Puknij się w aureolę - Monika Tarwid - ebook
NOWOŚĆ

Puknij się w aureolę ebook

Monika Tarwid

5,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Maja wierzy w miłość „na sto procent” – bez kompromisów. Kiedyś zapłaciła za to wysoką cenę i od tamtej pory udaje twardą: szybkie tempo, ostre słowa, pełna kontrola… i ani kroku w stronę uczuć, które mogą zaboleć.

Tyle że Maja nie jest sama. Nad jej życiem czuwają dwaj aniołowie: Cassiell – delikatny idealista – oraz Asadiel, który uważa, że czasem ludziom trzeba… trochę pokomplikować, żeby wreszcie zaczęli słyszeć własne serce. Kiedy na horyzoncie pojawia się Jarek, mężczyzna, przy którym Maja zaczyna się śmiać tak, jak dawno się nie śmiała, aniołowie włączają tryb „misja”. Dodatkowo Maja poznaje Konstantego, przystojnego architekta, przy którym traci zdolność logicznego myślenia. Zamieszanie gotowe! Kogo wybierze Maja? Co na to jej anioły?

Będzie i śmiesznie, i wzruszająco, i niezręcznie (czasem bardzo). Bo zanim Maja uwierzy, że świat może mieć dla niej coś dobrego, będzie musiała zrobić najtrudniejszą rzecz: odpuścić kontrolę… i zaufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Klaudia_Seweryn

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka, zabawna, wciągająca, pełna błyskotliwych dialogów i cudownych bohaterów. Nie sposób się oderwać od czytania. Gratka dla miłośników humoru sytuacyjnego :) Polecam! Dobra zabawa gwarantowana!
00



Dla wszystkich, którzy wierzą, że jest coś więcej.Pst! Kiedy zobaczysz piórko, uśmiechnij się

– anioły też bywają roztargnione.

ROZDZIAŁ 1

Siedzące na konarze anioły kłóciły się zawzięcie.

– Teraz! Musisz to zrobić teraz!

– Ale… co ty w ogóle mówisz?! – obruszył się Cassiell.

– Do stu chmur najwyższych! Pchnij!

Młody anioł popatrzył na starszego niepewnie.

– Przecież… To wbrew zasadom! – zawiesił głos. – Co nie?

Cassiell wiedział, że opieka nad powierzonymi im duszami to świętość. Nie na darmo ludzie wierzyli w swoich aniołów stróżów. Bał się nawet, że gdyby nie ich wiara, anioły mogłyby zniknąć. Co oczywiście było bzdurą, bo niezmierzona boskość Wszechświata nigdy nie przestanie istnieć.

Serce Cassiella śpiewało z radości, kiedy czuł tę ich wiarę w sobie. Mieli z Asadielem misję i zamierzał zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby doprowadzić ją do szczęśliwego finału. Jednak… teraz zwątpił w dobre intencje towarzysza.

– Musisz mi zaufać. Już! – Głos Asadiela przybrał twardy ton, a w oczach pojawiło się zniecierpliwienie.

Głęboki baryton budził szacunek. Mimo to Cassiell zacisnął nerwowo dłoń na gałęzi i ostro zaprotestował:

– Zrobi sobie krzywdę!

Żądanie Asadiela nie mieściło mu się w głowie. Czemu miało służyć? Co chciał osiągnąć? Chyba nie zamierzał skrzywdzić Majki?!

– Zrobi sobie większą krzywdę, jak jej nie popchniesz! Kto tu kogo uczy?! Ja ciebie czy ty mnie?! – ryknął Asadiel. – Teraz! Szybko!

Starszy anioł poruszył się niespokojnie na drzewie. Dziewczyna niepewnie wchodziła coraz wyżej i wyżej.

– Teraz? Na pewno? – Cassiell rzucił okiem na kolegę.

– Tak! Szybciej! – Ostry ton nie pozostawił cienia wątpliwości.

I Cassiell ją popchnął. Odrobinę za mocno. Upadła.

O Jezu! Chyba urwało mi pół dupy, pomyślała Maja.

Poślizgnęła się na tym głupim mokrym kamieniu i upadła z takim impetem, że aż ziemia jęknęła. Miała wrażenie, że jęknął też jej pośladek trafiony celnie czubkiem skały.

Co za precyzja, westchnęła w duchu, z grymasem bólu pocierając obolałe miejsce. Obmacała cały tył i z ulgą stwierdziła, że jednak nic jej nie urwało. Choć bolało okropnie.

To kara za to, że jestem taka uparta.

Kilka liści z szelestem spadło z majestatycznego dębu. Drzewo było potężne, a jego konary sięgały nieboskłonu tak wysoko, że nie dało się dostrzec, gdzie się kończą. Wielokolorowe wyrzuty energii tańczyły na radosnym niebie, rozlewając się jak kropla farby upuszczona do wody. Rosły i zachłannie wypełniały przestrzeń miękkimi obłokami, których barwy wciąż zmieniały nasycenie. Fiolet, róż, granat i żółć – wszystko to tliło się na niebie.

– Ale rąbnęła! Widziałeś? – Siedzący na gałęzi Asadiel z radości zaczął poklepywać się po udach. Normalnie zwijał się ze śmiechu. Krztusił wręcz. Ten chichot nie był jednak tak do końca złośliwy. Był przejawem ulgi. Asadiel jak zwykle maskował swoją troskę kpiną. Widok kobiety, której prawie udało się zrobić salto, wydał mu się zabawny, ale tak naprawdę liczyło się tylko to, że teraz zrezygnuje ona z wchodzenia na szczyt. Dobra robota, pogratulował sobie w myślach.

Odetchnął głęboko i zapatrzył się. Widoczne w oddali morze gwiazd i jasne punkty na tle kolorowego nieba migotały nadzieją, jakby można je było tak po prostu dotknąć. Jakby sam fakt ich istnienia dawał wiarę, że nie są osamotnieni we Wszechświecie.

Bo… nie jesteśmy, pomyślał anioł.

– Będzie miała nauczkę. Inaczej mogłaby spaść. Czytałeś jej kroniki?

Cassiell pokiwał energicznie głową, jednak jego mina wskazywała na to, że wciąż ma wątpliwości.

– To rzuć okiem i sprawdź jeszcze raz, jak tam jest teraz ślisko. – Asadiel machnął ręką, nerwowym gestem wskazując ekran. – Uparte babsko z niej. Od godziny wtłaczam jej do głowy, żeby zawróciła, a ta nic. Jakby na przekór. Musieliśmy zareagować zdecydowanie ostrzej. Nie było innego wyjścia.

Cassiell potaknął niepewnie. Wyglądał jak cherubinek z obrazu Madonny Sykstyńskiej. Trzymał na kolanach płaski, przeźroczysty prostokąt i wpatrywał się w niego w skupieniu. Błękitne oczy cały czas z uwagą śledziły kobietę. Blond loczki powiewały mu na wietrze, a biel ubrania – długa tunika i spodnie – podkreślała dodatkowo jego delikatne rysy. Jedyny zgrzyt w tej niewinnej bieli stanowiły klapki. Granatowe. Z dość ordynarnym białym napisem. Nawet śnieżnobiałe skarpetki nie ratowały sytuacji nic a nic.

Czuł się trochę winny za jej upadek. Ostatecznie obiecał jednak posłuszeństwo wobec starszego anioła. Uczył się. Choć trudna to była nauka, bo bardzo brał sobie do serca ewentualne niepowodzenia swojej podopiecznej.

– Zrobiła sobie krzywdę? – Spoglądał z troską na gramolącą się kobietę.

– Obiła tylko trochę tyłek, ot co. Nie przejmuj się, dobrze się spisaliśmy. Widziałeś, jakie tam są warunki? Przecież ona nie ma zbyt wielkiego doświadczenia w wędrówkach górskich. A pchała się tam jak muł. Dużo mnie nerwów kosztuje ta dziewczyna. Oj, dużo – westchnął. – Choć przyznaję, przynajmniej nie jest nudno – zakończył z krzywym uśmiechem i pyknął fajką.

