Reguła przetrwania. Jak zwierzęta radzą sobie z niebezpieczeństwami - Vitus B. Dröscher - ebook
Opis

Powrót mistrza gawędy o zwierzętach.

Mistrz opowieści o zwierzętach, znawca ich nierzadko zagadkowych zachowań i niezwykłych obyczajów, niemiecki etolog Vitus B. Dröscher powraca. W jednej ze swoich najsłynniejszych książek "Reguła przetrwania" pokazuje, w jaki sposób zwierzęta radzą sobie z niebezpieczeństwami, jak udaje im się przetrwać i jak przeżywają pojawiające się wraz z zagrożeniem emocje. Barwnym językiem opisuje tajemniczy świat zwierząt, śmiało porównując go z naszym, ludzkim, o wiele mniej odmiennym, niż nam się zazwyczaj wydaje.

Vitus Bernward Dröscher (1925–2010) – niemiecki etolog, autor ponad dwudziestu książek popularnonaukowych, w których z pasją i niezwykle barwnie opisywał zachowania zwierząt. Większość tych publikacji stało się bestsellerami w wielu krajach, także w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Tytuł oryginału

ÜBERLEBENSFORMEL.

WIE TIERE UMWELTGEFAHREN MEISTERN

Copyright © Vitus B. Dröscher, 1976

All rights reserved

Projekt okładki

Magda Palej

Ilustracje na okładce

© The Graphics Fairy

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-785-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

Moim dzieciom:

Lutzowi, Nicoli, Ariane i Tillowi

 

CZĘŚĆ I

TRIKI ZAPEWNIAJĄCE ŻYWOTNOŚĆ

ROZDZIAŁ 1

JAK ZWIERZĘTA ŻYJĄ W STRESIE

Na wschodnioafrykańskim stepie łowcy zwierząt schwytali na lasso żyrafę. Wepchnęli zwierzę wysokości pięciu metrów do skrzyni, którą następnie załadowali na ciężarówkę, i zdawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ale gdy nagle zawarczał silnik, żyrafa bezgłośnie osunęła się martwa.

Diagnoza:

Śmierć od stresu ze strachu przed wrogiem.

Maleńkie kurczątko odłączyło się od kwoki i rodzeństwa, kiedy przez podwórze gospodarstwa wiejskiego przepędzano stado owiec. Z głośnym rozpaczliwym piskiem puchata kulka biegała to tu, to tam, aż zabłądziła do składu paszy. Przypadkiem więc pisklę znalazło się w eldoradzie. Nie tknęło jednak ani ziarenka, lecz biegało niespokojnie w kółko w poszukiwaniu matki, a dwie godziny później zmarło pośród obfitości jadła.

Diagnoza:

Śmierć od stresu wywołanego stratą matki.

Nawiasem mówiąc, kurczęta, które przyszły na świat w inkubatorze i nigdy nie widziały swojej matki, zachowują się całkowicie odwrotnie. Jeśli się takim kilkudniowym pisklętom pozostawia swobodę wyboru między nieznaną im matką a garścią ziarna – bez wahania wybierają ziarno. Matka jest im obojętna. Pomimo to chowają się zdrowo i są wesołe.

A więc diagnoza:

Śmierć od stresu wskutek bólu rozłąki nie następuje, jeśli przedtem nie został nawiązany osobisty stosunek między matką a dzieckiem!

Wdowa Anna Borchert i jej pudel byli przez długie lata nierozłącznymi przyjaciółmi. Gdy starsza pani umarła, krewni oddali psa do schroniska dla zwierząt. Tam pudel odmawiał przyjmowania pokarmu, z podwiniętym ogonem leżał w kącie i zmarł po trzech dniach, a więc znacznie wcześniej, niż mogła go dosięgnąć śmierć głodowa.

Diagnoza:

Śmierć od stresu z rozdzierającego żalu za jedyną najdroższą na świecie istotą.

Już we wczesnych godzinach rannych rozgorzała zażarta wojna na głosy między naszym drozdem śpiewakiem Floristanem a obcym rywalem, którego zaraz nazwaliśmy Pizarro. Rzecz toczyła się o posiadanie terytorium naszego ogrodu oraz samiczki Eleonory, skojarzonej od dwóch tygodni z Floristanem. Obaj śpiewacy siedzieli na czubkach małych jodeł i ciskali w siebie pieśniami.

Gdzieś około południa Floristan ochrypł. W tonach średnich głos jego kiksował, tremola się urywały, a wysokie C w ogóle mu nie wychodziło.

I wtedy stało się coś całkowicie sprzecznego z nakazami moralnymi wielkiego dramatu operowego: Eleonora, która dotąd siedziała w gałęziach zasłuchana w śpiewaczy konkurs, nagle porzuciła swego Floristana, podleciała do Pizarra i zaczęła czule przeczesywać mu dziobem pióra przy szyi.

Tego było za wiele dla biednego Floristana. Przerwał swoje marne już popisy wokalne, przez następne dwa dni przemykał jeszcze jak cień między drzewami, a trzeciego dnia leżał mart­wy na trawie. Nie znaleźliśmy na nim żadnych zewnętrznych okaleczeń.

Diagnoza:

Śmierć od stresu po utracie żony i domu.

Przykłady te wskazują na pewien charakterystyczny fakt: stres nie jest bynajmniej stanem, na jaki cierpią tylko ludzie wprzęgnięci w jarzmo pracy zawodowej, menedżerowie, urzędnicy, robotnicy, przedstawiciele wolnych zawodów, uczniowie, nauczyciele i studenci, nie jest w ogóle wyłącznym udziałem człowieka. Od czasu powstania wyższych form życia na naszej planecie odczuwają go przedstawiciele całego świata zwierzęcego, zarówno duży ssak, jak i mały owad. Stres nie jest zjawiskiem towarzyszącym swoiście ludzkiemu rozumowi, jest związany ze światem emocjonalnym, z uczuciem lęku, który ogarnia w równym stopniu człowieka, co zwierzę. Zresztą w świecie zwierząt wiele interesujących szczegółów daje się zaobserwować znacznie wyraźniej aniżeli w środowisku człowieka.

