Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
167 osób interesuje się tą książką
Czy można uciec od chaosu… trafiając prosto w jego środek?
Blake Harringhton zna tylko jedno życie – ciężką pracę na rodzinnym ranchu w Montanie. Po śmierci ojca to on dźwiga odpowiedzialność za ziemię, tradycję i obietnice, których nie wolno złamać. Spokój, rutyna i samotność są jego tarczą przed światem. Ostatnim, czego potrzebuje, jest ona.
Maddie Reeves wraca po latach do Honey Ridge. Gwiazda country, zmęczona show-biznesem i cudzymi oczekiwaniami, chce tylko jednego: ciszy. Remont starego domu po babci ma być jej nowym początkiem. Planem B. Bez sceny, bez blasku reflektorów… i zdecydowanie bez Blake’a Harringhtona.
Los jednak ma specyficzne poczucie humoru. Błoto Montany, zrujnowany dom i sąsiad, który pamięta ją lepiej, niżby chciała, sprawiają, że Maddie i Blake, dwoje ludzi z zupełnie różnych światów, zostają zmuszeni do dzielenia jednej przestrzeni.
Czy uprzedzenia okażą się silniejsze niż rodzące się uczucia?
I czy powrót do domu zawsze oznacza to samo?
„Coming Home” to komfortowy romans osadzony w klimacie Montany. Otulająca historia o drugich szansach, zderzeniu marzeń z rzeczywistością i o miłości, która rodzi się tam, gdzie nikt jej nie szukał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 132
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Coming Home
Ewelina Nawara
Wydawnictwo Inanna
Blake
Maddie
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Piękna wiosna w Montanie to kłamstwo.
Każdy, kto nie pochodzi stąd, wyobraża sobie ten czas jako festiwal dzikich kwiatów, błękitnego nieba i zwierzątek skubiących świeżą trawę przy akompaniamencie śpiewu ptaków. Turyści przyjeżdżają z tymi swoimi drogimi aparatami i wyprasowanymi flanelowymi koszulami w poszukiwaniu sielanki z pocztówek.
A jak wygląda nasza rzeczywistość? Bardziej przypomina błoto.
Tony, hektolitry, prawdziwe oceany pieprzonego błota.
Ziemista breja była wszędzie. Na moich butach, nadkolach mojego Forda, sierści bydła i jak się właśnie okazało, na mojej twarzy, po tym, jak naprężony drut ogrodzeniowy strzelił i chlasnął w kałużę, przy której od godziny klęczałem.
– Szlag by to – warknąłem, wycierając policzek wierzchem skórzanej rękawicy. Mogłem się jedynie cieszyć, że drut nie uderzył mnie prosto w twarz, chociaż dziś jeszcze wszystko przede mną.
Podniosłem wzrok na pochmurne niebo wiszące nisko nad Honey Ridge. Był koniec marca, co oznaczało, że sezon wycieleń trwał w najlepsze, a ja od dłuższego czasu nie przespałem więcej niż cztery godziny na dobę. Oczy mnie piekły, a w krzyżu czułem tępy ból, który stał się moim wiernym towarzyszem. Teoretycznie byłem zbyt młody, żeby narzekać na tego typu fizyczne niedogodności, ale na ranchu pracowałem od dziecka. Pięć tysięcy akrów ziemi, która utrzymywała naszą rodzinę od czterech pokoleń. I która teraz, trzy lata po śmierci taty, zdawała się testować moją cierpliwość. To nie była tylko ziemia. To była obietnica i spuścizna, której nie mogłem zaprzepaścić. Tata stał się moim bohaterem, wzorem, który chciałem naśladować, więc każdego ranka wstawałem i pracowałem na ranchu Harringhtonów, oddając posiadłości wszystko, co miałem. Moje starsze rodzeństwo nigdy nie było zainteresowane prowadzeniem tego miejsca, choć jako dzieci wszyscy wypełnialiśmy tu swoje obowiązki, szybko dali znać, że wolą pójść własną drogą, i rodzice to uszanowali. Ja natomiast zawsze czułem się najlepiej tutaj. Wiedziałem, że to jest moje miejsce na ziemi. I dlatego tata przekazał rancho mnie. Po jego śmierci mama wytrzymała tu kilka miesięcy, podczas których pomagała nam pogodzić się ze stratą. Ale gdy tylko się upewniła, że jakoś dajemy radę, spakowała swoje rzeczy i wyjechała do ciotki na Florydę.
