Roman(s) - Piotr C - ebook + audiobook + książka

Roman(s) ebook i audiobook

C Piotr

4,5

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Pożądanie. Czułość. Wariacka miłość. I książę na białym koniu!

O tym marzą kobiety, prawda?

A co gdyby książę okazał się zatwardziałym singlem, który uważa, że dzisiejsze randki noszą znamiona łamania praw człowieka?

Roman emocje czuje głównie wtedy, gdy otwiera arkusz Excela, kroi steka albo patrzy na Pałac Kultury ze swojego apartamentu na 29 piętrze.
Eldorado trwa do momentu, aż jego szef, Chemiczny Ali, wysyła go na przymusowy urlop. W styczniu! Roman walczy, ale nikomu nie udało się jeszcze wygrać z lisicami z działu HR. Rezerwuje więc bilety na Jamajkę.
Jeden telefon sprawia, że zamiast na wyspę z lazurową wodą trafia na zabitą dechami, skutą lodem pomorską wieś. Zamiast luksusu czeka na niego zrujnowana chałupa, w której musi zamieszkać.

Kogo tam spotka?

Czy największa miłość twojego życia może trwać tylko cztery tygodnie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 30 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,5 (276 ocen)
194
48
16
14
4
Sortuj według:
iwonazet

Nie oderwiesz się od lektury

O Boże ! Mam ochotę na taka sama kolacje jaka Roman zafundował pewnej uroczej damie !! Żałuje, ze skończyłam ta książkę w pracy a nie u boku mego lubego 😈
00
ikorkosz

Nie oderwiesz się od lektury

trochę śmiesznie, trochę dramatycznie ale happy endu to się po autorze nie spodziewałem...
00
jagusia27

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Rewelacyjna! Genialna! Mogłabym tak tu och-ować i ach-ować jeszcze długo. Lekka, mega zabawna, prawdziwa. Styl pisania i poczucie humoru Piotra - wyborne! Bardzo, bardzo polecam!
00
Marta198

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
SylaRoyston

Nie oderwiesz się od lektury

Przyznam sie bez bicia😂ze mom ulubionym typem ksiazek sa romanse 🤪ale Książka Piotra C tak mnie zaciekawila ze odrazu biore sie za jego wszystkie pozycje zaczynajac od pierwszej ❤️polecam🫶🏻
00

Popularność




Miłość mojego życia poznałem w styczniu. Coś takiego musiało się skończyć nieszczęściem.

Co można o niej powiedzieć?

O rany.

Że mówi o sobie: „Lekarz wykluczył bipolarność, po prostu jestem zwariowanie zabawna i mam niezwykłą osobowość. Urodziłam się taka. A może wrzucili mnie do silosu z koksem i MDMA”?

Że ma jęzor ostry jak piła łańcuchowa, a spojrzenie jak bazyliszek? To ona wymyśliła zasadę ręcznika:

„W trakcie pierwszego roku związku laska idąca w ręczniku do sypialni traci ręcznik, a później jest seks.

Powyżej trzeciego roku związku jest opierdalana za zostawienie ręcznika na łóżku w sypialni”.

Że tylko z nią można się strzelać na chacie pistoletami na wodę?

Że najpiękniej wygląda nago, kiedy na mnie patrzy?

Że na początku strasznie się nie polubiliśmy???

Całuj. Rozbierz. Drocz się.

Zaczęło się tak.

Grudzień ubiegłego roku spędzałem jak zwykle, czyli w pracy. Pamiętam jak dziś, sprzedawaliśmy akurat producenta odzieży sportowej i usiłowałem dokładnie zbadać, jak się zmieniała sprzedaż w ich sklepach na metr kwadratowy w czwartym kwartale rok do roku (te korporacyjne rozrywki har, har, har), kiedy ktoś zaczął dzwonić tak uparcie, jakby koniecznie chciał się dodzwonić. Zwykle w takiej sytuacji olewałem temat – w końcu był piątek wieczór, w swoim gabinecie w biurowcu nastawiłem delikatny jazz i naprawdę miałem co robić, ale niestety spojrzałem na wyświetlacz.

Odebrałem tylko dlatego, że dzwoniła osoba, od której telefony odbierałem zawsze.

– Halooo… – zaciągnąłem.

– Cześć, żałosny typie. Czy ty jesteś w pracy?

– Oczywiście.

– Przyznaj, masz przed sobą jakieś śmieci, pięćdziesiątkę whisky o dziwnej i skomplikowanej nazwie, a na gramofonie nastawiłeś smętne jęczenie kopulujących waleni.

– To się nazywa Frank Sinatra. Geniusz. I nieprawda – zełgałem, patrząc na rozłożone przede mną papiery. – Już kończę pracę.

– Szanuj się – prychnął. – Wyjdź stamtąd jak najszybciej. Umawiamy się na kolację – zarządził.

– To się umawiaj – pozwoliłem łaskawie.

– Z tobą.

– Naprawdę nie masz lepszych rozrywek?

– Myślałem o zobaczeniu nowego stand-upu Lotka, ale Kaśka stwierdziła, że za dużo czasu spędzam przed monitorem, i postanowiła, że będziesz w sam raz. Więc mnie nie zawiedź.

– Nic z tego, Jo. Muszę…

Tu miał paść przerażająco długi wywód na temat tego, jak bardzo jestem zapracowany, ale mój przyjaciel nie dał mi szansy się rozkręcić.

– Wiem, wiem, te nocne transakcje są wykańczające – uciął.

– Ale… – zacząłem.

– Nie słyszę cię! – zawył. – Zanikasz mi! Tylko rezerwację w Lemingu na dwudziestą zrób! – I się rozłączył. Pieprzony arogant.

Ciężko wzdychając, wyszukałem nazwę restauracji w telefonie.

– Panie Jureczku, da się jakiś stolik zorganizować na dzisiaj? – sapnąłem.

– Komplet mamy, panie Romanie – zafrasował się kelner. – A na ile osób?

