Rivers of Babylon - Peter Pišťanek - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Podobno ludzie „nawet śmierci się tak nie boją, jak tego, że im będzie zimno”. Podobno, kiedy nie wiadomo, co wolno, to wolno wszystko. Wie o tym Rácz – prymityw i cham, który właśnie został palaczem w Hotelu Ambassador. Rácz chce się dorobić, ale praca w kotłowni nie jest lekka. Żeby zmienić układ sił, któregoś dnia po prostu zakręca kurek. I tak następuje katastrofa. Bo Rácz chce wszystkiego i potrafi to sobie wziąć. Hotel w krótkim czasie staje się jego własnością.

Rivers of Babylon” to rysowana grubą kreską powieść gangsterska, w której bohaterowie są bezkompromisowo paskudni, a język ostry i soczysty. Satyra na słowiański wczesny kapitalizm przeraża do dziś swoją proroczą wymową.

Tym debiutem Peter Pišťanek wywrócił do góry nogami spojrzenie Słowaków na samych siebie. Książka szturmem wdarła się na listy bestsellerów, zyskała status kultowej, przeniesiono ją na deski teatru i ekrany kin, do dziś pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej kupowanych na Słowacji.

Zdaje się, że sam Pišťanek nawet nie przypuszczał, jak bardzo wymowa jego książki będzie aktualna nie tylko w latach 90. i poza granicami jego kraju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rudolfowi Slobodzie i Tiborowi Rencésowi

Tego ranka palacz budzi się w kotłowni z taką nienawiścią w sercu, że nawet jedzenie mu nie smakuje. Wyleguje się na drewnianej ławie, drapie po swędzącej skórze na wystających żebrach i patrzy tępo przed siebie. Nie zastanawia się nad źródłem tej nienawiści. Kotłownia jest ciemna, ściany poplamione i poobijane. Z ciemności wyzierają kotły. Są chłodne, dudni w nich wiatr. Wreszcie palacz wstaje. Dokłada do jednego z kotłów ogrzewających wodę. Długo spogląda w płomienie. Czerwony żar bijący z ziejącej żeliwnej paszczęki gasi w nim poranną złość i przywraca go do życia.

Wieloletnia praca w kotłowni hotelu „Ambassador” rozwiała wyobrażenia palacza na temat sensu życia. Egzystencja mężczyzny została zredukowana do utrzymywania ciepła i do drobnych napraw systemu grzewczego.

Palacz nie ma żadnych istotnych relacji z innymi. Wcześniejsze, dotyczące niegdysiejszych związków z ludźmi, zwierzętami, rzeczami i poglądami, zniekształciła długotrwała izolacja. Jego trwanie ogranicza się do trwania kotłowni. Ogrzewanie hotelu „Ambassador” i pozostałych budynków podłączonych do tej kotłowni jest wszystkim, co go interesuje. W wyniku dobrowolnego odosobnienia palacz wpada czasem w trudny do opanowania gniew. Zdarza się to regularnie. W ten sposób zawsze kończy się okres, w którym palacz stara się, niczym pies pasterski, zagnać w jedno miejsce stado rozbieganych myśli czających się we wszystkich kątach jego nieskomplikowanej duszy. Za każdym razem gdy myśli zaczynają się kłębić i szorstkimi kocimi językami lizać jego umysł, palacz siada za odrapanym i rozchybotanym stołem z głową ukrytą w dłoniach, jakby się bał, że żrący strumień ułomnych, kalekich i nerwowych wizji rozwali jej kruchą konstrukcję. Myśli parują, wrą i wypychają palaczowi oczy na zewnątrz. Nadciąga potężna, nie dająca się nijak ugasić nienawiść, od której palaczowi brakuje tchu w piersiach i od której robi mu się ciemno przed oczami.

Ta złość jest utrapieniem palacza. Nie odnosi się ona do żadnej konkretnej sprawy. Może być skierowana na niego samego – i to się zdarza. Kiedy palacz wpada w gniew i musi odreagować, wali się w potylicę tak mocno, że gwiazdy stają mu przed oczami. Albo z całej siły uderza słabymi palcami w krawędź stołu. Oczekiwanie na ból, pojawiający się zawsze dopiero po dłuższej chwili, przywraca palaczowi trzeźwe myślenie. Palacz odkrywa w sobie wówczas coś w rodzaju współczucia. Siada i szykuje się na przykre doznanie, które rodzi się w środku czaszki, gdy tylko bezbłędne i nieubłagane zakończenia nerwowe odbiorą bodźce i przetransportują je do mózgu przez wysuszone ciało mężczyzny. Ból jest gwałtowny i zmusza palacza do wsadzenia otłuczonych palców głęboko do ust. Tam, w cieple wydychanego powietrza, ból cichnie. Rozchodzi się po kościach czaszki i rozpływa w galarecie mózgu. A wraz z nim – nienawiść. Palacz czuje głód i postanawia natychmiast zaspokoić go pajdą chleba, kawałkiem słoniny i pękatą czerwoną cebulą.

Donáth rozpoczyna sezon grzewczy z końcem lata. Coś, co wisi w powietrzu – coś, co nakazuje mu, by podniósł się z nieoheblowanej skrzypiącej ławy. Nikt w całym mieście jeszcze nie przypuszcza, że demon zniszczenia rozpoczął już swoje dzieło. Ludzie chodzą lekko ubrani, kąpieliska puchną od gości, sprzedawcy lodów i zimnych napojów nadal są rozchwytywani. Ale w oczach Donátha widać zgodę na obecną sytuację. On widzi to, czego inni nie dostrzegają: odrobinę ciemniejszy kolor liści platanów przed hotelem, zdechłego owada na skraju chodnika, zmiany w zachowaniu ptaków podskakujących wokół kontenerów w podwórzu i żebrzących o jedzenie.

Donáth energicznym krokiem obchodzi całą kotłownię.

Poranki bywają już mgliste, a niebo coraz częściej nabiera barwy sinostalowej. Jesień puka do blaszanych drzwi. Inni dostrzegają to dopiero teraz, ale Donáth już dawno otrząsnął się – jak ze snu – z sentymentów późnego lata. Zmusza swoje wypalone ciało do wykonywania szybkich, wyuczonych ruchów. Trzeba przygotować do zimy wszystkie urządzenia. W tym czasie nawet nie je. Wychudzony, pracuje albo stoi przy drzwiach i wydaje z siebie buczące, głębokie dźwięki, uderzając się w pierś zakrzywionym i stwardniałym palcem – jakby chciał dobitnie podkreślić, że ma teraz mnóstwo roboty. Każdemu, wszystkim mieszkańcom, od razu wyjaśnia: on, Donáth, jest pracowity. Teraz trzeba tylko zagrzać wodę. Dużo jej się tu zużywa. Goście często biorą kąpiel, należy spełnić ich oczekiwania. Donáth nie ma nic przeciwko temu. W zimie będzie grzał pod wszystkimi kotłami. Jest ich sześć. On, Donáth, może to udowodnić. Zdziera obcasy jak kelner. „Zapraszam do środka, jeśli ktoś nie wierzy”, mawia. Wszyscy chyba wierzą. Każdy śpieszy się do swojej pracy. Przez wywietrzniki kotłowni bucha gęsta para, przyjemnie pachnąca mydłem. Spocone Cyganki, ubrane tylko w fartuchy, ćmią na podwórku papierosy. Śmieją się Donáthowi w nos, z piskiem uciekają przed nim pomiędzy kopce węgla. Co jakiś czas podnoszą fartuchy i pokazują mu, że pod spodem nie mają majtek. „Nasze kotłownie już grzeją!”, krzyczą. Kto by wytrzymał w takim upale? Ale Cyganki interesują Donátha tylko wtedy, kiedy go słuchają. Sześć kotłów. Donáth wylicza je z przymkniętymi oczami. Jedynka, dwójka – i tak dalej. Czwórka nie działa. Donáth może dołożyć do kotła. Zabronione! Strefa bezpieczeństwa. Ryzyko! Donáth wymawia to słowo z przyjemnością – wie, jakiej powagi mu ono dodaje. Powagi i trudnego do zdefiniowania uroku, właściwego ludziom, którym śmierć codziennie zagląda w oczy. Ryzyko. W kotłowni Donátha wciąż pali się węglem. We wszystkich okolicznych – mazutem lub gazem. Ta jego, jak twierdzi Donáth, jest klasyczna. Kolejne słowo. Klasyczna. Ileż znaczenia i bezpretensjonalnego czaru w jednym słowie!

***

W kotłowni Donátha czas jakby się zatrzymał. W zimie panuje tu chłód, ale pomieszczenie rozgrzewają płonące grzyby ognisk. W ciemności, rozświetlanej od czasu do czasu nerwowymi błyskami płomieni, widać potężne, błyszczące sterty czarnego węgla. Kotłownia ogrzewa prawie całą jedną stronę ulicy, od hotelu „Ambassador” aż po skrzyżowanie. Ta ulica to same sklepy. Artykuły gospodarstwa domowego, drogeria, „Mototechna” i „Futronex”. Właściwie, do obowiązków palacza należy podtrzymywanie ognia pod pięcioma kotłami. Jeden nie działa. Zimy są srogie. Kotły trzeba co godzinę karmić czarną strawą. Za dnia, w nocy. Bez przerwy. Donáthowi to nie przeszkadza. Z żoną rozwiódł się już dawno temu, własnego domu nie ma, a mieszkać w hotelu robotniczym nie chce. Pracuje tu od wielu lat. Mieszka w pomieszczeniu gospodarczym za kotłownią, ale trudno go tam spotkać. Najwięcej czasu spędza w kotłowni. Tutaj też śpi, na ławie, za potężnym, odrapanym starym stołem. Węgiel ze składu ładuje na wózek i przywozi do kotłowni. Dorzuca do huczących kotłów. Popiół przesypuje do blaszanych beczek, polewa go wodą, a potem wywozi taczką na podwórko. Przez całą zimę sterczą tam szaroczarne kopce popiołu. Na wiosnę przyjeżdża ciężarówka i kilkoma kursami odwozi popiół do niedalekiej cegielni.

Donáth pracuje zupełnie sam. Kiedyś były cztery zmiany. Ale teraz, w epoce gazu i mazutu, nikomu nie chce się brudzić tłustym i ciężkim węglem. Kotłownia jest zadbana, a pracy nie brakuje. Donáth już dawno oznajmił swojemu szefowi, dyrektorowi hotelu „Ambassador”, że czuje się zmęczony i wyczerpany, że do końca lata jeszcze pociągnie, ale na zimę szef musi znaleźć kogoś nowego. On, Donáth, ma dokąd pójść. Dyrektor namawiał go, żeby został, ale stary nie chciał słuchać. Od siedmiu lat powinien być na emeryturze, trzeba jeszcze trochę pożyć, zrelaksować się, odpocząć.

