Reguła trzech - Waldemar Nocny - ebook

Reguła trzech ebook

Waldemar Nocny

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 505

Rok wydania: 1999

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Waldemar Nocny

REGUŁA TRZECH

 

Gdańsk 1999

 

© Copyright by Waldemar Nocny

Gdańsk 1999

Korekta

Katarzyna Nocny

Autor wyraża podziękowanie za pomoc w wydaniu tej książki Rafinerii Gdańskiej S.A.

Specjalnej Strefie Ekonomicznej Żarnowiec-Tczew

Zarządowi Portu Gdańsk S.A.

Zespołowi Elektrociepłowni Wybrzeże Gdańsk

Druk

PPU „MIREX” S.C., 80-296 Gdańsk, ul. Na Wzgórzu 9a tel./fax (+48 58) 347 60 81, + 501 50 20 54, e-mail: [email protected]

ISBN 83-908481-5-5

 

Żonie, córce i synowi

Rzeki, które chcą dostać się do nieba, wpadają do Wisły.

Gunter Grass, „Psie lata”

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

- Patrz! - wrzasnęła do przyjaciółki córka Hallmana. - Ale zrobili!

Od strony Bohnsack szedł pochód, prowadziły go samochody. Na platformach ustawiono kramy, w nich towary, obok Żydzi. Przez moment myślano, że to reklama któregoś ze sklepów w Bohnsack albo wyprzedaż, lecz nie, tuż przy nich maszerował rząd mężczyzn w mundurach. Kierował nimi Lothar Noack. Na burtach wozów wisiały plakaty: Żydzi przeszkadzają. Niemcy kupują tylko w sklepach niemieckich. Precz z Żydami!

- Wiesz - mruknęła Hallman. - Skąd oni wzięli towar?

Noack widząc je krzyknął: - Żydzi to nieszczęście! Śmierć Żydom! - Zaśmiał się. - Gdy spod noża tryska krew Żyda - zaśpiewali jego koledzy z wigorem i radością - to zaraz wszystko idzie lepiej.

- Kto u nas jest Żydem? - zastanawiały się. - Hugon Kahl w Schnakenburg, masarz Schumann w Schiewenhorst, w Bohnsack Adolf Cohn, zegarmistrz, Paul Sass...

Majerowa stanąwszy przy nich zaśmiewała się do łez. - Hołota - bąknęła wychodząc na jezdnię. - Chociaż, przyda się ukrócić tych Żydów. Jak sobie liczą!

- Tego jeszcze nie było - prychnęła Hallman. - Lothar! - zawołała.

Noack pomachał jej czapką.

- Ci faszyści mają pomysły - zwróciła się do nich Majerowa. - Komuniści ani się umywają.

Kierowali się w stronę portu skręcając następnie do Einlage. Ludzie wychodzili z domów przyglądając się im, niektórzy zaczepnie wołali, na co Lothar Noack odpowiadał rechotem.

Nazajutrz doszło w Bohnsack do bójki. Lothar z ludźmi nadjechał samochodem od strony Schiewenhorst, sztauerzy już na niego czekali. Zeskoczył z auta, inni runęli za nim, zaczęli bić się wywijając kijami, krzycząc i przeklinając. Wokół, ale w oddaleniu, gromadził się tłum w milczeniu obserwując walczących. Samochód czekał nieopodal, kierowca już, już chciał skoczyć w kłębowisko, gdy pojawili się pierwsi ranni podążający w jego kierunku.

- Komuna górą - burknął ktoś z urazą w głosie.

Rzeczywiście. Ludzie Lothara zaprzestali utarczki cofając się do wozu. Gramolili się pobici, poranieni, któryś zahaczył o tablicę wiszącą na burcie zwalając ją na ziemię. Ruszyli z impetem.

Nikt nie powiedział słowa. Na ulicy pozostały pałki, czapki i kastety pobrudzone krwią. Nieco dalej, już deptana przez wyrostków, tablica z napisem: Niemcy obudźcie się!

Zbliżały się wybory do władz miasta. Gertruda Bollenbach nie pozwoliła na bezczynność. Ściągnęła oddziały Hitlerjugend maszerujące w szyku. Grzmiały werble. Z tyłu kołysano flagami. Pojawiły się zresztą przed każdym domem, w oknach, na ścianach budynków: ze złamanym krzyżem, sierpem i młotem, strzałkami, z krzyżami i koroną, tych wisiało najmniej. - Nigdy nie oglądałam takiego widowiska - opowiadała potem pani Bethke. - Naziści bili komunę, socjaldemokraci faszystów, nazi pędzili potem socjalistów nie szczędząc razów komunistom, ci nie tolerowali socjaldemokratów nasyłając na nich faszystów...

Trzech socjalistów, już po odjeździe Hitlerjugend, zaczepiło na ulicy zastępcę Lothara, Emila Gabrau'a. Był to brunet chodzący nawet w niedzielę w uniformie Sturm-Abteilung. Nikt nie krzyczał jak zazwyczaj w takich przypadkach, sapali wymieniając ciosy, któryś upadł na moment, ale zaraz się podniósł. W końcu szturmowiec padł na twarz, socjaliści skopali mu brzuch i jądra, a zobaczywszy, że zemdlał zamarli w niepewności. Padł rozkaz, odwrócili się i zniknęli jakby zapadli się pod ziemię. Tymczasem dryblas odzyskał świadomość, podniósł się, pomacał skronie, obejrzał ręce spluwając na ulicę. Otrzepał mundur i krzywiąc twarz z bólu ruszył w stronę domu Gertrudy Bollenbach.

Jej siostra rozmawiała z Angerem tydzień później. - Nie mieszkamy już razem - wyjaśniła. - Tak należało zrobić wcześniej, myślę. Ona żyje polityką. Poprzednio tylko zebrania, mundur w szafie, ja nigdy nie przepadałam za wojskiem, jacyś ludzie, noce też zajęte. Dla partii, mówiła. Wszystko dla partii. A nie jest już pierwszej młodości. I żeby jakiś mężczyzna w jej życiu - spojrzała w jego stronę. - Nie, mężczyźni dla niej nie istnieli, tylko koledzy z partii. Mówiła tak nieraz. Wybuchałam śmiechem. Gniewała się. To nas nie łączyło, nie. Pan wie jak było po wojnie. Ona nigdy nie pogodziła się z tym stanem. Freie Stadt Danzig? Ależ ją to bolało. Płakała, pamiętam, przeklinała zdrajców. Wcześniej - ściszyła głos - niż Adolf Hitler. Czy pan wie, że była w pierwszej organizacji Maassa? Owszem, owszem. Wiele czasu poświęciła wówczas zebraniom, ile napisała broszur czy ulotek. Do dzisiaj współpracuje ze „Sturmerem”, a nawet drukuje artykuły w „Der Angriff. Zmieniła się - umilkła. - Moja siostra - kontynuowała po chwili - uznała, że musi zetrzeć hańbę Niemiec. Natychmiast znalazła innych. Coraz ich było więcej. Do dzisiaj uwielbia książki, na które z przykrością się godzę. Cóż mogę poradzić? Udawać, że ich nie ma. Tylko tyle. Rewolucja narodowo-socjalistyczna, mówi, zmieni Europę. Tak, tak.. Ona nie chce rozmawiać o Freie Stadt. Potrzebuje Europy. Kiedy jej o tym wspominam zaśmiewa się do łez. A potem krzyczy: Czy myślisz, że świat znałby Fryderyka, gdyby ciebie naśladował? Sam Goethe, wrzeszczy na mnie, pisał, że był gwiazdą wokół której obracały się Niemcy. I Europa. Goethe, rozumiesz? Engels też pisał.... Bez przemocy i bezwzględności nic się nie osiąga. Jaką miałabyś historię gdyby Aleksander czy Napoleon obdarzeni byli wrażliwością uczuć? Wolałam więc odejść, znalazłam mieszkanie w Schnakenburg. Ona ciągle wzbudza mój niepokój. Bo co pan powie na jej artykuł - wyciągnęła z siatki gazetę - o tu, proszę posłuchać: „Żadna wiara w Chrystusa nie może być taka, jak nasze przekonania. Gdyby dziś Jezus pojawił się na świecie, byłby Niemcem. - Zrobiła pauzę. - Niemcy są w istocie narzędziem Boga do zniszczenia złych mocy ziemi. W imię Boże przyszło nam walczyć z Żydami i ich bolszewizmem”- podniosła brwi popatrując na niego ze smutkiem. - Tak, zawsze tęskniła za autorytetem. No i go ma. Ale jest daleko, więc znalazła bliżej.

- Forster? - spytał Anger.
- Nie myli się pan.

*

Poznałem Alberta Forstera. Miałem szczęście. Samochód stanął nad brzegiem Weichsel, wysiadł mężczyzna w portkach z Tyrolu. Śmignąłem właśnie wędką, gdy mnie zauważył. Podszedł uśmiechając się. Obserwowałem wóz, takiego nikt tu nie miał. - Haloo! - zawołał. Odpowiedziałem. Spławik tańczył na fali. To wiatr, myślałem, ryba jeszcze nie szczypie. Z wału zsunął się skład wagonów z węglem hamując przy brzegu. Właśnie połączono nas z miastem koleją poprzez śluzę w Einlage. Lokomotywa wtoczyła się na prom, zadudniły odbijacze. Część wagonów pozostała na brzegu.

- Bierze? - zaczął.

- Tak.

Patrzył w stronę ujścia.

- Postawić dom przy plaży, spędzać tu niedziele, bez problemów, bez ludzi - śledził łódź na Weichsel. - Gdzie najlepiej? - przeniósł wzrok na las.
- W Wordel - wskazałem.

Otrząsnął się, spojrzał mi w oczy.

- Gdzie? - powtórzył.
- W Wordel. Trzy, cztery kilometry stąd. Wydmy, morze przy oknach. Ja sam...

Przerwał mi.

- Wilhelm - zawołał do kolegi, który z nim przybył. - Odjeżdżamy. Wrócę tu - uśmiechnął się. - Jeszcze nie raz.

Tak poznałem Alberta Forstera. Może było inaczej. Kiedyś opel zatrzymał się przed knajpą Hallmana, a mężczyzna w bryczesach, nie wysiadając, otwierając jedynie drzwi zapytał: - Jak jechać do Wordel? - Wskazałem ręką. Kiedy ruszył, ktoś powiedział: - To Albert Forster. Kochanek Gertrudy Bollenbach.

A może jeszcze inaczej. Sama Gertruda kiedyś oznajmiła: - Mój szef buduje dom w Wordel. W lesie, na wydmach, by widzieć morze. Bardzo je kocha. I psy. - Tak chyba było. Uwielbiała go.

Zaczęto wznosić dworek i pawilon na wydmach Wordel, w środku lasu, chociaż w wyborach do Volkstagu narodowi socjaliści nie uzyskali przewagi. Być może właśnie dlatego. Budowla rosła w oczach. Chodziłem tam częściej niż inni. Jeśli się jest urzędnikiem na emeryturze... Tam ujrzałem Lothara Noack. Stał na wzgórzu patrząc na mury. Obok niego, leżąc na igliwiu, odpoczywali jego kumple. W ich wieku każdy chłopak zachowuje się tak samo: lubi ćmić papierosy, gładzić dziewczyny i udawać, że wszystko lekceważy. Przepada także leżeć na piasku śledząc korony drzew, zaklinając się co jakiś czas: - Umówiłem się w sobotę. Zobaczycie co będzie... - Tym razem milczeli. Parowali zmęczeniem.

- Powstań! - rozkazał Lothar. - Podnieśli się natychmiast. Byli w mundurach. Nałożyli czapki. - Zbiórka! - Bez słowa. Półobrót. Kroki: jeden, dwa, trzy... Zniknęli w młodniku, który dwadzieścia lat wcześniej, pamiętam, był wydmą przesuwaną wiatrem.