Ja, Jo i Kaśka.

– Na trzy – odpowiedziałem.

– Na trzy? – Głos kelnera nagle poweselał. – Na trzy to coś się znajdzie.

Odstawiłem whisky na bok. Jak miałem iść na miasto, to, znając tego albatrosa, lepiej było na trzeźwo. z okna mojego gabinetu na osiemnastym piętrze widziałem jak piątkowa Warszawa szykuje się do weekendu. W biurach wieżowców dookoła zaczynały gasnąć światła, za to coraz większy ruch był w centrum handlowym Złote Tarasy.

Spędziłem jeszcze pół godzinki z liczbami, robiąc notatki na komputerze, w końcu zamknąłem segregator z dokumentami, Zdjąłem air maxy i zacząłem wkładać skórzane buty za kostkę od Zegny.

Jak ktoś się mnie pyta, czym się zajmuję, zazwyczaj odpowiadam, że jestem prawnikiem, który robi w finansach. Ale tak naprawdę to w naszej firmie dorabiamy się na ludzkiej krzywdzie. Pojawiamy się, gdy ktoś się rozwodzi i musi się podzielić majątkiem. Pojawiamy, gdy ktoś jest chory i nie może już prowadzić firmy. Pojawiamy, gdy potomstwo nie spełnia pokładanych nadziei (zaprawdę powiadam wam, to niewiarygodne, jak rodzice całą inteligencję potrafią zachować dla siebie albo przekazują ją w tipsach, niciach do twarzy oraz botoksie).

Kupujemy, unowocześniamy, sprzedajemy za kilka lat drożej jakiemuś inwestorowi branżowemu albo specjalistycznemu funduszowi inwestycyjnemu.

Większość właścicieli, którzy opierdzielają nam za gruby szmal dorobek całego swojego życia, jest z małych miast. Bywa też tak, że dzieci się cieszą na nasz widok. Mówią wtedy: „Panie, od dziecka tylko o tej firmie słyszę, na śniadanie, obiad, kolację. Weźcie ją, wreszcie będzie można w Wigilię o życiu pogadać”.

Takich dużych umów my robimy kilka w roku, ale dla tych ludzi to jest transakcja życia. Robią ją i nagle mogą wydawać pieniądze, które nie mieszczą im się w głowie.

Stałem niedawno przed budynkiem naszej firmy i piłem kawę z plastikowego kubka. Syn właściciela – miał za chwilę dostać czterdzieści pięć milionów euro swojego udziału – rozmawiał z kolegą, gdy obok przejechało nowe porsche. „Widziałeś? – powiedział. – Trzy takie sobie, kurwa, kupię!”.

Komórka znowu wściekle zawyła.

– Jedziesz już? – zapytał Jo.

Spojrzałem na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści.

– Jasne – zełgałem. – Będę za jakieś dziesięć minut.

Jeśli korki będą małe i dobrze docisnę, to uda mi się w piętnaście – pomyślałem.

– Tylko nie bierz samochodu!

– Nawet mi to do głowy nie przyszło – skłamałem.

– Nie masz nic przeciwko, że weźmiemy koleżankę? – W głosie Jo zabrzmiała nędznie ukrywana spiskowa nuta. – Przypałętała się. To jakaś od Kaśki z pracy. JEST MIŁA.

No tak. Mogłem się tego spodziewać. Wpadłem w zasadzkę. Perfidnie od samego początku zaplanowaną.

– I pewnie wolna? – strzeliłem złośliwie, spodziewając się, co teraz będzie. Cztery osoby opowiadające na przemian, jak kiedyś dobrze się bawiły. Później kilka drinków z nią już sam na sam. Odwiezienie taksówką do domu. I zastanawianie się, jak długo po seksie trzeba z nią leżeć w łóżku, zanim będzie można spokojnie wrócić do siebie.

– Wiesz… – W głosie mojego przyjaciela pojawiło się fałszywe oburzenie. – Ja jej o stan cywilny nie pytałem!

– Ziomuś, mnie się już nie chce – odwołałem się do jego uczuć wyższych w nadziei, że da mi spokój.

– Kobiet ci się nie chce? – zdziwił się. – Kobiety są fantastyczne.

– Umawiać się z nimi. Wymieniać setek durnych wiadomości. Dostawać zdjęć cycków i cip. Żeby choć jedna na spotkaniu coś mądrego powiedziała…

– Ta jest mądra. Tak twierdzi Kaśka, a Kaśka jest jak sąd najwyższy, zawsze ma rację. Nie masz prawa do odwołania.

I rozłączył się.

Świnia!

Zadzwoniłem do restauracji, jeszcze raz informując, że jednak będą cztery osoby.

Ja, Jo, jego żona. I jakaś mądralińska.

– Na cztery – zasępił się kelner. – Może być problem…

– Może być ciasno – zasugerowałem.

Kelner nieco poweselał. Nieco.

xxx

Już, już wsiadałem do Ubera, gdy Jo zadzwonił ponownie. Zamiast być adwokatem, powinien się zatrudnić na infolinii.

Odebrałem. Na swoje nieszczęście.

– Nie mów mi, że się spóźnicie – powiedziałem.

– Głupia sytuacja, chłopaku, ale nie możemy jednak wpaść dzisiaj – wystękał zbolałym głosem.

– To dobrze. – Odetchnąłem z ulgą i już sięgałem po portfel, aby dać kierowcy pięćdziesiąt ziko za fatygę.

– Ale koleżanka przyjdzie! – dodał triumfalnie.

No po prostu lis cwaniurka, zdrajca pieprzony. A ja go mam za przyjaciela.

– Wasza intryga jest równie szatańska i skomplikowana jak promocje w Biedronce – wycedziłem.

– Baw się dobrze! – powiedział.

– Żebyś dostał sraczki.

– Podziękujesz później – odparł niewzruszony.

xxx

– Witamy ponownie w Zimnym Lemingu, panie Romanie. Stolik na pana czeka. Na cztery osoby, tak jak pan rezerwował – powiedziała atrakcyjna kobieta przy drzwiach.

