Rytuał łowcy - Przemysław Borkowski - ebook + audiobook

Rytuał łowcy ebook i audiobook

Przemysław Borkowski

4,2

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Młoda prokurator Gabriela Seredyńska po przeprowadzce do Warszawy dostaje swoją pierwszą poważną sprawę – morderstwo. Zwłoki znaleziono w pobliżu muru cmentarza, a twarz ofiary została mocno okaleczona. Komisarz Aleksanderski, który pierwszy przybył na miejsce zbrodni, odnajduje pod murem cmentarza kartkę z wierszem, który zdaje się jedynym tropem policji.

Wkrótce pojawia się kolejna ofiara, a po niej następne. Wszystkie łączy to samo: niecodzienne obrażenia zadawane po śmierci, które mogą wskazywać na jakiegoś typu praktyki magiczne.

Z czasem Seredyńskiej udaje się wpaść na trop zbrodniarza. Niestety również on zwraca na nią uwagę. Jest młoda, piękna, inteligentna i idealnie nadaje się na jego kolejną ofiarę…

„Opowieść o fascynującym mordercy – nie mogłam się oderwać!”
Joanna Opiat-Bojarska

„Hipnotyzujące studium postępującego szaleństwa”.
Piotr Borlik

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 586

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 41 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność




Copyright © Przemysław Borkowski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Marta Akuszewska

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce:

briantagalog / Unsplash

Olga_i / Shutterstock

Nordams Sans Serif / Envato Elements

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej; Dariusz Nowacki

FragmentIliady Homera przytoczono w tłumaczeniu Franciszka Ksawerego Dmochowskiego.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-16-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Gniew Achilla, bogini, głoś obfity w szkody,

Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,

Mnóstwo dusz mężnych wcześnie wtrącił do Erebu

A na pastwę dał sępom i ptakom bez pogrzebu

Walające się trupy rycerskie wśród pola…

Homer, Iliada

ROZDZIAŁ 1

Był jednocześnie zimny i gorący. Czuł, jak ogarnia go wściekłość, jak zasnuwa mu oczy czerwoną mgiełką, jak wysusza mu śluzówkę w ustach i podnosi włoski na ciele; a jednocześnie zupełnie na chłodno pomyślał w pewnym momencie – w zasadzie czemu nie? To była doskonała okazja. Jedyna i niepowtarzalna. Nic go z tym człowiekiem nie łączyło, nie było między nimi żadnej wspólnej płaszczyzny; niczego, co pozwoliłoby powiązać ich obu za pomocą jakiegokolwiek motywu, jakiegokolwiek rozumowania. Spotkali się przypadkiem – tu, na tym parkingu na tyłach nieczynnego w niedzielę supermarketu, wieczorem, w strugach deszczu, w okolicy, w której nigdy nie bywał – i jeśli nic się za chwilę nie stanie, rozejdą się i nigdy więcej się nie spotkają. Ich światy – widać to było na pierwszy rzut oka – były kompletnie nieprzystawalne. Gdyby trafili na siebie w innych okolicznościach, minęliby się bez słowa.

Nikt go też nie widział, nikt nie wiedział, że tutaj jest. Znalazł się tu, bo źle zinterpretował polecenie nawigacji w swoim samochodzie, a potem, gdy już zorientował się w pomyłce, nie chciało mu się zawracać, pozwolił więc urządzeniu wytyczyć nową trasę wiodącą przez te małe, podwarszawskie miejscowości. Zatrzymał się na tym parkingu, bo chciało mu się sikać, a po drodze nie było żadnej stacji benzynowej. Był więc w tym miejscu po raz pierwszy w życiu i zapewne ostatni.

Rozejrzał się dookoła. Biała ściana blaszanej hali supermarketu nie miała tu żadnych okien, jedynie zamknięte na głucho podwójne drzwi. Po drugiej stronie tej części parkingu, przeznaczonej zapewne raczej dla dostawców niż klientów, wznosił się tylko przemoczony las. Nigdzie żadnego chodnika, którym ktoś mógłby nadejść, ani budynku, z którego ktoś mógłby wyjrzeć. Tylko ta ścieżka wśród drzew, którą przytoczył się ten pijany facet. Akurat wtedy, gdy on próbował się odlać.

Nie powinien był mówić tego, co powiedział. Ani się śmiać. Ani sugerować tego, co zasugerował. Ani tym bardziej żądać pieniędzy. Stał teraz przed nim, lekko się chwiejąc, z tym pogardliwym półuśmieszkiem na wargach i groził mu. Nie wiedział, że strach jest ostatnim uczuciem, które on mógłby dziś odczuwać.

Zbyt wielu było wcześniej takich jak ten. Lekceważących go, wyśmiewających, traktujących z pobłażaniem, widzących w nim łatwą, potulną ofiarę. Najpierw w szkole podstawowej, potem w liceum, a później na studiach. Nawet w jego pracy, tak – wydawałoby się – dalekiej od wszelkich tego typu zachowań, zawsze znalazł się ktoś, kto traktował go jak popychadło. Nie wprost; zawsze było to chamstwo w białych rękawiczkach, ukryte za zasłoną uprzejmego uśmiechu i okrągłych, kurtuazyjnych sformułowań. Lecz przecież ani dla niego, ani dla pozostałych nigdy nie było tajemnicą, co się za nimi kryje.

A on nigdy się temu nie przeciwstawiał, nigdy nie reagował. Tłumaczył to sobie tym, że nie warto, że jest ponad to, lecz gdzieś w głębi duszy kipiał oślepłą z upokorzenia żądzą zemsty. Chciał ich wszystkich zabić, wypruć im flaki, odciąć genitalia i umazać sobie twarz ich krwią. Chciał, żeby cierpieli, błagali go o litość, pełzali w pyle u jego stóp; by zrozumieli w ostatnim przedśmiertnym przebłysku myśli, ile naprawdę jest wart. Wyobrażał to sobie czasem, leżąc w łóżku nocą, gdy kolejna doznana zniewaga nie pozwalała mu zasnąć. Ale to były tylko fantazje. Wiele osób ma takie myśli, lecz nigdy ich nie zamienia w czyn, prawda?

Prawda?

Pijany facet podszedł bliżej. Poczuł teraz odór jego oddechu zmieszany z zapachem wilgotnego powietrza. Mężczyzna pchnął go lekko w pierś, potem splunął mu pod nogi. Wpatrywał się w niego spod półprzymkniętych powiek swoimi przekrwionymi, nieruchomymi oczami, bez jednego nawet mrugnięcia.

„Co jest, pajacu? Ogłuchłeś?” – usłyszał zachrypnięty głos.

Czy i tym razem będzie tak samo? Czy i tym razem nie zareaguje? Przełknie upokorzenie i gniew, zejdzie temu facetowi z drogi i zgodzi się na wszystko? Nie, dziś był dzień inny niż wszystkie. Szkoda, że ten biedny dureń tego nie wiedział. Dziś on również był pijany. Nigdy, przez całe swoje grzeczne i poukładane życie, nie wsiadł do samochodu po alkoholu; nigdy by nawet nie pozwolił sobie o tym pomyśleć. Aż do dziś. Dziś miał naprawdę dobry powód. Pomylił drogę właśnie dlatego. Lać mu się chciało także przez to. Ale alkohol nie tylko upośledza koncentrację, nie tylko działa moczopędnie, lecz także rozhamowuje. Sprawia, że mamy ochotę robić rzeczy, o których na trzeźwo balibyśmy się nawet pomyśleć. I to akurat bardzo dobrze. To się naprawdę świetnie składało.

Przymknął powieki; poczuł kolejne pchnięcie w pierś. Tym razem mocniejsze; takie, po którym musiał cofnąć się o krok. Otworzył oczy. Facet przed nim wciąż coś krzyczał. Kropelki śliny wylatywały mu z ust i błyszcząc w świetle latarni, lądowały łukiem na skórze jego twarzy. Czuł to nawet mimo deszczu. Wyobraził sobie wtedy, że jest pistoletem. Jego gniew jest nabojem, a on trzyma palec na spuście. Tylko od niego zależy, czy go naciśnie.

A potem pozwolił sobie – zupełnie na chłodno, w wyniku racjonalnej w pewnym sensie decyzji – wpaść w szał.

*

Już miał wsiąść do samochodu, gdy nagle przypomniał sobie o czymś. Wciąż chciało mu się sikać. Zapomniał o tym z tego wszystkiego. Wrócił do leżącego na mokrym asfalcie, zmasakrowanego ciała i po raz drugi rozpiął rozporek. Potem skierował strumień moczu na twarz tamtego. Patrzył z rozbawieniem, jak jego otwarte usta wypełniają się żółtym płynem, jak odbija się on od wyszczerzonych w niebo zębów.

Podobało mu się to. Podobało mu się to wszystko. Mógłby polubić siebie takiego.

ROZDZIAŁ 2

Policyjna taśma odgradzała sporą część parkingu. Tuż za nią kłębił się tłum przemoczonych gapiów. Na środku tej pustej przestrzeni, ochranianej przez zrezygnowanych policjantów w ociekających wodą czarnych mundurach, stał namiot osłaniający miejsce zbrodni. Wraz z rzędem parasoli za taśmą tworzył konstrukcję przypominającą obwoźną świątynię jakiejś nomadycznej religii. Światło lamp zapalonych w jego wnętrzu rzucało na ściany cienie przebywających w środku postaci.

– Cholerny maj! – Jeden z policjantów, zapewne wyższy rangą, bo trzymający nad sobą parasol, dał wyraz swojej frustracji. – Osiem stopni i leje! Widział ktoś kiedyś coś podobnego?

Odpowiedzi stojącej obok kobiety już nie dosłyszał. Stał w rzędzie gapiów. Jego twarz osłaniały czapka z daszkiem i naciągnięty na nią kaptur kurtki przeciwdeszczowej. Musiał tu znowu przyjechać, nie potrafił się powstrzymać. Słyszał, że mordercy często wracają na miejsce zbrodni; zdawał sobie też sprawę, że policja również wie o tym i dlatego ze szczególnym zainteresowaniem przypatruje się takim jak on, stojącym za policyjną taśmą i gapiącym się na to, co się dzieje. Policja może tak, ale nie ci tutaj.