Asadiel poprawił kosmyk, który opadł mu na twarz. Przywodził na myśl starego Indianina. Orli nos ostro odcinał się od różowego blasku nieba, a siwe włosy sięgały połowy pleców. Związane były w kitkę rzemykiem, na którego końcu smętnie wisiało pióro. Kolorowe – zapewne jakiegoś koguta. Ale nawet ono nie dodawało mu powagi.

Pod ich stopami migotała wszechobecna zieleń rozjaśniona delikatnym blaskiem. Nie istniało jedno źródło tego światła. Ono było wszędzie – perłowe i ciepłe.

Zagrzmiało. Cassiell zadrżał i spojrzał na swojego towarzysza, który wydawał się być zrelaksowany. Zastanawiał się, czy to naprawdę u niej.

– To u nas czy u Majeczki? – wypowiedział głośno swoją myśl.

– U Majki. Mówiłem, że dobrze robimy – sapnął z satysfakcją drugi anioł.

Porysowana głębokimi bruzdami twarz Asadiela – mimo pozornego spokoju – była nad wyraz skupiona. Budziła szacunek. Ale to migocząca radość w jego oczach głównie przyciągała uwagę, bo łagodziła tę surowość. Ubrany w błękitną koszulę, brązową kamizelkę i dżinsowe spodnie bardziej przypominał Indianina przebranego za kowboja z westernu niż anioła. Nie przejmował się tym jednak. Lubił tak wyglądać.

– I co teraz? – Zatroskany Cassiell patrzył z uwagą na ciekłokrystaliczną płytkę.

Asadiel zerknął na niego przelotnie. Dobrze, że nie nosi sukienki, przemknęło mu przez głowę. Nie chciałbym oglądać jego pośladków.

– Co teraz? Co teraz?! – zaczął przedrzeźniać Cassiella. – Rozum ci dziś nie fruwa? Teraz to musimy przypilnować, żeby bezpiecznie zeszła.

Od początku dziwił się, dlaczego przydzielili mu właśnie tego anioła. Był młody, niedoświadczony i Asadiel miał z nim same problemy.

Cassiell wszystko kwestionował, a ponadto zadawał za dużo pytań. Zupełnie jak pięciolatek. Na dodatek bał się nawet własnego cienia. Za stary już jestem, żeby mieć cierpliwość do uczenia innych, pomyślał Asadiel.

Aczkolwiek nie zamierzał dyskutować. Sam też kiedyś pobierał nauki.

– Mogłaby siedzieć na dupie w domu, to się pcha nie wiadomo gdzie – znów zaczął się nakręcać.

Obserwował kobietę z marsem na czole. Młodszy anioł patrzył w to samo miejsce z uśmiechem rozrzewnienia.

– Co się dziwisz? Ciągnie ją do przeżyć… Ja to rozumiem. Też taki byłem.

– Aha! Już teraz wiem, skąd to marzycielskie spojrzenie. Ale życie to nie bajka – roześmiał się ironicznie.

– Przestań! Piękne jest. Tego mi nie zabierzesz.

– Młody jesteś i nic nie rozumiesz. Życie potrafi być piękne, to prawda, ale i nieprzewidywalne. Trzeba myśleć, co się robi. Gdyby nie my, oni wszyscy tam mogliby marnie skończyć.

– No… – Cassiell uśmiechnął się pod nosem. – Ale taka nasza praca, co nie?

– Niby tak – westchnął Asadiel. – Chwili odpoczynku jednak nie ma. Słuchaj, odsapnę trochę i wyciszę myśli, a ty jej pilnuj, dobrze? Aż strach pomyśleć, co tej postrzelonej dziewczynie może jeszcze wpaść do głowy.

– Nie martw się. Sprowadzę ją bezpiecznie na dół – obiecał Cassiell, który poczuł się ważny. W końcu jego imię symbolizowało ochronę. Był odpowiedzialny za swoją podopieczną.

Machał nogami i szeptem dodawał otuchy kobiecie pocierającej z bolesnym grymasem pośladek. Asadiel w tym czasie rozciągnął się na gałęzi. Imię anioła oznaczało tego, który wie, który rozumie. Choć czasem Cassiell miał poważne wątpliwości co do metod, jakimi posługiwał się jego towarzysz.

Młodszy anioł spojrzał na Asadiela. Wzruszył ramionami i pomyślał, że poczeka na rozwój sytuacji. Może tak właśnie miało być i to on się mylił? Żal mu było dziewczyny, ale widząc nadciągającą burzę, cieszył się, że zrezygnowała i schodziła z góry.

Nie minęło pięć minut, a Asadiel usiadł gwałtownie na gałęzi.

– Grad przywołaj! – Szturchnął kolegę.

– Że co?!

– No grad! Szybko!

– Nie! – krzyknął pełen świętego oburzenia Cassiell.

Czuł, jakby ktoś oblał go gorącą wodą. Czerwień jego policzków ostro odcinała się od nieskazitelnej bieli ubrania. Mimo że bał się sprzeciwić starszemu aniołowi, troska o dziewczynę zwyciężyła.

– Podważasz moje zdanie? – Asadiel zmarszczył brwi. Zimny ton jego głosu obniżył temperaturę wokół o kilka stopni. Pyknął fajką, przymrużył oczy i czekał na odpowiedź.

Cassiell zmieszał się lekko i spuścił głowę. Pierwszy raz zareagował tak ostro i postawił się Asadielowi.

– Pomyśl… ona jest już cała mokra – próbował wytłumaczyć swoją reakcję.

– Znów się ze mną wykłócasz? Sama o to prosiła. – Asadiel uniósł kącik ust.

Cassiell odwrócił się w stronę swojego towarzysza. Jego nic nie rozumiejące spojrzenie tylko dodatkowo rozbawiło starszego anioła.

– Co dokładnie powiedziała?

Asadiel zaczął się krztusić od powstrzymywanego rechotu.

– „Jeszcze tylko grad jest mi potrzebny do szczęścia”. Czy jakoś tak…

– To była ironia! Jesteś okropny – sapnął Cassiell.

– Nie znam się na ironii! – zakrzyknął Asadiel, jawnie zwijając się z radości. – Dawaj grad. Pamiętasz? Jej życzenie jest dla nas rozkazem.

– Na pewno?

– Obiecałeś mnie słuchać.

– Niby tak – odparł Cassiell bez przekonania.

Popatrzył na dziewczynę. Stała, rozglądając się niepewnie. Jakby nie wiedziała, gdzie iść.

Cassiell machnął ręką nad płytką i zaczął padać grad. Małe kuleczki odbijały się od kamiennej ścieżki. Kobieta zmarszczyła brwi, a jej dłonie zacisnęły się na kapturze kurtki, choć ten nie mógł przecież zapewnić wystarczającej ochrony. Mruknęła coś pod nosem. W jej spojrzeniu wciąż czaił się cień niepewności.

– Jesteś usatysfakcjonowany? – westchnął Cassiell.

– Mógłby być większy, ale niech już będzie – rzekł Asadiel i ponownie ułożył się na gałęzi z zamkniętymi oczami. – W przyszłości może zacznie zwracać baczniejszą uwagę na swoje myśli – dodał jeszcze, uchylając jedną powiekę. – Życzenia są przecież święte. Nawet te wypowiedziane w złości.

A więc o to chodziło, pomyślał Cassiell. Teraz zrozumiał przebiegłość tego działania.

Usiadł wygodniej. Nie zamierzał odpoczywać. Chciał towarzyszyć kobiecie do samego końca wędrówki. Zerkając co jakiś czas na Asadiela, stopniowo zmniejszał opady gradu – zamieniał je w mżawkę. Zaciskał kciuki, żeby dziewczyna spokojnie zeszła. Bez lęku i kolejnego „wypadku”.

Asadiel znów uchylił powiekę. Dostrzegł skryte działania młodszego anioła, ale ich nie skomentował. Uśmiechnął się pod nosem. Młody w końcu zaczynał rozumieć. Wszystko, co robili, było dla dobra podopiecznych. Absolutnie wszystko.

– Cassiell?

– Hm? – Skupiony anioł nawet nie oderwał oczu od ekranu.

– Nie martw się, ona tu wróci. Ona musi tu wrócić.