Wsiadłem do ukochanego Forda i spojrzałem na zegarek. Kurwa, Riley mnie zabije. Piątkowe kolacje rodzeństwa Harringhtonów były świętością, od kiedy zostaliśmy tu tylko we trójkę. Wpadłem szybko do domu, wziąłem prysznic i pojechałem, modląc się, by siostra była dziś w dobrym nastroju. Zaparkowałem pod barem, który prowadziła. Gdy tylko pchnąłem ciężkie drzwi, uderzyły mnie ciepło, zapach smażonych burgerów i taniego piwa oraz dźwięki muzyki country sączącej się z głośników.
– No proszę, któż to zaszczycił nas swoją obecnością! – Głos Brody’ego przebił się przez gwar.
Starszy brat siedział w naszym stałym boksie w rogu i szczerzył zęby w uśmiechu.
– Zamknij się – mruknąłem, zsuwając wilgotny kapelusz z głowy. Przeczesałem dłonią jasne włosy, które prosiły się o wizytę u fryzjera od dobrego miesiąca, ale ciągle nie miałem na to czasu.
Usiadłem naprzeciwko niego. Brody pchnął w moją stronę butelkę piwa.
– Wyglądasz jak gówno – powiedział, wyszczerzony niczym totalny głupek.
– Dzięki. Ty za to wyglądasz, jakbyś zupełnie się nie przemęczał – odgryzłem się i wziąłem łyk piwa.
Choć wiedziałem, że po zimowym spokoju firma budowlana Brody’ego zaczynała mieć teraz ręce pełne roboty.
– Chłopcy, jeśli zaraz nie przestaniecie mierzyć swojego ego, wyrzucę was obu. – Riley pojawiła się obok i położyła na stole koszyk z frytkami i nachosami.
Siostra, choć drobniejsza od nas, miała ten sam upór w oczach co my. Wychowana z dwójką braci szybko musiała się nauczyć, jak sobie z nami radzić.
– Ciężki dzień? – zapytała, siadając obok mnie.
– Sezon wycieleń – westchnąłem, po czym wziąłem długi łyk zimnego piwa. Więcej nie tłumaczyłem, dorastała na ranchu, wiedziała, co to oznacza. – Dwie jałówki mają problemy, weterynarz jest wiecznie zajęty, a ogrodzenie przy północnym pastwisku postanowiło, że to zajebiście dobry czas, żeby przestać istnieć.
– Jesteś zrzędą – stwierdził Brody.
– A ty masz mentalność nastolatka – mruknąłem.
Riley przerwała naszą wymianę uderzeniem dłoni w stół i westchnęła.
– Słuchajcie, wybaczcie, że zakłócam wam te wasze cotygodniowe braterskie uprzejmości, ale mam ploteczki.
– Co się stało? – zapytałem, bo ploteczki, które przekazywała nam siostra, z reguły dotyczyły jakiejś zmiany w miasteczku.
– Pamiętacie dom pani Gable? Ten wiktoriański, na wzgórzu, graniczący z twoim ranchem, Blake?
– Tę ruinę? Jasne. Myślałem, że spadkobiercy wystawią ją na sprzedaż i będę mógł całość tanio kupić.
Riley pokręciła głową, a na jej ustach pojawił się ten tajemniczy uśmiech.
– Nie jest na sprzedaż. Wnuczka pani Gable przyjeżdża do Honey Ridge i zamierza zamieszkać w domu i go wyremontować.
– Która? Ta z Chicago? – zapytał Brody, bo pani Gable miała dwie wnuczki, obie wyjechały z miasteczka dawno temu.
– Ta z Nashville – poprawiła go Riley. – Maddie Reeves.
I nagle to imię uderzyło we mnie jak obuchem. Maddie Reeves.