Można więc dla celów doświadczalnych w każdej chwili doprowadzić do śmierci od stresu na przykład pszczołę miodną. Entomolodzy Roy J. Pence, Robert D. Chambers i Manuel S. Viray z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles schwytali pszczoły, w czasie gdy odwiedzały kwiaty, i zamknęli każdą oddzielnie w okrytych gazą klatkach, w których umieścili miseczki z miodem.

Podobnie jak w przypadku kurczaka w spichlerzu, żadna ze zbieraczek nektaru także nawet nie próbowała skosztować ulubionego przysmaku. Pszczoły brzęczały i łaziły w kółko jak oszalałe, a po dwóch godzinach już nie żyły.

Szczegółowe badania wykazały, że w niewoli do krwi pszczół przenikają hormony stresowe. Wprowadzają one owada w panikę, jak gdyby w rodzaj supertęsknoty za domem.

Właściwie jest to pożyteczne, ponieważ hormony te w najwyższym stopniu mobilizują rezerwowe siły zwierzęcia i powodują koncentrację wszystkich jego zmysłów na jednym celu, jakim jest powrót do ula. Skrajny stres ma uchronić pszczołę od samotnego zgonu na obczyźnie. Jeśli się to nie uda w ciągu dwóch godzin, stres, któremu przyroda pierwotnie wyznaczyła rolę zbawcy, zamienia się w okrutnego mordercę.

Między tymi dwiema sytuacjami krańcowymi obserwujemy bardzo wiele rozmaitych wariantów. Uczeni ze szpitala Mount Sinai w Nowym Jorku wprowadzili w stan silnego stresu myszy domowe, pokazując im raz po raz w krótkich odstępach czasu kota.

Niebawem myszy się rozchorowały, a w ich przewodach pokarmowych pojawiły się tasiemce. Ustawiczne przerażenie pozbawiło je odporności potrzebnej do zwalczania pasożytów. W podobnych warunkach szczury zapadały na choroby nowotworowe.

Jednakże stres zadaje cios śmiertelny nie tylko w związku z oderwaniem się od matki, jak w przypadku kurczęcia, nie tylko po rozstaniu się z ludzkim przyjacielem, jak zdarzyło się z psem, nie tylko po utracie samicy i terytorium, czego doznał nasz drozd, nie tylko wobec rozłąki ze wspólnotą, której jest się członkiem, co zaobserwowano u pszczół, wreszcie nie tylko w stanie śmiertelnego lęku przed wrogiem. Stres pojawia się także w sytuacji wręcz odwrotnej, a mianowicie w reakcji na przegęszczenie, gdy nazbyt wielka liczba osobników nieuchronnie musi razem przebywać w jednym miejscu.

Przykładem tego były zdarzenia we wrześniu 1970 roku w zagrodzie dla rezusów w Ogrodzie Zoologicznym Hagenbecka w Hamburgu. Po raz kolejny małpom przyszło na świat bardzo liczne potomstwo. Na wybiegu panował ogromny rwetes i rozgardiasz, nic więc dziwnego, że pracownicy ogrodu nazywali go monkey saloon, a odwiedzający nie posiadali się z radości.

Ale pewnego dnia wybuchło istne piekło. Wśród niesamowitych wrzasków pięćdziesiąt zwierząt, które jeszcze wczoraj tworzyły prawdziwą wspólnotę, napadło na siebie i próbowało się pozagryzać.

„Była to walka wszystkich przeciwko wszystkim – relacjonuje naoczny świadek, Günter Niemeyer, autor książek o zwierzętach. – Nie oszczędzano ani samic, ani młodych. Wrzask był ogłuszający, kłaki sierści latały w powietrzu, krew płynęła z kąsanych ran i naderwanych uszu”. Gdy strażnicy zaczęli rozdzielać walczących strumieniem wody z sikawek przeciwpożarowych, na polu walki leżało już pięć trupów. Jak to się mogło stać?

Nadmiernie obfity przychówek spowodował w zagrodzie przegęszczenie. Żadna z małp nie mogła odizolować się od pozostałych, każda musiała bez przerwy walczyć o utrzymanie swojej pozycji albo też pozwolić się zgnębić przez inne.

Lęk o byt stopniowo rozbudzał stres, a potem nagle zablokował wszelkie hamulce agresji i żądzy mordu, hamulce, które normalnie nie dopuszczają do tego, aby członkowie stada wzajemnie się zabijali.

Diagnoza:

Morderstwa i zbrodnie w wyniku społecznego stresu wywołanego przegęszczeniem.

Sama chęć popełnienia morderstwa nie jest bynajmniej obca również nam, ludziom, gdy znajdziemy się pośród tłumu rywali. Niechaj czytelnik mi wybaczy, że nie będę tu przytaczał mało budujących przykładów. Każdy zna je aż nazbyt dobrze.

Od małpy różnimy się pod tym względem nie emocjami, a tylko tym, że nasz rozum stanowi hamulec bezpieczeństwa. Biada, jeśli hamulec ten zawiedzie!

Równie szaleńczo jak rezusy reagują lemingi. Prawdopodobnie wszyscy słyszeli już kiedyś o składających się z milionów sztuk stadach tych zwierząt z rodziny chomikowatych, które najpierw rozmnażają się bez opamiętania, a następnie, ogarnięte masowym szaleństwem, pędzą na oślep przed siebie, nawet wskakują w wody mórz arktycznych i – o ile nie dotrą do brzegów – wszystkie toną.

Walter Marsden obserwował kiedyś taki exodus w północnej Norwegii. Nieogarnione masy owych zwierząt, niczym ogromny żywy kobierzec, spływały po stoku górskim wprost na małe miasteczko Fauske położone nad fiordem Salt. Fala ta zalała wszystkie ulice, podwórka i ogrody tak dalece, że ludzie musieli się chronić w domach.