Rozdział 2

Bardzo chciała zdobyć ten szczyt. Tak bardzo, bardzo… Krywań, narodowa góra Słowaków, od dawna był jej pragnieniem. Zresztą, cały ten wyjazd miał być spełnieniem marzeń. Trasy na każdy z czterech czerwcowych dni Maja Jagiełło-Król zaplanowała z chirurgiczną precyzją. Wzięła pod uwagę czas przejścia, stopień trudności, dojazdy. Wszystko. Oprócz pogody!

W czwartek i piątek – całe dwa dni – lało. Kisili się więc w pokojach. Ładnych, to prawda, ale przecież nie po to przyjechali, żeby podziwiać prywatną kwaterę, która składała się z niewielkiego salonu z telewizorem i aneksem kuchennym, dwóch sypialni i łazienki. Jak na miasteczko, leżące blisko Tatr, apartament był urządzony nowocześnie i prosto. Żadnych akcentów góralskich, jak po polskiej stronie, tylko drewno, szkło i chrom. Elegancko, ale bez wyrazu.

Książkę, którą Maja zabrała do czytania przed snem, połknęła w jeden dzień. Grali w karty, trochę rozmawiali, ale ponieważ znali się jak łyse konie, dziewczyna się już nudziła. Naprawdę. Nawet wódka skończyła się pierwszego wieczora.

– Można oszaleć! – marudziła.

Przesadzała, ale tylko odrobinę. Wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Planowali zdobyć pięć dwutysięczników Tatr. Pięć! Tymczasem nie zdobyli żadnego, a został im zaledwie jeden dzień, bo w niedzielę musieli wracać.

Na szczęście w sobotę, kiedy Maja się obudziła, zobaczyła słońce. Nieśmiało jeszcze wyglądało zza deszczowych chmur, ale jednak. Dziewczyna jak torpeda wyskoczyła z łóżka i zaczęła budzić przyjaciół. Umyła się szybko, zrobiła kawę do termosu i czekała. Z kanapy w salonie rzucała im, w jej odczuciu, sugestywne spojrzenia.

– Szybciej, do cholery! Możecie się pospieszyć?!

Trójka jej towarzyszy niemrawo zabrała się za pakowanie plecaków. Potem niespiesznie zaczęła przygotowywać śniadanie. Ruszali się jak muchy w smole.

Majka zgrzytała zębami. Czuła, że za chwilę kogoś zamorduje.

– Kurwa! Ileż można na was czekać?! – jej cierpliwość błyskawicznie topniała.

Renata, Adam i Piotr usiedli do śniadania. Maja obserwowała ich złym wzrokiem. Bała się, że słońce zniknie, zagniewane opieszałością pozostałych. Gdyby miała pejcz – albo chociaż pejczyk – z chęcią strzeliłaby im nad głowami.

Taka właśnie była – popędliwa i niecierpliwa. Kiedy już się w coś angażowała, robiła to całą sobą. Najchętniej pognałaby tam od razu. Sama. Ale pomyślała, że głupio by to wyglądało, gdyby tak po prostu zarąbała Adamowi samochód. W końcu to on ich tutaj przywiózł.

– Długo będziecie jeszcze przeżuwali?! – Gotowa od dawna dziewczyna zaczęła miotać się po pokoju.

– Spokojnie, Majka, góry nie uciekną. – Piotr uśmiechem starał się ją rozbroić.

Wypił łyk kawy.

– Ale słońce może! Ruszcie się, na Boga, bo cierpliwość mi się już skończyła. Od kilku minut jadę na rezerwie i ostrzegam: zaraz wybuchnę.

Podeszła do drzwi, włożyła buty i zarzuciła plecak na ramię.

– Czekam na dole. Jak nie przyjdziecie do pięciu minut, przysięgam, zabiorę samochód i pojadę sama.

– Zaraz zejdziemy, już przestań szaleć.

Renata – niska blondynka, wstała od stołu, założyła kosmyk włosów za ucho i przewróciła oczami. Dopiła kawę, po czym posłała Adamowi wymowne spojrzenie. Byli parą od kilku lat i wspólnie prowadzili sklep rowerowy. Pasja do sportu dodatkowo spajała ich miłość.

– Bez nerwów, kochanie. Straszy nas tylko. Przecież nie ma kluczyków. – Adam leniwie kończył przeżuwać kanapkę.

Majka miała ochotę zdzielić go w głowę. Ostatecznie prychnęła tylko, odwróciła się na pięcie i zbiegła po schodach. Robiła przy tym sporo hałasu.

Zatrzymała się na podwórku i z utęsknieniem popatrzyła na malownicze szczyty w dali. Najchętniej teleportowałaby się wprost na ścieżkę prowadzącą na Krywań. Teraz, zaraz, natychmiast!

Zerknęła z furią na drzwi wejściowe, w których po chwili, nie spiesząc się zupełnie, ukazała się Renata. Tuż za nią szedł Adam, zajęty zapinaniem plecaka, i uśmiechnięty Piotr. Ten ostatni klepnął Majkę solidnie w plecy.

– Ruszamy, niecierpliwcze.

– W końcu!

Zapakowali się do niebieskiej błyskawicy – jak żartobliwie nazywali samochód Adama – i wreszcie wyruszyli. Chłopak prowadził jednak zdecydowanie za wolno, przez co Majkę naszła ochota, by wysiąść i biec.

Po dwudziestu minutach dotarli do miejsca oznaczonego na mapie jako Tri Studničky. To stamtąd Majka zaplanowała wejście na Krywań.

Zaparkowali samochód. Trójka jej towarzyszy znów niemrawo zaczęła się zbierać na szlak. Adam zmieniał buty, Piotr pił wodę, Renata natomiast szukała czapki. A góry czekały.

Maja stała, przestępując z nogi na nogę. Była gotowa, od kiedy otworzyła oczy, a oni… Oni się szykowali i szykowali. Jak… długo… można?!

Adam zawiązał buty i wstał. Rozprostowywał plecy, rozciągnął się, a Majka niemal zaczęła toczyć pianę z ust. Jej cierpliwość została wystawiona na kolejną ciężką próbę. W końcu machnęła na nich ręką, krzyknęła tylko, że idzie, i ruszyła ścieżką, zadowolona, że może już maszerować.

Od rana miała przemożną chęć kogoś udusić. Teraz jej mordercze instynkty przycichły. Szła, ciesząc się pogodą i wędrówką. Z każdym krokiem czuła coraz większy spokój. Wiedziała, że nie ma aż tak dobrej kondycji jak jej towarzysze, którzy na pewno ją dogonią. A przynajmniej Adam z Piotrem. Renia jak zawsze będzie zabezpieczała tyły.

Początkowy odcinek szlaku przebiegał wśród drzew. Zachwycona ciszą i promieniami słońca, które przenikały przez konary i z czułością muskały jej ramiona, Maja maszerowała, niemal podskakując z radości. Korzenie, widoczne na ścieżce, wyglądały jak wyciągnięte zachłannie ramiona. Poskręcane, wygładzone wiatrem i wodą, lśniły w słońcu. Wesołe kępki mleczu, rosnące z boku, ubarwiały ten brązowo-zielony zakątek. Dwie samotne chmurki – małe, jakby wyszły dopiero co z przedszkola – stały wysoko na niebie. Dzień zapowiadał się bajecznie, a dziewczyna oczyma wyobraźni widziała już swoją uśmiechniętą twarz na szczycie. Warunki ku temu były po prostu doskonałe.

Zasapała się stosunkowo szybko. Za mocne tempo sobie narzuciłaś, urwipołciu, śmiała się, w myślach parodiując babcię. Słyszała w oddali głosy swoich towarzyszy, więc usiadła na ścieżce, by na nich zaczekać.

Między drzewami mignęła jej ruda zwinna kitka. Wiewiórka przystanęła i spojrzała na nią z ciekawością. Zachwycona dziewczyna wstrzymała oddech. Patrzyły na siebie przez kilka sekund – choć Majka uważała, że trwało to i trwało – po czym zwierzątko czmychnęło w las.

Tymczasem zza załomu ścieżki wyłonili się Adam z Piotrem. Tuż za nimi szła posapująca Renia.

– Idziemy dalej? – spytał Adam, mijając Maję.

