32,90 zł
Nie wszystkie bajki mają szczęśliwe zakończenie – a niektóre zaczynają się dopiero wtedy, gdy uczymy się miłości i życia na nowo.
Sophie miała to, o czym wiele kobiet tylko marzy: męża, życie za miastem i pozorną harmonię. Ale jedno przypadkowe odkrycie – widok Jamesa w ramionach innej kobiety – wywraca jej świat do góry nogami.
Zamiast ugiąć się pod ciężarem zdrady i cudzych oczekiwań, Sophie podejmuje decyzję, która zmienia jej życie. Zostawia przeszłość za sobą i wraca do miasta, by odnaleźć siebie na nowo. Na jej drodze pojawia się Elliot. Jest inny niż mężczyźni, których znała wcześniej – uważny, wyrozumiały i pełen poczucia humoru.
Sophie musi jednak odpowiedzieć sobie na najtrudniejsze pytanie: czy jest gotowa znów zaufać nie tylko komuś innemu, ale przede wszystkim samej sobie?
Phoebe MacLeod napisała historię, która bawi i porusza, przypominając, że prawdziwa siła rodzi się w chwili, gdy odważymy się powiedzieć: to jeszcze nie koniec.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 287
– Ogłaszam was mężem i żoną!
Słyszę słowa pastora, ale wydaje mi się, że są one odległe, jakby pochodziły z innego pokoju. Widzę tylko przenikliwe niebieskie oczy Jamesa wpatrujące się w moje, a kiedy pochyla się, aby złożyć mi pierwszy pocałunek jako żonie, moje serce wydaje się eksplodować z miłości. Ledwo słyszę oklaski i okrzyki naszych gości, ponieważ krew pulsuje mi w uszach. Od dnia, w którym się poznaliśmy, dotarcie do tego momentu zajęło nam nieco ponad trzy lata. Zostałam zaciągnięta na mecz rugby przez jedną z moich szkolnych koleżanek, która była szaleńczo zakochana w jednym z kolegów Jamesa z drużyny, ale nie chciała iść sama. Byłam trochę wkurzona, kiedy po meczu zostawiła mnie w barze, aby poświęcić całą swoją uwagę Harry’emu, ale James zauważył mnie siedzącą samotnie i podszedł do mnie. Zaczęliśmy rozmawiać i tak się zaczęło. Spotykaliśmy się przez dwa lata, zanim poprosił mnie o rękę podczas kolacji w restauracji Wiltons na Jermyn Street, a prawie każdą wolną chwilę w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy poświęciłam na planowanie naszego ślubu.
Nie nazwałabym siebie Bridezillą, ale włożyłam wiele pracy, aby wszystko było dziś idealne. Organizowanie ślubów i imprez to moja codzienna praca, więc nie wyglądałoby to zbyt dobrze, gdyby mój własny ślub nie był na najwyższym poziomie, zwłaszcza, że wiele panien młodych mogłoby tylko pomarzyć o takim budżecie, jaki miałam ja. Klękamy, a ja słyszę, jak pastor wypowiada słowa błogosławieństwa, ale mój umysł jest teraz zajęty planowaniem reszty dnia, sprawdzaniem, czy niczego nie zapomniałam. Wiem, że to bezcelowe; nie mogę zrobić już nic, aby rozwiązać ewentualne problemy, ale po prostu czuję się spokojniejsza, przeglądając listę kontrolną i nie znajdując żadnych luk ani punktów newralgicznych.
James prowadzi mnie do naszych miejsc, a pastor zaczyna kazanie. Właściwie nie jest złe. Powtarza niektóre historie o tym, jak się poznaliśmy i co lubimy robić. Odczuwam ulgę, ponieważ obawiałam się, że będzie to długa religijna tyrada, jak te, które słyszeliśmy w szkole. Nie jestem osobą religijną, podobnie jak większość naszych gości, więc byłoby to dla nas stratą czasu. W rzeczywistości byłabym szczęśliwsza, gdybyśmy pobrali się w zamku lub innym malowniczym miejscu, ale rodzice Jamesa utrzymywali, że ślub w kościele jest jedynym sposobem, aby pobrać się „prawidłowo”. Trzeba przyznać, że kościół wygląda bardzo ładnie – jest pełen kwiatów, a jego zabytkowa budowla będzie stanowić piękne tło dla zdjęć po ceremonii. Odprężam się i spoglądam na błyszczącą obrączkę na mojej lewej dłoni. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wyszłam za mąż!
Po kazaniu wchodzimy do bocznej sali, aby podpisać rejestry, a ja promienieję radością, gdy fotograf robi zdjęcia. Miałam szczęście, że udało mi się zarezerwować Toby’ego Robertsa, znanego z fotografowania wielu ślubów celebrytów pojawiających się w magazynach w rodzaju Hello! Był znacznie droższy niż inni fotografowie, których rozważałam, ale jest najlepszy, więc wybór był oczywisty. Kiedy Toby zrobił wszystkie zaplanowane zdjęcia, ustawiamy się w procesji, aby opuścić kościół. Gdy pastor prosi zgromadzonych o oklaski dla państwa Huntingdon-Barfoot, James mocno ściska moją dłoń i wychodzimy na zewnątrz, gdzie wszyscy próbują zrobić nam zdjęcie, a flesze błyskają jak szalone. Czuję, że dosłownie eksploduję z radości.
Kiedy Toby robi kolejne zdjęcia po ceremonii, myślę o tym, co nas czeka. Przyjęcie powinno być niesamowite; za jedzenie odpowiada szef kuchni z gwiazdką Michelin, a sklep z winami mojego taty ciężko pracował, aby dobrać odpowiednie wina do każdego dania. Jutro wyjeżdżamy na miesiąc miodowy na Seszele. Dwa tygodnie słońca, piasku i cudownego seksu, zanim przeniesiemy się do Devon, gdzie rodzina Jamesa ma spore połacie ziemi. Widziałam już dom, w którym będziemy mieszkać – idealny mały domek na farmie. W tej chwili jest nieco zaniedbany, ale mam wielkie plany jego renowacji.
Nie mogę się doczekać rozpoczęcia nowego życia.
Cztery lata później
To oficjalne: nienawidzę tej okropnej kuchenki Aga.