– Będą dwie – zauważyłem markotnie.

Zimny Leming to nie jest najgorsze miejsce na randkę. Przyćmione światło, muzyka dyskretna, tak aby ludzie przy stoliku mogli porozmawiać, ale na tyle głośna, aby inni nie słyszeli, co mówią. Na sali kelnerzy, obsługujący według starego, jeszcze przedwojennego, sznytu.

Mimo to czułem się lekko zakłopotany i naprawdę wkurzony na przyjaciela, który celowo wmanewrował mnie w tę padakę. Dobrze wiedziałem, co mnie czeka. Godzina, albo i dwie, głupawej rozmowy. Obie strony będą wypowiadać sekwencje, które recytowały już dziesiątki, jeśli nie setki razy. Całość równie przyjemna jak masturbacja papierem ściernym.

W Warszawie jest mnóstwo singielek, które są wykształcone, zaradne, mają wyrobione na siłowni tyłki, dobrą pracę, własne, czyli banku, mieszkanie i kilka kompletów kurewskiej bielizny. A ponieważ żyjemy w świecie, gdzie w miarę ogarnięty facet może kosić kobiety niczym kosiarka trawę, nigdy nie było tak łatwo zaliczyć jak teraz.

Kobiety nigdy nie były tak chętne.

Mężczyźni nigdy nie byli tak puści.

Randki przypominały więc wypad do restauracji typu all you can eat. Wchodzisz, wyciągasz łyżkę ze spodni i bierzesz, co ci się żywnie podoba. Sprawa jest prosta. Poznaj. Przerób. I zostaw.

W rzeczywistości kryły się za tym tylko pustka i samotność.

Jakby ktoś mnie pytał o zdanie, powiedziałbym, że dzisiejsze randki noszą znamiona łamania praw człowieka.

Odmawiałem udziału w tym cyrku, jak tylko mogłem. Do dzisiaj. Ale przynajmniej się najem.

Kelner zaprowadził mnie do stolika, takiego jak lubię, w kącie sali. Zanotowałem w głowie, aby dać mu naprawdę porządny napiwek.

Kobieta akurat siadała przy stoliku.

Najpierw zobaczyłem długie blond włosy, szczupłą sylwetkę, odzianą w czarną sukienkę. Kobieta podniosła na mnie wzrok. Wyglądała na zmęczoną po tygodniu pracy i nie kryła tego nawet gruba warstwa tapety.

Takie sześć i pół na dziesięć. Nic specjalnego.

Przypomniał mi się dowcip, jak to facet poszedł na randkę w ciemno. „Umówiliśmy się w kawiarni. Jak ją zobaczyłem, to przysiadłem się do jakiegoś faceta i powiedziałem: Obejmij mnie. Później ci powiem dlaczego”.

Trochę mnie to rozbawiło. Jesteś złym człowiekiem – skarciłem w głowie sam siebie.

– Cześć – przywitałem się. – Mam nadzieję, że nie czekałaś za długo.

– Nie. – Zerknęła na zegarek. – Jesteś właściwie przed czasem. Rita.

– Roman.

To prezentację pretendentów mamy za sobą.

– Będziesz tak stał? Czy czekasz na pozwolenie, aby usiąść?

Usiadłem.

Durne rozmówki wlokły się nieznośnie. „Ale nas wrobili, co?” „Tak, tak, bardzo zabawne”. Niech tylko dorwę Jo, to mu jaja urwę, tak dla zabawy. Jednak im dłużej przypatrywałem się Ricie, tym bardziej dostrzegałem, że kobieta coś w sobie ma, i oceniłem ją trochę zbyt pochopnie.

Pańciowaty strój nie był w stanie ukryć całkiem niezłej figury i intrygujących krągłości.

– Więc jesteś znajomym Wielkiego Jo – stwierdziła.

– Studiowaliśmy razem. A ty?

– A ja nie. Pracuję z Kaśką – odpowiedziała rezolutnie.

– Ja dla odmiany z nią nie pracuję.

Jeden – jeden. Imperator miejskiego podrywu, kurwa mać.

Kelner przyniósł menu.

– Czarek, na mój rachunek proszę.

Rita spojrzała na mnie koso.

– Jesteś bogaty?

– A co to za pytanie?

– Chcę wiedzieć, co mogę zamówić, skoro stawiasz.

Ha! Całkiem sprytnie. Ale jeśli to psiapsia Kaśki, to znając życie, wie już o mnie wszystko.

– Na co tylko masz ochotę. Nie splajtuję od tego. Co macie dzisiaj dobrego? – zapytałem Czarka.

– Na przystawkę polecam ostrygi.

– Świeże?

– Oczywiście – obruszył się. – Dzisiaj przyjechały, polecam z cytrynką i sosem winegret.

– Dla pani również?

– Ja poproszę… – Zajrzała w kartę. – Sałatkę z kozim serem. No co się tak lampisz? Jestem wege, do ust biorę tylko bakłażany.

– A pan, panie Romanie?

Miałem ochotę na porządny kawał wołowiny.

– Côte de boeuf.

Rita spojrzała na mnie koso.

– Jak możesz jeść krowę? – zapytała. – Czy wiesz, że w Polsce mieszka ponad sześć milionów krów? Jeżeli są hodowane na mięso, zazwyczaj giną przed ukończeniem drugiego roku życia. A mogłyby żyć dwadzieścia pięć lat! Wiesz, że unieruchomionej krowie przystawia się do głowy pistolet? A nieprzytomna jest wieszana za nogę głową w dół? Wtedy podrzyna się jej gardło, by spuścić dwadzieścia litrów krwi.

– To wołowina z Argentyny – wyjaśniłem.

Zmarszczyła brwi.

– Jedna dorosła krowa produkuje pięćset litrów metanu dziennie, a piętnaście procent gazów cieplarnianych jest wytwarzane przez bydło – odcięła się.

