Pułapka na myszy - Agata Christie - ebook

Pułapka na myszy ebook

Agata Christie

4,4

Opis

W tym zbiorze opowiadań Herkules Poirot i panna Marple mierzą się z zagadkami, w których nie brak morału, opisu powojennej rzeczywistości oraz grozy, która przeplata się z celnym humorem. Agata Christie po raz kolejny udowadnia, że doskonale radzi sobie nie tylko ze zbrodnią, ale i wymagającą sztuką opowiadania.

Trzeba pojąć sens wyliczanki o „trzech ślepych myszkach”, by uporządkować wszystkie elementy „pułapki na czytelnika” .

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
Three Blind Mice and Other Stories
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki
ANNA DAMASIEWICZ
Fotografie na okładce
© mylisa/stock.chroma.pl
Korekta
ANNA KURZYCA
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Three Blind Mice and Other Stories © 1950 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie
Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.
The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited. Used by permission. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Translation by Publicat S.A. and Prószyński Media.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5365-4
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Pułapka na myszy

Przełożyła z angielskiego

Adela Drakowska

Ślepe myszki trzy,

Ślepe myszki trzy,

Spójrz, jak one biegną,

Spójrz, jak one biegną.

Pobiegły wszystkie do farmera żony,

Ona ostrym nożem obcięła im ogony.

Czy kto widział w życiu lub słyszał

O trzech ślepych, małych myszkach?

Było bardzo zimno. Na niebie kłębiły się mroczne i ciężkie śniegowe chmury.

Mężczyzna w ciemnym palcie, z szalikiem owiniętym wokół twarzy i w kapeluszu spuszczonym na oczy pojawił się na Culver Street i wszedł na stopnie domu pod numerem siedemdziesiątym czwartym. Przycisnął dzwonek i w suterenie na dole rozległ się przenikliwy dźwięk.

Pani Casey, zajęta zmywaniem, stwierdziła z goryczą:

– Przeklęty dzwonek. Nigdy nie ma człowiek spokoju.

Lekko sapiąc, z trudem wspięła się po schodkach i otworzyła drzwi. Sylwetka stojącego mężczyzny zarysowała się na tle zasnutego chmurami nieba.

– Pani Lyon? – wyszeptał.

– Drugie piętro – odparła pani Casey. – Może pan wejść na górę. Czy ona pana oczekuje? – Mężczyzna powoli skinął głową. – Proszę więc wejść i zapukać.

Obserwowała go, gdy szedł po schodach wyłożonych podniszczonym chodnikiem. Później powiedziała, że mężczyzna zrobił na niej dziwne wrażenie. Ale wtedy zauważyła jedynie, że musiał być okropnie przeziębiony, skoro mógł tylko szeptać w ten sposób, czemu trudno się było dziwić w taką pogodę.

Zniknąwszy za zakrętem schodów, mężczyzna zaczął cicho pogwizdywać. Gwizdał melodię Ślepe myszki trzy.

Molly Davis cofnęła się na drogę i spojrzała na świeżo wymalowaną tablicę na bramie.

MONKSWELL MANOR

PENSJONAT

Pokiwała głową z uznaniem. Zrobione zupełnie fachowo. No, można powiedzieć, prawie fachowo. Wprawdzie „t” w słowie „pensjonat” wychylało się troszkę do góry, a końcówka „Manor” była leciutko ścieśniona, ale ogólnie rzecz biorąc, Giles wspaniale wykonał robotę. Doprawdy, Giles był bardzo zdolny. Tyle rzeczy potrafił zrobić. Stale odkrywała w nim nowe talenty. Mówił o sobie niewiele, dopiero stopniowo dowiadywała się, ile rozmaitych umiejętności posiada. Ludzie powiadali, że mężczyzna, który służył w marynarce, zawsze jest „złotą rączką”.

Bez wątpienia w ich nowym przedsięwzięciu Gilesowi przydadzą się wszystkie jego talenty. Nie mieli bowiem żadnego doświadczenia w prowadzeniu pensjonatu. Ale to mogło być nawet zabawne. I rozwiązywało problemy mieszkaniowe.

