Przyjaźń to za mało - Phoebe MacLeod - ebook

Przyjaźń to za mało ebook

Phoebe MacLeod

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nie wszystkie bajki mają szczęśliwe zakończenie – a niektóre zaczynają się dopiero wtedy, gdy uczymy się miłości i życia na nowo.

Sophie miała to, o czym wiele kobiet tylko marzy: męża, życie za miastem i pozorną harmonię. Ale jedno przypadkowe odkrycie – widok Jamesa w ramionach innej kobiety – wywraca jej świat do góry nogami.

Zamiast ugiąć się pod ciężarem zdrady i cudzych oczekiwań, Sophie podejmuje decyzję, która zmienia jej życie. Zostawia przeszłość za sobą i wraca do miasta, by odnaleźć siebie na nowo. Na jej drodze pojawia się Elliot. Jest inny niż mężczyźni, których znała wcześniej – uważny, wyrozumiały i pełen poczucia humoru.

Sophie musi jednak odpowiedzieć sobie na najtrudniejsze pytanie: czy jest gotowa znów zaufać nie tylko komuś innemu, ale przede wszystkim samej sobie?

Phoebe MacLeod napisała historię, która bawi i porusza, przypominając, że prawdziwa siła rodzi się w chwili, gdy odważymy się powiedzieć: to jeszcze nie koniec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 287

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

– Ogła­szam was mężem i żoną!

Sły­szę słowa pastora, ale wydaje mi się, że są one odle­głe, jakby pocho­dziły z innego pokoju. Widzę tylko prze­ni­kliwe nie­bie­skie oczy Jamesa wpa­tru­jące się w moje, a kiedy pochyla się, aby zło­żyć mi pierw­szy poca­łu­nek jako żonie, moje serce wydaje się eks­plo­do­wać z miło­ści. Ledwo sły­szę okla­ski i okrzyki naszych gości, ponie­waż krew pul­suje mi w uszach. Od dnia, w któ­rym się pozna­li­śmy, dotar­cie do tego momentu zajęło nam nieco ponad trzy lata. Zosta­łam zacią­gnięta na mecz rugby przez jedną z moich szkol­nych kole­ża­nek, która była sza­leń­czo zako­chana w jed­nym z kole­gów Jamesa z dru­żyny, ale nie chciała iść sama. Byłam tro­chę wku­rzona, kiedy po meczu zosta­wiła mnie w barze, aby poświę­cić całą swoją uwagę Harry’emu, ale James zauwa­żył mnie sie­dzącą samot­nie i pod­szedł do mnie. Zaczę­li­śmy roz­ma­wiać i tak się zaczęło. Spo­ty­ka­li­śmy się przez dwa lata, zanim popro­sił mnie o rękę pod­czas kola­cji w restau­ra­cji Wil­tons na Jer­myn Street, a pra­wie każdą wolną chwilę w ciągu ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy poświę­ci­łam na pla­no­wa­nie naszego ślubu.

Nie nazwa­ła­bym sie­bie Bri­de­zillą, ale wło­ży­łam wiele pracy, aby wszystko było dziś ide­alne. Orga­ni­zo­wa­nie ślu­bów i imprez to moja codzienna praca, więc nie wyglą­da­łoby to zbyt dobrze, gdyby mój wła­sny ślub nie był na naj­wyż­szym pozio­mie, zwłasz­cza, że wiele panien mło­dych mogłoby tylko poma­rzyć o takim budże­cie, jaki mia­łam ja. Klę­kamy, a ja sły­szę, jak pastor wypo­wiada słowa bło­go­sła­wień­stwa, ale mój umysł jest teraz zajęty pla­no­wa­niem reszty dnia, spraw­dza­niem, czy niczego nie zapo­mnia­łam. Wiem, że to bez­ce­lowe; nie mogę zro­bić już nic, aby roz­wią­zać ewen­tu­alne pro­blemy, ale po pro­stu czuję się spo­koj­niej­sza, prze­glą­da­jąc listę kon­tro­lną i nie znaj­du­jąc żad­nych luk ani punk­tów new­ral­gicz­nych.

James pro­wa­dzi mnie do naszych miejsc, a pastor zaczyna kaza­nie. Wła­ści­wie nie jest złe. Powta­rza nie­które histo­rie o tym, jak się pozna­li­śmy i co lubimy robić. Odczu­wam ulgę, ponie­waż oba­wia­łam się, że będzie to długa reli­gijna tyrada, jak te, które sły­sze­li­śmy w szkole. Nie jestem osobą reli­gijną, podob­nie jak więk­szość naszych gości, więc byłoby to dla nas stratą czasu. W rze­czy­wi­sto­ści była­bym szczę­śliw­sza, gdy­by­śmy pobrali się w zamku lub innym malow­ni­czym miej­scu, ale rodzice Jamesa utrzy­my­wali, że ślub w kościele jest jedy­nym spo­so­bem, aby pobrać się „pra­wi­dłowo”. Trzeba przy­znać, że kościół wygląda bar­dzo ład­nie – jest pełen kwia­tów, a jego zabyt­kowa budowla będzie sta­no­wić piękne tło dla zdjęć po cere­mo­nii. Odprę­żam się i spo­glą­dam na błysz­czącą obrączkę na mojej lewej dłoni. Nie mogę uwie­rzyć, że naprawdę wyszłam za mąż!

Po kaza­niu wcho­dzimy do bocz­nej sali, aby pod­pi­sać reje­stry, a ja pro­mie­nieję rado­ścią, gdy foto­graf robi zdję­cia. Mia­łam szczę­ście, że udało mi się zare­zer­wo­wać Toby’ego Robertsa, zna­nego z foto­grafowania wielu ślu­bów cele­bry­tów poja­wia­ją­cych się w maga­zy­nach w rodzaju Hello! Był znacz­nie droż­szy niż inni foto­gra­fo­wie, któ­rych roz­wa­ża­łam, ale jest naj­lep­szy, więc wybór był oczy­wi­sty. Kiedy Toby zro­bił wszyst­kie zapla­no­wane zdję­cia, usta­wiamy się w pro­ce­sji, aby opu­ścić kościół. Gdy pastor prosi zgro­ma­dzo­nych o okla­ski dla pań­stwa Hun­ting­don-Bar­foot, James mocno ści­ska moją dłoń i wycho­dzimy na zewnątrz, gdzie wszy­scy pró­bują zro­bić nam zdję­cie, a fle­sze bły­skają jak sza­lone. Czuję, że dosłow­nie eks­plo­duję z rado­ści.

Kiedy Toby robi kolejne zdję­cia po cere­mo­nii, myślę o tym, co nas czeka. Przy­ję­cie powinno być nie­sa­mo­wite; za jedze­nie odpo­wiada szef kuchni z gwiazdką Miche­lin, a sklep z winami mojego taty ciężko pra­co­wał, aby dobrać odpo­wied­nie wina do każ­dego dania. Jutro wyjeż­dżamy na mie­siąc mio­dowy na Seszele. Dwa tygo­dnie słońca, pia­sku i cudow­nego seksu, zanim prze­nie­siemy się do Devon, gdzie rodzina Jamesa ma spore poła­cie ziemi. Widzia­łam już dom, w któ­rym będziemy miesz­kać – ide­alny mały domek na far­mie. W tej chwili jest nieco zanie­dbany, ale mam wiel­kie plany jego reno­wa­cji.

Nie mogę się docze­kać roz­po­czę­cia nowego życia.

Rozdział 1

Cztery lata póź­niej

To ofi­cjalne: nie­na­wi­dzę tej okrop­nej kuchenki Aga.

