Karp ludojad - Przemysław Borkowski - ebook

Karp ludojad ebook

Przemysław Borkowski

0,0
3,99 zł

lub
Opis

Stanisław Kot, młodszy aspirant pracujący w małej miejscowości, marzy o spektakularnych wyzwaniach zawodowych, które przełamią rutynę codziennych obowiązków. Niespodziewanie nadarza się ku temu okazja – Kot odnajduje w stawie rybnym zwłoki człowieka. Gdy wychodzi na jaw, że został on zamordowany, sprawę przejmuje komendant. Młodszy aspirant będzie miał jednak okazję wzięcia udziału w sprawie. Niebawem w stawie z karpiami zostają odnalezione kolejne zwłoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 28

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Przemysław Borkowski

Karp ludojad

Saga

Karp ludojadZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Przemysław Borkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726630190

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wydarzenia, które tu opiszę, rozegrały się w niewielkiej miejscowości Ł. położonej na dalekich, północno-wschodnich krańcach naszego kraju. Młodszy aspirant Stanisław Kot powracał właśnie z rutynowego wieczornego patrolu po okolicznych wioskach, gdy nagle jakieś trudne do wytłumaczenia przeczucie kazało mu skręcić w wąską, boczną drogę prowadzącą w las. Był dwudziesty grudnia. Od paru już dni aspirant Kot nie miał zbyt dobrego nastroju. Zbliżające się święta prowokowały do przemyśleń i retrospekcji. Co tu ukrywać, wymarzona ongiś praca w policji rozczarowała go. Mimo iż w czynnej służbie pozostawał dopiero od paru miesięcy, odnosił dojmujące wrażenie zaprzepaszczenia swojego życia. Winny był tu zapewne przydział służbowy, który otrzymał po ukończeniu akademii. Miejscowość Ł. była w stanie zniweczyć nawet najbardziej płomienne policyjne powołanie. Odkąd tu przebywał, nie odnotowano żadnego morderstwa, żadnego napadu z bronią w ręku, nie zgłoszono nawet gwałtu (chociaż gwałty bez wątpienia odbywały się). Jedynymi przestępstwami, z jakimi miał do czynienia, były pobicia rodzinne, wandalizm spowodowany spożyciem alkoholu, drobne kradzieże z przeznaczeniem na wódkę. Miał już tego serdecznie dosyć. Wieczorami czuł, jak rośnie mu brzuch. Oczyma duszy widział siebie jako jednego z armii owych zażywnych, niemrawych policjantów, których widywał codziennie w okolicznych komisariatach, noszących bujny wąs w komplecie z białą, policyjną czapką, spędzających godziny służby na grze w karty i oglądaniu czasopism z rozebranymi panienkami.

Pragnąc odegnać od siebie czarne myśli, aspirant Kot oddał się marzeniom. Był to wypróbowany sposób odkryty jeszcze w szkole policyjnej. W owych czasach bardzo doskwierało mu jego nazwisko będące przedmiotem nieustających kpin kolegów. „Kot to, Kot tamto”, „wlazł Kotek na płotek”, „pogonić Kota” - tak było ciągle! Jakże wtedy żałował, że nie nazywa się inaczej, choćby Pies. Tak, Pies to byłoby niezłe policyjne nazwisko. Inspektor Pies - jak to brzmiało! Zupełnie inaczej niż młodszy aspirant Kot, przyznacie sami.

Inspektor Pies z kamienną twarzą trzymał na muszce czterech groźnych bandytów. Sytuacja, stwierdził to niechętnie, nie przedstawiała się różowo. Każdy z przestępców miał w łapie spluwę wielkości małego działka przeciwlotniczego, podczas gdy on mógł im przeciwstawić tylko stary, jednostrzałowy sztucer.

- Rzuć to, Pies! - odezwał się najgorszy z bandytów. - Uda ci się zabić najwyżej jednego z nas, reszta rozwali cię, zanim zdążysz przeładować!

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.