Rodzice idealni - J.A. Baker - ebook

Rodzice idealni ebook

J.A. Baker

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Mroczny, pełen napięcia thriller psychologiczny o rodzinie, której perfekcja była jedynie iluzją.

Jackson i Lydia Hemsworth wydają się ideałem – szczęśliwe małżeństwo, dom pełen miłości i trójka dzieci: Florence, Jessica i Ezra.

Jednak zza perfekcyjnej fasady wyłania się mroczna rzeczywistość: tyrania, kontrola i tajemnice, które trawią rodzinę od środka.

Gdy rodzice giną w szokującym wypadku, ich dzieci wracają do rodzinnego domu, by zmierzyć się z prawdą. Stopniowo odkrywają, że to, co na zewnątrz wyglądało idealnie, już wkrótce stanie się największym koszmarem ich życia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 324

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Per­fect Parents

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by J.A Baker, 2024 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by E.W Chodzka, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68725-38-4

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Ruth P. Cudow­nej kobiety i filan­tropki, która wzbo­ga­ciła życie tak wielu lokal­nych dzieci, w tym moje. Twoje imię i dzie­dzic­two będą żyły wiecz­nie. To, że w niczym nie przy­po­mi­na­łaś postaci z tej książki, jest abso­lut­nym bło­go­sła­wień­stwem.

Cytaty

Dzieci z początku kochają swo­ich rodzi­ców; po pew­nym cza­sie zaczy­nają ich oce­niać; rzadko, jeśli w ogóle, wyba­czają im.

Oscar Wilde

Rodzice zasta­na­wiają się, dla­czego stru­mie­nie są gorz­kie, pod­czas gdy to oni sami zatru­wali źró­dło.

John Locke

Prolog. Przed

Pro­log

Przed

Wszystko poszło nie tak. Popa­prane i nie na miej­scu. To nie tak miało być. Popeł­niła błąd. Poważny błąd. Naj­gor­szy z moż­li­wych. Wyda­wało jej się, że mu zależy, że łączy ich coś wyjąt­ko­wego. Jakże bar­dzo się myliła. Naj­gor­sza pomyłka, jaką kie­dy­kol­wiek popeł­niła. A teraz umie­rała. Widziała to po krwi – było jej tak dużo. Gęsta, szkar­łatna plama na pod­ło­dze, roz­le­wa­jąca się i two­rząca kałużę, wycie­ka­jąca z jej głowy. Meta­liczny zapach wypeł­niał powie­trze. Zro­biło jej się nie­do­brze. Z tru­dem zasło­niła usta dło­nią, pró­bu­jąc powstrzy­mać falę mdło­ści, która pod­cho­dziła do gar­dła i paliła je jak ogień.

Rana była poważna. Nie musiała jej doty­kać, żeby poczuć, jak bar­dzo jest ranna. Jak poważne jest uszko­dze­nie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Mdło­ści i zawroty głowy mówiły jej wszystko, co musiała wie­dzieć. Wystar­cza­jące było to, że jej myśli były zamglone, a pod­łoga wiro­wała i koły­sała pod nią. Wyobra­ziła sobie zie­jącą dziurę z tyłu czaszki. Była w kawał­kach, była wra­kiem czło­wieka. A teraz miała wykrwa­wić się tutaj, na pod­ło­dze jego sypialni. Wszystko przez ten jeden straszny, nie­wy­ba­czalny błąd – przez to, że uwie­rzyła, iż ją kocha, że czeka ich wspólna przy­szłość i że jest dla niego kimś wię­cej niż tylko prze­lot­nym zauro­cze­niem. Zwy­kłą, nic nie­zna­czącą przy­godą.

Nie było sensu pró­bo­wać się ruszać. Jej ciało było jak z oło­wiu, a żyły powoli opróż­niały się z krwi. Nie pozo­stało jej wiele czasu. Jej umysł wypeł­niały myśli o rodzi­nie: cie­płe, spo­kojne dni, pik­niki na traw­niku, czułe uści­ski matki, śmiech ojca. I jej brat. Jej cudowny, tro­skliwy brat. Gdyby mogła się ruszyć, wydo­stać się z tego miej­sca, mogłaby ich znów zoba­czyć, usły­szeć ich słod­kie głosy, wsłu­chać się w mio­dowy dźwięk swo­jego imie­nia. Mogłaby znów poczuć słodki zapach kwia­tów w ich ogro­dzie i podzi­wiać bluszcz, który powoli wspi­nał się po ścia­nie domu, oraz jasno­ró­żowe piwo­nie rosnące gęsto wzdłuż sze­ro­kich rabat.

Nagle ogar­nęła ją potrzeba ucieczki, głę­boka tęsk­nota za ponow­nym zoba­cze­niem rodziny, więc pró­bo­wała czoł­gać się po pod­ło­dze, wycią­ga­jąc się z kałuży lep­kiej, cuch­ną­cej krwi. Gdyby udało jej się prze­su­nąć jesz­cze kawa­łek, wśli­zgnąć się pod łóżko i pocze­kać chwilę, może mia­łaby szansę, ale bez względu na to, ile wysiłku w to wkła­dała, jej koń­czyny nie chciały dzia­łać tak, jak powinny, a ciało było bez­władne i sztywne. Nawet oddy­cha­nie wyma­gało ogrom­nego wysiłku.

Więc pozo­stała nie­ru­choma, gro­ma­dząc resztki ener­gii, które jej pozo­stały, i kon­cen­tru­jąc się wyłącz­nie na kolej­nych kilku sekun­dach, na ich prze­trwa­niu. To wszystko, czego potrze­bo­wała, aby uciec z tego miej­sca, wydo­stać się z tego domu i wezwać pomoc. Tylko kilka klu­czo­wych sekund.

Wtedy, jakby jej modli­twy zostały wysłu­chane, ból głowy zaczął ustę­po­wać. Wydała z sie­bie cichy okrzyk, a łzy napły­nęły jej do oczu. Być może jed­nak wszystko będzie dobrze. Jej ręce i nogi stały się lżej­sze, pełne powie­trza. Była jak z jedwa­biu wszystko w niej było płynne i pozba­wione wysiłku. Z wyjąt­kiem oczu. Ocię­żałe, opa­dały bez­wład­nie, cięż­kie jak kamień, jakby sama gra­wi­ta­cja cią­gnęła je w dół. Zdrzem­nie się tylko na chwilę, odzy­ska tro­chę sił w obo­la­łym ciele, pozbiera myśli, a potem wsta­nie i uciek­nie z tego prze­klę­tego miej­sca na zawsze.

Zajęło jej to tylko sekundę lub dwie, zanim zapa­dła w naj­głęb­szy sen. Sen, z któ­rego ni­gdy się nie obu­dzi…

Rozdział pierwszy. Rodzice

Roz­dział pierw­szy

Rodzice

Zdej­muje kurtkę i buty i kła­dzie je na pod­ło­dze obok miej­sca, w któ­rym stoi. Ona robi to samo, obser­wu­jąc go i naśla­du­jąc jego ruchy. On nie ma poję­cia, dla­czego zdej­mują ubra­nia. To bez­sen­sowne zada­nie. Gdy tylko zro­bią kilka kro­ków do przodu, sko­czą w ciem­ność nocy i zanu­rzą się pod powierzch­nią wody, nie będzie miało zna­cze­nia, co mają na sobie. Wcze­śniej tego dnia, zanim słońce powoli zaszło za linią wzgórz, był nad rzeką i widział, jak silny jest jej nurt. Jak nie­bez­pieczny. Tam na dole woda pędzi szybko. I jest głę­boka. Tygo­dnie desz­czu zmie­niły rzekę w nie­bez­pieczny żywioł. Jed­nak pozo­sta­wie­nie ubrań jest zna­kiem. Poka­zuje wszyst­kim, że fak­tycz­nie to zro­bili, że sko­czyli i zosta­wili swoje pro­blemy daleko za sobą. Jeśli ich ciała nie zostaną zna­le­zione, ich ubra­nia posłużą jako dowód. Nie chce myśleć o kon­se­kwen­cjach: ich spuch­nię­tych zwło­kach, ich sza­rych, znie­kształ­co­nych rysach twa­rzy, gdy ich ciała zostaną wycią­gnięte z wody. Nie chce myśleć o swo­jej bez­sil­no­ści, gdy wszystko się skoń­czy. To zawsze było jego cechą cha­rak­te­ry­styczną – dowo­dzić. Ale to nie mogło trwać wiecz­nie. Nic nie trwa wiecz­nie. Lepiej zakoń­czyć to teraz, póki jest na fali.