Podwarszawscy policjanci z podwarszawskiego komisariatu zapewne już sklasyfikowali zdarzenie jako podbicie ze skutkiem śmiertelnym w czasie pijackiej sprzeczki. W sumie nie było to aż tak dalekie od prawdy. Na ich twarzach w każdym razie nie było widać ekscytacji. Działali rutynowo i nie zamierzali poza tę rutynę wykraczać. W stronę rosnącego z każdą minutą tłumu nie był skierowany żaden obiektyw, czy to aparatu, czy kamery.

Ten tłum też był jego sprzymierzeńcem, coraz większy i większy. Wszyscy ci, którzy przyjechali do supermarketu głodni zakupów po niedzielnej przerwie, trafiali prędzej czy później właśnie tutaj. I to pomimo pulsującego ze zmienną intensywnością deszczu. W takim tłumie łatwo się schować. Miejscowość była mała, ale nie na tyle, by wszyscy się tu znali. I by zauważyli obcego.

Woda z parasola stojącego obok niego mężczyzny spłynęła mu na ramię z głośnym chlupotem. Ci z dalszych rzędów, którym widok zasłaniały głowy i rozpięte na metalowych stelażach czasze, dopytywali tych z przodu, co się dzieje. No więc nic się nie działo. Rozstawiony namiot skutecznie zasłaniał wszystkie przeprowadzane właśnie czynności.

Wyobraził sobie leżącego tam trupa. W odróżnieniu od wszystkich tych ludzi wokół dobrze wiedział, jak on wygląda. Wciąż miał jego widok pod powiekami. Dziś rano, gdy się obudził, wymiotował. I to nie z powodu wypitego wczoraj alkoholu. Zresztą nie było go znowu aż tak dużo. Wymiotował na wspomnienie tego, co się stało. Przeżył wręcz chwilę paniki, przerażenia i obrzydzenia samym sobą. Przyrzekł sobie nawet, że nigdy więcej. Że zapomni o tamtym, wyprze to ze świadomości i będzie żył tak jak wcześniej.

Teraz po tamtych uczuciach nie było nawet śladu. Zamiast nich pojawiło się coś innego, coś, czego doświadczał po raz pierwszy w życiu i co niewątpliwie bardzo mu się podobało: ekscytacja, duma i poczucie mocy. Aż miał ochotę trącić łokciem stojącego obok niego mężczyznę i wyznać: „Hej, to ja! To ja go zabiłem! To dzięki mnie tu stoicie!”. Szkoda, że nie będzie mógł nikomu nigdy o tym opowiedzieć. Opisać, jakie to uczucie: patrzeć na leżące u swoich stóp charczące ciało, z którego ust wypływa gęsta, ciemna krew; obserwować tę ogromnie zabawną przemianę, gdy hardy, pełen pogardy, napastliwy, pewny swego typ zamienia się nagle w patrzącą przerażonym, nierozumiejącym wzrokiem, trzęsącą się kupę gnoju. Szkoda, że nie będzie mógł pokazać swoich poobijanych, obolałych kłykci, wciśniętych teraz razem z dłońmi głęboko w kieszenie, wszystkim tym, którzy w przeciągu całego jego życia mieli go za frajera; wszystkim tym dziewczynom, które nim wzgardziły, które przyjmowały jego zaloty ze zniecierpliwieniem albo z uśmiechem politowania; szkoda, że nie będzie mógł podsunąć ich im pod nos i wykrzyczeć: „Ty też?! Też chcesz tak?! Tobie też to zrobić?!”. A potem obserwować, jak zaczynają się bać.

Musiał stąd odejść. Odwrócił się i odszedł. Jeszcze chwila, a zacząłby się śmiać albo naprawdę by się przyznał. Przecisnął się przez zmoknięty tłum i ruszył w stronę drzew. Potem przystanął i odetchnął głęboko. I dziwna sprawa, poczuł się lepiej. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się dobrze. Jakby życie tamtego wniknęło weń i go uzdrowiło, przekazując mu swoją moc. Wiedział, że to nieprawda, ale tak się właśnie czuł. Dobrze, na granicy euforii.

Nie było sensu z tym dyskutować.

ROZDZIAŁ 3

Wnętrze policyjnego namiotu parowało od wilgoci. Woda skraplała się na białych ścianach i spływała w dół, w stronę ziemi. Było gorąco i parno od deszczu oraz światła lamp, mimo że na zewnątrz wciąż panował raczej chłód. Ubrany po cywilnemu policjant rozpiął kurtkę, a potem jeszcze dwa guziki koszuli. Czuł, jak kropelki potu rosną mu pod włosami na głowie.

– Coś ciekawego? – spytał dwóch mężczyzn w białych kombinezonach. Tym to dopiero musiało być gorąco.

– Klasyka – odpowiedział jeden z nich. Widać było, że najchętniej zdjąłby z siebie tę polipropylenową zbroję i wyszedł na powietrze. – Nie znaleźliśmy śladów po nożu ani po żadnym tępym narzędziu. Przyczynę śmierci ustali oczywiście patolog, ale, jak sądzę, gościa po prostu zatłuczono.

– Gołymi rękami? – spytał policjant.

– I nogami. Moim zdaniem pierwsze ciosy były zadawane pięścią, potem, gdy już się przewrócił, kopano go, a nawet po nim skakano. Dość długo się na nim wyżywali.

– Myślisz, że sprawców było kilku?

– Nie, nie wiem. Tak mi się powiedziało. Taka ilość obrażeń wiąże się zazwyczaj z pobiciem przez paru napastników. Ale nie wiem. Można by oczywiście spróbować zdjąć odciski podeszw z jego twarzy i sprawdzić, czy zostawił je jeden typ obuwia, czy kilka, ale sądzę, że może to być trudne.

– A co z pozostałymi śladami?

Mężczyzna w białym kombinezonie wzruszył ramionami.

– Sam wiesz. Deszcz padał całą noc.

– No tak.

Policjant po raz kolejny popatrzył na twarz leżącego u ich stóp trupa. Wyglądała naprawdę upiornie. Zmasakrowana, z powybijanymi zębami, złamanym nosem i rozdziawioną w stronę nieba szczęką, a jednocześnie pozbawiona jakichkolwiek śladów krwi, przypominała przerażającą, nowoczesną rzeźbę. Tylko oczy – jedno przymknięte, a drugie wybałuszone, lśniące wciąż z powodu wilgoci – świadczyły o tym, że to coś było kiedyś człowiekiem.

– W sumie typowa sprawa – powiedział drugi z mężczyzn w białych kombinezonach, klęczący ciągle jeszcze nad zwłokami. – Popili się, a potem pobili. Ten z jakiegoś powodu wkurzył pozostałych.

– Nie wyciągajmy pochopnych wniosków – odparł policjant, choć w zasadzie pomyślał to samo. Na coś takiego to właśnie wyglądało. Chyba nawet miał kilku dobrych kandydatów na sprawców.

– W każdym razie szukajcie kogoś, kto ma krew na butach – dodał pierwszy z techników. – I to raczej sporo. Jak będziecie mieli szczęście, znajdziecie nawet fragmenty skóry i włosy na podeszwach.

Policjant skrzywił się lekko.

– Deszcz by tego nie spłukał?

– Nawet jeśli umyli buty, powinniśmy coś znaleźć. Krew zostawia bardzo trwałe ślady.

ROZDZIAŁ 4

Pomacał ręką ubranie – już wyschło. Zdjął je ze sznurka w suszarni i wraz z butami zaniósł do kotłowni. Otworzył żeliwne drzwiczki do pieca i wepchnął to wszystko do środka na dobrze rozpalony żar. Potem zamknął drzwiczki i dla pewności włączył elektryczną dmuchawę. Dobrze, że maj był taki chłodny. Dym z jego komina nie wzbudzi niczyich podejrzeń. Ani smród. Mieszkał w jednej z obrzeżnych dzielnic Warszawy, niedaleko Wisły, na osiedlu, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu bardziej przypominało wieś niż miasto i gdzie wciąż jeszcze obok willi i nowoczesnych apartamentowców można było znaleźć stare domy wyposażone w piece opalane węglem. Takie właśnie jak ten. Ich właściciele w sezonie grzewczym palili w nich czym popadnie, wzbudzając irytację mieszkańców ogrzewanych gazem budynków. Oszczędni gospodarze ładowali do pieców, co tylko im przyszło do głowy: trociny, miał, śmieci, zdechłe psy i koty, zużyte pieluchy i podpaski swoich żon. Wszystko, co tylko dało się spalić i było tańsze od węgla. Czarny dym nad jego domem nie będzie więc niczym dziwnym. W sumie mógłby tu spalić nawet zwłoki i nikt nie powinien tego zauważyć. Warto o tym pamiętać na przyszłość.

Usiadł na starym taborecie stojącym obok pieca i zapatrzył się na jego drzwiczki. Szkoda, że nie było widać ognia. Zawsze lubił na niego patrzeć. Mógłby wtedy obserwować, jak palą się jego buty. Ich było mu najbardziej szkoda; kupił je niedawno i nie kosztowały mało, a w jego sytuacji na drugie takie nie będzie go stać. W przyszłości musi zakładać na takie akcje tańsze rzeczy.

W przyszłości… Już po raz drugi coś takiego pomyślał. Jakby decyzja była już podjęta, choć przecież wcale jeszcze nie była. Jakby coś myślało tak za niego, wbrew jego własnym postanowieniom. A postanowienia te były takie, że nie powtórzy tego więcej. Że potraktuje to jako jednorazowy wyskok… Choć nie, wyskok to nie jest jednak dobre słowo. Że potraktuje to jako jednorazową przygodę. O, tak lepiej. Kolejne doświadczenie; jedno z tych, które ostatnio kolekcjonował, robiąc te wszystkie rzeczy, których bał się lub wstydził robić wcześniej. Takie jak to ostatnie pójście do burdelu.