Wiem, że większość osób, które ją mają, ją uwielbia, ale ja spędzam większość czasu na przeklinaniu mojej. Nie byłam zbyt doświadczoną kucharką, kiedy się tu przeprowadziłam, ale Aga miała na mnie oko od pierwszego dnia. Po moich pierwszych próbach, które zakończyły się przypalonym lub surowym jedzeniem, kupiłam różne książki i próbowałam zrozumieć tajemnice tej całkowicie niekontrolowanej kuchenki. Pomimo moich wysiłków, kuchenka uparcie nie dawała się oswoić i stała się jeszcze bardziej kapryśna, do tego stopnia, że obecnie nie da się przewidzieć, czy będzie gorętsza od słońca i wszystko spali, czy też tak zimna, że nie uda się nawet zagotować wody na płycie grzejnej. Szczerze mówiąc, podejrzewam, że potrzebuje dobrego serwisu, ale James mówi mi, że nie ma pieniędzy na takie luksusy, więc za każdym razem, gdy coś się psuje, przychodzi jeden z pracowników gospodarstwa, grzebie w nim przez chwilę i piec nadal działa, choć z trudem.
Z wyjątkiem dzisiaj. Dzisiaj, kiedy muszę upiec i dostarczyć dwa biszkopty Victoria do Instytutu Kobiet na jutrzejszy festyn wiejski, piekarnik postanowił całkowicie się zepsuć i jest zimny jak kamień. Cholerstwo. Nie ma mowy, żebym naraziła się na gniew przewodniczącej naszego Instytutu Kobiet, zawodząc ją, więc niechętnie podnoszę słuchawkę telefonu i dzwonię do teściowej.
– Cześć Sophie, co za niespodzianka! Wszystko w porządku? – pyta radosnym głosem.
Na pozór dobrze się z nią dogaduję, ale pod powierzchnią czuję pewien dyskomfort. Jestem przekonana, że ona mnie nie lubi, ale za każdym razem, gdy o tym wspominam, James mówi, że to tylko moja wyobraźnia i że ona mnie uwielbia. Niemniej jednak zawsze jestem wobec niej ostrożna.
– Przepraszam, że przeszkadzam, Rosalind, ale piekarnik się zepsuł, a muszę upiec ciastka, żeby dostarczyć je Pauline. Czy mogłabym pożyczyć twój piekarnik na godzinę lub dwie?
– Oczywiście, kochanie! Właśnie wyjęłam ciastka, więc piekarnik jest do Twojej dyspozycji. Ale to musi być dla Ciebie uciążliwe. Powiedziałaś o tym Jamesowi? Jestem pewna, że poprosi Tony’ego, żeby się tym zajął.
Tony jest mistrzem mechaniki na farmie i, szczerze mówiąc, wydaje się rozumieć, jak działa piec Aga. Niestety, jest też zboczeńcem najwyższej klasy, który uważa, że komentowanie moich piersi lub krocza w każdym zdaniu jest całkowicie dopuszczalne. Kiedy wiem, że ma przyjść, zakładam najluźniejszy sweter, ale nie wydaje mi się, że ma to jakikolwiek wpływ na jego gapienie się. Jak na mój gust jest też trochę zbyt bezpośredni. James twierdzi, że jest po prostu przyjazny, ale ja uważam, że jest dziwakiem.
– James jest następny na mojej liście, jeśli uda mi się go znaleźć – mówię jej. – Jeśli nie masz nic przeciwko, to za kilka minut przyniosę ci ciastka, ale kiedy będą się piec, pójdę go poszukać. Aga potrzebuje kilku godzin, żeby ponownie osiągnąć odpowiednią temperaturę, więc kolacja będzie z mikrofalówki.
– Biedactwo. Zaprosiłabym was oboje, ale nie mam nic do jedzenia!
Jest okropną kłamczuchą. Jeszcze wczoraj po południu widziałam, jak przejeżdżała ciężarówka Ocado z jej najnowszą dostawą. Nie bardzo rozumiem, jak stać ją na utrzymanie dużego domu, zatrudnianie sprzątaczki i robienie zakupów w Ocado, skoro James mówi mi, że gospodarstwo jest na skraju bankructwa i musimy oszczędzać każdy grosz, ale staram się o tym nie myśleć.
– To bardzo miło z twojej strony – odpowiadam kłamstwem – ale dziś wieczorem James będzie sam.
– Oczywiście, że tak – mruczy. – Zupełnie zapomniałam, że spędzasz weekend z przyjaciółką.
Podkreśla ostatnie słowo, jakbym knuła coś niedobrego. Gdybym miała pieniądze, postawiłabym je na to, że zaraz po moim wyjeździe pociągiem jej ukochany syn otrzyma zaproszenie na kolację.
Nie mogę się doczekać weekendu z moją przyjaciółką Di. Lubię poczucie przestrzeni, jakie daje życie na wsi, ale czasami tęsknię za zgiełkiem Londynu, więc weekend w stolicy będzie prawdziwą przyjemnością i warto poświęcić siedem godzin na podróż pociągiem z Down St. Mary. Kiedy się tu przeprowadziliśmy, James zasugerował, żebym regularnie spędzała weekendy w Londynie, abym nie czuła się całkowicie odcięta od swojego dawnego życia i, chociaż nie jeżdżę tam tak często jak kiedyś, to tradycja ta się utrzymała. Dave, jedyny taksówkarz w wiosce, odbiera mnie o czwartej, aby zawieźć mnie na stację. Spoglądam na zegarek – jest już druga, więc muszę się pospieszyć.
– Do zobaczenia za chwilę – mówię Rosalindzie i odkładam słuchawkę. Masa jest już w foremkach, więc pakuję wszystko do pudełka i ruszam ścieżką w kierunku głównego budynku. Rodzina Huntingdon-Barfootów, oprócz tego, że należała do drobnej szlachty, była również jedną z najbogatszych rodzin ziemskich w hrabstwie Devon w czasach przed wojną secesyjną a główny budynek odzwierciedla ich dawną pozycję. Jest ogromny, ma dwanaście sypialni, ogromne reprezentacyjne salony i pokoje dla służby na poddaszu. W dawnych czasach musiał stanowić niezły widok, ale podobnie jak wszystko na farmie, podupadł wraz z wyczerpaniem się funduszy. Z tego, co rozumiem, przodkowie Jamesa czerpali większość swojego bogactwa z dzierżawców. Wojny światowe i rosnąca mechanizacja rolnictwa zmusiły dzierżawców do znalezienia innej pracy, a dziadek Jamesa musiał samodzielnie uprawiać około tysiąca akrów ziemi. Na początku radził sobie dobrze i pieniądze nadal napływały, ale rosnąca biurokracja i import z zagranicy, a także kilka katastrofalnych decyzji finansowych, doprowadziły do opróżnienia skarbca. Kiedy James i ja pobraliśmy się i przeprowadziliśmy tutaj, nie mieliśmy pojęcia, jak źle mają się sprawy. Dopiero gdy dwa lata temu jego ojciec niespodziewanie zmarł na zawał serca, a James po raz pierwszy dokładnie przejrzał księgi, zdaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji.