– Ej! Ja w ogóle nie odpoczęłam – wyjęczała Renata.

Przystanęła, znalazła dyndającą rurkę od bukłaka i zaczęła łapczywie pić.

– Odpoczniemy wyżej. Chodźmy. – Adam poprawił czapkę, prąc do przodu.

Maja poczekała na koleżankę. Miały podobne tempo, zbliżone do żółwiego, więc teraz mogły razem wlec się za mężczyznami. Tamci w pewnym momencie skręcili w bok. Chcieli zobaczyć partyzancki bunkier. Dziewczyny szły dalej, niezbyt zainteresowane jakąś dziurą w ziemi. Poza tym w skrytości ducha cieszyły się, że choć przez moment idą pierwsze.

Ta górska rywalizacja była nieodłącznym elementem wędrówek. Każdemu włączał się tryb: „Ale słuchaj, jak ja wchodziłem na Rysy…”, albo: „To jeszcze nic! Na Orlej Perci to dopiero jest jazda!”. Nikt nie pozostawał dłużny.

W końcu każdy lubił czasem błysnąć wiedzą i osiągnięciami. Tak jak teraz dziewczyny. Głupie pięć minut szły przed chłopakami, a już wzrosło ich morale. Co prawda w następnych, równie cennych minutach wszystko to sczezło marnie, ale dobre i te kilka chwil wędrówki w poczuciu chwały.

Las ustąpił pola kosodrzewinie. Zbawienny cień skończył się na dobre, co Majka przywitała ze smutnym westchnieniem. Teraz będzie trudniej, pomyślała.

Ścieżka meandrowała niczym kapryśna panienka, jakby nie mogła się do końca zdecydować, czy chce iść w prawo czy w lewo. Meandrowali i oni, mijając innych łazików. Najwyraźniej piękna pogoda po kilku dniach deszczu skusiła większą rzeszę miłośników górskich wędrówek.

Maja pociła się coraz bardziej. Na odkrytym terenie czuła, jak żar leje się z nieba. Czapka z daszkiem bardziej grzała, niż chroniła, ale nie zdejmowała jej, żeby nie spalić sobie nosa. Z doświadczenia wiedziała, że słońce w górach może ją przyodziać w niezbyt twarzowy czerwony kolor, a wystarczyło, że przez wysiłek wyglądała już jak pomidor w ogródku babci.

– Zróbmy sobie przerwę, co? – Renia przystanęła, poprawiając mokre od potu włosy.

Maja chciała wyrazić zgodę na propozycję koleżanki, ale ostatecznie uznała, że jednak to nie najlepszy pomysł. Postanowiła maszerować, dopóki ma jeszcze siłę.

Czasem czuła, że ta miłość do gór nie do końca jest odwzajemniona. Bo jak wytłumaczyć fakt, że chęci były zawsze większe od możliwości i sił? Czyż nie byłoby piękniej skakać z kamienia na kamień jak kozica górska, wejść i zejść z pieśnią na ustach? Piękniej, to pewne.

Tymczasem Maja ledwo szła. Jej oddech stawał się krótki, a ból łydek nieznośny. Najważniejsze, to nigdy się nie poddawać!, motywowała się w myślach. Wejdę tam dziś i już! Ino mig!

Wlokła się, dysząc i posapując. Co chwilę przystawała, żeby złapać oddech i napić się wody z bidonu. Nie poddawała się. Szczyt był na wyciągnięcie ręki. Czuła, że dziś góra pięknie ją ugości.

Dotarła w końcu do siedzących na kamieniu mężczyzn. Piotr spojrzał w niebo i wskazał palcem na zbliżające się obłoki.

– Nie podobają mi się te chmury.

– Naprawdę? Martwią cię te obłoczki? Nie przesadzaj, przecież to nic nie znaczy. – Maja wzruszyła ramionami z lekceważącym uśmiechem.

Ruszyła dalej. Mężczyźni wstali i dołączyli do niej. Szli we troje, od czasu do czasu sprawdzając, gdzie jest Renata. Była stale w zasięgu wzroku.

– Zostało nam niewiele ponad godzinę do szczytu. Odpocznijmy tutaj – zasugerował Adam, kiedy dotarli do niebieskiego szlaku.

Zdjął czapkę i otarł pot z czoła. Spojrzał w dół ścieżki, którą niespiesznym krokiem, dysząc jak lokomotywa z wiersza Tuwima, zbliżała się jego dziewczyna. Jako że była dość puszysta, musiała włożyć odrobinę więcej wysiłku w wędrówkę.

Maja usiadła kilka metrów wyżej na ogromnym głazie. Reszta rozsiadła się na rozdrożu, podziwiając widok, jaki rozpościerał się przed nimi.

Dotarli na wysokość ponad dwóch tysięcy metrów, skąd Słowacja była widoczna jak na dłoni. Wielobarwne warstwy krajobrazu mieszały się jak na widokówkach, które cepry wysyłały z Zakopanego. Dobre i to, bo okupując knajpy na Krupówkach tylko w ten sposób mogli podziwiać piękno gór. Tymczasem czworo wędrowców niemal dotykało tego bajecznie doskonałego pejzażu.

Delikatne obłoki pyszniły się na błękicie nieba. Było ich teraz zdecydowanie więcej. Krajobraz się zmienił. Surowość skał zachwycała. W dole został zielony świat. Tutaj rządził granit.

Majka wgryzała się w jabłko, z którego sok pryskał na boki. Tu, wysoko, wszystko miało inny smak. Bardziej wyrazisty. Wysiłek włożony w wędrówkę potęgował doznanie.

Wiatr czule muskał jej spoconą głowę. Ptak ze skrzekiem kołował nad nimi, zupełnie jakby się popisywał. Nagrzany kamień, na którym siedziała, dawał wytchnienie, a wyjęte z butów stopy zdawały się krzyczeć z radości.

Dziewczyna wzięła głęboki oddech. To w górach zawsze czuła pełną piersią, że żyje. Chwytała piękno świata w trójnasób. Dźwięki, kolory i zapachy mieszały się jak w kalejdoskopie, wzbudzając ocean wdzięczności.

– Jak tu jest nieziemsko pięknie – westchnęła.

– Maju, a zobaczysz, jaki widok jest na szczycie. – Piotrek spojrzał do góry. – Niedużo nam zostało. W zasadzie, jak pokazuje mapa, został nam z kilometr drogi.

– W górach kilometr to żadna miara, liczy się przewyższenie. Ale co to dla nas. – Adam uśmiechnął się i dotknął ręki swojej dziewczyny. – Prawda, kochanie?

– Prawda. – Renia nie była do końca przekonana, ale miała nadzieję, że przy wsparciu swojego mężczyzny zdobędzie szczyt.

Majka zapięła plecak i wstała.

– Idę! – oznajmiła dobitnie swoim przyjaciołom.

Niecierpliwość ją gnała. Pragnęła być już na górze i spełnić swoje marzenie. Było już naprawdę niedaleko i mocno wierzyła, że za chwilę będzie na miejscu.

Pozostali również wstali. Adam dość szybko wysforował się naprzód. Piotr, Majka i Renia szli gęsiego tuż za nim. Był to stały układ ich dzisiejszej wędrówki.

Ten ostatni fragment podejścia okazał się najtrudniejszy. Wspinali się po ogromnych głazach. Uważnie patrzyli, gdzie stawiają stopy, bo najbardziej zdradliwy był szuter zalegający między skałami. Na nim łatwo dało się skręcić nogę – w najlepszym wypadku, albo zjechać – w najgorszym.

Dotarli na Mały Krywań. Wystające ogromne bloki skalne wzbudziły kolejne fale zachwytów. Postrzępione głazy wyglądały jak ogon smoka. Mieniły się w słońcu szarością, czernią i jasną zielenią porostów.

Zaczęli robić sobie zdjęcia. Tak ich to pochłonęło, że nawet nie zauważyli ciemnych chmur, które zawisły nad ich głowami. Spostrzegli je dopiero, kiedy spadły pierwsze krople deszczu.