To był pomysł Molly. Kiedy ciotka Katherine zmarła i prawnicy przekazali młodej pani Davis wiadomość, że odziedziczyła Monkswell Manor, w pierwszym odruchu chcieli z mężem sprzedać dom. Giles zapytał wtedy: „Jak on wygląda?”. A Molly odparła: „Och, duży, zbudowany bez stylu stary dom, pełen ciężkich, staromodnych wiktoriańskich mebli. Dość ładny ogród, ale od czasu wojny strasznie zapuszczony, ponieważ został tam tylko stary ogrodnik”.

Zdecydowali się więc wystawić dom na sprzedaż i zatrzymać jedynie trochę mebli do urządzenia własnego małego domku lub mieszkania.

Lecz od razu pojawiły się dwie przeszkody. Po pierwsze, nie można było znaleźć żadnego małego domku ani mieszkania, a po drugie – meble były olbrzymie.

– Dobrze – powiedziała Molly. – Sprzedajmy więc wszystko razem. Przypuszczam, że to się uda.

Doradca prawny zapewnił, że w dzisiejszych czasach wszystko można sprzedać.

– Bardzo możliwe – powiedział – że ktoś kupi dom na hotel albo pensjonat, a w takim wypadku kompletne wyposażenie jest mile widziane. Na szczęście budynek jest w bardzo dobrym stanie. Panna Emory dokonała kapitalnego remontu i modernizacji jeszcze przed wojną, a zniszczenia są nieznaczne. Och tak, dom jest całkiem w porządku.

Właśnie wtedy Molly wpadła na pomysł.

– Giles – powiedziała – dlaczego sami nie moglibyśmy poprowadzić pensjonatu?

Z początku wyśmiał ten projekt, ale żona nie dała za wygraną.

– Nie musimy przyjmować dużo ludzi, przynajmniej nie od razu. To dom łatwy do prowadzenia: jest ciepła i zimna woda w sypialniach, centralne ogrzewanie i kuchnia na gaz. Możemy hodować kury i kaczki, mieć własne jajka i warzywa.

– A kto przy tym będzie pracował? Nie wiesz, że jest trudno o służbę?

– Och, sami będziemy pracować. Ale gdziekolwiek byśmy mieszkali, to by nas czekało. Kilka dodatkowych osób nie przysparza dużo więcej pracy. Niewykluczone, że zatrudnimy kobietę, kiedy już rozkręcimy interes. Jeśli mielibyśmy tylko pięciu gości i każdy płaciłby siedem gwinei za tydzień... – Molly oddała się nader optymistycznemu rachowaniu.

– I pomyśl, Giles – dodała na koniec – to byłby nasz własny dom, z naszymi własnymi rzeczami. W obecnej sytuacji zanosi się na to, że minie jeszcze wiele lat, nim znajdziemy coś do zamieszkania.

Mąż musiał jej przyznać rację. Po swym pospiesznym ślubie spędzali razem niewiele czasu i pragnęli wreszcie osiedlić się we własnym domu.

A zatem wielki eksperyment ruszył. Zamieścili ogłoszenia w lokalnej prasie oraz w „Timesie”. Przyszły liczne oferty.

Nadszedł wreszcie dzień, gdy miał się pojawić pierwszy gość. Giles wyjechał wcześnie rano samochodem po drucianą siatkę z demobilu, którą oferowano na drugim końcu hrabstwa, Molly zaś doszła do wniosku, że musi zrobić we wsi ostatnie sprawunki.

Jedynie pogoda nie sprzyjała. Przez ostatnie dwa dni było nieznośnie zimno, a teraz zaczął sypać śnieg. Molly szła szybko po podjeździe, a gęste puszyste płatki spadały na jej nieprzemakalny płaszcz i jasne kręcone włosy. Prognozy pogody były w najwyższym stopniu przygnębiające. Zanosiło się na dużą śnieżycę. Molly miała nadzieję, że rury nie pozamarzają. To byłby pech, gdyby coś się popsuło właśnie w momencie, gdy rozpoczynali. Spojrzała na zegarek. Minęła pora podwieczorku. Czy Giles już wrócił? Czy zastanawiał się, gdzie ona jest? „Musiałam ponownie iść do wioski po coś, o czym zapomniałam” – powie mu. A on zapewne wybuchnie śmiechem i spyta: „Po więcej konserw?”.

Konserwy stanowiły ustawiczny temat ich żartów. Bez przerwy zaprzątali sobie nimi głowę i teraz, na wszelki wypadek, spiżarnia była rzeczywiście nieźle zaopatrzona.

