Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Zapomniany klasyk literatury amerykańskiej, w pierwszym polskim, brawurowym przekładzie Kai Gucio.
Książka odkryta i wydana przez laureatkę nagrody Nobla, Toni Morrison, to szalona opowieść o delirycznym Nowym Jorku i czarnej społeczności Detroit lat 70. Poznajemy je oczami Lewis Jones, trzydziestolatki, której życie to lawirowanie pomiędzy kolejnymi imprezami, seksem, narkotykami i mężczyznami. Jej świat wywróci się do góry nogami, gdy pozna Brooka, przystojnego, erudycyjnego, a zarazem okrutnego…
Jason miał krzywy uśmieszek i lubił krzywe akcje, mówił o sobie „Pasqua”, bo wierzył, że jego ojciec miał domieszkę meksykańskiej krwi. […] Nie podobało mi się leżenie z nim w łóżku jego siostry i on sam też mi się nie podobał. Ale uważałam, że muszę robić wszystko, czego chce, ze względu na swoją sytuację. Nie dostałam okresu, a w wieku szesnastu lat nie świadczy to na ogół o menopauzie.
Nettie Jones zadebiutowała w 1984 roku powieścią Ryby i ludzie, opublikowaną przez Random House pod redakcją przyszłej noblistki Toni Morrison. W kolejnych latach wydała już tylko jedną książkę Mischief Makers i dopiero dzięki niedawnemu amerykańskiemu wznowieniu debiutu na dobre wróciła do czytelniczego obiegu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 182
Mojej córce, Lynne C. Harris
Człowiek-ryba to istota skomplikowana i tajemnicza; płetwy mogą wprowadzać w błąd.
Jean Toomer, Essentials
Pewnego majowego dnia pani Annie Simmons wyszła na ganek całkiem goła, nie licząc pary różowych satynowych pantofelków na wysokich obcasach i krótkiego naszyjnika z paciorków koralowej barwy. W szkole mieliśmy właśnie przerwę obiadową i szłam do domu tą stroną ulicy. Pani Simmons przystanęła na szczycie schodków i wyglądała, jakby nasłuchiwała muzyki. Kiedy ją usłyszała, klasnęła w dłonie, uśmiechnęła się, podniosła gwałtownie najpierw jedną nogę, a potem drugą i zakołysała biodrami na boki. Potem znów wysoko wierzgnęła. Obwisłe piersi kiwały się, gdy powoli schodziła po stopniach: wykop, kołysanie, krok do przodu. Intymne miejsca miała porośnięte kręconymi rudymi włoskami. Kiedy dotarła do najniższego stopnia, rozpostarła ramiona, ponownie klasnęła, pstryknęła palcami, potrząsnęła głową i zaczęła cały układ od nowa. Wykop! Kołysanie! Krok do przodu! Na skraju chodnika odwróciła się w stronę domu, zgięła wpół i zaczęła się ze sobą zabawiać. Rozkręcała się najwyraźniej na dobre, gdy zza rogu wyjechała czarna policyjna furgonetka. Wyskoczyło z niej dwóch blondynów, a na ganku pojawił się zapłakany pan Simmons z patchworkową kołdrą w rękach. Jego żona kucała, skulona jak pies, i ciągle się dotykała, ale policjanci podbiegli do niej i przewrócili ją na plecy. Pan Simmons narzucił małżonce kołdrę na głowę, a potem wskoczył na nią i ją przytrzymał.
– Annie! Skarbie! Moje biedactwo! Co się stało, Annie? – powtarzał.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby pan Simmons mówił coś poza „dzień dobry”. Pani Simmons w ogóle się nie odzywała. Leżała bez słowa, wpatrzona w niebo, z nosa ciekły jej smarki, a w kącikach ust zbierała się gęsta ślina. Kiedy mężczyźni podeszli do niej i próbowali ją podnieść, spojrzała na nich jedynie po to, by splunąć panu Simmonsowi w twarz. Potem zamknęła oczy i wyglądała, jakby zasnęła.
