Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Podhalem wstrząsa seria wypadków w górach. Początkowo czarna passa wydaje się jedynie ciągiem pechowych zdarzeń, jednak śledczy ostatecznie odkrywają związek między ofiarami. Każe on sądzić, że ktoś morduje turystów na szlakach.

Dochodzenie prowadzi komisarz Forst. Szybko zdaje sobie sprawę z tego, że zabójstwa powiązane są ze sprawą, nad którą pracował z Olgą Szrebską. Zaczyna tropić mordercę, zbierając okruchy informacji, które ten zdaje się z premedytacją zostawiać.

Kiedy zbliża się do rozwiązania sprawy, doganiają go upiory z przeszłości. Wiktor Forst będzie musiał stawić czoła nie tylko człowiekowi, którego ściga, ale także ludziom gotowym zrobić wszystko, by go pogrążyć.

"Powieść Remigiusza Mroza to prawdziwy rollercoaster - od serii brutalnych morderstw aż do zaskakującego zakończenia. Nie zapomnicie. Polecam."
Vincent V. Severski.

Opinie o ebooku Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Dagmarze,

która przeszła ze mną niemal

tysiąc kilometrów w górach.

I nadal nie ma dosyć.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Wiktor Forst nie odrywał wzroku od mogiły. Mimo że wyryto na niej datę urodzenia i śmierci, a także imię i nazwisko, nadal nie mógł uwierzyć, kto znajduje się w grobie.

Tydzień temu wchodził do szpitalnej sali, w której leżała Olga, i był pewien, że jego życie zupełnie się zmieni. Złapali troje ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na Giewoncie i w wielu innych miejscach. Rozwiązali zagadkę, a w dodatku zbliżyli się do siebie na tyle, by Forst po raz pierwszy w życiu pomyślał o ustatkowaniu się.

Teraz stał nad grobem Szrebskiej. I myślał o człowieku, który ją zabił.

Troje sprawców, na trop których trafili, stanowiło jedynie fasadę dla mordercy. To on od początku za wszystkim stał – i to on dyrygował zarówno swoimi ludźmi, jak i organami ścigania.

Zadrwił sobie z policji. Zadrwił sobie z Forsta. I pozbawił go przyszłości.

Wiktor miał zamiar dorwać tego człowieka. Zgodnie lub niezgodnie z prawem, nie miało to żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, by zabójca poniósł konsekwencje.

– Wszystko w porządku? – Rozległ się głos dowódcy.

Komisarz obejrzał się przez ramię i zobaczył zbliżającego się Edmunda Osicę. Przełożony stanął obok niego i zawiesił rękę w powietrzu, jakby zamierzał poklepać go po plecach, a potem się rozmyślił. Stary podinspektor, który zaczynał jeszcze w milicji, miał tyle taktu, co Forst determinacji w rzucaniu palenia.

– Tak – odparł Wiktor.

– Byliście blisko, jak rozumiem.

Forst spojrzał na dowódcę.

– Stanowczo za blisko – powiedział.

Nie takiej odpowiedzi spodziewał się Osica. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, jak zareagować. W końcu odchrząknął i się przeżegnał. Żałobnicy rozeszli się kilkanaście minut temu, przy grobie został tylko Forst.

– Dzwonił do mnie minister – odezwał się Edmund.

– Już zaczyna się wylewanie pomyj za to, że złapaliśmy niewłaściwego człowieka?

– Och, nie – odparł Osica. – Próbka DNA z Giewontu jest zbieżna z próbką DNA człowieka, którego ująłeś. Nie ma wątpliwości, że to on zabił ofiarę.

– Ale nie ma też wątpliwości, że ktoś kierował jego działaniami.

Edmund pokiwał głową, a komisarz wyciągnął paczkę czerwonych westów. Zapalił jednego i po raz kolejny przeczytał epitafium na grobie Olgi. Wiedział, że była ateistką lub agnostyczką, ale nie spodziewał się, że w swoim testamencie da temu wyraz. Tymczasem jedno z poleceń dotyczyło właśnie tego, co ma znaleźć się na płycie.

Szrebska kazała wybić na swoim nagrobku: „Witaj! I wybacz, że nie wstanę”.

Forst nie pamiętał, który raz czytał to zdanie. Za każdym razem było dla niego bardziej bolesne niż najrzewniejsze wspomnienie o zmarłej. Przypominało mu, że stracił wyjątkową kobietę. Kobietę z dystansem, poczuciem humoru i zdolnością do cieszenia się z lekkości bytu.

Wiktor zaciągnął się głęboko papierosem.

– Dorwę tego skurwysyna – powiedział.

– Panie inspektorze – poprawił go Osica.

– Dorwę tego skurwysyna, panie inspektorze.

– Świetnie, że się rozumiemy – odparł Edmund, obracając się ku niemu. – Bo chyba się rozumiemy, prawda? Nie chcę słyszeć o żadnej samowolce, Forst. Zbyt dużo tego było przy sprawie z Giewontu, a teraz uwaga wszystkich mediów w kraju skupia się na nas.