Donáth sprawdził kotły i siedzi teraz w piwnicy. Czeka na tego, który ma go zastąpić. Nikt nie przychodzi. Donáth pali w tym hotelu od pięćdziesięciu lat. Robota jest ciężka i wymagająca, ale on się nie skarży. Lubi ją i tak dalej. To prawda, że powinien już przejść na emeryturę. Ale wciąż pali. Szanują go. Drugiego takiego ze świecą szukać. W ostatnim czasie bywa jednak zmęczony. Czasem się upije, czasem go boli głowa. Ale on, Donáth, się nie skarży. Tak ma być, to część życia.

Jest dopiero koniec sierpnia, a w mieście już hula wiatr. Nadszedł czas, by posprzątać kotłownię. Tyle, ile trzeba, bez przesady. Po trzydziestce każdy ma w domu pajęczyny. Donáth mieszka tu sam. Pracuje non stop, bez przerwy. Kiedyś było czterech zmienników. Żyje tylko Donáth. Lata lecą, czasu nie zatrzymasz. Panie z góry, z księgowości, w dalszym ciągu rozliczają to tak, jakby tu się wciąż pracowało na cztery zmiany. Dwie wypłaty i wszystkie premie grupowe pobiera on, Donáth. Za przodownictwo pracy też. Konkuruje sam ze sobą. To on jest kolektywem. Wypłaty zostają na górze, w księgowości. Panie się nimi podzielą.

Donáth zna tu każdą śrubkę. Stara szkoła. Jeszcze do niedawna skazałby na śmierć każdego, kto by mu chciał zabrać robotę. Ale lata lecą. Człowiek już nie jest taki sam. Co roku groził tym na górze, że odejdzie, ale nigdy nie myślał tego na poważnie. Starość go zmusiła. I miłość. Miłość na stare lata. Ci na górze pewnego dnia będą się musieli o tym dowiedzieć. On, Donáth, potrafi sobie wyobrazić, jak się będą złościć. Kto będzie palił? Oto jest pytanie. Donáth krąży w tę i we w tę i zamiata.

Do kotłowni wchodzi dyrektor hotelu z prawnikiem. Dyrektor jest tępy. Szwagier pomógł mu ukończyć studia hotelarskie, a później załatwił pracę w „Ambassadorze”. Ale bez prawnika dyrektor nawet nie zawiąże sobie sznurówki. Prawnik robi Donáthowi wymówki. Dowiedział się, że Donáth chce odejść. On, prawnik, uważa, że to zdrada. Czy nie będzie mu przykro rzucić wszystkiego ot tak? Przecież podarowali Donáthowi takie piękne pomieszczenie gospodarcze. Wystarczy od czasu do czasu wypompować wodę. Nawet radio dostał. Też piękne. Na jedzenie nie wydaje ani jednej korony. Za jego, prawnika, plecami stołuje się w hotelowej kuchni – on, prawnik, przecież wie o wszystkim. Mruży oczy. O czymś nie wie? Ciepłe jedzenie, pomieszczenie, radio, dwie wypłaty, źle nie jest. Nie każdy ma takie szczęście.

Ale Donáth już podjął decyzję. Do zimy stąd zniknie. Później niech pali, kto chce, jeśli można tak powiedzieć.

Dyrektor hotelu też zabiera głos. Nie patrzy ani na Donátha, ani na prawnika. Mówi cicho o tym, że dla swoich pracowników chce być i przyjacielem, i wymagającym przełożonym. Może nie wszyscy rozumieją, że to, co robi, jest dla dobra wszystkich. Ale on nie odróżnia dobra wspólnego od prywatnego. Dokąd byśmy doszli, gdyby każdy wszystko tak dzielił? Systematyczna i świadoma praca z ludźmi zawsze przynosi owoce.

 – Dziś rozumiem to ja – ciągnie dyrektor – jutro zrozumie reszta. Pojutrze zrozumie nawet największy tępak.

On, dyrektor, jest zdania, że należy dążyć do wyższych celów, a nie osiadać na laurach. Dążyć nie poprzez słowa, ale poprzez uczciwą pracę. Dążyć do samorozwoju. Oto motto dzisiejszego dnia. Oczywiście nie jedyne. Bez pustych fraz i wielkich słów!

Donáth kiwa głową. Poznał tu pewną kobietę. Stary człowiek potrzebuje miłości. Wszyscy ją znają – pracuje na zmywaku w kuchni. Ilonka Tóthová. Chcą wziąć ślub i przeprowadzić się do jej domku na wsi. Nic szczególnego: cztery ściany, dach, okna gdzie trzeba, drzwi – tak normalnie. Żadne tam luksusy. Przed domem grusza, za domem świnia.

Prawnik to rozumie. Ale Donáth byłby śmieciem, gdyby nie postarał się znaleźć kogoś na swoje miejsce, kogoś młodego i głupiego. Koniec końców hotel „Ambassador” żywił jego, Donátha, przez ponad pięćdziesiąt lat. Znalezienie zastępstwa to minimum, które Donáth powinien zrobić dla hotelu. Niech nowego przeszkoli i wprowadzi w tajniki działania kotłowni. A potem hulaj dusza! W zimie będzie wolny!

Obaj wychodzą, nie czekając na odpowiedź.

Donáth się nie sprzeciwia. On, Donáth, nawet seksu nie potrzebuje – krzyczy za odchodzącymi. – Włosów nie ma, zębów nie ma, niedowidzi i ręce mu się trzęsą. Jemu, Donáthowi, wystarczy odrobina miłości i to, żeby mógł z kimś czasem porozmawiać. Jeszcze trochę pożyć! Inni żyją jak paniska! Kupują sobie aktówki, okulary, na co im tylko przyjdzie ochota. A on, Donáth? Cały jego majątek to jedno radio i pomieszczenie gospodarcze, z którego musi wypompowywać wodę za każdym razem, kiedy chce się położyć i przespać. On, Donáth, ma większe potrzeby. Co kiedyś wystarczało, teraz już nie wystarcza. Rosjanie prawie dotarli na Marsa, a on ciągle tutaj. Zimą wiecznie przy kotłach. Tych dwóch z góry nie wie nic o tych sprawach! Dyrektor hotelu jest nieudacznikiem. Całe dnie spędza na głupich zabawach. A ten hapacz, prawnik, buty zdziera w pogoni za swoimi interesami.

Co godzinę, dwie trzeba dołożyć do rozżarzonego kotła. Poza tym: naprawiać wywietrzniki, odpowietrzać kaloryfery i robić inne drobne naprawy. Palacz jest więc także konserwatorem całego systemu grzewczego. W lecie bywa lepiej. Trzeba tylko podgrzewać wodę i wytwarzać parę dla kuchni i do sauny. On, Donáth, może sobie pospacerować. Ale daleko nie odchodzi. Trzyma się hotelu. To poobserwuje samochody na strzeżonym parkingu „Ambassadora”, to skoczy do sklepu po kilka piw. Śpieszy się z powrotem do kotłowni. Puszcza radio i śpiewa razem z piosenkarzami. Albo idzie na podwórko pożartować z Cygankami z hotelu. Życie mija mu nie wiadomo kiedy.

***

Dyrektor siedzi w swoim biurze wśród wszystkich szpargałów, które przytaszczył z całego hotelu, i głośno rozmawia sam ze sobą. Nie potrafi zrozumieć, jak stary Donáth może chcieć odejść. Był przekonany, że po pięćdziesięciu latach hotel zyskuje pełne prawo własności do palacza. Jemu, dyrektorowi, który przez całe życie uciekał od rozwiązywania jakichkolwiek problemów, nawet się nie śniło, że kiedyś będzie musiał podjąć decyzję, i to odpowiedzialnie. Prawnik już go uświadomił, że nie można nikogo trzymać w pracy wbrew jego woli. Na to są, niestety, paragrafy.

Paragrafy! – przypomina sobie dyrektor i pulchną ręką rzuca o ścianę przyciskiem do papieru. Nie podoba mu się, że funkcjonowanie hotelu „Ambassador” zależy od widzimisię Donátha. Jak znajdzie zastępstwo, to znajdzie. Jak nie znajdzie, to nie znajdzie. Dyrektor intonuje smutną piosenkę. Po co się tu pchał, do miasta? Ech, najchętniej usiadłby sobie na pniu i bezczynnie się pogapił. Kurwa, życie!

***

Dumny wiejski rzeźnik Kišš siedzi w izbie i ćmi fajkę. Jedno oko ma zmrużone. Przez okno obserwuje dwóch mężczyzn, którzy jadą prosić go o rękę córki. Młody Rácz i jego stryj Endre. Cwałują do majątku Kišša, zeskakują z koni, które olbrzymimi kopytami miażdżą trawę i grzebiące w niej kury. Odważnie wchodzą do środka. Świeża, gładko ogolona twarz sprawia, że Rácz wygląda odświętnie.

Kišš spokojnie słucha gości. Kiwa głową, jakby właśnie usłyszał coś, o czym wie już od dawna. Odkasłuje. On, Kišš, można powiedzieć, żyje w dostatku. Umie zarobić. Nie do wiary, jaką ludzie potrafią dzisiaj wziąć robotę. Nic ich nie brzydzi. A więc młody Rácz chciałby jego, Kišša, córkę za żonę?

Rácz czuje, że powinien odpowiedzieć: „Tak. Właśnie tak jest. Chciałby. On kocha ją, ona kocha jego”. On, Rácz, odbył służbę wojskową, jest moralnie czysty. Czegoś tam już się też dorobił. Nie jest ani bogaty, ani biedny. Ma świnię, bydło, jest i koń. Prawie wierzchowiec, świeżo podkuty, dobry pod siodło, do wozu i do pługa.

Endre mu przerywa. Natarczywie zapewnia Kišša, że chłopiec będzie posłusznym zięciem. Zawsze trzymano go krótko: ile razy coś przeskrobał, dostawał po gębie. Rodzice spali na pieniądzach. Co z tego, skoro już po nich.

Kišš sobie przypomina. Tak, to było smutne wydarzenie. Wielki pogrzeb.

Rácz nie może potwierdzić. Mówi, że był wtedy w wojsku. Oddział artylerii. W małej wiosce między Pragą a Benešovem. Trzy jednostki wojskowe: 3289, 9663 i 1746. Dobra służba.

On, Rácz, zrobił, co do niego należało, i miał spokój. Na pogrzebie go nie było. Wsiadł do złego pociągu, w miejscowości Aš wyrzucili go z niego celnicy.

 – A co z tymi pieniędzmi? – dopytuje Kišš. – Tymi po rodzicach? Gdzie są?

 – Leżą ukryte gdzieś w domu – odpowiada stryj Endre. – Nie wpłacali pieniędzy do banku. Nie ufali nikomu ani niczemu.

 – Skończyłem dwuletnią szkołę rolniczą – wtrąca Rácz. – Spójrzcie tylko na te rączyska wielkie. Żadnej roboty się nie boją!

