32,90 zł
Mroczny, pełen napięcia thriller psychologiczny o rodzinie, której perfekcja była jedynie iluzją.
Jackson i Lydia Hemsworth wydają się ideałem – szczęśliwe małżeństwo, dom pełen miłości i trójka dzieci: Florence, Jessica i Ezra.
Jednak zza perfekcyjnej fasady wyłania się mroczna rzeczywistość: tyrania, kontrola i tajemnice, które trawią rodzinę od środka.
Gdy rodzice giną w szokującym wypadku, ich dzieci wracają do rodzinnego domu, by zmierzyć się z prawdą. Stopniowo odkrywają, że to, co na zewnątrz wyglądało idealnie, już wkrótce stanie się największym koszmarem ich życia…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 324
Tytuł oryginału: Perfect Parents
Korekta: zespół
Copyright © by J.A Baker, 2024 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by E.W Chodzka, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68725-38-4
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Ruth P. Cudownej kobiety i filantropki, która wzbogaciła życie tak wielu lokalnych dzieci, w tym moje. Twoje imię i dziedzictwo będą żyły wiecznie. To, że w niczym nie przypominałaś postaci z tej książki, jest absolutnym błogosławieństwem.
Dzieci z początku kochają swoich rodziców; po pewnym czasie zaczynają ich oceniać; rzadko, jeśli w ogóle, wybaczają im.
Oscar Wilde
Rodzice zastanawiają się, dlaczego strumienie są gorzkie, podczas gdy to oni sami zatruwali źródło.
John Locke
Prolog
Przed
Wszystko poszło nie tak. Popaprane i nie na miejscu. To nie tak miało być. Popełniła błąd. Poważny błąd. Najgorszy z możliwych. Wydawało jej się, że mu zależy, że łączy ich coś wyjątkowego. Jakże bardzo się myliła. Najgorsza pomyłka, jaką kiedykolwiek popełniła. A teraz umierała. Widziała to po krwi – było jej tak dużo. Gęsta, szkarłatna plama na podłodze, rozlewająca się i tworząca kałużę, wyciekająca z jej głowy. Metaliczny zapach wypełniał powietrze. Zrobiło jej się niedobrze. Z trudem zasłoniła usta dłonią, próbując powstrzymać falę mdłości, która podchodziła do gardła i paliła je jak ogień.
Rana była poważna. Nie musiała jej dotykać, żeby poczuć, jak bardzo jest ranna. Jak poważne jest uszkodzenie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Mdłości i zawroty głowy mówiły jej wszystko, co musiała wiedzieć. Wystarczające było to, że jej myśli były zamglone, a podłoga wirowała i kołysała pod nią. Wyobraziła sobie ziejącą dziurę z tyłu czaszki. Była w kawałkach, była wrakiem człowieka. A teraz miała wykrwawić się tutaj, na podłodze jego sypialni. Wszystko przez ten jeden straszny, niewybaczalny błąd – przez to, że uwierzyła, iż ją kocha, że czeka ich wspólna przyszłość i że jest dla niego kimś więcej niż tylko przelotnym zauroczeniem. Zwykłą, nic nieznaczącą przygodą.
Nie było sensu próbować się ruszać. Jej ciało było jak z ołowiu, a żyły powoli opróżniały się z krwi. Nie pozostało jej wiele czasu. Jej umysł wypełniały myśli o rodzinie: ciepłe, spokojne dni, pikniki na trawniku, czułe uściski matki, śmiech ojca. I jej brat. Jej cudowny, troskliwy brat. Gdyby mogła się ruszyć, wydostać się z tego miejsca, mogłaby ich znów zobaczyć, usłyszeć ich słodkie głosy, wsłuchać się w miodowy dźwięk swojego imienia. Mogłaby znów poczuć słodki zapach kwiatów w ich ogrodzie i podziwiać bluszcz, który powoli wspinał się po ścianie domu, oraz jasnoróżowe piwonie rosnące gęsto wzdłuż szerokich rabat.
Nagle ogarnęła ją potrzeba ucieczki, głęboka tęsknota za ponownym zobaczeniem rodziny, więc próbowała czołgać się po podłodze, wyciągając się z kałuży lepkiej, cuchnącej krwi. Gdyby udało jej się przesunąć jeszcze kawałek, wślizgnąć się pod łóżko i poczekać chwilę, może miałaby szansę, ale bez względu na to, ile wysiłku w to wkładała, jej kończyny nie chciały działać tak, jak powinny, a ciało było bezwładne i sztywne. Nawet oddychanie wymagało ogromnego wysiłku.
Więc pozostała nieruchoma, gromadząc resztki energii, które jej pozostały, i koncentrując się wyłącznie na kolejnych kilku sekundach, na ich przetrwaniu. To wszystko, czego potrzebowała, aby uciec z tego miejsca, wydostać się z tego domu i wezwać pomoc. Tylko kilka kluczowych sekund.
Wtedy, jakby jej modlitwy zostały wysłuchane, ból głowy zaczął ustępować. Wydała z siebie cichy okrzyk, a łzy napłynęły jej do oczu. Być może jednak wszystko będzie dobrze. Jej ręce i nogi stały się lżejsze, pełne powietrza. Była jak z jedwabiu wszystko w niej było płynne i pozbawione wysiłku. Z wyjątkiem oczu. Ociężałe, opadały bezwładnie, ciężkie jak kamień, jakby sama grawitacja ciągnęła je w dół. Zdrzemnie się tylko na chwilę, odzyska trochę sił w obolałym ciele, pozbiera myśli, a potem wstanie i ucieknie z tego przeklętego miejsca na zawsze.
Zajęło jej to tylko sekundę lub dwie, zanim zapadła w najgłębszy sen. Sen, z którego nigdy się nie obudzi…
Rozdział pierwszy
Rodzice
Zdejmuje kurtkę i buty i kładzie je na podłodze obok miejsca, w którym stoi. Ona robi to samo, obserwując go i naśladując jego ruchy. On nie ma pojęcia, dlaczego zdejmują ubrania. To bezsensowne zadanie. Gdy tylko zrobią kilka kroków do przodu, skoczą w ciemność nocy i zanurzą się pod powierzchnią wody, nie będzie miało znaczenia, co mają na sobie. Wcześniej tego dnia, zanim słońce powoli zaszło za linią wzgórz, był nad rzeką i widział, jak silny jest jej nurt. Jak niebezpieczny. Tam na dole woda pędzi szybko. I jest głęboka. Tygodnie deszczu zmieniły rzekę w niebezpieczny żywioł. Jednak pozostawienie ubrań jest znakiem. Pokazuje wszystkim, że faktycznie to zrobili, że skoczyli i zostawili swoje problemy daleko za sobą. Jeśli ich ciała nie zostaną znalezione, ich ubrania posłużą jako dowód. Nie chce myśleć o konsekwencjach: ich spuchniętych zwłokach, ich szarych, zniekształconych rysach twarzy, gdy ich ciała zostaną wyciągnięte z wody. Nie chce myśleć o swojej bezsilności, gdy wszystko się skończy. To zawsze było jego cechą charakterystyczną – dowodzić. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Nic nie trwa wiecznie. Lepiej zakończyć to teraz, póki jest na fali.