CZĘŚĆ PIERWSZA
Jason miał krzywy uśmieszek i lubił krzywe akcje, mówił o sobie „Pasqua”, bo wierzył, że jego ojciec miał domieszkę meksykańskiej krwi. Z dumą powtarzał: „Jestem po części Meksykaninem, po części Irlandczykiem, po części Chińczykiem, po części Hiszpanem, po części Indianinem i po części Murzynem”. W jakiej kolejności i w jakich proporcjach? Tak właśnie sobie myślałam, gdy patrzyłam na tego wysokiego, chudego dwudziestolatka o cerze śniadej jak sraka, leżącego obok mnie i szczerzącego zęby. Znajdowaliśmy się w łóżku jego siostry, która wyjechała na wakacje. Jason był z niej równie dumny jak ze swojego międzynarodowego rodowodu. Później odkryłam, że była po części Żydówką. Próbował mnie pocałować. Udawałam, że nie umiem całować się z języczkiem. No bo, widzicie, zęby miał nie dość, że żółte, to jeszcze mocno popsute. Wielu brakowało, a na tych, które mu pozostały z przodu, widniały czarne plamki wielkości mrówki. Jedynki dzieliła spora szpara, co zgodnie ze starym porzekadłem oznaczało, że dużo kłamał. Nie podobało mi się leżenie z nim w łóżku jego siostry i on sam też mi się nie podobał. Ale uważałam, że muszę robić wszystko, czego chce, ze względu na swoją sytuację. Nie dostałam okresu, a w wieku szesnastu lat nie świadczy to na ogół o menopauzie. Bałam się okazać mu nieposłuszeństwo, bo mógłby się domyślić, że mi się nie podoba. Zamknęłam oczy, gdy odrzucił białą satynową kołdrę siostry. Nie chciałam już nigdy więcej oglądać jego wielkiego pytonga. Nie chciałam też patrzeć, jak podnosi moją halkę i zdejmuje mi majtki. Na początku lat pięćdziesiątych grzeczne dziewczynki nie patrzyły. A już na pewno nie rozbierały się przed żadnym chłopcem.
Założę się, że moja mama nigdy tego nie robiła.
– Masz takie ładne ciało – stwierdził, gdy zsuwał z moich nóg białe bawełniane majtki.
Nie wiem, czy Jason kłamał, czy nie, bo miałam chyba dwadzieścia pięć lat, kiedy odważyłam się przyjrzeć własnemu ciału na tyle dokładnie, by je ocenić. Dziurę w swojej dupie zobaczyłam dopiero w wieku trzydziestu trzech lat. Miałam nadzieję, że w trakcie ściągania mi majtek Jason nie spojrzy na moje ogromne stopy. Nienawidziłam swoich palców u stóp; drugi i trzeci były tak długie jak paluch. Poza tym już jako szesnastolatka zdążyłam dorobić się odcisków, bo próbowałam wciskać się w buty o półtora rozmiaru za małe. W latach sześćdziesiątych nikomu nie zawdzięczałam więcej niż Jackie Kennedy, kiedy to na łamach dziennika „Detroit Free Press” ukazała się wzmianka o wielkości jej stóp. Jason miał naprawdę małe stopy jak na faceta mierzącego metr dziewięćdziesiąt. Na oko rozmiar czterdzieści cztery, do tego szerokie podbicie, krótkie palce i ładnie zaokrąglona pięta. Jego chuderlawe nogi prezentowały się jednak lepiej zakryte; były całkowicie proste i pozbawione owłosienia. Nie patrzył w ogóle na moje stopy, zbytnio go pochłaniały próby dobrania się do mnie. Obcięte na Cezara włosy miał wysmarowane tłustą mazią, która teraz nieprzyjemnie lepiła mi się do skóry, gdy Jason całował mnie po brzuchu, głośno przy tym cmokając, w miarę jak przesuwał się coraz niżej, w dół mojego „pięknego ciała”.
Kiedy już dotarł do tego miejsca, z całych sił zacisnęłam uda. Otworzyłam oczy na tyle, by skupić wzrok na złotym suficie pokoju jego siostry. Bardzo liczyłam na to, że pominie etap palcówki. Nie podobało mi się, kiedy raz po raz na ślepo wtykał mi palec do środka. Czułam jedynie narastające rozdrażnienie. Powoli odwróciłam głowę i wcisnęłam twarz w poduszkę. Nie chciałam, żeby dostrzegł w moim spojrzeniu czystą odrazę.