Wchodzę przez drzwi kuchenne i witam się. W ciągu dnia nigdy nie są zamknięte, nawet gdy Rosalinda wychodzi. Uważa, że nie ma tam nic wartościowego, a każdy włamywacz, który zdołałby pokonać pół mili drogi od drogi dojazdowej, przez podwórze i z powrotem, nie będąc zauważonym, zasługuje na to, by zabrać sobie wszystko, co chce. Nie myli się. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość i było łatwe do przeniesienia, zostało sprzedane na aukcji wiele lat temu, aby utrzymać gospodarstwo. Nadal jest tu sporo mebli, ale są to głównie rzeczy, które mają wartość sentymentalną lub po prostu nie pasowałyby do normalnego domu. Na przykład stół w jadalni jest przepięknym meblem, teoretycznie wartym fortunę, przy którym z łatwością zmieszczą się dwadzieścia cztery osoby. Jest jednak za duży, więc nie nadaje się do bliźniaka na przedmieściach. Podłogi na parterze, w większości z polerowanego drewna, są pokryte dywanami, które przed laty wyglądały olśniewająco, ale teraz są wyblakłe i nieco zużyte. Jest tu również potwornie zimno, nawet latem. Nie wiem, jak Rosalinda wytrzymuje w tym miejscu, ale opierała się każdej próbie przeniesienia jej do mniejszego i bardziej praktycznego domu.
W kuchni znajduje się kolejna kuchenka Aga, ale Rosalinda posiada również największy luksus – piekarnik z termoobiegiem. Kieruję się w jego stronę i włączam go, ciesząc się możliwością ustawienia temperatury, która pozwoli mi upiec idealne biszkopty w ciągu dwudziestu minut, zgodnie z zaleceniami przepisu. Przyniosłam wszystko, czego potrzebuję do nadzienia, więc będę miała wystarczająco dużo czasu, żeby pozwolić im ostygnąć, a potem je wykończyć i podrzucić Pauline przed wyjazdem. Zauważam, że ciastka Rosalindy, marchewkowe i kawowo-orzechowe, są już zapakowane w pojemniki Tupperware i gotowe do dostarczenia, więc może uda mi się zdobyć kilka punktów, oferując, że je również zabiorę.
– Bierz wszystko, czego potrzebujesz – mówi do mnie Rosalinda, przechodząc przez hol. Jak zawsze wygląda nieskazitelnie. Chciałabym wiedzieć, jak ona to robi. W moim przypadku wystarczy tylko, że przejdę przez podwórze, a moje dżinsy już są całe usmarowane błotem, nawet, kiedy mam na sobie kalosze. Rosalinda natomiast ma na sobie wypolerowane brązowe brogsy z frędzlami, nieskazitelne ciemnoniebieskie dżinsy i białą koszulę pod pikowaną kurtką. Gdyby istniała definicja „wiejskiego szyku”, to ona by ją uosabiała.
– Bardzo dziękuję. Ratujesz mi życie – mówię jej, a na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech. – Czekam tylko, aż piekarnik się nagrzeje, a potem włożę je do środka i pójdę poszukać Jamesa. Wrócę zanim się upieką.
– Nie ma sprawy, naprawdę. Cieszę się, że mogłam pomóc. Jeśli powiesz mi, ile czasu potrzebują, wyjmę je dla ciebie, jeśli nie wrócisz na czas. Miejmy tylko nadzieję, że nie jest po drugiej stronie farmy!
– Jeśli tak, to będę musiała zostawić mu wiadomość. Dave odbiera mnie o czwartej, więc nie mam zbyt wiele czasu na szukanie, ale jeśli nie wrócę za dwadzieścia minut, byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś sprawdziła ciasto i wyjęła je, jeśli będzie gotowe.
Lampka na piekarniku gaśnie, sygnalizując osiągnięcie odpowiedniej temperatury, więc szybko wkładam ciastka i kieruję się do tylnych drzwi. Nie lubię być dłużna Rosalindzie. Zawsze jest bardzo uprzejma, kiedy czegoś od niej potrzebuję, ale mam wrażenie, że zapisuje to wszystko w jakimś mentalnym bilansie, aby później wykorzystać to przeciwko mnie. Sprawdzam telefon, przechodząc przez podwórko. Jedną z wad mieszkania tutaj jest to, że sygnał komórkowy praktycznie nie istnieje, więc jestem zaskoczona, widząc, że mam niewielki zasięg. Wybieram numer Jamesa, modląc się do bogów telefonii komórkowej, żeby on też był gdzieś, gdzie jest zasięg, ale nic z tego. Połączenie trafia prosto do poczty głosowej. Nie ma sensu zostawiać wiadomości, bo może jej nie odebrać przez kilka dni, więc będę musiała kontynuować poszukiwania na piechotę.
Zauważam Tony’ego z głową w silniku jednego z traktorów, więc idę w jego kierunku.
– Cześć Sophie, ładnie dziś wyglądasz. Wybierasz się gdzieś? – pyta, jak zwykle świdrując wzrokiem moją klatkę piersiową. Niestety mam na sobie dopasowaną białą koszulę, więc widzi więcej niż bym chciała.
– Jadę do Londynu, spędzić weekend z przyjaciółką. Wiesz, gdzie jest James?
– Tak, około dwadzieścia minut temu poszedł pomóc Becky w stajni. Pewnie nadal tam jest.
– Dzięki.
Czuję, jak patrzy na mnie, gdy ruszam ścieżką. To naprawdę obrzydliwy zboczeniec.