Ale nie, to jednak nie było to samo. Nie można tego mimo wszystko porównywać. Tamto było realne, czasami nawet aż za bardzo. To, co się wydarzyło na parkingu, przypominało bardziej sen albo halucynację. Jakby nie stało się naprawdę, choć przecież się stało; świadczyły o tym buty płonące w piecu przed nim. Jakby mu się to tylko przyśniło, choć wciąż nie mógł zdecydować, czy był to koszmar, czy wręcz przeciwnie.

Wzdrygnął się, pomimo bijącego od pieca żaru. Znowu było mu zimno. Otarł ręką czoło – było wilgotne. Pocił się z gorąca, a mimo to marzł. Czyli to wraca, nie minęło.

Wstał i poszedł na górę. Na stole w kuchni czekał na niego stos opakowań. Te leki rano, te leki wieczorem. I jeszcze ten ostatni, by wątroba nie wysiadła mu wcześniej niż cała reszta. Wycisnął tabletki z listków i włożył je sobie do ust. Sporo tego było. Nalał wodę do szklanki i popił. Nie było łatwo przełknąć. Kolejne nowe doświadczenie, choć tego akurat wolałby nie mieć w swojej kolekcji.

Kiedyś zastanawiał się, jak pewnie wszyscy czasem się zastanawiają, co by zrobił, gdyby zostało mu parę miesięcy życia. Myślał wtedy o podróżach, skokach ze spadochronem, kolacjach w dobrych restauracjach i życiu na kredyt, którego przecież nie będzie trzeba spłacać. Dziś wiedział, że to wszystko bzdura. Takie plany może snuć tylko ktoś, kto ma w perspektywie długie życie, a myśl o śmierci jest dla niego jedynie wywołującą lekki dreszczyk zabawą. Prawda jest taka, że gdy rzeczywiście staje się przed tym problemem, nie ma się ochoty na żadną z tych rzeczy. Szczerze mówiąc, nie ma się ochoty na nic. No, może oprócz jednego: żeby to wszystko rozpierdolić.

Poczuł, jak znowu wzbiera w nim złość. Jak wściekłość zalewa mu oczy, zupełnie jak wtedy, na tamtym parkingu. Przypomniał sobie swoje gówniane, gówniane, po trzykroć gówniane życie. Zawsze był grzeczny, już od dziecka. Odrabiał prace domowe, słuchał się rodziców i nauczycieli, nie chodził na wagary ani nie palił papierosów za garażami przy szkole. Potem też: uczył się pilnie, oszczędzał, pracował ciężko i dawał drobne bezdomnym. Nie pił zbyt wiele, nie uganiał się za dziewczynami ani nie korzystał z usług prostytutek. Czekał na miłość, tę jedną jedyną, która – jak wiedział – nigdy już nie nadejdzie. Ani ona, ani kariera, ani sława. Mimo poświęceń, wyrzeczeń, uporu w dążeniu do celu, wiary w sukces na przekór przeciwnościom, niepoddawania się i przestrzegania reguł. Pomimo niejedzenia mięsa w piątek, nienoszenia skarpetek do sandałów i niemlaskania przy jedzeniu. Pomimo wystrzegania się rasistowskich i antysemickich żartów, pomimo żegnania się przed kościołem i spluwania przez lewe ramię na widok czarnego kota. Pomimo segregowania odpadów, noszenia własnej torby na zakupy i nieużywania jednorazowych naczyń i sztućców. Pomimo tego wszystkiego żadna nagroda nigdy nie została mu przyznana ani żadna zapłata wypłacona. I nigdy już nie zostanie.

To akurat wiedział aż nazbyt dobrze. Nigdy nic. To już wszystko. Niczego więcej nie będzie. Jakby odkładał całe życie na wymarzoną emeryturę w tropikach, a potem dowiedział się w biurze podróży, że ma w portfelu same pocięte gazety. Powiedzieć, że się jest rozczarowanym taką sytuacją, to naprawdę nie powiedzieć nic.

Coś ukłuło go w środku. Gdzieś tak pomiędzy sercem a żołądkiem. Zastygł w przerażeniu. A może to tylko mu się zdawało? Od czasu tamtej wizyty w gabinecie lekarskim był przewrażliwiony na sygnały płynące z wnętrza swojego organizmu. Czy to, że coraz gorzej się czuł, stanowiło realne odzwierciedlenie stanu jego zdrowia, czy było rodzajem autosugestii, wyolbrzymiającej, a nawet wymyślającej objawy postępującej destrukcji ciała? Mógłby oczywiście pójść to zbadać, ale postanowił, że już nigdy więcej nie przekroczy progu żadnej instytucji medycznej. Pamiętał aż nazbyt dobrze swoją matkę, która ostatnie trzy lata życia spędziła w poczekalniach przychodni i na szpitalnych łóżkach. On nie miał zamiaru tak skończyć. Może będzie żył przez to krócej, ale przynajmniej na swoich warunkach.

Przypomniał sobie naraz tamten parking pod supermarketem. Nie, nie wieczór, gdy zrobił to, co zrobił, ale następny dzień, kiedy stał wśród tłumu gapiów. I tamto uczucie, które wtedy go napełniło. Uczucie mocy, siły i… zdrowia. Tak, przez tamten dzień i cały następny czuł się zdrowy, zupełnie. Nic go nie bolało, umysł miał jasny, był pełen energii. Czuł się dobrze, bardzo dobrze, nawet lepiej niż przed chorobą. Wiedział, że było to złudzenie, ale nie mógł przestać o tym myśleć. Ani za tym tęsknić. Bo właśnie teraz to się kończyło.

Sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd podłużny przedmiot. Nóż sprężynowy, który tamten wyjął o wiele za późno. Wtedy, gdy już leżał i wystarczyło stanąć mu na nadgarstku, by go wypuścił z dłoni. Nacisnął metalowy okrągły przycisk; długie ostrze otworzyło się z cichym szczękiem. Jego też powinien się pozbyć, ale nie potrafił. To był jego łup, jego trofeum, symbol zwycięstwa, które odniósł po raz pierwszy w życiu. Trzymając go, znowu poczuł tamtą moc. Nie, nie wyrzuci noża; umyje go tylko, a może nawet wygotuje, żeby pozbyć się wszelkich śladów. I zatrzyma. Uśmiechnął się lekko. To będzie jego fetysz.

ROZDZIAŁ 5

– No dobrze, wiemy już przynajmniej, kim on był. – Młodszy aspirant Paweł Masłowski pomasował się po karku. Odkąd jakiś dureń ze Skierniewic wjechał na rondzie swoim dostawczym mercedesem w drzwi jego opla, bolała go szyja. – Sebastian Janik, lat dwadzieścia osiem. Niezatrudniony, trójka dzieci, beneficjent programu pięćset plus i jeszcze kilku innych zasiłków socjalnych. Znany nam już trochę z powodu skłonności do awantur. Żona założyła mu niebieską kartę w zeszłym roku. Niekarany jednak, jak do tej pory.

– Dowiedziałeś się, co tam robił? – zapytał naczelnik wydziału kryminalnego Komendy Powiatowej Policji w Grójcu, lecz nie sprawiał wrażenia przesadnie zainteresowanego odpowiedzią.

– Wracał do domu. Na skróty. Dlatego szedł przez ten parking. Podobno zawsze tamtędy chodził.

– „Kto drogi skrótuje, ten w domu nie nocuje” – zauważył filozoficznie komisarz. – Skąd szedł?

– Pił z kolegami w mieszkaniu jednego z nich. Prawdopodobnie wyszedł, bo skończył się alkohol. Prawdopodobnie, bo gospodarz nie jest w stanie tego potwierdzić. Ani o której to się stało.

– A ci inni?

– Jeden został na miejscu; właściciel mieszkania i jego żona twierdzą, że gdy się obudzili, był tam jeszcze. Dwaj pozostali także wrócili do siebie, choć nie pamiętają jak.

– Jasne. – Komisarz wzruszył ramionami. – Weekend. Połowa miasta tak się zabawiała. Co tu innego robić? Jeszcze w taką pogodę… – Spojrzał na spływające po okiennej szybie krople deszczu.

– Sprawdziliśmy ich oczywiście – kontynuował referowanie swoich ustaleń młodszy aspirant.

– I co?

– I nic. Twierdzą, że nic nie pamiętają ze swojego powrotu. Jeden teoretycznie mógłby wracać razem z denatem, bo mieszkają mniej więcej w tym samym kierunku. Ale nie musiał. Krótszą drogę ma po prostu ulicą. Drugi mieszka zupełnie gdzie indziej.

– Jakieś ślady? – spytał komisarz.

– Nic. Ani na ich butach, ani na ubraniu nie stwierdzono śladów krwi.

– Mogli je wyrzucić.

– Mogli. – Masłowski kiwnął głową. – Kazałem sprawdzić śmietniki w ich blokach. Nic.

– Nie były opróżniane od tamtego czasu?

– Nie.

– Może… – Komisarz podrapał się po brodzie.

– Kosze na śmieci przy ulicach też kazałem sprawdzić – uprzedził jego sugestię aspirant. – Przynajmniej w najbliższej okolicy. Z podobnym skutkiem. Mam sprawdzić resztę miasta? Lasy, dzikie wysypiska?

– Czekaj… – Komisarz lekko się skrzywił. – Nie wydamy całego rocznego budżetu na zwykłą bójkę.

– Ze skutkiem śmiertelnym.

– Ale bójkę. Spróbuj to załatwić prostszymi metodami. Żaden nie miał poobijanych kłykci?

– Nie. Jeden ma otarcia na twarzy. Twierdzi, że się przewrócił, jak wracał.

Komisarz zmarszczył brwi.

– Niczego nie pamięta, a to akurat pamięta, co? Który to z nich?

– Ten, który teoretycznie mógłby iść razem z denatem – wyjaśnił Masłowski.

– O, widzisz! – Twarz komisarza rozjaśniła się nieco. – Mamy coś na niego?