Lemingi, pojedynczo bardzo łagodne i lękliwe, w masie zamieniły się w dzikie bestie. Atakowały wszystko, co stawało im na drodze: psy, koty, konie, samochody. Wgryzały się w laski, którymi ludzie w nie uderzali.

Przebiegając przez miasto, natrafiły na przejazd kolejowy. Wtargnęły nań szerokim frontem akurat w chwili, kiedy nadjeżdżał pociąg. W ciągu kilku sekund całe tory były pokryte krwawą, drgającą, przeraźliwie piszczącą masą ciał. Nie przeszkodziło to następnym nadbiegającym zwierzętom w dalszym natarciu, po trupach współplemieńców i pod jadącym pociągiem.

Dwadzieścia minut później czoło armii dotarło do brzegów fiordu. Tu nastąpiło spiętrzenie – zwierzęta stłoczone w kilku warstwach biły się, deptały i kąsały, każde z każdym, aż wreszcie pierwsze szeregi skoczyły do wody, a potem wszystkie poszły w ślad za nimi w dzikiej zbiorowej psychozie.

Ponieważ odnoga fiordu ma w tym miejscu szerokość tylko 1500 metrów, większość lemingów, przepłynąwszy tę przestrzeń, wylądowała na przeciwległym brzegu. A tam szaleństwo jak gdyby wygasło. Zwierzęta pospieszyły na wzgórza, rozproszyły się po stokach i zasiedliły terytorium, na którym od wielu już lat nie było ani jednego leminga.

Zostały one swego czasu wytępione przez niedźwiedzie, rosomaki, kuny, wilki, lisy, rysie, łasice, gronostaje, orły, myszołowy, sokoły, sowy, mewy, kruki, sroki i dzierzby. Mało jest zwierząt na świecie, które by miały tylu wrogów, ilu mają lemingi.

To jest właśnie przyczyna, dla której przyroda coś wobec tych zwierząt przedsięwzięła, coś, co w pierwszej chwili wydaje się nam bez sensu.

Podczas gdy większość innych zwierząt, podobnie jak człowiek, owym hormonom wywołującym w organizmie alarm stresowy może przeciwdziałać hormonami powodującymi uspokojenie, a tym samym przynieść nieco ulgi w sytuacji duchowego napięcia, nadnercze lemingów jest prawie całkowicie pozbawione tej obrony przed stresem. Lemingi są zatem nadwrażliwe. Dlaczego?

Skoro mają tak wielu wrogów, muszą rodzić bardzo dużo młodych. Jeśli więc, na przykład, co trzy lub cztery lata występuje przegęszczenie, musi istnieć strategia, która zmusza milionowe populacje nadliczbowych osobników do emigracji na nowe ziemie. Tym czymś jest właśnie stres społeczny. W zagęszczeniu zwierzęta niebawem tak sobie działają na nerwy, że stres uaktywnia przemożny pęd wewnętrzny do ruchu i ucieczki; bezsens polega jedynie na tym, że wszystkie zwierzęta uciekają jednocześnie w tym samym kierunku i że powstaje prawdziwa zbiorowa psychoza.

Towarzyszy temu wewnętrzny przymus nieustannej gonitwy prosto przed siebie w raz obranym kierunku, bez względu na okoliczności. Jeśli więc lemingi przypadkowo dopadną przy tym brzegów mórz arktycznych, to nawet ta granica nie hamuje tępego naporu krótkowzrocznych zwierzątek i wszystkie giną. Jest to jak gdyby „wypadek drogowy”, któremu ulegają owe zamroczone stresem istoty.

Ludzie dający się porwać tłumnej demonstracji niekoniecznie muszą się poddać masowemu szaleństwu. Człowiek, w każdym razie nieco inteligentniejszy człowiek, nie jest lemingiem, sytuacja zaś niewątpliwie zawiera w sobie niebezpieczeństwo psychozy.

Jednakże gdy idzie z nią w parze jakiś silny szok, wówczas stres blokuje zdolności umysłowe i popycha nas do zachowania absurdalnego, co bynajmniej nie łagodzi katastrofy, lecz ją wzmaga.

Amerykańscy uczeni zarejestrowali przykłady całkowicie bezsensownych zachowań w czasie wielkiego trzęsienia ziemi na Alasce w 1964 roku: „Każdy nadal robił tylko to, do czego przywyknął, chociaż inne sprawy stały się znacznie ważniejsze. Na przykład strażacy biegli natychmiast do pożaru i próbowali gasić ogień, ale stawali zupełnie bezradni, gdy ze zniszczonych przewodów wodociągowych przestawała płynąć woda; nie wpadło im w ogóle do głowy, aby w zawalonych budynkach, tych, które się nie paliły, szukać zasypanych ludzi.

Burmistrz i radni miejscy, zamiast natychmiast wprowadzić w życie plan operacyjny przygotowany na wypadek katastrofy, przede wszystkim powołali sztab kryzysowy, który – jak to zwyk­le bywa – bez końca obradował. Policja urządzała polowania na rabusiów cudzego mienia, mimo że na całym terenie objętym trzęsieniem ziemi słyszano tylko o jednym jedynym wypadku kradzieży.

W obliczu katastrofy wszystkich ogarnęło przemożne, irracjonalne uczucie, że tracą swój dobytek; było ono tak silne, że strach przed nieistniejącymi grabieżcami zamienił się w psychozę. Dopiero następnego dnia ludziom przyszło na myśl, aby nieść pomoc rannym i zasypanym”.

W stresie wywołanym klęską żywiołową człowiek niewiele się więc różni od leminga albo kury, która ze strachu przed samochodem tak mu przebiega drogę, że musi zostać przejechana.

Jest to bardzo deprymujące rozpoznanie: stres ogłupia. Potwierdza to wiele doświadczeń przeprowadzanych na zwierzętach.