– Wiem.

– Formalnie to nawet nie nasza jurysdykcja. Zabójstwa dokonano w Chełmie, a prokurator zabrał się już do roboty.

Wiktor zaklął w duchu. Właściwie był to jedyny możliwy tok zdarzeń. Policja mogła prowadzić dochodzenie tylko wtedy, gdy prokuratura nie wszczęła postępowania. Jeśli tak się stało, to od oskarżyciela zależało, czy przekaże część – a czasem całość – śledztwa w ręce policji.

– Kto prowadzi sprawę? – zapytał Forst.

– Ten sam człowiek, który odpowiadał za tropienie sprawcy, kiedy ty błąkałeś się po Białorusi i Ukrainie.

– Niech pan nie zapomina o Rosji.

Osica pokręcił głową.

– Traktują to jako ciąg przestępstw i…

– Seryjne zabójstwa – wpadł mu w słowo Forst. Owszem, w polskim prawie takie pojęcie nie występowało, ale miał gdzieś sofistykę. Takie rzeczy należało nazywać po imieniu.

– Tak, seryjne zabójstwa – odparł podinspektor. – Co jest całkiem zrozumiałe, jako że dziennikarka miała w ustach monetę.

– Ustalili już, co to za numizmat?

Osica wsadził ręce do kieszeni.

– Nie wiem, Forst – powiedział. – I nie sądzę, żebym miał w najbliższym czasie się tego dowiedzieć.

Komisarz skinął głową, nie odpowiadając. Po raz kolejny wrócił myślami do momentu, gdy wszedł do szpitalnej sali. Zobaczył krew na pościeli i usłyszał ciągły sygnał aparatury medycznej, którego podźwięk zdawał się towarzyszyć mu od tamtej pory. Natychmiast dopadł do Olgi i sprawdził jej puls. Kiedy zrozumiał, że się spóźnił, zamarł, wbijając wzrok w jej pobladłą twarz.

Marazm szybko jednak go opuścił. Doświadczenie wzięło górę. Sięgnął po telefon i dokładnie obfotografował ciało. Ręce mu się trzęsły i powoli opuszczały go siły, ale wiedział, że nie będzie miał drugiej okazji.

Dopiero potem wezwał lekarzy. Usiadł na krześle przy łóżku, schował twarz w dłoniach i czekał.

– Wracasz dzisiaj do Zakopanego? – odezwał się Osica.

– Mam jeszcze tydzień wolnego.

W duchu dodał, że po tym, co przeszedł w Czarnym Delfinie, powinien dostać przynajmniej dwa miesiące płatnego urlopu.

– Więc zostajesz w Warszawie?

Forst rozejrzał się za śmietnikiem, by wyrzucić niedopałek.

– Nie wiem – odpowiedział, a potem ruszył w kierunku kontenera na śmieci. Słyszał, że dowódca jeszcze coś mówi, ale nie miał zamiaru poświęcać temu najmniejszej uwagi. Zgasił westa na koszu, wrzucił go do środka, a potem spojrzał jeszcze na mogiłę i się oddalił.

– Forst! – krzyknął Osica. – Nie rób nic, co…

Dowódca urwał, gdy zorientował się, że ludzie stojący przy innych grobach zgromili go wzrokiem.

Wiktor przyspieszył kroku. Miał zamiar zrobić wszystko, co trzeba.

2

Zmierzchało już, gdy mężczyzna z dużym, siedemdziesięciolitrowym plecakiem transportowym wszedł do schroniska na Hali Gąsienicowej. W bufecie zamówił porcję pierogów, a potem rozejrzał się i wybrał sobie miejsce przy oknie. Turystów było sporo, choć do szczytu sezonu pozostały jeszcze dwa miesiące.

Zima w tym roku nie była jednak sroga, a majowe słońce operowało wyjątkowo mocno. Mężczyzna wracał z Zawratu. Przy podejściu było trochę śniegu, ale nie opłacało się nawet zakładać raków. Dla bezpieczeństwa wyciągnął czekan, ale użył go bodaj dwa razy.

Zaczął jeść swoje danie, rozglądając się. Większość ze zgromadzonych w stołówce ludzi zostanie tutaj na noc, mało kto zdecyduje się na powrót do Kuźnic.

Jedna z tych osób stanie się jego ofiarą.

Świadomość ta wprawiła go w cudowny nastrój. Mężczyzna wiedział, że znajduje się na początku długiej drogi – drogi, którą zapamiętają przyszłe pokolenia. Być może kiedyś ktoś pójdzie w jego ślady, starając się powtórzyć to, co jemu udało się osiągnąć.

Dziś wszystko się rozpoczynało. Tutaj, w Murowańcu.

Zjadł, a potem zamówił sobie duże piwo. Kilka łyków sprawiło, że serce przestało mu walić jak młotem. Wyciągnął laminowaną mapę, a potem rozłożył ją na stole, jakby planował jutrzejszą wędrówkę.