– Parę lat temu był zamieszany w handel dopalaczami.

– Przyciśnij go trochę. Przesłuchaj parę razy. Popytaj żonę, rodzinę, teściową. Jak to taki pijaczek, może będą mieli ochotę go sypnąć.

– Ćwiczył karate. – Aspirant spojrzał w swoje notatki. – W podstawówce, ale zawsze.

– I znowu „o, widzisz”. Stawiałbym na niego.

ROZDZIAŁ 6

Połknął swoją poranną porcję tabletek; przy okazji o mało nie zwymiotował. Spojrzał na okno; znowu padało. Minął już prawie miesiąc od tamtej… od tamtej przygody i był już pewien, że jego coraz gorsze samopoczucie nie jest wynikiem żadnej autosugestii. Wczoraj wieczorem pojechał do centrum. Zjadł kolację w japońskiej restauracji. Chociaż „zjadł” to nie było właściwe słowo. Z ledwością wypił ramen, makaron zostawiając. Resztę w zasadzie tylko rozgrzebał. Potem poszedł na umówione przez Internet spotkanie. Prostytutka ze wschodnim akcentem miała spore problemy, by dokończyć swoją robotę. Patrzył na jej głowę poruszającą się miarowo między jego udami i czuł, jak coraz bardziej ogarnia go złość. Dobrze, że jej się w końcu udało, bo jeszcze chwila, a by jej przywalił. I to by było tyle, jeśli chodzi o używanie życia. Tego, którego tak niewiele mu zostało i które wcześniej tak koncertowo marnował.

Później wrócił do domu i znowu pił. Ostatnio robił to coraz częściej. Mimo iż lekarz wyraźnie mu powiedział, że w jego stanie… Zaśmiał się gorzko w duchu, przypominając sobie jego słowa. W jego stanie nie miało to absolutnie żadnego znaczenia.

Jeszcze kilka miesięcy temu wykonałby jego zalecenia co do joty. Czasami wręcz przesadzając z gorliwością. Zawsze miał naturę prymusa. Jak czegoś nie wolno, to nie wolno. Jak coś należy zrobić, to należy. Nie ma wyjątków ani usprawiedliwień. Nawet jak nikt nie patrzy. Nawet jak nikt się nigdy nie dowie. Czerwone to czerwone; trzeba stać i czekać na zielone, nawet gdy jest druga w nocy i wokoło nie ma żywego ducha.

Teraz już tak nie myślał. Może był to skutek szoku, którego doznał, gdy się dowiedział, że jego kilkuletnia walka z chorobą nie będzie jednak miała szczęśliwego finału, a może wynik zmian w osobowości, o których mówił tamten lekarz, opisując mu jej dalsze możliwe konsekwencje. Jakkolwiek by było, w sumie mu się to podobało. Zawsze gdzieś w głębi ducha zazdrościł klasowym chuliganom. I zawsze podświadomie nie cierpiał tej swojej wewnętrznej blokady uniemożliwiającej mu pójście w ich ślady. Teraz już mógł to robić. I raz się na to zdecydował. Może na tym właśnie powinno polegać jego „używanie życia”?

ROZDZIAŁ 7

Komisarz Aleksanderski z Komendy Rejonowej Policji Warszawa V na Bielanach z niedowierzaniem spoglądał w dół, pod swoje nogi. Był już policjantem dość długo, za dwa lata powinien przejść na emeryturę, i naprawdę sporo już w życiu widział, lecz czegoś takiego jeszcze nie. Mężczyzna leżący na ziemi miał twarz pociętą nożem. I to jeszcze nie byłoby nic takiego dziwnego, niezwykłe były liczba i rodzaj tych nacięć. Deszcz, który padał z przerwami od dwóch tygodni – choć teraz na szczęście właśnie akurat nie – wymył z tej twarzy i z wnętrza ran krew, przez co wyglądała ona, jakby ktoś dokonał na niej sekcji. Ale tylko na niej.

– Patrz! – Jego partner uniósł ostrożnie krawędź kurtki denata.

Na mokrej koszulce oblepiającej ciało trupa widać było kilkanaście śladów, prawdopodobnie po nożu. Ich rozmoczone krawędzie zachowały jeszcze blady odcień czerwieni.

– Zginął pewnie od tego. To na twarzy moim zdaniem zostało zrobione później.

Komisarz kucnął i przyjrzał się z bliska cięciom. Były… dziwne. Tylko to słowo przychodziło mu do głowy. Liczba ran kłutych na brzuchu i klatce piersiowej świadczyła, że sprawca działał w stanie dużego wzburzenia, silnych emocji, które w ten sposób właśnie rozładował. Lecz rany na twarzy nie były chaotyczne, nie zostały zadane w morderczym szale. Zupełnie jakby… morderca się w ten sposób bawił. Policzki denata rozcięto, i to z obu stron. Oba nozdrza były rozerwane. Powieki również zostały przecięte, w dodatku tak, żeby odsłonić oczy. Wyglądało to, jakby sprawcą kierowała głównie ciekawość. Do tego dochodziło kilka nacięć na skórze czoła. Nacięć przypominających rysowane od niechcenia wzory.

– Dziwne… – Jego partner myślał, zdaje się, o tym samym. – Widziałeś kiedyś coś podobnego? Musiał to zrobić jakiś świr…

– I to nielichy… – odparł komisarz i wstał. – Dzwoń po prokuratora. I po ekipę. Będą mieli sporo roboty. Kto ma dzisiaj dyżur?

– Jakaś nowa.

Aleksanderski jeszcze raz spojrzał na trupa z góry. Jego ułożenie wydawało się nienaturalne, jakby ktoś upozował go po śmierci. Ręce i nogi rozrzucone były na bok i zgięte w specyficzny sposób. Przypominał… przypominał ludzika ze znaku drogowego obwieszczającego bliskość przejścia dla pieszych. Kto mógł zrobić coś takiego? I po co? Komisarz spotkał się już parę razy z upozowaniem zwłok, ale nigdy w taki sposób. Mordercy robili takie rzeczy zazwyczaj z trzech powodów: żeby ukryć prawdziwy motyw lub upozorować samobójstwo; żeby dodatkowo po śmierci upokorzyć ofiarę; lub wręcz przeciwnie – żeby oddać jej swego rodzaju hołd, układając jej ciało w godnej pozycji, przypominającej tę z katafalku. Tu, jak się wydawało, w grę nie wchodziła żadna z tych przyczyn. Więc jaka?

Rozejrzał się po okolicy. Ciało leżało na chodniku wiodącym przez środek sporego skweru znajdującego się pomiędzy dużymi, dziesięciopiętrowymi blokami. Znalazła je szesnastoletnia dziewczyna, która wyprowadzała rano swojego psa. Wyglądało to trochę tak, jakby trup szedł po chodniku. Czy o to w tym wszystkim chodziło? Ułożenie ciała miało coś wskazać? Kierunek, w którym należało pójść, aby coś odkryć?

Komisarz polecił gestem swojemu partnerowi, żeby pozostał przy zwłokach, a sam ruszył w stronę, w którą zdawał się biec leżący na ziemi ludzik.

Wyłożona betonową kostką ścieżka wiodła w kierunku wielkiego bloku i parkingu przed nim. Było nieco po siódmej rano; ludzie właśnie wsiadali do samochodów, by odwieźć dzieci do szkoły i pojechać do pracy. Nikt, całe szczęście, nie zauważył leżących w oddali na chodniku zwłok. Oszczędziło im to kłopotu z odganianiem gapiów.

Aleksanderski podszedł do stojących tu samochodów, potem zaczął krążyć między nimi. Nie znalazł jednak niczego dziwnego ani odbiegającego od normy. Zajrzał przez zamkniętą kratę do wolnostojącego śmietnika – tu również nie zauważył niczego niezwykłego. Spojrzał na wznoszącą się nad nim bryłę bloku. Może więc chodziło o budynek? Może to, co wskazywało ułożenie zwłok, znajdowało się w którymś z mieszkań? Jeśli tak, komisarz sam tego nie sprawdzi. Były ich przecież setki.

Chyba że… Nagle przyszło mu to do głowy. Chyba że ludzik na chodniku nie tyle biegł w jakimś kierunku, ile przed czymś uciekał.

Te bloki i ten zamknięty śmietnik trzeba będzie oczywiście sprawdzić, na razie jednak warto przyjrzeć się tej drugiej możliwości. Ruszył z powrotem w kierunku trupa. Zbliżając się do niego, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł odruch wymiotny. W tej twarzy było coś nieludzkiego. Widział wiele zmasakrowanych zwłok, lecz na ich, często potwornie zniekształconych, obliczach dało się mimo wszystko odczytać ślady jakichś ludzkich emocji – tych zastygłych w ich pośmiertnym wyrazie, jak i tych odczuwanych przez ludzi, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Ta twarz przypominała raczej maskę jakiegoś azjatyckiego demona. Jej rozcięte policzki, opuszczona nienaturalnie szczęka, odsłonięte zęby, rozcięte nozdrza i wybałuszone oczy nadawały jej wyraz groteskowego niemal przerażenia.

Gdy do niej podchodził, odczuł naraz jakiś metafizyczny, podskórny lęk. Wzdrygnął się i odwrócił wzrok. I wtedy zrozumiał coś jeszcze: pomylił się, myśląc, że morderca bawił się, robiąc te wszystkie nacięcia, że kierowała nim tylko ciekawość podobna do tej, z jaką kot bawi się upolowaną przed chwilą myszą. Ten, kto to zrobił, zrobił to celowo. Ta twarz, podobnie jak ułożenie zwłok, była przekazem, wiadomością wysłaną światu przez zabójcę. Pytanie tylko, jaka była jej treść.

Minął wreszcie trupa i ruszył dalej wyłożonym kostką chodnikiem. Uważnie przypatrywał się jego nawierzchni, trawie po obu stronach i mijanym co jakiś czas ławkom. Niczego ciekawego nie dostrzegł.