– Jesteś gotowa? – zapytał ochrypłym głosem i ustawił się ponad moim ciałem.
Próbowałam się odprężyć, bo wiedziałam, że gdy tylko dotknie mnie tam swoim sprzętem, zacznie mnie posuwać na całego. Jason, podobnie jak wielu mężczyzn, których poznałam od tamtej pory, uwielbiał dramatyczne wejście. Kto wie, pomyślałam, gdy zaczął poruszać biodrami, jeśli zrobi mi krzywdę, a ja mu w tym pomogę, może stracę to dziecko. Nie będę musiała nikomu o tym mówić.
– O, tak, Lewis, właśnie tak, no dalej. Uuuuch! Dobrze ci, co? Widzę, że ci dobrze – powiedział zdyszany, robiąc ruch do tyłu. – A zachowywałaś się, jakby ci się nie podobało.
Teraz wbijał się we mnie z całej siły. Pot spływał mi po udach, mokra skóra wydawała mlaszczące odgłosy. Jason jednym ruchem uniósł mi nogi i położył je sobie na barkach. Był już naprawdę gotowy, żeby się we mnie zagłębić. Bezwstydnie przesunęłam się wyżej, oparłam o jego wąską, bezwłosą, śniadą klatkę piersiową i rozłożyłam uda tak szeroko, jak tylko mogłam. Próbowałam go wchłonąć, wydawało mi się, że czuję krew.
– Chyba czuję krew – powiedziałam. – Nie chcę poplamić tej ślicznej białej pościeli twojej siostry.
W łazience odwinęłam papier toaletowy z rolki i włożyłam kawałek między nogi. Ani śladu krwi, tylko te gluty.
Owinęłam się należącym do jego ukochanej siostry żółtym puchatym ręcznikiem z monogramem i wróciłam do pokoju, a potem wślizgnęłam się z powrotem do łóżka tej kobiety, obok niego. Leżał tam, z kołdrą wciąż odrzuconą na bok, kręcił w palcach kosmyk włosów, popijał Kool-Aid ze szklanki i oglądał stary film z Alanem Laddem. Poczekałam do przerwy na reklamy i dopiero wtedy obwieściłam mu nowinę.
– Jestem w ciąży. To chyba drugi miesiąc – powiedziałam łagodnym tonem, patrząc mu prosto w oczy po raz pierwszy od dłuższego czasu.
Uśmiechnął się szelmowsko i dalej oglądał reklamę.
– W ciąży? Z kim? Znam ojca?
Jason z ośmioma kumplami kiedyś zrobili pewnej dziewczynie „pociąg”. Należą do elitarnego klubu Kwadryle. Jason był jego prezesem i założycielem; w przedsięwzięciu uczestniczyło dwanaścioro członków. Jestem pewna, że mnie nie zaproszono wyłącznie dlatego, że Jason nie chciał się ze mną pokazywać z powodu mojej ciąży (rozmawialiśmy przez telefon, kiedy wszyscy w naszych domach spali).
Jedna z dziewczyn zwęszyła podstęp, gdy na imprezie okazało się, że na dziewięciu chłopaków przypadają dwie kobiety. Ponoć wymknęła się tylnymi drzwiami, po drodze z łazienki, nie uprzedzając o niczym koleżanki. Jason i reszta chłopaków upili tę drugą dziewczynę szotami Sneaky Pete. Potem zabrali ją do pokoju siorki i pokazali, jak bardzo ją kochają. Słyszałam, że kiedy Jason skończył jej to pokazywać, weszli tam pozostali i też po kolei okazywali jej swoją miłość.
Następnego dnia dziewczyna w stanie histerii została po kryjomu zabrana przez matkę do szpitala. Ani ona, ani jej matka nigdy nie złożyły doniesienia na Jasona i jego kolegów. Za bardzo się wstydziły.
Jason – szepnęłam do słuchawki pewnego wieczoru. – Nie musimy już brać ślubu. Mama zabrała mnie do babki, która umie spędzać płody, koleżanka dała jej namiary. Ona stwierdziła, że prawie już na to za późno, ale spróbuje. Wszystko będzie dobrze – dodałam, patrząc na swój wydatny brzuch. – Mówiła, że to się pewnie stanie dziś w nocy.