Na zewnątrz panuje ciemność. Wpatruje się przed siebie, mrużąc oczy w noc, żałując, że sprawy zaszły aż tak daleko. A jednak tak się stało i bez względu na to, jak bardzo się stara, nie widzi innego wyjścia. Podjęli decyzję. Makabryczny pakt. Nie ma odwrotu, nie ma drogi powrotnej do tego, co było kiedyś. Są tylko oni dwoje, skazani na siebie na całą wieczność. Czy to pocieszenie, czy przekleństwo, pozostaje kwestią sporną.
Wiatr się wzmaga, nabierając siły: silny szkwał napiera na ich plecy.
– Chodź – mówi, a jego głos jest wystarczająco głośny, aby przebić się przez szum rzeki i wycie wiatru, który smaga ich ciała. Już czas.
Ona nie odpowiada. On bierze ją za rękę, ale ona ją wyrywa i odwraca się, by na niego spojrzeć, a księżyc oświetla jej rysy, podkreślając każdy kontur i zmarszczkę, jej niegdyś gładka, nieskazitelna skóra jest teraz mapą zmarszczek śmiechu i zmartwień. Takie życie. Takie życie ich spotkało. Nie chciał, żeby tak się skończyło, ale przynajmniej dzięki temu wszyscy unikną konieczności znoszenia tego, co nastąpiłoby, gdyby nie zdecydowali się na ten niekonwencjonalny krok. Czasami życie zmienia się diametralnie, zaskakując wszystkich, a ludzie muszą się dostosować i zaakceptować to, co nastąpi.
– Jestem gotowy – mówi, obserwując ją uważnie. Ona patrzy na niego i kiwa głową, ma ciemne oczy, a usta zaciśnięte w cienką linię. Boże, jak on bardzo ją kochał. Miłością wzajemną. Tak było kiedyś. Zanim wszystko się popsuło, a ich świat zaczął się rozpadać, zamieniając się w pył. Ona obwinia go i być może ma rację. Popełnił błędy. Wiele błędów. Ale ostatecznie to jej błąd, jej odmowa podjęcia właściwej decyzji, zepchnęła ich w najciemniejszy kąt, z którego nie ma wyjścia. To – zimna, rwąca woda – jest jedyną rzeczą, jaka im pozostała. Jedyną ucieczką, którą mają, od brutalnej prawdy o ich zniszczonym życiu. Kiedyś byli kimś, ta dwójka razem, a ich imiona wymawiano z miłością i szacunkiem. Z czasem ich śmierć zostanie zapomniana. Życie potoczy się dalej. Za rok o tej porze będą nikim. Parą zapomnianych zagubionych dusz. Prawdopodobnie tak będzie lepiej. Lepiej odejść w zapomnienie, niż trwać w czyichś słowach podszytych nienawiścią.
Ona nie okazuje żadnych emocji, mruży oczy przed wyjącymi podmuchami wiatru, jej twarz jest pozbawiona wyrazu, gdy oboje wspinają się na metalową barierę, a ich nogi zwisają nad krawędzią. Czy jest zdenerwowana? Nie potrafi tego stwierdzić. Podczas podróży tutaj milczała, na jego pytania i bezsensowne gadanie odpowiadała pustym spojrzeniem. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę to, przez co przeszli. To, co zamierzają zrobić. A teraz, gdy są tutaj, ona nadal milczy. Jest zdystansowana i niewzruszona. Życie, ich działania i podjęte decyzje oddaliły ich od siebie. Przynajmniej teraz zrobią to razem. Przez pewien czas osobno, ale u kresu – razem. Ta myśl dodaje mu otuchy, odpędzając lęki, które zaczęły go dręczyć; drobne nitki niepokoju wbijające się pod skórę. Strach jest przeszkodą, czymś, co należy wyeliminować. Dla niego jest to obce i niepożądane doświadczenie. Pewność siebie zawsze przychodziła mu łatwo. Nagle zniknęła, kiedy najbardziej jej potrzebował, pozostawiając go zagubionym i zdezorientowanym. Kurczowo trzyma poręcz, zamykając oczy.
Za nimi panuje cisza. Nie ma prawie żadnego ruchu. Wczesne godziny poranne, wszyscy są w domach, bezpieczni i ciepło otuleni w swoich łóżkach, podczas gdy oni oboje są tutaj, zmagając się z burzą, wysoko nad rwącą rzeką, gotowi zrobić to, co należy. Odważni. Tacy właśnie są. Tak właśnie chce, aby ich zapamiętano: jako odważną parę, która zrobiła to, ponieważ było to słuszne. Nie jako ludzi, którzy popełnili straszny błąd. Nie jako mężczyznę, który prowadził rozpustne życie, ani kobietę, która próbowała go powstrzymać . Ludzie nie mówią źle o zmarłych, prawda? Ma nadzieję, że tak. Ma nadzieję, że ich sekrety zostaną pochowane wraz z nimi. Tak jak powinno być.
– Policzę do trzech. Potem to zrobimy, dobrze?
Otworzył oczy i spojrzał na nią. Skinęła głową, nie patrząc na niego, nadal się nie odzywając. Rozumiał to. Była zdenerwowana, zła i prawdopodobnie bardzo przestraszona. Miała do tego pełne prawo. To nie było normalne. To, co zamierzali zrobić, było absurdalne, przerażające i całkowicie nienormalne. Nie tak wyobrażali sobie swoją przyszłość. Ale teraz nie było już odwrotu.
Metalowa kratka bariery jest zimna w dotyku, jego palce zaciskają się na jej lodowatej powierzchni. Patrzy w dół i przełyka ślinę, słuchając szumu ciemnej wody poniżej. Ona robi to samo.
– Raz, dwa, trzy…
Zdejmuje palce z metalu i dotyka jej ramienia, powoli popychając górną część jej ciała do przodu, a następnie opuszcza dłoń, aż jego palce mocno naciskają na jej dolną część pleców. Ona wzdryga się, ale on się nie odsuwa. Nie ma gdzie uciec. Poza tym muszą to zrobić. Ona o tym wie. Tak się umówili. Mocno ją popycha, po czym sam się puszcza, wiatr uderza w jego ciało, odbiera uczucie nieważkości jako coś niesamowitego. Zamyka oczy. Nie musi widzieć rwącej rzeki poniżej. Nie musi widzieć spienionego nurtu i bezkresnej głębi lodowatej wody. Wiedział, co nastąpi za chwilę, był gotowy to przyjąć, trwa więc w oczekiwaniu, wstrzymując oddech i zwracając się w kilku słowach do Boga, w którego nie wierzy, podczas gdy czeka, aż pochłonie go fala chłodu. Kiedy uderza o wodę, czuje ostry ból, jakby nóż przeciął mu brzuch, a małe kamienie schowane w kieszeniach ciągną go coraz niżej. Zimno ogarnia go całkowicie, spowalniając jego ruchy i zaburzając jasność myślenia. Nagle gwałtownie wciąga powietrze, pierś drży mu w spazmie, potem odlicza do trzech, a za zamkniętymi powiekami eksplodują gwiazdy, kiedy czeka, aż zabierze go śmierć.