Wspomnienia wróciły niemal natychmiast. Tę dziewczynę zapamiętałem jako… cholernie wkurzającą. Nosiła te swoje sukienki w kwiaty i była głośna, wszystko wiedząca, a do tego obracała się w kręgu popularnych dzieciaków. Pamiętam, jak kiedyś narzekała na mnie i moją rodzinę, że hodujemy bydło, i oświadczyła, że „zwierzęta mają duszę”, a my niszczymy ich piękno.
– Ta mała wariatka? – zapytałem, czując, jak kark mi sztywnieje. Ostatnie, czego teraz potrzebowałem, to Maddie Reeves jako moja sąsiadka. – Myślałem, że została panią prawnik czy jakąś inną ważną personą.
– A widzisz, bardziej nie mógłbyś się pomylić. Serio się zastanawiam, czy wy mnie kiedykolwiek słuchacie. Maddie to piosenkarka country – wyjaśniła Riley, a gdy się skrzywiłem, dodała: – Tak, ta sama Maddie Reeves, której muzykę czasami tutaj włączam. Przyjeżdża w ten weekend, więc nie masz zbyt dużo czasu na przetrawienie tej wiadomości, Blake. Podobno chce odnowić dom po babci i… tu uwaga… „wyciszyć się po toksycznym świecie show-biznesu”.
Prychnąłem głośno, bo dawno nie słyszałem większej bzdury.
– „Wyciszyć się”? W Honey Ridge? Ona przyjechała tu pisać piosenkę o życiu na ranchu, zobaczysz. Ale się zdziwi, bo znajdzie tu tylko błoto i nudę. Wyjedzie, zanim skończy się czerwiec.
– Nie wiem. – Riley wzruszyła ramionami. – Podobno rzuciła wytwórnię i odwołała trasę koncertową. Według mnie brzmi to jak raczej poważny kryzys. Poza tym zapominasz, że Maddie się tu wychowała, więc ma świadomość, jak wygląda Honey Ridge wiosną.
– Brzmi to jak kłopoty – poprawiłem ją i dopiłem piwo. – Ostatnie, czego potrzebuję, to miastowa gwiazdka tuż za moim płotem, która będzie narzekać na zapach obornika przeszkadzający jej w śpiewaniu czy coś takiego…
– Może wyładniała? Chociaż i tak miała niesamowity uśmiech. – Brody się wyszczerzył.
Mówiłem już, że jest głupkiem?
– Nieważne – uciąłem temat, by dłużej nie rozmawiać o tej dziewczynie. – Tak długo, jak będzie się trzymać swojej strony płotu, nic mnie nie obchodzi. A teraz siostrzyczko, dasz nam coś porządnego do zjedzenia?
Riley prychnęła, ale na szczęście porzuciliśmy temat Maddie Reeves. Zamiast tego mogłem posilić się porządnym burgerem, spędzić czas z rodzeństwem i choć na chwilę przestać myśleć o obowiązkach na ranchu.
Gdy wyszedłem z baru, na zewnątrz szalała w najlepsze ulewa. Naciągnąłem kapelusz na oczy i pobiegłem do samochodu. Droga powrotna na rancho była koszmarem. Kiedy dojeżdżałem do rozwidlenia, zobaczyłem coś dziwnego, coś, co sprawiło, że zwolniłem. Światła awaryjne przebijały się przez ścianę deszczu, a na poboczu, choć raczej w rowie, stał mały samochód. Zakląłem siarczyście, ale zjechałem i oświetliłem nieznane auto reflektorami. Zostawiłem włączony silnik i wysiadłem wprost w strugi deszczu. Podszedłem do żółtego pojazdu, a szyba od strony kierowcy uchyliła się niemal natychmiast. W oknie zobaczyłem burzę włosów w odcieniu truskawkowego blondu, które wyglądały, jakby właśnie przegrały walkę z wilgocią, i parę wielkich zielonych oczu.
– Cześć! – krzyknęła, by przebić się przez deszcz. Jej głos był melodyjny i opanowany jak na zaistniałą sytuację. – Chyba mam mały problem!