Lothar przyszedł na świat sprawiając rodzicom wielką niespodziankę. Oczekiwali dziewczynki, pragnęli jej, rozmawiali o tym często z pastorem Thunem. Odkąd zaczął stawiać pierwsze kroki ujawnił się jego charakter. Był chłopcem zdecydowanym, impulsywnym, chwilami gwałtownym i władczym. Jako wyrostka znano go od Bohnsack do Einlage. Widywano z obręczą od roweru, tu i ówdzie ciskającego kamieniem w któregoś z kolegów. Ten pędził za nim krzycząc, grożąc, aż przystawał machając z rezygnacją ręką. Lothar Noack był psem krążącym po ulicach. Nie mówił, lecz warczał, pluł, klął. Nikt nigdy nie zwrócił się do niego po imieniu, tylko Noack, Noack. Ten szatan Noack. Nie lubił ludzi, gryzł dziewczynki, chłopców również. Bali się go nawet dorośli. Skarcony raz przez ojca, przywarł do jego nogawki, jak węgorz okręcił wokół nogi wbijając zęby w udo. Ojciec krzyknął, pas wypadł muz ręki. Schwycił chłopca za włosy, który z zaciekłością buldoga Maiera opierał się, dyszał, aż wydarł kawał skóry z materiałem. Zniknął potem z domu na kilka dni. Bał się tylko Rosy, jego jednego.

Któregoś dnia przyszedł do mnie pastor Thun.

- Jak sięgam pamięcią - hamował wzburzenie - już od śmierci młodego Buchheima obserwowałem go. Nie, nie. Proszę nie zaprzeczać. Już wtedy Rosa próbował wpływać na Helenę Buchheim doprowadzając ją do pomieszania zmysłów. Czyż bowiem można zwodzić informacją, że syn żyje? Helena ulegała innym, jeszcze to nieszczęście. Postradała zmysły. Przybyłem właśnie do Schiewenhorst. Miesiąc po panu, prawda? Powinienem ingerować natychmiast? Miałem go jednak na oku. Każdy ma słabości, myślałem, należy wybaczać. Boże mój, błąd. Należało wówczas przestrzec... Właśnie, należało - westchnął.

Podałem mu szklaneczkę wina. Spróbował, skłonił głowę z uznaniem.

- Owoce z ogrodu? Kiedyś sam robiłem... Bez powodzenia. Trzeba mieć rękę.

Stuknęliśmy się szkłem. Wypił tylko łyk.

- I proszę sobie wyobrazić, umknął mi z pola widzenia. Jak nikt w osadzie. Podkreślam, jak nikt. A przecież nieszczęścia nadal śmigały między Bohnsack, Schiewenhorst a Einlage. Bywał tam, owszem, jak każdy, z ciekawości. W końcu nie jest wykroczeniem, przyzna pan, asystować w egzekwiach. Lecz... - zamyślił się patrząc na las, który ścianą drzew wytłumiał odgłosy morza. Nie chciałem mu przerywać rozmyślań. - Cisza - szepnął-cisza mnie uspokaja. Wojnę zakończono. Blizny... Są oczywiście, lecz znikają. Można budować... Jeśli przeszkody usunięte.

Spojrzał mi w oczy. Znałem pastora, nigdy nie przychodził bez potrzeby. Szanował swój czas.

- Cisza - westchnął. - Cenię ciszę, gdyż Bóg darzył ją uznaniem. Pomaga w kontemplacji. Jest wtenczas możliwość, by pomyśleć o sobie, o wszystkich obok, aby oderwać się od pośpiechu życia. Wtedy widać całość, nie cząstki, które są okruchami. Ostatnio wiele rozmyślam, minął czas wojny, wysiłku, niestety poszedł na marne... I sądzę... Pamięta pan występek Angera, Greima i Wolffa? Zna pan przyczynę? Dziś widzę inaczej tych ludzi. Lata zmieniają interpretacje. Pojawiają się inne motywy. Myślałem - spojrzał mi w oczy - że gniew był nieokiełznany. I zemsta również. Tak wierzyliśmy. Ja sam podsuwałem tę wersję. Nikt nie chciał szukać przyczyn. I osłupienie jakie wywołał ten człowiek pojawiając się w Bohnsackerweide. Jeszcze nie rozumiem, ale to kwestia czasu - znowu westchnął. - Widzi pan jak wiele wkładam wysiłku, by zbliżyć się do istoty rzeczy? Mimo to pozostaje mnóstwo kwestii nie wyjaśnionych. Chociażby Magda Chvalkowsky. Ją obwiniałem o śmierć Rosy, nie chłopaków. I proszę spojrzeć...

Patrzył mi w oczy ze zdziwieniem najwyraźniej szukając pomocy. Sam próbowałem odpowiedzieć na te trudne pytania sięgając do początku mych zapisków, chcąc uchwycić źródła wydarzeń i motywy. Bez powodzenia.

- Idę - poderwał się nagle. - Czekają na mnie. Dziękuję za wino - odstawił szklaneczkę. Niebawem zniknął za ogrodzeniem.

Miałem o czym myśleć. Pastor Thun potrafił zmusić do rozważań nawet Rusta, który znał tylko smak piwa i sznapsa, i o nich chciał wyłącznie mówić.

We czwartek spotkaliśmy się nad Weichsel. Gdzie są te czasy, gdy ćwiczył tam Herero, a Eryka, wówczas panna, obserwowała go z ukrycia. Pastor wydawał się zaskoczony. Nie wyrażał radości. Skoro jednak znaleźliśmy się w jednym miejscu należało porozmawiać.

- Myślę - szepnął - że nadchodzi czas rozstrzygnięć.

Spojrzałem z uwagą.

- Czego dotyczących? - spytałem.
- Raczej kogo - sprostował.
- Ach tak - zrozumiałem. Znałem przedmiot jego rozważań.
- Wojna dawno za nami. Bóg nie rozpoznał naszych mundurów, stało się. Przyjdzie niebawem czas na rewanż. Teraz trzeba budować od podstaw. Dżaack zanim obsieje pole, najpierw oczyści je i przygotuje. W życiu społeczeństwa jest tak samo. Jedność rozpadła się, boleję nad tym. Trzeba pracować, aby ją odtworzyć. Pracować! - nieomal krzyknął.

Oddalił się jakby przymuszony myślą, którą musi zapisać albo przekazać innym. Robił tak wiele razy. Dlatego obserwowałem go bez zdziwienia.

- Więcej woli - zawołał odwracając się. - Niech Bóg da nam siły!

Kilka dni później przyszedł znowu i jakbyśmy rozmowę przerwali na moment, rzekł: - Zauważył pan jak zmienił się Herero? Kiedyś patrzyłem na niego z radością. Siła, bicepsy, tors... Kiedy się witaliśmy myślałem, że dłoń mi zmiażdży. A dzisiaj? Nie ten człowiek, nie ten mężczyzna. To wpływ Eryki. I w tym nieszczęście. Zauważył pan? Ona bez opamiętania idzie za tym człowiekiem. Za Rosą. Wlokąc męża. Już w czasie wojny miałam podejrzenia, po walkach nad Mozą. Niewiele mogłem zmienić. Coś jednak zostało zrobione. Wiele pomogła mi Gertruda Bollenbach - umilkł. Sądziłem, że się oddali, taki miał początkowo zamiar, lecz nie, po chwili wahania mruknął: - Szklaneczka wina nie zaszkodzi, prawda? - Zaskoczył mnie. Wypił przyglądając się otoczeniu przez szkło. - Gertruda Bollenbach ma wolę ze stali - szepnął. - Przekonałem się o tym. Jeśli stworzymy coś w przyszłości to dzięki takim ludziom. Przy tym - zasępił się - jak zbudowana. Będzie rodzić osiłków, którzy podniosą sztandar cesarza. Z pyłu, mój Boże, z pyłu. - Nalał sobie drugą szklaneczkę wypijając ją jednym haustem. Pastor Thun był w depresji, nie mogłem się mylić. Odrobina wina nie zaszkodziła jeszcze nikomu. Siedzieliśmy milcząc. Byłem przekonany, iż myśli pastora coraz mniej zwracały się ku mieszkańcom Schiewenhorst, a więcej w kierunku panny Bollenbach, otulały biodra Gertrudy, jej uda widoczne pod spódnicą, piersi, usta, oczy, włosy, szyję... Myślałem o tym samym. Wino robiło spustoszenie w pamięci, wyostrzając apetyt na kobietę zdecydowaną i bez obciążeń. Wspomniałem o tym pastorowi, który spojrzał ze zrozumieniem. Doszliśmy wkrótce do wniosku, że cokolwiek by nie powiedzieć o Gertrudzie, dać ona może więcej radości mężczyźnie niż jakakolwiek inna kobieta.

Pastor otrząsnął się.

- Nie - powstrzymał mnie - nie mówmy o niej. Chciałem tylko powiedzieć - zawahał się, a głos mu złagodniał - że ktoś zawsze wznosi przeszkody. Tutaj, w tym miejscu. A nie powinien.

Przymknął oczy trwając w bezruchu, aż pojąłem, że zasnął. Wbiłem korek w butelkę, zabrałem szklaneczki oddalając się. Pastor spał. Stanąłem w ogrodzie przyglądając się Schiewenhorst. Dopiero po tylu latach zdałem sobie sprawę jak mocno związany jestem z tą ziemią. Przybyli tu wszyscy, nawet pastor Thun, licząc na pracę i dom. Urodziły się im dzieci zakopane dziś na polach Belgii, w Ostpreussen, pod Dyneburgiem i Ołyką, w tylu miejscach. Płaczą, pracują, chcą spokoju po wysiłku, który poszedł na marne.

Kiedy wróciłem pastor nadal tkwił w bezruchu, lecz oczy miał otwarte. Myślał. Nie potrzebował towarzystwa. Kiwnął dłonią bym odszedł. - Już wiem - mruknął tylko. - Przemyślałem szczegóły... Tu w Schiewenhorst musimy rozpocząć. I na rany Chrystusa, uda się!

Wszedłem do domu, rzuciłem się na łóżko i zamknąłem powieki.

Pastor czuł niechęć do Rosy. Nie on jeden zresztą. Dla wszystkich był zagadką, największą dla Lothara Noack. Jak w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku...

W tym czasie do miasta przywieziono broń dla Piłsudskiego. Ustępował przed bolszewikami. Piłsudski kaput, pisano... Za - strajkowali robotnicy w porcie, nie chcieli ładować broni. Podnieśli dniówkę, nadal unikali pracy. Zaczęto szukać ochotników, werbowano do pracy. August Komenderski najął się. Mówiono mu: - Niech pan uważa. Sztauerzy się odgrażali. Nikomu nie pozwolą pracować.

- A co ja mogę - kiwał głową. - Przecież zdechnę z głodu. A moje dzieci?

Poszedł. Sztauerzy nie chcieli dopuścić na statek ani jego ani innych. Wezwano policję. Rozbiegli się po Neufahrwasser: strajkujący, łamistrajki i policja. Pobito ludzi, nałamano kości. Pisano potem, że cięli się nożami. Wieczorem policja przywiozła Komenderskiego. Nic nie zarobił, a jeszcze mu plecy obili na posterunku.

- No i co? - pytano zaraz. - Nic z pracy?

Nie próbował nawet odpowiadać.

- Bo to polityka. Polityka.
- No to zdechnę przez tę politykę - wyrzucił z siebie.