– Tylko medium rare. I nie żałujcie masła – rzuciłem pośpiesznie do kelnera.

– Trzeba piętnaście i pół tysiąca litrów wody, żeby wyprodukować kilogram mięsa!

– Rozumiem – przyznałem. – Aczkolwiek uważam, że jeśli nie zamówię tego mięsa, to ta krowa dalej będzie martwa. Nie dokona się tutaj akt zmartwychwstania.

– Napędzasz popyt – burknęła.

– Jesz sałatę z kozim serem. To też napędza popyt. Na hodowlę kóz.

– Jem sałatę z kozim serem, bo tutaj nie ma nic innego w karcie.

– Okej, wiem, mięso się za dziesięć, piętnaście lat skończy – przyznałem. –Zamiast steków będziemy jeść kotlety z szarańczy. Ale teraz, póki jeszcze mogę, chcę się nacieszyć kawałkiem możliwie krwistej wołowiny. Kiedy jem stek, czuję, jak ślina pojawia mi się w ustach.

– I co z tego? – Na jej twarzy pojawiła się widoczna irytacja.

– Czy jak rozrywasz na kawałki liście sałaty, masz to samo?

– Tak. A gdzie twoje dobre maniery?

– Jak wyszedłem z jaskini, już ich nie było – burknąłem.

Ja chyba nie potrafię już rozmawiać z kobietami – pomyślałem.

Rita nie chciała wina, stwierdziła, że ma potwornego kaca po wczoraj. Zamówiła więc setkę wódki z mieszanką soków i palemką. I nastąpiła chwila ciszy.

– Możesz rozmawiać jak człowiek czy będziemy się tak kręcić w kółko? – zapytała.

Ja jebię, jaka agresywna. Menopauzę ma?

– Co masz na myśli? – zapytałem ostrożnie.

– Nic nie świta?

– Mnie ma coś świtać? Prozą poproszę, mężczyźni są tępi jak grabie.

– Dobra, ja zacznę. Jestem Rita. Jestem ponura, nieśmieszna, jestem feministką i na dodatek pracoholiczką. Idealne jest moje ciało, co do reszty możemy dyskutować. Wkurwiam się na wszystko, bez względu na to, czy mam okres, czy go nie mam. Sukowaty wyraz twarzy to mój znak rozpoznawczy. Wiem, jak zniechęcić do siebie ludzi w mniej niż dziesięć minut. Nie pracuję w zawodzie, bo skończyłam beznadziejne studia, po których można tylko robić karierę w korpo. Nie mam kota, ale jak tak dalej pójdzie, to go sobie kupię. Jeszcze niedawno dużo umawiałam się przez Tindera, ale to dało mi tylko tyle, że praktycznie całkiem zniechęciłam się do facetów. Aha, jesteś drugim prawnikiem w życiu, z którym się spotykam.

– A ten pierwszy jak skończył? – zainteresowałem się.

Skoczył z mostu? Wstąpił do klasztoru? – dodałem już w myślach.

– Na studiach byłam mocno spłukana, poszłam na randkę z kolesiem. Zamówił sobie dwa piwa, przekąski. Ja dzielnie o wodzie siedziałam, bo może będzie chciał dzielić rachunek. Jak poszłam do łazienki, to uciekł z knajpy i jeszcze zabrał mi paczkę fajek. Sprawdziłam niedawno, został adwokatem – wyjaśniła.

– Przyznaję, że miał wybitne kwalifikacje do tego zawodu – chrząknąłem.

Kelner przyniósł wino. Spróbowałem i pokiwałem głową z aprobatą.

– A jaki ty jesteś?

– Jestem Roman. Jestem pracoholikiem. Sprzedaję i kupuję firmy. Podnoszę i opuszczam deskę. Zwierzęta mnie lubią. Chyba – dodałem po zastanowieniu.

– Co robisz w wolnym czasie?

– Kilka rzeczy. Staram się podciągnąć trzydzieści razy w serii. Zapominam o tym, że się starzeję. Piję wino. Parę miesięcy temu miałem problemy ze spaniem. Ale dobra informacja jest taka, że CBD i wino działają. – Podniosłem kieliszek. – A ty?

– Śpię – odpowiedziała z rozmarzeniem. – Jak mogę, to dwadzieścia godzin na dobę. Bo w tygodniu to po pięć. Randki?

– Unikam. Randki są najgorsze. Randki psują cały flow.

Podniosła na mnie wzrok, ewidentnie zaintrygowana.

– Zgadzam się – przyznała. – Randka w wieku trzydziestu kilku lat jest jak grzebanie w śmietniku. Facet się tylko przechwala, czego to on nie ma. Zero osobowości, tylko lista jego przedmiotów i on jako gratis do tego. A ty kogo szukasz? Dwudziestoparolatki do łóżka, która będzie ci mówić, jaki jesteś cudowny, i będziesz mógł jej kupować torebunie? Mamuśki do niezobowiązującego bzykania? Jaki jest twój typ?

– Analizowałem ten problem jakiś czas temu. Pół życia przekonywałem sam siebie, że lubię inteligentne, wrażliwe kobiety. Ale przejrzałem swoje eks i wyszło, że wszystkie łączy jedna rzecz… – powiedziałem to maksymalnie złowieszczo, stopniując napięcie.

– Cycki czy tyłek? – zapytała.

– Cycki. Od tej pory stwierdziłem, że dokonuję fatalnych wyborów i lepiej sobie zrobić przerwę.

– Może i lepiej. Jesteś chodzącą obrazą dla wszystkich kobiet. Dziaders, seksista i dzban jednocześnie. Na jakim wykopalisku cię znaleźli, co?

– Jestem najgorszy – przyznałem. – A ty?

– Jestem chodzącym ideałem. Wzorem łagodności. Boginią ogniska domowego.

– Jak rozumiem, czekasz na księcia z bajki.