Ścieżka doprowadziła go do drogi, przy której parkowały samochody. Tu też niczego nie zauważył. Ani w samochodach, ani pomiędzy nimi, ani w koszu na śmieci, który też sprawdził. Po drugiej stronie ulicy widniał wzniesiony z białej cegły mur, zza którego wystawały korony drzew. Cmentarz Wawrzyszewski. Może chodziło właśnie o niego? Przeszedł przez jezdnię, potem przez pas zieleni i dotarł pod ścianę. Wejście było z innej strony. Już miał ruszyć wzdłuż muru w poszukiwaniu bramy, gdy wtem coś dostrzegł. Białą kartkę formatu A4, pofałdowaną i mokrą od deszczu, leżącą na trawie pod murem cmentarza. O tym, że nie znalazła się tam przypadkiem, świadczyło to, że przyciśnięto ją kamieniem.

Podszedł do niej i kucnął. Kamień był dość spory, więc zasłaniał większość arkusza, lecz nawet mimo tego dało się na niej dostrzec ślady druku. Litery były rozmyte i zamazane; Aleksanderski nie potrafił ich odczytać, rozmieszczenie wyrazów wskazywało jednak, że był to rodzaj wiersza. Na górze, tuż nad krawędzią kamienia, widniały dwa słowa napisane wersalikami. Był to najwyraźniej tytuł. Tyle udało mu się odczytać: „ODROBINA NICOŚCI”.

*

Siedział tak już chyba trzecią godzinę. Z kapturem wciąż na głowie, z twarzą umazaną krwią tamtego. Z zamkniętymi oczami. Próbował zrozumieć to, co się stało. Ale nie tylko. Bał się ruszyć, żeby nie stracić tego czegoś. Tego, czego nawet nie potrafił nazwać. Tego stanu uniesienia, mocy, łaski…

Nigdy wcześniej tak się nie czuł. Nawet wtedy, na parkingu pod supermarketem. Pewnie dlatego, że tamto stało się w zasadzie przypadkiem; że było zaskoczeniem także dla niego samego. Teraz podszedł do sprawy o wiele bardziej świadomie. Co nie znaczy, oczywiście, że zupełnie na zimno…

Otworzył powoli oczy. Zaschnięta krew ściągała mu skórę. Nie ubrudził się nią niechcący. Nie ochlapała mu twarzy, gdy raz za razem, ogarnięty ekstatycznym niemalże uniesieniem, lecz jednocześnie obserwujący to wszystko jakby z pewnego dystansu, wbijał ostrze w pierś tamtego. Być może parę kropel opryskało go wówczas, nie wiedział. Sam się nią wysmarował, już po wszystkim.

Było to dziwne; do tej pory czuł lekkie zażenowanie na to wspomnienie. Ale nie wzięło się znikąd. Nie było też jakimś wymysłem jego chorej wyobraźni. Czytał o tym kiedyś – albo oglądał w jakimś filmie – że gdy myśliwy upoluje swoją pierwszą w życiu zwierzynę, inny myśliwy, starszy i bardziej doświadczony, smaruje mu twarz krwią jego ofiary. A to była jego pierwsza ofiara. Pierwsza upolowana ofiara. Bo tamtego gościa na parkingu trzepnął trochę niechcący, niczym kierowca sarnę na drodze.

Uśmiechnął się. Napięta skóra lekko zabolała. Poczuł się, jakby pękała na nim skorupa oblepiająca jego prawdziwą twarz. Symptomatyczne uczucie. Może właśnie na tym to polegało? Na tym, że właśnie pęka na nim maska. Ta, którą nosił przez całe dotychczasowe życie. Ta, za którą ukrywał prawdziwego siebie. Przypomniał sobie nagle reklamę pewnego napoju. „Bądź sobą!” – nawoływało hasło zachęcające do jego kupna. Zaśmiał się cicho. Chyba właśnie je realizował.

ROZDZIAŁ 8

Prokurator Gabriela Seredyńska wysiadła ze swojego samochodu. Komisarz Aleksanderski czekał już na nią na parkingu przed Zakładem Medycyny Sądowej. Mimo wieloletniego doświadczenia oraz tego, że był tu naprawdę nie pierwszy raz, wolał nie spędzać w środku więcej czasu, niż było to absolutnie konieczne.

Podeszła do niego i przywitała się uściskiem dłoni. Była młoda, pewnie niedawno zrobiła aplikację. Wcześniej się z nią nie spotkał. Aleksanderski nie lubił współpracować z takimi jak ona. Nie, nie dlatego, że była kobietą; jeśli o to chodzi, nie miał żadnych uprzedzeń. Nie lubił współpracy z młodymi prokuratorami, którzy swój brak doświadczenia usiłowali nadrobić niewolniczym trzymaniem się wszelkich przepisów, a ze strachu przed jakimkolwiek błędem nie pozwalali sobie na żadną elastyczność. Czy ona będzie podobna? Pewnie niedługo się o tym przekona.

Była ładna, nawet bardzo, lecz on był już zbyt stary, by cokolwiek go to obchodziło. Jej rude, ale sądząc po cerze, raczej farbowane włosy spływały prosto po obu stronach szczupłej twarzy. Mogłaby być jego córką. A gdyby odpowiednio wcześniej rozpoczął życie erotyczne, może nawet wnuczką. To dziwne, że musiał wysłuchiwać poleceń i pytać o zgodę kogoś, kto był od niego ponad trzydzieści lat młodszy. I nie wiedział o tej pracy nawet jednej dziesiątej tego, co on.

– Idziemy? – spytała. Ledwo słyszalna niepewność w głosie świadczyła o tym, że dla niej to miejsce ciągle zachowywało urok nowości.

Ten prawie niesłyszalny ton sprawił jednak, że poczuł do niej coś w rodzaju sympatii. A może chodziło właśnie o to, że mogłaby być jego córką? Taką, którą zawsze chciał mieć, lecz nie było mu to dane. Parę dni temu na chodniku między wysokimi blokami, musiał to przyznać, trzymała fason. Lekko tylko pobladła, patrząc na przerażające nawet dla niego, starego wygi, oblicze trupa. Czy był to jej pierwszy nieboszczyk? Na pewno jeden z pierwszych. Ciekawe, jak zareaguje, gdy dostanie swojego pierwszego zgniłka.

Weszli do środka. Doktor Kornacki, kierownik tego wesołego przybytku, już na nich czekał. Denat, rozebrany i umyty przez laboranta sekcyjnego, również był już przygotowany na wizytę gości. Nacięcia na twarzy obeschły, zmieniły kolor, rozszerzyły się, a ich krawędzie wywinęły się na boki, co sprawiło, że wyglądał teraz jeszcze bardziej nieludzko.

Komisarz spojrzał ukradkiem na swoją młodą szefową. Patrzyła w twarz trupa spokojnie i uważnie. Po jej chwili słabości nie było nawet śladu.

– Dobrze, zacznijmy więc. – Doktor Kornacki podszedł do stołu sekcyjnego. Laborant stał obok i nagrywał wszystko na dyktafon.

Doktor obejrzał dokładnie trupa, omijając na razie najbardziej oczywiste i najlepiej widoczne rany na twarzy i korpusie. Potem z pomocą laboranta przewrócił ciało na brzuch.

– Brak widocznych otarć, krwawych podbiegnięć i wybroczyn, jak również ran na kończynach, plecach i tyle głowy – podyktował. – W porządku – zwrócił się do laboranta – odwracamy go z powrotem.

Nachylił się teraz nad klatką piersiową nieboszczyka. Uważnie przyjrzał się licznym otworom; potem je policzył.

– Szesnaście ran – powiedział. – Osełkowatego kształtu. Umiejscowionych na brzuchu i klatce piersiowej. Zadanych wąskim i cienkim ostrzem.

– Nóż? – spytał Aleksanderski.

– Ale raczej sztylet lub nóż sprężynowy. Otwory są dość niewielkie. Sprawca, zdaje się, był wyższy od denata.

– Skąd pan to wie? – spytała Seredyńska.

– Ciosy nożem zadawać można na dwa sposoby. Od góry, znad głowy, albo od dołu, wyprowadzając je z okolicy bioder. Te zostały zadane od dołu. Świadczy o tym kąt oraz to, że większość dosięgła okolic brzucha. Kilka jednak trafiło w pierś, co byłoby bardzo trudne, gdyby sprawca był niższy od ofiary lub tego samego wzrostu – wytłumaczył doktor Kornacki.

– A ile wzrostu ma denat? – spytał Aleksanderski.

– Metr siedemdziesiąt cztery – odparł laborant.

– Czyli sprawca powinien być tak na oko piętnaście, dwadzieścia centymetrów wyższy – powiedział doktor. – I być mężczyzną.

– Dlaczego mężczyzną? – spytała Seredyńska.

– Po pierwsze tak wysokich kobiet jest, statystycznie rzecz biorąc, znacznie mniej niż mężczyzn. Po drugie świadczy o tym prawdopodobne narzędzie zbrodni. Stawiałbym jednak na nóż sprężynowy; rany zadane sztyletem byłyby nieco szersze i miały inny kształt, a to raczej dość nietypowa broń jak na kobietę. Po trzecie sposób wyprowadzenia ciosu: jeśli kobiety zabijają nożem, uderzają raczej od góry.

– To na pewno jest nóż sprężynowy? – spytał komisarz.

– Zaraz sprawdzimy głębokość ran – odpowiedział Kornacki. – To pomoże nam uprawdopodobnić lub odrzucić tę hipotezę. Kolego – zwrócił się do laboranta – proszę mi podać skalpel.

Doktor szybko i sprawnie wykonał otwierające ciało cięcie w kształcie litery Y.

– Rany mające cechy przyżyciowości – podyktował. – Świadczy o tym duża ilość krwi w jamie brzusznej.

– Czyli wykonane za życia ofiary? – wolała upewnić się Seredyńska.

Kornacki spojrzał na nią znad zsuniętych na nos okularów.

– W rzeczy samej – odpowiedział, jakby spytała go właśnie, czy to prawda, że serce przestaje bić po śmierci.