Dopiero niedawno stajnie zostały przywrócone do życia. Ojciec Jamesa był zdecydowanie przeciwny pomysłowi trzymania koni na farmie. Był głęboko przekonany, że farmy nie są miejscem dla „zabawkowych” zwierząt, które nie służą żadnym celom rolniczym, i za jego czasów stajnie były wykorzystywane jako szopa. Jedną z pierwszych rzeczy, które James zrobił po śmierci ojca, było pozbycie się wszystkich śmieci, wyczyszczenie stajni i przywrócenie ich do stanu używalności. Mamy boksy dla szesnastu koni i pobieramy wysokie opłaty za ich opiekę. Opłaty te nie tylko pokrywają koszty zatrudnienia stajennego, który się nimi opiekuje, ale są one jedną z niewielu części gospodarstwa, które faktycznie przynoszą zysk. W każdy weekend pojawia się kilka przyczep do przewozu koni, które zabierają zwierzęta na różne imprezy i zazwyczaj wracają one do stajni w niedzielę wieczorem. Idąc ścieżką w kierunku stajni, widzę, że mam szczęście – na zewnątrz stoi ciężarówka Jamesa. Zatrzymuję się obok niej i przez chwilę bawię się z psami, które cierpliwie czekają na skrzyni ładunkowej. Boksy są ułożone w kształcie litery U. Przechodząc między nimi głaszczę nosy niektórych koni i zaglądam do każdego z nich, aby sprawdzić, czy nie ma tam mojego męża. Kiedy zbliżam się do magazynu siana i siodlarni w odległym rogu, słyszę ciche odgłosy dochodzące z wnętrza. Drzwi są zamknięte, ale z sapania i pomruków dochodzących z drugiej strony wynika, że James i Becky, stajenna, zmagają się z czymś ciężkim. Jednak gdy zbliżam się i słyszę wyraźniej, zaczynam podejrzewać coś znacznie gorszego. Wiem, co to za dźwięk, i nie jest to dźwięk, jaki wydawałyby dwie osoby które z czymś sobie nie radzą. W rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie.
Serce podchodzi mi do gardła, gdy delikatnie pociągam za klamkę, aby otworzyć drzwi.
Zaniemówiłam, prawdopodobnie dlatego, że przestałam oddychać. Scena, na którą właśnie natrafiłam, dosłownie wybiła mi powietrze z płuc i chwilowo mnie sparaliżowała. Ta niewielka część mojego umysłu, która nie wyłączyła się pod wpływem szoku, gorączkowo szukała odpowiedniego rozwiązania po tym, jak natknęłam się na męża uprawiającego seks z inną kobietą, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
Nie jest to nawet „tradycyjna” metoda przyłapania męża na zdradzie. Zazwyczaj wygląda to tak, że wracasz do domu niespodziewanie, mąż i kochanka słyszą drzwi, a ty wchodzisz, gdy oni gorączkowo próbują się ubrać. Przynajmniej tak przedstawia to telewizja. Scena, którą widzę przed sobą, nie przypomina tego wcale. Zamiast w sypialni, James i Becky robią to na beli siana, co wydaje mi się raczej niewygodne i drażniące. Nie mają też pojęcia, że tu jestem, więc nie mają nawet na tyle przyzwoitości, żeby przestać.
Kolejna część mojego umysłu się odblokowuje i, co jeszcze dziwniejsze, zaczynam krytykować technikę mojego męża. Nie ma tu nic, co pasowałoby do terminu „kochanie się”; to jest surowe i zwierzęce. To po prostu ruchanie. Nawet się porządnie nie rozebrali. Becky, stajenna, nadal ma na sobie polar, chociaż jej buty, bryczesy i majtki są niedbale rzucone na bok, a polar jest podwinięty i odsłania jej bladą, jędrną skórę brzucha. James nadal ma na sobie buty, a jego spodnie i bokserki są ściągnięte do kostek. Nie jestem ekspertem, ale z tego, co widzę, nie mogło być zbyt wiele gry wstępnej, zanim przeszli do głównego wydarzenia.
Reszta mnie jest całkowicie wyłączona. To tak, jakbym obserwowała coś, co nie ma ze mną nic wspólnego. Prawie spodziewam się, że David Attenborough zacznie to opisywać: „Dominujący samiec wyczuwa jej gotowość i nie traci czasu na kopulację z nią. Jest to krótkie i funkcjonalne spotkanie, które będzie się powtarzać kilka razy, dopóki ona będzie w rui”.
Cóż, mylisz się, Davidzie. Być może jest to funkcjonalne, ale wydaje się trwać cholernie długo. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie jestem tu dopiero od około trzydziestu sekund, ale czas ma dziwną tendencję do rozciągania się i skracania, kiedy najmniej tego chcesz i wydaje się, że jest zdeterminowany maksymalnie rozciągnąć tę chwilę, tak, że czuję się, jakbym stała tu nieruchomo od godzin.
Po czymś, co wydaje się połową mojego życia, ale prawdopodobnie trwa tylko minutę lub dwie, James wykonuje kilka mocnych pchnięć, ryczy jak cierpiący byk i osuwa się na nią. Wydaje się, że to właśnie ta scena sprawia, że moje ciało przestaje być sparaliżowane i bez zastanowienia odwracam się i zaczynam biec z powrotem ścieżką w kierunku podwórka. Oddycham nierówno, częściowo z powodu wysiłku związanego z bieganiem, ale także z powodu szoku wywołanego tym, co właśnie widziałam. Ciągle oglądam się za siebie, żeby sprawdzić, czy James mnie nie śledzi, ale ciężarówka nadal stoi zaparkowana przed stajnią. Gdy zbliżam się do podwórza, zwalniam do tempa spacerowego. W mojej głowie panuje kompletny chaos i nie mam pojęcia, co mam teraz zrobić. Dopiero teraz zauważam, że moje policzki są mokre od łez.
– Znalazłaś go? – Głos Tony’ego wystarczył, by sprowadzić mnie z powrotem do rzeczywistości. Cokolwiek się dzieje, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest wtrącanie się Tony’ego. Pośpiesznie ocieram policzki rękawem i mówię:
– Tak, dzięki, Tony. – odpowiadam tak naturalnie, jak tylko potrafię. Aby wzmocnić wrażenie normalności, kontynuuję zdecydowany marsz w kierunku głównego budynku. Rosalinda podnosi wzrok znad gazety, gdy wchodzę do kuchni.
– Znalazłaś Jamesa? – pyta swobodnie, a potem jej twarz się zmienia. – Co się stało? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha!
– Znalazłam go – odpowiadam i nagle znów zaczynam płakać. Zirytowana ocieram łzy rękawem; naprawdę nie chcę o tym rozmawiać z Rosalindą.
– Och, kochanie! – mówi czule, podchodząc do mnie i obejmując mnie swoimi kościstymi ramionami. Ten prosty gest życzliwości jest dla mnie nie do zniesienia i łzy zamieniają się w gwałtowny płacz. Rosalinda delikatnie sadza mnie na jednym z kuchennych krzeseł i siada naprzeciwko mnie, kładąc ręce na moich udach.
– Co się stało? – pyta łagodnie.
Zajmuje mi chwilę, zanim udaje mi się wydobyć z siebie jakieś słowa przez łkanie, ale w końcu udaje mi się wykrztusić:
– Był w stajni. Z Becky. Oni byli…
Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej, ale widzę, jak w oczach Rosalindy pojawia się zrozumienie. Przesuwa krzesło, aby usiąść obok mnie, obejmuje mnie ramieniem i przyciąga moją głowę do swojego ramienia. Jest to niezwykle niewygodne, częściowo dlatego, że nie jestem przyzwyczajona do okazywania mi przez nią uczuć, ale także dlatego, że kości jej ramienia wbijają mi się w policzek, a poręcz krzesła mocno uciska mnie w bok. Przynajmniej ten dyskomfort pozwala mi myśleć o czymś innym. W mojej głowie jak w filmie wciąż odtwarza się scena z Jamesem i Becky, jak jeden z tych irytujących GIF-ów, które ludzie publikują w mediach społecznościowych, z tą różnicą, że ten ma dźwięk i obraz w wysokiej rozdzielczości.
Wydaje mi się, że napad płaczu nieco ustępuje, więc delikatnie odrywam się od Rosalindy i kieruję się do toalety na dole, aby uporać się z bałaganem. Tym razem płakałam naprawdę brzydko, więc najpierw wydmuchuję nos i wycieram rzekę smarków, która spłynęła mi po górnej wardze. Na szczęście ostatnio nie przejmuję się zbytnio makijażem, więc nie muszę się martwić, że rozmazuje mi się tusz do rzęs lub coś w tym rodzaju. Spłukuję twarz zimną wodą i ostrożnie osuszam ją ręcznikiem, po czym wracam do kuchni, gdzie Rosalinda podaje mi filiżankę herbaty. Wyjęła również ciastka z piekarnika i położyła je na kratkach do ostygnięcia.
– Dodałam cukier, żeby złagodzić szok – mówi, podając mi kubek. – Za pierwszym razem to boli, prawda?
– Słucham?
– Jego ojciec był taki sam. Nie potrafił kontrolować swoich popędów seksualnych. Miałam nadzieję, że Edward nie przekazał tej cechy Jamesowi, ale wygląda na to, że tak się stało. Kiedy to się stało po raz pierwszy, czułam się tak samo jak ty teraz. Mieliśmy potężną kłótnię, a on obiecał, że nigdy więcej tego nie zrobi. Chciałam mu wierzyć, ale w głębi duszy wiedziałam, że kłamie. W końcu po prostu zaakceptowałam to jako część jego natury. Nie sądzę, żeby mężczyźni mogli sobie pomóc. Są jak dzieci, zawsze rozpraszają ich nowe rzeczy.
– Dlaczego go nie zostawiłaś? – pytam szeptem.
– Gdzie miałabym się podziać? W tamtych czasach wszystko wyglądało inaczej. Nie miałam środków do życia, nigdy nie pracowałam i nie miałam pojęcia, jak znaleźć pracę. Chociaż był mi nieustannie niewierny, kochał mnie, a ja odrzuciłabym wygodne życie tutaj dla czegoś znacznie gorszego. Musiałam też wziąć pod uwagę Jamesa.
– Ale on złamał przysięgę małżeńską! Jak mogłaś zostać z kimś, kto tak postąpił?
– Małżeństwo, moja droga, to coś więcej niż miłość i przysięga. To także połączenie interesów, w którym każda ze stron wnosi coś, czego potrzebuje druga. On potrzebował kogoś, kto go rozumiał, a w zamian zapewnił mi styl życia, o jakim marzyłam. Ty i James jesteście tacy sami. Jak myślisz, dlaczego tak bardzo cieszyliśmy się, że się z tobą ożenił, skoro pochodzicie z tak różnych środowisk?
– Jak to z innych środowisk?
– Daj spokój. Nie możesz być aż tak naiwna. Tak, miałaś prywatną edukację i bardzo ładnie się wypowiadasz, ale twoja rodzina nie ma rodowodu, prawda? Twój ojciec jest człowiekiem, który sam doszedł do wszystkiego, w zasadzie jest dobrze prosperującym handlarzem na giełdzie. Może i jest bogaty, ale nie ma klasy, nie ma wychowania. Poślubiając Jamesa, zyskałaś szacunek społeczny, a także tytuł, którego twój ojciec nigdy nie mógłby ci dać. Na pewno to rozumiesz.
Jestem przerażona. Nie zdawałam sobie sprawy, że takie absurdalne postawy nadal istnieją.
– A co z tego ma James? – pytam ją, chociaż wydaje mi się, że znam już odpowiedź.
– Pieniądze, oczywiście. Jeśli tylko uda mu się utrzymać ten dom do czasu, aż go odziedziczysz, wszystkie jego problemy zostaną rozwiązane.
– Czy naprawdę tylko tym dla was jestem? Krową dojną? – pytam zjadliwie. Nie jestem pewna, co w tej chwili bardziej mnie denerwuje: filmik z Jamesem i Becky, który wciąż odtwarza mi się w głowie, czy bezczelny sposób, w jaki Rosalinda oczernia mnie i moje wychowanie.
– Oczywiście, że nie, kochanie! Bardzo cię lubiliśmy i widzieliśmy, że on był w tobie bardzo zakochany. Martwiliśmy się, jak dostosujesz się do życia na wsi, ale poradziłaś sobie znakomicie. Szkoda, że masz problemy z płodnością, ale James powiedział mi, że się tym zajmujesz.
– Że co? – przerywam jej ostro. Chociaż to prawda, że James i ja nie możemy mieć dzieci i zamierzamy rozpocząć procedurę in vitro, gdy znajdziemy się na szczycie listy oczekujących, myślałam, że uzgodniliśmy, że nie powiemy o tym Rosalindzie, głównie po to, żeby oszczędzić mu wstydu.
– Nie martw się – kontynuuje beztrosko. – Twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna. James wspomniał tylko, że macie pewne trudności i być może będziecie musieli wyjechać na jakiś czas, aby poddać się leczeniu. Trzymam za was kciuki. James potrzebuje potomka. Jeśli nie będziecie w stanie go mieć, to będzie problem. Chyba że…
Urywa wpół zdania. Najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł i widzę, że uznała, iż najlepiej będzie nie dzielić się nim ze mną. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby mogła powiedzieć coś gorszego niż to, co już powiedziała, więc równie dobrze mogę wysłuchać wszystkiego.
– Chyba że co?
– Cóż, nie zrozum mnie źle, ale jeśli nie jesteś w stanie mieć dziecka, a Becky jest… to oczywiście byłoby to jak kukułka w gnieździe, ale mimo wszystko byłoby to jego dziecko.
Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie powiedziała. Jeśli myślałam, że gorzej już być nie może, to spektakularnie się pomyliłam. Zawsze starałam się być uprzejma i pełna szacunku w stosunku do Rosalindy, ale ona właśnie dała mi jasno do zrozumienia, co naprawdę o mnie myśli, i coś we mnie pękło.
– Jeśli dobrze cię rozumiem – zaczynam – ty i Edward pobłogosławiliście nasze małżeństwo, mimo że jestem ewidentnie zbyt pospolita dla Jamesa, ponieważ zamienię się w kurę znoszącą złote jaja i w przyszłości wyciągnę was wszystkich z finansowego bagna. Jednak dopóki to nie nastąpi, moja rola tutaj sprowadza się zasadniczo do roli klaczy hodowlanej, rodzącej dzieci, aby kontynuować linię rodzinną. Ponieważ tak żałośnie zawiodłam w tym pozornie prostym zadaniu, proponujesz, aby James nadal spotykał się z Becky z moim błogosławieństwem, a my wejdziemy w rodzaj konkursu płodności, aby zobaczyć, kto pierwszy zajdzie w ciążę. Czy tak?
– Myślę, że trochę dramatyzujesz, kochanie! Po prostu rozważam różne opcje, to wszystko.
Ona jest niewiarygodna. Jestem tak zła, że czuję mrowienie w palcach.
– W twoim planie jest tylko jedna mała wada – mówię jej – poza tym, że żadna rozsądna osoba nie zgodziłaby się na coś takiego. Powód, dla którego nie poczęliśmy dziecka, nie ma nic wspólnego ze mną. Nie zaszłam w ciążę, ponieważ na tej farmie są traktory, które mają więcej plemników niż twój syn!
Widzę szok na jej twarzy i cieszę się, że udało mi się zadać jej przynajmniej jeden cios w odwecie. Zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, usłyszałam odgłos samochodu przejeżdżającego przez podwórze. Spojrzałam na zegarek. Nie musiałam jeszcze wychodzić, ale chciałam już uciec od Rosalindy.
– To pewnie Dave, przyjechał, żeby zawieźć mnie na stację – mówię i słyszę drżenie gniewu w swoim głosie. – Myślę, że to wszystko. Przekaż moje przeprosiny Pauline.
Nie czekam na jej odpowiedź i wychodzę, trzaskając za sobą drzwiami.
* * *
– Daj mi pięć minut – wołam do Dave’a, wchodząc do domku. – Wszystko spakowałam, muszę tylko zabrać swoje rzeczy.
– Nie ma pośpiechu, Sophie – odpowiada. – Przyjechałem dość wcześnie, a twój pociąg odjeżdża dopiero za półtorej godziny, więc mamy mnóstwo czasu.
Brak ciepła w kuchni przypomina mi, co zapoczątkowało tę straszną serię wydarzeń. W końcu nawet nie zdążyłam powiedzieć Jamesowi o kuchence. Chwytam kartkę papieru i szybko piszę.
James,
Kuchenka Aga się zepsuła. Proszę, napraw ją. Na kolację będziesz musiał podgrzać coś z zamrażarki w mikrofalówce.
Zatrzymuję się na chwilę, trzymając ołówek nad kartką. Po wszystkim, co właśnie przeszłam, kipię z gniewu. Ogarnia mnie czerwona mgła i drżącą ręką dodaję:
A tak przy okazji, widziałam cię dziś po południu z Becky. Ty cholerny draniu.
Odwracam się na pięcie, pędzę na górę, zabieram torbę z sypialni, a potem, chwytając telefon i torebkę z przedpokoju, rzucam się na tylne siedzenie zdezelowanej taksówki Dave’a.
– Jedziemy – mówię mu, a on ostrożnie rusza w dół polnej drogi. Nie zna jej zbyt dobrze i wpada w kilka wybojów, które ja omijam bez zastanowienia, ale jestem tak skupiona na ucieczce stąd, że nie przychodzi mi do głowy, żeby go przed nimi ostrzec. Gdy zbliżamy się do skrętu do stajni, serce podchodzi mi do gardła. Ciężarówka Jamesa wraca i nie mamy innego wyjścia, jak zjechać na bok i go przepuścić. Gdy podjeżdża obok, zatrzymuje ciężarówkę i opuszcza szybę. Uśmiecha się, jakby nic się nie stało.
– Jedź dalej – mówię do Dave’a.
James najwyraźniej zatrzymał się przy domku i zobaczył moją wiadomość, ponieważ pierwszy telefon dostaję, zanim jeszcze docieramy na stację. Naciskam przycisk odrzucenia połączenia i wyłączam telefon. Nie jestem gotowa na rozmowę z nim. Potrzebuję czasu, aby przetrawić wszystko, co wydarzyło się tego popołudnia. Wyznania Rosalindy zszokowały mnie prawie tak samo, jak to, co zobaczyłam w stodole, i nagle czuję się strasznie samotna. Nic nie jest takie, jak się wydawało. Przypominam sobie moje pierwsze spotkanie z rodzicami Jamesa i to, jak bardzo byłam zdenerwowana. Chociaż większość moich przyjaciół pochodziła z podobnie zamożnych rodzin, po raz pierwszy spotkałam barona. Spędziłam mnóstwo czasu, szukając właściwych form zwracania się do nich (lord i lady Huntingdon-Barfoot) i zastanawiając się, czy powinnam wykonać dygnięcie. Na szczęście zrobili wszystko, aby mnie uspokoić, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, i byłam im za to bardzo wdzięczna. Teraz wyobrażam sobie tę scenę jak kreskówkę, w której za każdym razem, gdy patrzą na siebie, w ich oczach migają znaki dolara. W ogóle o mnie nie dbali. W rzeczywistości było jeszcze gorzej, ponieważ Rosalinda jasno dała mi do zrozumienia, że prawdopodobnie nigdy by mnie nie zaakceptowali, gdyby mój ojciec nie był bogaty.
Kim ona jest, żeby oceniać moje pochodzenie? Tak, mój tata wychował się w mieszkaniu komunalnym w Shoreditch, ale jest miliarderem, ponieważ ciężko pracuje i jest dobry w tym, co robi. Przynajmniej sam zapracował na swoją fortunę, a nie tylko czekał, aż odziedziczy ją po poprzednim pokoleniu, tak jak James i jego ojciec. Podejmuję postanowienie: nawet jeśli Jamesowi i mnie uda się przetrwać ten kryzys i pozostać razem, ani grosz z pieniędzy mojego ojca nie trafi do tej cholernej farmy.
Myślę o czeku, który tata dał nam jako prezent ślubny – dwieście tysięcy funtów „na rozpoczęcie wspólnego życia”. W ciągu kilku tygodni po powrocie z podróży poślubnej James opowiadał mi ckliwe historyjki o tymczasowych problemach finansowych, z którymi musieli sobie poradzić on i jego ojciec, a ja chętnie zgodziłam się, żeby wziął te pieniądze, aby pomóc im przetrwać, dopóki sytuacja się nie poprawi. Wszystkie rzeczy, które planowałam zrobić w domku, w tym remont kuchni, zostały wstrzymane. Za każdym razem, gdy o to pytałam, pojawiało się jakieś nowe opóźnienie, ale zapewniano mnie, że niedługo oddadzą mi pieniądze. A potem, oczywiście, kiedy zmarł Edward i zobaczyliśmy prawdziwą skalę problemów, stało się oczywiste, że pieniądze dawno przepadły. Farma nie była w stanie ich zwrócić.
Pociąg do Exeter jest cichy i przez większość podróży ponuro patrzę przez okno. Jest piękny jesienny dzień i normalnie cieszyłabym się widokiem drzew mieniących się bogatymi odcieniami złota i czerwieni, ale dzisiaj wszystko jest niewyraźne. Jestem przytłoczona wydarzeniami dzisiejszego popołudnia, a mój umysł jest jak bezkształtna mgła. Im bardziej oddalam się od gospodarstwa, tym bardziej zaczynam się zastanawiać, czy dzisiejszy dzień był prawdziwy. Może to tylko sen; za chwilę obudzę się w naszym łóżku w domku i okaże się, że nic z tego nie miało miejsca.
Kiedy przesiadam się w Exeter, wszelkie nadzieje na powrót do normalności znikają i muszę patrzeć przez okno, aby inni pasażerowie nie widzieli łez spływających po moich policzkach. Zapada zmrok, a ja patrzę na swoje odbicie w szybie, gdy pociąg pędzi na wschód.
Byłam tak zmęczona dzisiejszym dniem, że usnęłam w pociągu, i zanim się zorientowałam, pociąg już dojechał do celu i wszyscy spieszyli się, aby wysiąść. Wyjęłam torbę z półki i dołączyłam do tłumu zmierzającego w kierunku bramek. Dawno nie byłam w Londynie i tłumy oraz zgiełk na początku mnie zaskoczyły. Di obiecała spotkać się ze mną na stacji Paddington, chociaż jestem w stanie samodzielnie dojechać metrem do Parsons Green, gdzie wraz z mężem mieszka w ładnym domu szeregowym. Rozglądam się po hali, ale nie widzę jej, więc zaczynam przedzierać się przez tłum do naszego umówionego miejsca spotkania. Kiedy już prawie do niego dochodzę, słyszę, że ktoś mnie woła. Odwracam się i natychmiast zostaję objęta ogromnym, serdecznym uściskiem.
– Tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzykuje, piszcząc lekko z podekscytowania. – Nie potrafię wyrazić, jak bardzo czekałam na ten weekend.
– Też się cieszę, że cię widzę – odpowiadam, gdy ona rozluźnia uścisk. – Wydaje mi się, że minęły wieki, odkąd ostatnio tu byłam.
– Będziemy się świetnie bawić – kontynuuje Di. – Richard wyjechał z kolegami na golfa, więc przez cały weekend mamy dom tylko dla siebie. Kupiłam cholernie dobre wino, a na kuchence czeka na nas gulasz. Chodź!
Chwyta mnie za rękę i praktycznie wciąga do metra.
– Nie znoszę metra – mówi, gdy kierujemy się w stronę peronów linii District Line. – Jest tam duszno i nie ma nic do oglądania. Wolę autobus, ale podróż nim trwa znacznie dłużej, a my mamy wino do wypicia i plotki do nadrobienia, więc czas ma kluczowe znaczenie.
Jej naturalna żywiołowość jest zaraźliwa i czuję, jak mój nastrój nieco się poprawia. Jeśli ktoś może mi pomóc przejść przez obecny kryzys, to właśnie Di. Na pierwszy rzut oka łatwo ją zlekceważyć – jest niska, krągła, głośna i ma burzę kręconych brązowych włosów. Ale w głębi duszy jest twarda jak stal i potrafi postawić cię na miejscu, jeśli przekroczysz granicę, o czym przekonali się na własnej skórze jej byli partnerzy. Pociąg podjeżdża na peron i jakoś się do niego wciskamy. Jestem przyciśnięta do mężczyzny ubranego w spodnie dresowe i podkoszulek; trzyma się on jednego z uchwytów nad głową, a mój nos znajduje się nieprzyjemnie blisko jego pachy. Na szczęście nie czuję żadnego zapachu. Di stoi przede mną, ale rozmowa jest niemożliwa, ponieważ wszyscy wokół nas słuchają, więc jedziemy w milczeniu.
W miarę oddalania się od centrum Londynu pociąg zaczyna się opróżniać i na ostatnich kilku przystankach udaje nam się zająć dwa miejsca naprzeciwko siebie. Podczas dziesięciominutowego spaceru ze stacji do jej domu opowiada mi o swoim życiu. Richard, jej mąż, nadal pracuje jako bankier inwestycyjny, ale widać, że ona jest mu oddana. Jego dochody w połączeniu z jej zarobkami jako prawniczki oznaczają, że mogą żyć dość wygodnie. Opowiada mi o ich zbliżającej się podróży na Malediwy, kiedy docieramy do drzwi wejściowych, które otwiera i przepuszcza mnie do środka, a następnie zamyka na podwójny zamek i wyłącza alarm antywłamaniowy.
– Wiem, że okolica jest bardzo elegancka, ale to wciąż Londyn – wyjaśnia, kiedy unoszę brwi, widząc poziom zabezpieczeń.
– Przepraszam – mówię. – Byłam na wsi tak długo, że zapomniałam, jak to jest w większych miastach.
– Z pewnością tak, Wasza Ekscelencjo! – śmieje się, chwytając moją kurtkę. – Nie mogę uwierzyć, że naprawdę nosisz tweed i to nieironicznie! Czy to tradycja ziemiaństwa? Pasuje ci, nie zrozum mnie źle, ale to nadal zabawne. Teraz otwórzmy butelkę, a ty opowiesz mi wszystko, co dzieje się u ciebie.
Prowadzi mnie do kuchni, w której unosi się niesamowity zapach. Nie wiem, co dodała do gulaszu, ale mój żołądek burczy z głodu. Kanapka, którą zjadłam na lunch, wydaje się być jedynie odległym wspomnieniem. Z pewnością należy do innego świata, świata sprzed tego, jak dowiedziałam się, że mój mąż mnie zdradza, a jego matka powiedziała mi, że i tak nie jestem dla niego wystarczająco dobra. Nagłe przypomnienie wydarzeń z dzisiejszego popołudnia coś we mnie wyzwala i łzy znów zaczynają płynąć szybko i obficie. Di jest zajęta otwieraniem butelki prosecco i nie zauważa, że się załamałam, więc chwytam kawałek ręcznika kuchennego, aby spróbować wytrzeć oczy.
– Proszę… na litość boską, co się stało? – Di stawia pełne kieliszki na blacie i obejmuje mnie kolejnym uściskiem. Nie wiem, jak długo tak stoimy, ale po prostu pozwalam łzom płynąć, a ona mnie trzyma, mówiąc, że od razu wiedziała, że coś się stało, gdy tylko mnie zobaczyła. W końcu, po kilku dużych łykach prosecco, jestem w stanie opowiedzieć jej o moim dniu. Nie mówi nic, kiedy opowiadam jej wszystkie szczegóły, od naszych problemów finansowych i kuchenki Aga, przez scenę w stajni, po niezwykłą rozmowę, którą odbyłam z Rosalindą.
– Co za drań! – krzyczy, kiedy kończę. – A kim, do cholery, jego matka myśli, że jest? Czy ona wie, że mamy XXI wiek i takie bzdury nie mają już znaczenia? James może i jest baronem, ale czasy, kiedy szlachta miała prawa do seksu z każdym, kto dla niej pracował, dawno minęły, dzięki Bogu. Spójrz na księcia Williama! Jest znacznie bardziej elegancki niż James, a mimo to poślubił osobę z ludu i nikt nawet nie mrugnął okiem. Wszyscy wiedzą, że jedynym powodem, dla którego trzymamy się tych feudalnych bzdur, jest to, że są one dobre dla turystyki. Co zamierzasz zrobić? Mam nadzieję, że odetniesz mu jaja, zmusisz jego matkę, żeby je zjadła, a potem się z nim rozwiedziesz!
Jak już wspomniałam, Di nie toleruje głupców.
– Jeszcze nie wiem, co zrobię – odpowiadam jej żałośnie. – Miałam nadzieję, że trochę czasu z dala od tego wszystkiego pomoże mi nabrać dystansu i że będziesz w stanie dać mi jakąś radę.
– Oczywiście, że będę w stanie! Nie mogę zagwarantować obiektywizmu, ale postaram się pomóc ci najlepiej jak potrafię. Podejrzewam, że moje poprzednie uwagi zdradziły już moje stanowisko, ale chętnie wysłucham wszystkich szczegółów i jakoś to rozwiążemy, dobrze? Nalejmy sobie jeszcze szampana, a potem zajmę się gulaszem.
Jej praktyczne podejście jest właśnie tym, czego w tej chwili potrzebuję i czuję się jakoś lżejsza, odkąd podzieliłam się z nią wszystkim. Siadam na jednym ze stołków przy barze śniadaniowym, podaję jej mój kieliszek, a ona napełnia nam obu z butelki. Obserwuję, jak reguluje swoją elegancką płytę indukcyjną, kładąc na nią garnek z ziemniakami i czuję ukłucie zazdrości. Gdybym nie miała tak cholernie zawodnej kuchenki, być może siedziałabym tu w błogiej nieświadomości niewierności Jamesa. Nie mogę przestać się zastanawiać, czy lepiej jest o tym wiedzieć, czy też wolałabym pozostać w niewiedzy.
– Jest coś, czego nie rozumiem – mówi, odwracając się do mnie.
– Mów.
– Dlaczego nie masz żadnych pieniędzy? Twój tata jest dosłownie multimilionerem.
– Po części dlatego, że go o nie nie prosiłam, ale także dlatego, że tata tak nie postępuje. Zawsze martwił się, że za bardzo mnie rozpuści i wyrosnę na zepsutą księżniczkę, która nie zna wartości pieniądza. Więc, mimo że dorastałam w luksusie, jeżdżąc z nimi na niesamowite wakacje i takie tam, nigdy nie dawał mi pieniędzy bez powodu. Jeśli chciałam coś mieć, musiałam zarobić pieniądze i sama za to zapłacić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
