Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
"Rozmowy o miłości" to zbiór refleksji i medytacji, których celem jest przekonanie, że miłość jest bardzo piękną, ale zarazem trudną przygodą, która trwa przez całe życie, a w pełni rozkwitnie dopiero w ostatecznym spotkaniu z Bogiem-Miłością. Jest reakcją przeciw postawie tak wielu chłopców i dziewcząt, którzy traktują miłość jak przyjemną podróż.
Autor zastosował niecodzienną formę literacką. Jest to historia o tym, jak młody człowiek odwiedza regularnie mędrca, który powoli wprowadza go w odkrywanie miłości.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8372570167
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Koninie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 228
Rok wydania: 1989
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Michel Quoist
® au08©l(§9
w
® au08©l(§9
Przełożył
fes. Mieczysław Rzepniewski
Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 2000
Tytuł oryginału
Parle-moi damour
O Copyright by Editione Ouvrieres. 1985
O Copyright for Polish edition by Wydawnictwo Sióstr Loretaneb. Warszawa 1989
Opracowanie graficzne Krzysztof R. Jaśkiewicz
/
Za zgodą Kurii Diecezjalnej Warszawsfeo-Praskiej z dnia 7 XI 1994 r. nr 2402/K/94 Bp Stanisław Kędziora, wikariusz generalny Ks. Marcin Wojtowicz, notariusz
Wydanie 5
ISBN 83-7257-016-7
Drukarnia Loretańska 04-476 Warszawa-Rembcrtów ul. L. Żeligowskiego 16/20
Z góry dziękuję za przeczytanie do końca tego wprowadzenia. To wam pozwoli uniknąć szukania w tej książce tego, czego nie zamierzałem w niej pisać, oraz wyjaśni, dlaczego przy jej opracowaniu zastosowałem niecodzienną formę literacką. Jeżeli znacie już którąś z moich książek, na pewno zdziwi was to, że forma tej ostatniej różni się całkowicie od poprzednich.
Zbanalizowana i „urzeczowiona" miłość
Zgodzicie się chyba ze mną, że w świecie współczesnym miłość zdewaluowano w niebezpieczny sposób. Ogólnie biorąc, niektórzy nie wierzą już w miłość, a zwłaszcza w miłość małżeńską. Małżeństwo? nie jest konieczne; wierność? niemożliwa; próby? nieodzowne; miłość? fizyczna przyjemność, „technika", której można się nauczyć i przez którą za wszelką cenę trzeba osiągnąć sukces...
Miłość przestała być tabu. Mówi się o niej. Na szczęście. Chłopcy i dziewczęta są uświadamiani. Ale w jaki sposób? Wykłady w zakresie nauk przyrodniczych, schematy, różne porady co do „sztuki miłości" bez następstw itp.
Jednocześnie niektórzy młodzi zaczynają zniechęcać się do bezdusznego wychowania i do licznych zwodniczych doświadczeń. Starsi zaś - dumni, że nareszcie wyzwolili się od przymusu i przesądów przeszłości - nie znajdują jednak szczęścia u kresu swoich przygód.
Czyżby miłość była „czymś innym"? Są tacy, którzy zaczynają to przeczuwać i pragną ją odkryć.
W niektórych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, odkrywa się na nowo wartości małżeństwa, wierności, a nawet dziewictwa przed ślubem. Pojawiają się nowe dążenia. Są one wołaniem życia, któremu wraz ze śmiercią miłości groziłaby także śmierć.
Miłość wielką tajemnicą
Trzeba przywrócić miłości jej prawdziwe miejsce i prawdziwe wymiary.
Prawdziwym siedliskiem miłości jest serce człowieka i serce historii świata. Miłość jest siłą, podstawową energią, bez której ani człowiek, ani świat nie mogą harmonijnie się rozwijać i zaznać szczęścia. Prawdziwy wymiar miłości jest nieskończony. Miłość przekracza samą siebie. Przychodzi skądinąd i kieruje się gdzie indziej. Dla człowieka wierzącego miłość przychodzi od Boga i do Boga zmierza. Bóg „jest Miłością".
Małżeństwo i rodzina są w centrum tej wielkiej Przygody. To tu miłość staje się ciałem i sprawia, że rodzi się życie, tak jak kiedyś Bóg-Miłość przyjął oblicze człowieka i sam stał się „ciałem", żeby dać nam życie.
Czym jest ta książka?
Nie jest systematycznym wykładem o miłości, a jeszcze w mniejszym stopniu zbiorem recept na sukces w miłości. Nie jest przykładem „historii miłosnej". Jest to właściwie zbiór refleksji i medytacji, których celem jest pomóc Czytelnikom w odkryciu lub ponownym odnalezieniu piękna, wielkości, ale także i wymagań miłości.
Rozważanie to zostało oczywiście ubrane w pewną historię: młody człowiek odwiedza regularnie Mędrca, który powoli wprowadza go w odkrywanie miłości. Opowieść ta stanowi tylko pewien sztuczny środek, okazję do rozważania. Jest to historia wyimaginowana, w której wypowiadają się dwie główne postacie o ledwie zarysowanym obliczu, po to, by Czytelnikom dać pewną przestrzeń wolności, umożliwiającą wyobrażenia, żeby mogli po drugiej stronie zwyczajnych okoliczności odnaleźć dążenia własnego serca.
Rzeczywistość czy nierzeczywistość?