Fips był z pewnością inteligentnym pawianim młodzieńcem. W mgnieniu oka rozwiązywał zawiłe testy, jakim poddawał go francuski zoolog, profesor J.C. Fady. Aż pewnego dnia stała się rzecz straszna.

Otwarły się drzwi jego klatki i wsunięto przez nie Hugona, obcego pawiana. Zwierzę wprawdzie bardzo głupie, ale też bardzo muskularne. Niebawem doszło do ostrej bijatyki i strażnik musiał rozdzielić walczących, aby uratować Fipsa od okrutnego poturbowania.

Następnego dnia rozpoczęto zdumiewające doświadczenie. Fipsa i jego krzepkiego wroga Hugona umieszczono w sąsiadujących klatkach, a oddzielały ich tylko pręty przegrody. Eksperymentatorzy powtórzyli z Fipsem wszystkie testy inteligencji, które młody pawian zawsze tak dzielnie pokonywał.

Otóż teraz Fips reagował tak, jak gdyby był jeszcze głupszy od wyjątkowo durnego Hugona. Gdy natomiast zasuwano firankę między dwiema klatkami i Fips nie czuł się już obserwowany przez Hugona, znowu błyszczał swoimi znakomitymi wyczynami intelektualnymi. Jednakże z chwilą, gdy firankę odsuwano, rozum Fipsa zdawał się jakby zablokowany – pomimo że przed atakiem chroniła go przecież krata.

Sama więc obecność silniejszego pod względem fizycznym „kolegi” powodowała u pawiana taki stres, że ów naprawdę mąd­ry Fips zamieniał się błyskawicznie w kompletnie ograniczone zwierzę.

Diagnoza:

Stres wywołany lękiem przed fizyczną przemocą ogłupia i obezwładnia zdolności umysłowe małpy.

Ludzie w stanie lęku reagują podobnie: na przykład uczniowie w czasie ustnego egzaminu, jeśli nazbyt surowy nauczyciel budzi w nich przerażenie. Złe stopnie z takiego sprawdzianu nauczyciel powinien postawić sam sobie – za brak właściwego podejścia pedagogicznego. W ogóle cały ten stres, który wskutek terroru stopni przytłacza emocjonalnie tak wielu uczniów, więcej rodzi głupoty niż chwalebnych wyników. Dobrze by było, żeby nasi pedagodzy dali się w tym zakresie pouczyć przez etologów.

Jeżeli stres trzyma w szachu żywą istotę przez czas dłuższy albo też często się powtarza, obserwujemy przedziwne wręcz formy głupoty, a także inne, gorsze jeszcze objawy. Dowodzą tego wstrząsające doświadczenia na wiewiórecznikach (tupajach) przeprowadzone przez profesora Dietricha v. Holsta na Uniwersytecie w Monachium.

Są to zwierzątka, które nieco przypominają nasze wiewiórki. Jednakże jako bliscy krewniacy małpiatek zaliczane są do Primates (czyli naczelnych). Należą one do tych niewielu zwierząt, po których natychmiast można poznać, kiedy są w stanie stresu.

Wskaźnikiem jest nastroszenie sierści, zwłaszcza napuszenie normalnie gładko przylegającego owłosienia ogona, który wtedy wygląda jak szczotka do czyszczenia butelek.

Ponadto owe żyjące w Azji Południowo-Wschodniej zwierzątka są równie wrażliwe jak lemingi, z tą tylko różnicą, że nie ulegają masowemu szaleństwu, lecz marnieją i giną, jeśli oprócz partnera i dzieci znajduje się w pobliżu jakiś obcy wiewiórecznik. Włosy im się jeżą ze zgryzoty, kiedy chociażby z daleka zobaczą współplemieńca, który je kiedyś pokonał w walce.

Zadano sobie następujące pytanie: w jakim stopniu pogłębiają się fizyczne zaburzenia w zależności od czasu, w którym zwierzę podlega stresowi? Jeżeli wiewiórecznikom pokazywano wroga codziennie przez dwie godziny w czasie od szóstej do osiemnastej, to jeszcze sobie jako tako potrafiły ze stresem poradzić. Natomiast gdy jakiemukolwiek czynnikowi stresogennemu podlegały przez tylko trochę dłuższy czas, matka dopuszczała się kanibalizmu na własnych dzieciach.

Dopiero co czule je karmiła. Nagle, gdy obciążenie stresem przekroczyło pewną granicę, zrywa się i pożera jedno dziecko za drugim. Ponadto taka samica naraz w ogóle już nie zachowuje się jak osobnik żeński; próbuje kopulować z innymi samicami, jak gdyby raptem zamieniła się w samca.

Gdy stres trwa jeszcze dłużej, na przykład po sześć godzin dziennie, wszystkie samice stają się bezpłodne, a samce impotentne. W ciele ciężarnej samicy bliskiej rozwiązania płód rozpuszcza się całkowicie w płynach ustrojowych. Nowe życie wygasa zatem w ciele matki, nie pozostawiając śladów.

Narządy płciowe samców ulegają uwstecznieniu do tego stopnia, że nie można odróżnić ich od samic.

Siedem godzin i piętnaście minut codziennego stresu powoduje, że wiewióreczniki w ciągu tygodnia tracą ponad 30 procent pierwotnego ciężaru ciała. Ich substancję tłuszczową i mięśniową zżera nieustanny lęk, serce bije w zwielokrotnionym tempie, rośnie temperatura ciała, narasta wewnętrzny niepokój, oddziałuje cały zestaw hormonów – wszystkie te elementy powodują między innymi bardzo szybki zanik mięśnia sercowego.

Obecnie nie wiemy jeszcze, dlaczego przyroda sprawiła, że w stanie stresu pojawia się osłabienie serca i groźba zawału.

Ustawiczny stres, bez chwili wytchnienia, zawsze skutkuje u wiewióreczników jednym rezultatem: śmiercią po kilku minutach lub kilku godzinach w zależności od natężenia stresu, i to bez uprzedniego wychudzenia do postaci szkieletu.