 – Czy się ich szukało, pytam – mówi Kišš i wyciąga butelkę domowego bimbru.

Endre jest przekonany, że są ukryte w domu. Dopóki się ich nie znajdzie, są bezpieczne jak w szwajcarskim banku.

Kišš kręci głową. Wie, że przetrząsnęli cały dom i niczego nie znaleźli.

Endre nie traci jednak nadziei. Pewnie są zabetonowane w piwnicy, w fundamentach. Tam jeszcze nie zaglądali. Teraz, jak się nad tym zastanawia, wydaje mu się oczywiste, że pieniądze znajdują się właśnie tam!

Kišš kręci głową. On, Kišš, słyszał coś zupełnie innego. Podobno pieniądze się znalazły, ale krewni szybko rozdzielili je między siebie, kiedy Rácz jeszcze jeździł sobie po kraju tam i z powrotem.

Endre się denerwuje. Takiego wołającego o pomstę do nieba kłamstwa jeszcze nie słyszał. Niech mu Kišš powie, kto takie brednie rozsiewa po wsi, a Endre osobiście pójdzie zamknąć mu gębę!

Kišš polewa. Kiedy Endre wypija dwa kieliszki bimbru, robi mu się cieplej. Uspokaja się.

 – Chłopak nie jest żadnym głupkiem – mówi. – Bezpośredni i prosty, to tak. Dużo nie naopowiada. Ale ten bimber pali, Chryste!

Rácz czuje, że sam powinien coś powiedzieć. On, Rácz, ma piękną działkę. Potrzebuje kobiecej ręki. Uprać, ugotować, pogłaskać. Świnie nakarmić.

Kišš wszystko rozumie. Miłość to miłość, takie zdrowie, na przykład, to zdrowie. Ale pieniądze to pieniądze. On może Ráczowi doradzić, jest starszy i bardziej doświadczony. Bez pieniędzy w gotówce Rácz, by tak rzec, ma związane ręce. Nic nie zrobi. On, Kišš, pracuje jako rzeźnik już od wielu lat. Wie, co i jak. Wszystko zasrały pakowanym mięsem, kurwy! To koniec rzeźnictwa. On, Kišš, dziwi się Ráczowi. Po co jeszcze siedzi na gospodarce? Gdyby on miał tyle lat co Rácz, nic by go tu nie trzymało. W mieście – tam są pieniądze, leżą na ulicy, tylko przejść i pozbierać. Niech idzie zarobić do miasta. Eržika na niego poczeka, jeśli naprawdę go kocha. O ziemię i zwierzęta zadba on, Kišš. Przecież Rácz jest dla niego jak rodzony syn. Niech nie marudzi i od razu rusza do miasta. Nie ma co tracić czasu.

Rácz przed odejściem chciałby zobaczyć Eržikę, ale Kišš uznaje, że nie ma to sensu. Po co, przecież wie, jak wygląda! Ostatni raz polewa bimbru. Odprowadza gości do drzwi.

Smutny Rácz odjeżdża ze spuszczoną głową na swoim potężnym koniu. Kątem oka dostrzega delikatny ruch firanki w pokoju Eržiki.

Jeszcze tego samego dnia zapędza świnię, krowę i konia do stodoły Kišša. Przysięga, że wróci po nie, jak tylko będzie to możliwe.

O świcie Rácz idzie na pociąg.

 – Słyszałem, że wyjeżdżasz – mówi z fałszywym uśmiechem zadowolony Feri Bartaloš, wielki wróg Rácza z czasów dzieciństwa i konkurent w wyścigu o rękę Eržiki. Specjalnie ze względu na Rácza przybył na dworzec bladym świtem, na spienionym konisku pociągowym z wielkim zadem, i teraz siedzi na grzbiecie tego olbrzyma na środku peronu. Dziko się śmieje, białe zęby błyskają w świetle wschodzącego nad pustkowiem słońca. Rácz czeka na żeliwnej ławeczce, z walizką przy nodze. Na sobie ma przyciasny garnitur, jeszcze od bierzmowania.

 – Hej, serio jedziesz do miasta? – krzyczy Feri, kiedy widzi, że Rácz nie zwraca na niego uwagi. Koń pod nim wierci się i rży. – To jedź!

Rácz podnosi głowę i przestaje przyglądać się paznokciom prawej dłoni.

 – Jak wrócę – odzywa się spokojnie – i usłyszę, że… już ty sam wiesz co… to skuję ci mordę. Albo zabiję. Eržika będzie rodzić moje dzieci, żadne inne, zapamiętaj to sobie.

 – Ohohooo! – śmieje się dumny Feri Bartaloš, jakby usłyszał dobry dowcip. Tłucze piętami zwalistego nieruchliwego konia i próbuje zmusić go do cwału. Wreszcie mu się udaje: po koniu zostaje na peronie tylko ślad w postaci parującego łajna.

***

Cały majątek Rácza zmieścił się w jednej walizce, którą Rácz stawia teraz na brudnej, zaplutej, pełnej petów i oblanej piwem posadzce. Wymęczony kilkugodzinną podróżą zamawia piwo i pięćdziesiątkę. Przygląda się sobie w lustrze na ścianie za barem. Jest niski i chudy, ale do tego stopnia kościsty i krępy, że sprawia wrażenie masywnego. Źle dobrany garnitur, wyświecony na siedzeniu i na udach, poczerniała twarz, ogolona czaszka i wielkie prześwitujące uszy sprawiają, że Rácz przypomina skazańca objętego właśnie amnestią.

Rácz zastanawia się, co teraz. W mieście robota leży na ulicy, wystarczy się schylić i podnieść. On, Rácz, może pracować w fabryce, świadczyć usługi techniczne, może też zatrudnić się na kolei. Ważne, żeby zarobić jak najwięcej. Tylko wtedy będzie mógł szybko wrócić do domu i ożenić się z Eržiką Kiššovą. Rácz da sobie radę. Miasto jest ogromne, pracy w nim nie brakuje.

Rácz wyciąga gazetę i bierze się do czytania ogłoszeń. Paznokciem podkreśla co ciekawsze oferty.

 – Pracy szukasz? – uprzejmie pyta Rácza starzec w brudnych ogrodniczkach, którego bezzębne usta walczą z dwiema czerstwymi bułkami i wyschniętym pasztetem przesiąkniętym dymem papierosowym.

Rácz jest nieśmiały, nie lubi rozmawiać z obcymi.

 – No – mówi w końcu niechętnie i podnosi kieliszek do ust.

Starzec uśmiecha się nagimi dziąsłami i podnosi kufel piwa, po czym markuje stuknięcie.

 – Dopiero przyjechałeś? – pyta.

 – Dopiero – odpowiada chmurnie Rácz. Nienawidzi pytań. Odstawia kieliszek na plastikową tackę na ladzie i staje w kolejce. Kupuje bułkę, pasztet i jeszcze jedno piwo.

 – Głodny jesteś? – dopytuje starzec i uśmiecha się życzliwie.

Rácz przytakuje, przeżuwając. Co jemu, temu dziadowi, do tego, czy on, Rácz, jest głodny?

 – Jestem Donáth, do czarta – mówi uśmiechnięty starzec i wyciąga do Rácza olbrzymią, pokrytą czernią i odciskami dłoń.

A ja nie, chciałby powiedzieć Rácz i tak by pewnie zrobił, gdyby był u siebie, we wsiowej knajpie. Ale jest w obcym mieście, w obcym świecie. Rácz przedstawia się i z ociąganiem ściska podaną mu dłoń.

 – Ręce masz takie, że byś nimi mógł byka zabić – chwali go starzec.

Rácz tylko wzrusza ramionami i wraca do swojego pasztetu.

 – Wiem o jednej dobrej fuszce – rzuca stary po chwili.

 – Tak? – mówi Rácz znudzonym głosem, ale nastawia uszu.

 – Podwójną wypłatę byś miał – ciągnie Donáth. – Robota lekka!

Rácz kaszle, okruch z pasztetu wpadł mu do tchawicy. Językiem przejeżdża po wnętrzu ust, potem bierze kufel i popija jedzenie piwem.

 – Co to za robota? – pyta.

Donáth z tajemniczym uśmiechem na twarzy rusza w stronę baru, zostawiając Rácza bez odpowiedzi.

 – Co to za robota? – powtarza Rácz, kiedy stary przynosi dwa piwa.

 – W kotłowni hotelu – mówi Donáth.

Rácz jest podejrzliwy.

 – A na to nie trzeba papierów? – Ostentacyjnie ignoruje piwo, które starzec najwidoczniej przyniósł dla niego.

 – Jakie papiery, co za papiery? – chichocze starzec. Jak on, Donáth, będzie chciał, to wezmą Rácza i bez papierów. Niech się tylko zastanowi: najbardziej luksusowy hotel w mieście. Stuletni! Kotłownia, niestety, też. Donáth smutnieje, ale zaraz znów odzyskuje wigor.

 – Gdzie się uczyłeś? – pyta Rácza.

 – Dwa lata w Zespole Szkół Rolniczych – odpowiada Rácz nie bez dumy.

 – To powinno wystarczyć – oświadcza Donáth.

 – Ale co to za robota? – dopytuje Rácz.

 – Lekka, dobra praca – mówi Donáth. – Ale bardzo odpowiedzialna. Sam zajmujesz się całą kotłownią, w dzień i w nocy. Zgarniasz dwie wypłaty, wszystkie premie i nagrody. Jak chcesz szybko zarobić, to nie mogłeś lepiej trafić. Nigdzie indziej tak szybko nie napełnisz kieszeni. A zarazem się nie namęczysz. Tylko musisz tam ciągle być. Po pięciu latach jesteś prawie milionerem i do widzenia! – Donáth bierze łyk piwa.

Rácz jest podekscytowany, dwa razy go do picia namawiać nie trzeba. No co, przyjechał tu za pieniędzmi, nic innego go nie interesuje. W ogóle mu nie przeszkadza, że cały czas miałby spędzać w kotłowni. Przynajmniej nie wyda tyle kasy.

 – Robię tam od pięćdziesięciu lat – zdradza Donáth – ale chciałbym już odpocząć. Idzie mi na siódmy krzyżyk.

On, Donáth, nie chce tak po prostu odejść. Zatrzasnąć za sobą drzwi i sajonara? Tak się nie robi. Obiecał, że znajdzie kogoś na zastępstwo.

 – A skąd pan wie, że się nadam? – pyta Rácz.

 – Masz taką szeroką, poczciwą twarz. Nie wyglądasz na lenia ani na hochsztaplera. Światła wielkiego miasta cię nie omamią.

Starzec wlewa resztę piwa w bezzębne usta i spluwa na brudną podłogę.

Przez zakurzone i niedomyte okna baru widać przejeżdżające tramwaje. Poranny chłód zniknął, zaczęło świecić słońce. Ráczowi jest gorąco jak w saunie.