– Książę z bajki zbyt często okazuje się być tępym chujem. Poza tym zamiast całować śpiącą królewnę, pewnie by ją szarpnął za ramię i powiedział: „Wstawaj, trzeba coś do żarcia zrobić”.

– Rozumiem. Chcesz wyjątkowego łagodnego dżentelmena, który jednocześnie będzie w stanie klepnąć cię w tyłek. Lubiącego dzieci i zwierzęta. Dobrze zarabiającego, ale jednocześnie poświęcającego ci dużo czasu. Innymi słowy: jednorożca.

– Już miałam jednorożca – wyznała. – Kiedyś przyczepiłam facetowi dildo do czoła. Najzabawniejsze, że zrobiłam to tak, że później miał siniaka, jakby dostał piłką między oczy.

Słysząc to, prychnąłem czerwonym winem, tak że kilka kropel poleciało w jej kierunku, lądując na twarzy i rękach.

Spiorunowała mnie wzrokiem.

– Przepraszam.

– Idę do łazienki – warknęła.

Rita poszła, więc mogłem rozkoszować się jedzeniem w milczeniu. Stek był jak zwykle kozak. Jedząc, rozglądałem się po Lemingu. Obok siedziała blond pani, model dubajówka. Swoją drogą ciekawe, czy w Polsce jest tylko jeden chirurg plastyczny, czy wszyscy kończą te same wieczorowe kursy. Pani popijała drinka z jakimś panem, który bardzo długo i namiętnie się produkował, ale jak na mój gust to nudziła się straszliwie.

Przynajmniej nie cierpiałem w samotności.

Pan po wygłoszeniu kolejnego monologu wstał i poszedł do łazienki. Pani pociągnęła drinka ze szklanki, wyjęła telefon, odpaliła Tindera i zaczęła swipe’ować.

Cóż za piękna metafora dzisiejszych czasów – pomyślałem.

Ludzie powtarzają: Biorę ciebie za żonę/męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci. A w głowie: Tak, nie wiem, może, a z tą śmiercią to też się jeszcze zobaczy, czy nie będzie w okolicy kogoś ciekawszego.

Pomysł Jo ze spotkaniem był bez sensu.

Ta Rita w sumie mnie nawet bawiła. Ale po co mi kolejna poraniona przez wielkie miasto kobieta?

Kiedy wróciła, pośpiesznie zawołałem Czarka i zapłaciłem rachunek, zostawiając mu stówę napiwku. Przynajmniej niech on się dobrze bawi.

Zamówiłem Ricie taksówkę.

– To była beznadziejna kolacja – powiedziała, kiedy się żegnaliśmy.

– Potworna – zgodziłem się ochoczo. – Nie róbmy tego więcej.

– Naprawdę? – prychnęła. – Tylko tyle wystarczy, aby cię zniechęcić?

W tym momencie naprawdę się zdziwiłem.

Ale Rita trzasnęła drzwiami i pojechała do domu.

Mogłem w spokoju wrócić do moich segregatorów. Gdybym wtedy wiedział, ile z nią będzie jeszcze kłopotów…

xxx

– Chodź na burgerka.

– Nie idę – warknąłem. – Każde wyjście z tobą kończy się chlaniem. Do kina? Chlanie. Na basen? Chlanie. Na siłownię? Piwko regeneracyjne. To bym ci jeszcze wybaczył, ale umawiasz się, nie przychodzisz i zostawiasz mnie z jakąś obcą babą.

– I jak było? – Jo szczerze się zainteresował.

– Zabiję cię – burknąłem.

– Ładna dupa?

– Ma fantastyczną osobowość.

– Czyli uważasz, że jest brzydka – uznał.

– To atrakcyjna kobieta.

– Przeleciałeś ją?

– Czy mężczyzna może powiedzieć o kobiecie, że jest atrakcyjna, bez podtekstu, że chce zabrać ją do łóżka? – zapytałem.

– Nie. – Siorbnął jakiegoś płynu. – To o co chodzi?

– Nie znoszę samozwańczych księżniczek.

– Myślałem, że ci się spodobała.

– Chciałem być miły – warknąłem, bo Jo zaczynał mnie wkurzać.

– To porządna dziewczyna.

– Skąd wiesz?

– Żona mi mówiła.

– No, skoro żona ci mówiła, to jest to faktycznie najlepsza rekomendacja.

xxx

W niedzielę obudziłem się z potwornym kacem. Jak zwykle usiłując odtworzyć wydarzenia poprzedniej nocy.

Byliśmy na basenie. Później w saunie.

Następnie poszliśmy do Między Bułkami, gdzie zjadłem burgera z jalapeño. Do tego było jakieś piwo. Następnie Dom Whisky, gdzie piłem Negroni i patrzyłem na kociaki, których było tutaj naprawdę dużo. Patrzeć jeszcze lubiłem. Wieczór skończyliśmy na koniaku w Bristolu.

Teraz jednak coś mi nie grało.

Raz – bolał mnie penis. Dwa – tyłek. I to nie pośladki. Bolała mnie jego centralna cześć. W sensie odbyt. Szczerze mówiąc, to piekł jak cholera.

CO JA ROBIŁEM, DO NĘDZY, WCZORAJ WIECZOREM I CZY KTOŚ POSUWAŁ MNIE W TYŁEK???

(Jeśli budzisz się rano z prezerwatywą w tyłku po spotkaniu z kolegami, to znaczy, że już nie masz kolegów).

Czy to była pigułka gwałtu??? Dlaczego ja nic nie pamiętam???

Poszedłem ostrożnie do toalety.

Wysikałem się. Znowu zapiekło. Poczułem się zaniepokojony nie na żarty. Obejrzałem dokładniej swoją końcówkę, która była starta, jakbym nią piłował gwoździe, wbijał drewno, ewentualnie wystąpił w półtoragodzinnym filmie pornograficznym w głównej roli męskiej.

Teraz błyskawicznie dotknąłem tyłka, po czym podskoczyłem jak oparzony. Czy ja mam hemoroidy? Czy coś mi krwawi z dupy? Bo piecze, jakbym się podcierał papierem ściernym.