Wiem, że więk­szość osób, które ją mają, ją uwiel­bia, ale ja spę­dzam więk­szość czasu na prze­kli­na­niu mojej. Nie byłam zbyt doświad­czoną kucharką, kiedy się tu prze­pro­wa­dzi­łam, ale Aga miała na mnie oko od pierw­szego dnia. Po moich pierw­szych pró­bach, które zakoń­czyły się przy­pa­lo­nym lub suro­wym jedze­niem, kupi­łam różne książki i pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć tajem­nice tej cał­ko­wi­cie nie­kon­tro­lo­wa­nej kuchenki. Pomimo moich wysił­ków, kuchenka upar­cie nie dawała się oswoić i stała się jesz­cze bar­dziej kapry­śna, do tego stop­nia, że obec­nie nie da się prze­wi­dzieć, czy będzie goręt­sza od słońca i wszystko spali, czy też tak zimna, że nie uda się nawet zago­to­wać wody na pły­cie grzej­nej. Szcze­rze mówiąc, podej­rze­wam, że potrze­buje dobrego ser­wisu, ale James mówi mi, że nie ma pie­nię­dzy na takie luk­susy, więc za każ­dym razem, gdy coś się psuje, przy­cho­dzi jeden z pra­cow­ni­ków gospo­dar­stwa, grze­bie w nim przez chwilę i piec na­dal działa, choć z tru­dem.

Z wyjąt­kiem dzi­siaj. Dzi­siaj, kiedy muszę upiec i dostar­czyć dwa bisz­kopty Vic­to­ria do Insty­tutu Kobiet na jutrzej­szy festyn wiej­ski, pie­kar­nik posta­no­wił cał­ko­wi­cie się zepsuć i jest zimny jak kamień. Cho­ler­stwo. Nie ma mowy, żebym nara­ziła się na gniew prze­wod­ni­czą­cej naszego Insty­tutu Kobiet, zawo­dząc ją, więc nie­chęt­nie pod­no­szę słu­chawkę tele­fonu i dzwo­nię do teścio­wej.

– Cześć Sophie, co za nie­spo­dzianka! Wszystko w porządku? – pyta rado­snym gło­sem.

Na pozór dobrze się z nią doga­duję, ale pod powierzch­nią czuję pewien dys­kom­fort. Jestem prze­ko­nana, że ona mnie nie lubi, ale za każ­dym razem, gdy o tym wspo­mi­nam, James mówi, że to tylko moja wyobraź­nia i że ona mnie uwiel­bia. Nie­mniej jed­nak zawsze jestem wobec niej ostrożna.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, Rosa­lind, ale pie­kar­nik się zepsuł, a muszę upiec ciastka, żeby dostar­czyć je Pau­line. Czy mogła­bym poży­czyć twój pie­kar­nik na godzinę lub dwie?

– Oczy­wi­ście, kocha­nie! Wła­śnie wyję­łam ciastka, więc pie­kar­nik jest do Two­jej dys­po­zy­cji. Ale to musi być dla Cie­bie uciąż­liwe. Powie­dzia­łaś o tym Jame­sowi? Jestem pewna, że poprosi Tony’ego, żeby się tym zajął.

Tony jest mistrzem mecha­niki na far­mie i, szcze­rze mówiąc, wydaje się rozu­mieć, jak działa piec Aga. Nie­stety, jest też zbo­czeń­cem naj­wyż­szej klasy, który uważa, że komen­to­wa­nie moich piersi lub kro­cza w każ­dym zda­niu jest cał­ko­wi­cie dopusz­czalne. Kiedy wiem, że ma przyjść, zakła­dam naj­luź­niej­szy swe­ter, ale nie wydaje mi się, że ma to jaki­kol­wiek wpływ na jego gapie­nie się. Jak na mój gust jest też tro­chę zbyt bez­po­średni. James twier­dzi, że jest po pro­stu przy­ja­zny, ale ja uwa­żam, że jest dzi­wa­kiem.

– James jest następny na mojej liście, jeśli uda mi się go zna­leźć – mówię jej. – Jeśli nie masz nic prze­ciwko, to za kilka minut przy­niosę ci ciastka, ale kiedy będą się piec, pójdę go poszu­kać. Aga potrze­buje kilku godzin, żeby ponow­nie osią­gnąć odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę, więc kola­cja będzie z mikro­fa­lówki.

– Bie­dac­two. Zapro­si­ła­bym was oboje, ale nie mam nic do jedze­nia!

Jest okropną kłam­czu­chą. Jesz­cze wczo­raj po połu­dniu widzia­łam, jak prze­jeż­dżała cię­ża­rówka Ocado z jej naj­now­szą dostawą. Nie bar­dzo rozu­miem, jak stać ją na utrzy­ma­nie dużego domu, zatrud­nia­nie sprzą­taczki i robie­nie zaku­pów w Ocado, skoro James mówi mi, że gospo­dar­stwo jest na skraju ban­kruc­twa i musimy oszczę­dzać każdy grosz, ale sta­ram się o tym nie myśleć.

– To bar­dzo miło z two­jej strony – odpo­wia­dam kłam­stwem – ale dziś wie­czo­rem James będzie sam.

– Oczy­wi­ście, że tak – mru­czy. – Zupeł­nie zapo­mnia­łam, że spę­dzasz week­end z przy­ja­ciółką.

Pod­kre­śla ostat­nie słowo, jak­bym knuła coś nie­do­brego. Gdy­bym miała pie­nią­dze, posta­wi­ła­bym je na to, że zaraz po moim wyjeź­dzie pocią­giem jej uko­chany syn otrzyma zapro­sze­nie na kola­cję.

Nie mogę się docze­kać week­endu z moją przy­ja­ciółką Di. Lubię poczu­cie prze­strzeni, jakie daje życie na wsi, ale cza­sami tęsk­nię za zgieł­kiem Lon­dynu, więc week­end w sto­licy będzie praw­dziwą przy­jem­no­ścią i warto poświę­cić sie­dem godzin na podróż pocią­giem z Down St. Mary. Kiedy się tu prze­pro­wa­dzi­li­śmy, James zasu­ge­ro­wał, żebym regu­lar­nie spę­dzała week­endy w Lon­dy­nie, abym nie czuła się cał­ko­wi­cie odcięta od swo­jego daw­nego życia i, cho­ciaż nie jeż­dżę tam tak czę­sto jak kie­dyś, to tra­dy­cja ta się utrzy­mała. Dave, jedyny tak­sów­karz w wio­sce, odbiera mnie o czwar­tej, aby zawieźć mnie na sta­cję. Spo­glą­dam na zega­rek – jest już druga, więc muszę się pospie­szyć.

– Do zoba­cze­nia za chwilę – mówię Rosa­lin­dzie i odkła­dam słu­chawkę. Masa jest już w forem­kach, więc pakuję wszystko do pudełka i ruszam ścieżką w kie­runku głów­nego budynku. Rodzina Hun­ting­don-Bar­fo­otów, oprócz tego, że nale­żała do drob­nej szlachty, była rów­nież jedną z naj­bo­gat­szych rodzin ziem­skich w hrab­stwie Devon w cza­sach przed wojną sece­syjną a główny budy­nek odzwier­cie­dla ich dawną pozy­cję. Jest ogromny, ma dwa­na­ście sypialni, ogromne repre­zen­ta­cyjne salony i pokoje dla służby na pod­da­szu. W daw­nych cza­sach musiał sta­no­wić nie­zły widok, ale podob­nie jak wszystko na far­mie, pod­upadł wraz z wyczer­pa­niem się fun­du­szy. Z tego, co rozu­miem, przod­ko­wie Jamesa czer­pali więk­szość swo­jego bogac­twa z dzier­żaw­ców. Wojny świa­towe i rosnąca mecha­ni­za­cja rol­nic­twa zmu­siły dzier­żaw­ców do zna­le­zie­nia innej pracy, a dzia­dek Jamesa musiał samo­dziel­nie upra­wiać około tysiąca akrów ziemi. Na początku radził sobie dobrze i pie­nią­dze na­dal napły­wały, ale rosnąca biu­ro­kra­cja i import z zagra­nicy, a także kilka kata­stro­fal­nych decy­zji finan­so­wych, dopro­wa­dziły do opróż­nie­nia skarbca. Kiedy James i ja pobra­li­śmy się i prze­pro­wa­dzi­li­śmy tutaj, nie mie­li­śmy poję­cia, jak źle mają się sprawy. Dopiero gdy dwa lata temu jego ojciec nie­spo­dzie­wa­nie zmarł na zawał serca, a James po raz pierw­szy dokład­nie przej­rzał księgi, zda­li­śmy sobie sprawę z powagi sytu­acji.