 – Jeszcze jedno? – pyta Donáth.

Rácz kręci głową.

 – Daleko ta kotłownia?

 – Nie – mówi stary. – Dziesięć minut piechotą. Chcesz ją obejrzeć?

 – Czemu nie? – odpowiada Rácz. – Ale nic nie obiecuję, jasne?

Stary gorliwie przytakuje.

 – Zobaczysz, spodoba ci się. Stawiam jeszcze po kieliszku – mówi i rusza w stronę baru.

Rácz nie odmawia. Zniesie wszystko. Stukają się kieliszkami na zdrowie.

 – Chcę się ożenić i wyprowadzić – chwali się Donáth. – Stary człowiek potrzebuje miłości. A młody pieniędzy. Takie jest życie – filozofuje. Rum go rozweselił.

***

Jest słoneczne, duszne popołudnie. Jakaś kobieta dostała ataku szału na ruchliwej ulicy przed hotelem „Ambassador”. Czekała na przystanku. Jak to się mówi, puściły jej nerwy i na oczach wszystkich przechodniów zaczęła się rozbierać.

Tłum składa się z ludzi tak samo rozdrażnionych, nerwowych i nieszczęśliwych jak ona. Różnica polega na tym, że ich psychika lepiej radzi sobie z upałami. Rozbierająca się na przystanku kobieta przyciąga spojrzenia przechodniów. Wszyscy się zatrzymują, okrążają wysepkę przystanku i wspólnie dają wyraz potrzebie mieszania się w życie nieszczęśliwej półnagiej osoby. Zwłaszcza mężczyźni czują, jak w ich żyłach krew zaczyna szybciej płynąć i jak napinają im się mięśnie twarzy. Słychać gwizdy, ironiczne i nienawistne komentarze. Ale kobieta na nikogo nie zwraca uwagi, po jej minie widać, że skupia się tylko na sobie. Któryś z Cyganów, wiecznie kręcących się wokół hotelu „Ambassador”, wykazuje się dużym refleksem i szybko łapie za siatkę z zakupami, którą kobieta odrzuciła na początku swojego tajemniczego striptizu. Znika z nią zupełnie niepostrzeżenie. Tłum obserwuje rozbierającą się kobietę i świata poza tym nie widzi.

Video-Urban też ją obserwuje i też trochę go podnieca widok białego ciała nieszczęśliwej kobiety. Ale robi mu się niedobrze, kiedy patrzy na pozbawiony uczuć, żartujący sobie tłum, dlatego z holu hotelu „Ambassador” dzwoni na policję. „Na przystanku przy »Ambassadorze« ktoś wam robi striptiz”, mówi i się rozłącza. Nie ma ochoty wchodzić w interakcję z policjantami. To ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje. W kieszeni ciąży mu tysiąc marek i kilka stów, które będzie musiał jeszcze przehandlować, żeby mieć na kamerę wideo, obiecaną mu przez znajomego Szweda, Hurenssona. Jak Video-Urban ją dostanie, będzie miał życie jak w Madrycie! Kamera to gwarancja przyszłego szczęścia! Urban ma wielkie plany. Będzie filmował uroczystości, śluby. Z tego są dobre pieniądze. Każdy chce mieć w domu pamiątkę z ważnego wydarzenia i chętnie za nią zapłaci.

 – Ta to jest dopiero odważna, pokazywać się nago z takimi cyckami – komentuje widowisko na przystanku ochroniarz z parkingu, błyskotliwie i celnie przezywany „Szparszwajn”.

Urban milczy. Obserwuje żółto-białe auto z kogutem i dwóch policjantów z szarym kocem, którzy rzucają się na rozebraną kobietę i siłą wloką ją do samochodu. Wariatka broni się, gryzie, pluje, wali głową i kopie, odkrywając przy tym najintymniejsze części swojego ciała, co bardzo śmieszy Szparszwajna.

 – Nie było tu przypadkiem Hurenssona? – pyta Urban.

 – Kogo? – nie rozumie ochroniarz.

 – Tego mojego kolegi – niecierpliwi się Urban. – Tego Szweda.

 – Tego Szweda… – zastanawia się Szparszwajn. – Tego Szweda tu dzisiaj nie było.

Przechodnie na przystanku są podekscytowani jeszcze długo po odjeździe radiowozu. Niezwyczajne wydarzenie zbliża ich do siebie jak kataklizm, który trzeba przetrwać. Tramwaje jednak znów ruszają. Każdy z nich zabiera kilka osób z tłumu zgromadzonego na przystanku, ale też wypluwa kolejne. Takie, które o tym, co się wydarzyło przed chwilą, nie mają pojęcia. Dla nich but na obcasie leżący pod koszem na śmieci ma już zupełnie inną symbolikę. Historia się skończyła.

 – Co z nią teraz zrobią? – pyta Szparszwajn Video-Urbana. Twarz mu poróżowiała z zadowolenia i od dobrego humoru. Pracuje tu krótko i nie widać po nim jeszcze tej służalczej uciechy ludzi, których wypłata, dotąd w wysokości dwóch tysięcy koron na rękę, w niedługim czasie zdążyła się kilkakrotnie zwiększyć. Szparszwajn swoją fuchę złapał dzięki znajomościom i teraz chce się z każdym kumplować.

 – Może wróci jej rozum, jak ją jeden z drugim policjant dobrze wyrucha – mówi podniecony. Urban patrzy, jak Szparszwajn bierze od kierowcy opłatę, wtyka bloczek za wycieraczkę przedniej szyby i pokazuje wolne miejsce na parkingu. Obrzydliwa, śliska, śmierdząca świnia, myśli.

 – Sam mógłbyś już w końcu raz a porządnie kogoś wydupczyć – mówi chłodno i patrzy prosto w jego otłuszczone, wodniste oczka, powstrzymując się od przygrzmocenia w czerwoną saszetę na pieniądze. Naprawdę chętnie by to zrobił – i to tak, żeby drobne rozleciały się Szparszwajnowi po całym parkingu.

 – Słucham? – pyta Szparszwajn. Udaje, że nie rozumie.

 – Myślę, że powinieneś jakąś wydupczyć – mówi Video-Urban. – Po oczach widać, że całe życie tylko jedziesz na ręcznym.

 – No wiesz co… – śmieje się strażnik.

Nawet się nie obrazi, myśli Urban, taki jest z siebie dumny.

 – Jak już tak oszczędzasz – radzi grubasowi – mógłbyś zainwestować w jakąś babę, co by cię porządnie przerypała.

 – Jeszcze nigdy nie musiałem za to płacić – oponuje Szparszwajn i oblewa się rumieńcem.

 – Jasne – ciągnie Urban – bo nigdy tego nawet nie próbowałeś. Patrz tam… – Pokazuje Szparszwajnowi dwie dziewczyny wysiadające z dużego mercedesa z zachodnioniemiecką rejestracją. – One by ci pomogły. Z reguły pracują razem, to ich specjalność. Studiują medycynę, więc mogą cię traktować trochę jak debila, ale jak nie będziesz nic mówić, to się nie zorientują, z kim mają do czynienia. I tak będzie je interesowało tylko to, ile zapłacisz. Około trzystu marek powinno wystarczyć – śmieje się Urban. – A jakbyś im powiedział, że wciąż jesteś prawiczkiem, możliwe, że zrobiłyby to za darmo. To jak? – pyta zszokowanego grubasa. – Mam ci to załatwić?

 – A ty je znasz? – pyta Szparszwajn.

 – Wiadomo – odpowiada Urban. – Mnie tu wszyscy znają. Ty nawet o żadnym „Ambassadorze” jeszcze nie słyszałeś, jak ja już tu byłem taksówkarzem. Walutą zacząłem handlować później, kiedy jeżdżenie taryfą przestało się opłacać. Tyle jest teraz tych taksówek na czarno, że jak przez noc się zarobi dwie, trzy stówki, to już jest dobrze. To jak, chcesz te dwie lekarki?

 – Wcześniej powiedziałeś – mówi rumiany z podniecenia grubas – że mogłyby mi dać za darmo…

Video-Urban nie wytrzymuje i wybucha śmiechem, Szparszwajn robi obrażoną minę.

 – Wybacz – mówi Urban – w ogóle nie znam tych dziewczyn. Znam tu dużo ludzi, ale bardzo mało kurew. Tylko te, które kiedyś czasem woziłem. Stary, słuchaj – dodaje poufnie, widząc zmieszanie na twarzy grubasa – nie przejmuj się! Uwierz, że ja mam z babami takie same problemy jak ty. A nawet gorsze, bo jestem niewolnikiem własnego poczucia estetyki.

Szparszwajn nie rozumie. Z estetyką kojarzą mu się jedynie nóż i widelec. Na szczęście liczba aut, które nagle podjeżdżają na parking, zmusza go do pracy. Na Urbana nie zwraca już uwagi.

Urban może rozejrzeć się za zarobkiem. Energicznie podchodzi do podjeżdżającego austriackiego opla. Ma wrażenie, że się poniża, i nie czuje się z tym dobrze, ale potrzebuje jeszcze co najmniej trzystu marek. Dziś lub jutro przyjdzie Hurensson z wymarzoną kamerą i trzeba mu będzie zapłacić. A potem sajonara cinkciarstwu! Video-Urban zostanie drobnym przedsiębiorcą. Do „Ambassadora” przyjdzie tylko od czasu do czasu, na kieliszek przed snem, i już nigdy nie będzie się błaźnił dla paru groszy. Nie sztuka uciułać dużo pieniędzy, sztuka zrobić to tak, żeby nie stracić przy tym do siebie szacunku.

Urban zastanawia się, czy nie powinien pojawić się na chwilę w pracy, w domu handlowym naprzeciwko, gdzie robi za dekoratora witryn. Bywa tam jednak tylko wtedy, gdy musi, kiedy zobaczy, że na parkingu i na chodniku przed hotelem „Ambassador” pojawiają się policjanci. Myśli, że to obława. A on, Urban, ma przy sobie tysiąc dwieście marek! Jak go złapią, z kamery nici. Przyciska się do ściany i niezauważalnie, centymetr po centymetrze przesuwa się w stronę przejścia w podwórzu. Szczęście mu dopisuje: jeszcze go nie dostrzegli. Nie odrywając wzroku od stróżów prawa, którzy właśnie pakują Cyganów i cinkciarzy do policyjnej suki, przesuwa ręką po ścianie. Trafia na krawędź i błyskawicznie znika za rogiem. Biegnie do przejścia podziemnego, a stamtąd na podwórze. Jeszcze nie ma pewności, czy go ktoś widział. Obawa, że jego marzenie może się nie spełnić, przeradza się w atak paniki. Urban otwiera blaszane drzwi do kotłowni, wchodzi do środka i zdyszany opiera się o nie plecami. Jest bezpieczny. Rozgląda się. Metalowe schodki prowadzą do piwnicy. Zbiega po nich i postanawia się tam ukryć. Lepiej chwilę poczekać, dopóki sytuacja na zewnątrz się nie uspokoi. Siada na ławie za odrapanym stołem i wyciąga szeleszczące nowością banknoty.