Nachylił się nad odsłoniętymi narządami wewnętrznymi.

– Rany głębokie, zadane długim i wąskim ostrzem, dłuższym nawet od standardowego sprężynowca. Ale są takie. – Tym razem spojrzał na komisarza.

Aleksanderski potwierdził ruchem głowy.

– Zagrażające życiu były tylko te dwie. – Doktor wskazał je czubkiem swojego skalpela. – Pierwsza uszkodziła wątrobę, druga przebiła od dołu serce i doprowadziła do jego zatrzymania, czyli była bezpośrednią przyczyną śmierci.

Kornacki obszedł teraz stół sekcyjny i nachylił się nad głową denata. Podniósł delikatnie rozciętą powiekę palcami obleczonymi w lateksową rękawiczkę.

– Rany na twarzy zostały zadane już po śmierci ofiary. – Popatrzył na prokurator Seredyńską, jakby tylko z jej powodu zmuszony był zarzucić fachową terminologię. Kobieta ledwie zauważalnie ściągnęła usta. – Świadczy o tym między innymi brak dużej ilości krwi w oczodole.

Zdjął teraz okulary i założył inne, zaopatrzone z jednej strony w jubilerską lupę. Jeszcze raz nachylił się nad zwłokami.

– Hmm, ciekawe… – powiedział.

– Co jest takiego ciekawego? – spytał Aleksanderski.

– Brzegi ran na twarzy są równe; cięcia są czyste, poprowadzone pewną ręką…

– Co w tym dziwnego? – spytała Seredyńska.

– Duża liczba ran na korpusie ofiary świadczy o działaniu w stanie silnego wzburzenia – wyjaśnił doktor Kornacki. – Z kolei cięcia na twarzy wyglądają, jakby ktoś wykonał je od niechcenia. Są płytkie, z wyjątkiem oczywiście tych rozcinających policzki i powieki, czyli ten, kto je zrobił, nie użył do ich wykonania zbyt dużo siły. W stanie wzburzenia ludzie mają raczej skłonność do pewnej przesady, jeśli chodzi o energię wkładaną w zadawanie ciosów…

– O czym to według pana świadczy? – spytała Seredyńska.

Doktor ponownie spojrzał na nią znad okularów.

– Od takich spekulacji jesteście raczej wy, a nie ja – odparł.

– Ma pan, panie doktorze, o wiele większe doświadczenie ode mnie – odpowiedziała. – Dlatego chętnie poznam pana opinię na ten temat.

Kornacki uśmiechnął się kącikiem ust.

– Umiejętność publicznego przyznania się do własnych ograniczeń jest bardzo rzadką cechą u osób wykonujących pani zawód – powiedział. – I bardzo dobrze rokującą na przyszłość.

Pani prokurator nie odpowiedziała.

– Mamy więc dwa rodzaje ran i dwa diametralnie różne stany emocjonalne… – Doktor Kornacki spojrzał na trupa, jakby rozmawiał właśnie z nim. – Najprostsza narzucająca się odpowiedź jest taka, że sprawców było dwóch.

– Świr i jeszcze większy świr? – spytał komisarz.

– Coś w tym stylu. Duet z piekła rodem. Jeden zabił, a drugi skorzystał z okazji, by dać upust jakimś swoim chorym żądzom. Znaleźliście jakieś ślady mogące za tym przemawiać?

– Problem polega na tym, że nie znaleźliśmy prawie żadnych śladów – westchnął Aleksanderski. – Deszcz padał całą noc i wszystko zmył.

– Chwileczkę – wtrąciła się Seredyńska. – A co z tymi ranami? Zostały wykonane tym samym narzędziem czy dwoma różnymi?

Kornacki spojrzał na nią z uznaniem.

– Moim zdaniem nic nie wskazuje na to, że narzędzia były różne – odpowiedział. – Ale też z drugiej strony nie da się tego wykluczyć. O ile w przypadku ran kłutych dość łatwo jest określić kształt ostrza, którym zostały zadane, o tyle w przypadku ran ciętych jest to o wiele trudniejsze.

– Jedno narzędzie nie wyklucza jednoznacznie dwóch sprawców – zauważył komisarz. – Choć gdyby udało ci się udowodnić, że rany zostały zadane dwoma różnymi, byłaby to poważna poszlaka świadcząca o tym, że to dzieło więcej niż jednej osoby.

– Gdzie znaleziono zwłoki? – Doktor zwrócił się w stronę komisarza.

– Na chodniku między blokami.

– Czyli w miejscu raczej niezbyt ustronnym?

– Nie bardzo.

– Więc hipoteza, że sprawca został z ofiarą na tyle długo, żeby zdążyć ochłonąć i zmienić tak diametralnie stan emocjonalny, albo że wrócił na miejsce zbrodni po jakimś czasie, żeby się jeszcze trochę pobawić, wydaje się mało prawdopodobna?

Aleksanderski zastanowił się przez chwilę.

– Była noc, padał deszcz – odpowiedział. – Więc moim zdaniem nie da się tego całkowicie wykluczyć. Choć z drugiej strony w miejscu otoczonym blokami, w których mieszka tak wielu ludzi, zawsze trzeba się liczyć z niebezpieczeństwem, że ktoś się napatoczy, nawet w nocy. Gdybym to ja był mordercą, spieprzyłbym stamtąd jak najszybciej.

– Chyba że sprawca był pod wpływem środków odurzających i było mu wszystko jedno – zauważył Kornacki.

– Większość zabójstw w Polsce dokonywana jest w zamiarze nagłym pod wpływem alkoholu – pochwaliła się swoją wiedzą, wyniesioną jeszcze ze studiów, Seredyńska. Banalność tego stwierdzenia odjęła jej w oczach doktora parę punktów z tych, które otrzymała po poprzednich wypowiedziach. Nie mógł jednak nie przyznać, że była to prawda.

– Może faktycznie – powiedział. – Zabójca zaatakował po pijaku, potem się jeszcze doprawił i dokończył dzieła. Już znacznie bardziej otępiały.

– Nie sądzę – odparł komisarz. – Pijacy dość rzadko zostawiają po sobie wiersze.

– Jakie znowu wiersze? – Doktor Kornacki uniósł wysoko brwi.

– Zwłoki były upozowane – wyjaśnił Aleksanderski. – Ułożone, jakby ofiara gdzieś biegła albo skądś uciekała. Gdy sprawdziłem ten drugi kierunek, znalazłem kartkę. Był na niej wiersz.

– A to paradne! – Kornacki aż zdjął okulary. – Z czymś takim się jeszcze nie spotkałem, a widziałem już naprawdę sporo. Jesteście pewni, że zostawił go zabójca?

– Pewności nie mamy, ale moim zdaniem wszystko na to wskazuje. Był przyciśnięty kamieniem, raczej więc nie znalazł tam się przypadkiem. Ktoś zostawił go pod tym murem celowo.

– Masz ten wiersz?

Komisarz skinął głową.

– Kartka była przemoczona i trudna do odczytania, ale nasi technicy się z tym uporali.

Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki złożony na czworo wydruk z komputera. Doktor zdjął lateksowe rękawiczki i zaczął czytać.

– Bardzo na temat – powiedział.

– Prawda? Leżała pod murem cmentarza.

– I to właśnie stamtąd niby uciekała ofiara? – Lekarz złożył z powrotem kartkę i oddał ją komisarzowi.

– To przynajmniej sugerowało ułożenie zwłok.

– Czeka was bardzo ciekawa sprawa – stwierdził patolog. – Chętnie będę ją śledził.

*

Wyszli na parking, zatrzymali się przy jej samochodzie. Komisarz wyjął paczkę papierosów i wyciągnął ją w stronę Seredyńskiej.

– Nie palę. – Pokręciła głową.

– Ja też nie – odparł. – Trzymam je właśnie na takie okazje.

Jeszcze czuł w nozdrzach zapach przepiłowywanej elektryczną piłą czaszki.

– Ten jeszcze i tak nie śmierdział najgorzej – dodał. – Chociaż po rozkrojeniu brzucha każdy cuchnie, nawet taki świeży.

Zobaczył, jak prokurator przełyka ślinę. Sięgnęła po papierosa. Wyjął drugiego, po czym podpalił im obojgu. Zaciągnęli się niemal w tym samym momencie.

– Czytałem gdzieś… – zaczął. – W ogóle za dużo czytam takich głupot… że zapach to unoszące się w powietrzu drobinki substancji, która go wydziela. To znaczy, że mamy teraz w nosie cząsteczki tego trupa.

Popatrzył na nią z ukosa. Zastanawiał się, jak zareaguje. Była to jego wersja fali w wojsku. Rekrutów trzeba trochę przeczołgać, żeby się otrzaskali i pokazali, co są warci.

Spojrzała na niego spokojnie.

– Dlatego w takich miejscach nigdy nie oddycham ustami – odpowiedziała i wydmuchała dym nosem.

ROZDZIAŁ 9

Cały poranek wymiotował. Upokarzająca czynność. Jeszcze pół biedy, gdy wymiociny wylatywały ustami; gorzej, gdy zaczynały wydostawać się przez nos. A tego w zasadzie nie dawało się uniknąć.

Klęczał więc w łazience na białych, popękanych już gdzieniegdzie ze starości płytkach, nachylał głowę nad muszlą i ryczał, jakby chciał nastraszyć kibel. Z boku musiało to wyglądać naprawdę zabawnie. Gdyby ktokolwiek mógł na to spojrzeć.

Lecz nikogo takiego nie było. Umrze w samotności – ta myśl nagle przyszła mu do głowy, gdy wpatrywał się przekrwionymi i załzawionymi oczami w żółto-brązową ciecz spływającą po ceramicznych ścianach toalety. Być może nawet w ten sposób: z głową nad kiblem. Klęska klęsk. Jakże zabawnie kontrastująca z wszystkimi nadziejami i marzeniami, które miał w młodości.