Lothara Noack widziano podczas rozmowy ze sztauerem z Bohnsack, gestykulującego w złości. Poszedł niebawem do mieszkania Komenderskiego. Podejrzenie, iż zabił go podcinając gardło odrzucono jako niedorzeczność. Cios, który rozpłatał szyję Komenderskiego, nie mógł zadać chłopiec. Przekonywano Baura, policjanta w Schiewenhorst, aby szukał sztauera w Bohnsack. Ani myślał wychylać głowę z osady, nie pojechał tam. Przesłuchał tylko Lothara Noack. Znalazł też nóż jakim pokrojono krtań Komenderskiego. Noack się zaciął, wpatrywał w podłogę posterunku nie słuchając pytań, nie odpowiadając.W pewnym momencie, takim chłopcem był Lothar Noack, poderwał się, dopadł okna, głową rozbił szybę wypadając wraz z nią do ogrodu.

- Stać! Stać! - wrzasnął Baur.

Lothara już nie było, przepadł. Nikt nawet nie próbował go szukać. Znaleźć go jeśli postanowił się ukryć, zapragnął rozpłynąć nad Weichsel albo zamienić w piasek wydm, próżny wysiłek. Wszystko mógł, jak mówił. I można było mu wierzyć. Baur musiał rozpocząć śledztwo od nowa. Znalazł w końcu świadków, sprowadził także sztauera z Bohnsack.

Naraz, gdy sprawa dobiegała końca, przed drzwiami posterunku zjawił się Lothar. Z tyłu, za nim, stał Rosa. Baur patrzył ze zdziwieniem.

- Wróciłeś synu? - spytał.
- Musiałem.

Policjant wstał.

- Musiałeś?

Chłopak przytaknął.

- Kazał mi - odwrócił się.
- Jak to kazał? - nie mógł uwierzyć. - Kto? Rosa?

Kiwnął głową.

- A kimże on jest? Co to za porządki? - z trudem panował nad sobą. - Uzurpuje sobie kompetencje policji. Może też burmistrza i Senatu? - kipiała w nim złość.

Zaskoczyła go także, jak wszystkich na wyspie, sprawa Zyty Geiss. Wiosną, gdy słońce zmusiło Dżaacka do prac w polu, jego ziemia począwszy od zabudowań pod lasem aż po Einlage kusiła oczy, kosztowała życie jednej z córek i chłopaka ze Stutthofu, który powiesił się na przystani; wiosną więc, kiedy zdecydowano w Wersalu uczynić Freie Stadt Danzig, a z wyspy jego część, na ulicy pojawił się Rosa. Rzesza już nie istniała, cesarz abdykował i wyjechał, w mieście, któremu dano nieco suwerenności, szykowano wybory. Rosa szedł.

Mieszkańcy Schiewenhorst, potem Schnakenburg, gdyż tam dotarł, przyglądali mu się pracując w ogrodach. Naraz zawołano na niego. Nie. Geiss podbiegł, otworzył furtkę, wyszedł na ulicę... Ilu ludzi tyle wersji. Dość, że Rosa skręcił ku niemu. Zyta Geiss zmarła właśnie przed godziną.

- Gdzie ją położyłeś? - spytał Rosa na progu.

Geiss podniósł oczy spoglądając na ludzi gromadzących się u furty, opuścił zaraz wzrok, wskazał ręką pokój. Drżał. Mamrotał modlitwy niczym pastor Thun. Nie zauważył, że Rosa zamknął drzwi za sobą. Geiss skinął na ludzi, ani myśleli podchodzić. Nagle pokój Zyty otworzono. Stanął w nich Rosa. W zamyśleniu patrzył na jej ojca, potem na gromadę za płotem i domy Schnakenburg. Upał doskwierał. Słońce paliło wyspę nie bacząc na porę roku.

- Idź do niej - rzekł. - Nie rozpoznałeś omdlenia?
- Ależ ona umarła, umarła! - zasłonił twarz.
- Tyle jest prawdy ile wiary - odparł.

Ruszył. Wtem dobiegł krzyk z głębi domu. W tłumie nastąpiło poruszenie.

- Co się stało? Co zrobiłeś?

Zaczęli napierać na Rosę. Zatrzymał się spoglądając na nich bez lęku. W drzwiach werandy, obok ojca, stała Zyta. Czyżby Geiss kłamał? Stracił zmysły? Sąsiedzi, którzy dotykali jej ciała spiskowali przeciw rzeczywistości? Jeszcze kilka godzin, a Schnakenburg wzięłoby udział w mistyfikacji.

To był wiatr. Spłynął z wydm sunąc po wierzchołkach drzew, spadł między ogrody rozpraszając ludzi, przewracając, kotłując, mieszając, oddalając od domu Geissa. Na progu nadal tkwiła Zyta, uśmiechała się. Rosa nawet się nie obejrzał.

Nikt nie przypuszczał, że Bernadetta Pulkowsky stojąc w ogrodzie ujrzy ową scenę. Patrzyła na Zytę mając łzy w oczach. Mówiono z przekąsem o ich przyjaźni. Objęła skronie rękami powtarzając: - Nie rozumiem, nie rozumiem... - Wyznała potem, że nie mogła pogodzić faktów: dotykała ramion Zyty, obejmowała dłonie - były bez czucia, pocałowała usta - jakby musnęła kamień nad Weichsel. W drzwiach werandy stał więc jej ojciec podtrzymując inną dziewczynę. Pamiętała, wszyscy uciekli sprzed furtki, w ogrodzie pozostała tylko ona. Geiss padł na kolana na środku podwórza, spojrzał w niebo szlochając jak dziecko. Dziewczyna nie zniknęła, tkwiła w miejscu, tam gdzie ją pozostawił, następnie drgnęła oddalając się w głąb domu. Geiss wzniósł ręce, na jego twarzy było osłupienie.

Bernadettę znaleziono dopiero wieczorem pod krzakami bzu. Próbowano przywrócić świadomość. - Nie potrafię zrozumieć - szeptała doktorowi Gutzeitowi. Przyznał jej rację. Nikt również nie mógł pojąć co stało się w domu Zyty Geiss.

Rosa przyprowadził więc Lothara Noack. Klepnął go w ramię, mruknął coś pod nosem i poszedł. Baur nie zdecydował się, by go zatrzymać, a miał wiele pytań. Zadał je Lotharowi. Chłopak stał w korytarzu patrząc pod nogi. Co robiłeś? Kiedy? Dlaczego? Baur pytał tracąc zapał do śledztwa. Nie było motywów, brakowało świadków. Mógł więc tylko przyglądać się chłopcu, który zmężniał od czasu ucieczki z domu. Wówczas Baur też go poszukiwał.

Był czas, gdy Lothar włóczył się z chłopakami nad rzeką, szalał wśród krzaków wikliny albo niedaleko portu. Tam jednak nie chciał bywać. Zaraz go ojciec wołał do klarowania sieci. Szedł więc w las z gromadą chłopców. Pędzili jak burza po wzniesieniach, spadali w doliny, wrzeszczało ptactwo, osypywał się piach ze wzgórz, płuca pracowały jak miechy, śmiech, okrzyki, radość, zmęczenie. Gdyby nie las i wydmy Schiewenhorst zapadłoby się w bagna, które tam niegdyś leżały. Morze pochłonęłoby wyspę w jedną noc, podchodząc pod okna, ryglując drzwi, łamiąc stropy, ściany domów, przewracając obory, dusząc albo topiąc ludzi i zwierzęta, których nikt, sam nawet Bóg w swej mocy, nie mógł już wyrwać z żywiołu.

Nie lękał się nikogo. Rzucał się w wir walki piszcząc, złorzecząc. Zmieniał drużyny. Nienawidził przegrywać. Wyczuwał ten moment, w oka mgnieniu, gdy szala zwycięstwa przechylała się. Wówczas bez wahań brał stronę wygrywających, kopiąc i gryząc swych niedawnych sojuszników. Przestano go brać do zabawy, kiedy przewrócił Busego na igliwie i trzymając za twarz sięgnął mu do spodni. Buse milczał. Noack dostał pasem od ojca, nie puścił jednak łzy zacinając się w milczeniu.

Nie wiadomo czy Lothar czuł lęk przed Magdą Chvalkowsky. Z pewnością respekt.

Wydano dziewczynę za mąż tego roku, gdy Hallman udostępnił salę do tańca zbudowaną dla gości pływających statkiem Luksa. Co tydzień przyśpiewki, wrzaski i śmiechy, kłucie się nożami na zapleczu, w ciemności, już bez gapiów. Powroty o świcie, gonitwy z wału do nabrzeża, w końcu kabina i sen już do końca rejsu. Tam, u Hallmana, Magda Chvalkowsky pierwszy raz powiedziała, że zabije Rosę. Mówiła bez opamiętania, jak wiele kobiet w gniewie.

Tamtej nocy nie stała ani chwili. Tańczyła wirując pośrodku sali albo przy orkiestrze, zmieniała mężczyzn, piła i śmiała się głośno. Oglądano ją z uwagą. Każdy brał ją do tańca, przyciskał, ani myślała się bronić. Była królową na tym balu. Wielu chciało ją mieć. Zniknęła przed świtem, w czasie gdy gromada gości wracała na statek wrzeszcząc, nawołując się i chichocząc. Rosa stał na wale, pod nim leżał port, cumowały łodzie i statek Luksa. Gawiedź parła na pokład, między nimi Magda. Zatrzymała się przed Rosą. Nie patrzył na nią, lecz na ujście. Jego spokój doprowadził ją do pasji.

- Nie myśl sobie! - krzyknęła. - Skończysz w Weichsel. Już się postaram!

Ani drgnął. Otto Chvalkowsky otoczył ją ramieniem, oboje poszli w stronę jego domu. Wziął dziewczynę w łóżku matki. Zasnął niebawem zmęczony. Leżała obok niego wpatrując się w sufit, przełykając łzy, powracając myślami do minionej nocy, gdy wzbudzała niepokój i ciekawość. Śledzono jej kroki, podsłuchiwano rozmowy, pchano w tańcu byle znaleźć się przy niej, pożądano jak nikogo przedtem. Stała się własnością sali, gości statku Luksa, wszystkich, którzy ją widzieli. Między dziewiątą wieczorem a piątą rano przeskoczyła granicę, została kobietą nie wiedząc o tym. Tego roku wyszła za mąż za Otta.

Lothar Noack śledził ją. Chłopak umiał być cierpliwy, w krzakach bzu, konarach lip, w cieniu, po zmroku, tkwiąc godzinami w bezruchu. Magda miała zwyczaj mycia się rano i wieczorem, rozbierania nad balią do pasa. Otto chwytał czasami w garść jej piersi. Odprawiała go z krzykiem. Zataczał się, klął i szedł spać. Dużo pił. Lothar oglądał Magdę z radością. O niej powiedział Baurowi w czasie śledztwa.

Magda zrealizowała swoją groźbę, próbując zabić Rosę, w drugim roku wojny, gdy jej przyjaciel Anger wrócił ze wschodu tryskając energią i zapałem. Z Rosją, wydawało się, wojna dobiegała końca. Natychmiast odszukali go Wolff i Greim. Złożyli właśnie prośby o przyjęcie do armii. Chcieli pochwalić się odwagą. Ruszyli nad Weichsel. Tam ćmili tytoń, Anger opowiadał, moczyli stopy w wodzie, aż nagle Anger westchnął: - Potrzebuję kobiety.

Patrzyli na siebie z niedowierzaniem.

- Ja też - oświadczył Greim.
- I ja - powtórzył za nim Wolff.

Spojrzeli na wał, na lipy, rząd domów, zatrzymując wzrok na jednym z nich.

- Magda? - wykrztusił Greim.
- Pójdę - zdecydował Anger.

Patrzyli na niego z nadzieją. On jeden ją znał.

- Słuchaj - poderwali się. - Idź chłopie. Lubi ciebie. Przyjdzie, pogadamy.

Rzucili spojrzeniem na boisko wytyczone pomiędzy wałem a rzeką, nieopodal portu. Właśnie zbiegała tam gromada chłopców.