Spojrzałem na półkę nad prysznicem i… zmartwiałem.

Spłynęło na mnie olśnienie.

Dwa lata temu na gwiazdkę od jednego z naszych kontrahentów dostałem kartę do sieci drogeryjnej Douglas opiewającą na pięćset złotych polskich.

Któregoś styczniowego popołudnia poszedłem do sklepu i za te pięćset złotych kupiłem trzy, a może cztery kosmetyki firmy Clarinis – w każdym razie musiałem do tego biznesu dopłacić trochę ponad stówę.

Bardzo piękna pani blondynka długo opowiadała na temat ich fantastycznych zalet, a ja zapamiętałem tylko tyle, że dekolt miała bardzo głęboki i pięknie się nachylała, podobnie zresztą jak pachniała.

Później wśród tych kosmetyków znalazłem peeling do ciała dla mężczyzn. Otworzyłem, powąchałem.

Konsystencją przypominało galaretę z piaskiem i było w tubie. Uznając oględziny za zakończone, walnąłem ów wynalazek w kąt prysznica. Wyszedłem z założenia, że na razie mi się nie przyda, ale skoro już zainwestowałem, szkoda by było to cudo wywalić do śmieci.

To był oczywiście błąd.

Tuba leżała półotwarta. Obok pustego opakowania do żelu pod prysznic, który miałem wymienić jakieś trzy dni temu i mi się nie udało.

W nocy zrobiłem sobie peeling fiuta i odbytu. A ten piasek, te ziarna utkwiły dokładnie tam, gdzie nie powinny. Fuck.

Wyszedłem z łazienki krokiem kowboja. Z szeroko rozstawionymi nogami.

xxx

Dzień upłynął właściwie niezauważalnie. Dużo liczyłem. Trochę sprawdzałem umowy. Jutro był poniedziałek, musiałem się przygotować do pracy.

Patrzyłem przez okno na centrum Warszawy. Ten widok jeszcze mi się nie znudził. Mój blok ma pięćdziesiąt dwa piętra. I jest trochę większy od tego z wielkiej płyty na Muranowie, gdzie się wychowałem. Mieszkało tu z pół tysiąca ludzi. Których nigdy nie poznam, a większości nawet nie zobaczę.

Okej, znałem swoich bezpośrednich sąsiadów. Na moim dwudziestym dziewiątym piętrze mieszkało pięciu spekulantów, którzy się dorobili na kryptowalutach. Kupili wielkie apartamenty i siedzieli w nich, patrząc w podobne do mojego, wielkie monitory i handlując czymś, o czym większość śmiertelników nie miała pojęcia.

Spotykaliśmy się czasami koło windy. Mówiliśmy sobie cześć. Ja szedłem w garniturze, oni w dresach, sportowych butach i czapeczkach. Z jednym z nich uciąłem sobie kiedyś pogawędkę.

Powiedział mi wyraźnie rozbawiony: „Nie mam życia, nie mam kobiety, zadaję się z prostytutkami, regularnie przyjeżdża do mnie dealer, pracuję po nocach, a ludzie do mnie piszą, że tak mi zazdroszczą”.

Prawda była taka, że uwielbiałem to mieszkanie. Kuchnia otwarta na salon. Można było w niej jeść serek z rzodkiewką i patrzeć na Pałac Kultury i Nauki.

W salonie duża, skórzana kanapa, jaką zawsze chciałem mieć (niedługo takie rzeczy będą konfiskować), wygodny fotel, telewizor i naprawdę niezły sprzęt grający. Sypialnia z małym kątem do pracy. W sumie osiemdziesiąt sześć metrów. Wpakowałem w nie całą kasę, jaką miałem i jakiej jeszcze nie miałem.

Kiedyś zrobiłem tu sylwestra na sześćdziesiąt osób, a w jego trakcie o trzeciej tańczyłem poloneza z przewodniczącą Wydziału Rodzinnego i Nieletnich jednego z warszawskich sądów. Oboje byliśmy w togach.

Oczywiście, że nie na trzeźwo.

Kto tańczy o trzeciej rano poloneza z sędzią, na dodatek w todze, bez udziału białego i czerwonego wina, wódki, a na koniec butelki szampana? Nikt, po prostu nikt.

Ludzie wchodzą do pustego mieszkania i zastanawiają się, czy to wolność czy samotność.

Dla mnie to zawsze była wolność.

Żyjesz całe życie sam.

I umierasz sam.

Ludzie się łudzą, że jest inaczej.

Zjadłem na kolację solidną porcję twarogu i dwa jajka na twardo, po czym zrobiło mi się siebie żal, więc nalałem sobie kieliszek białego wina.

xxx

Ponieważ byłem sentymentalny, w swoim gabinecie trzymałem tylko jedno zdjęcie. Był na nim Burger King na rogu Oboźnej i Krakowskiego Przedmieścia. Śmierdziało tam tłuszczem i starymi frytkami.

Ale my mieliśmy stały stolik, gdzie omawiało się wyniki kolokwiów, mecze Legii Warszawa, biusty koleżanek z roku i szczególnie udane partie brydża.

– I co, zaliczyłeś?

– Tylko pomacać się dała.

– Z cywilnego, baranie.

Jak ktoś miał akurat pieniądze, to kupował frytki dla wszystkich. Na więcej nie było kasy, poza tym pieniądze były potrzebne na poważne sprawy, czyli alkohol.

Na tej kamienicy jest tablica pamiątkowa, że w tym miejscu Warszawy mieszkał Stanisław Wokulski, bohater Lalki Bolesława Prusa.

Siedziałem ostrożnie na krześle. Wszystko zawsze goiło się na mnie jak na psie, toteż podrażnienia na tyłku były już prawie całkiem okej, ale wolałem – uwaga, kretyński dowcip – dmuchać na zimne.

Telefon na biurku zadzwonił, odebrałem.