Spojrzałem na koła, które zapadły się w błocie.
– Mały? – powtórzyłem, czując, jak woda spływa mi po nosie.
– GPS powiedział, że to najlepszy skrót! – broniła się, uśmiechnięta niepewnie, ale z tą zaraźliwą iskrą, którą pamiętałem. – Czekaj, ja cię znam. Blake, prawda? Jestem Maddie Reeves.
– Niestety – odparłem sucho, żałując, że rodzice tak dobrze mnie wychowali, zatrzymałem się, by sprawdzić, co się stało. – Wysiadaj. Nie wyciągnę tego auta dzisiaj…
– Ale… moje rzeczy… mój kot! I gitara! – Wskazała kciukiem na tylne siedzenie, gdzie w transporterze siedziało coś dużego, puchatego, a obok leżał futerał.
– Weź kota i gitarę – warknąłem. – Rzeczy mogą zostać, nikt ich nie ukradnie.
Maddie zawahała się przez chwilę, po czym pokiwała głową. Otworzyła drzwi i wysiadła prosto w głęboką kałużę. Pisnęła zaskoczona niespodziewanym kontaktem z zimną wodą, a ja zerknąłem na białe buty dziewczyny. W tym czasie chwyciła transporter, małą torbę i futerał z gitarą, po czym spojrzała na mnie, a na jej twarzy mimo deszczu pojawił się ten uśmiech, który mógłby roztopić lodowiec.
– Dzięki, Blake. Zawsze byłeś rycerzem w lśniącej zbroi. Nawet jeśli ta zbroja to brudna kurtka Carhartt.
Poczułem irytację i coś, czego nawet nie chciałem nazywać.
– Nie przyzwyczajaj się – mruknąłem i odwróciłem się gwałtownie do pick-upa, by nie widziała, że kącik moich ust drgnął. – I nie zabłoć mi tapicerki.
Wiosna w Montanie to kłamstwo. Ale w tym roku z pewnością sprowadziła do Honey Ridge nowy chaos. Cholernie piękny, choć irytujący, zielonooki chaos.
Byłam totalną kretynką.
I nie tylko dlatego, że zupełnie zapomniałam, jak wygląda wiosna w Honey Ridge, że włożyłam białe trampki i posłuchałam pieprzonego GPS-a, przez co wjechałam do rowu.
Byłam kretynką, bo siedziałam w ciepłym wnętrzu Forda należącego do Blake’a Harringhtona, cała mokra i umazana błotem, tuląc do siebie transporter z Dolly i futerał z moją najcenniejszą gitarą, i nie wiedziałam, co powiedzieć. Przed momentem nazwałam go rycerzem w lśniącej zbroi, a teraz miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Atmosfera w aucie zdawała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Obok mnie siedział najbardziej ponury i jednocześnie najatrakcyjniejszy kawałek zrzędy, jaki widział świat. Albo przynajmniej jakiego ja widziałam.
Blake Harringhton.
Wciąż prezentował się jak kowboj z reklamy w popularnym pisemku, tylko mroczniejszy niż przed laty. Ciemna kurtka i ten spłowiały kapelusz sprawiały, że wyglądał dokładnie tak, jak spodziewasz się tego po kowboju z Montany. Był też dużo wyższy, niż zapamiętałam, i miałam prawie pewność, że pod tą kurtką kryły się prawdziwe mięśnie, wyćwiczone ciężką pracą, a nie sterydami. W ogóle, na Boga, on po prostu wyglądał jak facet, który doskonale wie, jak zawrócić kobiecie w głowie.
– Czyli… piosenkarka country – mruknął, nie odrywając wzroku od drogi.
To jedyne, co powiedział, od kiedy wgramoliłam się do jego pick-upa razem z całym błotem i deszczem.
– Tak, zgadza się – odpowiedziałam, udając obojętność. – Maddie Reeves, piosenkarka country – dodałam, ale kompletnie tego nie czułam. Odbierałam to jak coś obcego, niczym historię cudzego życia. – Chociaż wiesz co? Teraz jestem zwyczajną Maddie. Albo, jak woli prasa, „upadającą i szukającą wyciszenia” byłą gwiazdką country.