Raz po raz unosił wzrok i poszukiwał zaciekawionego spojrzenia.

W końcu je dostrzegł. Samotna dziewczyna siedziała stolik dalej i uśmiechnęła się do niego lekko. Był to nieśmiały gest – pytanie, nawet nie zachęta. Mężczyzna odpowiedział równie zdawkowym uśmiechem.

Turystka miała gęste, krótko przystrzyżone, jasne włosy. Siedziała w samej koszulce sportowej, bo w schronisku jak zawsze było gorąco. Mężczyzna przyglądał się jej, gdy nie widziała.

Wiedział już, że niebawem dziewczyna zginie z jego ręki.

Poczuł, że ma wzwód i szybko skierował myśli na inny tor. Pochylił się nad mapą i przez chwilę przypominał sobie dzisiejszą trasę. Podniecenie go opuściło.

Dopił piwo, a potem poszedł odnieść kufel i wziął kolejny. Kiedy wracał, skierował się do stolika dziewczyny. Ona również wodziła wzrokiem po mapie.

– Wiadomo już, gdzie jutro można cię spotkać? – zapytał.

Zaśmiała się nerwowo.

– Nie wiem jeszcze, dokąd pójdę – odparła. – Ale na noc planuję zejść do Piątki.

Plany się zmieniają – skwitował w duchu mężczyzna. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, dziewczyna nigdy nie dotrze do Doliny Pięciu Stawów.

– A ty? – zapytała niepewnie.

– Właściwie nie wiem – odparł. – Zazwyczaj przyjeżdżam na żywioł. Pakuję plecak, nie zastanawiam się i ruszam.

– Nieźle.

– Rano wyszedłem z Palenicy, poszedłem na Zawrat, a potem… w zasadzie nie było już wiele możliwości.

Postawił kufel na stole, a gdy dziewczyna nie zaoponowała, usiadł naprzeciwko niej.

– Robię takie eskapady co jakiś czas – powiedział. – Doładowują mnie poczuciem wolności.

Popatrzyła na niego z uznaniem, ale się nie odezwała. Była nieśmiała, małomówna, może ruszyła w trasę od schroniska do schroniska, by przełamać się w kontaktach międzyludzkich. Nadawała się dla niego idealnie.

– Na co dzień od rana do wieczora jestem zamknięty w korporacyjnym świecie, więc sama rozumiesz… – Urwał i się uśmiechnął.

– Rozumiem. Gdzie pracujesz?

Nie musiał niczego naprędce wymyślać, miał przygotowany scenariusz na potrzeby takiej rozmowy. Ględził przez chwilę o tym, że zajmuje się branżą deweloperską, podał jej kilka nieznaczących szczegółów na temat rynku nieruchomości, a potem zapytał, co ona robi.

Rozmowa biegła utartym torem, a on mówił znacznie więcej, widząc, że dziewczyna nie jest specjalnie wylewna. Zdobył jednak jej sympatię, w czym z pewnością pomogło piwo, które zamówiła.

Dzięki niemu poszła także do ubikacji, podczas gdy on pilnował jej plecaka. Był to kluczowy moment. Wsunął do niego rękę, a potem zrobił to, po co tutaj przyszedł. Dziewczyna wróciła niczego nieświadoma.

Nazywała się Paulina Jasińska. Miała dwadzieścia dwa lata i pochodziła z Krakowa. On przedstawił się jej jako Iwo i wyrzucił z siebie krótką formułkę o tym, jak nietypowe imię potrafi zdziwić rozmówców.

– Ale mówią na mnie Eliasz, od nazwiska – dodał.

Nie pytała, o jakie nazwisko chodzi.

– Masz rezerwację? – zapytała.

Spojrzał na nią niepewnie.

– Nie mam – odparł. – Uroki braku uprzedniego planowania.

– To może być problem. Tutaj nie dają gleby.

– Nie? – zapytał, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że schronisko na Hali Gąsienicowej, co do zasady, nie pozwala turystom spać na podłodze. Eliasz przygotował się do tej wędrówki pod każdym względem, także sprawdzając wszystkie potencjalne miejsca noclegowe.

– A pokoje trzeba rezerwować – dodała. – Ja mam miejsce w ośmioosobowym, płacę cztery dychy za noc. Plus pościel i dwa złote dla miasta.

Udał, że jest zdziwiony.

– Ale jak to? – zapytał. – Nie pozwolą przespać się na podłodze?

– Z tego, co wiem, to nie. Mówią, że to wbrew przepisom pożarowym.

Iwo wiedział, że nie ma to wiele wspólnego z prawdą. Chodziło o to, by turyści kupowali miejsca w pokojach, zamiast liczyć na darmowy nocleg. W wielu schroniskach można było „awaryjnie” ułożyć się w jadalni czy korytarzu, przy czym ludzie korzystali z tego przywileju bynajmniej nieawaryjnie. Zamiast brać pokój, z góry zakładali, że wezmą glebę.