- Idź, idź!

Czekali godzinę albo więcej. W końcu, nie mogli uwierzyć, pojawił się Anger i ona, Magda Chvalkowsky.

- Widzisz, widzisz - Greim kułakami bił Wolffa nie mogąc opanować emocji. - Magda, Magda idzie.

Zbliżali się w milczeniu.

- Otto pijany, śpi - wyjaśnił Anger. - Zbił dziewczynę.

Usiadła na brzegu podciągając kolana pod brodę, patrząc na rzekę. Wolff stracił nadzieję na cokolwiek, zeznawał później. Niepotrzebnie Anger ją przyprowadzał jeśli nie miała nastroju.

- Tam przejdźmy - wskazał Greim miejsce wśród krzaków wikliny. - Popływamy.

Poszli. Rozbierali się z ociąganiem, nie mając wcale ochoty na kąpiel.

- Dajcie spokój - powstrzymała ich Magda. - Ja się nie moczę.

Natychmiast zrezygnowali. Usiedli, potem ułożyli się obok niej patrząc w niebo. Milczała. Wolff chciał wstać, uciec od tej trójki, skoczyć do rzeki, przepłynąć na drugi brzeg chowając się za wałem. Podniósł nawet głowę. Naraz dobiegł go krzyk chłopców goniących się obok portu oraz bliższy, biegających za piłką. Zobaczył rękę Magdy. Jej dłoń wkroczyła na Angera. Odwróciła twarz, spojrzała na piłkarzy, jakby wszystko to, co wyprawiała ręka, nie obchodziło jej. Biegała razem z tamtymi, przystawała, zrywała się do gonitwy. Zamiast krzyku kibiców, których kilku zgromadziło się na skarpie wału, usłyszał Angera dołączającego do biegaczy, ponaglającego Magdę i, gdy padła bramka, a może tylko widzowie nagrodzili oklaskami efektowną zagrywkę, Anger westchnął z tryumfem. Legł na trawie oddychając z trudem. Położył dłoń na jej ramieniu. - Och Magda - szepnął. Wtedy dopiero odwróciła się, spojrzała mu w oczy.

- Nie wiedziałem co robić - tłumaczył później Wolff. - Bałem się dotknąć Magdy, Greim tak samo, chociaż miał ochotę wyskoczyć z portek. Ona nas paraliżowała. Nie mogłem tego ukryć. Ani Greim. Anger leżał obok nie przejmując się nami. Co robić? Greim patrzył na mnie, ja na niego, Magda na rzekę. Wtem zauważyłem jak przyciąga ją do siebie. Ej, hola! Złapałem także, szarpnąłem. Sytuacja rozbawiła Magdę. Wyprostowała się. Nie mogłem dopuścić, aby ją miał przede mną. Ciągnąłem. Nikt mi dotychczas nie sprostał. Przekonał się, gdy Magda nawet o cal nie przesunęła się w jego stronę. - Puść, bo zabiję - warknął. Też coś. - Bo zabiję! - Magda chichotała. Wtedy poderwał się, kopnął mnie w plecy. Padłem na brzeg. Zaczął mnie okładać kułakami, straciłem na moment słuch, poczułem krew w uchu. Chwycił mnie za włosy, wczepił się w nie palcami, twarzą uderzyłem w kamienie. - Wystarczy - usłyszałem Magdę. Zsunąłem się do Weichsel, zamoczyłem głowę i ręce, i kiedy powróciłem do tamtych, zobaczyłem Greima na Magdzie. Anger obok nich uśmiechał się z rozbawieniem. Położyłem się. Poczułem naraz jej rękę na policzku. - Boli? Nie, nie otwieraj oczu - ostrzegła. - Rozmasuję. O tak. Nie, nie otwieraj - dłoń zniknęła. Musnęła mnie ustami. Nie śmiałem się poruszyć. Zdarła mi z bioder resztki ubrania. - Nie patrz - zagroziła. Zacisnąłem powieki. Usiadła. Najpierw ruszyła stępa, potem kłusem, ściskając boki przeszła w galop. Przestałem myśleć zamieniając się w kutasa. Bałem się tylko, że otworzę oczy i Magda zniknie. Dyszała jak pies. Wtedy właśnie usłyszałem głos Rosy: - Czy nie macie wstydu? -Tyle jedynie powiedział. Spojrzałem na Magdę, jej twarz zmienił grymas. W oczach zobaczyłem śmierć. Anger, Greim i ja ujrzeliśmy w jej oczach śmierć. - Zabić go! - krzyknęła. - Zabić! - Greim wstał, spojrzał na Angera, na Magdę, na Rosę. Wiedziałem, że zabije jak mu kazała. Tymczasem Rosa stał nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Może czuł je, lecz nie znalazł dość siły, by uciec. Tkwił w miejscu. Greim ujął go za ręce, skrępował, Anger dopadł z drugiej strony ściskając w pasie. Magda wstała. Ja także. - Do góry! - komenderowała. - Do góry, mówię. - Nie bronił się, nie oponował nawet przez chwilę. Podnieśliśmy go więc, z wysiłkiem ruszyliśmy ku rzece. - Rzucać! - Magda piszczała z radości. Cisnęliśmy go tak, aby uderzył w dno utwardzone granitem. Chlupnęło. Wypłynął. Magda spojrzała z wściekłością. Złapała gałąź leżącą na brzegu, za moment wchodząc do wody jęła tłuc głowę Rosy. Ten znikał, wynurzał się, nie dawał pochłonąć przez żywioł. Anger, Greim, w końcu ja sam, porwaliśmy kije, szczątki desek, kamienie, tłukąc tam gdzie powinna być jego głowa. Magda chichotała, my krzyczeliśmy. Zniknął. Wróciliśmy na miejsce zmęczeni. Słysząc jej śmiech pojąłem naraz co się stało. Zabiliśmy Rosę, utopiliśmy go w Weichsel. Anger przewrócił Magdę na kolana, złapał za piersi. Porwałem ubranie i zacząłem biec w stronę Einlage, wzuwając buty, naciągając w pośpiechu spodnie...

Jak zakończyła się sprawa śmierci Rosy?

Od piątej po południu zaczęto sondowanie Weichsel począwszy od przeprawy aż po sam port. Nie przyniosło rezultatów. Później zbadano ostrogę, jak również miejsce, gdzie tworzyły się wiry w jakich utonął Buchheim latem 1900 roku. Przesunięto łodzie w dół, podążając krok za krokiem w stronę ujścia.

Początkowo były krzyki, wrzeszczano z brzegu, kierowano pracami. Niejeden tu przecież oddał ducha, także w górze rzeki, wraz z nurtem spływając w dół, plącząc sieci, wynurzając się czasami tuż przy burtach łodzi. Taki los spotkał przybyłego z Hanoweru nauczyciela matematyki Winklera, spokrewnionego z rodziną Rustów. Kąpiąc się tuż przy brzegu, dostał skurczu nóg, potem rąk. Tak oceniali ci, co widzieli zdarzenie.

Szamotał się moment, potem skrył pod taflą wody. Uderzył głową w burtę łodzi trzy dni później. Ledwie go zniosło czterysta metrów w stronę ujścia. Wiatr nie pozwolił wynieść ciała na zatokę. Krążyłoby jeszcze wiele dni spychane w kierunku Brösen.

Sprawdzano przy brzegu. Jeśli Rosa dostał się w nurt, mówiono, przepadł. Woda wtłoczy trupa w muł, otoczy wikliną wbitą w dno. O szóstej zapał osłabł mimo gromady idącej brzegiem, nawołującej do nieustępliwości. O siódmej pierwsza łódź zawróciła. Uczyniły to również inne, już po ósmej.

Stało się, Rosa utonął. Anger, Greim i Wolff oraz Magda Chvalkowsky wrzucili go do rzeki powodując śmierć. Siedzieli już zapewne w domach zagłębieni w ponurych rozmyślaniach. Może uciekli w stronę Einlage przekraczając Tote Weichsel? Nikt tego nie wiedział aż do chwili, gdy na ulicy biegnącej wałem zjawił się Baur. Szedł w otoczeniu dzieciarni z ciekawością śledzącej jego kroki. Tam i ówdzie tkwiły przy furtkach kobiety. Mężczyźni ćmili tytoń nie podchodząc do ogrodzenia. Baur obrzucił ich spojrzeniem. Znał wszystkich. Niejeden mieszkał tylko dlatego, że Baur potrafił zapominać. Jak o Elzie Burke. Czekała przy furtce z dwójką dzieci. Oswald Bethke tkwił z tyłu nie patrząc na policjanta, lecz na nią. Tego domyślać się mógł każdy, kto spędził na wyspie bodaj kwadrans.

Szedł dalej. Pod numerem trzydziestym drugim zauważył cień. Nie był to jednak Herero. Od roku walczył na froncie. Nic Baura nie mogło powstrzymać, gdy spełniał swe obowiązki. Wzbijając kurz ulicy zbliżał się do ogrodzenia. Dzieci już przystanęły robiąc zakłady czy pojmie Magdę natychmiast czy po walce z jej mężem, który jeśli trzeźwiał... Baur stanął przy furtce, czekał chwilę. Gapie z sąsiedztwa zatrzymali się razem z nim. Zamarli. Wkroczył do obejścia nie bojąc się Magdy ani jej męża. Czekano na wrzask, uderzenia, krew na szybach, lecz nic, nic nie zakłócało ciszy.

- Na nią nie ma siły - bąknął z rozdrażnieniem Rust.
- Jeśli się ma takie pośladki - dodał ktoś.
- Ano, ano.

Ujęto Angera, Greima i Wolffa. Baur zabrał na posterunek również Magdę Chvalkowsky. Milczała uparcie zaciskając usta. Z trudem spisał jej dane. Byłby męczył ją wiele dni, gdyby nie wiadomość, którą przyjął w osłupieniu: Rosa pojawił się w Bohnsackerweide!

- Niemożliwe! - jęknął z nadzieją. - Bryczkę!

Przywiózł go do Schiewenhorst. Nie miał śladów uderzeń. Złożył zeznanie, że przebywał wtenczas nad rzeką, spotkał, owszem, kilka osób, rozmawiał. Umilkł naraz, a Baur, potem inni, nie uzyskali od niego ani słowa więcej.

Przetrzymywanie Magdy traciło sens, gdy jej ofiara siedziała w towarzystwie policjanta, bez obrażeń, nie wnosząc oskarżeń ani zarzutów. Odeszła więc do domu znajdując tam pijanego Otta Chvalkowskiego. Śnił tej nocy o Sommie, gdzie niebawem polegnie. Razem z nim pozostaną na polu Francuzi, Prusacy, Sasi i Turyngowie ogarnięci szczęściem jakie przychodzi, gdy człowiek nie pragnie już myśleć o domu, rodzinie czy żonie rżnącej się z każdym, nie chce czuć, nie chce żyć. Otto Chvalkowsky umarł w sam raz. Magda mogła prowadzić odtąd życie jakie lubiła. Wielu pojęło to w mgnieniu oka, gdy nadeszła wiadomość o jego śmierci. Ruszyli pod dom z kondolencjami. Nie przyjmowała nikogo. Kaprys, ocenili. Kobieta ma prawo do żalu, nawet po mężu. Tym bardziej, że Otto jak żył, tak umarł chwalebnie. Zaplątał się w zasiekach, rozpruł brzuch i wykrwawił. Przysłano dokumenty, krzyż za męstwo, zdjęcie ich dwojga z pierwszego roku małżeństwa. Podziękowała urzędnikowi, zaryglowała drzwi zamykając swój dom do końca wojny. Rosa zaś zniknął usuwając się w cień.

*

Często zadawałem sobie pytanie kiedy zaczęło się to wszystko. Może w chwili, gdy do pastora Thuna przyszła Gertruda Bollenbach?