Celowo odebrałem. Żeby młodemu mężczyźnie siedzącemu na niewygodnym krześle przede mną dać trochę czasu na zastanowienie.

Siedział i się pocił.

Normalne. Miał się pocić i kruszeć. To też normalne. Przez całe życie zmierzał w tym kierunku, a teraz była decydująca chwila.

– Panie Romanie, pan wie, dlaczego dzwonię. – W słuchawce zabrzmiał stalowy głos. – Ma pan trzydzieści osiem dni urlopu.

– No ale dwadzieścia sześć liczy mi się z tego roku – spróbowałem.

Nie lubiłem opuszczać biura na dłużej niż kilka dni.

Głos w słuchawce dalej był nieubłagany.

– Ma pan trzydzieści osiem dni zaległego urlopu i jeśli pan go nie wykorzysta, to roszczenie przepadnie.

– Pani Marysiu, ja się jeszcze odezwę, spotkanie rekrutacyjne mam – chrząknąłem, po czym się rozłączyłem.

Spojrzałem jeszcze raz na mężczyznę, z satysfakcją odnotowując kroplę potu na jego skroni.

Ubrany był schludnie: w szary garnitur i krawat porządnie zawiązany w węzeł windsorski. Buty też miał czyste. Otaksowałem go nieco przychylniej. Potencjalnego pracownika najłatwiej było ocenić po butach. Od razu widać, czy przywiązuje wagę do szczegółów.

Chłopak, zgodnie z kwitami, które leżały przede mną, miał dwadzieścia siedem lat. Skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, później ekonomię na dobrej uczelni w Anglii, był właśnie na aplikacji, dobrze wypadł na testach predyspozycyjnych, a u mnie znalazł się tylko po to, abym sprawdził, jakie robi wrażenie i czy będzie pasował do teamu.

Widziałem, że się boi, sam zresztą siedziałem na podobnym fotelu piętnaście lat temu i też się bałem.

W Warszawie było bardzo dużo młodych, ambitnych osób, tyle że za tymi ambicjami niewiele więcej szło. Od dzieciństwa mieszkali na zamkniętych osiedlach. Wszędzie ktoś ich woził i odbierał. Owszem, zobaczyli wcześniej wiele rzeczy, które ja nadrabiam przez całe życie. Byli za granicą, znają więcej języków, zaliczyli Erasmusa (chciałem, ale jak na trzecim roku dostajesz propozycję pracy, dzięki której możesz się uniezależnić od wszystkich, to właściwie nie masz wyjścia).

Ale też nie wiedzą, jak to jest, kiedy jesteś przyparty do muru. Musisz zapłacić za wynajętą chatę albo cię z niej wywalą. Musisz zarobić kasę albo zdechniesz z głodu, bo starzy ci nie dadzą. Zawsze mają spadochron. Zawsze wiedzą, że ktoś ich wesprze. To pomaga, ale i ogranicza. Trochę im zazdroszczę tego, że mają bardziej wyjebane na pracę i życie.

Ale kiedy wybija osiemnasta, ich już w firmach nie ma. Dlatego ich nie potrzebujemy.

Ten chłopak był jednak inny. Ze starannie przygotowanego profilu psychologicznego wynikało, że kiedy słyszał, że czegoś nie potrafi, to żarł asfalt, ale się nauczył. Że wierzył tylko osobie, która mu mówiła, że jest do dupy. I tylko taką osobę szanował.

Nie wiedziałem, czy był za mało kochany w dzieciństwie, czy ktoś zabierał mu kanapki z plecaka w podstawówce. Pewnie w grę wchodziły tu jakieś problemy z ojcem. Nie moja sprawa. Nie robiłem za terapeutę.

Wiedziałem jednak, że kompleksy to bardzo dobre paliwo rakietowe.

– Mogę do ciebie mówić po imieniu?

– Oczywiście – przytaknął skwapliwie.

– To nie jest łatwa praca, Bartłomieju – powiedziałem powoli. – To nie jest praca od dziesiątej do osiemnastej. Ale jeżeli się sprawdzisz, za pięć, może za trzy lata obsypiemy cię kasą.

Drgnął. A jednak. To zawsze działa.

– Nie żartuję – dodałem.

I nie żartowałem.

– Masz żonę?

– Dziewczynę – odpowiedział.

– Kupisz jej, co tylko będziesz chciał. Torebki po dziesięć, piętnaście czy pięćdziesiąt koła? Guczi sruczi, nie będzie problemu – stwierdziłem beznamiętnie.

I będziesz ją oglądał przez pięć minut dziennie i trzy godziny w weekendy. Ale tego już nie dodałem.

– Widzisz ten garnitur? – Wskazałem na swoją marynarkę. – Był szyty na Savile Row w Londynie.

Miałem zwykły, dopasowany do mojej sylwetki garnitur, ale nie sądziłem, aby młody zauważył. Włożyłem go tylko dlatego, że najmniej ocierał mnie w kroku.

Poza tym chciałem zabrzmieć przekonująco, a nie prawdziwie.

– Zapytaj, czym jeżdżę.

– Czym pan… Yyy… Eee… Czym jeździsz?

– Lexusem. I jest to najtańszy samochód na tym piętrze.

Chłopak poczerwieniał.

– Posłuchaj mnie, Bartłomieju – powiedziałem łagodnie. – Tu nikogo nie obchodzą starania. Człowiek w życiu jest skuteczny albo nie jest skuteczny. Jeśli nie jest, to znaczy, że jego wiedza o świecie i o życiu jest nieaktualna. U nas możesz mieć szacunek, możesz mieć pieniądze, możesz być doceniany i rozumiany.

Zamilkłem na moment. Celowo. Wstałem.

Napięcie miało wzrosnąć.

Zapiąłem marynarkę, podszedłem do niego i położyłem mu dłoń na ramieniu.