– Lepiej popytaj, czy mają miejsca – poradziła Paulina.

– A jak nie?

– To będziesz musiał kombinować.

– Chyba mnie nie wyrzucą?

– Raczej nie, pewnie coś ci znajdą. W nocy ma spaść temperatura, zapowiadali też opady śniegu.

Przyjął zaniepokojony wyraz twarzy, a potem napił się jeszcze piwa. Poczekał, aż dziewczyna opróżni swój kufel, po czym podniósł się i oznajmił, że idzie wywalczyć sobie miejsce.

– Przy okazji stawiam kolejne – dodał, wskazując na puste naczynie.

Uśmiechnęła się i skinęła głową. Miał ją w garści.

Po drugim piwie umówili się, że rankiem razem ruszą przez Kozią Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów. Co będzie potem, okaże się, zapewnił ją Iwo.

– Nie szłam jeszcze przez Kozią – powiedziała dziewczyna. – Ciężko jest?

– Trochę łańcuchów, parę klamr, dasz radę.

– Mam nadzieję.

– Najciekawszy moment jest na grzędzie po drugiej stronie. Spora ekspozycja.

Była to wąska półka skalna, zawieszona kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Osoby, które obawiały się przepaści, przeżywały tam prawdziwy horror. Eliasz jednak nie miał zamiaru o tym wspominać. Wiedział, że dziewczyna nie przeżyje na tyle długo, by tam dojść.

3

Forst wsiadł do służbowego volkswagena i przez moment trwał w bezruchu. Potem potrząsnął głową i zapalił silnik. Włączył nawigację, wprowadził adres Komendy Rejonowej w Zakopanem, po czym wyjechał z przycmentarnego parkingu.

Wyłączył radio, nie chcąc słuchać wciąż tych samych informacji podawanych innymi słowami. Zabójca z Giewontu ujęty. Zabójca z Giewontu nie działał sam. Zabójca z Giewontu odebrał życie dziennikarce NSI, Oldze Szrebskiej.

Wiktor nie musiał słyszeć spikera, by te słowa odbijały się echem w jego umyśle. Czekała go niemal pięćsetkilometrowa podróż, która zajmie jakieś pięć godzin. Jeśli przyciśnie, może cztery i pół. Przez cały ten czas będzie zmagał się z tym, z czym walczył przez ostatni tydzień.

Wyrzuty sumienia były gorsze niż migreny, które nasiliły się, od kiedy znów zaczął palić. Podczas ataków bólu i bez papierosów czuł, jakby coś rozsadzało mu skronie od środka. Z pomocą nikotyny katował się jeszcze bardziej.

Wiedział, że mógł ją uratować. Gdyby nie to, że tak długo tłumaczył się przed oficerami z wydziału kontroli… gdyby nie to, że doprowadził do sytuacji, w której w ogóle miał się z czego tłumaczyć…

Zauważył stację BP po prawej stronie i poczuł impuls. Trącił wajchę kierunkowskazu, zjechał na parking, a potem trzasnął drzwiami i ruszył w kierunku budynku.

– Paczkę westów czerwonych – rzucił do chłopaka za ladą. – I butelkę johnniego walkera.

Ekspedient podał mu jedno i drugie, a Forst szybko zapłacił gotówką, i nie biorąc reszty, wrócił do samochodu. Zatrzasnął drzwi, rzucił fajki i butelkę na siedzenie pasażera, po czym ruszył przed siebie.

Dopiero po chwili zorientował się, że ręce mu się trzęsą. Wziął głęboki oddech, wyjeżdżając na Toruńską. Przed sobą miał prostą drogę, która niebawem zmieni się w autostradę. Minie kilka dużych węzłów, a następnie zjedzie na Żyrardów.

Potem otworzy butelkę.

Forst potrząsnął głową, starając się odepchnąć tę myśl. Nie, nie otworzy butelki, przynajmniej nie teraz. Dojedzie do Zakopanego, zaparkuje pod domem, a potem sobie naleje. Tylko trochę, byleby poczuć sam smak.

Przejechał z tą myślą kilka kilometrów, aż w końcu zatrzymał się na kolejnej stacji. Chwycił za whisky i wyszedł z samochodu. Cisnął z impetem butelkę do kosza, a potem nalał benzynę do baku.

Jechał do Żyrardowa zadowolony z siebie.

Zanim dotarł do węzła Wiskitki, rozdzwonił się jego nowy telefon. Poprzedniego smartfona pozbył się jeszcze przed tym, jak wraz z Olgą uciekł za wschodnią granicę. Teraz miał nowy model htc, w którym fabryczny dzwonek doprowadzał go do szewskiej pasji.

Jeszcze bardziej irytowało go to, że nie miał swojej książki adresowej. Spojrzał na nieznany numer i przesunął palcem po wyświetlaczu.

– Słucham – rzucił.

– Komisarz Forst? – odezwała się kobieta o stanowczym głosie. Wiktor nie skojarzył go z nikim, kogo znał.