Na zewnątrz panuje ciem­ność. Wpa­truje się przed sie­bie, mru­żąc oczy w noc, żału­jąc, że sprawy zaszły aż tak daleko. A jed­nak tak się stało i bez względu na to, jak bar­dzo się stara, nie widzi innego wyj­ścia. Pod­jęli decy­zję. Maka­bryczny pakt. Nie ma odwrotu, nie ma drogi powrot­nej do tego, co było kie­dyś. Są tylko oni dwoje, ska­zani na sie­bie na całą wiecz­ność. Czy to pocie­sze­nie, czy prze­kleń­stwo, pozo­staje kwe­stią sporną.

Wiatr się wzmaga, nabie­ra­jąc siły: silny szkwał napiera na ich plecy.

– Chodź – mówi, a jego głos jest wystar­cza­jąco gło­śny, aby prze­bić się przez szum rzeki i wycie wia­tru, który smaga ich ciała. Już czas.

Ona nie odpo­wiada. On bie­rze ją za rękę, ale ona ją wyrywa i odwraca się, by na niego spoj­rzeć, a księ­życ oświe­tla jej rysy, pod­kre­śla­jąc każdy kon­tur i zmarszczkę, jej nie­gdyś gładka, nie­ska­zi­telna skóra jest teraz mapą zmarsz­czek śmie­chu i zmar­twień. Takie życie. Takie życie ich spo­tkało. Nie chciał, żeby tak się skoń­czyło, ale przy­naj­mniej dzięki temu wszy­scy unikną koniecz­no­ści zno­sze­nia tego, co nastą­pi­łoby, gdyby nie zde­cy­do­wali się na ten nie­kon­wen­cjo­nalny krok. Cza­sami życie zmie­nia się dia­me­tral­nie, zaska­ku­jąc wszyst­kich, a ludzie muszą się dosto­so­wać i zaak­cep­to­wać to, co nastąpi.

– Jestem gotowy – mówi, obser­wu­jąc ją uważ­nie. Ona patrzy na niego i kiwa głową, ma ciemne oczy, a usta zaci­śnięte w cienką linię. Boże, jak on bar­dzo ją kochał. Miło­ścią wza­jemną. Tak było kie­dyś. Zanim wszystko się popsuło, a ich świat zaczął się roz­pa­dać, zamie­nia­jąc się w pył. Ona obwi­nia go i być może ma rację. Popeł­nił błędy. Wiele błę­dów. Ale osta­tecz­nie to jej błąd, jej odmowa pod­ję­cia wła­ści­wej decy­zji, zepchnęła ich w naj­ciem­niej­szy kąt, z któ­rego nie ma wyj­ścia. To – zimna, rwąca woda – jest jedyną rze­czą, jaka im pozo­stała. Jedyną ucieczką, którą mają, od bru­tal­nej prawdy o ich znisz­czo­nym życiu. Kie­dyś byli kimś, ta dwójka razem, a ich imiona wyma­wiano z miło­ścią i sza­cun­kiem. Z cza­sem ich śmierć zosta­nie zapo­mniana. Życie poto­czy się dalej. Za rok o tej porze będą nikim. Parą zapo­mnia­nych zagu­bio­nych dusz. Praw­do­po­dob­nie tak będzie lepiej. Lepiej odejść w zapo­mnie­nie, niż trwać w czy­ichś sło­wach pod­szy­tych nie­na­wi­ścią.

Ona nie oka­zuje żad­nych emo­cji, mruży oczy przed wyją­cymi podmu­chami wia­tru, jej twarz jest pozba­wiona wyrazu, gdy oboje wspi­nają się na meta­lową barierę, a ich nogi zwi­sają nad kra­wę­dzią. Czy jest zde­ner­wo­wana? Nie potrafi tego stwier­dzić. Pod­czas podróży tutaj mil­czała, na jego pyta­nia i bez­sen­sowne gada­nie odpo­wia­dała pustym spoj­rze­niem. Nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę to, przez co prze­szli. To, co zamie­rzają zro­bić. A teraz, gdy są tutaj, ona na­dal mil­czy. Jest zdy­stan­so­wana i nie­wzru­szona. Życie, ich dzia­ła­nia i pod­jęte decy­zje odda­liły ich od sie­bie. Przy­naj­mniej teraz zro­bią to razem. Przez pewien czas osobno, ale u kresu – razem. Ta myśl dodaje mu otu­chy, odpę­dza­jąc lęki, które zaczęły go drę­czyć; drobne nitki nie­po­koju wbi­ja­jące się pod skórę. Strach jest prze­szkodą, czymś, co należy wyeli­mi­no­wać. Dla niego jest to obce i nie­po­żą­dane doświad­cze­nie. Pew­ność sie­bie zawsze przy­cho­dziła mu łatwo. Nagle znik­nęła, kiedy naj­bar­dziej jej potrze­bo­wał, pozo­sta­wia­jąc go zagu­bio­nym i zdez­o­rien­to­wa­nym. Kur­czowo trzyma poręcz, zamy­ka­jąc oczy.

Za nimi panuje cisza. Nie ma pra­wie żad­nego ruchu. Wcze­sne godziny poranne, wszy­scy są w domach, bez­pieczni i cie­pło otu­leni w swo­ich łóż­kach, pod­czas gdy oni oboje są tutaj, zma­ga­jąc się z burzą, wysoko nad rwącą rzeką, gotowi zro­bić to, co należy. Odważni. Tacy wła­śnie są. Tak wła­śnie chce, aby ich zapa­mię­tano: jako odważną parę, która zro­biła to, ponie­waż było to słuszne. Nie jako ludzi, któ­rzy popeł­nili straszny błąd. Nie jako męż­czy­znę, który pro­wa­dził roz­pustne życie, ani kobietę, która pró­bo­wała go powstrzy­mać . Ludzie nie mówią źle o zmar­łych, prawda? Ma nadzieję, że tak. Ma nadzieję, że ich sekrety zostaną pocho­wane wraz z nimi. Tak jak powinno być.

– Poli­czę do trzech. Potem to zro­bimy, dobrze?

Otwo­rzył oczy i spoj­rzał na nią. Ski­nęła głową, nie patrząc na niego, na­dal się nie odzy­wa­jąc. Rozu­miał to. Była zde­ner­wo­wana, zła i praw­do­po­dob­nie bar­dzo prze­stra­szona. Miała do tego pełne prawo. To nie było nor­malne. To, co zamie­rzali zro­bić, było absur­dalne, prze­ra­ża­jące i cał­ko­wi­cie nienor­malne. Nie tak wyobra­żali sobie swoją przy­szłość. Ale teraz nie było już odwrotu.

Meta­lowa kratka bariery jest zimna w dotyku, jego palce zaci­skają się na jej lodo­wa­tej powierzchni. Patrzy w dół i prze­łyka ślinę, słu­cha­jąc szumu ciem­nej wody poni­żej. Ona robi to samo.

– Raz, dwa, trzy…

Zdej­muje palce z metalu i dotyka jej ramie­nia, powoli popy­cha­jąc górną część jej ciała do przodu, a następ­nie opusz­cza dłoń, aż jego palce mocno naci­skają na jej dolną część ple­ców. Ona wzdryga się, ale on się nie odsuwa. Nie ma gdzie uciec. Poza tym muszą to zro­bić. Ona o tym wie. Tak się umó­wili. Mocno ją popy­cha, po czym sam się pusz­cza, wiatr ude­rza w jego ciało, odbiera uczu­cie nie­waż­ko­ści jako coś nie­sa­mo­wi­tego. Zamyka oczy. Nie musi widzieć rwą­cej rzeki poni­żej. Nie musi widzieć spie­nio­nego nurtu i bez­kre­snej głębi lodo­wa­tej wody. Wie­dział, co nastąpi za chwilę, był gotowy to przy­jąć, trwa więc w ocze­ki­wa­niu, wstrzy­mu­jąc oddech i zwra­ca­jąc się w kilku sło­wach do Boga, w któ­rego nie wie­rzy, pod­czas gdy czeka, aż pochło­nie go fala chłodu. Kiedy ude­rza o wodę, czuje ostry ból, jakby nóż prze­ciął mu brzuch, a małe kamie­nie scho­wane w kie­sze­niach cią­gną go coraz niżej. Zimno ogar­nia go cał­ko­wi­cie, spo­wal­nia­jąc jego ruchy i zabu­rza­jąc jasność myśle­nia. Nagle gwał­tow­nie wciąga powie­trze, pierś drży mu w spa­zmie, potem odli­cza do trzech, a za zamknię­tymi powie­kami eks­plo­dują gwiazdy, kiedy czeka, aż zabie­rze go śmierć.