– Witaj w rodzinie, młody. Tylko nas, kurwa, nie zawiedź.

xxx

Nad Warszawą znowu zaczął padać śnieg, w mieście pizgało lodem. Okna mojego gabinetu wychodziły na Jana Pawła II. Mniej więcej sto metrów dalej, przy światłach na rogu Chałubińskiego i Alei Jerozolimskich gromadziły się wieczorami tanie prostytutki.

Z wyeksponowanymi nogami, z grubym makijażem. Widząc samotnych mężczyzn, zaczepiały ich, proponując odrobinę rozkoszy i niewątpliwego trypra.

Szedłem tam ostatnio i usłyszałem od jednego wąsacza w typie wyborcy Konfederacji, jak sapnął z oburzenia i wypalił do czekającej tam kurtyzany:

– Sto pięćdziesiąt złotych za loda na pigalaku? To jakiś żart!

– Wszystko drożeje, a żyć jakoś trzeba – odpowiedziała niezmieszana kobieta i poprawiła włosy, ciągle czarne i gęste, ale dawno niemyte.

Inflacja.

Mój telefon zapikał, informując o esemesie.

Numer był mi nieznany.

„Może wpadniesz do mnie w piątek? Na Netflix and chill. Zobaczymy jakiś fajny film. Rita”.

Westchnąłem ciężko. Nie dałem jej swojego numeru.

Wyjaśnienie zagadki było nawet dla mnie dość proste. Jo był tu tylko transmiterem. Podejrzewałem robotę Kaśki, która jak widać wpadła na głupi pomysł, aby choćby skały srały, spróbować nas wyswatać.

Jak odmówię, to nic nie powie, ale się obrazi.

A w dupę będzie bity Jo.

Co więc robić?

Mogę wpaść obejrzeć ten film i się stamtąd zwinąć. A kiedy mnie znowu zapytają, jak było, odpowiem, że nie pykło, że się staraliśmy, ale z tego na pewno nic nie będzie. To tylko dwie godziny życia, po których czeka mnie ocean spokoju.

Co nie zmienia faktu, że cała sytuacja wydawała mi się rażącym naruszeniem strefy prywatnej.

Odpisałem zachowawczo: „Jasne. Jeśli tylko coś nie wybuchnie mi w pracy. Co mam przynieść?”.

Rita odpowiedziała dwie minuty później: „Siebie”.

Ten tydzień zaczął się źle.

xxx

Na jedenastą zaplanowana była nasiadówa. Kiedy wszedłem do konferencyjnej, wszyscy już siedzieli, tylko Jaro, czyli nasz szef, stał. Widywałem w swojej pracy adwokatów, którzy zarabiali gigantyczne pieniądze i chodzili ubrani niczym dziady proszalne, widywałem luksusowe kancelarie, w których z trudem co miesiąc starczało na pensje dla pracowników, przedsiębiorców, którzy prezentowali się tak, że człowiek miał wrażenie, że za chwilę poproszą o dwa ziko, a na koncie mieli setki milionów złotych, raz nawet załatwiałem kupno firmy modowej dla pani lekkich, ale bardzo drogich obyczajów (płacił jej sugar daddy). Która na koniec włożyła mi do kieszeni w marynarce swoją wizytówkę. A wyglądała jak dama.

Jaro prezentował się z kolei jak jowialny wujek na weselu, który i kawał opowie, i w dupę uszczypnie. Jakby był cały zrobiony z pluszu.

W firmie mówiliśmy jednak na niego Chemiczny Ali. Ksywa wzięła się stąd, że tylko on był w stanie pociągnąć z klientami ścieżkę długości stołu, która powaliłaby konia.

Uczciwie rzecz biorąc, pić też jednak potrafił.

W firmie takiej jak nasza od pewnego stanowiska najważniejsze było przyprowadzanie nowych klientów. Jak byłeś partnerem, to pracowałeś wieczorami. Na kolacjach, na balangach.

Z Alim imprezowało się wybitnie. Od razu budził zaufanie. Jeśli jednak ktoś mu zaufał, to sam był sobie winien. Bo Ali to taki typ, że przed przywitaniem trzeba było liczyć palce i pilnować, żeby po uścisku dłoni zostało tyle samo.

Ludzi traktował dość użytkowo.

Kiedy jedną z jego sekretarek rzucił facet i przyszła do pracy przybita i z oczami pełnymi łez, podszedł do niej i uśmiechnięty wypalił, że to oczywiście przykre, ale trzeba w życiu iść dalej. Zrobił z nią rundę po piętrze, zachwalając: „Hej, mamy tu fajną singielkę! Czy są jakieś fajne chłopaki, żeby się z nią umówić?”.

Dziewczyna prawie umarła z zażenowania.

Życie dopisało do tego nieoczekiwany scenariusz.

Przyszedł do niej jeden z informatyków, który od dłuższego czasu zbierał się na odwagę. I zaczęli razem wychodzić. Czyli Ali w sumie miał rację. Choć dla niego kluczowe w całej sytuacji było to, aby dziewczyna przestała myśleć o swoim życiu prywatnym i wróciła zadowolona do roboty. Każdy związek to na koniec tylko transakcja wiązana. Nie ma znaczenia z kim, liczy się status i ile można na tym zarobić.

xxx

Usiadłem pośpiesznie w kącie na jedynym wolnym fotelu.

Ali rozejrzał się badawczo.

– Panowie. I panie – sapnął. – Jestem wami głęboko rozczarowany.

No tak.

Jego oczy zmniejszyły się nagle o połowę. Rozejrzałem się. Każdy zaczął się nagle wiercić, jakby pogryzły go mrówki.

Wszyscy czuli, że mamy kłopoty, choć tak naprawdę nie wiadomo nawet dlaczego. Może czegoś nie udało się tanio kupić? Może czegoś nie udało się sprzedać za pieniądze, jakich oczekiwaliśmy? Może Alemu jedna z jego licznych kochanek wczoraj nie dała albo obudził się z kacem?

To bez znaczenia.

Wszyscy też wiedzieli, co zaraz się stanie. Będzie przemowa motywująca.