Spojrzawszy na niebo, Molly pomyślała z grymasem niezadowolenia na twarzy, że wszystko wskazuje na to, iż owa nagła potrzeba sięgnięcia po zapasy wkrótce zaistnieje.

Dom był pusty. Giles jeszcze nie wrócił. Molly wstąpiła najpierw do kuchni, po czym weszła na górę zrobić przegląd świeżo przygotowanych sypialni. Dla pani Boyle południowy pokój mahoniowy z łóżkiem z baldachimem. Dla majora Metcalfa błękitny pokój dębowy. Dla pana Wrena wschodni z wykuszowym oknem. Wszystkie pokoje wyglądały przyjemnie i jakież szczęście, że ciotka Katherine posiadała tak imponujący zapas bielizny pościelowej. Wygładziwszy kapę na łóżku, Molly zeszła na dół. Zrobiło się prawie ciemno. Dom wydał się nagle bardzo cichy i pusty. Położony był na odludziu, trzy kilometry do wioski – trzy kilometry, jak Molly to określała, donikąd.

Często przebywała w domu sama, lecz nigdy wcześniej nie uświadamiała sobie tego faktu tak wyraźnie jak dziś.

Śnieg uderzał łagodnym podmuchem o szyby, co wywoływało stłumiony, niepokojący szum. A jeśli Giles nie będzie mógł wrócić, bo napadało tyle śniegu, że samochód nie przejedzie? A jeśli będzie musiała zostać tutaj sama, sama jedna być może przez wiele dni?

Rozejrzała się po kuchni. Duża, wygodna kuchnia aż prosiła się o tęgą, sympatyczną kucharkę rezydującą u szczytu stołu, która chrupałaby rytmicznie twarde jak skała ciasteczka, popijając czarną herbatę, a u jej boku zasiadać powinny: wysoka, starszawa pokojówka z jednej i okrągła, rumiana sprzątaczka z drugiej strony oraz pomocnica kuchenna na przeciwległym krańcu stołu, która patrzyłaby przestraszonym wzrokiem na swoje zwierzchniczki. Lecz zamiast tego była tutaj tylko ona sama, Molly Davis, podejmując się roli, w której nie czuła się jeszcze swobodnie. W tej chwili całe życie wydało jej się nierealne, i Giles też wydawał się nierealny. A ona – jedynie odgrywała pewną rolę.

Gdy za oknem przemknął cień, podskoczyła. Jakiś mężczyzna szedł po śniegu. Usłyszała trzask i po chwili nieznajomy, otrzepując się ze śniegu, stanął w otwartych drzwiach. Obcy mężczyzna wszedł do pustego domu.

I nagle złudzenie pierzchło.

– Och, Giles! – krzyknęła. – Jakże się cieszę, że już jesteś!

– Witaj, skarbie! Co za okropna pogoda! Mój Boże, cały jestem przemarznięty. – Przytupywał nogami i chuchał w ręce.

Molly machinalnie wzięła płaszcz, który rzucił, jak zwykle, na dębową komodę, i powiesiła go na wieszaku, wyjmując z powypychanych kieszeni szalik, gazetę, kłębek sznurka oraz poranną korespondencję, wetkniętą tam w nieładzie. Położyła te przedmioty na kuchennym kredensie i postawiła czajnik na gazie.

– Kupiłeś siatkę? – zapytała. – Nie było cię całe wieki.

– Nie znalazłem właściwego rodzaju, niczego, co by nam pasowało. Pojechałem jeszcze do drugiego składu, ale tam również nie mieli nic odpowiedniego. A co ty porabiałaś? Chyba nikt się jeszcze nie pojawił?

– Pani Boyle przybędzie dopiero jutro.

– Major Metcalf i pan Wren powinni zjawić się dzisiaj.

– Major Metcalf przysłał wiadomość, że przyjedzie jutro.

– A więc będziemy sami z panem Wrenem na kolacji. Jak myślisz, co to za człowiek? Moim zdaniem to jakiś emerytowany urzędnik państwowy.

– A ja podejrzewam, że to artysta.

– W takim razie weźmy lepiej zapłatę za tydzień z góry – powiedział Davis.

– Och, Giles, oni przecież przywiozą bagaże. Zarekwirujemy je, jeśli nie będą płacić.