Jeśli zwierzę nie umiera od razu, to niknie z wolna aż do chwili śmierci. Uszkodzenia, którym w stanie stresu uległy serce i inne narządy wewnętrzne, okazują się nieodwracalne. Obciążenie stresem nie nadaje się więc w żadnym razie jako kuracja odchudzająca dla ludzi otyłych.

Zastosowanie do człowieka wyników doświadczeń z wiewiórecznikami nie jest wcale rzeczą tak zdrożną, jak się wielu laikom wydaje. Niedawno w pewnym zakładzie produkującym aparaturę precyzyjną w Essen doszło niemal do unieruchomienia produkcji. Robotnice, w chwili angażowania całkowicie zdrowe, po kilku tygodniach nagminnie zapadały na niewyjaśnione choroby i musiały poddać się leczeniu. W czasie kuracji bardzo szybko przychodziły do siebie. Ale skoro tylko wracały do pracy, po kilku dniach chorowały znowu w zagadkowy sposób.

Wreszcie sprowadzony do pomocy psycholog odkrył „zarazek”. Był nim inżynier kierujący produkcją. Ustawił on tak miejsca pracy, że w każdej chwili mógł niezauważony i niesłyszany w filcowych butach podejść od tyłu do każdej robotnicy, spojrzeć jej przez ramię i siarczyście nawymyślać.

Ów poganiacz niewolników był nieprawdopodobnie zdumiony, kiedy psycholog mu wytłumaczył, że jego metody bynajmniej nie podnosiły poziomu moralnego pracy, lecz wręcz przeciwnie, niszczyły go. Stał się czynnikiem ustawicznie stresującym robotnice, paraliżował ich siły twórcze i aktywność psychiczną, a tym samym zagrażał ich zdrowiu w karygodny sposób.

Ponieważ nie był i nie jest to wypadek odosobniony, na zwołanym w 1977 roku na wyspie Sylt międzynarodowym sympozjum poświęconym badaniom nad stresem postawiono wniosek, aby przedsięwziąć środki do całkowitego usunięcia stresu z ludzkiego życia, szczególnie stresów szkolnych, egzaminacyjnych i związanych z produkcją.

W tym miejscu muszę ostrzec przed wylaniem dziecka z kąpielą. O ile zoologia z jednej strony ukazuje nam przerażające oddziaływanie stresu, o tyle jednocześnie dostarcza niezbitych dowodów na to, że stres w żadnym razie nie jest w przyrodzie zjawiskiem bezsensownym.

Postulat zgłoszony na sympozjum został bowiem już zrealizowany w doświadczeniach na zwierzętach, kiedy istotnie stres wyeliminowano całkowicie. Można przecież zwierzęciu podawać środki uspokajające, tak zwane trankwilizatory. Wprowadzają one na przykład antylopę w nastrój duchowy tak zrównoważony, że nie odczuwa ona już absolutnie lęku, nawet przed lwem.

Pawiany i wiewióreczniki, którym zaaplikowano takie leki, na widok górujących nad nimi fizycznie współplemieńców nie popadały już w stany lęku blokującego ich zdolności umysłowe. Ale przeprowadzone testy inteligencji ujawniły, że ich umiejętność uczenia się spadła do poziomu całkowicie zobojętniałych idiotów. Uspokojono je tak silnie, że wszelki wysiłek zdawał się im zupełnie niepotrzebny.

Wniosek jest więc taki: całkowite wyłączenie stresu byłoby jednoznaczne ze zrezygnowaniem z ważnej siły napędowej mechanizmu życia. Troszeczkę stresu, owo napięcie nerwów, które czasem ludziom wręcz sprawia przyjemność, tak zwany eustres, nerwowość uskrzydlająca aktora przed występem, sportowca przed zawodami, podniecenie wewnętrzne przed podjęciem ważnego zadania – to wszystko jest absolutnie konieczne, jeśli się chce udowodnić to, co się potrafi.

Nasze wielkie zadanie na przyszłość brzmi więc: musimy nauczyć się współżyć ze stresem tak, aby nas dopingował, ale nie niszczył.

Wiele zwierząt to umie i praktykuje w sposób, który nas powinien zainteresować jako wzorzec. Oto przykład:

Tyraliera myśliwych z nagonką posuwała się w markotnym nastroju po zalanym deszczem polu. Nagle jeden ze strzelców przystanął. Niecałe trzy metry przed nim leżał zając w swojej kotlinie, małym dołku sypialnianym, i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w niego, nie ruszając się z miejsca.

Dawniej sądzono, że zając śpi z otwartymi oczami. Tymczasem jest to nieprawda.

Myśliwy ostrożnie postąpił krok naprzód w kierunku zająca. W tym momencie szarak wyskoczył jak z procy na metr w górę, jak gdyby pod nim wybuchła mina, i pędem zaczął uciekać zakosami z szybkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Profesor Otto v. Frisch z Brunszwiku w tym dziwnym zachowaniu rozpoznał reakcję stresową: zając naturalnie widzi myśliwego już z daleka, ogarnia go straszliwy lęk, ale również nadzieja, że nie zostanie odkryty, co się przecież często zdarza. Jednocześnie stres szybko pulsującymi uderzeniami serca i silnym przepływem krwi we wszystkich mięśniach do ostatecznych granic napompowuje jego ciało energią po to, aby zwierzę, jeśli mimo wszystko zostanie odkryte, mogło błyskawicznie wystartować do możliwie najszybszej ucieczki.

Występuje tu podobieństwo do samochodu wyścigowego, którego silnik przed startem warczy na jałowym biegu, aby zaraz potem móc ruszyć na szybkich obrotach z jak największą siłą zrywu.

Wiadomo, że silnik samochodowy pobudzany nieustannie tylko na biegu jałowym w bardzo krótkim czasie się zużywa. Podobnie wewnętrzne narządy zająca uległyby bardzo szybko zniszczeniu wskutek „choroby menedżerskiej”, gdyby zwierzę nie potrafiło się bronić dwoma bardzo sensownymi sposobami zachowania.