– Tak.

– Z tej strony prokurator Wadryś-Hansen.

Teraz zaskoczył.

– Prowadzę sprawę…

– Wiem doskonale, jaką prowadzi pani sprawę – uciął.

Odpowiedziała mu cisza.

– Więc może powinien pan zastanowić się dwa razy, zanim wpadnie mi w słowo.

– Może powinienem – przyznał. – Czego pani ode mnie chce?

Znów przez moment była zbyt skonsternowana, by się odezwać.

– Widzę, że to nie będzie łatwe – zauważyła.

– Nigdy nie jest.

Prychnęła do słuchawki. Widząc ją jakiś czas temu po raz pierwszy, Forst był pewien, że ma do czynienia ze służbistką. Później jednak przekonał się, że Wadryś-Hansen nie była tak zasadnicza, jak sądził. Przyglądał się jej kilkakrotnie, oglądając konferencje prasowe, na których musiała gęsto tłumaczyć się z rzeczy, które były wynikiem jego działań. Nazwisko komisarza oczywiście nie padło, głównie dlatego, że początkowo sprawa wydawała się wielkim osiągnięciem organów ścigania i prokuratura chciała zagarnąć cały splendor dla siebie. Obecnie jednak oskarżyciele musieli gorzko żałować swojej decyzji.

– Przesłuchiwałam oskarżonego, którego pan ujął.

– Michała Sznajdermana.

Młodszy z braci, który zapewne miał najmniej wspólnego z zabójstwami. Niestety matki ani starszego brata nie można było przesłuchać, bo nie przeżyli spotkania z Forstem na Ukrainie.

Nie oni jedyni.

– I? – ponaglił ją Wiktor.

– Po pierwsze, nie nazywa się Sznajderman.

– To akurat oczywiste – odparł komisarz, wodząc wzrokiem za motocyklem, który pomknął lewym pasem. – Ta kobieta nie była ich rodzoną matką, uważali ją raczej za duchową przewodniczkę. Nauczycielkę Prawości.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Niemniej nie udało nam się ustalić prawdziwej tożsamości tego człowieka.

– Żartuje sobie pani?

– Bynajmniej. Test DNA potwierdza, że ten człowiek był na Giewoncie, ale nie mamy go w żadnej bazie. Nie muszę chyba dodawać, że nie chce z nami współpracować.

Forst nie odpowiedział. Czekał, aż prokurator przejdzie do rzeczy.

– Twierdzi, że ujawni swoją tożsamość, jak tylko pana ściągniemy.

– Wstawcie zdjęcie na Facebooka.

– Słucham?

– Zróbcie mu fotkę. Ludzie udostępnią, będą się czuli częścią śledztwa, zaraz ktoś znajomy się zgłosi.

Forst przypomniał sobie, ile dał crowdsourcing, który u stóp Giewontu zorganizowała Szrebska. Zaklął w duchu, patrząc na siedzenie pasażera. Przypuszczał, że takie zbłąkane myśli nieraz będą go nawiedzały. I za każdym razem będzie szukał jedynego ratunku, jaki znał.

Ścisnął mocniej kierownicę.

– Być może ostatecznie tak zrobimy – odparła pod nosem prokurator. – Ale najpierw chciałabym, żeby pan z nim porozmawiał.

– Nie mam o czym.

Westchnęła na tyle głośno, by to usłyszał.

– Nalegam – powiedziała.

– I czego się pani spodziewa? – spytał, po czym włączył tryb głośnomówiący i położył telefon na desce rozdzielczej. Wyciągnął westy i zapalił jednego.

– Spodziewam się, że oskarżony zacznie mówić.

– Pytanie, co będzie mówił? – odparł Forst z papierosem w ustach. – Na pewno nie to, co chcecie usłyszeć.

– Zawsze będzie to jakiś początek.

Komisarz pokręcił głową.

– Ten facet najpierw mnie opluje, potem będzie próbował zabić, a na końcu oznajmi, że nigdy nie powinienem czuć się bezpieczny, bo ludzie, z którymi współdziałał, nadal są na wolności.

– Nie da pan sobie rady? O to chodzi?

– Znoszę takie rzeczy na co dzień w robocie, pani prokurator.

– Więc zapraszam.

Wiktor wypuścił dym, zastanawiając się, czy warto tracić czas na Michała Sznajdermana, czy jakkolwiek naprawdę się nazywał. Scenariusz z pewnością będzie dokładnie taki, jak Forst przedstawił. Ten człowiek darzył fanatycznym uwielbieniem swoją przybraną matkę, starszego brata z pewnością też. Zrobi wszystko, żeby uderzyć w tego, który ich zabił.

Forst wiedział, że nic z niego nie wyciągnie. Nie mógł spodziewać się żadnych wymiernych korzyści z tego spotkania.

– Jest pan tam? – zapytała.

– Jestem.

– Więc jaka będzie decyzja?