Dlaczego wybrałem taką formę pozornie daleką od realnego życia? Ażeby spróbować na nowo „upo-etycznić" miłość, żeby przywrócić jej głębię, każąc przeczuwać jej tajemnicę.
Miłość nigdy nie wyjdzie doskonale zaprogramowana z naszych maszyn elektronicznych, łapczywie wchłaniających perforowane karty. Nie odsłoni swoich tajników uczonym dokonującym obserwacji. Jedynie kontemplacja może zgłębić rzeczywistość we wszystkich jej wymiarach. Uprzywilejowaną drogą do tego celu jest poezja. Nie jest ona czymś nierzeczywistym. Poezja jest środkiem poznania umożliwiającym przystęp do wnętrza drugiej strony rzeczywistości, która pozwala się ująć za pośrednictwem symboli.
Granice tej książki
Przygoda miłości obejmuje całe życie. W książce tej celowo ograniczyłem się do kilku aspektów miłości, zwłaszcza w jej drugiej części - do miłości małżonków i miłości dziecka. Przyjmując taki punkt widzenia trudno uchronić się od sztuczności, ponieważ człowiek rozwija się przez całe życie: przez relacje międzyosobowe, życie studenckie, życie zawodowe, czas wolny, środowisko, społeczność, w której rozwija się... Nie sposób tu wszystkiego wyliczyć. Należało dokonać wyboru. Na prośbę wielu młodych, przygotowujących się do życia w małżeństwie, i dorosłych, którzy chcieli ponownie odkryć korzenie swojej trudnej miłości, wydzieliłem postępowanie wewnętrzne, działanie serca.
Przyznaję, że położyłem duży nacisk na trudności w miłości. Dlaczego? Z jednej strony, by zareagować przeciwko postawie tak wielu chłopców i dziewcząt, którzy traktują miłość jak przyjemną podróż. Przeżywać miłość - myślą - jest łatwo. Chodzi o wzajemny pociąg, odpowiedź na władczą potrzebę. Wystarczy tylko pozwolić się nieść...!
Z drugiej strony często spotykałem ludzi głęboko zawiedzionych. Wyidealizowali miłość, nie przewidując trudności. Gdy zderzyli się z różnymi przeszkodami, do głębi zranieni stracili wszelką nadzieję: „Nie tak wyobrażałem sobie miłość" - mówili.
Dla tych racji próbowałem wykazać, że miłość jest bardzo piękną, ale zarazem trudną przygodą, która trwa przez całe życie, a która w pełni rozkwitnie dopiero w ostatecznym spotkaniu z Bogiem-Miłością.
Kochać nie oznacza więc „dać się prowadzić" przez cudowne uczucie, ale będąc podniesionym i podtrzymywanym przez to uczucie chcieć ze wszystkich swych sił, nawet za cenę życia, uszczęśliwiać innych innego.
Nie groziłem nikomu „klątwą ani nie odmalowałem czerni „grzechu". Niektórzy zapewne będą mi to mieli za złe, bo może chcieliby na nowo zobaczyć taniec piekielnych płomieni w obojętnych oczach dzisiejszych ludzi. Oczywiście, trzeba jasno widzieć zamierzony cel i drogę do niego wiodącą, ale jestem przekonany, że jeśli za pomocą strachu można nakazać poszanowanie jakiejś zasady, to nigdy nie można w ten sposób pociągnąć kogoś do miłości.
Wiem także - wybaczcie mi moją pewność - że jeżeli dzięki Panu mogłem niekiedy rozniecić płomień, był to płomień miłości, a nie płomień piekielny.
Moje własne granice
„Upoetycznić" miłość, sprawić, by dostrzeżono nieskończoną głębię tej tajemnicy... To ambitne zadanie i z mojej strony zarozumiałość. W pełni dostrzegam upokarzający rozdźwięk między zamierzonym celem a granicami moich możliwości. Trzeba by wiele czasu, żeby opracować i udoskonalić ten tekst. Pogrążony w aktywności, nie miałem go zbyt wiele do dyspozycji. Trzeba by przede wszystkim być wielkim poetą i wielkim mistykiem, to jest człowiekiem wiary na tyle czystym, by widzieć w sercu tych, którzy kochają, Boga żyjącego, który daje znak. Ja zaś nie jestem ani jednym, ani drugim. Jak wy usiłuję kochać. Nie zawsze mi się to udaje.
Przyjmijcie tę książkę jako pewien zarys. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że zaproszono mnie do jej napisania; moją rękojmią była, jak zwykle, możliwość weryfikacji zasięgu moich słów w miarę pisania tekstu.
Z całego serca dziękuję tym wszystkim życzliwym
Czytelnikom, zwłaszcza młodym, za cenny dar uwag i zachęty. Bez nich czułbym się może opuszczony.
Ufam, że mimo niedoskonałości tej książki potraficie ją czytać nie jak powieść, którą przebiega się podczas jednego wieczoru1, ale powoli, jak teksty do rozmyślania, ażeby między wierszami nieudolnych słów odnaleźć swoje własne poszukiwania.
Miłość jest naprawdę wielką i jedyną przygodą życia. Tam właśnie Bóg nas oczekuje.
MICHEL QUOIST
Przyjacielu, usiądź sobie, a ja ci opowiem.
Słuchaj sercem,
w przeciwnym razie usłyszysz tylko szmer słów, ale nie zakosztujesz ich smaku.