Rozdział drugi. Flo

Roz­dział drugi

Flo

Kościół jest pełen. Wypeł­niony po brzegi. Tak wielu ludzi. Tak wielu przy­ja­ciół, sąsia­dów i zna­jo­mych, a do tego jesz­cze upiorni gapie, któ­rzy dołą­czyli do tego wido­wi­ska. Podej­rze­wam, że facet z tyłu, ubrany w białą koszulę i źle dopa­so­wane spodnie, jest z prasy. Nie roz­po­znaję go. Będzie szu­kał sen­sa­cyj­nej histo­rii, frag­mentu infor­ma­cji, który będzie mógł prze­kształ­cić w coś war­tego opu­bli­ko­wa­nia.

Moi rodzice w tym mia­steczku ucho­dzili za zie­miań­ską ary­sto­kra­cję. Oczy­wi­ście, wcale nią nie byli. Miesz­ka­li­śmy w bar­dzo dużym domu, który choć prze­stronny, nie był tak oka­zały, jak nie­które z bar­dziej repre­zen­ta­cyj­nych rezy­den­cji roz­sia­nych po hrab­stwie North York­shire.

Jest to sze­ścio­po­ko­jowa budowla w stylu pal­la­diań­skim, zbu­do­wana w 1720 roku. Krążą plotki, że mój pra­pra­dzia­dek wygrał ją w grze w karty. Nie sądzę, żeby­śmy kie­dy­kol­wiek poznali prawdę o tej histo­rii, zwłasz­cza teraz, gdy oboje moi rodzice są mar­twi. Albo za takich ich uznano. Mój ojciec leży w trum­nie, tyle wiem, bo to ja go ziden­ty­fi­ko­wa­łam, a maki­jaż nało­żony przez przed­się­biorcę pogrze­bo­wego nie był w sta­nie ukryć jego sza­rej bla­do­ści, ale ciała mojej matki ni­gdy nie odna­le­ziono. Praw­do­po­dob­nie znaj­duje się już gdzieś na środku morza, a ta myśl spra­wia, że czuję się źle. Tłu­mię dreszcz, pod­cią­gam koł­nierz, chro­niąc się przed chło­dem w słabo ogrze­wa­nym kościele, i wpa­truję się w bro­szurę leżącą na moich kola­nach.

Ku pamięci Jack­sona i Lydii Hem­swor­thów.

Patrzą na mnie dwie młode, uśmiech­nięte twa­rze, pełne szczę­ścia i nadziei. Kiedy to znik­nęło, to szczę­ście?

Pal­cami doty­kam mych ust, całuję je lekko i przy­kła­dam do wize­runku matki – tyle miło­ści i tęsk­noty w tym drob­nym geście. Nie zdą­ży­łam się poże­gnać, a tak bar­dzo za nią tęsk­nię. Tęsk­nię za tym ostat­nim do widze­nia. Tkwi to we mnie jak zie­jąca otchłań. Pustka, któ­rej nic już nie wypełni.

Tam­tego dnia, kiedy się dowie­dzia­łam, wyrwała dziurę w moim życiu. Oboje wyrwali. I wspo­mnie­nie tam­tej chwili ni­gdy mnie nie opu­ści.

Widok dwóch poli­cjan­tów sto­ją­cych w drzwiach. Pyta­ją­cych, czy mogą wejść. Naj­pierw usa­dzili mnie na krze­śle, zanim prze­ka­zali wia­do­mość: że moi rodzice sko­czyli z mostu w New­port, pro­sto w lodo­watą wodę poni­żej.

Wszystko, co było potem, zlewa się w mgłę. Chyba krzy­cza­łam. A może wyda­łam z sie­bie jakiś ochry­pły, zwie­rzęcy dźwięk. Jeden z funk­cjo­na­riu­szy poszedł do kuchni, wró­cił ze szklanką wody i podał mi ją z wyćwi­czoną deli­kat­no­ścią i współ­czu­ciem – to aku­rat pamię­tam.

Moż­liwe, że zaczę­łam prze­kli­nać i pobie­głam do łazienki zwy­mio­to­wać.

Już samo wspo­mnie­nie wywo­łuje falę mdło­ści – żołą­dek kur­czy mi się bole­śnie, jakby ktoś powoli kroił mnie od środka. Prze­ły­kam i odpy­cham tę myśl.

Za mną ktoś pociąga nosem i odchrzą­kuje. Odgłos sze­le­stu, gdy szuka chu­s­teczki, prze­nosi mnie z powro­tem do teraź­niej­szo­ści, do momentu w moim życiu, któ­rego ni­gdy nie bra­łam pod uwagę. A może jed­nak bra­łam. Być może wraz z rodzeń­stwem wypar­li­śmy z pamięci moż­li­wość tego, co mogło się stać, gdy wszy­scy opu­ści­li­śmy dom. Ni­gdy nie było łatwo. Sytu­acja wyraź­nie się pogor­szyła, gdy wszy­scy się wypro­wa­dzi­li­śmy i zamiesz­ka­li­śmy we wła­snych domach. Sta­ram się o tym nie myśleć, o tym, jak wiele musiała zno­sić nasza matka pod naszą nie­obec­ność.

Nazwa­li­śmy to uro­czy­sto­ścią upa­mięt­nia­jącą, a nie pogrze­bem, mimo że ciało mojego ojca spo­czywa w trum­nie na cokole tuż obok miej­sca, w któ­rym sie­dzę. Wyda­wało się to bar­dziej odpo­wied­nie. Jak mogli­by­śmy zor­ga­ni­zo­wać pogrzeb dla jed­nego z nich, a dla dru­giego nie? Zmarli razem, i tak wła­śnie trzeba ich wspo­mi­nać – jako jedno, jako parę, a nie osobno. Choć znacz­nie się róż­nili. Tę myśl też odrzu­ci­łam. Moja głowa wydaje się być pełna tych mrocz­nych, ropie­ją­cych wspo­mnień. Sie­dze­nie tutaj, na ich pogrze­bie, sku­pia­nie się na tym, jak bar­dzo się róż­nili, nie wydaje mi się wła­ściwe. Naj­mniej, co możemy zro­bić, to spra­wiać wra­że­nie, że pró­bu­jemy ich złą­czyć, choć ich dra­ma­tyczny, nie­wy­tłu­ma­czal­nie okropny koniec nie­mal roze­rwał nas wszyst­kich od środka.

Hałas w kościele cich­nie, gdy ksiądz pod­cho­dzi do ambony. Powin­ni­śmy byli zor­ga­ni­zo­wać pogrzeb huma­ni­styczny. Nie mam poję­cia, dla­czego wybra­li­śmy ten kościół. Myślę, że dla­tego, że jest tak bli­sko i wiele osób uwa­żało moich rodzi­ców za filary spo­łecz­no­ści, za parę pełną odda­nia, która przez wiele dzie­się­cio­leci, podob­nie jak ich rodzice przed nimi, miesz­kała w Armett House, i ocze­ki­wano, że Ezra, Jes­sica i ja zor­ga­ni­zu­jemy im godne poże­gna­nie, taki pamiętny pogrzeb, jaki przy­stoi tak dobrze postrze­ga­nym oso­bom. Jed­nak tylko przez nie­któ­rych. Nie przez wszyst­kich. Moi rodzice mieli talent zarówno do poma­ga­nia, jak i do iry­to­wa­nia ludzi w rów­nym stop­niu. A przy­naj­mniej mój ojciec. To była jego cecha roz­po­znaw­cza. Jego spe­cjal­ność.

Matka robiła tylko jedno: sta­rała się niwe­lo­wać jego paskudne przy­wary, będąc zawsze obecna i obda­rza­jąc wszyst­kich jak naj­więk­szą życz­li­wo­ścią, w pró­bie zrów­no­wa­że­nia jego trud­nego cha­rak­teru.

Roz­lega się grzmiący dźwięk orga­nów, a nuty krążą w powie­trzu jak wiru­jący, melo­dyjny ryk. Biorę głę­boki wdech i słu­cham gło­sów w pobliżu, śpie­wa­ją­cych Ama­zing Grace, ulu­biony hymn naszej matki. Nie wybra­li­śmy jed­nego z ulu­bionych hym­nów ojca. Nie jestem nawet pewna, czy miał jakiś ulu­biony. Nasz ojciec tań­czył według wła­snej melo­dii.

Ezra stoi po mojej lewej stro­nie, wpa­tru­jąc się w punkt za amboną. Jes­sica jest po dru­giej stro­nie. Nikt z nas nie śpiewa. Myślę, że już nas nie obcho­dzi, czy ludzie uwa­żają za dziwne i lek­ce­wa­żące, że nie dołą­czamy do śpiewu. Pogrzeby nie mają usta­lo­nych zasad. Możemy robić i mówić, co chcemy. Gdy­by­śmy chcieli, mogli­by­śmy zgo­dzić się zaśpie­wać Knees Up Mother Brown i nikt nie mógłby nas powstrzy­mać. To jest czas naszej żałoby, a żałoba przy­biera różne formy i obej­muje sze­ro­kie spek­trum emo­cji.