Rozdział drugi
Flo
Kościół jest pełen. Wypełniony po brzegi. Tak wielu ludzi. Tak wielu przyjaciół, sąsiadów i znajomych, a do tego jeszcze upiorni gapie, którzy dołączyli do tego widowiska. Podejrzewam, że facet z tyłu, ubrany w białą koszulę i źle dopasowane spodnie, jest z prasy. Nie rozpoznaję go. Będzie szukał sensacyjnej historii, fragmentu informacji, który będzie mógł przekształcić w coś wartego opublikowania.
Moi rodzice w tym miasteczku uchodzili za ziemiańską arystokrację. Oczywiście, wcale nią nie byli. Mieszkaliśmy w bardzo dużym domu, który choć przestronny, nie był tak okazały, jak niektóre z bardziej reprezentacyjnych rezydencji rozsianych po hrabstwie North Yorkshire.
Jest to sześciopokojowa budowla w stylu palladiańskim, zbudowana w 1720 roku. Krążą plotki, że mój prapradziadek wygrał ją w grze w karty. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek poznali prawdę o tej historii, zwłaszcza teraz, gdy oboje moi rodzice są martwi. Albo za takich ich uznano. Mój ojciec leży w trumnie, tyle wiem, bo to ja go zidentyfikowałam, a makijaż nałożony przez przedsiębiorcę pogrzebowego nie był w stanie ukryć jego szarej bladości, ale ciała mojej matki nigdy nie odnaleziono. Prawdopodobnie znajduje się już gdzieś na środku morza, a ta myśl sprawia, że czuję się źle. Tłumię dreszcz, podciągam kołnierz, chroniąc się przed chłodem w słabo ogrzewanym kościele, i wpatruję się w broszurę leżącą na moich kolanach.
Ku pamięci Jacksona i Lydii Hemsworthów.
Patrzą na mnie dwie młode, uśmiechnięte twarze, pełne szczęścia i nadziei. Kiedy to zniknęło, to szczęście?
Palcami dotykam mych ust, całuję je lekko i przykładam do wizerunku matki – tyle miłości i tęsknoty w tym drobnym geście. Nie zdążyłam się pożegnać, a tak bardzo za nią tęsknię. Tęsknię za tym ostatnim do widzenia. Tkwi to we mnie jak ziejąca otchłań. Pustka, której nic już nie wypełni.
Tamtego dnia, kiedy się dowiedziałam, wyrwała dziurę w moim życiu. Oboje wyrwali. I wspomnienie tamtej chwili nigdy mnie nie opuści.
Widok dwóch policjantów stojących w drzwiach. Pytających, czy mogą wejść. Najpierw usadzili mnie na krześle, zanim przekazali wiadomość: że moi rodzice skoczyli z mostu w Newport, prosto w lodowatą wodę poniżej.
Wszystko, co było potem, zlewa się w mgłę. Chyba krzyczałam. A może wydałam z siebie jakiś ochrypły, zwierzęcy dźwięk. Jeden z funkcjonariuszy poszedł do kuchni, wrócił ze szklanką wody i podał mi ją z wyćwiczoną delikatnością i współczuciem – to akurat pamiętam.
Możliwe, że zaczęłam przeklinać i pobiegłam do łazienki zwymiotować.
Już samo wspomnienie wywołuje falę mdłości – żołądek kurczy mi się boleśnie, jakby ktoś powoli kroił mnie od środka. Przełykam i odpycham tę myśl.
Za mną ktoś pociąga nosem i odchrząkuje. Odgłos szelestu, gdy szuka chusteczki, przenosi mnie z powrotem do teraźniejszości, do momentu w moim życiu, którego nigdy nie brałam pod uwagę. A może jednak brałam. Być może wraz z rodzeństwem wyparliśmy z pamięci możliwość tego, co mogło się stać, gdy wszyscy opuściliśmy dom. Nigdy nie było łatwo. Sytuacja wyraźnie się pogorszyła, gdy wszyscy się wyprowadziliśmy i zamieszkaliśmy we własnych domach. Staram się o tym nie myśleć, o tym, jak wiele musiała znosić nasza matka pod naszą nieobecność.
Nazwaliśmy to uroczystością upamiętniającą, a nie pogrzebem, mimo że ciało mojego ojca spoczywa w trumnie na cokole tuż obok miejsca, w którym siedzę. Wydawało się to bardziej odpowiednie. Jak moglibyśmy zorganizować pogrzeb dla jednego z nich, a dla drugiego nie? Zmarli razem, i tak właśnie trzeba ich wspominać – jako jedno, jako parę, a nie osobno. Choć znacznie się różnili. Tę myśl też odrzuciłam. Moja głowa wydaje się być pełna tych mrocznych, ropiejących wspomnień. Siedzenie tutaj, na ich pogrzebie, skupianie się na tym, jak bardzo się różnili, nie wydaje mi się właściwe. Najmniej, co możemy zrobić, to sprawiać wrażenie, że próbujemy ich złączyć, choć ich dramatyczny, niewytłumaczalnie okropny koniec niemal rozerwał nas wszystkich od środka.
Hałas w kościele cichnie, gdy ksiądz podchodzi do ambony. Powinniśmy byli zorganizować pogrzeb humanistyczny. Nie mam pojęcia, dlaczego wybraliśmy ten kościół. Myślę, że dlatego, że jest tak blisko i wiele osób uważało moich rodziców za filary społeczności, za parę pełną oddania, która przez wiele dziesięcioleci, podobnie jak ich rodzice przed nimi, mieszkała w Armett House, i oczekiwano, że Ezra, Jessica i ja zorganizujemy im godne pożegnanie, taki pamiętny pogrzeb, jaki przystoi tak dobrze postrzeganym osobom. Jednak tylko przez niektórych. Nie przez wszystkich. Moi rodzice mieli talent zarówno do pomagania, jak i do irytowania ludzi w równym stopniu. A przynajmniej mój ojciec. To była jego cecha rozpoznawcza. Jego specjalność.
Matka robiła tylko jedno: starała się niwelować jego paskudne przywary, będąc zawsze obecna i obdarzając wszystkich jak największą życzliwością, w próbie zrównoważenia jego trudnego charakteru.
Rozlega się grzmiący dźwięk organów, a nuty krążą w powietrzu jak wirujący, melodyjny ryk. Biorę głęboki wdech i słucham głosów w pobliżu, śpiewających Amazing Grace, ulubiony hymn naszej matki. Nie wybraliśmy jednego z ulubionych hymnów ojca. Nie jestem nawet pewna, czy miał jakiś ulubiony. Nasz ojciec tańczył według własnej melodii.