Adam szybko wyciągnął pelerynę, przykucnął za skałą i zawołał pozostałych. Podbiegli do niego. Ulewa wzmagała się z sekundy na sekundę. Ogromne krople spadały z nieba z taką intensywnością, jakby ktoś odkręcił kran. Płaszcz trzymany nad skulonymi czworgiem wędrowców przestawał wystarczać. Woda zbierała się wszędzie.

– Co robimy? – Lekko przestraszona Renia spojrzała na Adama.

– Co robimy?! Co robimy…?! – Maja trąciła dziewczynę w bok, żeby zwrócić na siebie jej uwagę. – Przeczekamy deszcz i wchodzimy, rzecz jasna.

Nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej. Szczyt był przecież tuż-tuż.

– Adam? – Renata nie odpuszczała.

– No, może faktycznie spróbujemy… Jak myślisz, Piotr?

Mężczyźni popatrzyli po sobie. Renia odwróciła głowę, niezadowolona, że w ogóle rozważają tę opcję. Zacisnęła usta i wpatrywała się w kałużę formującą się pod skałą, przy której siedzieli w kucki.

– AAA…!!! – wrzasnął Piotr.

– Co robisz?! – krzyknął Asadiel.

Cassiell spojrzał na niego z lekkim poczuciem winy.

– Chciałem się schować głębiej – wymamrotał pod nosem.

Starszy anioł wyglądał na zdegustowanego. Wiercenie się Cassiella – zupełnie bezsensowne, bo przecież oni nie musieli się chować przed deszczem – spowodowało, że zimna woda, która zebrała się w zagłębieniu płaszcza przeciwdeszczowego, wlała się Piotrowi prosto w rękaw kurtki.

– No dobra, przyznaję. Chciałem dotknąć Majki i przekazać jej myśl, żeby nie szła dalej.

– Udało się? – mruknął Asadiel.

Cassiell z rezygnacją pokręcił głową. Będziemy musieli wykombinować coś innego, pomyślał, zanim wrócił do Asadiela. Sytuacja robiła się niebezpieczna. Z niepokojem obserwowali poczynania czworga pasjonatów górskich wycieczek.

Rozdział 3

Deszcz tak szybko, jak się rozpoczął, równie szybko się zakończył. Wyszło słońce. Odrobinę skryte za mgłą, ale odczuwalne. Piotr podskakiwał, próbując wytrząsnąć resztki wody.

– No w końcu! Idziemy. – Maja wystrzeliła jak z procy i stanęła na ścieżce.

Renia zaczęła narzekać, że to zbyt niebezpieczne. Było ślisko, a upadek z tej wysokości oznaczał pewną śmierć.

– Adam… błagam cię, nie idźmy tam. – Chwyciła chłopaka, żeby go powstrzymać przed pójściem za Majką.

Dziewczyna naprawdę się bała. O siebie, swojego ukochanego, Piotra i Majkę. Wiedziała, jak wszyscy są zacięci na górskie wędrówki, i uważała, że chociaż ona powinna zachować zdrowy rozsądek. Jej te wyprawy też sprawiały radość, ale robiło się niebezpiecznie, więc trzeba było z pokorą zejść. W końcu niejeden w górach skończył swoje życie właśnie przez głupią decyzję, brawurę czy brak przygotowania.

– Może spróbujemy…? Choć parę metrów… i się przekonamy.

Widać było, że Adam też miał ochotę dokończyć wędrówkę i zdobyć Krywań. Piotr rozglądał się wkoło.

– Wiecie… z przykrością, ale muszę poprzeć Renatę. To nie byłoby rozsądne wchodzić tam dzisiaj.

Majka przystanęła zszokowana. Jak nie dziś, to kiedy?! Tyle wysiłku, tyle starań i wszystko na nic? Są przecież tak blisko. Może, jeśli zachowają ostrożność, uda im się wejść bezpiecznie.

– Maja, schodzimy. Oni mają rację. Nie ma co ryzykować. – Adam, który od początku próbował podjąć decyzję za wszystkich, w końcu się poddał.

Dziewczyna bezwolnie zaczęła schodzić w ślad za nimi. W jej myślach trwała burza. Przystawała, by za chwilę znów podążać za przyjaciółmi. Przeszła tak może z dziesięć metrów i gwałtownie się zatrzymała. Odwróciła się w stronę szczytu i zrobiła dwa niepewne kroki, jakby nie była do końca przekonana, czy podjęła słuszną decyzję. Czuła, że bardzo chce tam wejść. Chce choć ten szczyt przywieźć ze sobą z tego wyjazdu. Choć ten jeden.

– Słuchajcie! – zawołała do swoich towarzyszy. – Ja idę!

Renia i Adam natychmiast wrócili do Majki. Piotr – który był najbliżej – spojrzał uważnie w jej oczy.

– Majka, to nie jest rozsądne – zaprotestował ostro.

Kobieta wzięła głęboki wdech i potarła nerwowo ramiona.

– Idę… i nic mnie nie powstrzyma. Będę ostrożna – obiecała. – Zaczekacie przy samochodzie?

Renia chciała zawrócić nierozważną koleżankę, ale Majka upierała się jak osioł. Żadne argumenty do niej nie docierały. Była dorosła i nie mogli nakazać, żeby z nimi zeszła, zwłaszcza, że bardzo chciała spróbować swoich sił.

Renata, Piotr i Adam zaczęli schodzić. Maja stała w miejscu i obserwowała ich z mieszanymi uczuciami. Wcale nie czuła się tak pewnie, jak twierdziła. Nieco dziecinnie wierzyła, że kiedy zobaczą jej determinację, może pójdą za nią.

Nie zawrócili, a ona doszła do wniosku, że i tak spróbuje. W końcu człowiek zawsze zostaje ze wszystkim sam – uznała filozoficznie. Ze swoimi myślami, rozterkami i decyzjami, które nawet przy dobrych radach i wsparciu bliskich ostatecznie należą tylko do niego. Tak samo jak ich konsekwencje. Choć ona w tej chwili tak bardzo pragnęła zdobyć Krywań, że nie potrafiła trzeźwo ocenić sytuacji.

Westchnęła i odwróciła się w stronę szczytu. Skały tonęły we mgle. Patrząc uważnie pod nogi, Maja zaczęła iść. Małymi kroczkami. Nie jest tak źle, pomyślała.

Przez cały czas w napięciu wypatrywała kolejnych niebiesko-białych znaków pokazujących przebieg szlaku. Przystawała przy nich i w głowie robiła sobie projekcję przejścia po dalszym odcinku drogi z coraz większymi głazami.

Weszła w mleko. Mgła otoczyła ją z każdej strony. Otulała jak kokon, niestety niezbyt bezpieczny. Widoczność zmniejszyła się do jednego metra. Cisza grzmiała w uszach, a głośno dudniące serce Majka czuła aż w gardle.

Przystanęła. Rozejrzała się w panice. Zimna kropla potu spłynęła jej po plecach. W tej jednej chwili zdała sobie sprawę, że znalazła się poza szlakiem. Nie widziała nigdzie dających nadzieję oznaczeń.

Bała się wykonać choćby jeden krok. Skały były mokre i śliskie jak wypolerowane szkło. Zgubienie drogi w tym miejscu prowadziło do tragedii, bo każde potknięcie mogło się źle skończyć.

Stała i czekała, choć sama do końca nie wiedziała, na co. Mgły kołowały. Aż wreszcie odsłoniły fragment zbocza, na którym Majka dostrzegła biało-niebieski znak. Westchnęła z ulgą. Szlak był jakieś trzy metry wyżej. Ostrożnie przedostała się tam i jeszcze bardziej wzmogła swoją uwagę. Stąpała małymi kroczkami, bo wiedziała, że jest już naprawdę wysoko.

Dotarła bowiem do punktu, który wyglądał jak skalna pochylnia. Wypłaszczonym czterometrowym odcinkiem pruła z zaciętością woda. Dużo jej trochę, pomyślała dziewczyna. Przystanęła i spojrzała w górę. Szlak biegł dokładnie wzdłuż tej szerokiej rynny, jednak szczyt był tak blisko… Charakterystyczny krzyż na Krywaniu co chwilę znikał pod napierającymi chmurami.