Ich delikatny dotyk i metaliczne kolory uspokajają go. Tyle na pewno wystarczy, myśli. Hurenssonowi powiedział dokładnie, o jaki sprzęt mu chodzi. Nie kosztuje więcej niż tysiąc sto pięćdziesiąt marek. Jasne, że w Szwecji cena może się różnić. Chyba powinien dokupić jeszcze ze dwie stówki. Jak już będzie miał kamerę w rękach, do roku zwrócą mu się wszystkie pieniądze.

***

Lato powoli ma się ku schyłkowi, liście zaczynają nabierać jesiennych barw. Panuje hałas, wszędzie pełno kolorów, ludzi, samochodów. Rácz idzie niepewnie. Dziwi się Donáthowi, że tak łatwo się w tym wszystkim odnajduje.

 – Tutaj jest sklep „Mototechna”. – Stary pokazuje na wystawę pełną ozdobnych naklejek, kasków motocyklowych i pompek do opon. – Na piętrze drogeria – mówi. – A tu, w Pasażu Tatrzańskim, „Skórtex” i AGD. To wszystko ogrzewamy my – podkreśla. – A za rogiem jest „Ambassador”.

Hotel wygląda naprawdę imponująco. Tak prezentuje się też każde z jego sześciu pięter. Nawet zaniedbana elewacja nie pozwala zapomnieć, że budynek pochodzi z lepszych czasów. Przed hotelem parking strzeżony. W dwóch rzędach naprzeciwko siebie parkują samochody z zagranicznymi rejestracjami.

 – W podziemiach mają bar variété – tłumaczy Donáth Ráczowi, który robi wielkie oczy na widok portiera w liberii, stojącego pod wielką markizą z założonymi z tyłu rękami i ze wzrokiem utkwionym w ulicę. Hotelowy hol lśni mahoniem i dymionym szkłem. Rácz znajduje się w świecie nieznanych mu zjawisk: większość tego, co widzi, widzi po raz pierwszy w życiu.

 – Tańczą tam prawie całkiem gołe dziunie – ciągnie Donáth i mruga do Rácza.

 – A pan już tam był?! – pyta Rácz.

 – Jako gość nie – przyznaje Donáth – to tylko dla obcokrajowców. Ale w zimie czasem chodzę odpowietrzać tam kaloryfery i inne takie. Przed południem, jak mają próby. Tańczą na scenie prawie gołe. Same kurwiszony. Po przedstawieniach puszczają się z cudzoziemcami. Ale czemu nie, mówię sobie. Niech sobie zarobią, póki są młode, co nie?

Rácz milczy. W sumie nawet go to nie obchodzi. Chciałby już zacząć zarabiać. Ten świat go nie interesuje, jest tylko stacją pośrednią przed powrotem do tego właściwego. Rácz wlezie do kotłowni i wylezie z niej z pieniędzmi dopiero wtedy, gdy poczuje, że czas wracać do siebie na wieś. W wojsku był taki sam. Wszyscy kłócili się o przepustki, a Rácz przez dwa lata ani razu nie pojechał do domu. Wolał zamknąć się w siłowni i podnosić ciężary. Ile trudu musiał włożyć w to, żeby przełożeni nie wysłali go na przymusową przepustkę! Jego koledzy pukali się w czoło. Ale Ráczowi nie przeszkadzało, że przez dwa lata tkwił zamknięty w koszarach. Oswoił sobie ten świat, a potem czuł się w nim jak w domu. Nie bał się wypraw w nieznane miejsca. Często myślał o tym, jak pięknie byłoby zamknąć się w łodzi podwodnej i wynurzyć dopiero po dwóch latach. Kiedy Rácz wracał do cywila, mundur wyjściowy oddał prawie nieużywany. Włożył go tylko parę razy: przy okazji przymusowych seansów w kinie, szkolenia wojskowego, przysięgi i podróży na pogrzeb rodziców. Za nie wykorzystane urlopy dostał wyrównanie finansowe.

Kotłownia stanie się jego łodzią podwodną, decyduje Rácz. Ze światem będzie utrzymywał tylko niezbędne kontakty. Nie będzie go interesowało nic poza tym, ile pieniędzy przywiezie ze sobą do domu.

 – Tędy – mówi Donáth.

Rácz przytakuje. Nagle zauważa reklamówkę wepchniętą do donicy z ozdobnym krzewem. Podnosi ją i zagląda do środka. Znajduje jakieś obce banknoty.

 – No, co jest – pokrzykuje niecierpliwie Donáth.

Rácz rozgląda się i upycha reklamówkę do nogawki. Idzie za Donáthem na podwórko.

 – Na górze jest kuchnia. – Donáth wskazuje szare skrzydło budynku, najwyraźniej dobudowane w późniejszych latach. – A tu, na dole, pralnia. Kupisz tym babkom kawę, a one ci za to wypiorą co trzeba.

Rácz zastanawia się, kto mógł zgubić reklamówkę z pieniędzmi. Nie może tego pojąć. Wygląda to tak, jakby ktoś celowo schował ją do tej wielkiej donicy. Tak jakby chciał po nią później wrócić. Ráczowi nie mieści się to w głowie, ale nie będzie wypytywał Donátha. Po co w to mieszać starca? On, Rácz, wszystkiego dowie się sam.

 – No i wreszcie kotłownia – oznajmia Donáth, otwierając blaszane drzwi. Obaj schodzą teraz wąskimi schodkami do podziemi. – Tu postaw walizkę, mówi palacz i wskazuje na rozklekotany stół.

Rácz potrzebuje chwili, aby jego oczy przyzwyczaiły się do panującej w pomieszczeniu ciemności. Zapaćkane okienka przepuszczają promienie dziennego światła, przefiltrowane przez iskrzące się drobinki kurzu fruwające w powietrzu. Z tyłu znajdują się kotły, teraz martwe i zimne. Tylko pod tym lewym się pali. Z rur wydobywa się para.

 – To stara kotłownia – wzdycha starzec, po czym siada. – Wszędzie już grzeją gazem albo kotłami na olej. Ale gdyby tę tutaj chcieli przerobić i unowocześnić, musieliby zburzyć połowę hotelu. Trzeba by było zamknąć hotel na rok, a to by znaczyło krach. Sklepy też by musieli pozamykać.

Drzwi z tyłu się otwierają i wchodzi jakiś długowłosy chłopak.

 – Co ty tu robisz? – pyta go ze śmiechem Donáth. – Znowu cię ścigali?

 – Czy na górze są jeszcze policjanci? – odpowiada młodzieniec pytaniem na pytanie.

Donáth kręci głową.

 – Nikogo ani śladu. Co, znowu była obława?

 – I to porządna. Musiałem się tu ukryć.

 – No cóż… – Stary wzrusza ramionami. – Ty wiesz najlepiej. Ale nie wciągaj mnie w swoje sprawy! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego, rozumiesz?! Wszystko gra – dodaje, kiedy widzi, jak Urban z przerażeniem patrzy na Rácza. – Chłopcy, poznajcie się. To jest Rácz, mój następca.

 – Urban – mówi Urban.

Rácz kiwa głową, ale nie wstaje.

 – Trzymaj się tego łobuza – radzi mu Donáth. – Załatwi ci wszystko, czego będziesz potrzebować.

Niczego nie będę potrzebować, myśli Rácz, ale nie mówi tego na głos.

 – To ja już pójdę, skoro droga wolna – żegna się Video-Urban. – Trzymajcie się.

 – Takich gałganów jak on to ja lubię najbardziej – oznajmia Donáth, gdy blaszane drzwi się zatrzaskują. – Całe dnie tylko leży i nic nie robi. A pieniędzy ma mnóstwo. Kiedyś nie zdąży uciec i skończy w więzieniu w Leopoldovie. Z takich ludzi nie bierz przykładu. Ty masz pracować uczciwie.

Rácz siedzi. Donáth kreśli przed nim wizję życia w kotłowni:

 – Jedzeniem w ogóle nie musisz się martwić. Palacz z reguły chodzi jeść do kuchni. Tam zawsze znajdą się jakieś resztki z gara. Tylko trzeba dobrze żyć z kucharkami i z pomocą kuchenną. Grzać im tak, jak chcą. Kiedy na przykład robią knedle, to dają mi znać i wtedy trzeba zwiększyć ciśnienie. Jeśli chcą, żeby ciasto wyrosło, w kuchni ma być gorąco jak w piekle. Ale wszystko ci jeszcze wytłumaczę.

Rácz kiwa głową. Nawet mu się to podoba. Chodzi po kotłowni i w zakłopotaniu zagląda do kotłów. Z ich otwartych paszcz wieje chłodem. W kominach i wywietrznikach szaleje przeciąg. Przez szyby wentylacyjne przedostaje się dźwięk z ulicy, zniekształcony wskutek podróży żelaznymi rurami.

Starzec siedzi za stołem i bawi się popielniczką.

 – Ucieszyłbym się, gdybyś tu został – mówi. On, Donáth, obiecał, że znajdzie nowego palacza. Chodzi o zasady. Jest już stary, chciałby odpocząć. Trochę pożyć. Ciągle tylko pracował, całe życie. Nie zdążył nic zrobić. A teraz ma partnerkę. W odpowiednim wieku. Mieszka we własnym domku na Záhoriu. Jest wdową. Chcą być razem. On, Donáth, spędził tu prawie pięćdziesiąt lat. Wcześniej pracował na żurawiach w Czechach. Na różnych budowach, raz tu, raz tam. Ostrawa, Vítkovice, Kladno. Stalowe serce Republiki i tak dalej. Z takiej wysokości dobrze mu się patrzyło na świat. Żonę też miał. Czeszkę. Z Českiej Lípy. Puściła mu się. W sanatorium. W Mariańskich Łaźniach. Rozwiedli się. Zabrała dzieci. Wtedy Donáth trafił tu. Ale nie chce zdechnąć przy kotłach.

Starzec nagle wstaje. Tak, zdecydował się. Pozna Rácza z tą swoją! Nie czekając na reakcję, wybiega po żelaznych schodkach na zewnątrz i zatrzaskuje za sobą drzwi.

Rácz zostaje sam. Rozgląda się po czarnym pomieszczeniu ze śpiącymi kotłami. Wyciąga swoje znalezisko. Deutsche Bundesbank. Pięć stumarkowych banknotów i cztery pięćdziesiątki. Rácz nie ma pojęcia, ile to może być warte. No nic, sprawdzi się. Starannie pakuje wszystkie pieniądze i chowa pod podszewką walizki. Wspina się na kotły i zagląda do środka. Są wielkie i puste. W kątach pomieszczenia walają się resztki zeszłorocznego węgla.