Ezra stoi po mojej lewej stronie, wpatrując się w punkt za amboną. Jessica jest po drugiej stronie. Nikt z nas nie śpiewa. Myślę, że już nas nie obchodzi, czy ludzie uważają za dziwne i lekceważące, że nie dołączamy do śpiewu. Pogrzeby nie mają ustalonych zasad. Możemy robić i mówić, co chcemy. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy zgodzić się zaśpiewać Knees Up Mother Brown i nikt nie mógłby nas powstrzymać. To jest czas naszej żałoby, a żałoba przybiera różne formy i obejmuje szerokie spektrum emocji.
Jeśli Ezra, Jessica i ja chcemy krzyczeć i wrzeszczeć, niech tak będzie, a jeśli wolimy stać zgarbieni, bez wyrazu twarzy, to też jest to całkowicie akceptowalne. Myślę, że biorąc pod uwagę okoliczności, radzimy sobie nadzwyczaj dobrze – nadal stoimy na nogach, zamiast leżeć powykręcani gdzieś w kącie zakrystii, podczas gdy sfrustrowany ksiądz stoi obok, załamując ręce w rozpaczy i próbując wymyślić, jak nas rozplątać i wprowadzić z powrotem do kościoła, gdzie mógłby odprawić przyzwoitą mszę. Ale odbiegam od tematu.
Muzyka jest dla mnie tylko białym szumem w głowie. Chociaż bardzo kochałam moją matkę, nie mogę się doczekać, aż to się skończy. Mój brat, siostra i ja mamy pracę do wykonania: dom do uporządkowania, pokoje do posprzątania. Myślę o pracowni krawieckiej mojej matki i gabinecie mojego ojca i czuję się oszołomiona i nieco przytłoczona. Tyle tego. Pięćdziesiąt lat bałaganu do uporządkowania.
Ale zanim to nastąpi, musimy skupić się na pogrzebie, spotkać się z ludźmi, uścisnąć im dłonie. Na społeczności, którą trzeba nakarmić. Nie chciałam żadnego spotkania po ceremonii. Wydało mi się to nie na miejscu. Właściwie sama myśl przyprawiała mnie o mdłości. Jessica miała mieszane uczucia, ale Ezra nalegał, choćby z szacunku dla naszej matki, filaru naszej rodziny. Ona była tym elementem, który scalał nas wszystkich. Tyle że ostatecznie nie sprostała. W końcu filar ugiął się i pękł pod naciskiem. Pomysł jedzenia, picia i rozmów, podczas gdy ciało mojej matki pozostaje nieodnalezione, wydaje mi się makabryczny i niegrzeczny. Przynajmniej mój ojciec leży w trumnie, a jego szczątki są czyste i suche. Moja matka jest obecnie Bóg wie gdzie, jej biedne, spuchnięte ciało unosi się gdzieś w dół rzeki. Część mnie ma nadzieję, że nigdy nie zostanie znaleziona, że zostanie pozostawiona w spokoju, gdziekolwiek się znajduje, a jednak ta druga część mnie chce, żeby wróciła do domu, tam, gdzie jej miejsce. Z powrotem do nas, do swojej rodziny.
Gdy muzyka i śpiew cichną, zapada cisza. Czekamy, aż ksiądz zabierze głos, a każdy szelest ubrania, każdy oddech, szept i westchnienie rozbrzmiewają w mojej głowie jak huk. Jego słowa nie przynoszą mi żadnej pociechy. Nie byliśmy religijną rodziną. Może powinniśmy byli być. Może gdybyśmy zwrócili się do Boga i słuchali nauk Biblii, nasze kłopoty znalazłyby rozwiązanie. Ale z drugiej strony, słowa sprzed wieków, należące do niewidzialnego bóstwa, zapewne byłyby bezsilne wobec naszych problemów. Na pewno nie pomogą w odnalezieniu ciała naszej matki. Oddałabym wszystko, co mam, żeby ją znaleźć. Zasługuje na to i na wiele więcej.
Słyszę, jak wymawiane są nasze imiona: Jessica, Ezra i ja. Ojciec McLeod, proboszcz parafii, odczytuje przemowę pogrzebową, którą mu przekazaliśmy. To tylko słowa na kartce papieru. Nic więcej. Nie odzwierciedlają tego, kim jesteśmy teraz ani kim byliśmy kiedyś. To jedynie migawka z najlepszych momentów naszego dzieciństwa. Tej części, co do której nie mamy nic przeciwko, aby wszyscy ją usłyszeli. Najbardziej pamiętne i najszczęśliwsze momenty małżeństwa naszych rodziców. Bo były takie, zanim wszystko się popsuło i zrujnowało nasze codzienne życie. Nie wszyscy to widzieli lub rozpoznali, nawet członkowie mojej własnej rodziny. Wszyscy mamy takie miejsca, do których wolimy nie zaglądać, nieprawdaż? Widzimy to, co chcemy widzieć, aby nasze życie było bardziej znośne. I każdy ma swój punkt graniczny – moment, w którym wszystko nagle się rozpada, a życie zaczyna spadać w dół bez żadnej kontroli.
Niektórzy z nas lecą już od lat, czekając na chwilę, gdy wreszcie uderzą o dno z głuchym, bolesnym trzaskiem. Mam nadzieję, że wiadomość o samobójstwie moich rodziców jest tym obrzydliwym hukiem i że nic więcej już nie nastąpi, ale nigdy nie wiadomo. Nie w przypadku rodziny Hemsworthów. Po prostu nigdy nie wiadomo.
Znów zapada cisza. W mojej głowie kłębi się mgła. Czuję lekkie szturchnięcie w bok i odwracam się, by zobaczyć Ezrę, który patrzy na mnie i gestem zachęca mnie do wstania. To koniec. Czas odejść. Jessica stoi, patrząc przed siebie, z niewzruszoną twarzą, suchymi policzkami i oczami pozbawionymi łez.
Biorę głęboki oddech i przygotowuję się na kolejną część. Najpierw pochówek, a potem spotkanie w lokalnym centrum społeczności. Czuję się zmęczona i oszołomiona, zanim cokolwiek zdąży się zacząć.
Amber, partnerka Ezry, uśmiecha się do mnie i pochyla, aby ścisnąć mi dłoń. Odpowiadam tym samym gestem, bo tak wypada, i wstaję z miejsca, czując słabość w nogach, a potem idę za wszystkimi, którzy wychodzą z kościoła i podążają w ciszy alejką za trumną ojca. Morze twarzy obserwuje nasze ruchy, opuszczając wzrok, gdy przechodzimy, a potem powoli i cicho wstają z ławek i idą za nami, tworząc cichą procesję żałobników opuszczających kościół.
To pochówek tylko dla rodziny. Ezra, Amber, Jessica i ja idziemy na tyły cmentarza, podążając za osobami niosącymi trumnę z pochylonymi głowami, w cichej, pełnej szacunku czci. Nie żebym czuła taki szacunek. Po prostu robię to, czego się ode mnie oczekuje. Nie wypadałoby robić publicznej sceny, prawda? Zwłaszcza że całkiem sporo z tych ludzi uważa naszą rodzinę za ósmy cud świata.
Zrobię więc to, co należy – przez jeden dzień będę grała rolę obowiązkowej, pogrążonej w żałobie córki, a kiedy wszystko się skończy, wrócę do domu, zwinę się w łóżku i zostanę tam, dopóki wszystko nie stanie się łatwiejsze do zniesienia. Mniej przytłaczające. Mniej bolesne. I zostanę tam, aż życie znów będzie normalne. Cokolwiek to znaczy.