– A jeżeli ich bagaże okażą się kamieniami zawiniętymi w gazety? Prawdę mówiąc, Molly, nie mamy zielonego pojęcia, na jakie trudności możemy natknąć się w tym interesie. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej nie zauważą, jakimi jesteśmy nowicjuszami.

– Pani Boyle zauważy z pewnością – stwierdziła Molly. – Ona jest tego rodzaju kobietą.

– Skąd wiesz? Przecież jej nie widziałaś.

Molly odwróciła się, rozłożyła gazetę na stole, przyniosła kawałek sera i zaczęła go ścierać na tarce.

– Cóż to jest? – zapytał mąż.

– To będzie grzanka z serem po walijsku – poinformowała Molly. – Tarta bułka, tłuczone kartofle i ociupinka sera, aby usprawiedliwić nazwę.

– Czyż nie jesteś uzdolnioną kucharką? – powiedział zachwycony Giles.

– Wątpię. Potrafię robić tylko jedną rzecz naraz. Połączenie wielu czynności wymaga dużego doświadczenia. Najgorsze jest śniadanie.

– Dlaczego?

– Ponieważ wszystko dzieje się jednocześnie: jajka i bekon, gorące mleko, kawa i grzanki. Mleko kipi, grzanki się przypalają, bekon skwierczy albo jajka stają się twarde. Trzeba miotać się jak poparzony kot, żeby zdążyć wszystko przypilnować.

– W takim razie jutro rano zakradnę się cichaczem do kuchni, aby obejrzeć to uosobienie poparzonego kota.

– Woda się gotuje – powiedziała Molly. – Może weźmiemy tacę do biblioteki i posłuchamy radia? Już pora na wiadomości.

– Powinniśmy mieć radio również w kuchni, zanosi się na to, że będziemy tu spędzać mnóstwo czasu.

– Owszem. Ale jakże przyjemne są kuchnie! A tę uwielbiam. Bez wątpienia to najprzyjemniejsze miejsce w całym domu. Lubię kredens i zastawę i po prostu kocham to uczucie obfitości, które budzi przeogromna kuchnia węglowa, chociaż, oczywiście, jestem głęboko wdzięczna, że nie muszę już na niej gotować.

– Przypuszczam, że całoroczny przydział węgla poszedłby w jeden dzień.

– Z pewnością. Ale pomyśl tylko o tych wielkich udźcach, które tutaj pieczono... polędwicach wołowych i baranich combrach. Albo o tych olbrzymich miedzianych patelniach pełnych dżemu truskawkowego domowej roboty, do którego wsypywało się całe funty cukru. Epoka wiktoriańska – co to były za urocze i przyjemne czasy! Spójrz tylko na meble. Duże, solidne i trochę przeładowane ozdobami... ale, och, niebiańsko wygodne, z dużą ilością miejsca na rzeczy, które dawniej posiadano, a każdą szufladę wsuwa się i wysuwa z taką łatwością. A pamiętasz to eleganckie, nowoczesne mieszkanie, które wynajmowaliśmy? Meble wbudowane w ściany i przesuwane... ale co rusz wszystko się zacinało. A rozsuwane drzwi, jeśli w ogóle udało się zamknąć, to nie można ich było otworzyć.

– To najgorsza strona wynalazków. Jeśli nie działają prawidłowo, jesteś załatwiony.

– No chodź, posłuchajmy radia.

Wiadomości poświęcone były głównie ponurym ostrzeżeniom na temat pogody, niezmiennemu impasowi w sprawach zagranicznych, burzliwym kłótniom w parlamencie oraz morderstwu na Culver Street w Paddington.

– Och! – powiedziała Molly, wyłączając odbiornik. – Same nieszczęścia. Mam już dość tych nieustannych apeli, by oszczędzać opał. Czy oni się spodziewają, że będziemy siedzieć i marznąć? Myślę, że nie powinniśmy otwierać pensjonatu zimą. Trzeba było poczekać do wiosny. – Po chwili dodała innym tonem: – Zastanawiałam się, co to za kobieta, którą zamordowano.

– Pani Lyon?

– Tak się nazywała? Ciekawa jestem, kto ją zamordował i dlaczego.

– Być może miała majątek ukryty pod podłogą.

[...]