– Jak to zrobiła? – zapytał.
– Wieszakiem – odparłam szeptem.
Kiedy pierwszego dnia szkoły dotarłam do sali lekcyjnej, gdzie odbywały się zajęcia z wiedzy o społeczeństwie dla ósmoklasistów, białe skarpetki miałam całe zakurzone od żwiru z placu zabaw. Białe elementy trzewików pokrywało błoto. Czarne mokasyny nowego nauczyciela wiedzy o społeczeństwie lśniły tak intensywnie, że niemal odbijały całe pomieszczenie. Stał w drzwiach korytarza i rozmawiał z panią Hiller i panną Weinstein. Pani Hiller ciągle przeczesywała dłońmi długie, falujące włosy. Panna Weinstein nie dotykała siebie, tylko jego ramienia, w miejscu gdzie jego wykrochmalona biała koszula była podwinięta. Co jakiś czas wszyscy troje się śmiali. W moich uszach jego śmiech brzmiał niczym złocisty cydr jabłkowy.
Pierwszego dnia kazał nam ustawić się w kręgu dookoła niego, a potem przeczytał nam wiersz Roberta Frosta: „Lecz ja obietnic mam dotrzymać / I wiele mil przejść, zanim zasnę”1. Myślałam, że pan Brown czyta specjalnie dla mnie, ponieważ ilekroć na niego zerkałam, patrzył na mnie z uśmiechem w oczach. Na placu zabaw Betty Washington przysięgała, że on czytał właśnie dla niej. Twierdziła, że od razu się zorientowała, bo za każdym razem, gdy na niego spojrzała, on gapił się na jej cycki. Miała największe w całej klasie. Babcia powiedziała mojej mamie, kiedy myślała, że nie słyszę, że Betty Washington pewnie pozwala chłopcom się obmacywać i dlatego ma takie bimbały. Pan Brown powierzył Betty nadzór nad biblioteczką.
Pewnego wtorkowego popołudnia tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy wychodziłam z salonu kosmetycznego Pauline, zobaczyłam, jak pan Brown wysadza Betty z samochodu przed jej domem. Miała ze sobą torbę na zakupy z centrum handlowego J.L. Hudson’s, w której znajdowało się duże pudełko, owinięte złotym papierem i przewiązane zieloną wstążką. Nie zauważyła mnie. Ale on mnie dostrzegł, kiedy powoli zawracał swoim nowym czarnym Mercurym.
Odruchowo mu pomachałam. Podjechał do krawężnika na wprost mnie i otworzył drzwiczki. Wsiadłam i nadepnęłam na będący własnością Betty kardigan z angory, który leżał na podłodze. Siedzenie było ciepłe. Nie powiedział nic poza „cześć”. Po prostu ruszył powoli wzdłuż ulicy Mt. Elliot, ale nie w stronę mojego domu, tylko w przeciwnym kierunku. Zatrzymał się dopiero na Belle Isle. Nie odezwałam się, kiedy położył mi dłoń na kolanie. Drugą ręką trzymał kierownicę i patrzył przed siebie. Chyba wstrzymałam oddech, kiedy obrócił się na siedzeniu i przesunął dłonią w górę, tam gdzie Walter, chłopak z naprzeciwka, próbował mnie kiedyś dotykać, kiedy bawiliśmy się w doktora na werandzie za jego domem. Pan Brown westchnął i oblizał wargi, jednocześnie odsuwając moje białe bawełniane majtki. Zamknęłam mocno oczy, kiedy zaczął mnie tam pocierać i ściskać. Przemawiał cichym, delikatnym głosikiem.
– Chcę zobaczyć – szepnął, a potem schował głowę pod moją spódnicę, nieznacznie ją odchylając. – Jedwabisty meszek, jak na główce niemowlęcia – dodał cicho.
Zacisnęłam powieki jeszcze mocniej. Musiałam też chyba zacisnąć nogi, ponieważ on chwycił je i ponownie rozchylił. Kiedy zaczął mnie tam całować, pociekły mi łzy. Mniej więcej w tym samym czasie otworzyłam oczy i ukradkiem spojrzałam na jego twarz, bo czułam się, jakbym właśnie sikała.