Stoimy przy grobie, deszcz leje jak z cebra, a wielka dziura wielkości trumny wypełnia się wodą i błotem. Odwracam wzrok, gdy mój ojciec jest opuszczany do grobu, a w głowie kłębią mi się obrazy jego ostatnich chwil – zimna, który przenikało do kości. Strachu.
A jednak zrobił to. Oboje zrobili. Myślę o tym, jak w tę burzową noc zdejmowali płaszcze i buty, a potem skakali do lodowatej, rwącej rzeki. Do końca życia nie będę w stanie wymazać tego obrazu z pamięci: mam w głowie straszliwie wyraźny obraz ich zmarzniętych twarzy i wymachujących kończyn, gdy skakali, a lodowata woda pochłaniała ich i ciągnęła w dół, ku nieuchronnej śmierci, pozostawiając mnie, Jessicę i Ezrę, abyśmy poskładali fragmenty ich porozwalanego i zaburzonego życia. Zastanawiam się, czy przyszliśmy im do głowy? Czy w ogóle pomyśleli o nas, kiedy po raz ostatni zanurzyli się w rzece? A może byli tak pochłonięci własnym wirującym nieszczęściem, że nie było w nim miejsca dla nikogo innego?
Ojciec McLeod udziela krótkiego błogosławieństwa, gdy trumna zostaje umieszczona w grobie. Ezra i Amber rzucają na nią pojedynczą czerwoną różę. Jessica cicho łka. Ocieram twarz przemokniętym rękawem, po czym odwracam się i odchodzę.
Rozdział trzeci
Flo
To nigdy nie miało być łatwe. Cała ta sytuacja jest okropna i przygnębiająca, ale musimy przez to przejść, aby móc dalej żyć. Obserwuję, jak Amber opiera się o Ezrę, a ich ciała drżą z zimna, a ulewny, niekończący się deszcz utrudnia nam opuszczenie cmentarza. To prawdziwe grzęzawisko – błoto chlapie aż na nogawki spodni Ezry. Moje własne stopy są przemoczone do suchej nitki. Zatrzymuję się i uderzam podeszwami o chodnik, żeby strząsnąć nadmiar wody i brudu, a potem próbuję oczyścić ubrania palcami zgrabiałymi z zimna, które wydają się być zrobione z drewnianych klocków. Buty mam oblepione błotem, skarpetki kompletnie przesiąknięte. Trzeba było założyć obcasy. Wyglądam, jakbym spędziła ostatnie kilka godzin, orząc gołymi rękami rozmokłe pole, a moje dłonie są teraz umazane błotem i ziemią. To był długi dzień, a jeszcze nie dobiegł końca. Będę musiała jakoś, kiedy już tu skończymy, przykleić do twarzy uśmiech i prowadzić uprzejme rozmowy z ludźmi, których ledwo znam, a w wielu przypadkach nawet ich nie lubię.
– Chodźcie, wracajmy na ścieżkę i wsiadajmy do samochodu. Tu jest cholernie zimno.
Głos Ezry jest ochrypły, ostrzejszy niż zwykle, a pogoda i otoczenie sprawiają, że wszyscy jesteśmy niespokojni i podenerwowani. Mówię, że jest ostrzejszy niż zazwyczaj, ale kiedy się nad tym zastanawiam, choć w sumie jego zwykłe zachowanie od dawna jest nieco odbiegające od normy. Odpędzam od siebie tę myśl i skupiam się na tym, żeby wydostać się z deszczu i wsiąść do suchego samochodu.
Amber umieszcza swoją małą, czarną kopertówkę nad głową, aby chronić starannie ułożone włosy przed deszczem, i zaczyna biec, ale jej cienkie obcasy utrudniają jej poruszanie się. Ezra bierze ją za rękę i ciągnie za sobą, starając się, aby nie upadła, zatrzymując się co kilka sekund, aby poczekać, aż odzyska równowagę. W końcu podtrzymują się nawzajem, gdy wiatr nabiera prędkości, a ulewa staje się jeszcze silniejsza. Opuszczam cmentarz jako pierwsza, pędząc bez oglądania się za siebie. Stoję obok samochodu, gdy pozostała trójka pojawia się za rogiem z twarzami wykrzywionymi w grymasie. Jessica idzie za Ezrą i Amber, a jej obcasy stukają o betonową nawierzchnię.
To będzie kilka trudnych tygodni, a może nawet miesięcy. Wszyscy mamy mnóstwo do zrobienia, ogrom papierkowej roboty i dokumentów do uporządkowania, chociaż dopóki nie odnajdziemy ciała matki, nasze możliwości pozostają ograniczone. A do tego dochodzi jeszcze dom. Ten pieprzony, wielki, rozległy stary dom, którego nikt z nas nie chce. Ogarnia mnie mrok, wciągając mnie w swoje zacienione zakamarki, a okropne wspomnienia coraz bardziej zbliżają się do powierzchni. Opieram się ich uściskowi i udaje mi się wykrztusić z siebie wymuszony uśmiech.
– Gotowi? – pytam.
Ezra i Amber kiwają głowami, Jess odpowiada tak piskliwym, dziecięcym głosem, otworzono nam drzwi samochodu, abyśmy mogli wejść.
– Dzięki Bogu za skórzane siedzenia, co? – mówi Amber nieco zbyt radośnie, gdy wszyscy bezpiecznie zasiadamy w eleganckim, czarnym samochodzie. W przeciwnym razie w mgnieniu oka przemoczylibyśmy tapicerkę.
– Pieprzona, durna pogoda – mruczy Ezra, wpatrując się w okno.
Ja również odwracam wzrok i palcem śledzę linię wody spływającą po szybie.
– Paskudna pogoda w paskudny dzień – odpowiadam ponuro.
Ezra odwraca się do mnie, jakby czekał, aż powiem coś jeszcze. Więc mówię.
– Nie zostanę długo. W centrum społeczności, mam na myśli. Nie mam ochoty na bezsensowne pogaduszki.
W jego oczach widać, że on też nie ma ochoty, ale milczy, a jego ciemne rzęsy skrywają prawdziwe uczucia. Jest w tym dobry: w ukrywaniu emocji. Pewnie musiał się tego nauczyć, ale czyż nie wszyscy musieliśmy?
Zamiast tego kiwa głową, prawdopodobnie świadomy mojego pogarszającego się nastroju. Bycie starszą siostrą nigdy mi nie odpowiadało. Zawsze czułam jakąś głupią potrzebę kontrolowania wszystkiego i opieki nad młodszymi bratem i siostrą, nawet teraz, gdy oboje są już dorośli. Lubię myśleć, że zawsze starałam się jak najlepiej, aby ich chronić. Czasami się to udawało, a czasami nie. Nawet teraz, po śmierci naszych rodziców, czuję, że ciężar ich niekonwencjonalnego i szokującego odejścia spoczywa wyłącznie na mnie. Nie potrafię puścić wodzy i traktować mojego młodszego rodzeństwa jak równych sobie. To dlatego, że są niewinni. Nie jestem pewna, czy znają choćby połowę mrocznej przeszłości naszego ojca, a może jestem naiwna i wiedzą więcej, niż jestem skłonna przyznać. Wstydzę się nawet myśleć o tym, co zrobił. Niełatwo mi o tym mówić.