Wcho­dzę przez drzwi kuchenne i witam się. W ciągu dnia ni­gdy nie są zamknięte, nawet gdy Rosa­linda wycho­dzi. Uważa, że nie ma tam nic war­to­ścio­wego, a każdy wła­my­wacz, który zdo­łałby poko­nać pół mili drogi od drogi dojaz­do­wej, przez podwó­rze i z powro­tem, nie będąc zauwa­żo­nym, zasłu­guje na to, by zabrać sobie wszystko, co chce. Nie myli się. Wszystko, co miało jaką­kol­wiek war­tość i było łatwe do prze­nie­sie­nia, zostało sprze­dane na aukcji wiele lat temu, aby utrzy­mać gospo­dar­stwo. Na­dal jest tu sporo mebli, ale są to głów­nie rze­czy, które mają war­tość sen­ty­men­talną lub po pro­stu nie paso­wa­łyby do nor­mal­nego domu. Na przy­kład stół w jadalni jest prze­pięk­nym meblem, teo­re­tycz­nie war­tym for­tunę, przy któ­rym z łatwo­ścią zmiesz­czą się dwa­dzie­ścia cztery osoby. Jest jed­nak za duży, więc nie nadaje się do bliź­niaka na przed­mie­ściach. Pod­łogi na par­te­rze, w więk­szo­ści z pole­ro­wa­nego drewna, są pokryte dywa­nami, które przed laty wyglą­dały olśnie­wa­jąco, ale teraz są wybla­kłe i nieco zużyte. Jest tu rów­nież potwor­nie zimno, nawet latem. Nie wiem, jak Rosa­linda wytrzy­muje w tym miej­scu, ale opie­rała się każ­dej pró­bie prze­nie­sie­nia jej do mniej­szego i bar­dziej prak­tycz­nego domu.

W kuchni znaj­duje się kolejna kuchenka Aga, ale Rosa­linda posiada rów­nież naj­więk­szy luk­sus – pie­kar­nik z ter­mo­obie­giem. Kie­ruję się w jego stronę i włą­czam go, cie­sząc się moż­li­wo­ścią usta­wie­nia tem­pe­ra­tury, która pozwoli mi upiec ide­alne bisz­kopty w ciągu dwu­dzie­stu minut, zgod­nie z zale­ce­niami prze­pisu. Przy­nio­słam wszystko, czego potrze­buję do nadzie­nia, więc będę miała wystar­cza­jąco dużo czasu, żeby pozwo­lić im osty­gnąć, a potem je wykoń­czyć i pod­rzu­cić Pau­line przed wyjaz­dem. Zauwa­żam, że ciastka Rosa­lindy, mar­chew­kowe i kawowo-orze­chowe, są już zapa­ko­wane w pojem­niki Tup­per­ware i gotowe do dostar­cze­nia, więc może uda mi się zdo­być kilka punk­tów, ofe­ru­jąc, że je rów­nież zabiorę.

– Bierz wszystko, czego potrze­bu­jesz – mówi do mnie Rosa­linda, prze­cho­dząc przez hol. Jak zawsze wygląda nie­ska­zi­tel­nie. Chcia­ła­bym wie­dzieć, jak ona to robi. W moim przy­padku wystar­czy tylko, że przejdę przez podwó­rze, a moje dżinsy już są całe usma­ro­wane bło­tem, nawet, kiedy mam na sobie kalo­sze. Rosa­linda nato­miast ma na sobie wypo­le­ro­wane brą­zowe brogsy z frędz­lami, nie­ska­zi­telne ciem­no­nie­bie­skie dżinsy i białą koszulę pod piko­waną kurtką. Gdyby ist­niała defi­ni­cja „wiej­skiego szyku”, to ona by ją uosa­biała.

– Bar­dzo dzię­kuję. Ratu­jesz mi życie – mówię jej, a na jej twa­rzy poja­wia się lekki uśmiech. – Cze­kam tylko, aż pie­kar­nik się nagrzeje, a potem włożę je do środka i pójdę poszu­kać Jamesa. Wrócę zanim się upieką.

– Nie ma sprawy, naprawdę. Cie­szę się, że mogłam pomóc. Jeśli powiesz mi, ile czasu potrze­bują, wyjmę je dla cie­bie, jeśli nie wró­cisz na czas. Miejmy tylko nadzieję, że nie jest po dru­giej stro­nie farmy!

– Jeśli tak, to będę musiała zosta­wić mu wia­do­mość. Dave odbiera mnie o czwar­tej, więc nie mam zbyt wiele czasu na szu­ka­nie, ale jeśli nie wrócę za dwa­dzie­ścia minut, była­bym bar­dzo wdzięczna, gdy­byś spraw­dziła cia­sto i wyjęła je, jeśli będzie gotowe.

Lampka na pie­kar­niku gaśnie, sygna­li­zu­jąc osią­gnię­cie odpo­wied­niej tem­pe­ra­tury, więc szybko wkła­dam ciastka i kie­ruję się do tyl­nych drzwi. Nie lubię być dłużna Rosa­lin­dzie. Zawsze jest bar­dzo uprzejma, kiedy cze­goś od niej potrze­buję, ale mam wra­że­nie, że zapi­suje to wszystko w jakimś men­tal­nym bilan­sie, aby póź­niej wyko­rzy­stać to prze­ciwko mnie. Spraw­dzam tele­fon, prze­cho­dząc przez podwórko. Jedną z wad miesz­ka­nia tutaj jest to, że sygnał komór­kowy prak­tycz­nie nie ist­nieje, więc jestem zasko­czona, widząc, że mam nie­wielki zasięg. Wybie­ram numer Jamesa, modląc się do bogów tele­fonii komór­ko­wej, żeby on też był gdzieś, gdzie jest zasięg, ale nic z tego. Połą­cze­nie tra­fia pro­sto do poczty gło­so­wej. Nie ma sensu zosta­wiać wia­do­mo­ści, bo może jej nie ode­brać przez kilka dni, więc będę musiała kon­ty­nu­ować poszu­ki­wa­nia na pie­chotę.

Zauwa­żam Tony’ego z głową w sil­niku jed­nego z trak­to­rów, więc idę w jego kie­runku.

– Cześć Sophie, ład­nie dziś wyglą­dasz. Wybie­rasz się gdzieś? – pyta, jak zwy­kle świ­dru­jąc wzro­kiem moją klatkę pier­siową. Nie­stety mam na sobie dopa­so­waną białą koszulę, więc widzi wię­cej niż bym chciała.

– Jadę do Lon­dynu, spę­dzić week­end z przy­ja­ciółką. Wiesz, gdzie jest James?

– Tak, około dwa­dzie­ścia minut temu poszedł pomóc Becky w stajni. Pew­nie na­dal tam jest.

– Dzięki.

Czuję, jak patrzy na mnie, gdy ruszam ścieżką. To naprawdę obrzy­dliwy zbo­cze­niec.