Jeśli Ezra, Jes­sica i ja chcemy krzy­czeć i wrzesz­czeć, niech tak będzie, a jeśli wolimy stać zgar­bieni, bez wyrazu twa­rzy, to też jest to cał­ko­wi­cie akcep­to­walne. Myślę, że bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, radzimy sobie nad­zwy­czaj dobrze – na­dal sto­imy na nogach, zamiast leżeć powy­krę­cani gdzieś w kącie zakry­stii, pod­czas gdy sfru­stro­wany ksiądz stoi obok, zała­mu­jąc ręce w roz­pa­czy i pró­bu­jąc wymy­ślić, jak nas roz­plą­tać i wpro­wa­dzić z powro­tem do kościoła, gdzie mógłby odpra­wić przy­zwo­itą mszę. Ale odbie­gam od tematu.

Muzyka jest dla mnie tylko bia­łym szu­mem w gło­wie. Cho­ciaż bar­dzo kocha­łam moją matkę, nie mogę się docze­kać, aż to się skoń­czy. Mój brat, sio­stra i ja mamy pracę do wyko­na­nia: dom do upo­rząd­ko­wa­nia, pokoje do posprzą­ta­nia. Myślę o pra­cowni kra­wiec­kiej mojej matki i gabi­ne­cie mojego ojca i czuję się oszo­ło­miona i nieco przy­tło­czona. Tyle tego. Pięć­dzie­siąt lat bała­ganu do upo­rząd­ko­wa­nia.

Ale zanim to nastąpi, musimy sku­pić się na pogrze­bie, spo­tkać się z ludźmi, uści­snąć im dło­nie. Na spo­łecz­no­ści, którą trzeba nakar­mić. Nie chcia­łam żad­nego spo­tka­nia po cere­mo­nii. Wydało mi się to nie na miej­scu. Wła­ści­wie sama myśl przy­pra­wiała mnie o mdło­ści. Jes­sica miała mie­szane uczu­cia, ale Ezra nale­gał, choćby z sza­cunku dla naszej matki, filaru naszej rodziny. Ona była tym ele­men­tem, który sca­lał nas wszyst­kich. Tyle że osta­tecz­nie nie spro­stała. W końcu filar ugiął się i pękł pod naci­skiem. Pomysł jedze­nia, picia i roz­mów, pod­czas gdy ciało mojej matki pozo­staje nie­od­na­le­zione, wydaje mi się maka­bryczny i nie­grzeczny. Przy­naj­mniej mój ojciec leży w trum­nie, a jego szczątki są czy­ste i suche. Moja matka jest obec­nie Bóg wie gdzie, jej biedne, spuch­nięte ciało unosi się gdzieś w dół rzeki. Część mnie ma nadzieję, że ni­gdy nie zosta­nie zna­le­ziona, że zosta­nie pozo­sta­wiona w spo­koju, gdzie­kol­wiek się znaj­duje, a jed­nak ta druga część mnie chce, żeby wró­ciła do domu, tam, gdzie jej miej­sce. Z powro­tem do nas, do swo­jej rodziny.

Gdy muzyka i śpiew cichną, zapada cisza. Cze­kamy, aż ksiądz zabie­rze głos, a każdy sze­lest ubra­nia, każdy oddech, szept i wes­tchnie­nie roz­brzmie­wają w mojej gło­wie jak huk. Jego słowa nie przy­no­szą mi żad­nej pocie­chy. Nie byli­śmy reli­gijną rodziną. Może powin­ni­śmy byli być. Może gdy­by­śmy zwró­cili się do Boga i słu­chali nauk Biblii, nasze kło­poty zna­la­złyby roz­wią­za­nie. Ale z dru­giej strony, słowa sprzed wie­ków, nale­żące do nie­wi­dzial­nego bóstwa, zapewne byłyby bez­silne wobec naszych pro­ble­mów. Na pewno nie pomogą w odna­le­zie­niu ciała naszej matki. Odda­ła­bym wszystko, co mam, żeby ją zna­leźć. Zasłu­guje na to i na wiele wię­cej.

Sły­szę, jak wyma­wiane są nasze imiona: Jes­sica, Ezra i ja. Ojciec McLeod, pro­boszcz para­fii, odczy­tuje prze­mowę pogrze­bową, którą mu prze­ka­za­li­śmy. To tylko słowa na kartce papieru. Nic wię­cej. Nie odzwier­cie­dlają tego, kim jeste­śmy teraz ani kim byli­śmy kie­dyś. To jedy­nie migawka z naj­lep­szych momen­tów naszego dzie­ciń­stwa. Tej czę­ści, co do któ­rej nie mamy nic prze­ciwko, aby wszy­scy ją usły­szeli. Naj­bar­dziej pamiętne i naj­szczę­śliw­sze momenty mał­żeń­stwa naszych rodzi­ców. Bo były takie, zanim wszystko się popsuło i zruj­no­wało nasze codzienne życie. Nie wszy­scy to widzieli lub roz­po­znali, nawet człon­ko­wie mojej wła­snej rodziny. Wszy­scy mamy takie miej­sca, do któ­rych wolimy nie zaglą­dać, nie­praw­daż? Widzimy to, co chcemy widzieć, aby nasze życie było bar­dziej zno­śne. I każdy ma swój punkt gra­niczny – moment, w któ­rym wszystko nagle się roz­pada, a życie zaczyna spa­dać w dół bez żad­nej kon­troli.

Nie­któ­rzy z nas lecą już od lat, cze­ka­jąc na chwilę, gdy wresz­cie ude­rzą o dno z głu­chym, bole­snym trza­skiem. Mam nadzieję, że wia­do­mość o samo­bój­stwie moich rodzi­ców jest tym obrzy­dli­wym hukiem i że nic wię­cej już nie nastąpi, ale ni­gdy nie wia­domo. Nie w przy­padku rodziny Hem­swor­thów. Po pro­stu ni­gdy nie wia­domo.

Znów zapada cisza. W mojej gło­wie kłębi się mgła. Czuję lek­kie szturch­nię­cie w bok i odwra­cam się, by zoba­czyć Ezrę, który patrzy na mnie i gestem zachęca mnie do wsta­nia. To koniec. Czas odejść. Jes­sica stoi, patrząc przed sie­bie, z nie­wzru­szoną twa­rzą, suchymi policz­kami i oczami pozba­wio­nymi łez.

Biorę głę­boki oddech i przy­go­to­wuję się na kolejną część. Naj­pierw pochó­wek, a potem spo­tka­nie w lokal­nym cen­trum spo­łecz­no­ści. Czuję się zmę­czona i oszo­ło­miona, zanim cokol­wiek zdąży się zacząć.

Amber, part­nerka Ezry, uśmie­cha się do mnie i pochyla, aby ści­snąć mi dłoń. Odpo­wia­dam tym samym gestem, bo tak wypada, i wstaję z miej­sca, czu­jąc sła­bość w nogach, a potem idę za wszyst­kimi, któ­rzy wycho­dzą z kościoła i podą­żają w ciszy alejką za trumną ojca. Morze twa­rzy obser­wuje nasze ruchy, opusz­cza­jąc wzrok, gdy prze­cho­dzimy, a potem powoli i cicho wstają z ławek i idą za nami, two­rząc cichą pro­ce­sję żałob­ni­ków opusz­cza­jących kościół.

To pochó­wek tylko dla rodziny. Ezra, Amber, Jes­sica i ja idziemy na tyły cmen­ta­rza, podą­ża­jąc za oso­bami nio­są­cymi trumnę z pochy­lo­nymi gło­wami, w cichej, peł­nej sza­cunku czci. Nie żebym czuła taki sza­cu­nek. Po pro­stu robię to, czego się ode mnie ocze­kuje. Nie wypa­da­łoby robić publicz­nej sceny, prawda? Zwłasz­cza że cał­kiem sporo z tych ludzi uważa naszą rodzinę za ósmy cud świata.

Zro­bię więc to, co należy – przez jeden dzień będę grała rolę obo­wiąz­ko­wej, pogrą­żo­nej w żało­bie córki, a kiedy wszystko się skoń­czy, wrócę do domu, zwinę się w łóżku i zostanę tam, dopóki wszystko nie sta­nie się łatwiej­sze do znie­sie­nia. Mniej przy­tła­cza­jące. Mniej bole­sne. I zostanę tam, aż życie znów będzie nor­malne. Cokol­wiek to zna­czy.