– Szukającą wyciszenia – prychnął, a ja zrozumiałam, że nie wierzył w moje słowa. – W Honey Ridge wiosną?
– Wiem, wiem. Brzmi jak kiepski żart. Zwłaszcza że już na wjeździe do miasteczka mój Bumblebee wylądował w rowie – zaśmiałam się, ale Blake nawet nie drgnął.
– To nie jest kiepski żart, Maddie. To Montana. Tu nie znajdziesz wyciszenia, tu się ciężko pracuje. Zwłaszcza wiosną.
– Właśnie dlatego tu przyjechałam. Ostatnie trzy lata były niekończącą się trasą koncertową, wytwórnia kontrolowała każdy mój oddech, krok i tekst, który napisałam. Mam dość – westchnęłam i odwróciłam głowę, żeby nie widział łez, które nieproszone pojawiły się w moich oczach. – Dosłownie potrzebowałam ucieczki od tego wszystkiego i spokoju.
Przez chwilę panowała cisza przerywana tylko dźwiękiem wycieraczek i prychaniem Dolly w transporterze, która nie była fanką ani podróży, ani deszczu.
– A dom babci? – zapytał, a jego głos troszkę złagodniał. – Naprawdę chcesz go wyremontować?
– Muszę. Babcia zapisała mi swoje lokum, pod warunkiem że je naprawię i chociaż przez kilka miesięcy w roku będę w nim mieszkać. Poza tym to jedyne, co mi po niej zostało. Chcę stworzyć sobie w nim własny azyl. Miejsce, gdzie nikt nie będzie kazał mi się na siłę uśmiechać i śpiewać bzdur o złamanych sercach, chociaż tego nawet nie doświadczyłam.
Szybko kiwnął głową, a ja poczułam ulgę, że na chwilę porzucił swoją zrzędliwą postawę. Przez moment był tam ten sam Blakiem, z którym kiedyś chodziłam do szkoły. Tym, który miał zawsze ten sam uparty, ale opiekuńczy wyraz twarzy. Tym, który nigdy nie zrobił mi przykrości, nawet wtedy, gdy zarzucałam mu różne głupstwa o hodowli bydła.
W końcu skręcił w znajomą wyboistą trasę, wijącą się po lekkim wzgórzu.
– Mówiłaś, że GPS tak cię pokierował? – zapytał, wjeżdżając na teren posesji. – Zapomniałaś drogi do domku babci?
– Tak. Miał być malowniczy skrót. – Przewróciłam oczami. – Głupi GPS. I nigdy nie jechałam tędy sama… ale drogę na piechotę znam na pamięć… – próbowałam się bronić.
– Jasne. Przecież to tylko GPS i nie mógł wiedzieć, że droga, na którą cię skierował, prowadzi jedynie na moje rancho i że wiosną jest tam prawdziwy błotny koszmar. Nie mógł też wiedzieć, że turystka nie będzie pamiętała trasy do domu babci – skomentował z przekąsem. – Mówiłaś, że ten żółty garbus nazywa się Bumblebee?
– Owszem. I nigdy wcześniej mnie nie zawiódł. Źle się czuję z tym, że zostawiłam go w rowie…
– Czyli jutro czeka mnie wyciąganie Garbusa z bagna. Idealny piątek – mruknął.
Zatrzymał się przed domem, który zawsze był dla mnie jak z bajki, wiktoriański, z wieżyczką, ale teraz wyglądał na opuszczony i smutny. Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, uwielbiałam w nim przebywać.
– Jesteśmy na miejscu. I nie martw się, jutro razem z Brodym wyciągniemy twojego trzmiela z rowu i odholujemy go do ciebie.
Skinęłam głową, czując ulgę.
– Dzięki, Blake. Naprawdę. Gdyby nie ty, siedziałabym tam z Dolly do rana.
– Nie przyzwyczajaj się – mruknął, patrząc na mnie tymi swoimi nieprzeniknionymi oczami. – No dobra, zmykaj. I uważaj na schodach, na pewno są śliskie.