Rácz wciąż jest na kotle, kiedy słyszy hałas na schodach. To Donáth, a za nim olbrzymia baba w białym płaszczu, chustce i białych gumiakach.

 – No, Ilonko – zagaja z uśmiechem Donáth – poznaj mojego następcę!

Rácz musi wziąć udział w kolejnej prezentacji.

 – A więc to pan jest naszym wybawicielem – mówi Tóthová, starając się zabrzmieć kokieteryjnie.

 – Co? – Rácz nie rozumie.

 – Donáth by nie opuścił kotłowni, gdyby pana nie znalazł – wyjaśnia baba. – Wciąż powtarzał: „Nie mogę ich zostawić bez pomocy, pracowałem dla nich pięćdziesiąt lat. Obiecałem, że znajdę następcę, i obietnicy dotrzymam!”. Chciał być lojalny. A teraz – Tóthová spogląda zakochanym wzrokiem na zadowolonego Donátha – jego marzenie się spełni. Pali pan? – pyta i wyciąga zza pazuchy paczkę sportów.

 – Nie, nie palę – odpowiada Rácz.

 – Ja też nie paliłam – przytakuje baba, ale nauczyłam się od tych dziewczyn z kuchni. To jedyny sposób, żeby się nie nudzić. Pan też pewnie będzie się tu nudzić. Ale to dobrze, że pan nie pali.

 – Dopiero zacznie – rechocze sucho Donáth.

 – Nigdy! – zaperza się Rácz. Ze zgrozą wyobraża sobie, jak idzie do Eržiki, jak prosi Kišša o jej rękę i jak nagle dostaje ataku kaszlu, jak na próżno stara się ukryć przed wszystkimi chusteczkę czerwoną od plam krwi, jak wszyscy są przerażeni, a Kišš mówi: „Nie, suchotnikowi swojej córki nie dam!”.

W wojsku próbował palić. Kto nie palił, nie był mężczyzną. Ale papierosy nigdy mu nie smakowały. A kiedy koledzy z kompanii poczęstowali go specjalnie przygotowanym papierosem, po którym lało się z niego górą i dołem, znienawidził palenie, zaczął trenować boks i ćwiczyć podnoszenie ciężarów.

 – No, jak ci się tu podoba? – pyta Donáth. – Co zdecydowałeś? Zostajesz?

 – To zależy, czy zarobię tyle pieniędzy, ile mi pan obiecał – odpowiada Rácz.

 – Chcesz zobaczyć moje potwierdzenia wypłat? – denerwuje się stary. – Chcesz?

 – Nie trzeba. – Rácz macha ręką.

 – To jak? – pyta Tóthová. – Umowa stoi?

 – Niech będzie – odpowiada Rácz. – Obojętne mi.

Podają sobie z Donáthem ręce.

 – Musimy to opić! – krzyczy podniecony starzec i wyciąga skądś butelkę barowej brandy i trzy szklanki. Nalewa i podnosi swoją szklankę do góry. – Żeby ci się tu wszystko ułożyło.

Donáthowi nie trzeba wiele. Wypije dwie, trzy kolejki i już mu oczy błyszczą. Zabiera się do macania Tóthovej.

***

Silvia tańczy w variété hotelu „Ambassador”, choć też chciała czegoś więcej. La Scala, Metropolitan Opera, Jezioro łabędzie i tak dalej. Przez sześć lat nauki w konserwatorium utrzymywali ją w przekonaniu, że to możliwe. Dziś Silvia występuje w wieczornym przedstawieniu zatytułowanym Tajemnice nocy. Właściwie jest to striptiz urozmaicony kilkoma teatralnymi elementami. Też sztuka, choć kabaretowa. Faceci szaleją za tancerką. Silvia dokładnie wie dlaczego. Ale ona daje tylko temu, kto ją czymś zainteresuje. Musi odnosić sukcesy i być bogaty. I oczywiście ma być miły! Obcokrajowiec, wiadomo.

Edicie z kolei nigdy się nie śniło, że zostanie zawodową tancerką. Nawijała szpule w fabryce. Wieczorami tańczyła w zespole ludowym. To była jej odskocznia, żeby nie zwariować. Praca w „Ambassadorze” to zasługa hotelowego prawnika. Wielu dziewczynom naobiecywał nie wiadomo czego, ale Edita nie zgodziła się na seks, dopóki nie załatwił jej tej pracy. Jest zadowolona. Cieszy się, gdy wszyscy podziwiają jej szczupłe ciało poruszające się do uwodzicielskiego rytmu.

Wszystkie dziewczyny z baru w „Ambassadorze”, Silvia i Edita też, marzą o tym, żeby pewnego dnia pojawił się milioner z Teksasu albo arabski szejk, właściciel złóż ropy naftowej, który się w nich zakocha, ożeni się z nimi i zabierze je do swojej dalekiej ojczyzny.

Silvia i Edita siedzą w szatni i przygotowują się do popołudniowej próby.

 – Jakie ty masz miękkie włosy – mówi Edita i dotyka głowy Silvii. – Takie jasne! – piszczy.

Edita też jest blondynką, ale na czubku głowy widać jej czarne odrosty. Gdyby nie farbowała włosów wodą utlenioną i wszystkim czym się da, każdy by się zorientował, że należy do mniejszości narodowej o ciemniejszej karnacji.

Silvia urodziła się blondynką. Gdyby miała inny kolor włosów, musiałaby się przefarbować. To znany fakt: Arabowie, Murzyni, Włosi – wszyscy szaleją za blondynkami. Jezioro łabędzie było, ale się zmyło, Silvia już tego nie przeżywa. Jeszcze kilka lat tak pociągnie. Potem wyjedzie. Na Zachód. Im wyższe wymagania, tym mniejszy wybór. Będzie tu wpadać tylko w odwiedziny. Chociaż właściwie do kogo? Silvia na chwilę przestaje się ubierać i zastyga z koronkowymi rajstopami w ręce.

 – Rany, ale masz długaśne nogi – dziwi się Edita i kładzie dłoń na jej kolanie.

Silvia nie reaguje. No, przecież zawsze się znajdzie ktoś, kogo można odwiedzić. Ktoś, kto będzie zazdrościł jej każdej godziny życia, we dnie i w nocy. Zresztą, jeśli nie będzie miała kogo odwiedzić, po prostu pójdzie na zakupy do centrum handlowego. Samochód z amerykańską albo kuwejcką rejestracją zostawi na parkingu. Będzie się śmiać z długich kolejek do kasy. Może nawet niczego nie kupować. Wszyscy pękną z zazdrości.

Ręka Edity zawędrowała już dość wysoko. Silvia apatycznie pozwala się dotykać koleżance, coraz bardziej podnieconej. Podnosi się na krześle i patrzy w lustro. Widzi wielkie cienie pod oczami. Chyba powinna choć raz porządnie się wyspać. Za nic nie może sobie przypomnieć, czy drzwi do szatni są zamknięte. Obiema rękami gładzi głowę Edity, znajdującą się teraz między jej, Silvii, nogami. Przykłada dłoń do ust, żeby stłumić głośne westchnienie. Drugą ciągnie Editę za włosy, jakby w ostatniej chwili chciała ją odsunąć od swoich ud. Ale już za późno. Silvia czuje, jak przez całe jej ciało przebiega gwałtowny prąd – aż musi uciszyć dłonią mimowolne jęki. Po wszystkim siedzi oklapnięta, jakby opuściły ją wszystkie siły. Przypomina szmacianą lalkę.

Edita się uśmiecha.

 – No, jak było? – dopytuje z dumą.

Silvia sprawia wrażenie obudzonej z długiego snu. Obojętnym wzrokiem patrzy na Editę.

 – No i po co to zrobiłaś? – pyta z wyrzutem. – Nie rób tak więcej. Nie jestem lesbą.

 – Przecież ja też nie – oznajmia Edita. – Nauczyłam się tego w więzieniu. Tam to była nasza jedyna przyjemność.

 – Ale ja sobie nie życzę, żebyś to robiła – mówi obruszona Silvia. Edita milczy.

Zamiast odpowiedzieć, długo i delikatnie całuje Silvię w dolną wargę.

 – Nie jestem lesbą! – powtarza bezbronna Silvia.

 – Ja też nie, naprawdę! – śmieje się Edita. – Ale tak delikatna potrafi być tylko kobieta z kobietą, co nie?

Silvia nie odpowiada, wyrywa się z jej objęć i idzie do łazienki. Edita rusza za nią.

 – Weźmiemy razem prysznic, co ty na to? – proponuje. Obie wchodzą pod prysznic. – Nie chcesz spróbować też być dla mnie taka miła? – pyta Edita. – Wyluzuj, przecież to nic takiego. Nie mów, że wolisz, jak ci to robi jakiś brzuchaty Szwab!

Silvia kiwa głową. W objęciach jest zapomnienie. W objęciach prawda. Wszystkie samce tego świata zostały za drzwiami kabiny prysznicowej.

***

Kiedy Tóthová idzie spać do kuchni, Donáth jeszcze raz polewa bimbru.

 – Teraz sobie odpocznij, po południu pójdziemy do kadr, dostaniesz ubranie robocze i odzież ochronną – mówi. – Jutro rano zabierzemy cię na szkolenie. Czasu nie ma dużo, ale zdążymy. Wkrótce przyjdzie wrzesień, a później to już z górki. Raz, dwa i będzie zima.

Donáth prowadzi Rácza na tyły, do pomieszczenia gospodarczego. Jest tam szaro i duszno, poza tym śmierdzi. W środku stoi brudna kanapa i szafa. Na krześle, które pełni funkcję szafki nocnej, leży rozrzucona gazeta.

 – Tu będziesz spać. Gdzieś powinien być dmuchany materac – mamrocze starzec, grzebiąc w szafie. – O, jest. Nadmuchaj go sobie i odpocznij. Zawołam cię na obiad. A później załatwimy sprawy z papierami. – Donáth rzuca Ráczowi flaka z wypuszczonym powietrzem i wychodzi.

Rácz pompuje, kładzie się, ale nie może zasnąć. W nowym miejscu to trudne. W powietrzu czuć różne zapachy. Kto wie, co go tu czeka? To obcy świat, zamieszkany przez ludzi innych od niego. Ale w sumie nie jest źle. Nie minął nawet dzień, a on już znalazł robotę, dach nad głową i na dodatek siedemset niemieckich marek. Za chwilę będzie obiad. Na tak szybki rozwój wypadków Rácz bynajmniej nie liczył.

***

Następnego dnia rano przychodzi do nich sam dyrektor hotelu. Ďula – chłopiec na posyłki i szofer w jednej osobie – uroczyście otwiera blaszane drzwi i z szacunkiem w głosie mówi:

 – Idzie dyrektor!