Oto pierwszy środek ochronny przeciwko uszkodzeniom na skutek stresu: jeśli szarak ze swoim „silnikiem” na szybkich obrotach, lecz na jałowym biegu, pozostaje nieodkryty w swojej kotlinie – to po zniknięciu myśliwego albo lisa natychmiast wyskakuje i przebiega kilka rund po polu w pozornej ucieczce. Dzięki temu w zupełnie naturalny sposób rozładowuje się spiętrzony w jego wnętrzu potencjał energii.

Zwierzę przemienia zmobilizowane przez stres hormony aktywujące, które w przypadku bezczynności narządów wewnętrznych atakowałyby bezsensownie i przynosiły szkodę, w energię ruchową ciała, całkowicie instynktowo neutralizując je w sposób równie cudowny jak optymalny.

Chociażby w tym zakresie człowiek może się nauczyć czegoś od zająca, i to nawet rzeczy bardzo ważnej.

My także, gdy jesteśmy w stresie, zupełnie instynktowo poddajemy się odzywającej się w nas potrzebie ruchu i działania. Człowiek pierwotny, którego naturę dotąd wciąż jeszcze w sobie nosimy, przeżywał stres na polowaniu, w wojnach plemiennych, podczas osobistego współzawodnictwa, a zatem w sytuacjach wymagających natychmiastowego działania, szybkiej ucieczki, walki aż do ostatecznego zwycięstwa albo też tylko koleżeńskiej bitki. Wszystko to pozwalało mu odreagowywać.

Człowiek cywilizowany natomiast aż nazbyt często bywa zmuszony dusić w sobie różne codzienne irytacje. Nie ośmielamy się pisnąć i grzecznie musimy nadal tkwić w naszym miejscu pracy, nawet kiedy srodze się nam dokucza.

Fakt, że w stanie stresu jesteśmy skazani na bezczynność lub jak owi menedżerzy – dzięki którym zjawisko to zostało kiedyś mylnie nazwane chorobą menedżerską – usiłujemy opanować stres wyłącznie sposobami psychicznymi, spowodował, że zespół ten stał się główną chorobą naszej cywilizacji.

Gdy sprzed nosa ucieknie nam dobry interes, gdy doznaliśmy przykrości od szefa – aż nadto wskazane byłyby trzy rundy biegu wokół naszego bloku mieszkalnego, a po klasówce – godzina gry w piłkę nożną na boisku szkolnym.

Ważne jest przy tym, ale i trudne do wykonania, aby czynność fizyczna została podjęta w czasie, gdy hormony wydzielone do krwi podczas stresu jeszcze krążą w organizmie. Jeśli kłótnia odbyła się w południe, niewiele warte będzie, gdy na plac sportowy udamy się dopiero wieczorem, ponieważ do tego czasu hormony już uległy rozkładowi, ale zdążyły wyrządzić nam wiele złego.

Drugi stosowany przez zająca środek ochronny przeciw szkodliwym skutkom stresu ma zupełnie inny charakter. Profesor Otto v. Frisch odkrył go po raz pierwszy, obserwując osobniki młode.

Gdy się całkiem młodym zajączkom napędzi strachu, na przykład pokaże się im psa, liczba uderzeń serca na minutę dziwnym trafem z normalnych 354 spada do 186. Bicie serca zamiast przyspieszeniu ulega więc zwolnieniu o połowę, jak gdyby chciało „uspokoić” zajączka, aby – broń Boże – nie wyskoczył.

Właściwie jest to zupełnie logiczne, przecież ucieczka w przypadku tak młodych zwierząt nie miałaby żadnego sensu.

Tak więc zającom znane są dwie całkowicie sprzeczne ze sobą formy zjawiska lęku: lęk „gorący” – aktywujący, i lęk „zimny” – paraliżujący.

Trudno nam sobie wyobrazić takie dwoiste oblicze stanu przerażenia. Ale przecież my także znamy ów rodzaj strachu, od którego drętwiejemy i serce nam zamiera.

Stary zając, gdy widzi z daleka zbliżającego się doń wroga, zrazu ulega także tylko „zimnemu” lękowi. Serce jego uderza wolniej. Wciska się w swoją kotlinę. Na tym etapie widocznie jeszcze żadne stresowe hormony nie dopingują ciała do rozwinięcia szczytowej wydolności. Wróg daleki nie może więc organizmowi zaszkodzić stresem.

Dopiero krótko przed nadejściem chwili, kiedy zając rzeczywiście musi sprężystym skokiem rzucić się do ucieczki, zaczyna go ogarniać lęk „gorący”, któremu towarzyszy gwałtowne przyspieszenie tętna.

Przyroda znalazła więc sposób na to, aby przynoszący szkodę stres nie wyrwał się, dopóki nie jest absolutnie niezbędny.

Człowiek może osiągnąć ten sam cel, tylko odwołując się do swego rozumu: zmuszając się do tego, aby nie bać się i nie martwić przedwcześnie, dopóki grożące mu wydarzenie istotnie nie nastąpi.

Inne zwierzęta pozwalają nam poznać dalsze jeszcze możliwości zapobiegania niedobrym skutkom stresu.

Profesor Rudolf Bilz z Moguncji nazwał swoje doświadczenie nad dzikimi, dopiero co schwytanymi szczurami wędrownymi „doświadczeniem z nadzieją”. Szczur wrzucony do dużego kotła z wodą, którego ścian nie mógł pokonać wspinaczką, kończył śmiercią od stresu po piętnastu minutach szaleńczego przebierania łapkami.

W normalnych warunkach szczur potrafi pływać nieprzerwanie do osiemdziesięciu godzin, nie tonąc. Widać z tego, że nie fizyczny wysiłek pływania spowodował zgon szczura, a jedynie śmiertelny strach o to, że nigdy już nie znajdzie wyjścia z sytuacji.