Dopiero nie­dawno staj­nie zostały przy­wró­cone do życia. Ojciec Jamesa był zde­cy­do­wa­nie prze­ciwny pomy­słowi trzy­ma­nia koni na far­mie. Był głę­boko prze­ko­nany, że farmy nie są miej­scem dla „zabaw­ko­wych” zwie­rząt, które nie służą żad­nym celom rol­ni­czym, i za jego cza­sów staj­nie były wyko­rzy­sty­wane jako szopa. Jedną z pierw­szych rze­czy, które James zro­bił po śmierci ojca, było pozby­cie się wszyst­kich śmieci, wyczysz­cze­nie stajni i przy­wró­ce­nie ich do stanu uży­wal­no­ści. Mamy boksy dla szes­na­stu koni i pobie­ramy wyso­kie opłaty za ich opiekę. Opłaty te nie tylko pokry­wają koszty zatrud­nie­nia sta­jen­nego, który się nimi opie­kuje, ale są one jedną z nie­wielu czę­ści gospo­dar­stwa, które fak­tycz­nie przy­no­szą zysk. W każdy week­end poja­wia się kilka przy­czep do prze­wozu koni, które zabie­rają zwie­rzęta na różne imprezy i zazwy­czaj wra­cają one do stajni w nie­dzielę wie­czo­rem. Idąc ścieżką w kie­runku stajni, widzę, że mam szczę­ście – na zewnątrz stoi cię­ża­rówka Jamesa. Zatrzy­muję się obok niej i przez chwilę bawię się z psami, które cier­pli­wie cze­kają na skrzyni ładun­ko­wej. Boksy są uło­żone w kształ­cie litery U. Prze­cho­dząc mię­dzy nimi głasz­czę nosy nie­któ­rych koni i zaglą­dam do każ­dego z nich, aby spraw­dzić, czy nie ma tam mojego męża. Kiedy zbli­żam się do maga­zynu siana i sio­dlarni w odle­głym rogu, sły­szę ciche odgłosy docho­dzące z wnę­trza. Drzwi są zamknięte, ale z sapa­nia i pomru­ków docho­dzą­cych z dru­giej strony wynika, że James i Becky, sta­jenna, zma­gają się z czymś cięż­kim. Jed­nak gdy zbli­żam się i sły­szę wyraź­niej, zaczy­nam podej­rze­wać coś znacz­nie gor­szego. Wiem, co to za dźwięk, i nie jest to dźwięk, jaki wyda­wa­łyby dwie osoby które z czymś sobie nie radzą. W rze­czywistości jest zupeł­nie odwrot­nie.

Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, gdy deli­kat­nie pocią­gam za klamkę, aby otwo­rzyć drzwi.

Rozdział 2

Zanie­mó­wi­łam, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że prze­sta­łam oddy­chać. Scena, na którą wła­śnie natra­fi­łam, dosłow­nie wybiła mi powie­trze z płuc i chwi­lowo mnie spa­ra­li­żo­wała. Ta nie­wielka część mojego umy­słu, która nie wyłą­czyła się pod wpły­wem szoku, gorącz­kowo szu­kała odpo­wied­niego roz­wią­za­nia po tym, jak natknę­łam się na męża upra­wia­ją­cego seks z inną kobietą, ale nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

Nie jest to nawet „tra­dy­cyjna” metoda przy­ła­pa­nia męża na zdra­dzie. Zazwy­czaj wygląda to tak, że wra­casz do domu nie­spo­dzie­wa­nie, mąż i kochanka sły­szą drzwi, a ty wcho­dzisz, gdy oni gorącz­kowo pró­bują się ubrać. Przy­naj­mniej tak przed­sta­wia to tele­wi­zja. Scena, którą widzę przed sobą, nie przy­po­mina tego wcale. Zamiast w sypialni, James i Becky robią to na beli siana, co wydaje mi się raczej nie­wy­godne i draż­niące. Nie mają też poję­cia, że tu jestem, więc nie mają nawet na tyle przy­zwo­ito­ści, żeby prze­stać.

Kolejna część mojego umy­słu się odblo­ko­wuje i, co jesz­cze dziw­niej­sze, zaczy­nam kry­ty­ko­wać tech­nikę mojego męża. Nie ma tu nic, co paso­wa­łoby do ter­minu „kocha­nie się”; to jest surowe i zwie­rzęce. To po pro­stu rucha­nie. Nawet się porząd­nie nie roze­brali. Becky, sta­jenna, na­dal ma na sobie polar, cho­ciaż jej buty, bry­czesy i majtki są nie­dbale rzu­cone na bok, a polar jest pod­wi­nięty i odsła­nia jej bladą, jędrną skórę brzu­cha. James na­dal ma na sobie buty, a jego spodnie i bok­serki są ścią­gnięte do kostek. Nie jestem eks­per­tem, ale z tego, co widzę, nie mogło być zbyt wiele gry wstęp­nej, zanim prze­szli do głów­nego wyda­rze­nia.

Reszta mnie jest cał­ko­wi­cie wyłą­czona. To tak, jak­bym obser­wo­wała coś, co nie ma ze mną nic wspól­nego. Pra­wie spo­dzie­wam się, że David Atten­bo­ro­ugh zacznie to opi­sy­wać: „Domi­nu­jący samiec wyczuwa jej goto­wość i nie traci czasu na kopu­la­cję z nią. Jest to krót­kie i funk­cjo­nalne spo­tka­nie, które będzie się powta­rzać kilka razy, dopóki ona będzie w rui”.

Cóż, mylisz się, Davi­dzie. Być może jest to funk­cjo­nalne, ale wydaje się trwać cho­ler­nie długo. Szcze­rze mówiąc, praw­do­po­dob­nie jestem tu dopiero od około trzy­dzie­stu sekund, ale czas ma dziwną ten­den­cję do roz­cią­ga­nia się i skra­ca­nia, kiedy naj­mniej tego chcesz i wydaje się, że jest zde­ter­mi­no­wany mak­sy­mal­nie roz­cią­gnąć tę chwilę, tak, że czuję się, jak­bym stała tu nie­ru­chomo od godzin.

Po czymś, co wydaje się połową mojego życia, ale praw­do­po­dob­nie trwa tylko minutę lub dwie, James wyko­nuje kilka moc­nych pchnięć, ryczy jak cier­piący byk i osuwa się na nią. Wydaje się, że to wła­śnie ta scena spra­wia, że moje ciało prze­staje być spa­ra­li­żo­wane i bez zasta­no­wie­nia odwra­cam się i zaczy­nam biec z powro­tem ścieżką w kie­runku podwórka. Oddy­cham nie­równo, czę­ściowo z powodu wysiłku zwią­za­nego z bie­ga­niem, ale także z powodu szoku wywo­ła­nego tym, co wła­śnie widzia­łam. Cią­gle oglą­dam się za sie­bie, żeby spraw­dzić, czy James mnie nie śle­dzi, ale cię­ża­rówka na­dal stoi zapar­ko­wana przed staj­nią. Gdy zbli­żam się do podwó­rza, zwal­niam do tempa spa­ce­ro­wego. W mojej gło­wie panuje kom­pletny chaos i nie mam poję­cia, co mam teraz zro­bić. Dopiero teraz zauwa­żam, że moje policzki są mokre od łez.

– Zna­la­złaś go? – Głos Tony’ego wystar­czył, by spro­wa­dzić mnie z powro­tem do rze­czy­wi­sto­ści. Cokol­wiek się dzieje, ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­buję, jest wtrą­ca­nie się Tony’ego. Pośpiesz­nie ocie­ram policzki ręka­wem i mówię:

– Tak, dzięki, Tony. – odpo­wia­dam tak natu­ral­nie, jak tylko potra­fię. Aby wzmoc­nić wra­że­nie nor­mal­no­ści, kon­ty­nu­uję zde­cy­do­wany marsz w kie­runku głów­nego budynku. Rosa­linda pod­nosi wzrok znad gazety, gdy wcho­dzę do kuchni.

– Zna­la­złaś Jamesa? – pyta swo­bod­nie, a potem jej twarz się zmie­nia. – Co się stało? Wyglą­dasz, jak­byś zoba­czyła ducha!

– Zna­la­złam go – odpo­wia­dam i nagle znów zaczy­nam pła­kać. Ziry­to­wana ocie­ram łzy ręka­wem; naprawdę nie chcę o tym roz­ma­wiać z Rosa­lindą.

– Och, kocha­nie! – mówi czule, pod­cho­dząc do mnie i obej­mu­jąc mnie swo­imi kości­stymi ramio­nami. Ten pro­sty gest życz­li­wo­ści jest dla mnie nie do znie­sie­nia i łzy zamie­niają się w gwał­towny płacz. Rosa­linda deli­kat­nie sadza mnie na jed­nym z kuchen­nych krze­seł i siada naprze­ciwko mnie, kła­dąc ręce na moich udach.

– Co się stało? – pyta łagod­nie.

Zaj­muje mi chwilę, zanim udaje mi się wydo­być z sie­bie jakieś słowa przez łka­nie, ale w końcu udaje mi się wykrztu­sić:

– Był w stajni. Z Becky. Oni byli…

Nie jestem w sta­nie powie­dzieć nic wię­cej, ale widzę, jak w oczach Rosa­lindy poja­wia się zro­zu­mie­nie. Prze­suwa krze­sło, aby usiąść obok mnie, obej­muje mnie ramie­niem i przy­ciąga moją głowę do swo­jego ramie­nia. Jest to nie­zwy­kle nie­wy­godne, czę­ściowo dla­tego, że nie jestem przy­zwy­cza­jona do oka­zy­wa­nia mi przez nią uczuć, ale także dla­tego, że kości jej ramie­nia wbi­jają mi się w poli­czek, a poręcz krze­sła mocno uci­ska mnie w bok. Przy­naj­mniej ten dys­kom­fort pozwala mi myśleć o czymś innym. W mojej gło­wie jak w fil­mie wciąż odtwa­rza się scena z Jame­sem i Becky, jak jeden z tych iry­tu­ją­cych GIF-ów, które ludzie publi­kują w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, z tą róż­nicą, że ten ma dźwięk i obraz w wyso­kiej roz­dziel­czo­ści.

Wydaje mi się, że napad pła­czu nieco ustę­puje, więc deli­kat­nie odry­wam się od Rosa­lindy i kie­ruję się do toa­lety na dole, aby upo­rać się z bała­ga­nem. Tym razem pła­ka­łam naprawdę brzydko, więc naj­pierw wydmu­chuję nos i wycie­ram rzekę smar­ków, która spły­nęła mi po gór­nej war­dze. Na szczę­ście ostat­nio nie przej­muję się zbyt­nio maki­ja­żem, więc nie muszę się mar­twić, że roz­ma­zuje mi się tusz do rzęs lub coś w tym rodzaju. Spłu­kuję twarz zimną wodą i ostroż­nie osu­szam ją ręcz­ni­kiem, po czym wra­cam do kuchni, gdzie Rosa­linda podaje mi fili­żankę her­baty. Wyjęła rów­nież ciastka z pie­kar­nika i poło­żyła je na krat­kach do osty­gnię­cia.

– Doda­łam cukier, żeby zła­go­dzić szok – mówi, poda­jąc mi kubek. – Za pierw­szym razem to boli, prawda?

– Słu­cham?

– Jego ojciec był taki sam. Nie potra­fił kon­tro­lo­wać swo­ich popę­dów sek­su­al­nych. Mia­łam nadzieję, że Edward nie prze­ka­zał tej cechy Jame­sowi, ale wygląda na to, że tak się stało. Kiedy to się stało po raz pierw­szy, czu­łam się tak samo jak ty teraz. Mie­li­śmy potężną kłót­nię, a on obie­cał, że ni­gdy wię­cej tego nie zrobi. Chcia­łam mu wie­rzyć, ale w głębi duszy wie­dzia­łam, że kła­mie. W końcu po pro­stu zaak­cep­to­wa­łam to jako część jego natury. Nie sądzę, żeby męż­czyźni mogli sobie pomóc. Są jak dzieci, zawsze roz­pra­szają ich nowe rze­czy.

– Dla­czego go nie zosta­wi­łaś? – pytam szep­tem.

– Gdzie mia­ła­bym się podziać? W tam­tych cza­sach wszystko wyglą­dało ina­czej. Nie mia­łam środ­ków do życia, ni­gdy nie pra­co­wa­łam i nie mia­łam poję­cia, jak zna­leźć pracę. Cho­ciaż był mi nie­ustan­nie nie­wierny, kochał mnie, a ja odrzu­ci­ła­bym wygodne życie tutaj dla cze­goś znacz­nie gor­szego. Musia­łam też wziąć pod uwagę Jamesa.

– Ale on zła­mał przy­sięgę mał­żeń­ską! Jak mogłaś zostać z kimś, kto tak postą­pił?

– Mał­żeń­stwo, moja droga, to coś wię­cej niż miłość i przy­sięga. To także połą­cze­nie inte­re­sów, w któ­rym każda ze stron wnosi coś, czego potrze­buje druga. On potrze­bo­wał kogoś, kto go rozu­miał, a w zamian zapew­nił mi styl życia, o jakim marzy­łam. Ty i James jeste­ście tacy sami. Jak myślisz, dla­czego tak bar­dzo cie­szy­li­śmy się, że się z tobą oże­nił, skoro pocho­dzi­cie z tak róż­nych śro­do­wisk?

– Jak to z innych śro­do­wisk?

– Daj spo­kój. Nie możesz być aż tak naiwna. Tak, mia­łaś pry­watną edu­ka­cję i bar­dzo ład­nie się wypo­wia­dasz, ale twoja rodzina nie ma rodo­wodu, prawda? Twój ojciec jest czło­wie­kiem, który sam doszedł do wszyst­kiego, w zasa­dzie jest dobrze pro­spe­ru­ją­cym han­dla­rzem na gieł­dzie. Może i jest bogaty, ale nie ma klasy, nie ma wycho­wa­nia. Poślu­bia­jąc Jamesa, zyska­łaś sza­cu­nek spo­łeczny, a także tytuł, któ­rego twój ojciec ni­gdy nie mógłby ci dać. Na pewno to rozu­miesz.

Jestem prze­ra­żona. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że takie absur­dalne postawy na­dal ist­nieją.

– A co z tego ma James? – pytam ją, cho­ciaż wydaje mi się, że znam już odpo­wiedź.

– Pie­nią­dze, oczy­wi­ście. Jeśli tylko uda mu się utrzy­mać ten dom do czasu, aż go odzie­dzi­czysz, wszyst­kie jego pro­blemy zostaną roz­wią­zane.

– Czy naprawdę tylko tym dla was jestem? Krową dojną? – pytam zja­dli­wie. Nie jestem pewna, co w tej chwili bar­dziej mnie dener­wuje: fil­mik z Jame­sem i Becky, który wciąż odtwa­rza mi się w gło­wie, czy bez­czelny spo­sób, w jaki Rosa­linda oczer­nia mnie i moje wycho­wa­nie.

– Oczy­wi­ście, że nie, kocha­nie! Bar­dzo cię lubi­li­śmy i widzie­li­śmy, że on był w tobie bar­dzo zako­chany. Mar­twi­li­śmy się, jak dosto­su­jesz się do życia na wsi, ale pora­dzi­łaś sobie zna­ko­mi­cie. Szkoda, że masz pro­blemy z płod­no­ścią, ale James powie­dział mi, że się tym zaj­mu­jesz.

– Że co? – prze­ry­wam jej ostro. Cho­ciaż to prawda, że James i ja nie możemy mieć dzieci i zamie­rzamy roz­po­cząć pro­ce­durę in vitro, gdy znaj­dziemy się na szczy­cie listy ocze­ku­ją­cych, myśla­łam, że uzgod­ni­li­śmy, że nie powiemy o tym Rosa­lin­dzie, głów­nie po to, żeby oszczę­dzić mu wstydu.

– Nie martw się – kon­ty­nu­uje bez­tro­sko. – Twoja tajem­nica jest u mnie bez­pieczna. James wspo­mniał tylko, że macie pewne trud­no­ści i być może będzie­cie musieli wyje­chać na jakiś czas, aby pod­dać się lecze­niu. Trzy­mam za was kciuki. James potrze­buje potomka. Jeśli nie będzie­cie w sta­nie go mieć, to będzie pro­blem. Chyba że…

Urywa wpół zda­nia. Naj­wy­raź­niej wpa­dła na jakiś pomysł i widzę, że uznała, iż naj­le­piej będzie nie dzie­lić się nim ze mną. Szcze­rze mówiąc, nie wyobra­żam sobie, żeby mogła powie­dzieć coś gor­szego niż to, co już powie­działa, więc rów­nie dobrze mogę wysłu­chać wszyst­kiego.

– Chyba że co?

– Cóż, nie zro­zum mnie źle, ale jeśli nie jesteś w sta­nie mieć dziecka, a Becky jest… to oczy­wi­ście byłoby to jak kukułka w gnieź­dzie, ale mimo wszystko byłoby to jego dziecko.

Zanie­mó­wi­łam. Nie mogłam uwie­rzyć w to, co wła­śnie powie­działa. Jeśli myśla­łam, że gorzej już być nie może, to spek­ta­ku­lar­nie się pomy­li­łam. Zawsze sta­ra­łam się być uprzejma i pełna sza­cunku w sto­sunku do Rosa­lindy, ale ona wła­śnie dała mi jasno do zro­zu­mie­nia, co naprawdę o mnie myśli, i coś we mnie pękło.

– Jeśli dobrze cię rozu­miem – zaczy­nam – ty i Edward pobło­go­sła­wi­li­ście nasze mał­żeń­stwo, mimo że jestem ewi­dent­nie zbyt pospo­lita dla Jamesa, ponie­waż zamie­nię się w kurę zno­szącą złote jaja i w przy­szło­ści wycią­gnę was wszyst­kich z finan­so­wego bagna. Jed­nak dopóki to nie nastąpi, moja rola tutaj spro­wa­dza się zasad­ni­czo do roli kla­czy hodow­la­nej, rodzą­cej dzieci, aby kon­ty­nu­ować linię rodzinną. Ponie­waż tak żało­śnie zawio­dłam w tym pozor­nie pro­stym zada­niu, pro­po­nu­jesz, aby James na­dal spo­ty­kał się z Becky z moim bło­go­sła­wień­stwem, a my wej­dziemy w rodzaj kon­kursu płod­no­ści, aby zoba­czyć, kto pierw­szy zaj­dzie w ciążę. Czy tak?

– Myślę, że tro­chę dra­ma­ty­zu­jesz, kocha­nie! Po pro­stu roz­wa­żam różne opcje, to wszystko.

Ona jest nie­wia­ry­godna. Jestem tak zła, że czuję mro­wie­nie w pal­cach.

– W twoim pla­nie jest tylko jedna mała wada – mówię jej – poza tym, że żadna roz­sądna osoba nie zgo­dzi­łaby się na coś takiego. Powód, dla któ­rego nie poczę­li­śmy dziecka, nie ma nic wspól­nego ze mną. Nie zaszłam w ciążę, ponie­waż na tej far­mie są trak­tory, które mają wię­cej plem­ni­ków niż twój syn!

Widzę szok na jej twa­rzy i cie­szę się, że udało mi się zadać jej przy­naj­mniej jeden cios w odwe­cie. Zanim zdą­żyła powie­dzieć cokol­wiek wię­cej, usły­sza­łam odgłos samo­chodu prze­jeż­dża­ją­cego przez podwó­rze. Spoj­rza­łam na zega­rek. Nie musia­łam jesz­cze wycho­dzić, ale chcia­łam już uciec od Rosa­lindy.

– To pew­nie Dave, przy­je­chał, żeby zawieźć mnie na sta­cję – mówię i sły­szę drże­nie gniewu w swoim gło­sie. – Myślę, że to wszystko. Prze­każ moje prze­pro­siny Pau­line.

Nie cze­kam na jej odpo­wiedź i wycho­dzę, trza­ska­jąc za sobą drzwiami.

* * *

– Daj mi pięć minut – wołam do Dave’a, wcho­dząc do domku. – Wszystko spa­ko­wa­łam, muszę tylko zabrać swoje rze­czy.

– Nie ma pośpie­chu, Sophie – odpo­wiada. – Przy­je­cha­łem dość wcze­śnie, a twój pociąg odjeż­dża dopiero za pół­to­rej godziny, więc mamy mnó­stwo czasu.

Brak cie­pła w kuchni przy­po­mina mi, co zapo­cząt­ko­wało tę straszną serię wyda­rzeń. W końcu nawet nie zdą­ży­łam powie­dzieć Jame­sowi o kuchence. Chwy­tam kartkę papieru i szybko piszę.

James,

Kuchenka Aga się zepsuła. Pro­szę, napraw ją. Na kola­cję będziesz musiał pod­grzać coś z zamra­żarki w mikro­fa­lówce.

Zatrzy­muję się na chwilę, trzy­ma­jąc ołó­wek nad kartką. Po wszyst­kim, co wła­śnie prze­szłam, kipię z gniewu. Ogar­nia mnie czer­wona mgła i drżącą ręką dodaję:

A tak przy oka­zji, widzia­łam cię dziś po połu­dniu z Becky. Ty cho­lerny dra­niu.

Odwra­cam się na pię­cie, pędzę na górę, zabie­ram torbę z sypialni, a potem, chwy­ta­jąc tele­fon i torebkę z przed­po­koju, rzu­cam się na tylne sie­dze­nie zde­ze­lo­wa­nej tak­sówki Dave’a.

– Jedziemy – mówię mu, a on ostroż­nie rusza w dół polnej drogi. Nie zna jej zbyt dobrze i wpada w kilka wybo­jów, które ja omi­jam bez zasta­no­wie­nia, ale jestem tak sku­piona na ucieczce stąd, że nie przy­cho­dzi mi do głowy, żeby go przed nimi ostrzec. Gdy zbli­żamy się do skrętu do stajni, serce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Cię­ża­rówka Jamesa wraca i nie mamy innego wyj­ścia, jak zje­chać na bok i go prze­pu­ścić. Gdy pod­jeż­dża obok, zatrzy­muje cię­ża­rówkę i opusz­cza szybę. Uśmie­cha się, jakby nic się nie stało.

– Jedź dalej – mówię do Dave’a.

Rozdział 3

James naj­wy­raź­niej zatrzy­mał się przy domku i zoba­czył moją wia­do­mość, ponie­waż pierw­szy tele­fon dostaję, zanim jesz­cze docie­ramy na sta­cję. Naci­skam przy­cisk odrzu­ce­nia połą­cze­nia i wyłą­czam tele­fon. Nie jestem gotowa na roz­mowę z nim. Potrze­buję czasu, aby prze­tra­wić wszystko, co wyda­rzyło się tego popo­łu­dnia. Wyzna­nia Rosa­lindy zszo­ko­wały mnie pra­wie tak samo, jak to, co zoba­czyłam w sto­dole, i nagle czuję się strasz­nie samotna. Nic nie jest takie, jak się wyda­wało. Przy­po­mi­nam sobie moje pierw­sze spo­tka­nie z rodzi­cami Jamesa i to, jak bar­dzo byłam zde­ner­wo­wana. Cho­ciaż więk­szość moich przy­ja­ciół pocho­dziła z podob­nie zamoż­nych rodzin, po raz pierw­szy spo­tka­łam barona. Spę­dzi­łam mnó­stwo czasu, szu­ka­jąc wła­ści­wych form zwra­ca­nia się do nich (lord i lady Hun­ting­don-Bar­foot) i zasta­na­wia­jąc się, czy powin­nam wyko­nać dygnię­cie. Na szczę­ście zro­bili wszystko, aby mnie uspo­koić, a przy­naj­mniej tak mi się wtedy wyda­wało, i byłam im za to bar­dzo wdzięczna. Teraz wyobra­żam sobie tę scenę jak kre­skówkę, w któ­rej za każ­dym razem, gdy patrzą na sie­bie, w ich oczach migają znaki dolara. W ogóle o mnie nie dbali. W rze­czy­wi­sto­ści było jesz­cze gorzej, ponie­waż Rosa­linda jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że prawdopodob­nie ni­gdy by mnie nie zaak­cep­to­wali, gdyby mój ojciec nie był bogaty.

Kim ona jest, żeby oce­niać moje pocho­dze­nie? Tak, mój tata wycho­wał się w miesz­ka­niu komu­nal­nym w Sho­re­ditch, ale jest miliar­de­rem, ponie­waż ciężko pra­cuje i jest dobry w tym, co robi. Przy­naj­mniej sam zapra­co­wał na swoją for­tunę, a nie tylko cze­kał, aż odzie­dzi­czy ją po poprzed­nim poko­le­niu, tak jak James i jego ojciec. Podej­muję posta­no­wie­nie: nawet jeśli Jame­sowi i mnie uda się prze­trwać ten kry­zys i pozo­stać razem, ani grosz z pie­nię­dzy mojego ojca nie trafi do tej cho­ler­nej farmy.

Myślę o czeku, który tata dał nam jako pre­zent ślubny – dwie­ście tysięcy fun­tów „na roz­po­czę­cie wspól­nego życia”. W ciągu kilku tygo­dni po powro­cie z podróży poślub­nej James opo­wia­dał mi ckliwe histo­ryjki o tym­cza­so­wych pro­ble­mach finan­so­wych, z któ­rymi musieli sobie pora­dzić on i jego ojciec, a ja chęt­nie zgo­dzi­łam się, żeby wziął te pie­nią­dze, aby pomóc im prze­trwać, dopóki sytu­acja się nie poprawi. Wszyst­kie rze­czy, które pla­no­wa­łam zro­bić w domku, w tym remont kuchni, zostały wstrzy­mane. Za każ­dym razem, gdy o to pyta­łam, poja­wiało się jakieś nowe opóź­nie­nie, ale zapew­niano mnie, że nie­długo odda­dzą mi pie­nią­dze. A potem, oczy­wi­ście, kiedy zmarł Edward i zoba­czy­li­śmy praw­dziwą skalę pro­ble­mów, stało się oczy­wi­ste, że pie­nią­dze dawno prze­pa­dły. Farma nie była w sta­nie ich zwró­cić.

Pociąg do Exe­ter jest cichy i przez więk­szość podróży ponuro patrzę przez okno. Jest piękny jesienny dzień i nor­mal­nie cie­szy­ła­bym się wido­kiem drzew mie­nią­cych się boga­tymi odcie­niami złota i czer­wieni, ale dzi­siaj wszystko jest nie­wy­raźne. Jestem przy­tło­czona wyda­rze­niami dzi­siej­szego popo­łu­dnia, a mój umysł jest jak bez­kształtna mgła. Im bar­dziej odda­lam się od gospo­dar­stwa, tym bar­dziej zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy dzi­siej­szy dzień był praw­dziwy. Może to tylko sen; za chwilę obu­dzę się w naszym łóżku w domku i okaże się, że nic z tego nie miało miej­sca.

Kiedy prze­sia­dam się w Exe­ter, wszel­kie nadzieje na powrót do nor­mal­no­ści zni­kają i muszę patrzeć przez okno, aby inni pasa­że­ro­wie nie widzieli łez spły­wa­ją­cych po moich policz­kach. Zapada zmrok, a ja patrzę na swoje odbi­cie w szy­bie, gdy pociąg pędzi na wschód.

Byłam tak zmę­czona dzi­siej­szym dniem, że usnę­łam w pociągu, i zanim się zorien­to­wa­łam, pociąg już doje­chał do celu i wszy­scy spie­szyli się, aby wysiąść. Wyję­łam torbę z półki i dołą­czy­łam do tłumu zmie­rza­ją­cego w kie­runku bra­mek. Dawno nie byłam w Lon­dy­nie i tłumy oraz zgiełk na początku mnie zasko­czyły. Di obie­cała spo­tkać się ze mną na sta­cji Pad­ding­ton, cho­ciaż jestem w sta­nie samo­dziel­nie doje­chać metrem do Par­sons Green, gdzie wraz z mężem mieszka w ład­nym domu sze­re­go­wym. Roz­glą­dam się po hali, ale nie widzę jej, więc zaczy­nam prze­dzie­rać się przez tłum do naszego umó­wio­nego miej­sca spo­tka­nia. Kiedy już pra­wie do niego docho­dzę, sły­szę, że ktoś mnie woła. Odwra­cam się i natych­miast zostaję objęta ogrom­nym, ser­decz­nym uści­skiem.

– Tak się cie­szę, że cię widzę! – wykrzy­kuje, pisz­cząc lekko z pod­eks­cy­to­wa­nia. – Nie potra­fię wyra­zić, jak bar­dzo cze­ka­łam na ten week­end.

– Też się cie­szę, że cię widzę – odpo­wia­dam, gdy ona roz­luź­nia uścisk. – Wydaje mi się, że minęły wieki, odkąd ostat­nio tu byłam.

– Będziemy się świet­nie bawić – kon­ty­nu­uje Di. – Richard wyje­chał z kole­gami na golfa, więc przez cały week­end mamy dom tylko dla sie­bie. Kupi­łam cho­ler­nie dobre wino, a na kuchence czeka na nas gulasz. Chodź!

Chwyta mnie za rękę i prak­tycz­nie wciąga do metra.

– Nie zno­szę metra – mówi, gdy kie­ru­jemy się w stronę pero­nów linii District Line. – Jest tam duszno i nie ma nic do oglą­da­nia. Wolę auto­bus, ale podróż nim trwa znacz­nie dłu­żej, a my mamy wino do wypi­cia i plotki do nad­ro­bie­nia, więc czas ma klu­czowe zna­cze­nie.

Jej natu­ralna żywio­ło­wość jest zaraź­liwa i czuję, jak mój nastrój nieco się popra­wia. Jeśli ktoś może mi pomóc przejść przez obecny kry­zys, to wła­śnie Di. Na pierw­szy rzut oka łatwo ją zlek­ce­wa­żyć – jest niska, krą­gła, gło­śna i ma burzę krę­co­nych brą­zo­wych wło­sów. Ale w głębi duszy jest twarda jak stal i potrafi posta­wić cię na miej­scu, jeśli prze­kro­czysz gra­nicę, o czym prze­ko­nali się na wła­snej skó­rze jej byli part­ne­rzy. Pociąg pod­jeż­dża na peron i jakoś się do niego wci­skamy. Jestem przy­ci­śnięta do męż­czy­zny ubra­nego w spodnie dre­sowe i pod­ko­szu­lek; trzyma się on jed­nego z uchwy­tów nad głową, a mój nos znaj­duje się nie­przy­jem­nie bli­sko jego pachy. Na szczę­ście nie czuję żad­nego zapa­chu. Di stoi przede mną, ale roz­mowa jest nie­moż­liwa, ponie­waż wszy­scy wokół nas słu­chają, więc jedziemy w mil­cze­niu.