Sto­imy przy gro­bie, deszcz leje jak z cebra, a wielka dziura wiel­ko­ści trumny wypeł­nia się wodą i bło­tem. Odwra­cam wzrok, gdy mój ojciec jest opusz­czany do grobu, a w gło­wie kłę­bią mi się obrazy jego ostat­nich chwil – zimna, który prze­ni­kało do kości. Stra­chu.

A jed­nak zro­bił to. Oboje zro­bili. Myślę o tym, jak w tę burzową noc zdej­mo­wali płasz­cze i buty, a potem ska­kali do lodo­wa­tej, rwą­cej rzeki. Do końca życia nie będę w sta­nie wyma­zać tego obrazu z pamięci: mam w gło­wie strasz­li­wie wyraźny obraz ich zmar­z­nię­tych twa­rzy i wyma­chu­ją­cych koń­czyn, gdy ska­kali, a lodo­wata woda pochła­niała ich i cią­gnęła w dół, ku nie­uchron­nej śmierci, pozo­sta­wia­jąc mnie, Jes­sicę i Ezrę, aby­śmy poskła­dali frag­menty ich poroz­wa­la­nego i zabu­rzo­nego życia. Zasta­na­wiam się, czy przy­szli­śmy im do głowy? Czy w ogóle pomy­śleli o nas, kiedy po raz ostatni zanu­rzyli się w rzece? A może byli tak pochło­nięci wła­snym wiru­ją­cym nie­szczę­ściem, że nie było w nim miej­sca dla nikogo innego?

Ojciec McLeod udziela krót­kiego bło­go­sła­wień­stwa, gdy trumna zostaje umiesz­czona w gro­bie. Ezra i Amber rzu­cają na nią poje­dyn­czą czer­woną różę. Jes­sica cicho łka. Ocie­ram twarz prze­mok­nię­tym ręka­wem, po czym odwra­cam się i odcho­dzę.

Rozdział trzeci. Flo

Roz­dział trzeci

Flo

To ni­gdy nie miało być łatwe. Cała ta sytu­acja jest okropna i przy­gnę­bia­jąca, ale musimy przez to przejść, aby móc dalej żyć. Obser­wuję, jak Amber opiera się o Ezrę, a ich ciała drżą z zimna, a ulewny, nie­koń­czący się deszcz utrud­nia nam opusz­cze­nie cmen­ta­rza. To praw­dziwe grzę­za­wi­sko – błoto chla­pie aż na nogawki spodni Ezry. Moje wła­sne stopy są prze­mo­czone do suchej nitki. Zatrzy­muję się i ude­rzam pode­szwami o chod­nik, żeby strzą­snąć nad­miar wody i brudu, a potem pró­buję oczy­ścić ubra­nia pal­cami zgra­bia­łymi z zimna, które wydają się być zro­bione z drew­nia­nych kloc­ków. Buty mam oble­pione bło­tem, skar­petki kom­plet­nie prze­siąk­nięte. Trzeba było zało­żyć obcasy. Wyglą­dam, jak­bym spę­dziła ostat­nie kilka godzin, orząc gołymi rękami roz­mo­kłe pole, a moje dło­nie są teraz uma­zane bło­tem i zie­mią. To był długi dzień, a jesz­cze nie dobiegł końca. Będę musiała jakoś, kiedy już tu skoń­czymy, przy­kleić do twa­rzy uśmiech i pro­wa­dzić uprzejme roz­mowy z ludźmi, któ­rych ledwo znam, a w wielu przy­pad­kach nawet ich nie lubię.

– Chodź­cie, wra­cajmy na ścieżkę i wsia­dajmy do samo­chodu. Tu jest cho­ler­nie zimno.

Głos Ezry jest ochry­pły, ostrzej­szy niż zwy­kle, a pogoda i oto­cze­nie spra­wiają, że wszy­scy jeste­śmy nie­spo­kojni i pode­ner­wo­wani. Mówię, że jest ostrzej­szy niż zazwy­czaj, ale kiedy się nad tym zasta­na­wiam, choć w sumie jego zwy­kłe zacho­wa­nie od dawna jest nieco odbie­ga­jące od normy. Odpę­dzam od sie­bie tę myśl i sku­piam się na tym, żeby wydo­stać się z desz­czu i wsiąść do suchego samo­chodu.

Amber umiesz­cza swoją małą, czarną koper­tówkę nad głową, aby chro­nić sta­ran­nie uło­żone włosy przed desz­czem, i zaczyna biec, ale jej cien­kie obcasy utrud­niają jej poru­sza­nie się. Ezra bie­rze ją za rękę i cią­gnie za sobą, sta­ra­jąc się, aby nie upa­dła, zatrzy­mu­jąc się co kilka sekund, aby pocze­kać, aż odzy­ska rów­no­wagę. W końcu pod­trzy­mują się nawza­jem, gdy wiatr nabiera pręd­ko­ści, a ulewa staje się jesz­cze sil­niej­sza. Opusz­czam cmen­tarz jako pierw­sza, pędząc bez oglą­da­nia się za sie­bie. Stoję obok samo­chodu, gdy pozo­stała trójka poja­wia się za rogiem z twa­rzami wykrzy­wio­nymi w gry­ma­sie. Jes­sica idzie za Ezrą i Amber, a jej obcasy stu­kają o beto­nową nawierzch­nię.

To będzie kilka trud­nych tygo­dni, a może nawet mie­sięcy. Wszy­scy mamy mnó­stwo do zro­bie­nia, ogrom papier­ko­wej roboty i doku­men­tów do upo­rząd­ko­wa­nia, cho­ciaż dopóki nie odnaj­dziemy ciała matki, nasze moż­li­wo­ści pozo­stają ogra­ni­czone. A do tego docho­dzi jesz­cze dom. Ten pie­przony, wielki, roz­le­gły stary dom, któ­rego nikt z nas nie chce. Ogar­nia mnie mrok, wcią­ga­jąc mnie w swoje zacie­nione zaka­marki, a okropne wspo­mnie­nia coraz bar­dziej zbli­żają się do powierzchni. Opie­ram się ich uści­skowi i udaje mi się wykrztu­sić z sie­bie wymu­szony uśmiech.

– Gotowi? – pytam.

Ezra i Amber kiwają gło­wami, Jess odpo­wiada tak piskli­wym, dzie­cię­cym gło­sem, otwo­rzono nam drzwi samo­chodu, aby­śmy mogli wejść.

– Dzięki Bogu za skó­rzane sie­dze­nia, co? – mówi Amber nieco zbyt rado­śnie, gdy wszy­scy bez­piecz­nie zasia­damy w ele­ganc­kim, czar­nym samo­cho­dzie. W prze­ciw­nym razie w mgnie­niu oka prze­mo­czy­li­by­śmy tapi­cerkę.

– Pie­przona, durna pogoda – mru­czy Ezra, wpa­tru­jąc się w okno.

Ja rów­nież odwra­cam wzrok i pal­cem śle­dzę linię wody spły­wa­jącą po szy­bie.

– Paskudna pogoda w paskudny dzień – odpo­wia­dam ponuro.

Ezra odwraca się do mnie, jakby cze­kał, aż powiem coś jesz­cze. Więc mówię.

– Nie zostanę długo. W cen­trum spo­łecz­no­ści, mam na myśli. Nie mam ochoty na bez­sen­sowne poga­duszki.

W jego oczach widać, że on też nie ma ochoty, ale mil­czy, a jego ciemne rzęsy skry­wają praw­dziwe uczu­cia. Jest w tym dobry: w ukry­wa­niu emo­cji. Pew­nie musiał się tego nauczyć, ale czyż nie wszy­scy musie­li­śmy?

Zamiast tego kiwa głową, praw­do­po­dob­nie świa­domy mojego pogar­sza­ją­cego się nastroju. Bycie star­szą sio­strą ni­gdy mi nie odpo­wia­dało. Zawsze czu­łam jakąś głu­pią potrzebę kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kiego i opieki nad młod­szymi bra­tem i sio­strą, nawet teraz, gdy oboje są już doro­śli. Lubię myśleć, że zawsze sta­ra­łam się jak naj­le­piej, aby ich chro­nić. Cza­sami się to uda­wało, a cza­sami nie. Nawet teraz, po śmierci naszych rodzi­ców, czuję, że cię­żar ich nie­kon­wen­cjo­nal­nego i szo­ku­ją­cego odej­ścia spo­czywa wyłącz­nie na mnie. Nie potra­fię puścić wodzy i trak­to­wać mojego młod­szego rodzeń­stwa jak rów­nych sobie. To dla­tego, że są nie­winni. Nie jestem pewna, czy znają choćby połowę mrocz­nej prze­szło­ści naszego ojca, a może jestem naiwna i wie­dzą wię­cej, niż jestem skłonna przy­znać. Wsty­dzę się nawet myśleć o tym, co zro­bił. Nie­ła­two mi o tym mówić.