- Proszę posłuchać - mówiła w podnieceniu. - Przybędzie do nas Hennig, wprost z Berlina. Potem przemawiać będzie w stoczni Schichau'a. Kto to Hennig? Prelegent. Aż z Berlina? Mieszkał niegdyś w Einlage, będąc chłopcem. Przyjechał nie do nas, ale uprosiliśmy, odbędziemy zebranie. Kto to my? Socjaliści. Zebranie? W lokalu Hallmana. Pytaliśmy, wyraził zgodę. Hallman sprzyja ruchowi, uwielbia, gdy jest gwar przy bufecie. Przybędzie również Walter Maass z miasta, przywiezie sympatyków. Wiem, że przyjdą sztauerzy z Bohnsack. Tak, tak, nie sprzyjają nam, lecz cóż... Kiedyś będą z nami. Wielebny niech też przyjdzie.

Lokal Hallmana zbierał ludzi, pęczniał od karków sztauerów z Bohnsack, zachowujących spokój mimo ponurych spojrzeń rybaków z Schiewenhorst, bauerów z Einlage i Schnakenburg rozpartych w rogach sali, wyciągających nogi w butach z cholewami. Hallman dwoił się i troił, jego bufetowa i dwie dziewczyny również. Każdy mógłje obłapiać. - Gości obsługuj, nie pilnuj dupy - grzmiał Hallman jeśli któraś się krzywiła. - Rób, rób. - Uwijały się wśród mężczyzn kasując, roznosząc piwo i golonkę. Guldeny wynurzały się z portek lądując w portfelach dziewcząt, spoconych już i utrudzonych, ani na moment nie stojących w bezruchu.

To był dzień Hallmana. W latach wojny nie zarobił, inne sezony także nie przyniosły mu majątku. Kapitał topniał. Dopiero teraz, gdy Gertruda Bollenbach zwołała zebranie socjalistów, okazał się mistrzem.

W drzwiach stanęła Gertruda, spojrzała na salę uśmiechając się.

- Witaj Maass - zawołała do osiłka, który szedł w jej stronę. - Jednak jesteś. - Cieszyła się. Gdyby nie znano Gertrudy wcześniej, nikt nie uwierzyłby, że kobieta potrafi zmienić się tak z dnia na dzień, ba, wręcz z godziny na godzinę. Kipiała energią. Suknia ściskała jej biodra ukazując silne pośladki. Bauerzy z Einlage zastygli w bezruchu. Nie przypuszczali, by któraś z kobiet pozwoliła sobie na takie odzienie. Patrzyli na nogi Gertrudy, w pończochach ze szwem, spoglądali na usta, które wykrzywiał uśmiech kryjący radość i dumę. Ich kształt zdradzał jej naturę: pragnęła mocno żyć, kochać i rządzić.

Hennig był sprawdzonym mówcą. Słuchano go z uwagą. Wyszło tylko dwóch sztauerów z Bohnsack. Gertruda nie reagowała, gdy któryś rzucił w jej stronę zaczepne słowo. Bito brawa. Miał rację, na twarzach malowała się aprobata. Trzeba zmyć hańbę Wersalu, stworzyć armię, wypędzić Żydów i komunistów. Żydokomuna nie przejdzie!

Wtem otworzyły się drzwi, wtargnęli do środka jacyś mężczyźni wrzeszcząc, wzbijając buciorami kurz. Zaczęli tłuc batogami, mieli kastety i łomy, nie próżnowali. Ludzie poderwali się uciekając w stronę kuchni, ale tam zastąpiła im drogę inna grupa. - Maass! Maass! - krzyczała Gertruda Bollenbach. - Kto to? - wołano. - Czy nie sztauerzy z Bohnsack ze swoimi kumplami z Neufahrwasser? - Zaczęły latać krzesła, kufle i ubrania. Podniósł się ryk bitych. - Maass! - panna Bollenbach rozciągnięta na środku gospody z trudem dobywała głos. Maass z pikietą kontratakował bijąc na oślep, ślizgając się na podłodze, nie żałując pięści oraz pałek, w które każdy się wcześniej zaopatrzył. Najpierw uciekli ci od strony kuchni, później ustąpiła gromada w drzwiach. Maass z kamratami wypadł na zewnątrz.

Spojrzałem na salę: większość ludzi skupiła się w rogach, okna rozbite, sprzęt zniszczony, ściany ubabrane krwią po sufit. Gertruda Bollenbach wśród leżących. Przesunąłem się w stronę kuchni. Nawet tam zdemolowano krzesła i pogruchotano stoły. Nie czekając ani chwili przebiegłem korytarzem, skracając drogę wyskoczyłem oknem. Od strony portu dochodziły jęki katowanych mężczyzn.

*

Pół roku później do Einlage przybył ponownie Hennig odwiedzając rodzinę. Gertruda Bollenbach dotarła do niego rzucając się na szyję, wydając okrzyki radości, powtarzając słowa bez związku, ciągnąc za surdut, skacząc i obejmując. Nikt nie przypuszczał, że tyle ich łączyło. Pytanie wisiało w powietrzu. Rodzina obserwowała ich w milczeniu. Zrozumieli naraz, cisza zmuszała do myślenia, uznali że muszą coś powiedzieć, wyjaśnić, wytłumaczyć... Wahali się. W końcu Hennig stanął przy oknie, spojrzał na Tote Weichsel, wyciągnął rękę pokazując jakiś punkt na wodzie: - Jestem rzucany z miejsca na miejsce. Tylu znam ludzi, kolegów z partii... Wszędzie jest moja rodzina. - Odwrócił się. - Więc nie dziwcie się, nie ma powodu. - Kiedy wychodził z Getrudą, żegnało go milczenie.

Szli nocą do Schiewenhorst wzdłuż Weichsel nie zwracając uwagi na rzekę ani domy na wale. Gertruda słuchała nie próbując przerywać. Hennig przybył wprost z Monachium. Chłonęła jego opowieści, podziwiała ludzi, którzy chcieli zetrzeć hańbę Wersalu.

- Słuchaj - tłumaczył w podnieceniu - nie okłamujmy się. Nie osiągniemy zmiany jeśli nie podejmiemy walki. Zawsze ktoś w niej ginie, ktoś zwycięża. Od początku życia na ziemi. Człowiek trwa nie dzięki zasadom, lecz walce. Zapamiętaj. I nie upadaj na duchu jeśli spotka cię niepowodzenie.

Słuchała z zapałem. Odczuwała zadowolenie. Po klęsce wiecu w gospodzie Hallmana zaniechała polityki, odsunęła się od ludzi, leczyła ranę jaką było upokorzenie. Jeszcze od czasu do czasu wmieszana w tłum próbowała znaleźć miejsce w szeregu... Na próżno. Jeśli nie przewodziła, bez sensu traciła czas, trwoniła energię i pomysły. Teraz Hennig mówił jej: - Sama nie osiągniesz niczego, musisz zebrać ludzi, przekonać ich i poprowadzić. Inteligencja mas nie jest na tyle rozwinięta, by mogła stworzyć wyobrażenie tego czego oczekuje od państwa. Dlatego, słuchaj, może być doskonałym materiałem dla polityka. Bądź politykiem. Tu zaczynać trzeba od początku. I po pierwsze: nie możesz uczynić nic, co cię odsunie od ludzi. Bez nich nic nie osiągniesz. Nic, powtarzam. Ludźmi kierują uczucia, niewiedza. Stąd raczej walcz z wiedzą, lecz nie z wiarą. Szef zawsze powtarza: napędem rewolucji było i jest nie poznanie przez naukę, lecz fanatyzm, który porusza serca, irracjonalność, a nawet histeria pchająca do czynu. Po drugie: ludzie w pośpiechu dnia zapominają, co było wczoraj. Aby ich przekonać musisz używać kilku stereotypów. Aż do znudzenia, do wyczerpania. Tylko powtarzanie doprowadzi do wbicia idei w pamięć tłumu.

Naraz zatrzymała się.

- Nie idziesz do mnie? - spytała.
- Nie - ujął ją za ramiona przesuwając w bok. - Nie, do pastora Thuna.

Ukryła zaskoczenie.

- Pastor, odnoszę wrażenie, popadł w przygnębienie. Gorycz podsuwa mu błędne pomysły. Chcę wyrazić nasze niezadowolenie.

Nie pytała więcej. Szła w milczeniu myśląc tym razem o siostrze, która pożegnała ją z niepokojem w oczach, nie próbując powstrzymywać, jakby z góry wiedząc, iż Gertruda, cokolwiek miało nastąpić tej nocy, zrealizuje swój zamysł. A jakie są marzenia jej samej, Gertrudy Bollenbach? Czy wie, jeśli nie oddała się żadnemu mężczyźnie, jeśli nie usłyszała krzyku, który wyszedł z niej w krwi i bólu, piersi nie dotknęły usta dziecka? Na samą myśl wzdrygnęła się. Nie każdy, pomyślała, potrzebuje smrodu pieluch, potu zmęczenia, dni i nocy w niepokoju, świtów bez tchu, łez strachu. Nie. Mężczyzna śmierdzący brudem, włażący na nią, z brzuchem przy gardle, tłuszcz i sapanie, zapach smarów, wódki, ryb, innej kobiety, jaką obdarzył wcześniej swoim nasieniem, zmuszoną do uległości i służenia; lepkość i pospolitość, które uwalniają zwierzę z łańcucha, zamieniając ramiona, piersi czy usta w miejsce poddane woli, mającej za nic jej chęci i potrzeby, żądające pokory i uległości, same będąc monotonią, nudą i bezbarwnością. Nie. Nie!

Hennig spieszył się nie podejrzewając, że Gertruda właśnie akceptuje jego myśli z zaciekłością uwalniając się od wyobrażeń jakie podzielała wraz z siostrą. To próżność, myślała, żyć trzeba polityką, działaniem i walką. Hennig ma rację.

- Pastor - mruknął - robi błędy. Marnuje czas na szczegóły. Chociażby ten Rosa. Szkoda wysiłku. Znaczenie mają tłumy, które nasze idee wyniosą nad inne wartości. A jest tu wielu, myślę, którzy lubią ruch i walkę. Ilu było ochotników na front? Prawie wszyscy. Dekowników, dezerterów, przestępców? Mogę policzyć na palcach. Tu winniśmy pracować. I zwróć uwagę, Gertrudo, na kobiety. Wierz mi, front był zasypany trucizną, którą te istoty produkowały w domu. Ich listy, ich problemy, ich lęki docierały do żołnierzy, w konsekwencji niszcząc wysiłek dowódców, zaopatrzenia, łamały ducha wyzwalając słabość, uległość i niemoc. Wiem co mówię. Nie raz doświadczyłem sytuacji, gdy kartka papieru łamała mężczyznę, który jeszcze o świcie bagnetem oczyszczał transzeje. Bez lęku, bez litości. Tak. Odwaga musi być w nas jeśli chcemy przeżyć. A przecież to nie wystarcza. Widziałem w okopach: natura daje prawo tryumfu tylko sile i bezwzględności. Słabi giną. Gdy słyszę słowo pacyfizm mam chęć sięgnąć po pistolet, rozwalić łeb pętakowi, który to głosi. Walka, nie jęki miernot, nieudaczników czy tchórzy jest w zgodzie z naturą, dyktuje prawa, buduje przyszłość. Także kulturę. Jeśli zwyciężasz, twoja kultura trwa i dominuje. Zatem Gertrudo, kto chce żyć, musi walczyć. Kto unika zmagań, nie zasługuje, aby żyć.