Organista cichutko grał w tle Ta święta noc, a ja czekałam na rozpoczęcie drugiego ślubu Petera Browna, który odbywał się w sobotę, w przeddzień Bożego Narodzenia 1962 roku. Razem z moim nowym przyjacielem Woodym siedzieliśmy tuż przy drzwiach, przez które Peter miał wejść razem z drużbą. To ja wspaniałomyślnie zadbałam o te miejsca. Chciałam, żeby to moja śliczna, uśmiechnięta buzia przywitała go, gdy tylko pojawi się w kościele. Spokojnym ruchem odsunęłam złotą woalkę i ułożyłam ją na toczku, by mógł mnie wyraźnie zobaczyć. Goście wokół nas rozmawiali szeptem, jakiego używa się na pogrzebach, o tym, jak pięknie wszystko zorganizowała.
– Na przyjęciu gra zespół, który zazwyczaj występuje tylko w Grosse Pointe. Na miesiąc miodowy wybierają się do Ocho Rios. Ależ z niej szczęściara.
Zastanawiałam się, czy powinnam coś powiedzieć, gdy podczas ceremonii tradycyjnie zaczną pierdzielić o tym, czy ktoś zna jakiś powód, dla którego małżeństwo nie powinno zostać zawarte. Cieszyłam się, że siedzący obok mnie Woody wygląda na bogacza. Miałam nadzieję, że Peter oszaleje, gdy zobaczy moją złotą, zdobioną koralikami sukienkę, niemal całkowicie odsłaniającą biust, którą włożyłam pod pożyczony od Sestry jesienny płaszcz z norek. Planowałam pokazać mu ją dopiero wtedy, gdy podejdę do niego podczas składania życzeń i dam mu prawdziwego buziaka. Wciąż czułam zadrapania na skórze między udami, gdzie zaledwie cztery godziny temu spoczywała jego głowa.
– Oto i on – powiedziałam podekscytowana do nikogo konkretnego, gdy drzwi kościelnego przedsionka się otworzyły i Peter wyłonił się z nich przy dźwiękach, jak mi się wydawało, kolędy Miasteczko małe Betlejem. – To Peter, mój sprośny nauczyciel – zwróciłam się do Woody’ego, gdy Peter uśmiechnął się do mnie szeroko. – Czyż nie prezentuje się pięknie? – szepnęłam, patrząc na jego plecy.
– W tym smokingu wygląda jak kelner – odparł Woody, kładąc mi długie ramię na barkach.
Sestra mówi, że mężczyzna w jego wieku potrzebuje dwunastu godzin na regenerację, pomyślałam, gdy organista zaczął grać marsza weselnego.
Widziałam siebie, jak stoję tego ranka nad ich łóżkiem, zapłakana, pijana szampanem, którego wypiliśmy, zanim zaczęliśmy się kochać, i znów słyszałam, jak pytam Petera: „Dlaczego właśnie ona?”. Słyszałam, jak znów odpowiada swoim dziewczęcym głosikiem, gdy tak leży nagi, zwinięty w kłębek jak wąż, i patrzy na mnie: „Ona mnie rozumie”.
Sukinsyn – wyszeptałam, biegnąc po schodach jego mieszkania, wciąż wilgotna od jego ciała. – Miałam dwanaście lat. On miał dwadzieścia sześć. Jezu Chryste, posuwał mnie, odkąd miałam dwanaście lat. Ciągle przysługiwała mi w kinie zniżka dla dzieci, kiedy mnie molestował.
Biegłam po schodach z płaczem. Mój oddech zaczynał brzmieć jak zwierzęce sapanie. Nie mogłam zamknąć ust i złapać tchu. Bolały mnie oczy, tak bardzo napinałam je z wściekłości.
– Czego chcesz, Lewis? – zapytał, gdy stanął, nagi do pasa, w progu mieszkania, blokując mi drogę. – Jodi śpi. Porozmawiamy później – obiecał szeptem, gdy próbowałam go odepchnąć.