Żyć
- to kochać
a
Miałem dwadzieścia lat czy dwadzieścia pięć, może mniej, może więcej... Nieważne!
Chciałem żyć, lecz nie wiedziałem, dlaczego mam żyć, ani jak żyć.
Szukałem.
Szukałem aż do udręki, zderzając się z majakami moich pustyń.
* * *
Byłem głodny!
Moje ciało odczuwało głód. Moje ciało, jak miliony szalonych ust, szukało, by wchłonąć nawet najmniejszą okruszynkę przyjemności, zgromadzonych na poboczu moich dróg.
Mój umysł odczuwał głód. By go nakarmić, zbierałem na chybił trafił wszystkie idee po moich lekturach, obrazy i słowa wypowiadane przez ludzi, ale moja głowa była brzęczącym rojem, który nie dawał miodu.
Niekiedy w tej biednej głowie, tam gdzie, jak to przeczuwałem, kończy się jedna kraina, a zaczyna się inny świat, kilka promieni słońca rozbłyskało w mojej nocy, ale zaraz nadciągały obłoki, aby zasłonić światło.
Pozostawało mi marzenie. Zabierało mnie ono ze sobą bardzo daleko...
Ale czy życie pokrywa się z marzeniami o życiu? I bardzo szybko nadciągała burza. Srożyła się. Rozrywała moje wymarzone szaty, zostawiając mnie obnażonego, wyciągniętego na łóżku, jak szalonego kochanka, który nie zna wcale swojej ukochanej.
Odczuwałem pragnienie!
Zwłaszcza moje serce odczuwało pragnienie gdzieś w przepastnej głębi, po drugiej stronie ciała i krwi, w owym tajemniczym interiorze, którego nieskończoność niespokojny i drżący oceniałem nieskończonością mojego pragnienia.
O piekące pragnienie, które zapalasz cały byt, jak
ogień, który krąży w otchłani bez końca!
* * *
A jednak żyłem, ałe jak dalej żyć, jeśli nie wiadomo, po co się żyje i jak podtrzymywać swoje życie?
Wlokłem swoje życie jak uciążliwą paczkę, którą czasem złośliwi dowcipnisie podają z rąk do rąk, bo nie wiedzą, co z nią zrobić, i ponieważ jest zbyt ciężka do dźwigania.
Moi rodzice mówili mi: spełniliśmy swój obowiązek. „Przekazaliśmy" ci życie, podobnie jak nam je przekazano. Wspaniałomyślni i dobrze usposobieni przekazali mi pewną etykę, stary sposób postępowania, na pół czytelny wyciąg, który z trudem próbowałem rozszyfrować. Ale czy nauczyli mnie wystarczająco umiejętności odczytywania?
Sposób postępowania głosił: to wolno, a tego nie wolno czynić. Pytałem dlaczego. Rodzice odpowiadali: „Dlatego, że to jest dobre, lub dlatego, że to jest złe". Ale ja nie wiedziałem, dlaczego to było dobre, a dlaczego tamto było złe. Moi rodzice również nie wiedzieli. Kiedy z uporem pytałem ich nadal, odpowiadali: „Tak jest i basta".
Bardzo szybko dostrzegłem, że mój ojciec i moja matka nie zawsze żyli tym, czego mnie nauczali. Podobnie dorośli z mojego otoczenia. Wielu moich kolegów wyśmiewało mój sposób postępowania, uznając go za przestarzały, nie nadający się do zastosowania. Nie znając innych wzorów, uważali je z góry za bezużyteczne, a skoro nie ma odpowiedzi, po co zadawać pytania.
Najważniejszą rzeczą jest żyć — mówili — a ponieważ teraz nic nie jest zakazane, można iść na zieloną trawkę i zrywać według upodobania wszystkie kwiaty ziemi: „Czyń to, na co masz ochotę, a będziesz szczęśliwy!"
I tak czyniłem.
Przebiegałem liczne ogrody, często je depcząc i zrywając kwiaty przyjemności. Nie znalazłem jednak prawdziwego szczęścia. Niekiedy musnąłem je lekko w przeciągu kilku przelotnych godzin. Ale podobnie jak pokarm szybko rozpuszczający się w zbyt łakomych ustach, tak to skąpe szczęście znikało szybko, nie zaspokoiwszy mojego głodu.
* * *
A wy, przyjaciele, czy jeszcze doznajecie w waszych sercach udręki głodu i pragnienia? Może zrezygnowaliście zbyt wcześnie i przyłączyliście się do rzeszy synów marnotrawnych, którzy odeszli daleko od Ojca i roztrwoniwszy swoje bogate dziedzictwo zadowalacie się teraz pożywieniem rzucanym miejskim wieprzom?2
A jeśli nawet, jako wierni synowie — szczęśliwi, uprzywilejowani, od dawna przebywający w domu — znacie smak chleba i wina, czy nie odczuwacie codziennie głodu i pragnienia? Teraz już wiem, że człowiek został tak ukształtowany — i w tym tkwi jego wielkość i jego udręka — że jego głodu i pragnienia nigdy nie można zaspokoić. W momencie, gdy mniema, że już je poskromił, wymykają mu się i odradzają znów nienasycone. Biegną przed człowiekiem, jego zaś siły wyczerpują się w nieustannej pogoni za nimi.
Człowiek jest głodem i pragnieniem niezaspokojonym. Umiera wraz ze śmiercią swoich pragnień.
•k & "k
Byłem głodny.