W miarę odda­la­nia się od cen­trum Lon­dynu pociąg zaczyna się opróż­niać i na ostat­nich kilku przy­stan­kach udaje nam się zająć dwa miej­sca naprze­ciwko sie­bie. Pod­czas dzie­się­cio­mi­nu­to­wego spa­ceru ze sta­cji do jej domu opo­wiada mi o swoim życiu. Richard, jej mąż, na­dal pra­cuje jako ban­kier inwe­sty­cyjny, ale widać, że ona jest mu oddana. Jego dochody w połą­cze­niu z jej zarob­kami jako praw­niczki ozna­czają, że mogą żyć dość wygod­nie. Opo­wiada mi o ich zbli­ża­ją­cej się podróży na Male­diwy, kiedy docie­ramy do drzwi wej­ścio­wych, które otwiera i prze­pusz­cza mnie do środka, a następ­nie zamyka na podwójny zamek i wyłą­cza alarm antyw­ła­ma­niowy.

– Wiem, że oko­lica jest bar­dzo ele­gancka, ale to wciąż Lon­dyn – wyja­śnia, kiedy uno­szę brwi, widząc poziom zabez­pie­czeń.

– Prze­pra­szam – mówię. – Byłam na wsi tak długo, że zapo­mnia­łam, jak to jest w więk­szych mia­stach.

– Z pew­no­ścią tak, Wasza Eks­ce­len­cjo! – śmieje się, chwy­ta­jąc moją kurtkę. – Nie mogę uwie­rzyć, że naprawdę nosisz tweed i to nie­iro­nicz­nie! Czy to tra­dy­cja zie­miań­stwa? Pasuje ci, nie zro­zum mnie źle, ale to na­dal zabawne. Teraz otwórzmy butelkę, a ty opo­wiesz mi wszystko, co dzieje się u cie­bie.

Pro­wa­dzi mnie do kuchni, w któ­rej unosi się nie­sa­mo­wity zapach. Nie wiem, co dodała do gula­szu, ale mój żołą­dek bur­czy z głodu. Kanapka, którą zja­dłam na lunch, wydaje się być jedy­nie odle­głym wspo­mnie­niem. Z pew­no­ścią należy do innego świata, świata sprzed tego, jak dowie­dzia­łam się, że mój mąż mnie zdra­dza, a jego matka powie­działa mi, że i tak nie jestem dla niego wystar­cza­jąco dobra. Nagłe przy­po­mnie­nie wyda­rzeń z dzi­siej­szego popo­łu­dnia coś we mnie wyzwala i łzy znów zaczy­nają pły­nąć szybko i obfi­cie. Di jest zajęta otwie­ra­niem butelki pro­secco i nie zauważa, że się zała­ma­łam, więc chwy­tam kawa­łek ręcz­nika kuchen­nego, aby spró­bo­wać wytrzeć oczy.

– Pro­szę… na litość boską, co się stało? – Di sta­wia pełne kie­liszki na bla­cie i obej­muje mnie kolej­nym uści­skiem. Nie wiem, jak długo tak sto­imy, ale po pro­stu pozwa­lam łzom pły­nąć, a ona mnie trzyma, mówiąc, że od razu wie­działa, że coś się stało, gdy tylko mnie zoba­czyła. W końcu, po kilku dużych łykach pro­secco, jestem w sta­nie opo­wie­dzieć jej o moim dniu. Nie mówi nic, kiedy opo­wia­dam jej wszyst­kie szcze­góły, od naszych pro­ble­mów finan­so­wych i kuchenki Aga, przez scenę w stajni, po nie­zwy­kłą roz­mowę, którą odby­łam z Rosa­lindą.

– Co za drań! – krzy­czy, kiedy koń­czę. – A kim, do cho­lery, jego matka myśli, że jest? Czy ona wie, że mamy XXI wiek i takie bzdury nie mają już zna­cze­nia? James może i jest baro­nem, ale czasy, kiedy szlachta miała prawa do seksu z każ­dym, kto dla niej pra­co­wał, dawno minęły, dzięki Bogu. Spójrz na księ­cia Wil­liama! Jest znacz­nie bar­dziej ele­gancki niż James, a mimo to poślu­bił osobę z ludu i nikt nawet nie mru­gnął okiem. Wszy­scy wie­dzą, że jedy­nym powo­dem, dla któ­rego trzy­mamy się tych feu­dal­nych bzdur, jest to, że są one dobre dla tury­styki. Co zamie­rzasz zro­bić? Mam nadzieję, że ode­tniesz mu jaja, zmu­sisz jego matkę, żeby je zja­dła, a potem się z nim roz­wie­dziesz!

Jak już wspo­mnia­łam, Di nie tole­ruje głup­ców.

– Jesz­cze nie wiem, co zro­bię – odpo­wia­dam jej żało­śnie. – Mia­łam nadzieję, że tro­chę czasu z dala od tego wszyst­kiego pomoże mi nabrać dystansu i że będziesz w sta­nie dać mi jakąś radę.

– Oczy­wi­ście, że będę w sta­nie! Nie mogę zagwa­ran­to­wać obiek­ty­wi­zmu, ale posta­ram się pomóc ci naj­le­piej jak potra­fię. Podej­rze­wam, że moje poprzed­nie uwagi zdra­dziły już moje sta­no­wi­sko, ale chęt­nie wysłu­cham wszyst­kich szcze­gó­łów i jakoś to roz­wią­żemy, dobrze? Nalejmy sobie jesz­cze szam­pana, a potem zajmę się gula­szem.

Jej prak­tyczne podej­ście jest wła­śnie tym, czego w tej chwili potrze­buję i czuję się jakoś lżej­sza, odkąd podzie­li­łam się z nią wszyst­kim. Sia­dam na jed­nym ze stoł­ków przy barze śnia­da­nio­wym, podaję jej mój kie­li­szek, a ona napeł­nia nam obu z butelki. Obser­wuję, jak regu­luje swoją ele­gancką płytę induk­cyjną, kła­dąc na nią gar­nek z ziem­nia­kami i czuję ukłu­cie zazdro­ści. Gdy­bym nie miała tak cho­ler­nie zawod­nej kuchenki, być może sie­dzia­ła­bym tu w bło­giej nie­świa­do­mo­ści nie­wier­no­ści Jamesa. Nie mogę prze­stać się zasta­na­wiać, czy lepiej jest o tym wie­dzieć, czy też wola­ła­bym pozo­stać w nie­wie­dzy.

– Jest coś, czego nie rozu­miem – mówi, odwra­ca­jąc się do mnie.

– Mów.

– Dla­czego nie masz żad­nych pie­nię­dzy? Twój tata jest dosłow­nie mul­ti­mi­lio­ne­rem.

– Po czę­ści dla­tego, że go o nie nie pro­si­łam, ale także dla­tego, że tata tak nie postę­puje. Zawsze mar­twił się, że za bar­dzo mnie roz­pu­ści i wyro­snę na zepsutą księż­niczkę, która nie zna war­to­ści pie­nią­dza. Więc, mimo że dora­sta­łam w luk­su­sie, jeż­dżąc z nimi na nie­sa­mo­wite waka­cje i takie tam, ni­gdy nie dawał mi pie­nię­dzy bez powodu. Jeśli chcia­łam coś mieć, musia­łam zaro­bić pie­nią­dze i sama za to zapła­cić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki