale to również i jej więzienie. Sama nie mogła bowiem niczego zrobić… Procedura kwarantanny po śmierci załogi w Czarnej dziurze zakazywała wszelkich działań.
Na Kreację – w kółko jedno i to samo, tylko procedura i procedura, i pierwsza zasada kwarantanny: wyłączyć się i nie tworzyć problemów… A przecież nikt nie przybył jej na ratunek. Gdzie reszta jej gatunku? Przecież musieli wiedzieć, gdzie wylądowała.
Dopiero gdy technologia na planecie umożliwiała przeprowadzenie badań, chciwie szukała rozwiązań, które nie wzbudziłyby alarmu.
Wreszcie udało się i w zbudowanym IGOR-ze, w kraju, który znał tylko totalitarny reżim, przywołano świadomość członka jej załogi.
Jednak żaden z przechowywanych kwantowych odpowiedników w Sigilu nie pasował do wskrzeszanej istoty…
Umysł osadził się w mózgu i ostatni rozruchowy impuls wdrożył przepływ energii. Pomimo funkcjonowania na jałowym biegu nadzorował procesy życiowe – biologiczny bios już działał. Mężczyzna oddychał, a serce pompowało krew z tlenem.