– Czego chcesz, Lewis? – zawołała Jodi z sypialni. – Wejdź, właśnie wstaję – powiedziała ochrypłym głosem, w którym słychać było przeciągły akcent z południowej Florydy.
Wyrwałam się z jego uścisku i minęłam go, wpadając w jej pułapkę. Jodi leżała nago na wielkim łóżku o mosiężnej ramie i paliła papierosa; pachniał tureckim tytoniem.
– Ja puszczę kółko z dymu, a ty je złapiesz – dodała i posłała w moją stronę perfekcyjny okrąg. Jak na czterdziestotrzylatkę była w świetnej formie. Krótkie, oliwkowe nogi miała lekko rozstawione.
– Ona dzisiaj naprawdę wariuje, złotko – stwierdził, stając w drzwiach.
– Wariuje – powtórzyłam, po czym chwyciłam go za głowę i zaczęłam okładać pięściami.
Pewnie wyglądaliśmy jak ci tancerze z plemienia Apaczów, kiedy mnie przytrzymywał. Zirytowana uściskiem, zwiotczałam w jego ramionach na wystarczająco długo, żeby mnie puścił. Kiedy to zrobił, podniosłam głowę, odchrząknęłam i splunęłam mu w twarz. Trafiłam dokładnie między czoło a nos. Jego niewinna, zaskoczona mina przetrwała tylko chwilę. Kiedy ruszył w moim kierunku, ona krzyknęła:
– Nie rób tego, Pete. Sama już sobie dosyć dowaliła.
Spojrzał najpierw na nią, a potem na mnie, jak zdezorientowane dziecko, i zapytał:
– Co się z tobą dzieje, Lewis? Byłem z tobą szczery. Myślałem, że to rozumiesz.
Następnie powoli odwrócił się i wyszedł. Chciałam błagać go, żeby został i powiedział jej, że mnie kocha.
– Powiedz jej, że zawsze mnie kochałeś, ty gnoju – wyrwało mi się. – Ty zboczeńcu, gwałcicielu, obleśny pedofilu – wyrzuciłam z siebie w ciszę pokoju.
– Pete mówił mi, że kompletnie ci odbiło – odezwała się z łóżka. – Miał rację. Powiedział, że próbował ci pomóc, odkąd skończyłaś dwanaście lat.
– Pomóc mi? – wykrzyknęłam. – Ruchając mnie? Co?
– Większość facetów uważa, że ich kutas jest lepszy od penicyliny – odparła i wsunęła się pod kołdrę. – Lewis, naprawdę chce mi się spać – dodała przeciągle. – Wracaj do domu i pogadaj z tatą. Może on ci wyjaśni, że cipka to teraz dla większości starych pryków nic szczególnego. Nie jest już święta. Nie jest nawet rzadkim towarem. Obudź się, Lewis, spróbuj zamiast tego dać trochę kasy albo zrozumienia. Daj coś, co należy do rzadkości.
Trzęsłam się teraz ze wstydu.
– To właśnie mu zaproponowałaś?
– Owszem – odparła. – Ruszyłam głową. Peter może mieć tyle cipek, ile tylko zapragnie, w zamian za drinki i kłamstwa. Ty, moja droga, straciłaś dzisiaj dobrego kochanka i starego przyjaciela. Jemu naprawdę na tobie zależało. Odłącz umysł od cipki, dziewczyno – powiedziała, a potem leniwie przewróciła się na łóżku i udawała, że zasypia.
– A ty ile miałaś lat, kiedy odłączyłaś umysł od cipki?
– Jakieś trzydzieści pięć – wyszeptała sennie.
– Mam dopiero trzydzieści dwa – oświadczyłam. – Dzięki za radę. Teraz mogę spędzić jeszcze trzy lata jako zgorzkniała, uparta stara baba – dodałam i wyszłam z jej sypialni.
– Nie zgorzkniała i uparta, Lewis, może raczej spokojna i miła.