Nawet nie spostrzegła, że stoją w miejscu, Hennig krzyczy jej w twarz, wpatrzona w niego chłonie słowa tyle razy słyszane, nie łączone jednak w sens jaki on im nadał. Zapragnęła zbliżyć się do niego. Złapała za ramiona, dotknęła ustami jego ust. Hennig zesztywniał. Nie chcąc jej urazić odsunął się i skrywając odrazę mruknął: - Co ci przychodzi do głowy? Idę do pastora.

Zmieszała się. W milczeniu ruszyli dalej omijając port, światła w oknach Greima, który zatruty gazem pod Werwick, dogorywał. Potem wzdłuż lasu, obok chałup, słuchając morza grzmiącego w nocy, kierowali się ku domowi, gdzie na piętrze miał pokój pastor Thun.

Nazajutrz po spotkaniu u wielebnego Gertruda Bollenbach rozwiesiła plakaty w Schiewenhorst zapraszając do lokalu HalImana na drugie spotkanie z Hennigiem. On tymczasem sunął pociągiem w stronę Berlina. Oprócz Gertrudy nikt o tym nie wiedział. Hallman na wspomnienie poprzedniej awantury drżał, ale się zgodził. Czekał z niecierpliwością, kiedy pojawią się ludzie. Nie liczył jak wówczas na ruch, zysk, tłok przy barze. Nie. Darzył szacunkiem Gertrudę, jej uległ. Tak mówił żonie. Znała męża, nie uwierzyła. Miała rację. Hallman bankrutował, musiał zamykać interes. Zebrania, spotkania w salce knajpy mogły temu zapobiec, na tydzień, dwa, miesiąc. Wystarczyło. Pożyczka, kredyt pod hipotekę, chwila oddechu, stawał na nogi, miał pomysły. Bał się degradacji, wolał śmierć. Powtarzał żonie tyle razy aż uwierzyła. Ile lat strapień, inflacji, klientów pijących na kredyt, ile? Łapał każdą szansę. Mogła nią być Gertruda Bollenbach, Hennig, agitator z Monachium, ktokolwiek. Hallman nie chciał być robotnikiem, nie po to pracował za barem tyle lat.

Kiedy więc Gertruda zajrzała do salki, odetchnął. Za nią musieli przyjść inni. Jeśli nie dziś, to jutro. Postawił piwo, zaczęła pić. Przyglądał się jej z daleka. Za oknami panował spokój, nikt nie nadchodził. Wyłożyła na blat ulotki, czasopisma, jakąś książkę. Czas biegł. Wpatrzona w róg salki czekała. Nie było odzewu. Wyciągnęła papierosa. Żadna kobieta w Schiewenhorst, oprócz pani Dżaack, nie paliła. Zaciągnęła się, puściła strumień dymu. Minęło pół godziny.

Naraz Gertruda wstała, zdusiła niedopałek na blacie stołu. Wpatrzona w Hallmana zaczęła mówić. Nie słuchał jej, spoglądał na sylwetkę opiętą żakietem, biodra, uda, nogi, uczuł jak pęcznieje mu w gaciach, podniosła głos i patrząc na jego spodnie zaczęła wykrzykiwać groźby pod adresem swej siostry, ludzi z Schiewenhorst oraz Einlage, Francuzów i Rosjan; myślał co też litr piwa może zrobić z kobiety, aż ujrzał żonę w kuchni. Obok niej stał Lothar Noack. Gertruda dostrzegła go także, zamilkła.

- Niech pani idzie do domu - bąknął Hallman. - Nikt nie przyjdzie. Ludzie wolą grzać tyłki, wypić u siebie niż tutaj - z goryczą spojrzał na bar. - W dupie mają politykę, mnie, Henniga. Nie wydadzą guldena. Lothar spieprzaj stąd! - krzyknął w pasji.

Ten jednak nie posłuchał. Podszedł do Gertrudy i wbrew opinii twierdzącej, że jest odludkiem bez wychowania, wyprostował się układając palce wzdłuż szwów spodni, coś mówiąc. Wyglądało jakby się meldował.

Taki był początek.

Rozdział II

- Wszystko zepsują - mówił z oburzeniem pastor Thun. - Proszę mi wierzyć. Senat jest... Nie, nie, tak trwać nie może. Ktoś musi zrobić porządek.

Słuchałem z zaciekawieniem.

- Miasto przejęło domy związków zawodowych i zaraz awantura. Nie wyobraża pan sobie jakie są braki lokali, ilu trzeba pomieszczeń. Chociażby dla handlu. Pojechałem do miasta i żałuję. Wyszedłem na nabrzeże, już otoczył mnie tłum. Mężczyźni, ale również kobiety zwabione tumultem i okrzykami. Co się dzieje?, pytałem. „Ligo Narodów chroń naszą konstytucję”- na transparentach. Niedobrze mi się zrobiło. Na szczęście ujrzałem policję. Oddział utworzył tyralierę blokując przejścia na ulicy, osaczył część krzykaczy, przewracając, ciągnąc w stronę komisariatów. Pozostali umykali w strachu. Na Am Spendhaus bijatyka. Zamieszanie od Mottlau aż do Poczty Polskiej na Hevelius Platz. Wróciłem na statek. Czas na porządek, powiadam, czas.

Zapamiętałem słowa pastora.

Znowu zajęła mnie polityka. Pożyczałem tygodniki od Gertrudy Bollenbach, Lothar Noack wychodził ze swą grupą Sturm-Abteilung na ulicę ze sztandarem, który wręczył mu Albert Forster w czasie Dnia Pracy.

W tym czasie odszedł od nas Baur, w niesławie i krzykach potępienia. Za sprawą Magdy Chvalkowsky. Magda szła do Einlage drogą wśród pól należących do Dżaacka, niosąc koszyk, nie spiesząc się. Potwierdziła na pierwszym przesłuchaniu: zobaczyła Baura natychmiast po zejściu z wału, stał na drodze spoglądając w stronę Bohnsack. Nieopodal toczył się wóz, ktoś pokrzykiwał na konia. Baur odwrócił się dopiero, gdy była tuż przed nim.

- Stój! - rozkazał.

Zatrzymała się. Pił, poznała.

- Nie zasługuję na nic? - zaszeptał. - Na nic? Dlaczego?

Nie zrozumiała. Wówczas nie.

- Czy mnie słyszysz, kobieto?

Wpadła w popłoch. Złapał jej ramię, ledwie nie zgruchotał. Jęknęła z bólu.

- Czekam tyle dni, nie przychodzisz - uspokoił się naraz. - Nie chcesz Baura, nie chcesz go nawet widzieć?

Gniew rozpalił mu oczy. Szarpnął nią, przewrócił, próbowała się wyrwać, na nic. Uciekała na kolanach gniotąc żyto. Na nic. Zdarł z niej suknię, wcisnął twarz w ziemię. Czuła jak wali się na grzbiet zrywając bieliznę. Dyszał nad nią, napierał, aż krzyknął i zamarł. Przewróciła się na wznak leżąc w bezruchu.

- Zabij mnie - powiedział głucho. - Zabij mnie.

Magda podniosła się, spojrzała na niego. Zerwała się naraz i bez bielizny, pokrwawiona ruszyła między zboża.

Baur powiesił się tego samego dnia. Nikt nie chciał zdjąć go ze sznura i zanieść do domu. Wzbudzała lęk sina twarz wykrzywiona w złości. Magdę ujrzano wracającą z pól o świcie, wycieńczoną i potarganą. Każdy mężczyzna zadrżał wówczas myśląc o żonie, myśląc o sobie. Magda była przecież pożądaniem mężczyzn słuchających oddechów swoich kobiet, utrudzonych dniem, wypalonych do cna, których już nic nie mogło poruszyć. W podartej sukni, bez trzewików, mogła uchodzić ciągle za najpiękniejszą dziewczynę Freie Stadt Danzig.

Dżaack ulegając namowom żony przywiózł trumnę, ułożył tam Baura.

- Bóg wie czy dojadę? - mruknął siadając na koźle. - Ludzie w ogrodach. Czekają. Widziałem ich.

Podała mu lejce.

- Mamy zostawić go w domu? - szepnęła z wyrzutem. - Aż ktoś podłoży ogień?

Powoli ruszyli.

- Do rowu go! - Kto krzyknął pierwszy? Nie wiadomo. Wzdłuż domów Schiewenhorst zaroiło się od głów, podniosły się wrzaski kobiet. - Z wozu go! W pył! - Dżaack ciął batem, ale go zwalono. Wpadł pod koła. Usłyszał szelest trumny, spadła tuż obok, ćwieki nie wytrzymały, wieko odpadło. Najpierw ujrzał głowę Baura, potem twarz, która zahaczywszy o poduszkę wykrzywiła się w grymasie pogardy, ciało gruchnęło z łoskotem, skóra policzków przesunęła się, szczęka opadła. Baur chichotał, śmiał się patrząc na Dżaacka, w chwili gdy zaskoczona tym tłuszcza nagle odstąpiła. Zamknął oczy. Słyszał pracujące oskardy, szykowano dla Baura dół na poboczu szosy.

Naraz wszystko ucichło. Skąd się wziął? Dżaack patrzył zdumiony. Przy Baurze stał Rosa spoglądając mu w twarz. Podniósł wzrok na stojących obok. Namyślał się.

- Co chcecie zrobić? - spytał. - Przecież nie wy karzecie umarłych. - Oglądał każdego z osobna. - Chcecie zastąpić mu Pana?

Odwrócił się, by odejść. Coś go jednak powstrzymało.

- Ciało należy do Stwórcy, nie do was - powiedział z mocą. - Panie Dżaack, do Bohnsack.

Ludzie odstąpili w milczeniu.

Baur przestał chichotać, założono wieko. Był wśród ludzi ostatni raz. Pochował go Dżaack z parobkiem, w rogu cmentarza, tam, gdzie bujnie pieniły się pokrzywy.

Tymczasem zniknęła Konstancja Wetzlar. Była urodziwa, stąd zainteresowanie jakim się cieszyła po wypadku. Nie wróciła wieczorem do domu, rodzice sprawdzili u sąsiadów, nie było. Przeszli ulicami Schiewenhorst, nic. Pytali każdego, bez powodzenia. Nie widziano jej na promie, w żadnym obejściu, nigdzie. Kamień w wodę. Światło paliło się w obejściu Wetzlarów do świtu.

Rano poszedłem tam czując, iż sprawa wymaga uwagi. Bywało, że dziewczyna porwana uczuciem wymykała się z domu wracając dopiero przed północą. Ojciec zbił, pochlipała w kącie do brzasku, potem dwa dni milczenia, przychodziło zapomnienie, przebaczenie...

Konstancja Wetzlar nie wróciła.

Pojawiła się policja. Wezwano pastora Thuna do matki dziewczyny, mimo wysłanej bryczki nie przybył. Zachodzili sąsiedzi pytając, stali chwilę, wracali markotni do siebie. Widziano ją w Schnakenburg, to była pierwsza wiadomość, po południu szła ulicą w stronę Bohnsack. Nie dotarła tam jednak. Policja przesłuchała sztauerów mieszkających przy szlaku. Nikt jej nie widział. Między Bohnsack a Schnakenburg szukać, mówiłem. Kiedy więc bryczka wróciła bez pastora, przestano się wahać. Pojechaliśmy furmanką. W pewnej chwili koń stanął, zapanowało milczenie. Przerwał je dopiero Wetzlar: - Czego stoicie, ludzie? Skręcać w las, ale już!

Wiodła tam droga wycięta wśród drzew, prowadząca do modrzewiowego dworku Alberta Forstera, projekt którego zrobił sam kanclerz Rzeszy, przesyłając gauleiterowi na urodziny. Pisały o tym gazety. Obok niego stawiano murowany pawilon.

Ruszono w ciszy nie chcąc zakłócać prac murarzom. Mimo to robotnicy zeszli z rusztowań pytając o przyczynę najścia.