– Mogła pani zadzwonić do mojego dowódcy i sprawić, że to nie byłaby prośba, a rozkaz.

– Nie działam w ten sposób.

Forst zaciągnął się głęboko.

– Mam jeden warunek – powiedział.

– Jaki?

– Chcę uczestniczyć w śledztwie.

– Jeśli mam być szczera, niespecjalnie się pan nadaje.

– Nie? – mruknął. – O ile mnie pamięć nie myli, to ja trafiłem na trop tej trójki i ich ująłem.

– Zastrzelił pan dwoje podejrzanych.

– Wydział kontroli wewnętrznej ustalił, że działałem w granicach obrony koniecznej.

– I co to zmienia? – zapytała Wadryś-Hansen.

Zrozumiał aluzję i nie ciągnął tematu. Przed oczami jednak stanął mu widok siedzącego na fotelu starca. Witalij Morawczuk, pseudonim „Łowotar”. Zbrodniarz banderowski, na którym Forst wykonał samosąd. Strzelił mu prosto w głowę, a potem wraz z Olgą zakopali ciało w lesie.

O tym jednak prokurator nie wiedziała. I nigdy się nie dowie.

– Potrzebuje pani skutecznego oficera.

– Mam już zespół, komisarzu.

– To ten zespół, który działał od samego początku, prawda? – odparował. – Jak wiele udało wam się ustalić?

Zamilkła, bo pytanie było retoryczne. Dopóki Wiktor i Olga nie odkryli tropu białoruskiego, morderstwa stanowiły zupełną enigmę. Oni dwoje jako jedyni zdołali do czegokolwiek dotrzeć.

– Porozmawiamy, jak pan przyjedzie – zawyrokowała w końcu Wadryś-Hansen.

– W porządku. Dokąd mam jechać?

– Mosiężnicza 2.

Wiktor pożegnał rozmówczynię zdawkowo, a potem rozłączył się i wprowadził do nawigacji adres Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Cudów po tym spotkaniu się nie spodziewał, ale może uda mu się zdobyć choć trochę szczegółów, które pozwolą później działać samemu.

Przyspieszył, starając się nie myśleć o butelce, którą wyrzucił.

Nawigacja pokazywała, że na miejscu będzie za trzy godziny i czterdzieści minut. Gdyby wypił jedno małe piwo, nic by się nie stało. Do czasu, kiedy spotka się z Wadryś-Hansen, nie będzie już od niego czuć alkoholu.

Przejechał jeszcze kilka kilometrów, cały czas patrząc na malejący czas podróży. W końcu uznał, że nie musi gnać. Może przyjechać do Krakowa za cztery godziny. Miał wystarczająco dużo czasu, by wypić. Będzie potem wprawdzie prowadził pod wpływem, ale niespecjalnie się tym przejmował.

Zjechał na Orlen i kupił czteropak heinekena. Piwo się nie liczy, skwitował w duchu.

4

Iwo szedł przed swoją ofiarą, jak tego wymagała sztuka trekkingowa. Wolałby iść za nią, ale zasady były zasadami – bardziej doświadczona osoba zawsze musiała prowadzić. Raz po raz zagadywał dziewczynę, by czuła się pewniej. Bez piwa była znacznie mniej gadatliwa i działała mu na nerwy. Nie mógł doczekać się, aż zakończy jej życie.

– Mówiłeś, że Eliasz to od nazwiska?

– Mhm. Eliasiewicz – odparł i obejrzał się przez ramię, uśmiechając się blado.

Byli już na wysokości tysiąca dziewięciuset metrów i niedaleko zaczynał się trawers na jednym z ostatnich podejść. Iwo powiódł wzrokiem wokół. Nie licząc kilkuosobowej grupy turystów za nimi, nikogo tu nie było.

– Stańmy na chwilę – zaproponowała Paulina.

Eliasz zgodził się bez wahania. Miał nadzieję, że idący za nimi ludzie miną ich i zostawią mu wolne pole do działania. Wprawdzie zamierzał wspiąć się co najmniej na dwa tysiące metrów, zanim zabije dziewczynę, ale zawsze może zmienić plany. Już tutaj zaczynała się coraz większa ekspozycja, a skały były surowe, ostre i postrzępione.

Jej ciało cudownie się na nich rozszarpie.

Pięćset metrów dalej zaczynało się strome podejście. Iwo podjął decyzję, że odbierze życie ofierze tuż przed zakrętem.

Przepuścili grupę, witając się i uśmiechając. Po nocnym ochłodzeniu pogoda dopisywała, na niebie były same białe chmury. Nie spadnie z nich śnieg, nie będzie burzy. Wypadało tylko cieszyć się życiem i korzystać z magii gór.

– Do kiedy zostajesz? – zapytał dziewczynę, by zająć ją rozmową i nie ruszyć zbyt szybko za turystami.

– Jeszcze trzy dni.

Nie wiedziała, jak bardzo się myli.

– Tylko? – zapytał Eliasz. – Myślałem, że już po sesji.