– Wolę zostać podłączona, Jodi. Dzięki temu czuję, że żyję – krzyknęłam i trzasnęłam drzwiami ich mieszkania.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Woody’ego, stał w barze Petera Browna i obserwował jego tańczących gości. Zwróciłam na niego uwagę, bo przez cały czas się uśmiechał. Dopiero po latach zrozumiałam, że uśmiechnięta twarz nie zawsze oznacza szczęście. Przyprowadził ze sobą dwie kobiety: Peaches i Isadorę. Peaches zastrzeliła się po tym, jak jej piąty mąż kopniakiem zrzucił ją ze schodów. Isadora osiadła w Nowym Jorku i zniknęła. Ktoś podobno widział ją pewnego dnia w Gramercy Park, jak wsiadała do wielkiej limuzyny i wyglądała jak prawdziwa dama. Nie odezwała się ani słowem. Plotka głosiła, że udaje białą.
Gdy Peter puścił wolną muzykę i przygasił światła, zdążyłam już zapomnieć o Woodym. Byłam zbyt pijana, żeby robić cokolwiek poza gapieniem się, jak mój mężczyzna, Peter, tańczy ze swoją kobietą, Jodi. Naprawdę myślałam, że zaraz zemdleję. Peter był dla mnie całym światem. Odkąd skończyłam dwanaście lat.
Jodi w szaleńczym tempie tańczyła układ „bieg w kółko”. Peter robił „kucyka”. Jej długie kręcone włosy niemal muskały moją twarz, tak blisko siebie byłyśmy. Ogarnęła mnie pokusa, żeby złapać ją za te loki i szarpnąć tak, by skręciła sobie kark. Chciałam uwolnić się od tych myśli, dlatego odwróciłam się i zagadnęłam Woody’ego.
– Masz ogień? – zapytałam z papierosem przy ustach.
– Nie mam – odparł, wciąż z tym samym uśmiechem, o którym wcześniej wspomniałam. – Strasznie dużo palisz.
– Przyglądasz mi się?
– No pewnie – przyznał i upił łyk drinka. – Przyglądam się, jak ty im się przyglądasz – dodał, kiwając głową w stronę Petera i Jodi.
Peter ściskał jej pośladki, dłoń trzymał na samej szparze. Oboje mieli zamknięte oczy.
– Twoja twarz jest bardzo szczera. Podoba mi się to – stwierdził Woody, ciągle uśmiechnięty.
Zapytałam go, czy się ze mną ożeni, zaraz po tym, jak zgodził się poczekać w szafie w mojej sypialni, gdy niespodziewanie odwiedził mnie Peter. Peter zawsze po prostu wpadał. Mój dom był jakby jego domem. W tę niedzielę wpadł, gdy Jodi uczestniczyła w południowej mszy. Wiedziałam, że chce się zabawić, gdy tylko zobaczyłam torebkę z brązowego papieru, w której znajdowała się butelka ginu. Gin zawsze poprzedzał seks. Tym razem odbyło się to przy ścianie kuchni, tak cicho, jak to tylko możliwe.
Punktualnie o dwunastej trzydzieści zaspokojony Peter wyszedł, żeby odebrać żonę z kościoła. A ja wypuściłam Woody’ego z szafy. Siedział tam, na moich butach, szeroko uśmiechnięty. Oświadczyłam mu się właśnie wtedy, właśnie tam. A on przyjął oświadczyny właśnie wtedy, właśnie tam. Widocznie nikt wcześniej go o to nie prosił. Był naprawdę zaszczycony.
Pobraliśmy się trzy miesiące później, w pierwszą rocznicę ślubu Petera Browna. Peter nie potwierdził udziału w uroczystości ani na nią nie przybył.
Pewnego ranka, po tym, jak spędziłam noc w areszcie za umyślne zniszczenie mienia o wartości ponad stu dolarów, Sestra doszła do następującego wniosku:
– Woody ma fascynującą osobowość jak na faceta. To prawda, że wybiłaś okno w mieszkaniu Robina Lexingtona i weszłaś przez nie do środka?
– Prawda – przyznałam, a jednocześnie dostrzegłam w jej oczach nowe brązowe plamki.
– A jak już się tam znalazłaś, to rzuciłaś się na Robina z jego własnym pogrzebaczem, prawda?
– Zgadza się – odparłam i sięgnęłam po papierosa z jej paczki.
– Potem Woody poszedł do domu Robina, posadził go i poinformował, że na strzelnicy kilkakrotnie zaliczył dziewięćdziesiąt dziewięć procent trafień. Prawda?