- Dziewczyna, dziewczyna? - dopytywali się. - Wiele tu dziewcząt było. Szczególnie przed wypłatą. Każda chciała dać dupy.

Posunęli się z robotą, już zakładali wiązania dachu. Zeskoczyłem z wozu, inni za mną. Kręcić się zaczęli po budowie, bardziej podziwiając budynek niż szukając Konstancji Wetzlar. Tylko jej ojciec wraz z sąsiadem nie próżnowali myszkując po zagajnikach, biegając po wydmach. Naraz usłyszeliśmy ich krzyk.

Robotnicy zaprzestali pracy machając do nas, wskazując kierunek. Wrzask dobiegał od strony wydm. Domyślałem się, co znaleziono, inni również, a jednak nikt nie pobiegł zmuszając resztę do pośpiechu. Szliśmy zagłębiając się w las, brnąc w piachu. Wydmy wznosiły się, morze napierało, słyszałem jego grzmot. Najchętniej powróciłbym do Schiewenhorst nie zajmując się sprawą. Dawniej pasjonowały mnie wydarzenia, cieszył ruch, lubiłem ludzi wokół siebie. Dzisiaj jakby mniej. Poczułem zniechęcenie. Nieszczęście, a wiedziałem, że zniknięcie Konstancji nie będzie chwilą radości w domu Wetzlarów, zmęczyło mnie nagle. Starzeję się, myślałem.

Wetzlar klęczał nad ciałem kobiety. Włosy miała zmieszane z igliwiem, pogniecioną suknię, którą próbował zasłonić nogi. Nie było wątpliwości: Konstancja Wetzlar. Musiała być ciągnięta od drogi aż do miejsca, gdzie ją znaleziono. Wyżłobiła obcasami ślad na piasku.

Zbliżyliśmy się. Wetzlar podniósł oczy, była w nich diagnoza. Nie żyła. Nie padło jedno bodaj słowo, żadne wyjaśnienie czy pytanie. Konstancja leżała bez ducha.

- Odejdźcie, nie zacierajcie śladów - zawołał policjant Stobbies, następca Baura. Ożywił się, obejrzał Konstancję. Dotknął rąk oraz skroni, podniósł suknię i mimo protestów ojca zlustrował jej uda. - No tak - mruknął. - Gwałt.

- Co? - Wetzlar zatrząsł się z oburzenia.

Z trudem ukrywając zadowolenie Stobbies zmierzył krokami odległość między drogą a ciałem, sprawdził mech oraz igliwie, odciski butów na piasku.

- Wracajcie - nakazał nam. - Idźcie stąd.

Pozwolił zostać jedynie ojcu dziewczyny, który w ogóle nie zwracał na niego uwagi trzymając ręce córki i, jak mi się wydawało, próbując je rozgrzać trąc palce i przeguby.

Wróciliśmy do Schiewenhorst. Wieczorem wiedzieli już wszyscy: Konstancja Wetzlar została zgwałcona, następnie uduszona i porzucona nieopodal miejsca zabójstwa. Kiedy Stobbies wiózł ciało, obok wozu gromadziły się kobiety obserwując je w milczeniu. Mężczyźni patrzyli z daleka ćmiąc papierosy. Poznikali gdzieś chłopcy zawsze widoczni w podobnych sytuacjach.

- Czy ona nie chodziła z Otto Burke? - zadała pytanie Gertruda Bollenbach.

Kobiety spojrzały na nas. Ujrzałem w ich oczach niedowierzanie, potem ciekawość. Nie wiedziałem czy syn Elzy Burke przyjaźnił się z Konstancją, nie zauważyłem ich nigdy razem. Stobbies powoził, obok niego siedział Wetzlar. Spoglądał na drogę nikogo nie widząc.

Konstancja urodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku. Nie zapamiętałem tej chwili. Przyszło wówczas na świat wiele dzieci. Zawsze po wojnie Bóg sprzyja niewiastom. Ile rodzin w Schiewenhorst radowało się wówczas. Potem gromadki dziewcząt i chłopców wyległy na podwórka bawiąc się w chowanego, biegając nad Weichsel, budując boiska obok przeprawy, wrzeszcząc, strzelając, rozczytując w tomach Karola Maya. Ileż razy widziałem nad wodą palące się ogniska, cienie tych dzieci, później rozbite grupki, pierwsze pary. Konstancja wśród nich.

Teraz nie żyła. Została uduszona i zgwałcona. Stobbies upierał się przy tej kolejności zrobiwszy jakieś pomiary. Leżała umyta na stole, palono świece szepcząc modlitwy, nie przeszkadzając nikomu kto chciał ją zobaczyć czy dotknąć. Zjeżdżała rodzina z okolic, komentując przyczynę śmierci dziewczyny zrazu szeptem, potem głośniej i z oburzeniem, podnosząc głos. Czy ona nie chodziła z Otto Burke? Ciągle powtarzano pytanie Gertrudy Bollenbach. Z początku nie było pewności. Konstancja lubiła chłopców, spotykała się z nimi, bawiła. Od niedawna umawiała się z mężczyznami, a więc z Otto Burke także. Panna Bollenbach miała rację. Po północy część rodziny udała się do Stobbiesa, przyjął ich, rozmawiano do świtu.

Co czuła Elza Burke, kiedy ujrzała przed domem grupę ludzi pilnujących przejść i płotów oraz Stobbiesa otwierającego furtkę? Ten nie wahał się. Ponaglały go okrzyki. Nie mógł ich lekceważyć. Kroczył jednak z niechęcią. Widziałem głowę Elzy w jednym, potem w drugim oknie, twarz jej syna Franza, w lufcie na strychu.

Rozległ się śmiech któregoś z mężczyzn. Tych dwoje za ścianą biegało ze strachu, przyklejając nosy do szyb. Stobbies zapukał, odczekał, pchnął w końcu drzwi. Wśród stojących zapanowało milczenie. Nikt nie szedł za policjantem. Oglądałem scenę z oddalenia spodziewając się reakcji obu braci. Siekierę czy nóż można znaleźć wszędzie. Zachowaj ostrożność, powtarzałem w myślach.

Elza wyszła na próg, potem jej syn.

- Gdzie Otto! - wrzasnęła kobieta obok mnie.

Po chwili pojawił się Stobbies rozkładając ręce.

- Nie ma? - zaczęto wołać w złości. - Jak to nie ma? Szukaj pan, szukaj!

Policjant zniknął ponownie wewnątrz domu. Elza tkwiła w miejscu patrząc na rzekę, trzymając dłoń syna, który wykazywał znaczny niepokój. Za chwilę, pomyślałem, przeskoczy plot znikając wśród traw wału.

- Nie ma, mówię wam - oświadczył Stobbies.

Ludzie podeszli patrząc z wściekłością na Elzę Burke zasłaniającą ciałem swego syna.

- Gdzie on jest? Ale, mów!

Grała zdziwioną.

- O co chodzi? - pytała.

Pamiętam ją sprzed lat. Przybyła wtedy z Königsbergu, objuczona walizą, szukająca pracy. Zatrudniła ją pani Bethke dla wygody.

Teraz stała zgarbiona, pocąc się, czekając na pytania, które spadały uderzając także w Stobbiesa: - Gdzie Otto? Co robił wczoraj? Gdzie jest, kobieto? Stobbies bierz ją! Stobbies, słyszałeś? Uciekł, tak, uciekł? Czuł, co go czeka. Zachciało mu się dziewczyny. Ale zaraz dusić? Nie!

- Przecież nic nie wiecie! - krzyknęła Elza. - Był ze mną. Konstancja to dziecko, nie chodził z nią. Ile jest kobiet? Nie widziałam. Nikt nie widział. Konstancja i Otto? Nie. Nie!
- Kłamie, słyszysz Stobbies, kłamie!

Nie puszczała ręki syna, któremu drżały nogi. Naraz nogawki jego spodni usztywniły się, napięły i zwilgotniały. Zapadła cisza. Elza patrzyła zawstydzona.

- Zesrał się - stwierdziła któraś z kobiet. Stobbies rozglądał się z obawą. - No i macie - dodała. - Kto ma czyste sumienie, nie paskudzi w porty. I powiem wam jeszcze. Ja żadnemu nie dowierzam. Temu też. Gdzie brata ukryłeś, mordercę? Gadaj, ty! - Zamierzyła się uderzając go kijem w plecy. Elza Burke próbowała zasłaniać. Zamierzyła się drugi raz. Zadudniły łopatki. Ktoś pchnął Elzę, upadła. Grad uderzeń spadł na jej syna. Zasłonił głowę rękami.

Zatłuką go, pomyślałem.

- Tego biją - stanęła przy mnie Bernadetta Pulkovsky. - A przecież Otto Burke biegł rano do lasu.

Spojrzałem z niedowierzaniem.

- Kobieto, dlaczego milczałaś?

Odsunęła się ze strachem. Zmieniła się bardzo od wypadku Zyty Geiss.

- Do lasu, mówisz? - nacierano na nią. - Otto Burke? Rano?

Opędzała się od pytań, nie odpowiadając, machając rękami, zaskoczona ożywieniem jakie wywołała. Stobbies złapał ją za ramię przyciągając do siebie.

- Słuchaj - mruknął. - Radzę mów prawdę.

Dusił się ze złości.

Bernadetta wyglądała na zagubioną. Krępowała ją być może nasza obecność albo zacietrzewienie, albo nieustępliwość. Nie wiem. Ruszyła w stronę furtki. Kto w takim momencie pozbędzie się świadka?

- Hola, stój! - krzyknąłem.

Zawróciła. Wbiegła do domu zatrzaskując drzwi za sobą. Nikt nie gonił. Zmieniła się od wypadku Zyty Geiss. Sama Zyta zaczęła jej unikać.

- Mówię wam - Stobbies przejął dowodzenie. - Ona ma rację. Chłopak uszedł o świcie. Kręci się teraz po zagajnikach czekając aż złość nam przejdzie. Ale musi być dyscyplina. Gdzie ja odpowiadam za ludzi, będzie porządek. Powiadam, dyscyplina i porządek.

Na co więc czekasz człowieku, myślałem. Prowadź ludzi, przeczesz las, złap chłopaka, niech wiedzą, że policja nie próżnuje. Tu, na wyspie, nie będzie gwałtów. Żadna dziewczyna nie wyszłaby o zmierzchu. Nie będzie zabójstw. Działaj więc, na Boga.

- No to już - rozejrzał się. - Do lasu.

Elza Burke szła za nami, jej syn Franz zniknął. Panowało milczenie. Minęliśmy ogrody zanurzając się w las. Odkąd tu przybyłem w tysiąc dziewięćsetnym roku zawsze ginął w cieniu Weichsel. Nie minęło wtedy pięć lat odkąd wyżłobiono koryto, usypując wały, sadząc aleję lip, budując domy pod sznurek, jak klocki, wytyczając działki. Wiosną Weichsel nie mogła zalać pól, za każdym razem kiedy przychodził jej czas patrzyliśmy jak wznosi się i opada bez sił. Nie pamiętam, aby któraś z kobiet miała przygodę podobną Konstancji Wetzlar. Nic nie zakłócało spokoju. Aż do czasu próby utopienia Rosy.

- Rozsuńcie się - zawołał Stobbies. - Zróbcie tyralierę.

Szliśmy na wschód widząc się z daleka. Przed nami płynęła Weichsel. Kiedy stanęliśmy na wzgórzu sunęła u naszych stóp na północ. Brzegi wyłożone kamieniem, chodnik na zboczu, to samo po drugiej stronie rzeki. Ani śladu Otto Burke. Zapał jednak nie mijał. Zagłębiliśmy się w las idąc ku ujściu. Jeśli tam go nie ma, myślałem, musiał uciec do Bohnsack. Może przepływając Weichsel-Durchbruch zbiegł do Danzig?