– Zostanę jesz­cze chwilę i poroz­ma­wiam z ludźmi, Ez – mówi Jes­sica.

Uśmie­cham się na jej suge­stię. Biedna Jes­sie. Zawsze pełni rolę roz­jem­czyni. Zawsze chęt­nie łago­dzi napię­cia i tuszuje wszel­kie pęk­nię­cia. Pra­wie śmieję się na myśl o tym sło­wie – pęk­nię­cia. Bar­dziej przy­po­mi­nają ogromne kra­tery. Leje, które pra­wie nas pochło­nęły. Nie żeby Ezra i Jess widzieli to wszystko. Ni­gdy nie udało mi się usta­lić, czy posta­no­wili nie zwra­cać uwagi na to, co się działo, czy też naprawdę udało mi się uchro­nić ich przed naj­więk­szym bólem serca. Wzię­łam to na sie­bie i teraz jestem do tego stop­nia zgorzk­niała, że sta­łam się tok­syczna, a pozo­sta­ło­ści mojego dzie­ciń­stwa przy­lgnęły do mnie jak smoła, pokry­wa­jąc każdy cen­ty­metr mojej skóry.

Podróż do lokal­nego cen­trum spo­łecz­no­ści prze­biega w ciszy, a atmos­fera jest napięta. Nie mamy sobie wiele do powie­dze­nia, przy­naj­mniej nie bez ryzyka, że wszystko zamieni się w chaos. Nie jeste­śmy rodziną, w któ­rej czę­sto docho­dzi do kłótni, ale jeste­śmy podzie­leni, a nasze rany ukry­wamy przed świa­tem zewnętrz­nym. I jeste­śmy zmę­czeni. A przy­naj­mniej ja jestem. Odkąd dowie­dzie­li­śmy się o ich śmierci, nie możemy spać, ale sta­ramy się trzy­mać razem, ukry­wa­jąc naszą despe­ra­cję i smu­tek. Nie przy­stoi, aby bogata rodzina ujaw­niała swo­jej lokal­nej spo­łecz­no­ści ciemną stronę swo­jego życia, prawda? Uwa­żają nas za uprzy­wi­le­jo­wa­nych i bez skazy. Gdyby tylko wie­dzieli. Zamiast tego pro­wa­dzimy bez­sen­sowne roz­mowy o okrop­nej pogo­dzie i dużym natę­że­niu ruchu, o tym, jak zatło­czone są drogi i jak nowe osie­dle w oko­licy dodat­kowo utrud­nia kie­row­com życie, zwięk­sza­jąc natę­że­nie ruchu w mia­steczku.

Kiedy Ezra, Jess i ja dora­sta­li­śmy, Armett House znaj­do­wało się na skraju wsi. Ale Armett nie jest już kla­sy­fi­ko­wane jako wieś, ale jako mia­sto, i do tego roz­wi­ja­jące się. Być może to dobrze, że nowi miesz­kańcy nie wie­dzą, kim jeste­śmy. Nie­świa­domi naszej rodziny i jej dziw­nych, czę­sto nie­zro­zu­mia­łych zwy­cza­jów. Nie ma to już jed­nak zna­cze­nia, ponie­waż nasi rodzice ode­szli. To, jak zgi­nęli, wciąż potrafi mnie spa­ra­li­żo­wać.

Prze­su­wam pal­cami po wło­sach i obser­wuję Ezrę, szu­ka­jąc oznak nie­po­koju lub gniewu. Jest wyraź­nie pode­ner­wo­wany, jego oczy bie­gają wokół jak ciemne, błysz­czące kulki. Amber musi wyczu­wać jego nie­po­kój. Wyciąga rękę i ści­ska jego dłoń. On czeka kilka sekund, po czym odsuwa się, ema­nu­jąc gnie­wem i nie­za­do­wo­le­niem. Amber czę­sto jest apo­dyk­tyczna. Cza­sami jej zacho­wa­nie jest mile widziane, ale innym razem Ezra mówi mi, że jej czu­łość spra­wia, że czuje się przy­tło­czony. Dzi­siaj jest wła­śnie taki dzień. Praw­do­po­dob­nie się obrazi. Być może póź­niej doj­dzie nawet do kłótni. W tej chwili wąt­pię, żeby mu to prze­szka­dzało. Dzi­siaj cho­dzi o nas i naszą rodzinę. O mnie, moją sio­strę i brata, moją matkę rodem z bohemy i jej nie­wier­nego męża, męż­czy­znę, który był moim ojcem. Czy był zły z wła­snej woli? Trudno powie­dzieć. Był słaby i na pewno miał skłon­ność do flir­to­wa­nia. To była jego zguba: jego upodo­ba­nie do młod­szych kobiet. Myślę, że to wła­śnie znisz­czyło nas wszyst­kich, wbi­ja­jąc klin mię­dzy naszych rodzi­ców i zaciem­nia­jąc nasze wspo­mnie­nia z Armett House.

Moje myśli powoli się roz­pra­szają. Nie ma sensu teraz nad tym roz­my­ślać. To już prze­szłość. Czas raz na zawsze z tym skoń­czyć. Pra­wie śmieję się gło­śno z mojego nie­za­mie­rzo­nego dow­cipu słow­nego.

– Potrze­buję drinka.

Nie sądzę, żeby Ezra chciał wypo­wie­dzieć te słowa na głos, ale jest już za późno; już je wypo­wie­dział i nabie­rają roz­pędu. Przy­cią­gają nie­po­żą­daną uwagę.

Wszyst­kie oczy zwra­cają się na niego, a ich zbio­rowe, osą­dza­jące spoj­rze­nia prze­su­wają się po jego twa­rzy, bada­jąc go jak szczura z labo­ra­to­rium. Wzdy­cham i odwra­cam wzrok. Ezra nie pił alko­holu od ponad dwóch lat. Jak dotąd trzeź­wość mu słu­żyła, a przy­naj­mniej tak twier­dził, mijały już mie­siące bez żad­nych więk­szych pro­ble­mów, o ile mi wia­domo, ale dzi­siej­sze wyda­rze­nia to zupeł­nie inna sprawa. Wiem, że po usły­sze­niu wia­domości o śmierci naszych rodzi­ców miał ogromną pokusę, aby się­gnąć po naj­bliż­szą butelkę whi­sky i nalać sobie dużą szklankę, ale tego nie zro­bił. Trzeba mu to przy­znać, udało mu się oprzeć, ale wyobra­żam sobie, że sie­dząc tutaj, w tym samo­cho­dzie, z tymi wszyst­kimi kobie­tami, ich szep­tami i suro­wymi, prze­ra­żo­nymi minami, praw­do­po­dob­nie czuje się, jakby tonął, a łyk whi­sky pomógłby mu teraz zama­zać kon­tury tej pie­przo­nej, okrop­nej sytu­acji.

Nikt nic nie mówi, ale widzę, jak Amber się napina. Jes­sica wpa­truje się w okno, a ja po pro­stu opusz­czam wzrok, życząc sobie, żeby ten cho­lerny samo­chód w końcu pospie­szył się i dowiózł nas na miej­sce.

– Ale nie zamie­rzam tego robić, więc nie mar­tw­cie się. Potrzeba, a dzia­ła­nie to dwie różne rze­czy. Nie musi­cie tam sie­dzieć jak stado prze­stra­szo­nych, pie­przo­nych kró­li­ków.

Twarz Amber się rumieni. Jes­sica bawi się rąb­kiem płasz­cza. Czuję, że mój poziom tole­ran­cji top­nieje. Samo­chód zdaje się kur­czyć wokół mnie. Im szyb­ciej tam dotrzemy, tym lepiej. Muszę się stąd wydo­stać, potrze­buję tro­chę prze­strzeni, żeby ode­tchnąć. Czuję, jak­bym się dusiła.

Jes­sica odchyla głowę do tyłu, odwraca się do mnie i uśmie­cha się lekko.

– Cie­kawe, czy w cen­trum spo­łecz­no­ści będą poda­wać kanapki z jaj­kiem i rze­żu­chą oraz nie­świeże bułki z kieł­basą?

– Och, mam nadzieję, że tak. A jeśli będziemy mieli szczę­ście, będą też te obrzy­dliwe cia­steczka fran­cu­skie nadzie­wane różo­wym majo­ne­zem i kre­wet­kami z sal­mo­nellą, które powinny były zostać wyrzu­cone już kilka dni temu. Wszystko podane przez Tru­jącą Pamelę, tę samą kobietę, która pra­wie zgła­dziła połowę wio­ski swoim nie­do­pie­czo­nym plac­kiem z szynką i jaj­kiem pod­czas let­niego festynu.