Dyrektor wchodzi tanecznym krokiem i przystaje na górze. Robi dobrotliwą minę. Przyjmuje zuchwałą i pewną siebie pozę, która przypomina sylwetkę Ludwika XIV na obrazach. Wrażenie to potęguje nonszalancko podniesiona prawa brew i wąsik pod nosem… Widać, że dyrektor jest sobą zachwycony.

 – Cieszę się – mówi w końcu – że znaleźliście, Donáth, godnego następcę. Tylko żebyście go porządnie wszystkiego nauczyli, żeby nie było żadnych problemów i żebyśmy tu mieli w zimie ciepło. Nie tak jak w zeszłym roku! Żeby to się nie powtórzyło!

 – To nie była moja wina, panie dyrektorze – broni się Donáth. – Robię co mogę. Kotłownia jest stara. To wina stuletnich rurociągów.

 – No właśnie – mówi dyrektor. – Sto lat działały i nagle nie działają? To jakieś dziwne. Ja się wam jeszcze przyjrzę, Donáth. Jak ty wyglądasz? – zwraca się do Rácza. – Zadbaj o siebie, człowieku. Co ludzie pomyślą?

Rácz zapina guziki roboczej bluzy pod samą szyję.

 – Moi ludzie, ludzie z hotelu „Ambassador”, mają wyglądać porządnie – dodaje arogancko dyrektor.

 – Nie mamy pasty do mycia rąk. – Donáth korzysta z okazji. – Za chwilę trzeba zrobić konserwację. Wszystkie rury trzeba rozkręcić, a pasty nie ma.

 – I tym zawracasz głowę samemu dyrektorowi hotelu, głupku? – syczy Ďula.

Donáth milczy.

 – Najpierw to ja chcę widzieć zaangażowanie – deklaruje dyrektor. – Wyniki. Dopiero potem mogę spełniać zachcianki. Znajdzie się i pasta, i wszystko, czego trzeba – mówi i wychodzi z kotłowni. Ďula grozi pięścią Donáthowi i Ráczowi, po czym wybiega za dyrektorem.

 – Dyrektor jest wymagający, ale głupi – mówi Donáth, kiedy nikt nie słyszy. – Ale największą świnią jest hotelowy prawnik. Unikaj go jak ognia – konkluduje, po czym zakłada na ramię torbę z narzędziami. – Chodź – woła do Rácza. – Idziemy do sklepu z AGD, trzeba tam wymienić zawory. Zeszłej zimy z nich ciekło, ale zabrakło mi nowych na wymianę. Tutaj, chłopcze, nie ma chwili wytchnienia. Ale przynajmniej czas szybko mija. Zanim się zorientujemy, będzie zima.

Cały dzień spędzają w sklepie, w gabinecie szefowej, w magazynie i w szatniach sprzedawczyń. Dużo zaworów jest pordzewiałych, zatkanych lub nieszczelnych. System grzewczy ma swoje lata. Na szczęście kaloryfery są żeliwne, wytrzymałe. Ale rdza zapycha kolanka. Niekiedy trzeba odłączyć cały fragment rurociągu i przepchać go drutem albo przepłukać strumieniem wody pod ciśnieniem. Mężczyźni pracują ciężko, w skupieniu. To brudna robota. W suterenie panuje wilgoć, śmierdzi pleśnią.

 – Zesrało się na amen – stwierdza Donáth. – Musimy to zamknąć i spuścić wszystko!

Stoją i patrzą, jak czarna i cuchnąca woda grzewcza spływa do studzienki.

 – A tego… kiedy się będziesz żenić? – pyta z troską Donáth.

Rácz milczy. Ciemny, mętny wir jakby go zahipnotyzował.

 – Że co? – odpowiada. Ale Donáth nie ponawia pytania. Przez jego zaciśnięte usta wyłażą te najobrzydliwsze przekleństwa. Studzienka jest za płytka. Palacze stoją po kolana w wodzie przesyconej środkiem chemicznym.

 – Najlepszy sposób, żeby się przeziębić i wykończyć – irytuje się Donáth. – Jak tak dalej pójdzie, to ja tego życia w domku na wsi nie doczekam, do kurwy nędzy!

W końcu woda spływa. Donáth rozkręca zawór i pakuje do środka długi stalowy drut.

 – Wszystko zapchane! – wścieka się. Rácz podaje mu narzędzia i uważnie patrzy na ręce. Uświadamia sobie, że za chwilę będzie to robił całkiem sam. W końcu awarię udaje się naprawić.

 – Zamontuj ten zawór z powrotem – nakazuje Donáth i wyciera ręce w szmatę. Kierowniczka sklepu i sprzedawczynie z ciekawością przyglądają się Ráczowi.

 – Panie Donáth, a może by mi pan odpowietrzył kaloryfer? – pyta kierowniczka.

 – Dziś nie, dziś mamy po kokardy. Jeszcze dużo czasu. Dopiero koniec sierpnia.

 – A te rury? – dopytuje kierowniczka. – Nie będziemy marznąć jak ostatnio?

 – To się zobaczy, dopiero jak zaczniemy grzać – odpowiada Donáth.

Kierowniczka konspiracyjnym, ale wymownym gestem wpycha mu do kieszeni paczkę kawy mielonej.

 – To za fatygę.

 – Ludzie srają ze strachu przed zimnem – mówi Donáth do Rácza, kiedy obaj są już na ulicy. – Nawet śmierci tak się nie boją jak tego, że im będzie zimno! Zapamiętaj, to twoja karta przetargowa. Dlatego dostajemy za darmo obiady w kuchni i opijamy się kawą. Od czasu do czasu trafią się i dobre papierosy. Amerykańskie!

Wracają do kotłowni. Z mokrymi nogawkami i wodą chlupoczącą w saperkach.

 – Dziś już mi się nie chce pracować – oznajmia Donáth. – Zrobimy sobie kawę i będziemy się suszyć. Jutro obskoczymy resztę sklepów. Czasu jest dosyć!

Rácz się nie nudzi. Kiedy nie ma nic do roboty, leży na ławie z rękami pod głową i słucha radia. Albo z zamkniętymi oczami wspomina dom rodzinny. Zwłaszcza Eržikę. Jaka z niej piękna, mądra i pracowita dziewczyna!

Donáth co chwila dokłada do kotła na ciepłą wodę. W kotłowni jest ciemno. Cienie płomieni przybierają na brudnych ścianach fantastyczne kształty. Patrzenie w płonący ogień uspokaja, hipnotyzuje. Rácz zasypia, ale za moment się budzi.

Donáth czyta gazetę i raz po raz gniewnie pomrukuje. Obiema rękami trzyma się za głowę, oczy wychodzą mu na wierzch. Tak mija popołudnie. Wkrótce zapadnie zmrok.

 – Skoczę do kuchni zobaczyć, co gotują – rzuca Donáth, który zdążył zgłodnieć. Rácz idzie się wysikać. Od patrzenia w płomienie dużo się sika. Później dorzuca porządny kawał węgla, żeby móc obserwować, jak ogień pożera swoją zdobycz. Kładzie się z powrotem na ławie i spogląda w okno.

***

Drugiego dnia wybierają się do „Skórtexu”. Pada deszcz. Strażnik na parkingu kuli się pod parasolem. Obiad jedzą w kuchni, przy zmywaku. Jedna z pomocy kuchennych przyniosła im zupę, sos i ziemniaki prosto z garnka. Donáth dzieli nożem kawałek mięsa na dwie części.

 – Smakuje? – pyta z pełnymi ustami.

 – Smakuje. – Rácz kiwa głową.

Jedzą szybko, obiad już trochę wystygł i nie pali w język i dziąsła. Ukradkiem zerkają na pomywaczki. Rácz chce po sobie pozmywać, ale Donáth mu nie pozwala.

 – Nie trzeba – wyjaśnia. – Baby posprzątają. Za to im grzejemy, nie?

Po obiedzie idą sprawdzić kaloryfery w barze variété w hotelu.

 – I tak nigdy nie masz pewności, czy to będzie działać – mówi Donáth po drodze. – Czy wszystko będzie w porządku, okaże się po dwóch, trzech dniach grzania.

Przy wejściu służbowym spotykają jedną z tancerek. Donáth zwraca na nią uwagę. Właśnie wysiadła z opla z austriacką rejestracją. Posyła kierowcy całusa i kieruje się w stronę schodów. Palacze puszczają ją przodem. Ona ostentacyjnie ich ignoruje. Jest szczupła jak chart. Mężczyzn owiewa woń perfum, ciągnąca się za nią jak ogon za kometą.

 – Ale dziunia, co? – mówi starzec, kiedy tancerka znika im z oczu.

 – Za chuda – ocenia ze znawstwem Rácz. Boli go jednak, że został tak demonstracyjnie zignorowany. On, któremu, gdy był w wojsku, dziwki dawały za darmo, a nieraz jeszcze dopłacały! Ech, ja ci jeszcze pokażę! – odgraża się w duchu. Ale wtedy zaczyna myśleć o Eržice. Przypomina sobie jej niewinną twarz, i to wspomnienie go wzrusza. Co jego, Rácza, może obchodzić ta babilońska kurwa, kiedy w domu czeka na niego takie dziewczę jak Eržika!

 – Chuda świnia daje najlepsze mięso – zauważa Donáth. – Ma na imię Silvia. Prawie każdy już ją miał. Suka jebana.

Lokal rozrywkowy w „Ambassadorze” nie jest duży. Scena, około dwudziestu stolików wokół, długa barowa lada z dziesięcioma krzesłami, parkiet, a w rogu perkusja, keyboard i wzmacniacze.

Tancerki, ubrane w dresy albo w stroje gimnastyczne, siedzą obok klawiszowca i chichoczą.

Donáth prowadzi Rácza przez korytarz.

 – Tu są szatnie – mówi. – Musisz odpowietrzyć kaloryfery. Ja pójdę do piwnicy sprawdzić instalacje. Rácz bierze torbę i wchodzi do pierwszej garderoby. Pomieszczenie długie na jakieś pięć metrów. Lustra, krzesła i toaletki umieszczone są pod jedną ścianą. Na krzesłach wiszą różne części kobiecej garderoby. Buty leżą pod toaletkami. Po przeciwnej stronie widać rząd otwartych szaf. Garną się do światła srebrzyste kostiumy, pawie pióra i skórzane uprzęże. Kaloryfer wydaje się w porządku. Rácz odkręca zawór i podstawia pod niego pustą puszkę. Kiedy powietrze wylatuje i do naczynia zaczyna spływać czarna woda, Rácz zakręca zawór. Ostatni raz wciąga zapach kobiecego potu, pudru i perfum, wychodzi na korytarz i otwiera drzwi kolejnej garderoby. Chuda tancerka, którą spotkali przed wejściem, właśnie się przebiera. Zauważa Rácza i gniewnie syczy:

 – Nie ma pan w zwyczaju pukać do drzwi?

 – Nie wiedziałem, że pani tu jest – odpowiada Rácz i się uśmiecha.