- Jest! Jest! - podniosły się wrzaski.

Elza Burke jęknęła z bólu. Otto krył się w wiklinie przy ujściu. Poznałem go. Ruszono w pośpiechu, by nie przemknął plażą w stronę Schnakenburg. Niektórzy już biegli pokrzykując z zadowolenia.

- Mamy go, psubrata. Nie chowa się, kto żyje jak trzeba. Szybciej, szybciej!

Zauważył nas, ruszył plażą jak się spodziewano. Widząc przeszkodę zawrócił.

- Z życiem, jeszcze trochę - Stobbies zmuszał do wysiłku.

Przeszkadzała nam wiklina i piasek. Sporo osób zostało z tyłu, lecz te, które biegły wystarczyły, by go pojmać. Patrzył zaskoczony.

- Uciekaj! - krzyknęła Elza. - Uciekaj!

Zawrócił na pięcie, śmigając po piasku oddalał się od nas. Stanęliśmy łapiąc oddech. Nie miał szans. Łacha ziemi przywleczona nurtem Weichsel kończyła się dwieście metrów dalej. Otto mógł jedynie zawrócić, poddać się bez słowa, czekać aż Stobbies założy mu kajdanki, lub też wskoczyć do Weichsel, poniosłoby go wówczas w głąb zatoki, w stronę Gdingen i Hela. Burke wybrał trzecie wyjście: zdjął buty, spodnie i koszulę, bez pośpiechu wszedł do wody. Przeżegnał się. Za chwilę jego głowa tańczyła na fali odpływając. Śledziliśmy ją. Patrzyłem również na Stobbiesa, który wiedział jak skończy się ten maraton chłopaka. Zamknął oczy. Tkwiłem w miejscu zaczynając podejrzewać, że wszystko jest wymysłem mojej wyobraźni.

Tymczasem stojąca za nami Elza Burke zawołała naraz: - Otto, Otto! Synu. Wróć! Wróć!

*

Hallman karcił któregoś ze swoich pracowników. Nad Weichsel wisiała mgła. Nikt nie wypłynął tego dnia na połów chociaż certa parła w stronę Einlage, wystarczyło rzucić sieć. Hallman już się uspokoił. Pokazywał nowy mundur Sturm-Abteilung. Kurt Behnke zajmujący się transportem, tkwił obok niego, również w mundurze, ale zniszczonym przez lata używania. Z domów wyszło kilku mężczyzn, także umundurowanych, pozdrawiając czekających.

W powietrzu wisiało napięcie. Każde święta wywoływały ten stan. W lutym, gdy obchodzono pięciolecie rządów kanclerza Hitlera, w marcu, po włączeniu Austrii w granice Rzeszy. W sobotę klasy wyszły przed budynek szkoły, wciągnięto flagę, przemawiał dyrektor i dwóch wychowawców, dzieciaki stały słuchając, wracając zaraz na poczęstunek przygotowany przez nauczycieli. Potem pastor Thun zaprosił młodzież do siebie. Po południu, w radio, przemawiał wiceprezydent Senatu Huth, wieczorem zaś, w Zoppot, pochód przeszedł Seestrasse rozświetlając pochodniami trakt, dochodząc do mola, gdzie na placu zakończono przemarsz pieśnią Horst-Wessel-Lied.

Rozwinięto sztandar. Hallman wziął go przyglądając się z uwagą, podniósł do góry, przekręcił kilka razy, dopiero wówczas oddając w ręce Behnke'go. Tamten przejął go z szacunkiem, rozwinął jak należy, mężczyźni stojący wokół zaczęli ustawiać się w trójszereg, tworząc kolumnę.

Odczuwali wzruszenie jak na wiosnę, gdy kanclerz miał przemawiać w Reichstagu, a wokół, wszędzie tam, gdzie tylko istniała możliwość przygotowywano się do tej chwili z uwagą i radością. Radio podało, że na placach, w lokalach związków, restauracjach oraz kawiarniach instalowano głośniki, by ludność miała możliwość słuchania. Kina kończyły poranki od trzynastej wpuszczając publiczność.

Hallman otworzył wtenczas okno w mieszkaniu nad gospodą, ustawił głośnik przywołując rybaków idących do portu. Głos Adolfa Hitlera spadł na plac przed budynkiem zwabiając kobiety i dzieci. Stały nie ukrywając radości: Austrię włączono do Rzeszy. Kto wtedy nie wiedział, że kanclerz przybył do Linzu, tam spędzając noc, następnie wstępując do Leondingu, składając wieńce na grobach rodziców, a stamtąd jadąc do Lombach, w którym to miasteczku strawił wiele lat swego dzieciństwa. W Linzu wyległy tłumy, gromady czekały przed hotelem, gdzie stanął. Kordon żołnierzy pilnował wejść.

- W tym państwie każdy - słowa rozchodziły się po placu przed gospodą Hallmana - stojący na jakimkolwiek stanowisku, jest narodowym socjalistą. Każda instytucja w Rzeszy ma swoje zadanie i nie ma nikogo w tym państwie, kto wątpiłby w to, że wodzem tej Rzeszy jestem ja. I jak armia dumna jest z partii, tak partia i naród są dumne z armii.
- Dzięki Bogu - szeptano. - Dzięki Bogu.

Kolumna czekała. Hallman kiwnął w stronę zbierających się cywilów. - Zaraz idziemy - zawołał. - Po drodze zabierzemy pannę Bollenbach.

Obok portu kręcił się Rosa, nie zwracano na niego uwagi. Hallman rzucił rozkaz, ruszyli. Tuż za Schiewenhorst czekał Lothar Noack z samochodami. Jego SA-mani pomagali przybyłym wejść, zapalono silniki. W ciągu kwadransa byli w Bohnsack, skąd holownik zabrał ich do Danzig.

Idąc w stronę Hindenburgallee grupa trzymała się razem. Na końcu drogi wstawiono udekorowane drzewo, jak w Berlinie. Tłumy zebrały się po jednej i drugiej stronie. Minął ich pochód urzędników Senatu z orkiestrą, za nimi, również z muzyką - brukarze. Z wielu stron, z Schidlitz, Neufahrwasser, a nawet Ohry, tyle że nadrabiając drogi, podążały kolumny, by prezentować się przed trybuną na której stali: gauleiter Forster, tuż za nim sekretarz Löbsack, Senat i dygnitarze z partii. Patrzono na nich z ciekawością. Po wyborach partia narodowo socjalistyczna przejęła władzę.

Na słupach łopotały flagi. Ktoś podszedł do mikrofonu, poznano głos: gauleiter Forster. Muzyka. Połączone chóry trzech dzielnic dały z siebie wszystko. Pogoda dopisywała. Wiatr potrącał jedynie czubki drzew w Hindenburgallee, flagi na masztach oraz hale i dźwigi stoczni Schichau’a, tuż za torami kolei. Głos gauleitera uderzał w las, by zaraz zginąć w niecce dworca, który także, jak inne budynki, ustrojono transparentami oraz masą flag.

Forster skończył, zagrała orkiestra. Uniósł się las rąk, krzyk popędził w aleję. Gauleiter zszedł z trybuny, za nim Senat, urzędnicy, znikając w autach, odpływając. Widać było tylko dachy pędzących samochodów. Forster udał się do swej willi w Langfuhr, urzędnicy jeszcze na chwilę do biur, by później pojawić się na zabawie już w innych ubraniach, sami nie tańcząc, może czasami jeden kawałek lub dwa. Przy estradzie skupiały się dziewczęta, mężczyźni nieco z tyłu, sporo par trzymało się za ręce. Nikomu nie przeszkadzał cmentarz Rosjan w pobliżu, ani kopczyki huzarów cesarza wokół niego.

Gertruda Bollenbach stała na placu promieniejąc. - Nie zmarnowałam życia - mówiła podniesionym głosem. Hallman tkwił przy niej niezłomnie.

Wracano do Bohnsack również holownikiem. Podziwiano kobietę, z którą Lothar Noack stał przy relingu. Śmiała się i pokazywała piękne nogi.

- Eva, Eva! - krzyknął do niej ktoś z dziobu. Podniosła głowę. SA-mani Lothara trzymali się z daleka spoglądając na szefa z uznaniem. Wyłowić z tłumu taką dziewczynę, mało, wziąć z sobą. Pokład zapełniony był mężczyznami. Gertruda weszła ze wszystkimi, zaraz jednak znikając w kabinie pomostu. Z jego wysokości Tote Weichsel wyglądała na wzburzoną.

Kapitan przestał kierować statkiem. Przed nim stała Gertruda ściskając koło steru. Zapewne myślała o tym za każdym razem, gdy holownik wypływał z Bohnsack albo do niego wracał. Dziewczęta mają takie marzenia... Kapitan ujął jej pośladki, ścisnął, zsunął rękę niżej wpełzając pod spódnicę. Zaśmiała się nerwowo. Stała w rozkroku trzymając koło sterowe, już się nie odwracając. Kapitan rozpiął spodnie, pot wystąpił mu na czoło, spieszył się.

- Doczekaliśmy, widzi pan - Hallman patrzył na znikające wieże Danzig opierając dłoń na ramieniu Rusta. - Jeszcze rok, dwa, a skończy się Freie Stadt. Gauleiter ma rację, hańba Wersalu za nami. Po co to mędrkowanie, nie? Ja zawsze wstawałem, za każdym razem. Walczyłem, by przeżyć. Ile razy zniszczyli mi lokal? Tyle pożyczek na hipotece. Ale to ja miałem rację. Kto chce żyć musi czasami dostać po ryju. Jeśli nie - uśmiechnął się kącikami oczu - nie zasługuje na nic.

Odszedł przywoływany okrzykami z rufy.

Z kabiny wyszła Gertruda Bollenbach. Nie poprawiła nawet pończoch. Ręce drżały jej ze złości. Stanęła nieopodal Rusta uspokajając się z wolna. Nie mogła ukryć rozczarowania. Za chwilę usiadła na schodach patrząc ze smutkiem na Weichsel-Durchbruch otwierającą się na fale zatoki. Rust oglądał jej nogi. Naraz śmignęło w dół oczko szpecąc pończochę. Próbowała je pohamować. - No i widzi pan - westchnęła. Rozchyliła kolana. Stał się świadkiem walki z tworzywem. Ożywiła się. Kolana ciągle były rozchylone, wiedziała o tym. Nie przyszło jej do głowy, aby zmienić ich pozycje. Przez moment ją to bawiło. Kapitan dociskał twarz do szyby. Zaśmiała się z sarkazmem.

Wyciągnęła nogi na pokładzie, zsunęła pantofle.

- Znam pana - powiedziała. - I pan mnie zna. Przez lata mieszkamy obok siebie... Żyjemy oddzielnie.

Spojrzała na Lothara Noack, który kryjąc się za nadbudówką całował dziewczynę zabraną z miasta. Jego ludzie oglądali brzeg wyspy oraz domy Östlich-Neufahr.

- Nasza wina - szepnęła. - Pozwoliliśmy innym, aby decydowali za nas.

Wstała, roztarła ścierpnięte uda. Uśmiechnęła się. Wzięto kurs na Bohnsack.

*

Rozpoczął Emil Gabrau tkwiący tuż przy Lotharze Noack. Wspiął się na samochód zatrzymując przechodniów. Chłopcy z SA stanęli obok wozów obciągając mundury. Czekałem nieopodal. Przywykłem do imprez jakie organizował Lothar, lecz ta miała inny rozmach. Nie przypadkiem, myślałem, tylu mężczyzn pojawiło się na ulicy. Ruszyli. Podążali w kierunku masarni Schumanna.

- Żydzi są naszym nieszczęściem! - Gabrau wrzeszczał obserwując Lothara, który nakazał zmienić kierunek. - Żydzi to insekty! - dorzucił.