– Po – potwierdziła z uśmiechem, podpierając się pod boki. – Ale mam trochę spraw do załatwienia w Krakowie.

– Jakich?

– Przede wszystkim niedługo kończy mi się umowa najmu, muszę zacząć rozglądać się za nową kawalerką.

– Równie dobrze możesz to zrobić za tydzień czy dwa.

– Tak, ale oprócz tego wypadałoby skorzystać z wolnego i napisać jakiś artykuł naukowy. Może nawet dwa, jak wena dopisze.

Zaczął wypytywać ją o szczegóły, ale nie słuchał tego, co mówiła. Napawał się świadomością, że te wszystkie plany zakończą się za kilkanaście minut. Jasińska nie miała przed sobą żadnej przyszłości. Nie osiągnie nic z tego, co zamierzała. I to wszystko za jego sprawą.

Znów poczuł podniecenie, więc obrócił się w bok, by dziewczyna nie widziała.

– I zawsze dostanę kilkaset złotych za publikację – zakończyła, patrząc na górujący nad nimi masyw Orlej Perci.

Iwo również uniósł wzrok. Była to najbardziej złowroga grań w polskich Tatrach i marzył o tym, by zabić kogoś gdzieś na szczycie lub przełęczy. Teraz jednak nie wchodziło to w grę. Musiałby wyjść dużo wcześniej, czekać na samotnego turystę.

Będzie jeszcze okazja. Niejedna.

– No tak – odparł bezwiednie. – Idziemy?

Skinęła głową, a potem ruszyła przed siebie. Przez chwilę szli ramię w ramię, a potem Eliasz puścił ją przodem. Nie protestowała, choć powinna. Zaczynał się najostrzejszy odcinek.

Dopiero, gdy stanęli przy skalnej ścianie, zatrzymała się.

– Może pójdziesz pierwszy?

– Pewnie – odparł. – Muszę cię tylko jakoś wyminąć.

Zrobił ku niej krok, czując, że nadchodzi moment, na który tak długo czekał.

– Cofnij się trochę – poradził. – Będzie mi łatwiej.

Wbiła wzrok pod nogi. Roztropnie z jej strony, choć gdyby tego nie zrobiła, być może zobaczyłaby, jak bierze zamach.

Z impetem złapał ją za włosy i szarpnął jej głową w kierunku skały. Dziewczyna wydała z siebie głuchy jęk, gdy głowa uderzyła o kamień. Zanim Paulina zdążyła krzyknąć, Iwo szarpnął w drugą stronę.

Wydarła się dopiero potem.

Piskliwy, przeciągły krzyk rozszedł się echem między stromymi zboczami, kiedy spadała w przepaść. Eliasz wiódł za nią wzrokiem. Czuł ekstatyczne uniesienie, jakby zbliżał się do orgazmu. Jasińska krzyczała aż do momentu, gdy jej ciało trafiło na pierwsze skały. Głowa uderzyła o wystający kawałek kamienia, krew rozbryznęła się wokół. Dziewczyna spadła jeszcze trochę, a potem, ku zawiedzeniu Eliasza, zatrzymała się.

Leżała bezwładnie na plecach, z rękoma rozrzuconymi na boki i jedną nogą zawiniętą pod ciałem. Kąt ułożenia kazał mu sądzić, że doszło do otwartego złamania. Nic dziwnego, sponiewierała się na zboczach dość mocno.

Iwo głęboko wciągnął nosem rześkie, górskie powietrze.

– Ratunku! – krzyknął, uśmiechając się przy tym dziko. – Ratunku!

Potem będzie tłumaczył, że wzywał pomocy, bo był w szoku. Nie rozumiał, że Paulina nie żyje.

Ale wystarczyło popatrzyć w jej otwarte oczy. Nie spadła zbyt daleko, można było dostrzec w nich pustkę.

Wyglądała pięknie.

Eliasz się rozejrzał. Nie widział grupy turystów, ale wiedział, że musi się uspokoić. Jeśli nagle wyjdą z zakrętu i zobaczą, jak jest podniecony, będzie po wszystkim.

– Co się stało? – krzyknął ktoś z oddali.

Iwo nie odpowiadał. Stał na skraju szlaku i patrzył na swoją ofiarę. Jeszcze przed momentem szczerze jej nie znosił, teraz ją uwielbiał.

– Hej! – Ktoś domagał się uwagi.

Po chwili Eliasz zorientował się, że dźwięk dochodzi z drugiej strony. Zobaczył mężczyznę koło pięćdziesiątki w bandanie, który żwawo wspinał się ku niemu.

– Wszystko w porządku? – spytał nerwowo.

Głupie pytanie. Przecież słyszał krzyk.

Ludzie irytowali Eliasza. Nielogiczność ich zachowań często była ponad jego siły.

– Ja… – wydukał, wskazując w kierunku poszarpanego ciała. – Ona…

– O Boże! – powiedział mężczyzna, patrząc w dół. – Dzwoń po TOPR! Dzwoń!