Następnego dnia przeprowadzono to samo doświadczenie z innym szczurem. Jednakże tym razem po pięciu minutach wetknięto do kotła drewnianą tyczkę, po której zwierzę mogło się wdrapać, aby następnie wleźć do ciepłego gniazda.

Gdy się potem wrzuca tego samego szczura do wody, nie podając mu już zbawczej tyczki, ani mu się śni umierać od stresu. Pływa niezmordowanie wkoło, niczym rutynowany długodystansowy pływak, przez blisko osiemdziesiąt godzin, pełen nadziei, że kiedyś jednak nadejdzie ratunek w postaci pomocnej tyczki jako deus ex machina.

Nadzieja na pomoc w ogromnym stopniu łagodzi stres.

Istotną więc przyczyną długotrwałego stresu jest poczucie beznadziejności. Wobec przymusu wydajności w naszym uprzemysłowionym społeczeństwie powinniśmy zatem, kierując ludźmi, przyjąć zasadę, aby nikogo nie zapędzać w ślepy zaułek, nikogo nie wprowadzać w stan lęku o byt; w przeciwnym bowiem razie zgrzeszymy przeciwko siłom twórczym i zdrowiu naszych bliźnich.

Dowiodły tego także doświadczenia przeprowadzone przez profesora Jaya M. Weissa na Uniwersytecie Rockefellera. Zamknął on na cztery dni większą liczbę szczurów w bardzo ciasnych klatkach i aplikował im dosyć często uderzenia prądem elektrycznym na koniec ogona. Połowa zwierząt musiała znosić to bezczynnie, podczas gdy pozostałe mogły przednimi łapami poruszać bęben obrotowy, tak zwane koło aktywności.

Trudno o bardziej bezsensowną sytuację: połowa szczurów mogła wprawdzie „uciekać” przed szokiem, ale tylko przednimi nogami i nie ruszając się z miejsca. Nawet najszybsze dreptanie nie oddalało ich ani o milimetr od źródła niebezpieczeństwa, które „szczypało” je w ogon. A pomimo to szkodliwe skutki stresu wystąpiły w tej grupie w o wiele mniejszym stopniu aniżeli wśród tamtych, które przed szokiem nie mogły „uciekać w miejscu”.

Z wyglądu szczura nie można – tak jak z wyglądu wiewiórecznika – poznać, czy jest w stanie stresu. Po zakończeniu doświadczenia trzeba go zabić i zmierzyć łączną długość jego wrzodów żołądkowych, po czym można dokładnie określić stopień uszkodzenia stresem w „milimetrach owrzodzenia”.

Znaczenie tych badań jest wprost bezcenne. Wykazują bowiem, że nawet w tak rozpaczliwej sytuacji, jaką jest samotne zamknięcie w ciasnej, niemal obcisłej klatce, można jednak coś przedsięwziąć przeciwko szkodliwym skutkom stresu, chociaż każdy środek wydaje się absurdalny. Zamiast ucieczki rzeczywistej – ucieczka pozorna lub dreptanie w miejscu i zaraz całe zło redukuje się do jednej trzeciej (mierzone w „milimetrach owrzodzenia”).

Etolodzy nazywają to „odreagowaniem czynnością zastępczą”. Powinno to nam również dodać otuchy, gdy w sytuacji rzekomo bez wyjścia nęka nas stres. Odpowiednia czynność zastępcza z pewnością może nam dopomóc w uniknięciu poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Dalszy aspekt łagodzenia stresu ujawnił się, gdy profesor Weiss zmienił kolejność swoich doświadczeń. Jeżeli aplikował szczurowi uderzenia prądem elektrycznym w ogon w nieregularnych odstępach czasu, zwierzę po czterech dniach miało wrzody żołądkowe o łącznej długości dziewięciu milimetrów. Ale jeśli za każdym razem dziesięć sekund przed uderzeniem rozlegał się dźwięk ostrzegawczy, wrzody żołądkowe osiągały długość tylko półtora milimetra.

Oba szczury otrzymały tę samą liczbę równie silnych uderzeń prądem. Fizyczne uszkodzenia powinny być więc w obu przypadkach takie same. Ale drugi szczur, który dziesięć sekund przed odczuciem bólu otrzymywał ostrzeżenie, bardzo szybko się nauczył, że bać musi się tylko w ciągu tego krótkiego czasu, podczas gdy nieostrzeżone zwierzę żyło w nieustającym strachu, nie wiedząc nigdy, kiedy spadnie nań straszliwy cios.

A zatem możność przewidywania sytuacji stresowej znacznie osłabia działanie stresu.

Uczeni nie są jeszcze zgodni co do tego, czy we wspólnocie zwierząt – a więc w społeczności gęsi gęgawych, w watasze wilków, w klanie hien, stadzie zebr albo rodzinie dzikich królików – ustanowienie ścisłej hierarchii zmniejsza częstość wewnętrznych walk i intensywność stresu.

Wyjaśnienie tej sprawy może się okazać bardzo ważne, gdy zechcemy dociec, czy w ludzkiej wspólnocie hierarchia łagodzi, czy też wzmaga stres.

Wydaje mi się, że zupełnie jednoznaczne są tutaj testy laboratoryjne przeprowadzone przez dr. L. De Kocka i Imke Rohna z lemingami i nornicami rudymi. Zamknięte w klatce zwierzęta te bardzo szybko ustanowiły hierarchiczny porządek. Koncepcja eksperymentatorów polegała na tym, aby w klatkach umieścić bębny obrotowe i obserwować, które zwierzęta korzystały z tej „zabawki” i jak często.

To, co się w klatce działo, było zupełną niespodzianką: im niższy był status społeczny zwierzęcia we wspólnocie, tym częściej wskakiwało ono do bębna, aby tam z miejsca podejmować „ucieczkę”. Szczególnie osobnik, który został odepchnięty przez wysoko postawionego współplemieńca, natychmiast wskakiwał w to urządzenie, aby „uciekać”. Przywódca prawie w ogóle z niego nie korzystał, natomiast doły społeczne dreptały prawie bezustannie z zamiarem „emigrowania”.