Majka przeniosła wzrok na skały przed sobą. Zdawała sobie sprawę, że jest ślisko, ale nie było innej drogi, żeby wejść wyżej. Zaczęła bać się jeszcze bardziej. Znowu pomyślała, że wystarczy niewielkie potknięcie i poleci w dół. Sunąca po kamieniach woda nie pozwalała jej ruszyć z miejsca.

Tak bardzo pragnęła wejść na szczyt, jednak strach ją sparaliżował. Przełknęła ślinę. W uszach szumiało, a serce waliło tak mocno, jakby chciało wyrwać się na wolność. A może góra mnie nie chce? Dziwne myśli zakołowały w głowie Majki.

Spojrzała znów w stronę szczytu skrytego w chmurach.

– Dobra, góro! – Tupnęła nogą. – Liczę do dziesięciu! Jak mi się ukażesz, to będzie dla mnie znak, że chcesz, żebym weszła! Okej?! – zawołała. – Dobrze, że nikt mi nie odpowiedział – roześmiała się lekko histerycznie, próbując ironią pokryć strach. – Zaczynamy. Jeden! Dwa…!

Wierzyła, że jest w tym coś więcej. Wierzyła w znaki i z nadzieją w sercu czekała właśnie na jeden z nich.

– Trzy…!

Odsłońcie ją, zaklinała w myślach wiszące chmury.

– Cztery, pięć…!

Westchnęła głęboko i złożyła dłonie jak do modlitwy.

– Sześć…

Zagryzła na moment wewnętrzny kącik ust.

– Siedem…

Zimna kropla spłynęła jej po policzku. Kiedy dotarła do warg, Maja poczuła słony smak własnego potu. Chmury wisiały nieubłagane. Otulały szczyt, wciąż go chroniąc. A może to Majkę chroniły?

– Osiem… No bez jaj, przecież ja muszę… powinnam tam wejść… – Głos dziewczyny brzmiał coraz bardziej błagalnie. – Dziewięć… Dziewięć i pół… Góro!

Patrzyła z napięciem tam, gdzie spodziewała się dojrzeć krzyż. Chmury jednak trwały uparcie na swoim miejscu. Pokaż się, pokaż, zaklinała rzeczywistość.

– Dziewięć i trzy czwarte… – Zwiesiła głowę i wyszeptała: – Dziesięć.

Nie dziś… Zrozumiała.

Stała jeszcze parę minut, rozglądając się wkoło. Gdy poczuła, jak bardzo zmarzła, ruszyła w drogę powrotną, żeby się odrobinę rozgrzać. To właśnie wtedy rąbnęła pośladkiem o kamień.

Spojrzała w niebo i wykrzyknęła:

– Za co?! Przecież się wycofałam.

Miała wrażenie, że została ukarana za swój upór. A może… Może to było ostrzeżenie, żeby nigdy więcej w ten sposób nie ryzykowała? Pocierając bolący tyłek, schodziła coraz niżej. Odwracała się przy tym co chwilę. Wciąż nie dowierzała, że była tak blisko i się poddała.

Zagrzmiało.

– O tak… Jeszcze tylko burza mi potrzebna do pełni szczęścia. Najlepiej z gradem – wymruczała.

W następnej sekundzie grad zaczął walić w jej głowę jak w bęben.

– Bardzo, kurwa, śmieszne – sapnęła zszokowana.

Kilka lodowych kulek wpadło jej za kołnierz. Narzuciła kaptur i szła dalej. Kiedy dotarła do rozdroża, uznała, że najgorsze ma już za sobą.

Przyspieszyła. W międzyczasie odczytała SMS-a, w którym Renata informowała, że dotarli do samochodu i czekają. Majka sprawdziła czas podany na tabliczce znajdującej się na rozdrożu szlaków i odpisała, że idąc dobrym tempem, ma do nich bite dwie godziny drogi.

Grad stopniowo przestawał padać. Z nieba siąpił już tylko drobny deszcz. Majka mimo dobrego ubioru była przemarznięta. Kiepski nastrój dziewczyny pogłębiał się z każdym krokiem. Im bardziej oddalała się od niedawno przeżytego zagrożenia, tym większe odnosiła wrażenie, że mogłaby wejść na ten szczyt. Zdobyte do tej pory dwutysięczniki dodawały skrzydeł. Zaczynała wierzyć, że może wszystko, co z czasem przedkładało się na codzienność. Żyło się dzięki temu piękniej i łatwiej, ale dziś Maja poczuła, jakby ktoś podciął jej skrzydła.

Rozległ się dźwięk kolejnego SMS-a, a  na ekranie wyświetliła wiadomość: „Jedziemy na kwatere, bo zmarzlismy. Daj znac, jak bedziesz blisko parkingu. Ktos po ciebie podjedzie”.

Wzruszyła ramionami. W tej chwili było jej już wszystko jedno.

Szła niespiesznie i ze zwieszoną głową schodziła z gór. Jej marzenia właśnie legły w gruzach, bo nie udało jej się zdobyć żadnego tatrzańskiego dwutysięcznika.

Piotr już na nią czekał. Kiedy wsiadła do samochodu, spytał, czy zdobyła szczyt. Spojrzała na niego bez słowa, a on pod naporem jej ciężkiego wzroku nie czekał na odpowiedź i o nic już nie dopytywał.

Droga mijała w ciszy. Przynajmniej na zewnątrz, bo w duszy Majki trwała głośna rozmowa rozumu z sercem. Z każdym kolejnym kilometrem dziewczyna nakręcała się coraz bardziej. Jej choleryczny charakter wziął ją we władanie, a im bliżej byli kwatery, tym większe rosło w niej przekonanie, że gdyby zostali tam razem, asekurowali się i wspierali, to by weszli na górę.

Kiedy chłopak zaparkował pod domem, wyskoczyła z samochodu jak z procy. Wpadła do przedsionka i usiadła z impetem na ławeczce. Z trudem rozwiązywała zmoczone buty, kiedy kolega wyminął ją i poszedł na górę.

– Nie weszła – usłyszała po chwili.

Uporała się w końcu z butami i powlokła za nim. Adam z Renią leżeli na kanapie. Ich rozleniwione miny doprowadziły Majkę do szału.

– Ty, ty i ty! Wypierdalać ze znajomych! Mogliśmy tam wejść! – Stała w drzwiach i drżącym palcem dźgała powietrze przed trojgiem przyjaciół.

– Maja! – roześmiał się Piotr. – Ależ ty jesteś zawzięta!

Biolog patrzył na dziewczynę z mieszaniną podziwu i rozbawienia. Podobała mu się. Mimo iż Majka traktowała go jak kolegę, nie tracił nadziei, że kiedyś spojrzy na niego jak na mężczyznę. A przecież było na co popatrzeć. Barczysty, wysoki brunet, z włosami na jeża podobał się wielu kobietom. Tylko nie Majce. Czasem zastanawiał się, dlaczego. Gdyby wiedział, może bardziej zadbałby o swoje uzębienie, bo w przeciwieństwie do niego, Majka miała na tym punkcie totalnego bzika. U mężczyzn zwracała uwagę na dłonie, oczy i zęby. Te ostatnie musiały być zdrowe i śnieżnobiałe – choć niekoniecznie jak u znanego aktora. A to u Piotra zdecydowanie kulało. Szkoda.

Renia przytulona do Adama spojrzała na Majkę z pobłażliwym uśmiechem.

– Wejdziemy tam następnym razem – odezwał się Adam. – Nie przesadzaj. Świat się nie kończy.

Jednak zdenerwowana dziewczyna nie zamierzała przedłużać tej bezsensownej – w jej odczuciu – rozmowy. Ich lekceważący stosunek do niej, ranił. Dlatego zrzuciła plecak, nalała sobie szklankę gorącej wody i poszła do pokoju. Oczywiście żartowała z tym wyrzucaniem ich z grona znajomych, ale tylko odrobinę, bo nadal uważała, że gdyby byli tam razem, weszliby na szczyt. A tak…

Zadzwoniła do domu.

– Babciu…! Nie zdobyłam żadnego dwutysięcznika – wyrzuciła z siebie bez żadnych wstępów.

– Mnie też miło cię słyszeć, Majeczko. – W ciepłym głosie kobiety pobrzmiewał śmiech.