Samo­chód wypeł­nia się naszym śmie­chem, roz­luź­nia­jąc napiętą atmos­ferę i nieco popra­wia­jąc nastrój. Nawet Ezra wydaje się cicho chi­cho­tać. Amber uśmie­cha się do mnie, a następ­nie bie­rze Ezrę za rękę. Zasta­na­wiam się, czy wyba­czyła mu, że wcze­śniej ją zbył. Reszta dnia jesz­cze przed nami. Lepiej zro­bić to razem, niż spra­wić, by ich zwią­zek stał się kolej­nym pro­ble­mem, któ­rym trzeba się będzie zająć. On kle­pie ją po ręce i przy­suwa się do niej. Biedna Amber, będąca czę­ścią tak dys­funk­cyj­nej rodziny. Jest nie­spo­kojna i mar­twi się, że Ezra wkrótce pogrąży się w wirze sza­leń­stwa, a jego żal i szok zmu­szają go do szu­ka­nia szczę­ścia i roz­wią­zań na dnie butelki. Nie sądzę, żeby tak się stało. Nasi rodzice nie są tego warci. Prze­trwamy kilka następ­nych godzin, a potem wszy­scy pój­dziemy do domu i przy­go­tu­jemy się do spę­dze­nia kilku następ­nych tygo­dni na zaj­mo­wa­niu się Armett House i jego zawar­to­ścią. Myślę, że to wystar­czy, żeby dopro­wa­dzić każ­dego do picia. Jeśli Ezra zdoła pozo­stać trzeźwy pod­czas tych czyn­no­ści, to powi­nien dostać cho­lerny medal.

– Jeste­śmy na miej­scu.

Jes­sica siada i pociąga za klamkę drzwi.

Ma dokład­nie taką samą ochotę wysiąść z tego samo­chodu, jak ja, bo poczu­cie klau­stro­fo­bii i gwał­tow­nie zmie­nia­jąca się atmos­fera ciąży jak ogromny, przy­tła­cza­jący cię­żar, utrud­nia­jący nor­malne myśle­nie.

Kie­rowca stoi przy samo­cho­dzie, opiera palce na klamce drzwi, głowę ma pochy­loną, gdy wszy­scy powoli wysu­wamy się z pojazdu.

– Dzię­ku­jemy za wszystko – odzywa się Jes­sica ochry­płym gło­sem, spusz­cza­jąc wzrok. Pod­cho­dzi do otwar­tych drzwi cen­trum spo­łecz­no­ści w Armett i nie­mal czuję, jak z niej ema­nują wiel­kimi falami prze­siąk­nięte nega­ty­wi­zmem, emo­cje i strach.

Nie­po­kój kłębi się w dole mojego brzu­cha, a sama myśl o wta­pia­niu się w tłum wywo­łuje we mnie silną ochotę się­gnię­cia po drinka. Nie zro­bię tego jed­nak. Nie, gdy Ezra jest tutaj. Będę posłuszną córką i wierną, wspie­ra­jącą sio­strą i poprze­stanę na her­ba­cie, kawie lub soku, ale, na Boga, potrzeba wina wydaje się być wszech­ogar­nia­jąca. Nikt z nas nie ma ochoty tutaj być, ale to po pro­stu coś, przez co musimy przejść. Jest tyle wspo­mnień, z któ­rymi muszę się upo­rać – kilka dobrych, a wiele mrocz­nych i nie­przy­jem­nych – ale ukryję je przed wszyst­kimi zgro­ma­dzo­nymi tutaj. Uśmiechnę się uprzej­mie, uści­snę kilka dłoni i cicho wymknę się do samo­chodu, żeby potem wró­cić do domu przy Church Road, na skraju mia­sta. Gdy się już tam znajdę, zamknę rolety i ode­tnę się od reszty świata. Tylko ja i moje ska­żone, nie­przy­jemne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. To moja natu­ralna postawa. Sama, ale jed­nak nie samotna. Nie­któ­rzy ludzie lepiej funk­cjo­nują w izo­la­cji. Taka wła­śnie jestem. To oni mnie tak ukształ­to­wali, moi nie­prze­wi­dy­walni i nie­kon­wen­cjo­nalni rodzice. Kocham ich i nie­na­wi­dzę jed­no­cze­śnie. Nie, chwila. Nie­na­wi­dzę jego. Mimo że on wyraź­nie mnie kochał, ja w zamian go nie­na­wi­dzi­łam.

– Max! Miło cię widzieć – mówi Ezra, gdy wcho­dzimy do małego przed­sionka. – Cie­szę się, że udało ci się przyjść.

Max i Ezra znają się od naj­młod­szych lat i cho­ciaż życie rodzinne Maxa bar­dzo róż­niło się od naszego – wycho­wy­wał się w małym, dwu­po­ko­jo­wym sze­re­go­wym domu obok parku, gdzie nar­ko­mani cze­kali na kolejną dawkę – on i Ezra zawsze pozo­sta­wali bli­skimi przy­ja­ciółmi. Pie­nią­dze i przy­wi­leje nie­ko­niecz­nie okre­ślają klasę spo­łeczną. Mój ojciec był tego dowo­dem. Max jest jedną z naj­bar­dziej przy­zwo­itych osób, jakie kie­dy­kol­wiek spo­tka­łam, i zawsze cie­szy­łam się, że on i Ezra pozo­stali dobrymi przy­ja­ciółmi.

– Przy­go­tuj się, stary – mówi Max, marsz­cząc brwi. – Połowa mia­sta jest tutaj, nie­któ­rzy są przy­jaźni, inni mniej. Pró­bo­wa­łem powstrzy­mać ich przed roz­mową z tobą, ale nie mogę ich dłu­żej trzy­mać z dala od cie­bie.

– Nie­zbyt przy­jaźni? – odpo­wiada Ezra, wyglą­da­jąc na naprawdę zakło­po­ta­nego. – Dla­czego, w czym pro­blem?

– Wkrótce się dowiesz. – Wzdy­cha, bio­rąc Ezrę pod łokieć i wpro­wa­dza­jąc mnie, Amber i Jes­sicę do obskur­nego pokoju, w któ­rym czeka na nas spory tłum ludzi. – Wkrótce się dowiesz.

Rozdział czwarty. Jessica

Roz­dział czwarty

Jes­sica

Morze twa­rzy zwraca się w naszą stronę, obser­wu­jąc nasze przy­by­cie do cen­trum spo­łecz­no­ści. Czuję, jak cie­pło ogar­nia moją szyję i pie­cze policzki. Gdy prze­kra­czamy próg i wcho­dzimy do pomiesz­cze­nia, zapada cisza. Nie trwa ona długo. Zaczyna się od cichego szmeru, który cał­ko­wi­cie cich­nie, gdy Jeff Wolf robi krok do przodu, zaci­ska­jąc pię­ści.

– Pie­nią­dze – zwraca się do Ezry, mru­żąc oczy, a ślina leci mu z ust, gdy mówi. – Potrze­buję moich pie­nię­dzy i to natych­miast.

Żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. To może róż­nie się skoń­czyć. Mam nadzieję, że Ezra ma wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, aby mu zapła­cić. Mam rów­nież nadzieję, że Ezra zachowa spo­kój i sytu­acja nie prze­ro­dzi się w chaos. Chcę, aby czas mijał bły­ska­wicz­nie, aby­śmy wszy­scy mogli jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu. Odwra­cam się, aby spoj­rzeć na Flo, która ma sze­roko otwarte oczy i wyraź­nie roz­pa­cza z powodu tej sytu­acji.

– Ile? – pyta Ezra, się­ga­jąc ręką do kie­szeni mary­narki.

– Sto pięć­dzie­siąt fun­tów.

Wcią­gam gwał­tow­nie powie­trze. Ezra nie będzie miał wystar­cza­ją­cej ilo­ści pie­nię­dzy. Kto w dzi­siej­szych cza­sach nosi przy sobie sto pięć­dzie­siąt fun­tów? Wszystko kupuje się za pomocą kart debe­to­wych i kre­dy­to­wych. Mam przy sobie czter­dzie­ści, scho­wa­nych w bocz­nej kie­szeni torebki. Jestem osobą ostrożną. Trzy­mam je na wypa­dek sytu­acji awa­ryj­nych, gdyby zgu­biła mi się karta lub gdyby nie zadzia­łała. W razie potrzeby mogę je oddać. Flo też może mieć tro­chę gotówki. Możemy się zło­żyć.