Z tego wniosek, że odreagowywanie potrzeby ruchu świadczy o obciążeniu stresem. Wprawdzie hierarchia zapobiega fizycznym rozgrywkom w zwierzęcej wspólnocie, ale nie usuwa stresu. Wolne od stresu są tylko osobniki u szczytu hierarchii. Natomiast w niższych warstwach populacji presja psychiczna staje się tym bardziej dokuczliwa.

Nie inaczej rzecz się ma w żyjącym na swobodzie stadzie wilków. W okresie klęski głodowej członkowie „stanu średniego” coraz złośliwiej „dziobią”1 zwierzęta „najniższe”, aż wreszcie je wypędzają. Wygnańcy jakiś czas jeszcze wegetują samotnie, a stają się przy tym szczególnie agresywni, podstępni i niebezpieczni. Nie jest to wcale oznaką ich żywotności, a tylko ostatnim zrywem. Potem już bardzo niedługo nadchodzi śmierć. Bez oparcia w stadzie są zagubieni.

Jednakże taki los wśród wilków nie zawsze jest nieodwracalny. Gdy osobnik odsunięty od stada jest sprytny, może ponownie odnaleźć drogę do wspólnoty. Kanadyjscy strażnicy zwierzyny byli świadkami następującej historii.

W jednym z żyjących na swobodzie stad starsza wilczyca nie chciała się podporządkować młodszym samicom, które z czasem zaczęły górować nad nią siłą. Dochodziło do coraz ostrzejszych utarczek, aż wreszcie starą przegnano.

Trzy dni później wilczyca zastąpiła drogę stadu, które goniło tropem, a w pysku trzymała upolowane przez siebie młode karibu, tak jak gdyby chciała powiedzieć: „Przynoszę wam to w darze, jeśli mi będzie wolno znowu być razem z wami”.

Także potem wilczyca była jak odmieniona. Pomagała młodszym samicom w opiece nad potomstwem, trzymała straż w miejscach spoczynku, na łowach była szczególnie gorliwa i nigdy już się z nikim nie wadziła. Krótko mówiąc: stała się znowu pełnowartościowym członkiem swojej wspólnoty i dzięki temu prawdopodobnie przedłużyła sobie życie o dobrych kilka lat.

Pokonała więc swój stres społecznymi świadczeniami na rzecz wspólnoty.

Metody, jakimi zwierzęta łagodzą szkody wywołane stresem, stanowią w świecie przyrody jedną z wielkich reguł przetrwania.

Czy jest to zasada prosta?

Z jednej strony jest ona tak oczywista, że mogą jej przestrzegać zwierzęta, nic o tych rzeczach nie wiedząc. Z drugiej zaś strony jest ona dla człowieka niezwykle skomplikowana, ponieważ jeszcze nie nauczyliśmy się ogarniać rozumem tego wszystkiego, co zwierzęta czynią bezświadomie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

CZĘŚĆ I. TRIKI ZAPEWNIAJĄCE ŻYWOTNOŚĆ

ROZDZIAŁ 1. JAK ZWIERZĘTA ŻYJĄ W STRESIE

ROZDZIAŁ 2. SEN O NIEŚMIERTELNOŚCI

ROZDZIAŁ 3. ZWIERZĘTA SZANUJĄ WIEK

ROZDZIAŁ 4. PRZYRODOLECZNICTWO W ŚWIECIE ZWIERZĄT

ROZDZIAŁ 5. W SALONIE KOSMETYCZNYM ZWIERZĄT

ROZDZIAŁ 6. MĘKI BEZSENNOŚCI I KOSZMARÓW

ROZDZIAŁ 7. BRZUCHACZE NIE ŻYJĄ DŁUGO

CZĘŚĆ II. PRZECIW ŚMIERTELNYM ZAGROŻENIOM ZE STRONY ŚRODOWISKA

ROZDZIAŁ 8. DZIKO ŻYJĄCE ZWIERZĘTA STAJĄ SIĘ OBYWATELAMI WIELKICH MIAST

ROZDZIAŁ 9. SZOK CYWILIZACYJNY

ROZDZIAŁ 10. CZY ZWIERZĘTA POPEŁNIAJĄ SAMOBÓJSTWO?

ROZDZIAŁ 11. PRZETRWANIE W WARUNKACH SKRAJNIE ŻYCIU NIEPRZYJAZNYCH

ROZDZIAŁ 12. PRZYJAŹŃ ZE ŚMIERTELNYM WROGIEM

ROZDZIAŁ 13. JAK ZWIERZĘTA ROZWIĄZUJĄ PROBLEM ENERGETYCZNY

ROZDZIAŁ 14. ZWIERZĘTA LEPIEJ PRZEWIDUJĄ POGODĘ

CZĘŚĆ III. ZACHOWANIE SPOŁECZNE JAKO REGUŁA PRZETRWANIA

ROZDZIAŁ 15. SILNEMU MOCY PRZYSPARZA WSPÓLNOTA

ROZDZIAŁ 16. WŁAŚCICIELE NIEWOLNIKÓW I SOCJALIZM

ROZDZIAŁ 17. JAK SIĘ OSIĄGA POKÓJ WE WSPÓLNOCIE

ROZDZIAŁ 18. KLIKA PAWIANÓW

ROZDZIAŁ 19. INTELIGENCJA SPOŁECZNA

ROZDZIAŁ 20. ZWIERZĘCE FORMY GRZECZNOŚCIOWE

ROZDZIAŁ 21. JAK ZWIERZĘTA STAJĄ SIĘ ISTOTAMI SPOŁECZNYMI

PODZIĘKOWANIE

BIBLIOGRAFIA

NOTA WYDAWCY

1 Termin ten, wprowadzony przez Schjelderup-Ebbego, na podstawie badań zjawiska hierarchii wśród kur domowych, stosowany jest również w odniesieniu do zachowań innych gatunków zwierząt. (przyp. tłum.).