– Tak! – Puściłam pierwsze kółko z dymu, a ona nie odrywała ode mnie pełnego podziwu spojrzenia.
– I to wtedy Robin postanowił wycofać zarzuty?
– Tak!
– Fascynujące – westchnęła Sestra i też spróbowała puścić kółko z dymu.
Przy tobie czuję się o wiele lepiej – oznajmił łagodnie Woody w ciemności. – Lepiej mi się śpi, kiedy jestem z tobą. Naprawdę cię kocham.
Po tych słowach wstał z łóżka i odwrócił swoją ulubioną płytę Andrésa Segovii na drugą stronę. Woody uwielbiał gitarzystów. Jego głos faktycznie brzmiał jakby po długim śnie. Słyszałam, jak na zewnątrz, na Waverly Place, wieczorny ruch uliczny powoli cichnie. Pewnie było już bardzo późno.
– Jak długo byłam nieprzytomna? – zapytałam.
– Trzy dni, skarbie.
Podszedł do małej lodówki, którą trzymałam w pokoju, i wyjął piwo, nie przerywając rozmowy.
– Zostało jeszcze jakieś Valium?
– Kilka sztuk.
– A szampan?
– Cała butelka. Kupiłem ją, kiedy wyszedłem na miasto. Podoba ci się mój nowy Segovia?
Przypomniałam sobie pielęgniarkę z nocnej zmiany, która zatarasowała drogę do windy w szpitalu Świętego Wincentego. „Ona musi poczekać na lekarza – stwierdziła. – Nie jest z nią najlepiej”. „Ja jestem jej lekarzem” – odparł Woody i sięgnął ponad jej ramieniem do przycisku windy.
Po tym, jak mnie wyciągnął, wstąpiliśmy do Lion’s Head na drinka. Nie zdążyłam wypić nawet drugiego martini, a bar zamienił mi się w oczach w feerię świateł.
– Daj mi Valium. Wypiję szampana i opowiem ci, co się stało, kiedy się obudzę – obiecałam, przypominając sobie, jak siedziałam na schodach poddasza Augusa i kaleczyłam nadgarstki odłamkami rozbitego kieliszka.
Moczyłam się w kąpieli z dodatkiem soli mineralnych marki Mother Bracey tak długo, że skóra na moich stopach pomarszczyła się jak u tysiącletniej staruszki. Następnie przepłukałam zęby wodą, aż moje dziąsła nabrały różowego koloru. Przez chwilę rozważałam wizytę w hotelowej kawiarni, ale w bożonarodzeniowy wieczór nie spotkałabym tam nikogo ciekawego, kto nie czułby się podobnie jak ja, nie licząc wyznawców islamu. Nie miałam też ochoty spędzać świątecznego dnia z żadną starszą panią. To byłoby jak spoglądanie w żywą kryształową kulę. Bezmyślnie sięgnęłam do kieszeni szlafroka i wyjęłam wizytówkę z wytłoczonym złotym napisem. „Zadzwoń po swoje pragnienie” – głosił. Poniżej widniały dwa numery. Odwróciłam kartkę i rozpoznałam pismo Augusa. „Kotuś”. Bez wahania chwyciłam telefon i wybrałam kolejne cyfry. Co za gnojek, pomyślałam. Więc na tym polegała ta „praca”, którą musiał wykonać w Boże Narodzenie. Łzy gniewu, frustracji i żalu nad sobą płynęły mi z oczu, gdy zapaliłam papierosa i czekałam, aż tamta odbierze.
– Siedem, pięć, sześć, jeden – rozległ się wysoki męski głos. – Jakie jest twoje pragnienie?
Odparłam bez namysłu:
– Chcę kochać się z dwoma mężczyznami. To mój prezent świąteczny dla siebie samej.
– Dziś Boże Narodzenie, słoneczko. Będę musiał przyjechać osobiście. Większość moich chłopców mnie wystawiła. Ale zobaczę, co da się zrobić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Robert Frost, Przystając w lesie w śnieżny wieczór, przeł. Ludmiła Marjańska, w: Robert Frost, Wiersze, wybór i słowo wstępne Leszek Elektorowicz, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1972, s. 90. [wróć]