– Zostanę jeszcze chwilę i porozmawiam z ludźmi, Ez – mówi Jessica.
Uśmiecham się na jej sugestię. Biedna Jessie. Zawsze pełni rolę rozjemczyni. Zawsze chętnie łagodzi napięcia i tuszuje wszelkie pęknięcia. Prawie śmieję się na myśl o tym słowie – pęknięcia. Bardziej przypominają ogromne kratery. Leje, które prawie nas pochłonęły. Nie żeby Ezra i Jess widzieli to wszystko. Nigdy nie udało mi się ustalić, czy postanowili nie zwracać uwagi na to, co się działo, czy też naprawdę udało mi się uchronić ich przed największym bólem serca. Wzięłam to na siebie i teraz jestem do tego stopnia zgorzkniała, że stałam się toksyczna, a pozostałości mojego dzieciństwa przylgnęły do mnie jak smoła, pokrywając każdy centymetr mojej skóry.
Podróż do lokalnego centrum społeczności przebiega w ciszy, a atmosfera jest napięta. Nie mamy sobie wiele do powiedzenia, przynajmniej nie bez ryzyka, że wszystko zamieni się w chaos. Nie jesteśmy rodziną, w której często dochodzi do kłótni, ale jesteśmy podzieleni, a nasze rany ukrywamy przed światem zewnętrznym. I jesteśmy zmęczeni. A przynajmniej ja jestem. Odkąd dowiedzieliśmy się o ich śmierci, nie możemy spać, ale staramy się trzymać razem, ukrywając naszą desperację i smutek. Nie przystoi, aby bogata rodzina ujawniała swojej lokalnej społeczności ciemną stronę swojego życia, prawda? Uważają nas za uprzywilejowanych i bez skazy. Gdyby tylko wiedzieli. Zamiast tego prowadzimy bezsensowne rozmowy o okropnej pogodzie i dużym natężeniu ruchu, o tym, jak zatłoczone są drogi i jak nowe osiedle w okolicy dodatkowo utrudnia kierowcom życie, zwiększając natężenie ruchu w miasteczku.
Kiedy Ezra, Jess i ja dorastaliśmy, Armett House znajdowało się na skraju wsi. Ale Armett nie jest już klasyfikowane jako wieś, ale jako miasto, i do tego rozwijające się. Być może to dobrze, że nowi mieszkańcy nie wiedzą, kim jesteśmy. Nieświadomi naszej rodziny i jej dziwnych, często niezrozumiałych zwyczajów. Nie ma to już jednak znaczenia, ponieważ nasi rodzice odeszli. To, jak zginęli, wciąż potrafi mnie sparaliżować.
Przesuwam palcami po włosach i obserwuję Ezrę, szukając oznak niepokoju lub gniewu. Jest wyraźnie podenerwowany, jego oczy biegają wokół jak ciemne, błyszczące kulki. Amber musi wyczuwać jego niepokój. Wyciąga rękę i ściska jego dłoń. On czeka kilka sekund, po czym odsuwa się, emanując gniewem i niezadowoleniem. Amber często jest apodyktyczna. Czasami jej zachowanie jest mile widziane, ale innym razem Ezra mówi mi, że jej czułość sprawia, że czuje się przytłoczony. Dzisiaj jest właśnie taki dzień. Prawdopodobnie się obrazi. Być może później dojdzie nawet do kłótni. W tej chwili wątpię, żeby mu to przeszkadzało. Dzisiaj chodzi o nas i naszą rodzinę. O mnie, moją siostrę i brata, moją matkę rodem z bohemy i jej niewiernego męża, mężczyznę, który był moim ojcem. Czy był zły z własnej woli? Trudno powiedzieć. Był słaby i na pewno miał skłonność do flirtowania. To była jego zguba: jego upodobanie do młodszych kobiet. Myślę, że to właśnie zniszczyło nas wszystkich, wbijając klin między naszych rodziców i zaciemniając nasze wspomnienia z Armett House.
Moje myśli powoli się rozpraszają. Nie ma sensu teraz nad tym rozmyślać. To już przeszłość. Czas raz na zawsze z tym skończyć. Prawie śmieję się głośno z mojego niezamierzonego dowcipu słownego.
– Potrzebuję drinka.
Nie sądzę, żeby Ezra chciał wypowiedzieć te słowa na głos, ale jest już za późno; już je wypowiedział i nabierają rozpędu. Przyciągają niepożądaną uwagę.
Wszystkie oczy zwracają się na niego, a ich zbiorowe, osądzające spojrzenia przesuwają się po jego twarzy, badając go jak szczura z laboratorium. Wzdycham i odwracam wzrok. Ezra nie pił alkoholu od ponad dwóch lat. Jak dotąd trzeźwość mu służyła, a przynajmniej tak twierdził, mijały już miesiące bez żadnych większych problemów, o ile mi wiadomo, ale dzisiejsze wydarzenia to zupełnie inna sprawa. Wiem, że po usłyszeniu wiadomości o śmierci naszych rodziców miał ogromną pokusę, aby sięgnąć po najbliższą butelkę whisky i nalać sobie dużą szklankę, ale tego nie zrobił. Trzeba mu to przyznać, udało mu się oprzeć, ale wyobrażam sobie, że siedząc tutaj, w tym samochodzie, z tymi wszystkimi kobietami, ich szeptami i surowymi, przerażonymi minami, prawdopodobnie czuje się, jakby tonął, a łyk whisky pomógłby mu teraz zamazać kontury tej pieprzonej, okropnej sytuacji.
Nikt nic nie mówi, ale widzę, jak Amber się napina. Jessica wpatruje się w okno, a ja po prostu opuszczam wzrok, życząc sobie, żeby ten cholerny samochód w końcu pospieszył się i dowiózł nas na miejsce.
– Ale nie zamierzam tego robić, więc nie martwcie się. Potrzeba, a działanie to dwie różne rzeczy. Nie musicie tam siedzieć jak stado przestraszonych, pieprzonych królików.
Twarz Amber się rumieni. Jessica bawi się rąbkiem płaszcza. Czuję, że mój poziom tolerancji topnieje. Samochód zdaje się kurczyć wokół mnie. Im szybciej tam dotrzemy, tym lepiej. Muszę się stąd wydostać, potrzebuję trochę przestrzeni, żeby odetchnąć. Czuję, jakbym się dusiła.
Jessica odchyla głowę do tyłu, odwraca się do mnie i uśmiecha się lekko.
– Ciekawe, czy w centrum społeczności będą podawać kanapki z jajkiem i rzeżuchą oraz nieświeże bułki z kiełbasą?