Byłem spragniony. Ale nie wiedziałem, jakiego pożywienia i jakiego napoju.
Nie ma nic bardziej okrutnego nad odczucie głodu bez poznania chleba.
I nie ma nic bardziej nieznośnego nad odczucie pragnienia bez poznania wina.
I myślałem: „Kto wyzwoli mnie od moich tortur?"
•k "k -k
Jeden przyjaciel powiedział mi: „Odnajdziesz swoją drogę, jeżeli nie będziesz wpatrywał się w siebie. Wyjdź z siebie! Jeśli pozostaniesz w porcie, nie poznasz bezkresnego morza."
Ale nie miałem busoli i nie umiałem żeglować.
Drugi przyjaciel powiedział: „Odnajdziesz swoją drogę w «Księdze». Są w niej zebrane słowa Boga, by prowadzić ludzi i żywić ich w drodze."
Otwierałem niekiedy «Księgę». Szanowałem jej słowa, bo wydawały mi się piękne, ale za każdym razem te cudowne słowa wyślizgiwały mi się jak ziarna o zbyt twardej łusce.
Trzeci przyjaciel powiedział: „Potrzebujesz kogoś, kto by ci wyjaśnił słowa. Kogoś, kto je spożywał i posilony ich substancją, może ci przekazać ich życie słowami codziennego języka".
Idź posłuchać Mędrca! Wszyscy opowiadają, że mówi według «Księgi» i że jego słowa są ziarnem w sercu tych, którzy go słuchają. Jeśli twoja gleba jest żyzna, wyda owoc stokrotny.
-k -k -te
Postanowiłem pójść do niego...
To są właśnie moje poszukiwania, wątpliwości i walki, które wam opowiem. Poszukiwania, wątpliwości i walki mojego serca, a nie całego mojego życia. Są to słowa Mędrca, które wam przytoczę.
8
Mędrzec mieszkał w maleńkim mieszkaniu w głębi ciemnego korytarza. Nikt nie wiedział, kim był ani skąd pochodził. Wszyscy szanowali jego tajemnicę. I ja ją uszanuję.
Szedłem po omacku wzdłuż ciemnego korytarza. Czy nie nalażało przejść ciemności, aby dojść do światła?
Zapukałem. Drzwi otwarły się i zobaczyłem Mędrca ledwie oświetlonego skąpym światłem padającym z małego okienka.
Był to bardzo sędziwy mężczyzna. Nie miał długich włosów ani długiej mlecznej brody, jak sobie głupio wyobrażałem. Jestem nawet zdania, że miał twarz przeciętną, ale nie widziałem jej dobrze. Dostrzegłem właściwie jego oczy czy raczej światło jego oczu. Od tego momentu wierzyłem mocno, że owo światło pochodziło z tajemniczego ośrodka, było słońcem i życiem i że jeśli je przyjmę to ono oświeci moje codzienne drogi.
Później jednak poddałem się zwątpieniu.
— Dzień dobry, przyjacielu — powiedział Mędrzec. — Oczekiwałem ciebie.
Obserwował mnie długo i jego spojrzenie odświeżało moje serce jak rosa, która powoli przenika wysuszoną ziemię. Po długim milczeniu wyszeptał: miałeś wiele szczęścia!
— Dlaczego?
— Ponieważ jesteś człowiekiem i możesz szukać. Róża jest piękna, ale spędza swoje życie róży, nie wiedząc, dlaczego jest piękna, a zwłaszcza... dla kogo...
— Po co szukać, jeśli nie można znaleźć?
— Kto szuka uczciwie, znajduje, lecz ślepiec czasem odrzuca światło, a głuchy nie chce słyszeć słowa.
— Proszę pana — błagałem — niech pan pomoże mi żyć! Odczuwam głód i pragnienie życia, a nie znajduję wcale pożywienia, którym mógłbym siebie nasycić.
Mędrzec nie poruszył się ani nie odpowiedział.
Długie milczenie zaległo w pokoju. Byłem zażenowany i pokaszliwałem, spodziewając się je przepędzić, ale ono rozsiadło się jak stały gość w tym domu. Bardzo szybko poznałem po sposobie, w jaki Mędrzec uśmiechał się teraz pod wąsem, że to milczenie było dla niego czymś więcej niż przyjacielem, może nawet tajemniczą małżonką?
Później pewnego dnia Mędrzec mi to powiedział. Dodał przy tym, że ta małżonka dała jego umysłowi wszystkie dzieci, na które niegdyś hałas nie dawał przyzwolenia. Zobaczysz — mówił do mnie — i ty je pokochasz i poślubisz. Jeśli będziesz mu wierny, przy każdym spotkaniu z nim dasz życie nowym synom.
Wtedy nie rozumiałem tych dziwnych słów. Goniłem bowiem za hałasem i, aby wypełnić nim moją samotność, zabierałem go wszędzie, nawet do łóżka.
Nie przyszedłem tu jednak po to, by oswoić się z milczeniem. Potrzebowałem odpowiedzi i ośmieliłem się nalegać...
— Chcę żyć...
Mędrzec nie pozwolił mi dokończyć. Podniósł głowę i wolno, bardzo wolno wyszeptał: „Nie chodzi o życie, ale o miłość".
Już nic nie rozumiałem, ale nie przyznałem się z obawy, żeby na moje „dlaczego" Mędrzec nie dał takiej odpowiedzi, którą już tyle razy słyszałem, odpowiedzi przypominającej odgłos brutalnie zatrzaskiwanych drzwi: „Jest tak i basta!"