– Pro­szę bar­dzo. Sto sześć­dzie­siąt fun­tów za nie­do­god­no­ści. – Wsuwa pie­nią­dze w dłoń Jeffa i uśmie­cha się do niego. – Prze­pra­szam za to, kolego. Pro­szę się czę­sto­wać jedze­niem i piciem.

Obser­wuję, jak Ezra odcho­dzi, i zazdrosz­czę mu pew­no­ści sie­bie, tego, jak z dużą łatwo­ścią radzi sobie z prze­ciw­ni­kami mojego ojca. Nasz ojciec zmarł, nie pła­cąc pra­cow­ni­kom, któ­rzy dbają o dom i ogrody. Jeff Wolf nie jest pierw­szą osobą, która przy­szła do nas po pie­nią­dze, i jestem pra­wie pewna, że nie będzie ostat­nią. To tylko wierz­cho­łek góry lodo­wej, która może oka­zać się bar­dzo duża.

– Wzią­łem to ze sobą na wszelki wypa­dek – mówi Ezra, spo­glą­da­jąc przez ramię na mnie, kle­piąc się po gór­nej kie­szeni i mru­ga­jąc deli­kat­nie. – Prze­czu­wa­łem, że coś takiego może się wyda­rzyć. – Odwraca się, a jego ramiona opa­dają nieco, jakby cią­żył na nim nie­wi­dzialny cię­żar.

W duchu ganię samą sie­bie. Powin­nam była pomóc. Ezra ma lep­sze poję­cie o tym, jak dzia­łał nasz ojciec, ponie­waż pra­co­wał z czę­ścią per­so­nelu tech­nicz­nego pod­czas waka­cji, kiedy wró­cił z uni­wer­sy­tetu do domu, w cza­sie gdy ja byłam chro­niona przed naj­gor­szymi skut­kami jego nie­po­wo­dzeń. Mam na myśli jego nie­po­wo­dze­nia finan­sowe. Znam mojego ojca i wiem, kim był w innych dzie­dzi­nach życia, ale to temat na inną oka­zję. Wolę o tym nie opo­wia­dać.

Kiedy myślę o naszej rodzi­nie, moje serce zaczyna bić szyb­ciej, a w piersi poja­wia się aryt­miczne szarp­nię­cie. Moje myśli prze­rywa dotknię­cie ramie­nia. Odwra­cam się i widzę patrzącą na mnie zna­jomą twarz.

– Boże, tak mi przy­kro z powodu two­jej straty, Jess. Brak mi słów. Naprawdę nie wiem, co powie­dzieć.

Amanda Mac­Do­nald, moja dawna kole­żanka ze szkoły, stoi kilka cen­ty­me­trów ode mnie, z błysz­czą­cymi od sztucz­nych łez oczami. Wyciąga rękę, aby poło­żyć ją na moim przed­ra­mie­niu. Instynk­tow­nie cofam się o kilka kro­ków, chcąc zwięk­szyć dystans mię­dzy nami.

– Dzię­kuję. Miło, że przy­szłaś.

Moje słowa brzmią nie­zgrab­nie. Nie na miej­scu. Chcia­ła­bym, żeby ist­niał pod­ręcz­nik dla osób w żało­bie, który zawie­rałby jasne wska­zówki, jak się zacho­wy­wać i co mówić oso­bom skła­da­ją­cym kon­do­len­cje na pogrze­bie bli­skiej rodziny. Rodziny, która pod­jęła decy­zję o zakoń­cze­niu swo­jego życia w tak straszny i spek­ta­ku­larny spo­sób.

– Och, nie mogłam nie przyjść!

Na pewno nie mogłaś.

Amanda i ja nie widzia­ły­śmy się od czasu ukoń­cze­nia col­lege’u ponad dzie­sięć lat temu. Plotki. To dla­tego tu jest.

Jack­son i Lydia Hem­sworth byli naj­bli­żej bycia cele­bry­tami, jakimi Armett kie­dy­kol­wiek mogło się pochwa­lić – acz­kol­wiek byli poobi­jani przez życie. Ludzie mogli obser­wo­wać ich dzi­wac­twa z daleka, nie będąc nimi ska­żeni, w prze­ci­wień­stwie do mnie i mojego rodzeń­stwa, które codzien­nie musiało zno­sić sza­lone eks­cen­trycz­no­ści naszych rodzi­ców. Jestem nie­spra­wie­dliwa. Nasza matka sta­rała się, jak mogła, aby zre­kom­pen­so­wać nam nie­do­sko­na­ło­ści ojca, będąc żywio­łową i pełną ener­gii, co czę­sto postrze­gano jako roz­trze­pa­nie i lekko mania­kalne zacho­wa­nie. Była jed­nak zupeł­nie inna. Była zra­niona i znisz­czona, i bar­dzo się sta­rała, aby wszystko i wszy­scy wokół niej zacho­wali rów­no­wagę.

Ubra­nia Amandy nie zdra­dzają jej praw­dzi­wego wieku. Ma na sobie twe­edową spód­nicę do kolan, czarną koszulę i długi, ciemny kar­di­gan w kratę. Ze względu na swoje nija­kie, mysie włosy można ją łatwo pomy­lić z osobą star­szą o kil­ka­dzie­siąt lat. Amanda i ja nie były­śmy wro­gami, ale też nie były­śmy przy­ja­ciół­kami. Po pro­stu nale­ża­ły­śmy do tego samego kręgu zna­jo­mych, miesz­ka­ły­śmy w tym samym mie­ście i cho­dzi­ły­śmy do tej samej szkoły, a teraz ona zacho­wuje się, jak­by­śmy były przy­ja­ciół­kami i bli­skimi brat­nimi duszami, które się dawno nie widziały.

– W każ­dym razie dzię­kuję za przy­by­cie. Pro­szę poczę­stuj się prze­ką­skami. – Mój głos jest nijaki, pozba­wiony emo­cji. Nie lubię Amandy, ale też jej nie nie­na­wi­dzę. Jest po pro­stu kolejną uczest­niczką spo­tka­nia: osobą, z którą zamie­nię kilka słów, zanim przejdę do kogoś innego, a potem opusz­czę to miej­sce i wrócę do domu, czu­jąc ulgę, że mam to już za sobą. Zamie­rza­łam odejść, gdy to wypo­wiada – a jej wyczu­cie chwili, w odróż­nie­niu od ubioru, jest nie­na­ganne.

– Szkoda tylko, że zosta­wili po sobie cień, prawda? Wszy­scy mówią, że zro­bili to z jakie­goś powodu, żeby coś ukryć. No bo musieli mieć jakiś powód, nie sądzisz?

Moje obcasy stu­kają o pod­łogę, gdy odwra­cam się, aby coś odpo­wie­dzieć, ale ona już odcho­dzi, nie­wąt­pli­wie zado­wo­lona, że miała ostat­nie słowo. Naj­chęt­niej pode­szła­bym do niej, zła­pała za ramię i zażą­dała wyja­śnie­nia tej zło­śli­wej uwagi, ale oczy­wi­ście jestem zbyt tchórz­liwa, by być tak bez­po­śred­nia, więc zamiast tego zacho­wuję się z god­no­ścią i zni­kam w tłu­mie ludzi sto­ją­cych przy stole z jedze­niem. Łatwiej jest uni­kać kon­fron­ta­cji. Życie jest wystar­cza­jąco trudne. Po co doda­wać sobie jesz­cze wię­cej cier­pie­nia? Nie­chęć bar­dzo szybko zaj­muje miej­sce moich dotych­czas ambi­wa­lent­nych w sto­sunku do niej uczuć.

Roz­ma­wiam z ludźmi, pró­bu­jąc wmie­szać się w tłum i wyrzu­cić z głowy słowa Amandy, lecz choć­bym nie wiem jak się sta­rała, nie odda­lają się – krążą wokół mnie jak nie­pro­szeni goście. Moi rodzice nie byli ide­alni, daleko im było do dosko­na­ło­ści, ale umówmy się – czy czyiś rodzice są? Jed­nak jej insy­nu­acje mnie iry­tują. Flo­rence, Ezra i ja prze­szli­śmy przez pie­kło w ciągu ostat­nich kilku tygo­dni, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, dla­czego to zro­bili, i zgłę­bić intrygi naszych rodzi­ców: co im cho­dziło po gło­wie i dla­czego zde­cy­do­wali się zro­bić to, co zro­bili, pozo­sta­wia­jąc nas, aby­śmy poskła­dali roz­bite frag­menty naszego życia. Ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bu­jemy, są lokalni miesz­kańcy wymy­śla­jący histo­rie i dole­wa­jący oliwy do ognia. Roz­bu­chany ogień, bar­dzo trudno będzie stłu­mić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki