Puch ostu. Opowiadania beskidzkie - Stanisław Noworyta - ebook

Puch ostu. Opowiadania beskidzkie ebook

Stanisław Noworyta

0,0

Opis

Pan Bozia, bez wątpienia, okazał się łaskawszym dla Tatr i Pienin niż dla Beskidów. Nigdy przecież do tej pory w popularności wśród turystycznej braci, a także w środowiskach artystycznych, Beskidy Tatrom nie dorównywały. A to niższe od nich – średnio o tysiąc metrów – a to Tatry jakoby bardziej majestatyczne, groźne, skaliste, bogatsze w zbójnickie tradycje, bardziej opiane i opisane w literaturze.
    A jednak jest w Beskidach coś, czego mniej jest w Tatrach, a zupełnie brak w Sudetach czy w Bieszczadach. Tym czynnikiem wyróżniającym górskie krainy południowych kresów Polski jest ludność, od wieków zamieszkująca wsie, wioski i przysiółki całej Żywiecczyzny i Beskidu Śląskiego.
    Nieprzyjazna człowiekowi natura wykształciła ludzi odpornych fizycznie i psychicznie na wszelkie niedostatki życia. Obdarzyła ich przy tym inteligencją, zaradnością i zdolnościami wyróżniającymi tubylców pozytywnie na tle innych regionów kraju. Kraina, w której dwadzieścia pięć procent populacji szło w las z ostrym obuszkiem, czyli prawie każdy mężczyzna chadzał z towarzystwem na zbój, musiała w dodatku wychować społeczność o wysokim poczuciu wspólnoty, dyskrecji i solidnej więzi rodowej.
    Dla obcego zawsze oznaczać to będzie pewną granicę, trudną do pokonania, jednak nie zupełnie zamkniętą. Na wzajemne poznanie i pełne zrozumienie potrzeba wszak czasu, cierpliwości i taktu. Im bliżej poznasz ich sprawy i troski codziennego bytu, ich przeszłość i tradycje, tym mocniej zwiążesz się z tą niezwykłą i jedyną krainą. A gdy już tę przeszkodę pokonasz, gdy dopuszczą do siebie i uznają Cię za swojego, za „nasego”, wtedy skojarzenia z nieprzystępnym ostem dziewięćsiłem znikają, ukazując dusze otwarte, szczere, a przy tym delikatne jak puch ostu. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 216

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Stanisław Noworyta
Puch ostu. Opowiadania beskidzkie
* darmowy fragment *
© Copyright by Stanisław Noworyta 1992Na okładce wykorzystano rysunek z: Prof. Dr. Otto Wilhelm Thomé, Flora von Deutschland Österreich und der Schweiz, 1885, Gera, Germany
ISBN 978-83-7564-461-6
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Od autora

Ponad dziesięć milionów turystów i wczasowiczów odwiedza każdego roku tę krainę. Choć to liczba zapewne imponująca, mam niejakie wątpliwości, czy rzeczywiście Beskidy są tak powszechnie znane, jakby wynikało to ze statystyki.

Na bliższe poznanie nie pozwala bowiem doraźna, często jednorazowa bytność w dorzeczu Soły czy Koszarawy, a ostrość górskiego klimatu, chimeryczność pogody, długość turystycznych szlaków i pozorna szorstkość tubylców wobec „nietutejszych” mogą łacno zdystansować do siebie już po pierwszej próbie zbliżenia.

Pan Bozia, bez wątpienia, okazał się łaskawszym dla Tatr i Pienin niż dla Beskidów. Nigdy przecież do tej pory w popularności wśród turystycznej braci, a także w środowiskach artystycznych, Beskidy Tatrom nie dorównywały. A to niższe od nich – średnio o tysiąc metrów – a to Tatry jakoby bardziej majestatyczne, groźne, skaliste, bogatsze w zbójnickie tradycje, bardziej opiane i opisane w literaturze.

A jednak jest w Beskidach coś, czego mniej jest w Tatrach, a zupełnie brak w Sudetach czy w Bieszczadach. Tym czynnikiem wyróżniającym górskie krainy południowych kresów Polski jest ludność, od wieków zamieszkująca wsie, wioski i przysiółki całej Żywiecczyzny i Beskidu Śląskiego.

Pokonując wielogodzinne trasy pod plecakiem czy z niewielkim chlebakiem musisz przechodzić przez grapy i gronie zamienione wielowiekową harówką całych pokoleń górali na poletka-niwki i pasionki, dające mieszkańcom dawnego państwa żywieckiego możliwość przetrwania. Szczególna rzeźba terenu i duże stromizny stoków nawet obecnie nie pozwalają na mechanizację i wszelkie prace rolnicze, jak przed wiekami, wykonywane są przy pomocy końskiego zaprzęgu i ludzkich rąk.

Śródleśne łąki, polany i ogołocone z lasów wierchy, czyli hole, choć oddalone o kilka kilometrów od ludzkich sadyb, noszą po dziś dzień ślady gospodarczej działalności. Jeszcze tu i ówdzie „we wjyrchak” ostały się zgrabne szałasy i pasterskie koliby, jeszcze tu i ówdzie można natknąć się na spory kierdel wypełniający hale brzękiem owczych dzwoneczków i żałosnym bekiem jagniąt. Jeszcze żyją w Sopotni i w Żabnicy gospodarze pokazujący na Halę Pawlusią, skąd w biedne czasy zwożono do wsi siano i gdzie miejscami „chłopy furę musieli njyść w rynkak, bo jyny na bocznych kołak dało sie jechać”.

Nie raz czerwcowy śnieg zawalił hale i dziesiątkował stada. Nie raz przyszło bacy bronić owiec przed wilkami czy zgłodniałym niedźwiedziem.

Położone nad wsiami, na okolicznych groniach niwki systematycznie niszczone były – i są nadal – przez watahy dzików, przez sarny i jelenie.

Jeżeli jednak jakimś szczególnym zrządzeniem losu uda się beskidzkim góralom nie doznać wyżej opisanych plag, to i tak mają ogromną szansę utracić plony z powodu lipcowego gradobicia, gwałtownej ulewy czy powodzi, a jesienią zapoznać się z brutalną, niszczycielską siłą najpotężniejszego w naszym klimacie wichru – halnego.

Tak nieprzyjazna człowiekowi natura wykształciła ludzi odpornych fizycznie i psychicznie na wszelkie niedostatki życia. Obdarzyła ich przy tym inteligencją, zaradnością i zdolnościami wyróżniającymi tubylców pozytywnie na tle innych regionów kraju.

Swoista hardość i dzielność to także widomy ślad po zbójnickiej przeszłości, żyjącej w legendach i w miejscowym obyczaju.

Beskidy bowiem były nie tylko kolebką, ale i głównym siedliskiem górskiego zbójnictwa. Od piętnastego do dziewiętnastego stulecia była to plaga, z którą walczyli polscy feudałowie, królewscy starostowie i austriackie władze.

W pierwszej ćwierci siedemnastego wieku, gdy samo państwo żywieckie liczyło, poza Żywcem, dwieście pięćdziesiąt dymów, stare dokumenty wymieniają z nazwiska i z imienia ponad sześciuset zbójników. Nasycenie zbójnickim rzemiosłem było, jak widać, rekordowe, przeliczając jeden dym na przeciętnie dziesięcioosobową rodzinę.

Kraina, w której dwadzieścia pięć procent populacji szło w las z ostrym obuszkiem, czyli prawie każdy mężczyzna chadzał z towarzystwem na zbój, musiała wychować społeczność o wysokim poczuciu wspólnoty, dyskrecji i solidnej więzi rodowej.

Dla obcego zawsze oznaczać to będzie pewną granicę, trudną do pokonania, jednak nie zupełnie zamkniętą. Na wzajemne poznanie i pełne zrozumienie potrzeba wszak czasu, cierpliwości i taktu. Im bliżej poznasz ich sprawy i troski codziennego bytu, ich przeszłość i tradycje, tym mocniej zwiążesz się z tą niezwykłą i jedyną krainą. A gdy już tę przeszkodę pokonasz, gdy dopuszczą do siebie i uznają Cię za swojego, za „nasego”, wtedy skojarzenia z nieprzystępnym ostem dziewięćsiłem znikają, ukazując dusze otwarte, szczere, a przy tym delikatne jak puch ostu.

Autor

Dziadowski interes

Późnym latem pan Zemanek dostał działkę i opętała go nowa, nieznana pasja. Po części winił za to odziedziczone po rolniczych przodkach atawistyczne ciągoty oraz, przyznawał to uczciwie, uległość pewnej dość rozpowszechnionej modzie.

Poza tym nie widział niczego zdrożnego w uprawianiu własnego ogródka i aktywny wypoczynek na działce uznał za zajęcie jak najbardziej odpowiednie dla siebie.

W życiu zawsze postępował metodycznie i do czegokolwiek zabierał się, nie zaniedbywał nigdy możliwości zapoznania się z różnymi poglądami na zagadnienie i z odpowiednią, fachową literaturą. Wynikało to zresztą z jego samodzielnej, a więc niezależnej natury.

I w tym przypadku postąpił podobnie: ukończył wymagany regulaminem kurs dla początkujących działkowiczów, zakupił odpowiednie książki, kilka z nich ofiarowali mu przyjaciele, no i na początek zaopatrzył się w pierwsze rolnicze narzędzia: szpadel, motykę i metalowe grabki.

W pracy z dumą pokazywał świeże odciski na delikatnych dotąd dłoniach i godzinami zanudzał znajomych opisami korzyści i innych walorów działkowego szczęścia.

Ale nie był to jakiś pierwszy lepszy słomiany zapał czy snobistyczny poryw. Pan Zemanek był już w wieku, w którym wszelkie nieprzemyślane posunięcia raczej nie przystają do własnej powagi i stanowiska. Do rzeczy więc zabierał się całkiem serio.

Teren ogródków ukształtowany był na podobieństwo beskidzkiego krajobrazu, z długostoczystymi wzgórzami, jarami i zagajnikami. Z trzech stron linię horyzontu wyznaczała jasnogranatowa, rozfalowana ściana Beskidów. Wschodnim i południowym zboczem ogródki opadały łagodnie w dolinę Krzywej, aż na dno jaru, którym przed stu laty wytyczono kolejowy szlak do Krakowa. Północny brzeg jaru unosił się na przeciwległe zbocze, zwane przez bielszczan Hałcnowską Kępą.

Uroda krajobrazu graniczyła wprost z kiczem. Najlepiej mógł to ocenić, gdy stał w środku rytej grządki i wsparty na łopacie zachłystywał się westernowym pejzażem, z pociągiem mozolnie wspinającym się lekkimi zakosami na wzniesienia jaru pod wspaniałym pióropuszem dymu i w kłębach pary, puszczanej w charakterystyczny i donośny rytm oddechu parowozu.

Po pustawym o tej porze terenie snuły się jesienne mgiełki, skrywające stadka saren tu i ówdzie znajdujących miejsca wypasu.

Pan Zemanek był estetą i nie zamierzał stawiać na swojej działce byle altany czy byle szopki. Ten krajobraz naprawdę wart był czegoś lepszego. Tu miał na myśli oczywiście styl, nie zaś prostacki wykwint murowanych daczy.

Raczej nie miał wątpliwości – i w swoim postanowieniu utwierdzał się coraz pewniej – że dla tego krajobrazu jedyną ozdobą może być beskidzka chatka, szałas, jakich w swych górskich wędrówkach wiele spotykał na skrajach hal i śródleśnych polan. Wygrzebywał z pamięci skromniutkie i popielate ze starości chatynki o łamanych gontowych dachach, z maleńkimi okienkami i wysokim progiem w drzwiach, i prawie zawsze znajdywane w bezpiecznym towarzystwie jawora.

Należy w końcu podkreślić, że pan Zemanek należał do tej kategorii ludzi, którzy umieją rozglądać się wokół i z łatwością dostrzegają najbardziej charakterystyczne cechy krajobrazu, stylu i folkloru. Włóczył się od lat po Beskidach, które uważał za najpiękniejszy w świecie rezerwat górzysto-lesistej krainy. Znał Alpy, był na Kaukazie, bywał w Tatrach i w Sudetach, lecz, jak z przekonaniem utrzymywał, tylko Beskidy miały wszystko we właściwych proporcjach. Są dostępne, i to przez większą część roku. Właściwą górom majestatyczność i grozę łagodzą rozległe hale i skrywający piaskowcowe grzbiety i skalne rumowiska gęsty kożuch świerkowego boru. Długość wędrownych szlaków wynagradzają Beskidy najwytrwalszym turystom dywanowo-trawiastymi ścieżkami i niepowtarzalnością widokowej galerii.

W zakamarkach i w najgłębszych fałdach beskidzkich kotlin mieszkają najbardziej gościnni, najbardziej zapomniani i najbardziej zdani na własne siły beskidzcy górale. Przykre doświadczenia wielu pokoleń beskidzkiego ludu odbiły się wszak na jego charakterze ostrożnością i nieufnością wobec wszystkiego co obce, a zbyt ciekawe, zbyt łakome ich spraw. Patrzyli przy tym na natręta spod przymrużonych zwielokrotnioną czujnością oczu i nieco z ukosa, jakby chcąc usztywnić istniejący dystans.

Im dłużej poddawał się kontemplacji pomysłu, tym mocniejsze stawało się postanowienie wybudowania na swojej działce, w odpowiednio pomniejszonych proporcjach, beskidzkiego szałasu, którego oryginalność zagwarantować winien fachowiec, czyli sam beskidzki cieśla.

Przesuwały mu się filmem pamięci szałasy z Hali Pawlusiej i Boraczej, z rozrzuconych po Beskidach przysiółków, których nazw nie spamiętał. I zawsze podziwiał te chatki za trafność linii, proporcję i urodę całości, nierozerwalnie związaną z charakterem górskiej krainy.

Poszukiwania cieśli postanowił rozpocząć od znajomego portiera z Żabnicy i dlatego, w parę dni później, wczesnym niedzielnym rankiem, kopalnianym autobusem, dotarł do Żabnicy.

Jak większość beskidzkich wiosek, i ta rozłożona jest malowniczo w długiej dolinie potoku i otoczona zewsząd górami, opuszczającymi się ku wsi pstrą siatką uprawnych niwek i pasionków, starannie oddzielonych od siebie skotniami i kródami.

Dawno już tu nie był, łapał więc wzrokiem znajome widoki i przybywało mu, jakby od samego patrzenia, życiowej energii.

Już po paru kilometrach dostrzegł zasadniczą zmianę w wyglądzie wsi i uczucie, którego doznał, w równych proporcjach składało się z żalu i rozczarowania. Miejsce dawnych drewnianych góralskich chat wypełnił i zupełnie zagłuszył siporeks, beton i cegła. Gontowe dachy przykrył eternit i blacha, a drewniane sztachety płotów zastąpiła rozpięta na zabetonowanych w ziemi słupkach druciana siatka.

I choć rozumiał, że życie nie stoi w miejscu i idzie zgodnie – choć niezupełnie równym krokiem – z postępem, nie skrywał żalu za odchodzącym w niepamięć pejzażem, w czym nie znajdował zupełnie zrozumienia u miejscowych: „…óni by kcieli, co by my mjyszkali w drzewianyk chałpak, wodę nosili z rzyki i tłukli łorkisz cepami…”.

Autobus gnał przez wieś asfaltowaną drogą i tylko most na Żabnicy, tak samo jak przed laty, klekotał każdą dechą z osobna, zawiadamiając góry o wjeździe do wsi.

Przejechali przez rzeczkę, którą, aż trudno uwierzyć, za austriackich czasów spławiano bukowe szczapy dla huty w Węgierskiej Górce. Uwierzyć trudno, bo po bukowych lasach nawet pnie się nie ostały, a i w rzeczce wody tyle, że ledwo dla pstrągów i kaczek starcza.

Za rzeką, na niwkach Prusowa, niecierpliwiły się w oczekiwaniu na zwózkę ostatnie orstewki zboża, beskidzkim obyczajem obwiązane od wiatru słomianymi powrósłami. Przypomniał sobie, jak mieszkańcy wyżej położonych przysiółków wyrażali się o żabniczanach ze współczuciem: „…óni, co kcom zasioć abo zasadzić, muszom to wpjyrw wywjyź do wjyrchu. Ka sie rusom, majom do kopca. My zaś momy wszyndzie równo abo na dół. Nom ta lepij!”.

– Witejcie – powitał go z ganku Żyrek.

– Dzień dobry, ja właśnie do pana z interesem.

I tu, dość szczegółowo, począł wyłuszczać przed gospodarzem powód swej wizyty. Miał przy tym nadzieję, że to właśnie Żyrek mógłby bez trudu taki szałasik wybudować. Zrobiłby to zimą i na wiosnę przewiozłoby się pojedyncze elementy do Bielska, na działkę, gdzie w dwa–trzy popołudnia stanęłaby chatka.

Mimo pasji, jaką włożył w wywód, nie wywołał u gospodarza spodziewanego entuzjazmu, czym się nieco stropił, ten zaś zauważył to natychmiast i spieszył z doradą, która ponownie przywróciła panu Zemankowi otuchę.

– Drzewa wom mogę sprzedać, ale nojlepij zrobi wom taki szałas śwagier Jasiek. Pódymy ku nimu, śnim se łobgodocie co i jak.

I poszli razem do śwagra Jaśka, dwa domy dalej. Ten wysłuchał uważnie Żyrkowego gościa, ani na moment nie przerywając dłubania ubraną w skarpetę stopą w szparze między kamieniami, którymi wybrukowano podwórko, i cała trójka w wielkim skupieniu obserwowała duży paluch śwagra Jaśka, wygładzający starannie niewidoczną w szparze nierówność.

– Mogym pomóc – rzekł wreszcie śwagier Jasiek – czymu ni. Musicie jyny – zwrócił się wprost do pana Zemanka – pogodać przódzi z bratym, ón ta bydzie wiedzioł, jak to mo być.

– Ni ma go w domu – usłyszał od bratowej śwagra Jaśka – pojechali za końmi do Kazimierzy, pewnie bydom za niedługo.

– To znaczy kiedy?

– Jo nie wjym.

– Będę tu za tydzień, w niedzielę.

– No to bydźcie.

I choć niewiele załatwił, podniecał się myślą o dobrym obrocie sprawy. Po prostu czuł, że jest na właściwej drodze.

Wracał pociągiem i w podręcznym notatniku szkicował, bez talentu, szałasy, ich fragmenty i najdrobniejsze szczegóły.

Rysował więc widok ogólny, a potem kolejne kartki wypełniły się planem wnętrza, rozmieszczeniem sprzętów. Tu beleczka, tam zasuwka, tak wygląda zacios, a tak skobel. Jak najmniej gwoździ i metalu, nawet rynny drewniane na drewnianych hakach, zupełnie tak samo jak w Wojtyłowym szałasie na Glózówkach.

– Nic mi nie uciekło – pocieszał się. – Przez ten czas dopracuję szczegóły, a za tydzień ugodzimy się z cieślą i co do ceny, i co do terminu.

Nawet spodobało mu się, że nie zbyli go byle czym i jeszcze szukali lepszego fachowca.

Każdy następny dzień przybliżał go do terminu wizyty u Józka Pawlika. Nie tracił też czasu i po wytyczeniu na działce miejsca rozpoczął kopanie rowu pod fundamenty, by wczesną wiosną, przed przywiezieniem elementów szałasu, były gotowe.

W niedzielę całą szerokością drogi maszerowały zamaszystym krokiem do kościoła gromady żabniczan. Gospodynie, z dużymi książkami do nabożeństwa pod pachą, krasiły tłum zielenią i czerwienią wełnianych chustek, chłopy zaś galowali w ciemnych garniturach i w białych koszulach, rozpiętych pod szyją i oczywiście bez krawata. Od opalonych twarzy jasną linią odcinały się nieopalone czoła, osłaniane przy robocie rondem kapelusza. Idące przed nimi dziewczyny drażniły uszy rytmem wybijanym na asfalcie sprężystymi, sarnimi nogami – i oczy pstrym kolorem sukienek, naciągniętych na smukłe i zdrowe sylwetki słomiano-rumianej urody.

I było przy tym jakoś radośnie i podniecająco, i czuło się, że ten przemarsz to jeden z ważniejszych elementów góralskiej niedzieli.

Kościół widać był już pełny, bo przed wejściem, a więc na ulicy, stała gromada mężczyzn, nie przepuszczając żadnemu pojazdowi ani żadnemu przechodniowi pojawiającemu się na drodze, prowadząc je zgodnym obrotem głów, od dołu wsi aż po górny zakręt. Nie przeszkadzało im w tym oglądaniu nabożeństwo, potrafili w ten sam sposób oglądać pojazdy klęcząc na jednym kolanie i bijąc się ciężkimi pięściami w grzeszne piersi.

Z obawy przed psem wchodził na podwórko bardzo ostrożnie i przez uchylone w sieni drzwi wszedł do domu. W mroku, wśród rozstawionych gospodarskich sprzętów, dojrzał drzwi, spoza których dochodził pomruk męskiego głosu w monotonnym monologu, który, po zapukaniu w drzwi, zamiast ucichnąć, jeszcze bardziej się wzmógł; zrozumiał, że nie dosłyszano pytania albo też odpędzano od drzwi intruza.

Skoro jednak uważał się za umówionego, odrzucił drugą możliwość i wszedł do środka. Znalazł się najwidoczniej w kuchni, bo pierwszym urządzeniem, które dostrzegł, był węglowy piec kuchenny i stojący w pobliżu kredens. Pod oknem z doniczkowymi kwiatami, przysłoniętym firaneczką, przy stole przykrytym niebieską ceratą klęczał modlący się w głos starszy mężczyzna. Po prawej stronie, w łóżku, spod niebiesko kraciastej pierzyny obserwowały gościa dwie pary zaciekawionych oczu.

Oparty łokciami o stół modlący się gospodarz, ani na moment nie przerywając pacierza, lustrował wzrokiem pana Zemanka, nieco dłużej zatrzymując wzrok na rękach, przytrzymujących za plecami czapkę.

Stanął w drzwiach i zupełnie stracił koncept, gdy na jego wyraźne pozdrowienie usłyszał jedynie „…i łodpuść nom nase winy, jako my łodpuscomy nasym winowajcom i nie wódź nos na pokusyni, ale zbaw nos łode złego. Jamynt!”.

Wpatrzeni w siebie, trwali w swych pozycjach niewzruszenie do końca pacierza, a panu Zemankowi było niewygodnie w roli świętego posągu, do którego modlił się gospodarz, i od wstrzymywanego wydechu, na którym łacno wyprysnąłby tłumiony śmiech, twarz jego stała się purpurowa, a żyły na czole i na skroniach wycisnęły obfitą rosę potu.

Wyraz twarzy pana Zemanka tak był zmieniony zakłóceniem fizjologii oddechu, że dostrzegając w kredensie własne oblicze, zrozumiał przestrach miotany z oczu kończącego pacierze gospodarza.

„Kruca fuks! Co łón kce? Ka je Stasek?” – i błagalnym spojrzeniem sponad splecionych modlitwą rąk słał pytania do znieruchomiałych pod pierzyną żony i córki.

„Już dłużej nie wytrzymam! Jeszcze się tu zesmarkam! Byle tylko nie zachciało się staremu śpiewać godzinek”.

I obaj nie taili ulgi, gdy rozgrzeszający głos żony: „juześ dość sie narzykoł” wyzwolił ich ze skrępowania.

Rozumiał, że cel wizyty jest im znany, więc z miejsca przystąpił do rzeczy. I to był jego pierwszy błąd.

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Od autora

Dziadowski interes