Nie miałem racji. Mędrzec przemówił pierwszy.
— Słuchaj, mój drogi, gdy twoje głody i pragnienia cię prześladują, to jednocześnie sprowadzają cię z właściwej drogi. NIGDY nie będziesz w stanie ich zaspokoić. Gdybyś zgromadził wszystkie pokarmy ziemskie, aby spożywać je do syta, kiedy tylko zapragniesz, pozostałbyś więźniem swego głodu pozbawionym szczęścia. Bo te głody nie są twoimi prawdziwymi głodami. Kryją one bowiem w sobie inne, bardziej uporczywe i bardziej wymagające, które są nieskończone.
Najgłębszym pragnieniem w sercu każdego człowieka, przed pragnieniem życia, jest pragnienie kochania i poczucie, że jest się kochanym. Taki jest prawdziwy głód człowieka.
Mędrzec skupił się i dorzucił prawie szeptem, jakby mówiąc sam do siebie: „nic w tym dziwnego, bo człowiek został stworzony przez miłość i do miłości!"
— Ale życie jest pierwsze — powiedziałem — bo nikt nie może kochać, jeśli najpierw nie jest żywym człowiekiem.
— Nie, nikt nie może żyć, jeśli najpierw nie jest kochany.
... życie jest rzeką, a nie źródłem! A ty...
Zanurzasz się w rzece, płyniesz w niej i zawracasz, lecz rzeka toczy swoje wody pod twoim brzuchem, wymyka się twoim ramionom.
Chciwymi dłońmi usiłujesz pochwycić wodę żywą, ale nie zatrzymujesz w nich nic.
A buntownicze krople przeciekają między ściśniętymi palcami i łączą się ze swoimi oddalającymi się siostrami.
Niekiedy rzucasz się na dziki brzeg, zwiedziony przez kwiat o płomiennej czerwieni,
Ale gdy zmęczony powracasz do rzeki, odkiy-wasz z wściekłością, że popłynęła naprzód nie czekając na ciebie...
.. .a twój kwiat stał się obumarły.
Jeżeli znużony zbytnią walką zatrzymujesz się wreszcie, aby kontemplować swoją rzekę i starać się przeniknąć jej tajemnicę,
Widzisz, jak płynie, ciągle płynie, ale ty nic nie wiesz o niej, ponieważ nie znasz jeszcze ani jej Źródła, ani jej Morza.
Tak i życie. Jeśli ono płynie w tobie, we mnie, w całej ludzkości, to dlatego, że jest synem ŹRÓDŁA, a jego źródłem jest MIŁOŚĆ.
Jeśli chcesz żyć, nie zatrzymuj swojego życia dla siebie. Ono powinno pieścić inne brzegi, nawodnić sobą inne ziemie. Ty zaś biegnij do ŹRÓDŁA!
Jeżeli chcesz życie zachować dla siebie i zamknąć je
w swoim sercu, by się nim cieszyć — stracisz je. Lecz odnajdziesz je, gdy z powodu ŹRÓDŁA zdecydujesz się je stracić.3
... Byłem zafascynowany, ale i podniecony. Kręciło mi się w głowie, jakbym za długo przebywał na słońcu. Rzucałem się. Protestowałem.
— Stracić życie!... ależ ja nie chcę umierać!
— Kto ci mówi o śmierci, mówię ci o życiu!
... nadejdzie dzień, gdy zrozumiesz, że umrzeć to
nie znaczy przestać żyć, ale zaprzestać kochać.
* * *
Podziękowałem Mędrcowi i pożegnałem się z nim. Nie wiedziałem wówczas, czy znów ośmielę się przyjść do niego.
Leżałem wyciągnięty na łóżku. Czułem się źle i na ciele, i na duszy.
Po powrocie z pracy często, jeżeli nie uciekałem z domu, ażeby uniknąć uciążliwych i jałowych sam na sam ze sobą, zatrzymywałem się tam jak opuszczona w porcie barka, która nabiera wodę wszystkimi szparami.
Tego wieczoru usiłowałem zastanowić się.
Blisko miesiąc upłynął od mojej wizyty u Mędrca. Oczarowany i zarazem nieufny nie mogłem się zdecydować na spotkanie z nim. Mój umysł poszukiwał usprawiedliwień, wymówek. Nie godził się na jego słowa. Czy jego odpowiedzi były odpowiedziami na moje pytania? Moje serce było niespokojne. Przeczuwając niebezpieczeństwo, chciało tchórzliwie uciekać. Szeptało cichutko: „A jeśli słowa Mędrca zawierały prawdę?"
Na szczęście moje ciało krzyczało. Było głodne, a ja myślałem tylko o tym, jak znaleźć mu pożywienie.
Najpierw przywołałem hałasy, moich wiernych sojuszników. Przyszli. Zalali mój pokój rytmami i piosenkami. Posiadałem tę magiczną władzę powiększania ich mocy i robiłem to z wściekłością, ignorując sąsiadów.
Nakażę milczenie mojemu ciału i zagłuszę szepty mojego serca!
Osiągnąłem to, ale pozostaję niespokojny, bo czułem, że we mnie nadciągała burza, jedna z tych, których tak bardzo się obawiałem.
* * *
Ta burza była najsilniejsza ze wszystkich, jakie znałem. Spadła na mnie jak cyklon. Wszystko, co od czasu do czasu próbowałem budować na mojej wyspie, kładąc jakby kamień na kamieniu jakieś jaśniejsze myśli, jakieś dobre intencje, które pobudzały moje serce — zostało zmiecione lotem błyskawicy. Miałem wrażenie, że we mnie i wokół mnie nic się nie stało. NIC. Wszystko w ruinach. Co gorsza: PUSTKA i na skraju tej pustki moje bijące serce, śmiertelnie zranione straszliwym uczuciem NIEOBECNOŚCI, jakiegoś BRAKU... Ale braku czego? Kogo?
To była męka.
Czy byłem normalny? Pytałem siebie. Czy może szalony? Ale czy jest szaleństwem poszukiwanie życia? Czy jest szaleństwem poszukiwać, skąd ono pochodzi, dokąd zmierza? Czy to szaleństwo...? — nagle dostrzegłem, że po raz pierwszy postawiłem sobie to pytanie — czy jest szaleństwem szukać, do czego służy własne życie?
... i doprowadzony do ostateczności myślałem: to, co do niczego nie służy, wyrzuca się!
Zamyślałem raz skończyć ze sobą. Czy byłem poważny?
Być może.
Płakałem.
•k "k "k
Płakałem.
Jak długo? Nie wiem.
Dlaczego niektórzy ludzie wstydzą się łez? Za każdym razem — niestety rzadko — gdy moje oczy wypełniały sie łzami, doznawałem ulgi i gdzieś we mnie rozkwitały jakieś nowe kwiaty.
Słyszę, jak w dali jakiś niewyraźny głos przyzywa mnie: „Do stołu!", a ja, o ironio, krzyknąłem: „Nie jestem głodny!"
-k "k "k
Powoli wracał spokój. Ale przy dobroczynnym wietrzyku wślizgiwały się jak szmer słowa Mędrca. Muszę przyznać, że to one nie dawały mi spokoju i z nimi prowadziłem walkę.
Będę walczył dalej!...
Nie, nie oddam życia dla jakiegoś mirażu!
Tak, chciałem żyć i będę szukał życia. Będę za nim gonił. Czy muszę siebie jeszcze ranić? Uchwycę je i tak jak rozgniata się owoc, aby oddał swój sok, tak ja ze wszystkich sił będę je wyciskał, aby wydało mi swoje szczęście.
Wstałem i jednym susem byłem przy oknie. Otworzyłem je, aby przywołać do siebie wszystkie podmuchy wiatru.
To była moja przegrana.
Za oknem ktoś śpiewał piosenkę miłosną. Wślizgiwała się ona na skrzydłach wiatru i dosięgała mojego serca. Zrozumiałem nagle, że wszystkie piosenki opiewały miłość... że wszystkie filmy mówiły o miłości... i że wszystkie powieści opowiadały o miłości... i że wszyscy ludzie...
... Patrzyłem na nich, idących lub biegnących ulicami. Wchodzili do domu, aby odnaleźć swoje miłości, tych, którzy rano kazali im wyjść do miasta, by zarobić na pożywienie. Jeśli niektórzy wychodzili równie szybko zranieni i zawiedzeni, to dlatego, że umierała ich miłość i że szukali jej u innych, którzy się oddają czy sprzedają.
Dziś wieczorem, nieco później, gdy młodzi powracali do swego domu po flircie z miłością, mniemali, że już ją oswoili. Gdy jedne po drugich gasły okna, wiedziałem, że w tych mieszkaniach, dzieci, rodzice, mężowie, żony i samotni, każdy na swój sposób, w swoich marzeniach czy w gestach, w słowach czy w milczeniu, w śmiechu czy we łzach, w modlitwach czy w przekleństwach, w uściskach czy w ciosach — wszyscy usiłowali uchwycić i spożyć choć kilka kęsów miłości...
To miłość każe żyć. Bez niej — zaczynałem snuć lękliwe przypuszczenia — człowiek umiera, ponieważ umiera z głodu.
"k -k
Wychyliwszy się przez okno, spoglądałem jeszcze na ulicę...
Dostrzegłem dziecko, które nierozważnie przechodziło przez jezdnię, a jego matka rzuciła się za nim, by je zatrzymać i ochronić.
Zdawało mi się, że słyszę jej szept: — ale był to głos w moim sercu — „Oddam dla ciebie swoje życie!"
Dostrzegłem jak zakochani całowali się czule. Teraz uśmiechali się i cicho do siebie mówili.
Zdawało mi się, że słyszę ich szept: — ale był to głos w moim sercu — „Oddam dla ciebie moje życie!"
Dostrzegłem mężczyznę, który wyczytał w gazecie: „Drugi uczestnik strajku głodowego niedawno umarł.
Zdawało mi się, że słyszę jego szept: — ale był to głos w moim sercu — „Oddaję swoje życie dla sprawiedliwości i pokoju..."
Przyjąłem nareszcie milczenie, lecz w jego głębi, czy w to uwierzycie, słyszałem wyraźnie pewien głos, a był to głos Mędrca: Widzisz — mówił — miłość jest droższa niż życie!
•k ★
Czy zostałem pokonany? Chyba nie. Ale w każdym razie położyłem się do łóżka uspokojony, niezwykle szczęśliwy.
Zasnąłem i śniłem, że pukam do drzwi Mędrca.
£
Byłem pod drzwiami Mędrca. Tym razem to nie był sen.
Pukałem.
Kilka długich dni wahałem się. Miałem wrażenie, że ustępuję przed kimś czy przed czymś, co było silniejsze ode mnie.
Nie lubię przegrywać.
Przede wszystkim odczuwałem lęk. Paniczny lęk przed wciągnięciem w Bóg wie jaką przygodę na nieznanych ścieżkach, na które nie chciałem wstępować. Żeby dodać sobie odwagi, uważałem się za nędznika. A jednak byłem niespokojny. Co powie Mędrzec po takiej długiej nieobecności?
— Siadaj szybko, mój drogi — powiedział łagodnie — musisz być bardzo zmęczony!
— Dlaczego zmęczony?
— Ponieważ walka z sobą samym wyczerpuje... Wielu ludzi traci w ten sposób niemało czasu i sił. Przez długie lata walczą, ranią się, kaleczą, pozostawiając na drodze strzępy swego życia, podczas gdy daleko ulatuje ich przerażone szczęście.
Inni — co gorsza — nie wiedzą nawet, że w nich toczy się walka. Uczynili wszystko, by się odurzyć, rozerwać, a hałas tej walki nie dochodzi do ich umarłych uszu. Ale wojna w nocy jest jeszcze bardziej okrutna. Ich życie krwawi w milczeniu. Pewnego dnia budzą się wykrwawieni i chwiejni na skraju drogi.
Wiedz o tym, że ci, którzy podejmują walkę i... poddają się, nie należą do najsłabszych, ale na pewno do najdzielniejszych.
Mędrzec długo spoglądał na mnie. Z trudem wytrzymywałem jego spojrzenie, unikając jego wzroku.
Wiedziałem, że czyta w moim otwartym sercu, lecz będąc dumnym, chciałem, żeby dowiedział się o mnie tyle, ile mu sam zechciałem powiedzieć.
Zdecydowałem się mówić i opowiedziałem mu o swoich „burzach", o tych, które nadciągały od dawna, bez grzmotów, podobne do letnich burz podczas dusznych nocy, i o tych, które rozdzierają wszystko ostrzem swoich błyskawic.
•k -łr -fr
Mówiłem, ciągle mówiłem... Więcej niż zamierzałem...
A on słuchał mnie nieporuszony, cały skupiony, a jego cudowne milczenie wyzwalało jedne po drugich uwięzione słowa.
Gdy milczałem, ponieważ słowa zbyt głęboko pogrzebane we mnie nie mogły wyzwolić się spod przytłaczającego je kamienia grobowego, ON CZEKAŁ jeszcze bardziej uważny i kiedy wreszcie dostrzegł, jak się pojawiają na moich wargach, wówczas jedno ze swoich jasnych spojrzeń łączył z moim spojrzeniem, aby przerzucić most od siebie ku mnie...
A ja wciąż mówiłem...
Mówiąc myślałem, dlaczego mało ludzi potrafi słuchać tak jak ten człowiek? Tyle słów gnije w grobach serc, słów i krzyków rzucanych na wiatr i kierowanych do innych serc, a nie do tych, które może odczuwają ich głód.
Ludzie umierają, chociaż nigdy się nie wypowiedzą. Wiedziałem o tym, bo tyle razy chciałem mówić, zwłaszcza, gdy pytano mnie: „Co myślisz?", a ja odpowiadałem... „NIC". Ponieważ widziałem to, jak niektórzy próbowali „zmusić mnie do mówienia", wówczas słowa, które mi „wyrywali", zachowywały we mnie głębokie korzenie. Odrzucali silniejsze i bardziej żywotne, które zapełniały moje serce. Zagłuszony nie widziałem już niczego.
Ale dzisiaj zrozumiałem, że mogę WSZYSTKO powiedzieć Mędrcowi. I to wywołało mój uśmiech.
Dlaczego się uśmiechasz? — zapytał.
— Ponieważ uwolniłem się!
Odkryłeś, mój drogi, głęboką prawdę. Wielu ludzi
współczesnych nie poznaje siebie, ponieważ w swej pysze sądzą, że mogą siebie urodzić. Otóż nikt nie mo-że objawić się przed sobą, jeśli nie objawi się przed kimś innym uważnym i kochającym.
Idź teraz, bo już późno.
Wróć jutro, z kolei ja będę mówił.
I Mędrzec mówił.
Ja zaś słuchałem. Wyzwolony od własnych słów, miałem teraz nieco więcej miejsca w swoim sercu, by przyjąć jego słowa.
— Zrozumiałeś teraz, że miłość jest pierwsza w sercu człowieka i że człowiek jest zdolny do poświęcenia swojego życia, aby żyła miłość. Gdy ty, obolały i zamknięty w swojej wieży z kości słoniowej, znosisz burze, to dlatego, że jesteś SAM niezdolny do mówienia, okrutnie pozbawiony miłości.
Gdyby wtedy wieczorem, gdy tyle cierpiałeś, jakiś prawdziwy przyjaciel przybył do ciebie i podał swoją dłoń i swój uśmiech, i gdyby powiedział do ciebie: „Chodź, potrzebuję ciebie dla siebie i dla innych" — to ile chmur, przyznaj mi, zniknęłoby z twojego rozpogodzonego nieba.
Ale nikt z przyjaciół nie przyszedł.
Samotność ludzi „zamkniętych" jest straszną chorobą, rakiem serca, który nieubłaganie się rozszerza na nasz zatroskany świat.
Patrz:
W monstrualnym mieście stłoczono mnóstwo ludzi, aby żyli razem jak pszczoły w ulu.
Ściśnięci w swoich pudełkach ułożonych w podniebny stos,
Cierpią jak więźniowie, zderzając się tylko na okrężnych drogach.
Rozbite rodziny nie są już żywym ciałem, ich rozdarte członki krwawią nie zagojonymi ranami;
A sami małżonkowie, którzy tak wierzyli, że się kochają...
Są już tylko ponurymi samotnikami,
choć spoczywają w jednym łóżku, ale tylko leżą obok siebie.
Tak wielu samotnych żeglarzy nie mogło znaleźć portu, gdzie można zaopatrzyć się w żywność, i dzielić czyste złoto, czerpane ze szkatuły swego serca!
Płyną na łasce losu miotani wiatrem, rzucając w otchłań nocy swe sygnały alarmowe
Ale kto usłyszy ich wołanie i kto wyjdzie z siebie?
Gdy na zewnątrz zimno, a człowiek tak lubi ciepło!
Ludzie „wyzwoleni" — jak mówią o sobie — ze wszystkich starych tabu
Spodziewali się dzięki swej zręczności i wymowie wejść we wspólnotę braci.
Ale choć ciała wślizgują się na ciała, to jednak chciwcy nie znaleźli ani kluczy, ani drzwi do serc.
Niektórzy milczą boleśnie zamknięci, podczas gdy inni mówią, rzucając swoje słowa w twarz bliźnim,
Lecz w tej samej chwili bliźni rzucają im swoje... a słowa zderzają się ze sobą, toczą się po ziemi i rozbijają się.
Marzyli o spotkaniach, ale jedno i drugie mówiło: chciałam go zabrać do siebie, ale on chciał zabrać mnie do siebie.
... i on, i ona pozostali u siebie połączeni swoim
marzeniem.
A w tym samym czasie:
dzieci płaczą szukając kogoś, kogo mogłyby nazwać „ojcem",
chorzy krzyczą torturowani cierpieniem starcy umierają przędąc swe ostatnie godziny. Płaci się, by ich uspokoić i uspokoić nasze sumienia,
Ale żadna maść, choćby najdelikatniejsza, Nie może zastąpić świeżości pocałunku.
Tak właśnie, mój mały, coraz więcej ludzi zamurowanych w swych śmiertelnych samotniach Pomimo tłumu Pomimo hałasów i piosenek Pomimo wyciągniętych rąk i otwierających się ciał Pomimo dobrych myśli i dobrych uczuć Pomimo swoich walk i zwycięstw dla sprawiedliwości
Pomimo praw i wszystkich przepisów Pomimo nauki i całej techniki Pomimo... WSZYSTKO ludzie nie wyjdą ze swego więzienia,
jeśli nie są kochani i nie potrafią kochać.
— „Mój drogi, ponieważ teraz zaczynasz rozumieć, jeśli chcesz, podejmij wysiłek, aby kochać. Ocalisz braci i ocalisz samego siebie."
Nic nie odpowiedziałem. Bałem się powiedzieć „tak".
Nalegał łagodnie.
— Spróbuj!
Otwórz swoje drzwi dla innych! Nie słyszysz jeszcze ich wołania, ale tak wielu czeka, żebyś przyszedł im otworzyć.
Wyjdź z siebie! Jesteś uboższy o bliźnich, gdy nie wzbogaciłeś się ich życiem, ani nie wzbogaciłeś ich sobą.
Spróbuj i jeśli wreszcie otworzysz, zaręczam ci, sionce wejdzie przez twoje drzwi otwarte na oścież.
Dopóki trzymasz je zamknięte, pozostajesz w nocy;!.
Wówczas nie zastanawiając się dobrze, jak ów spadochroniarz, który rzuca się w przestrzeń na rozkaz instruktora, który go obserwuje — tak ja z powodu SPOJRZENIA Mędrca — powiedziałem: „SPRÓBUJĘ".
A Mędrzec odpowiedział mi: dziękuję!
Dziękuję dla ciebie i dziękuję dla ludzi.
Nie rozumiałem znaczenia tego podwójnego „dziękuję".
Zdecydowałem się. Spróbuję, ponieważ dałem słowo. Spróbowałem raz, drugi, wiele razy... Przyznaję, że doznałem nieco radości. Było to zapewne owo „słońce" zapowiedziane przez Mędrca. Czułem się mniej samotny, mniej udręczony, wstawałem z lekkim sercem. Obawiałem się często przebudzenia. Czasami rano, szczególnie w tygodniu z powodu pracy, dzień wydawał mi się od początku tak ponury i nieatrakcyjny, że marzyłem tylko o chwili, gdy będę mógł znów położyć się i... spać.
Słowem, byłem bardziej szczęśliwy, ale czy nie była to duma z powodu przezwyciężenia siebie? A następnie któż nie wie, jak jest nam przyjemnie na samą myśl o zrobieniu przyjemności! Wreszcie, co wiedziałem o miłości? Moje doświadczenia wydawały mi się tak odległe od tego, o czym mówił Mędrzec!
Ale słowo się rzekło i jeszcze raz dotrzymuję słowa.
Próbowałem oderwać się od siebie samego, zapomnieć trochę o swoich problemach, swoich pragnieniach, aby iść ku bliźnim. A może o to chodziło Mędrcowi?
:i l j 2.11
* * *