Otarł usta papierem toaletowym i usiadł na podłodze. Spojrzał przez otwarte drzwi łazienki na szafkę w przedpokoju, gdzie leżała mała foliowa torebka z reklamą jakiegoś leku. Leżała tam od wczoraj, bo właśnie wczoraj, po takiej samej jak dziś porannej łazienkowej sesji, złamał swoje postanowienie i poszedł do lekarza. W środku był owoc tej wizyty: medyczna marihuana. Nie miał specjalnego problemu, by dostać na nią receptę. Wybrał lekarza, którego dobrze znał: brzuchatego, jowialnego, nieco odklejonego od rzeczywistości pięćdziesięcioparolatka, który kucykiem z rzadkich siwych włosów zaświadczał, że nie do końca pogodził się z tym, iż nie jest już grającym na gitarze młodzieńcem.

Przedstawił mu swoją dokumentację medyczną i wprost powiedział, że chciałby spróbować jeszcze tej terapii. Dodatkowo oczywiście, obok tych wszystkich maszyn i zastrzyków. Doktor pokiwał tylko smutno głową i bez słowa wypełnił stosowny druk.

Dlaczego chciał spróbować właśnie tego? Przeczytał gdzieś, że marihuana medyczna sprzedawana w polskich aptekach ma wyjątkowo duży procent substancji psychoaktywnej, zupełnie nieprzydatnej w terapiach, do których jest przeznaczona. Ot, błąd, niedopatrzenie systemu, wynik niezbyt dużego jeszcze doświadczenia polskiej służby zdrowia w stosowaniu tego specyfiku. Są oczywiście odmiany ze znacznie mniejszym stężeniem, lecz widocznie urzędnik z ministerstwa nie miał o tym zielonego pojęcia.

Przeczytał również, że ta właśnie substancja, THC, może wywoływać stany podobne do tych, których doświadczają paranoicy i chorzy na różnego typu psychozy: niemożliwą do opanowania gonitwę myśli, zaburzenia poczucia czasu, chwilowe zmiany osobowości, a nawet niewielkie halucynacje. Oraz że u osób z wrodzoną skłonnością do tego typu zaburzeń THC może je wzmacniać, a nawet prowadzić do ich utrwalenia.

I to by mu właśnie pasowało. Tego miał ochotę spróbować. Zmiany osobowości to coś, na co miał ostatnio wyjątkową ochotę. Już nie mówiąc o zmianie całkowitej, radykalnej, o ostatecznym zastąpieniu tego żałosnego frajera, którym był kiedyś, kimś innym. To się oczywiście powoli i tak dokonywało, czuł to, ale działo się zbyt wolno i do tego towarzyszyło temu wiele bardzo nieprzyjemnych objawów, które podobno marihuana niwelowała.

Mógłby oczywiście pójść gdzieś na róg ulicy i spróbować poszukać dilera, ale po pierwsze nie wiedziałby, jak to zrobić, a po drugie po co, skoro z jego chorobą mógł dostać podobną substancję zupełnie legalnie.

Wstał i podszedł do szafki w przedpokoju. W środku foliowej torebki była druga, przezroczysta, z suszem, i urządzenie do waporyzacji. Przeniósł to wszystko do kuchni i podłączył waporyzator do ładowarki. Potem usiadł na krześle i zaczął czytać instrukcję obsługi. Już sama ta czynność go uspokoiła. Skurcze, co i raz ściskające jego żołądek i domagające się wyrzucenia z niego tego, czego już tam dawno nie było, ustały.

ROZDZIAŁ 10

– Coś nowego? – spytała Seredyńska, gdy tylko stanął w drzwiach jej gabinetu.

– Tak – odparł krótko i usiadł ciężko na krześle przed jej biurkiem. Potem rzucił na nie plik kartek spiętych zszywaczem. – Wstępny profil nieznanego sprawcy. Dostałem go przed chwilą. Masz go też na mailu.

Jakoś ostatnio, nie wiadomo kiedy, przeszli na ty.

Podniosła kartki z blatu i zaczęła czytać.

– Tak w skrócie – zaczął, bo nie chciało mu się czekać, aż ona skończy. – Nasz profiler twierdzi mniej więcej to samo, co doktor Kornacki. Dwa rodzaje ran zadane w dwóch różnych stanach emocjonalnych.

– Znał opinię Kornackiego?

– Nie. Dostał tylko zwykły raport z sekcji zwłok, a tam nie ma tego typu gdybań.

– Był na miejscu zbrodni?

– Tak, był. Niedługo po tym, jak ty pojechałaś. Widział wszystko.

– I jakie wysnuwa wnioski? – spytała, wciąż wodząc w międzyczasie wzrokiem po literach raportu.

– Podobne. Albo dwóch sprawców, albo jeden, który miał dość czasu, by ochłonąć.

– Czyli nic nowego.

– Albo – komisarz poprawił się na krześle – może to świadczyć o poważnych zaburzeniach emocjonalnych sprawcy. I do tego ostatniego by się raczej skłaniał.

Popatrzyła na niego znad białych kartek.

– Świr? – spytała.

– I to nielichy. Profiler twierdzi, że wszystko, co tam zobaczył: upozowanie zwłok, nacięcia na twarzy, tamten wiersz pod murem cmentarza, wszystko wygląda jak rytuał charakterystyczny dla psychopatycznego seryjnego mordercy.

– O cholera.

– I że rozbudowanie tego rytuału świadczy o tym, że nie jest to jego pierwsza ofiara.

– Tym bardziej „o cholera”.

– Ani, co jeszcze bardziej pewne, ostatnia.

– Cudownie.

Powiedziała to takim tonem, że nie był do końca pewny jej intencji. Czy było to sarkastyczne, czy wręcz przeciwnie, naprawdę ucieszyła się, że dostała taką sprawę?

– Sprawdziliście…?

– Ta – wszedł jej w słowo. – Żadne morderstwo o takim samym lub chociaż podobnym modus operandi nie zostało dokonane w Warszawie i w okolicach w ostatnim czasie.

Przygryzła wargę w zamyśleniu.

– A poza Warszawą?

– Wysłaliśmy zapytania. Wciąż jeszcze nie mamy porządnej, zintegrowanej bazy takich przypadków. A ta, co jest w Krakowie, jest mocno niekompletna.

– Wiem.

– Ale nasz profiler twierdzi – Aleksanderski wskazał palcem na profil, który wciąż czytała – że gość jest prawdopodobnie dopiero na początku drogi; że to pewnie dopiero jego drugie albo trzecie morderstwo i jeszcze się rozkręca.

– Co to oznacza? – Zerknęła na niego z ukosa.

– Że te poprzednie mogą być znacząco różne od tego. I że trzeba szukać czegoś, co jest podobne raczej pod względem intencji niż formy, bo ta się dopiero ustala.

Pokiwała głową.

– Bardzo ładnie powiedziane. Ale cholernie niepraktyczne jako wskazówka. Mamy coś jeszcze oprócz tego steku bzdur? – spytała, odkładając raport na biurko.

– Niewiele – przyznał. – W zasadzie tylko kształt ran i tamten wiersz. Kształt ran nie przyda nam się do niczego, jeśli nie znajdziemy narzędzia, do którego będziemy mogli go dopasować. Żadnych śladów biologicznych, bo deszcz wszystko dość dobrze wymył. Nikt też niczego nie widział, dokładnie z tego samego powodu.

– W tych blokach mieszka z tysiąc ludzi. Naprawdę nikt niczego nie zauważył? – zdziwiła się.

Komisarz sapnął.

– Obeszliśmy te wszystkie cholerne mieszkania. Nic. Po pierwsze, działo się to w nocy; po drugie, jak pada, to raczej rzadko się wygląda przez okna; po trzecie, nawet jak się wygląda, to przez mokre szyby niewiele widać.

– Super. A ten wiersz?

– Nasi informatycy wrzucili go w wyszukiwarkę. Nic. Nie był raczej publikowany w Internecie w żadnej formie.

– A normalnie, w jakimś tomiku poetyckim albo czasopiśmie literackim?

– Wiesz, ile tego jest? – Pokręcił głową. – W samej Bibliotece Narodowej, a wiem, bo tam zadzwoniłem, są dziesiątki tysięcy tomików, roczników czasopism literackich, antologii. Materiałów w większości jeszcze niezdigitalizowanych. A nie wszystkie takie rzeczy tam trafiają.

– Papier? – drążyła.

– Najtańszy papier do drukarek dostępny w większości supermarketów w Polsce.

– A jakieś cechy charakterystyczne druku, po których można określić urządzenie?

Komisarz uśmiechnął się z przekąsem.

– Tu odnieśliśmy pewien sukces. Drukarka Hewlett Packard. Problem polega tylko na tym, że to, znowu, bardzo popularny model. Do tego był kilka lat temu dodawany przez jedną z firm telekomunikacyjnych jako prezent przy podpisywaniu z nimi umowy.

– To znaczy, że można by…

– Zapomnij – znów jej przerwał. – Dziesiątki tysięcy klientów otrzymało ten model. Gdybyśmy mieli urządzenie, z którym moglibyśmy porównać cechy charakterystyczne wydruku, byłby to znakomity dowód. Ale najpierw musimy mieć takie konkretne urządzenie.

Na jej twarzy malowała się teraz rezygnacja. Westchnęła.

– Czyli zostaje nam tylko ten wiersz?

– Na to wygląda.

Wyjęła wydruk z akt sprawy. Miał taki sam przy sobie. Złożony na pół i coraz bardziej wymięty. Znał go już chyba na pamięć.

Przebiegła wzrokiem po kolumnie wersów.

– Nawet niezły – powiedziała.

ROZDZIAŁ 11

Aleksanderski wrócił do domu. Znalazł miejsce na parkingu przed blokiem. Zanim zgasił silnik, spojrzał na deskę rozdzielczą swojego nissana. Parę dni temu licznik jego samochodu przekroczył dwieście tysięcy kilometrów. Powoli czas zacząć rozglądać się za nowym. Jakimś niedużym, solidnym, emeryckim autem. Skodą fabią albo toyotą yaris. Kupioną w salonie, by nie rozpadła się wcześniej od niego.

Wysiadł, zrobił niewielkie zakupy w sklepie przy parkingu i ruszył w stronę swojego bloku. Windą wjechał na pierwsze piętro. Powinien wejść po schodach, tak byłoby lepiej dla jego serca, ale jak zwykle był na to zbyt zmęczony. Kluczem otworzył drzwi, na których nigdy nie chciało mu się przywiesić numeru ani tabliczki z nazwiskiem, i wszedł do środka.

Po poprzednich właścicielach odziedziczył metalowe rolety w oknach. Bali się zapewne, że ktoś włamie się do ich mieszkania przez balkon. Gdy wstawał rano, nigdy nie chciało mu się ich podnosić. Gdy wracał, było już zbyt ciemno, by to robić, tym bardziej że nie miał firanek ani zasłon. Efekt był taki, że wchodził zawsze do kompletnie czarnego mieszkania. Jakby mieszkał w pudełku albo w lochu bez okien.

Zapalił światło, odłożył zakupy, włączył telewizor. Wszystko jedno, na jakim był kanale, chodziło tylko o to, żeby grał. Umył ręce i usiadł ciężko na kanapie z Ikei. Miną jeszcze trzy godziny, zanim położy się spać. Trzy godziny samotnego siedzenia w pustym mieszkaniu. Trzy godziny, w czasie których kompletnie nie wiedział, co robić.

Komisarz Aleksanderski. Tylko to mu pozostało. Nazwisko i stopień służbowy. I fakt bycia policjantem. To ostatnie już tylko dwa lata, do przejścia na emeryturę. Co będzie wtedy robił? Siedział przez cały dzień tak jak teraz przez te trzy godziny? Jeździł na ryby? Sklejał modele statków?

Pił?

Miał dzieci, owszem. Dwóch synów. Ale to nie rozwiązywało problemu. Kiedyś on nie miał czasu dla nich, dziś oni nie mieli czasu dla niego. Dorośli, nawet się trochę zestarzeli, mieli już własne dzieci, i do tego na tyle duże, że Aleksanderski nawet jako dziadek był im już niepotrzebny. Zresztą denerwowały go te nastoletnie szczyle, jego wnuki. Wydelikacone, pyskate, ze słuchawkami w uszach, wiecznie wpatrzone w ekrany telefonów. Co tak naprawdę miał z nimi wspólnego? Zaledwie jedną czwartą genów. I to, z tego, co widział, tych nie najlepszego rodzaju. Te dobre, twarde, uparte, policyjne, gdzieś się zawieruszyły, rozwodnione dolewką materiału najpierw jego głupiej byłej żony, a później tych dwóch pind, jego synowych.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o nieśmiertelność jakoby zapewnianą nam przez potomstwo. Co to w ogóle za głupia teoria? Nasze dzieci mają połowę naszych genów, nasze wnuki jedną czwartą, nasze prawnuki jedną ósmą. Potem te ilości stają się niemalże homeopatyczne. Pamiętał swoją prababcię. Starą, zasuszoną, ślepą już kobiecinę, siedzącą na ganku swojego wiejskiego domu. Próbował z nią kiedyś porozmawiać. Nie wiedziała nawet, kim on jest.

Gdyby chociaż miał wnuczkę! Zawsze o tym marzył. Najpierw o córce, potem o wnuczce. Nie udało się ani jedno, ani drugie, i już się raczej nie uda. Synowe komisarza kategorycznie odmówiły dalszej reprodukcji. Po jednym dziecku im wystarczy. Teraz, gdy są w najlepszym okresie ich aktywności zawodowej, drugie dziecko byłoby katastrofalną komplikacją. Pewnie już nawet nie uprawiają seksu, ze zmęczenia i strachu przed ciążą.

Pomyślał nagle o tej młodej prokurator. Gabrieli Seredyńskiej. Była oschła, chyba twarda, konkretna. Jakby jego zaginione geny odnalazły się właśnie w niej. Gdy na nią patrzył, czuł mieszaninę erotycznej – niemalże pedofilskiej, biorąc pod uwagę różnicę wieku – fascynacji i ojcowskiego rozczulenia. Będzie musiał uważać, by przez jedno albo drugie nie zrobić z siebie durnia.

To mu przypomniało, że za – sprawdził w kalendarzu w komórce – dwa dni przypada jego Burdel Day. Tak właśnie, systematycznie i na chłodno, żeby nie powiedzieć: po żołniersku, postanowił zorganizować swoje życie seksualne. Co dwa tygodnie, dwa razy w miesiącu, przychodziła do niego prostytutka. Na częstsze wizyty nie było go stać, zresztą częstszych chyba nie potrzebował. Zawsze była to środa, bo doszedł do wniosku, że w środy dziwki mają najmniej klientów i będą w związku z tym najmniej zmęczone, a co za tym idzie, najmilsze. Zazwyczaj się to sprawdzało. Mimo iż nie stać go było na dziewczyny za pięćset złotych i wybierał zwykle takie za dwieście, więc trochę starsze, grubsze i brzydsze, wystarczało mu to w zupełności. Alternatywą była jakaś baba równie stara jak on i całe to żałosne zamieszanie z zalotami, budowaniem relacji, wzajemnymi pretensjami i pokracznym już w tym wieku tańcem godowym. Za takie rzeczy serdecznie dziękował. Był już na to zbyt leniwy. Zresztą na co innego miał wydawać pieniądze? Odkąd jego lekarz i boląca wątroba uświadomili mu, że kończenie każdego dnia wypijaniem pół litra wódki na sen jest najprostszą drogą do zwolnienia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych z obowiązku emerytalnego względem niego, pozostawało mu w zasadzie tylko to.

Na razie miał jeszcze swoją pracę: jego miłość, pasję i przekleństwo. Coś, co organizowało i dezorganizowało mu życie, określało je i jednocześnie niszczyło. Coś, co niedługo zostanie mu odebrane. Gdy o tym myślał, czuł obezwładniającą panikę, jakby nagle ziemia usuwała mu się spod stóp. Tylko ona – praca w policji – powodowała, że był jeszcze ciągle człowiekiem, że się nim czuł. Była jak wieszak, jak rusztowanie, na którym opierały się wszystkie tak sfatygowane części jego osobowości. To na niej wspierała się resztka jego dumy, poczucia własnej wartości i szacunku do samego siebie. Gdy tego zabraknie, wszystko to runie, padnie z plaskiem na ziemię niczym ciało pozbawione kości.

Wyjął z kieszeni pogniecioną, złożoną na czworo kartkę papieru. Jego ostatnia sprawa, i do tego na pewno najciekawsza od wielu lat. Ale też chyba jedna z najtrudniejszych w jego karierze. Od czego miał zacząć, czego się chwycić, skoro tak naprawdę miał tylko to: tę kartkę z dziwnym wierszem? Gdy przychodził do Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego, wyobrażał sobie, że będzie rozwiązywał skomplikowane zagadki kryminalne niczym Sherlock Holmes. Tymczasem morderstwa, z którymi miał do czynienia, były zazwyczaj tak banalne i tak ordynarne, jak tylko się da. Po wódce, nożem lub siekierą, z oczywistym sprawcą, często nawet zbyt pijanym, by opuścić miejsce zbrodni albo próbować ukryć ciało. Teraz w końcu trafił na coś, o czym marzył od lat. I, wstyd się przyznać, wcale nie był pewien, czy jest z tego zadowolony. To marzenie spełniło się o wiele za późno. Gdy bardziej był już zmęczony, zniechęcony i zgorzkniały niż drapieżny i żądny krwi. Niczym wygrana w totolotka, która przytrafia się na łożu śmierci.

Rozprostował kartkę i zaczął czytać. Po raz kolejny, licząc, że może tym razem otworzy mu się w głowie jakaś zapadka, że zobaczy tam coś, czego wcześniej nie widział, może twarz mordercy.

Odrobina nicości nigdy nie zaszkodzi

Od niej serce przyspiesza i krew raźniej krąży

Odrobina nicości nigdy nie zaciąży

Na twych butach jak ziemia

Kula z ciał i krwi

Odrobina nicości jest kucharzem który

Przygotuje potrawę z nudy twoich dni

Odrobina nicości szczypta strachu i 

Życie lepiej smakuje

Błękitnieją sny

Odrobina nicości nie za wiele bowiem

Niejednego zabiło zbyt dosadne nic

Gdy jej zgodnie używasz z instrukcją obsługi

Jest bezpieczna a jakże

Ci pomaga żyć

ROZDZIAŁ 12

Wciągnął do płuc dym z tego dziwnego urządzenia przypominającego skrzyżowanie inhalatora z dużą zapalniczką. Odczekał trochę i wypuścił. Potem jeszcze kilka razy powtórzył całą sekwencję. I co? I nic. Może tylko na razie.

Chociaż nie, nie był to przecież dym. Waporyzacja, jak przeczytał w instrukcji obsługi, polegała na podgrzaniu suszu do wysokiej temperatury, lecz na tyle niskiej, by nie rozpoczął się proces spalania. Uwalniały się dzięki temu wszystkie niezbędne składniki, lecz nie wytwarzały się przy okazji szkodliwe substancje smoliste. Czy taki dym nie dym miał inny smak od zwykłego skręta? Nie wiedział, nie miał tu żadnego doświadczenia.

Spróbował umościć się wygodniej na swojej wytartej kanapie. Nie było to łatwe, bo używanie tego czegoś wymagało jednak zachowania w miarę wyprostowanego tułowia. W oczekiwaniu na jakieś efekty zaczął wodzić wzrokiem po swoim mieszkaniu. Wszystko w nim było stare. Stary, lakierowany ciemnobrązowy regał; stara, absurdalnie duża i masywna kanapa; stare, ciężkie i spłowiałe zasłony w zielonym kolorze; stare, rozsychające się okna, przez które zimą wiało chłodem, chronione z zewnątrz starymi, metalowymi kratami, z których odchodziła biała farba.

Odziedziczył to mieszkanie,