 – Ale teraz już pan wie! – mówi tancerka stanowczo.

 – No tak, teraz już wiem – zgadza się Rácz i wchodzi do pomieszczenia. – Ja tylko wykonuję swoją robotę – wyjaśnia, widząc jej pogardliwie wydęte wargi i nerwowy ruch głowy.

Kurwa jebana, myśli Rácz, noc w noc pokazuje to na scenie wszystkim, a teraz się wstydzi? Klęka przy kaloryferze i sprawdza zawór. Tancerka nie zwraca na niego uwagi. Ściąga stanik, a potem majtki. Siedzi na krześle, ubrana jedynie w złoty łańcuszek i kolczyki. Zawór nie chce się odkręcić, pewnie jest zardzewiały. Rácz wszystkimi porami swojej skóry czuje eteryczny powiew energii nagiego kobiecego ciała. Tancerka wkłada biały trykot gimnastyczny. Rácz majstruje przy kaloryferze, ale spogląda na nią ukradkiem. Silvia ubiera się bez skrępowania, wydaje się, że obecność obcego mężczyzny jej nie przeszkadza.

 – Może mi pan zapiąć zamek na szyi? – pyta.

Rácz odrywa się od kaloryfera, wyciera ręce w ubranie robocze. Tancerka odwraca się do niego plecami. Rácz męczy się z małym zapięciem, ręce mu się trzęsą. Od kobiety bije ciepło i ciężka, piżmowa woń.

 – Dziękuję! – mówi Silvia, nawet na niego nie patrząc. Siada z powrotem. W jej dłoni pojawiają się nagle cienki papieros i miniaturowa złota zapalniczka. Rácz stara się zebrać myśli, rozbiegające się jak kury po podwórku. Co to właściwie miał zrobić? Aha, odkręcić zawór. Bierze klucz odpowietrzający i delikatnie nim kręci. To tylko kamień kotłowy. Odrobina siły i zawór puszcza. Rácz odkręca, odpowietrza, po czym wtyka zawleczkę. W tym czasie tancerka wkłada pantofle gimnastyczne i wychodzi. Rácz siedzi na ziemi i delikatnie wącha swoje dłonie. Został na nich zapach gorącej kobiecej skóry. Ja ci pokażę, myśli Rácz i zaciska usta. Tylko poczekaj!

***

W wojsku Rácz nauczył się przeznaczać każdą wolną chwilę na sen. Jest młody, musi dużo spać. Nie przeszkadza mu hałas ani światło, zaśnie w dowolnej pozycji. Nawet pięciominutowa drzemka sprawia, że staje się rześki. Kiedyś, podczas ćwiczeń wojskowych, ukradli mu śpiwór. Było to w zimie, więc czekały go dwa tygodnie w surowych warunkach. Pozostali artylerzyści marzli, w nocy trzęśli się z zimna, a zasypani śniegiem dostawali szału. On, Rácz, tylko się śmiał. Opatulał się płaszczem, ręce wsadzał do kieszeni i spał.

Donáth nie sypia już prawie w ogóle. „Zasnę tak na godzinkę, dwie”, mawia. „Przez resztę czasu tylko siedzę, ćmię fajki i myślę”.

Wieczorem po pracy wylegują się na ławie i palą. Ráczowi posmakowały papierosy. Nie rozmawia z Donáthem. Obydwaj wolą milczeć i rozmyślać. Co jakiś czas któryś z nich dokłada do kotła i sprawdza ciśnienie pary. Zaczyna się jesień. Dni są jeszcze słoneczne, ale nocą wieje dziki wiatr. Kocioł do podgrzewania wody jest niewielki i cichy. Niekiedy Rácz budzi się w nocy i nasłuchuje wycia wiatru szalejącego w zimnych kominach. Po chwili znowu zasypia.

 – Wyśpij się – powtarza mu starzec, paląc papierosa i patrząc w ogień. – Kiedy byłem młody, też dużo spałem. Im jesteś starszy, tym mniej się wysypiasz.

Donáth nabiera węgla do taczki i dorzuca do ognia. Hałas Ráczowi nie przeszkadza. W każdej chwili, nawet w ciągu dnia, Rácz chętnie drzemie. Czasami myśli o Eržice. Może nie trzeba było jechać do miasta, zastanawia się. Tylko ją porwać. W ten sposób obłaskawiłby starego Kišša. Z drugiej strony, to wcale nie takie pewne. Mógłby sobie tylko zaszkodzić. Nie wiadomo, jaka jest w łóżku. To bardzo ważna rzecz. A co, jeśli jest oziębła? Albo ma zrośniętą cipę? – myśli z przerażeniem Rácz. Wtedy nie mógłby się do niej dostać. Już ma takie doświadczenia. Wojskowa kurwa, którą przezywali „Absolwentka”, powiedziała mu kiedyś, że jak Pan Bóg rozdawał przyrodzenia, on, Rácz, musiał dostać podwójnie. Chodziła za rekrutami aż do koszar. Rácz ją brał w składzie chorążego, gdy został jego pomocnikiem. Posapywania Absolwentki rozpraszały całą jednostkę. Ale to były czasy! – wspomina Rácz. Po wojnie, u siebie na wsi, kilka razy pocieszył sąsiadkę, elegancką wdówkę, potem jednak na śmierć się zakochał w Eržice Kiššovej i się skończyło. Nie mógł sobie wyobrazić, że robi to z kimś innym niż z nią. Ale nie mógł też sobie wyobrazić, że to robi z nią.

Rácz nie należy do mężczyzn, za którymi kobiety szaleją. Mrukliwy, ma arogancki wyraz twarzy i niezdarne ruchy. Tylko bardzo doświadczona albo zdemoralizowana kobieta potrafi na pierwszy rzut oka rozpoznać w nim namiętnego, dzikiego amanta z bezlitosną kondycją i obłędnym przyrodzeniem. Ale Ráczowi to nie przeszkadza. Nieokiełznany kochanek jeszcze się w nim nie przebudził. Rácz jest raczej wstydliwy. Nigdy w życiu nie poczuł palącej, pochłaniającej wszystko namiętności, która doprowadzałaby go do szaleństwa. Nawet jego uczucie do Eržiki, pomimo swojej intensywności i szczerości, wypływa raczej z potrzeby uporządkowania sobie w pewnym momencie życia według określonych reguł.

No, ale teraz jasnowłosa tancerka z baru variété w „Ambassadorze” wstrzyknęła mu truciznę do żył. Od tamtego razu spotkał ją kilkakrotnie. Często przychodzi na próbę przed południem, kiedy Rácz opróżnia beczkę z popiołem. Rácz złapał się na tym, że on, Rácz, wyłazi na zewnątrz tylko po to, żeby ją zobaczyć. Oczywiście, gdyby chciał, mógłby w każdej chwili wejść do baru i udawać, że naprawia kaloryfer. Powstrzymuje go jednak duma. Rácz pozwala sobie tylko na spojrzenia, które raz po raz rzuca tancerce. Silvia z początku zachowywała się, jakby Rácz nie istniał, ale od pewnego czasu dyskretnie się do niego uśmiecha. Widok ołowiano-antracytowych oczu młodzieńca i namiętny wyraz jego twarzy sprawiają jej przyjemność.

***

 – Musimy się jeszcze przejść do „Mototechny” – mówi Donáth pewnego ranka. – A potem sprawdzić ogrzewanie w samym hotelu. To jest najgorsze! – rzuca ze złością. – Gdybym nie musiał tego robić, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

 – Dlaczego? – pyta Rácz.

 – Sam zobaczysz – odpowiada Donáth. – Wszyscy na wszystkich kablują. Każdy na ciebie drze mordę. Od dyrektora, przez recepcjonistę, po chłopca na posyłki.

Jedzą śniadanie w kotłowni. Donáth przyniósł bochenek chleba, kostkę masła i resztki szynki, które zostały po śniadaniu zagranicznych gości. Z czajnika bucha para. Donáth w zamyśleniu wyciska do niego cytrynę.

 – Potem już będziemy mieć wszystko za sobą. Zaczniesz pracować na własną rękę. Za dwa tygodnie odchodzę – mówi wzruszony.

Rácz smaruje chleb masłem i nakłada zeschnięte plasterki szynki. Z jednej strony się cieszy, w końcu dostanie całą wypłatę: dwie pensje i premie, a z drugiej – boi się.

 – Kiedy idziemy do tej „Mototechny”? – pyta rzeczowo, wgryzając się w chleb.

 – Po śniadaniu – odpowiada Donáth.

Jedzą w milczeniu. Łakomy Donáth co chwila się krztusi. Trzęsie się i nie może złapać oddechu. Rozedrganą ręką chwyta szklankę herbaty, pije, na moment przymyka oczy i obżera się dalej.

Na zewnątrz leje. Z drzew spadają pożółkłe liście. Mętna woda z hukiem spływa do studzienek. W rogu kotłowni przecieka.

 – Rynna pękła – mówi Donáth, patrząc na powiększającą się plamę wilgoci. Z brudnego sufitu kapie. Czarne krople spadają na zakurzoną podłogę.

Mężczyźni idą do „Mototechny”. Po przeglądzie kaloryferów kierownik sklepu zaprasza na szklaneczkę. Donáth mruga znacząco do Rácza.

 – Słyszałem, że pan odchodzi, panie Donáth – mówi kierownik po pierwszej szklaneczce.

 – Tak jest – potwierdza Donáth. – Młody mnie zastąpi.

 – No trudno, co robić… – wzdycha kierownik i patrzy na Rácza. – Nie da nam pan zamarznąć, prawda?

 – Widzisz, jak tu wszyscy srają w pory? – śmieje się Donáth, kiedy wychodzą. – Za odrobinę ciepła własną matkę by sprzedali!

W Donácie drzemie spora dawka pogardy dla wszystkich, którzy w zimie są skazani na kotłownię. Podobnie czują się lekarze: choćby byli nie wiadomo jak wyrozumiali i dobrzy dla swoich pacjentów, obcują z bezkształtną masą, która charczy w poczekalni i tylko czeka, żeby chwycić doktora za rękaw, gdy ten choć na chwilę wyjdzie z gabinetu. Donáth ocenia ludzi wyłącznie na podstawie ich domniemanych preferencji dotyczących grzania. Idzie po piwo i patrzy na mężczyznę w kolejce przed nim. Taki to by chciał mieć bardzo nagrzane, myśli Donáth. A i tak ciągle by narzekał, że mu zimno. A na przykład ta – patrzy na sprzedawczynię – chciałaby, żeby grzać tylko w ciągu dnia. W nocy na pewno śpi rozkopana i goła jak glista. I tak dalej.

***

Prostytutka zatrzymuje taksówkę. W ciele kobiety obumierają plemniki bezrobotnego Zdravka G., zamieszkałego w Wiedniu. Prostytutka jest wysoka, ma jasne włosy i eleganckie ubranie. Zachowuje się jak dama.