Dziewczyna zdjęła mokre skarpety i poruszała palcami u stóp. Pomarszczone i zmarznięte były białe jak śnieg.

– Śmiejesz się ze mnie? – spytała, po czym upiła łyk wody.

– Nie, dziecko. Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa. Góry nie zając, nie uciekną.

Wnuczka oczyma wyobraźni ujrzała dobrotliwą twarz babci i  lekko się uśmiechnęła.

– Tak, nie uciekną… – powtórzyła, choć nie do końca się z nią zgadzała.

– Jutro wracacie?

– Tak, ale nie czekaj, bo przyjedziemy pewnie późno w nocy.

Porozmawiały jeszcze chwilę i się pożegnały. Maja uspokojona, że u babci wszystko w porządku, poszła wziąć gorący prysznic. Namydlając się, w myślach znów przeżywała moment paniki, który ogarnął ją pod szczytem. To nie było miłe wspomnienie.

Mimo wszystko trudno jej było pogodzić się z przegraną. Nie cierpiała przegrywać.

Rozdział 4

Rzędy regałów zdawały się nie mieć końca. Cassiell odnosił więc wrażenie, które graniczyło z pewnością, że nigdy nie uda mu się przejść całej biblioteki. Nawet kiedy patrzył w górę, widział, jak ogromne wolumeny stają się coraz mniejsze i mniejsze, ale nie nikną. Zawsze go to zachwycało. Ogrom Wszechświata był niezmierzony. Myśl ta napełniała go dumą i bezwarunkową miłością. Uczył się co prawda wszystkiego, ale sam fakt, że mógł przystąpić do tej nauki, stanowił dla niego ogromne wyróżnienie.

Gdy potrzebował odnaleźć konkretną księgę lub temat, wystarczyło, że o tym pomyślał. W jednej sekundzie materializował się dokładnie naprzeciwko właściwego dzieła, które chyba tylko dla efektu migotało na grzbiecie ciepłym ogniem liter. Brał z sobą taką książkę i siadał przy jednym z ciągnących się wzdłuż regałów stołów.

Teraz skupiał się nad Kronikami Akaszy dotyczącymi ich podopiecznej. Za chwilę miało rozpocząć się spotkanie i Cassiell chciał się do niego dobrze przygotować.

Majka należała do grupy piętnastu dusz, nad którymi on, Asadiel i jeszcze kilkunastu innych aniołów sprawowali opiekę. Byty te przez wieki zawsze znajdowały się blisko siebie, często zdarzało się nawet, że chodziło o dusze, które się podzieliły, a zadaniem ich opiekunów było doprowadzić do tego, żeby ponownie w następnych wcieleniach się odnalazły. Jednak biorąc pod uwagę wolną wolę, warunki panujące w Polsce w dziewięćdziesiątym dziewiątym, możliwości, jakie dawał rozwijający się świat oraz niezależność, jaką prezentowali śmiertelnicy, okazywało się to dużo bardziej skomplikowane, niż sobie wyobrażali. Zwłaszcza że ludzie w żaden sposób im tego nie ułatwiali.

Cassiell zaczynał rozumieć swojego towarzysza, który humorem i żartobliwym podejściem do podopiecznych starał się rozładować czasem trudne sytuacje. On sam jeszcze tego nie umiał. Wciąż bardzo przeżywał, kiedy komuś działa się jakaś krzywda, choć pojął już, że bez nauczki, nie ma lekcji.

Poczuł nagle, że go przyzywają. Zamknął więc książkę i udał się na spotkanie.

Z daleka zauważył serdeczną Emmanuellę – opiekunkę ich anielskiej grupy. Jej siwy koczek i zawsze uśmiechnięta twarz sprawiały, że zjednywała sobie wszystkich. Natomiast długa srebrna sukienka powodowała, że jej postać wyglądała jak promień księżyca. Smukła i świetlista.

Ariel, która od dzieciństwa opiekowała się Jarkiem Wesołowskim, śmiała się zaraźliwie z tego, co opowiadał Asadiel, a fioletowe włosy tańczyły wokół jej twarzy.

Indianin odwrócił się w stronę nadchodzącego Cassiella.

– O, jesteś! Opowiadam właśnie o tym, jak Majka rąbnęła o kamień.

– To musiała być bolesna lekcja. – Emmanuella zmrużyła oczy i delikatnym ruchem odgarnęła kosmyk anielskich pukli.

– Czasem inaczej się nie da, jak mawia mój mistrz. – Cassiell podszedł do nich. – Po co się dziś spotkaliśmy?

Popatrzył z ciekawością na troje stojących najbliżej. Wkoło wirowały inne postacie, ale każda była czymś zajęta. Widocznie temat, jaki mieli poruszyć, dotyczył tylko ich czworga.

Zielono-niebieskie pnącza zwisały pomiędzy nimi, wydzielając delikatny zapach, przywodzący na myśl alpejskie łąki. Cassiell lubił włączać zmysł węchu. Czuł się wtedy tak, jakby nadal był na Ziemi.

– Musimy obmyślić strategię na najbliższy czas, bo inaczej oni mogą nigdy się nie spotkać – rzekła zdecydowanym głosem Emmanuella.

– Wybrali inne drogi, niż te zapisane w kronikach – dodała z namysłem Ariel.

Cassiell spojrzał na Emmanuellę.

– Tak, widziałem. Przed chwilą studiowałem wolumin. Ale przecież…

– Tak, oczywiście, to jedna z opcji w ich życiu – wtrącił Asadiel. – To też zostało przewidziane w kronikach. Choć poprzednia była po prostu łatwiejsza do zrealizowania – zakończył dywagacje.

Wszyscy pochylili się ku sobie i zaczęli szeptać jak zawodowi spiskowcy. Ich rozmowę co chwilę przerywał chichot. Świetnie się bawili, wyobrażając sobie niektóre sytuacje.

– Dobrze, teraz wystarczy tylko wszystkiego dopilnować. – Emmanuella potoczyła wokoło ciepłym wzrokiem.

Asadiel zmarszczył czoło.

– Majka nam tego nie ułatwi.

– Bo nie wie, że to dla jej dobra. – Cassiell zawiesił głos. – Poza tym…

– …sama go wybrała, prawda? – Ariel uśmiechała się szeroko, zadowolona, że i ona dołożyła swoją cegiełkę, do tej, było nie było, niezwykle ważnej rozmowy.

Lekki wiatr poruszył jej różową sukienką, a zapach fiołków stał się bardziej intensywny.

– Ona po prostu jeszcze nie rozumie, że każde jej wyzwanie to krok ku czemuś większemu – powiedziała Emmanuella. – Ale musi się też nauczyć pokory.

Cassiell spojrzał porozumiewawczo na swojego nauczyciela.

– O świetliste nieszczęście! Pokory? To w jej przypadku będzie trudne – mruknął Asadiel. – Widziałaś, jak tupnęła nogą, tam pod szczytem? Jakby chciała przekonać sam Krywań, że go zdobędzie.

– A wiesz? Czasami góra odpowiada – rzuciła z tajemniczym uśmiechem Ariel.

Majka otworzyła oczy i przeciągnęła się leniwie. Jak dobrze, że wzięła urlop na poniedziałek i nie musiała iść do pracy. Co prawda, wolny dzień miał być odpoczynkiem po wyrypie górskiej, której przecież nie było, ale i tak postanowiła wykorzystać go w pełni. A przynajmniej jego pozostałą część, bo zbliżała się jedenasta.

Wyskoczyła energicznie z łóżka i – po szybkiej toalecie – ubrała się w szary dres, po czym zbiegła na parter. Czekoladowe loki dziewczyny podskakiwały z każdym krokiem. Nęcący zapach naleśników wołał ją gromkim głosem.

Wpadła do kuchni, a jej zielone oczy rozbłysły. Zobaczyła babcię, która dokładała na talerz kolejny usmażony na złoto placek. Majka chwyciła jeden z nich i wpakowała sobie do buzi.

– Zakrztusisz się, urwipołciu! – Babcia pacnęła ją żartobliwie łopatką.