Wyszłam z pick-upa i znów stanęłam w deszczu, więc szybko podbiegłam do drzwi. Ostatni raz spojrzałam na jego Forda, ale Blake już odjechał, a ja zostałam sama.
Wsunęłam klucz do zamka i poczułam chłód, gdy tylko przekroczyłam próg. W środku pachniało starością, kurzem i lekką pleśnią. W głowie miałam romantyczną wizję, a rzeczywistość dopiero teraz mnie uderzyła. Dom był pusty, nie przypominał tego, który zapamiętałam, nie postawiłam tu stopy od śmierci babci… Jednak nie tylko to sprawiło, że naszło mnie dziwne przeczucie… Po prostu od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Wnętrze domu zdawało się ponure bez żadnego światła. Nacisnęłam włącznik w kuchni, ale nic się nie stało. Spróbowałam jeszcze kilka razy, coraz bardziej spanikowana.
– Cholera! – krzyknęłam. – Dolly! Wygląda na to, że nie mamy prądu.
Moja piękna biała puchata kotka rasy ragdoll wydostała się z transportera i rozejrzała wokół. Zmierzyła wzrokiem mrok i podłogę. Prychnęła i wróciła do swojej klatki, jakby resztę wnętrza uznała za niewartą zwiedzania.
W całym domu było lodowato, a na dodatek czułam wiatr, jakby okna stały się nieszczelne lub co gorsza, zostały rozbite. Odstawiłam gitarę i spróbowałam włączyć ogrzewanie, ale poszło mi tak samo dobrze jak z prądem.
Usiadłam na schodach, które zaskrzypiały pod moim ciężarem, i schowałam twarz w dłoniach.
Miałam ochotę się rozpłakać, bo mój bilans na dziś prezentował się rozpaczliwie słabo:
Jeden zrujnowany wiktoriański dom na wzgórzu bez prądu i ogrzewania.
Jedna obrażona, zmarznięta kotka.
Jedna przemoczona piosenkarka, która rzuciła karierę i utknęła w Montanie.
Cały bagaż rzeczy utopiony w błocie wraz z moim Bumblebee.
Wstałam. Dawna ja pewnie zaczęłaby teraz krzyczeć albo płakać, ale nowa ja, ta szukająca cholernego spokoju, westchnęła tylko ciężko, bo wiedziała, że musi poradzić sobie z tą przeciwnością losu jak każda dorosła osoba.
Postanowiłam, że nie ma opcji, bym tu spędziła noc. Było mi zimno, czułam się zmęczona, a mój plan ucieczki od problemów właśnie zderzył się z rzeczywistością.
Wzięłam głęboki oddech, chwyciłam Dolly pod pachę, złapałam małą torebkę i znów wyszłam na deszcz.
Pora na plan B: poszukać pomocy u sąsiada. U Blake’a.
Droga do jego domu okazała się krótsza, niż myślałam. Rancho Harringhtonów było dobrze oświetlone, a dotarcie do drzwi, pomimo błota, które chlupotało pod stopami, nie zdawało się najgorsze. Zapukałam do drzwi, a już po chwili otworzył mi mężczyzna. Miał na sobie dresowe spodnie, T-shirt i patrzył zdziwiony tymi swoimi zielonymi oczami. Wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica, bo jasne włosy były mokre. Wyglądał… dobrze. Cholernie dobrze.
Spojrzał na mnie, potem na transporter.
– W coś ty się znowu wpakowała, Reeves? – zapytał z uniesionymi lekko brwiami.
Byłam pewna, że nie ucieszył się z mojej wizyty.
– Cześć, Blake. Mam mały problem – odparłam i wyszczerzyłam się promiennie, mimo że cała się trzęsłam. To był mój najlepszy sceniczny uśmiech, ten, który potrafił przekupić największego zrzędę.
– Znowu błoto? – zapytał, oparty o framugę.
– Nie, tak dla odmiany zimno – wyjaśniłam krótko.
Wytłumaczyłam mu, że u babci nie ma prądu i ogrzewania.
– Przepraszam, ale nie wiem, jak to naprawić, a bez tego ja i Dolly zamarzniemy.
Blake westchnął głośno, przeczesując ręką włosy. Był zły, ale chyba nie na mnie, tylko na sytuację i to, że jego wieczorny spokój legł w gruzach.
– No dobra, nie stójmy tak, bo tu też zamarzniesz. Wejdź do środka.
Weszłam. Dom pachniał kawą i… ciepłem. Było w nim przytulnie w przeciwieństwie do mojej ruiny. Od razu wypuściłam Dolly, by również się ogrzała i rozprostowała kości. Tutaj od razu zaczęła zwiedzać kuchnię.
– Mam nadzieję, że twoje eleganckie zwierzę zadowoli się zwykłą karmą dla kotów – powiedział, gdy wziął puszkę ze spiżarki. – Dokarmiam kocury w stodole, ale nie są rasowe, jak ta tutaj. Dolly, tak? Całkiem ambitnie jak na kota.
– Dolly nie jest wybredna, jeśli chodzi o jedzenie – zapewniłam, a Blake uśmiechnął się lekko.
– Usiądź. – Wskazał krzesło przy pięknym barze śniadaniowym i postawił przede mną kubek z gorącą herbatą. – Zanocujecie u mnie, a jutro zadzwonię po Brody’ego i jego ekipę, żeby sprawdzili, co z tym prądem i ogrzewaniem.
– Nie musisz… – zaprotestowałam, chociaż propozycja noclegu w ciepłym, przytulnym domu Blake’a brzmiała jak zbawienie.
– Tak, muszę. Nie odeślę cię do tamtego domu, Maddie. Jest koniec marca. Weź prysznic i przebierz się w suche ciuchy. Wzięłaś coś z auta?
– Nie. Zabrałam tylko to, co kazałeś. – Pokazałam na swoje przemoczone ciuchy.
– Jasne. – Wyszedł z kuchni i wrócił z czystą szarą koszulką i parą męskich szortów. – To jedyne, co mam. Riley zostawiła gdzieś spakowane swoje stare ciuchy, ale teraz ich nie znajdę.
– Dzięki. – Czułam, jak na mojej twarzy pojawia się rumieniec.
– Łazienka jest za rogiem. Zrób sobie gorący prysznic. Jak skończysz, w pokoju gościnnym leży koc.
Gdy wychodziłam z łazienki, czysta i w suchych, luźnych ubraniach, czułam się, jakbym odzyskała godność. Zajrzałam do salonu, gdzie Blake siedział przy kominku, popijając piwo. Dolly spała już na kanapie, zwinięta w puchatą kulę.
– Czyli twój wielki plan ucieczki nie wypalił – skomentował, gdy mnie zauważył.
– Jeszcze nie – odparłam. – Po prostu… napotkałam małą przeszkodę.
Spojrzałam na niego. Widziałam, jak usta drgnęły mu w delikatnym uśmiechu.
– Nie ciesz się tak – mruknęłam i usiadłam naprzeciwko niego.
Wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ognia.
– Nie cieszę się. Po prostu wiedziałem, że nie będziesz miała łatwo. A Honey Ridge? Ono nie potrzebuje gwiazdek country, które przyciągną tu media i twoich fanów.
– Zgadza się, Blake. Ale ja nie jestem już tą gwiazdką. Chcę tylko spokoju. Czy to tak wiele?
Wtedy popatrzył mi prosto w oczy, a ja poczułam, jak mięknie mi serce.
– Nie, oczywiście, że nie – odchrząknął i dodał: – W korytarzu postawiłem karton z piaskiem, nic innego nie znajdę dla panny Dolly, mam nadzieję, że tyle wystarczy, żeby nie zapaskudziła mi domu. Dobrej nocy.
– Dziękuję i dobranoc.
Wzięłam kotkę z kanapy i powędrowałam do pokoju gościnnego, który wskazał mi Blake. Opadłam na miękką pościel i wtuliłam się w Dolly, która była moją jedyną otuchą. Jedyną poza ponurym kowbojem, który szykował się do snu kilka pomieszczeń dalej…
Coming Home
Copyright © Ewelina Nawara
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-910-5
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Anna Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