– Och, mam nadzieję, że tak. A jeśli będziemy mieli szczęście, będą też te obrzydliwe ciasteczka francuskie nadziewane różowym majonezem i krewetkami z salmonellą, które powinny były zostać wyrzucone już kilka dni temu. Wszystko podane przez Trującą Pamelę, tę samą kobietę, która prawie zgładziła połowę wioski swoim niedopieczonym plackiem z szynką i jajkiem podczas letniego festynu.
Samochód wypełnia się naszym śmiechem, rozluźniając napiętą atmosferę i nieco poprawiając nastrój. Nawet Ezra wydaje się cicho chichotać. Amber uśmiecha się do mnie, a następnie bierze Ezrę za rękę. Zastanawiam się, czy wybaczyła mu, że wcześniej ją zbył. Reszta dnia jeszcze przed nami. Lepiej zrobić to razem, niż sprawić, by ich związek stał się kolejnym problemem, którym trzeba się będzie zająć. On klepie ją po ręce i przysuwa się do niej. Biedna Amber, będąca częścią tak dysfunkcyjnej rodziny. Jest niespokojna i martwi się, że Ezra wkrótce pogrąży się w wirze szaleństwa, a jego żal i szok zmuszają go do szukania szczęścia i rozwiązań na dnie butelki. Nie sądzę, żeby tak się stało. Nasi rodzice nie są tego warci. Przetrwamy kilka następnych godzin, a potem wszyscy pójdziemy do domu i przygotujemy się do spędzenia kilku następnych tygodni na zajmowaniu się Armett House i jego zawartością. Myślę, że to wystarczy, żeby doprowadzić każdego do picia. Jeśli Ezra zdoła pozostać trzeźwy podczas tych czynności, to powinien dostać cholerny medal.
– Jesteśmy na miejscu.
Jessica siada i pociąga za klamkę drzwi.
Ma dokładnie taką samą ochotę wysiąść z tego samochodu, jak ja, bo poczucie klaustrofobii i gwałtownie zmieniająca się atmosfera ciąży jak ogromny, przytłaczający ciężar, utrudniający normalne myślenie.
Kierowca stoi przy samochodzie, opiera palce na klamce drzwi, głowę ma pochyloną, gdy wszyscy powoli wysuwamy się z pojazdu.
– Dziękujemy za wszystko – odzywa się Jessica ochrypłym głosem, spuszczając wzrok. Podchodzi do otwartych drzwi centrum społeczności w Armett i niemal czuję, jak z niej emanują wielkimi falami przesiąknięte negatywizmem, emocje i strach.
Niepokój kłębi się w dole mojego brzucha, a sama myśl o wtapianiu się w tłum wywołuje we mnie silną ochotę sięgnięcia po drinka. Nie zrobię tego jednak. Nie, gdy Ezra jest tutaj. Będę posłuszną córką i wierną, wspierającą siostrą i poprzestanę na herbacie, kawie lub soku, ale, na Boga, potrzeba wina wydaje się być wszechogarniająca. Nikt z nas nie ma ochoty tutaj być, ale to po prostu coś, przez co musimy przejść. Jest tyle wspomnień, z którymi muszę się uporać – kilka dobrych, a wiele mrocznych i nieprzyjemnych – ale ukryję je przed wszystkimi zgromadzonymi tutaj. Uśmiechnę się uprzejmie, uścisnę kilka dłoni i cicho wymknę się do samochodu, żeby potem wrócić do domu przy Church Road, na skraju miasta. Gdy się już tam znajdę, zamknę rolety i odetnę się od reszty świata. Tylko ja i moje skażone, nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. To moja naturalna postawa. Sama, ale jednak nie samotna. Niektórzy ludzie lepiej funkcjonują w izolacji. Taka właśnie jestem. To oni mnie tak ukształtowali, moi nieprzewidywalni i niekonwencjonalni rodzice. Kocham ich i nienawidzę jednocześnie. Nie, chwila. Nienawidzę jego. Mimo że on wyraźnie mnie kochał, ja w zamian go nienawidziłam.
– Max! Miło cię widzieć – mówi Ezra, gdy wchodzimy do małego przedsionka. – Cieszę się, że udało ci się przyjść.
Max i Ezra znają się od najmłodszych lat i chociaż życie rodzinne Maxa bardzo różniło się od naszego – wychowywał się w małym, dwupokojowym szeregowym domu obok parku, gdzie narkomani czekali na kolejną dawkę – on i Ezra zawsze pozostawali bliskimi przyjaciółmi. Pieniądze i przywileje niekoniecznie określają klasę społeczną. Mój ojciec był tego dowodem. Max jest jedną z najbardziej przyzwoitych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam, i zawsze cieszyłam się, że on i Ezra pozostali dobrymi przyjaciółmi.
– Przygotuj się, stary – mówi Max, marszcząc brwi. – Połowa miasta jest tutaj, niektórzy są przyjaźni, inni mniej. Próbowałem powstrzymać ich przed rozmową z tobą, ale nie mogę ich dłużej trzymać z dala od ciebie.
– Niezbyt przyjaźni? – odpowiada Ezra, wyglądając na naprawdę zakłopotanego. – Dlaczego, w czym problem?
– Wkrótce się dowiesz. – Wzdycha, biorąc Ezrę pod łokieć i wprowadzając mnie, Amber i Jessicę do obskurnego pokoju, w którym czeka na nas spory tłum ludzi. – Wkrótce się dowiesz.
Rozdział czwarty
Jessica
Morze twarzy zwraca się w naszą stronę, obserwując nasze przybycie do centrum społeczności. Czuję, jak ciepło ogarnia moją szyję i piecze policzki. Gdy przekraczamy próg i wchodzimy do pomieszczenia, zapada cisza. Nie trwa ona długo. Zaczyna się od cichego szmeru, który całkowicie cichnie, gdy Jeff Wolf robi krok do przodu, zaciskając pięści.
– Pieniądze – zwraca się do Ezry, mrużąc oczy, a ślina leci mu z ust, gdy mówi. – Potrzebuję moich pieniędzy i to natychmiast.
Żołądek podchodzi mi do gardła. To może różnie się skończyć. Mam nadzieję, że Ezra ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby mu zapłacić. Mam również nadzieję, że Ezra zachowa spokój i sytuacja nie przerodzi się w chaos. Chcę, aby czas mijał błyskawicznie, abyśmy wszyscy mogli jak najszybciej wrócić do domu. Odwracam się, aby spojrzeć na Flo, która ma szeroko otwarte oczy i wyraźnie rozpacza z powodu tej sytuacji.
– Ile? – pyta Ezra, sięgając ręką do kieszeni marynarki.
– Sto pięćdziesiąt funtów.
Wciągam gwałtownie powietrze. Ezra nie będzie miał wystarczającej ilości pieniędzy. Kto w dzisiejszych czasach nosi przy sobie sto pięćdziesiąt funtów? Wszystko kupuje się za pomocą kart debetowych i kredytowych. Mam przy sobie czterdzieści, schowanych w bocznej kieszeni torebki. Jestem osobą ostrożną. Trzymam je na wypadek sytuacji awaryjnych, gdyby zgubiła mi się karta lub gdyby nie zadziałała. W razie potrzeby mogę je oddać. Flo też może mieć trochę gotówki. Możemy się złożyć.
– Proszę bardzo. Sto sześćdziesiąt funtów za niedogodności. – Wsuwa pieniądze w dłoń Jeffa i uśmiecha się do niego. – Przepraszam za to, kolego. Proszę się częstować jedzeniem i piciem.
Obserwuję, jak Ezra odchodzi, i zazdroszczę mu pewności siebie, tego, jak z dużą łatwością radzi sobie z przeciwnikami mojego ojca. Nasz ojciec zmarł, nie płacąc pracownikom, którzy dbają o dom i ogrody. Jeff Wolf nie jest pierwszą osobą, która przyszła do nas po pieniądze, i jestem prawie pewna, że nie będzie ostatnią. To tylko wierzchołek góry lodowej, która może okazać się bardzo duża.
– Wziąłem to ze sobą na wszelki wypadek – mówi Ezra, spoglądając przez ramię na mnie, klepiąc się po górnej kieszeni i mrugając delikatnie. – Przeczuwałem, że coś takiego może się wydarzyć. – Odwraca się, a jego ramiona opadają nieco, jakby ciążył na nim niewidzialny ciężar.
W duchu ganię samą siebie. Powinnam była pomóc. Ezra ma lepsze pojęcie o tym, jak działał nasz ojciec, ponieważ pracował z częścią personelu technicznego podczas wakacji, kiedy wrócił z uniwersytetu do domu, w czasie gdy ja byłam chroniona przed najgorszymi skutkami jego niepowodzeń. Mam na myśli jego niepowodzenia finansowe. Znam mojego ojca i wiem, kim był w innych dziedzinach życia, ale to temat na inną okazję. Wolę o tym nie opowiadać.
Kiedy myślę o naszej rodzinie, moje serce zaczyna bić szybciej, a w piersi pojawia się arytmiczne szarpnięcie. Moje myśli przerywa dotknięcie ramienia. Odwracam się i widzę patrzącą na mnie znajomą twarz.
– Boże, tak mi przykro z powodu twojej straty, Jess. Brak mi słów. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć.
Amanda MacDonald, moja dawna koleżanka ze szkoły, stoi kilka centymetrów ode mnie, z błyszczącymi od sztucznych łez oczami. Wyciąga rękę, aby położyć ją na moim przedramieniu. Instynktownie cofam się o kilka kroków, chcąc zwiększyć dystans między nami.
– Dziękuję. Miło, że przyszłaś.
Moje słowa brzmią niezgrabnie. Nie na miejscu. Chciałabym, żeby istniał podręcznik dla osób w żałobie, który zawierałby jasne wskazówki, jak się zachowywać i co mówić osobom składającym kondolencje na pogrzebie bliskiej rodziny. Rodziny, która podjęła decyzję o zakończeniu swojego życia w tak straszny i spektakularny sposób.
– Och, nie mogłam nie przyjść!
Na pewno nie mogłaś.
Amanda i ja nie widziałyśmy się od czasu ukończenia college’u ponad dziesięć lat temu. Plotki. To dlatego tu jest.
Jackson i Lydia Hemsworth byli najbliżej bycia celebrytami, jakimi Armett kiedykolwiek mogło się pochwalić – aczkolwiek byli poobijani przez życie. Ludzie mogli obserwować ich dziwactwa z daleka, nie będąc nimi skażeni, w przeciwieństwie do mnie i mojego rodzeństwa, które codziennie musiało znosić szalone ekscentryczności naszych rodziców. Jestem niesprawiedliwa. Nasza matka starała się, jak mogła, aby zrekompensować nam niedoskonałości ojca, będąc żywiołową i pełną energii, co często postrzegano jako roztrzepanie i lekko maniakalne zachowanie. Była jednak zupełnie inna. Była zraniona i zniszczona, i bardzo się starała, aby wszystko i wszyscy wokół niej zachowali równowagę.
Ubrania Amandy nie zdradzają jej prawdziwego wieku. Ma na sobie tweedową spódnicę do kolan, czarną koszulę i długi, ciemny kardigan w kratę. Ze względu na swoje nijakie, mysie włosy można ją łatwo pomylić z osobą starszą o kilkadziesiąt lat. Amanda i ja nie byłyśmy wrogami, ale też nie byłyśmy przyjaciółkami. Po prostu należałyśmy do tego samego kręgu znajomych, mieszkałyśmy w tym samym mieście i chodziłyśmy do tej samej szkoły, a teraz ona zachowuje się, jakbyśmy były przyjaciółkami i bliskimi bratnimi duszami, które się dawno nie widziały.
– W każdym razie dziękuję za przybycie. Proszę poczęstuj się przekąskami. – Mój głos jest nijaki, pozbawiony emocji. Nie lubię Amandy, ale też jej nie nienawidzę. Jest po prostu kolejną uczestniczką spotkania: osobą, z którą zamienię kilka słów, zanim przejdę do kogoś innego, a potem opuszczę to miejsce i wrócę do domu, czując ulgę, że mam to już za sobą. Zamierzałam odejść, gdy to wypowiada – a jej wyczucie chwili, w odróżnieniu od ubioru, jest nienaganne.
– Szkoda tylko, że zostawili po sobie cień, prawda? Wszyscy mówią, że zrobili to z jakiegoś powodu, żeby coś ukryć. No bo musieli mieć jakiś powód, nie sądzisz?
Moje obcasy stukają o podłogę, gdy odwracam się, aby coś odpowiedzieć, ale ona już odchodzi, niewątpliwie zadowolona, że miała ostatnie słowo. Najchętniej podeszłabym do niej, złapała za ramię i zażądała wyjaśnienia tej złośliwej uwagi, ale oczywiście jestem zbyt tchórzliwa, by być tak bezpośrednia, więc zamiast tego zachowuję się z godnością i znikam w tłumie ludzi stojących przy stole z jedzeniem. Łatwiej jest unikać konfrontacji. Życie jest wystarczająco trudne. Po co dodawać sobie jeszcze więcej cierpienia? Niechęć bardzo szybko zajmuje miejsce moich dotychczas ambiwalentnych w stosunku do niej uczuć.
Rozmawiam z ludźmi, próbując wmieszać się w tłum i wyrzucić z głowy słowa Amandy, lecz choćbym nie wiem jak się starała, nie oddalają się – krążą wokół mnie jak nieproszeni goście. Moi rodzice nie byli idealni, daleko im było do doskonałości, ale umówmy się – czy czyiś rodzice są? Jednak jej insynuacje mnie irytują. Florence, Ezra i ja przeszliśmy przez piekło w ciągu ostatnich kilku tygodni, próbując zrozumieć, dlaczego to zrobili, i zgłębić intrygi naszych rodziców: co im chodziło po głowie i dlaczego zdecydowali się zrobić to, co zrobili, pozostawiając nas, abyśmy poskładali rozbite fragmenty naszego życia. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, są lokalni mieszkańcy wymyślający historie i dolewający oliwy do ognia. Rozbuchany ogień, bardzo trudno będzie stłumić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