– Zdzisławo, to tak witasz ukochaną wnuczkę?! – Dziewczyna objęła pulchne ciało ukochanej starowinki, której siwe, wymykające się z kitki włosy załaskotały ją w twarz.

Zdzisia przytuliła Majkę tak, jakby ta wróciła z wyprawy na Biegun Północny, a nie z kilkudniowego wyjazdu w Tatry. Kobieta sięgała wnuczce zaledwie do brody. Pełna twarz z trzema podbródkami emanowała spokojem. W oczach staruszki migotały iskierki znamionujące jej pogodne usposobienie i skłonność do żartów. Ubrana w wygodne getry i kolorową tunikę nosiła się jak młoda dziewczyna. I taka też była duchem. Miała lekko ironiczne podejście do życia, zachłanność na przygody i wiążące się z nimi emocje. Zupełnie jak Maja.

– Ukochana wnuczka niech usiądzie do stołu i opowie mi na spokojnie, jak tam było. – Zdzisława pogłaskała ją po ramieniu i wskazała miejsce przy stole, na którym postawiła półmisek z plackami.

Wyłączyła kuchenkę, zabrała z blatu miseczkę ze śmietaną, a także dżem truskawkowy i też usiadła. Majka pałaszowała już drugiego naleśnika.

– Nie za bardzo jest o czym opowiadać… – westchnęła, po czym oblizała łyżkę pełną śmietany. – A gdzie Kira? – zapytała z pełnymi ustami.

– Na dworze. – Zdzisława zmarszczyła czoło, patrząc na wnuczkę. – Młoda damo, pozwolę sobie stwierdzić, że jesz jak chłop przy sianokosach. Nieelegancko i łapczywie.

Kawałek naleśnika wypadł z ust Majki i wylądował na jej bluzie. Babcia skrzywiła się mimowolnie.

– Nigdy nie znajdziesz dobrego mężczyzny, jeśli będziesz się tak zachowywać.

Majka przewróciła oczami i przełknęła spory kęs.

– Babciu, ale po co mi on? Mam ciebie i Kirę. Nikt więcej nie jest mi do szczęścia potrzebny – roześmiała się. – A już najmniej jakiś głupi chłop. Poza tym, jeśli ma być ze mną dla mojej elegancji, to już wolę do końca życia być sama – dodała z mocą i zmarszczyła czoło, przypominając sobie byłego narzeczonego.

Staruszka czytała z jej twarzy jak z otwartej księgi.

– Nie jest dobrze żyć samotnie, … wierzę, że kiedyś to do ciebie dotrze. A nie wszyscy są tacy jak Przemek.

Majka zmrużyła oczy, ale postanowiła nie przedłużać dyskusji. Babcia zmieniła więc temat:

– No! To jak tam było na wyjeździe? – dociekała Zdzisława.

Majka streściła więc ostatnie dni w kilku słowach. Określiła je jako niefajne, deszczowe i tak naprawdę nudne. Jedynie nieudane wejście na Krywań wywołało w niej falę emocji. Zarzekała się, że tam wróci, i to niebawem, bo ten szczyt na nią czeka.

Zdzisława słuchała pobłażliwie.

Wnuczka jako pięciolatka była aniołkiem. To potem coś się jej odkleiło i stała się wioskowym łobuziakiem. Wracała z wypraw z okolicznymi dziećmi umorusana jak nieboskie stworzenie. Ale przynajmniej szczęśliwa.

Babcia dziewczyny zawsze powtarzała, że maluchy dzielą się na szczęśliwe i czyste, więc nawet kiedy psioczyła na wątpliwy stan zdartych kolan Majki lub jej ubrań, to w gruncie rzeczy i tak cieszyła się, że jest aktywna i radosna. A u babci na wakacjach z pewnością tak właśnie spędzała czas.

Wszędzie jej było pełno, wszystkiego chciała doświadczać już, teraz, natychmiast. Zdzisława śmiała się czasem, że gdy Bóg rozdawał cierpliwość i spokój, Majka stanęła drugi raz w kolejce po wdzięk i inteligencję oraz – niestety – nadpobudliwość.

Mimo że dziewczyna sama siebie nie doceniała, babcia doskonale znała jej zalety. Widziała również żarłoczne spojrzenia rzucane wnuczce przez mężczyzn czy to w kościele, czy na targu, z których staruszka potrafiła wiele wyczytać.

Martwiła się o to samotne dziecko swojej nieżyjącej córki. Krzyś miał własną rodzinę i świetnie sobie radził. Tylko los Majki spędzał jej sen z powiek. Starała się być dla dziewczyny opoką. Obdarzała ją miłością bezwarunkową, jednak wiedziała jedno: z dnia na dzień była coraz starsza. Siedemdziesiąty piąty krzyżyk na karku Zdzisławy spowodował, że poczuła, iż czasu ubywa, a pragnęła być na ślubie wnuczki, która notabene zbliżała się do trzydziestki.

Babcia zdawała sobie oczywiście sprawę, że to banał, bo od wieków rodzice martwią się o swoje pociechy, ale nie potrafiła przekuć tej obawy w nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Chciałaby dożyć chwili, kiedy zyska pewność, że po jej śmierci wnuczka nie zostanie sama jak palec.

Majka wstała szybko od stołu, jakby coś ją goniło.

– Dzięki, babciu! – krzyknęła. – Potem mogę pozmywać, bo lecę na spacer. Okej?

Nie czekając na odpowiedź, wybiegła przed dom. Czarna błyskawica wypadła z ogrodu, donośnie szczekając. Dziewczyna przykucnęła i pozwoliła psu polizać się po twarzy.

– Też się za tobą stęskniłam, bestyjko – wymruczała, patrząc na mordkę ulubieńca. – Idziemy na spacer? Kira, chodź!

Pies radośnie zaszczekał. Majka wzięła smycz, choć i tak pewnie jej nie użyją. Obie były wolnymi duchami i nie lubiły skrępowania.

Dom, w którym mieszkały, był rodzinnym domem Zdzisławy. To tutaj dorastała, a później spędziła szczęśliwe lata z mężem. Również w tych murach dorastała matka Majki. Ona sama zadomowiła się tu prawie trzy lata temu i teraz nie wyobrażała sobie lepszego miejsca na ziemi.

Kiedyś przyjeżdżała do babci w odwiedziny, a po tragicznej śmierci rodziców wprowadziła się na stałe. Nie było innej opcji.

Po pogrzebie każda z kobiet niby wróciła do swojej codzienności. Próbowały normalnie egzystować, o ile w ogóle można mówić o normalnym życiu po takiej tragedii. Gdy Maja dzwoniła do babci, zawsze wymieniały kilka sztywnych zdań i kończyły rozmowę, jakby bały się otworzyć szerzej wrota do oceanu bólu, w którym się nurzały.

Kiedy miesiąc później dziewczyna przyjechała na weekend, zastała dom w strasznym stanie i babcię zakopaną w łóżku. Ze zlewu wysypywała się sterta naczyń, a z podłogi piach można było zbierać szufelką. Wszędzie śmierdziało, ale kobiecie było to obojętne. Poddała się.

Majka zdała sobie sprawę, że nie może jej tak zostawić, bo za chwilę będzie na świecie sama jak palec. Kochała babcię i nie wyobrażała sobie, że ją też może stracić. A tak mogłoby się stać, gdyby pozwoliła staruszce mieszkać samotnie.

Dziewczyna wzięła kilka dni urlopu z powodów rodzinnych, a po tygodniu zdecydowała, że zostanie tutaj na dobre. Przebywanie w mieszkaniu po rodzicach za bardzo bolało, a z babcią u boku mogła spróbować żyć na nowo. Tak też się stało.

Majka wzięła głęboki wdech i gwizdnęła na psa, który obwąchiwał z zainteresowaniem kolejne drzewo. Czerwona cegła domu grzała się w słońcu. Lawenda – jedna z ukochanych roślin babci – posadzona wzdłuż ściany, pachniała upojnie, a samotny świerk, zasadzony przez dziadka dziewczyny, dawał przyjemny cień.

Minęły z Kirą furtkę i pobiegły łąką w dół. Skierowały się w stronę jeziora. Gdzie i z kim mogłoby mi być lepiej