Iwo zamknął oczy, złapał się za głowę i osunął się na ziemię. Nie miał zamiaru nigdzie dzwonić, wolał zapozorować szok. Będzie to znacznie lepiej wyglądało, gdy prokuratura sprawdzi tę sprawę.

Bo sprawdzić musiała. Jak zawsze w przypadku gwałtownej śmierci, odbędzie się sekcja zwłok, zapewne w towarzystwie prokuratora. W tym przypadku specjalista medycyny sądowej stwierdzi, że zmarła spadła ze skalnej półki. Idący za nią turysta nie zdążył zareagować.

Eliasz był z siebie dumny.

– Jaki… jaki to numer? – zapytał mężczyzna, bardziej siebie niż jego.

Sześćset jeden – sto – trzysta. Łatwy do zapamiętania, a jeszcze łatwiejszy do wprowadzenia w pamięć telefonu. Iwo jednak nie miał zamiaru pomagać turyście.

– Boże… Boże… przecież ona…

Nie żyje, pomyślał Eliasz, a ja ją zabiłem.

Uśmiechnął się w duchu. Ostatnim razem czuł się tak dobrze, kiedy powiesił Chalimoniuka na Giewoncie.

5

Dominika Wadryś-Hansen spodziewała się, że komisarz do tej pory dawno się zjawi. Stała w łazience, przeglądając się w lustrze. Kładła duży nacisk na to, jak wygląda, bynajmniej nie dlatego, że była próżna. W jej zawodzie kobiety musiały odpowiednio się prezentować, by z jednej strony budzić szacunek, a z drugiej nie sprawiać wrażenia psychopatek.

Wielu ludzi, z którymi się spotykała, właśnie tak postrzegało prokuratorki. W końcu oględziny zwłok to niekoniecznie zajęcie dla płci pięknej. Jeśli jakaś niewiasta pochylała się nad prześmierdniętym, utytłanym kałem i krwią denatem, to zapewne musiała mieć nierówno pod kopułą. Tak rozumowali, ale byli w błędzie.

Spojrzała na swoje odbicie i poprawiła okulary. Fryzura jak zawsze klasyczna – grzywka na bok, włosy lekko podkręcone, upięte z tyłu. Do tego ciemna garsonka w konserwatywnym fasonie, która nijak nie pasowała do oględzin miejsca zdarzenia. Złośliwi za jej plecami mówili na nią „Lady Mary”. Początkowo nie wiedziała, o kogo chodzi, i niespecjalnie ją to interesowało, dopiero potem ktoś powiedział jej, że to postać z jakiegoś brytyjskiego serialu o arystokracji i służących.

Nie miała nic przeciwko. Nieraz już słyszała, że zachowuje się zbyt wyniośle i przypuszczała, że jeszcze to usłyszy.

Spojrzała na telefon.

Nadal nic. Komisarz Forst mógłby chociaż zadzwonić, skoro się spóźnia. Potem uświadomiła sobie, że nie umawiali się na konkretną godzinę. Założyła jednak, że oficer przyjedzie prosto do Krakowa.

Podniosła swojego blackberry i ponownie wybrała ostatni numer.

– Jestem niedaleko – oznajmił policjant.

– To znaczy?

– Szukam miejsca parkingowego.

– Wjechał pan od Mogilskiej?

– Nie wiem. Może.

– Jest tam parking dla samochodów służbowych.

Mruknął coś pod nosem.

– Słucham? – zapytała Dominika.

– Co z tego, skoro wszystkie miejsca są zajęte?

Spojrzała w lustro. Od kiedy dowiedziała się, że to właśnie ten człowiek jakimś cudem trafił na trop zabójcy z Giewontu, dokładnie go prześwietliła. Nie licząc kilku epizodów, które całkowicie dyskwalifikowały go jako oficera policji, przebieg służby miał przeciętny.

Im więcej na temat komisarza się dowiadywała, tym bardziej była pewna, że ktoś wysłał go na Białoruś. Początkowo podejrzewała któregoś z przełożonych Forsta, ale potem uznała, że żaden stróż prawa nie usankcjonowałby takiej samowolki. Zielone światło musiał dać jakiś polityk.

Ledwo sobie to uświadomiła, przestała grzebać w sprawie. Nie warto było sprowadzać na siebie problemów tylko po to, by zaspokoić ciekawość. Liczyły się fakty. A fakty były takie, że dopóki morderca nie zabił Szrebskiej, wszyscy byli przekonani, że Forst złapał właściwych ludzi.

– Zejdę po pana – powiedziała.

– Niech się pani nie fatyguje. Znajdę miejsce i…

– I tak pana nie wpuszczą.

Nie odpowiedział, a po chwili usłyszała dźwięk przerwanego połączenia. Uznała, że tym samym oznajmił jej, że będzie czekał na dole.

Być może zdziwiłoby ją obcesowe podejście, gdyby nie to, że grzebiąc w przeszłości Forsta, dowiedziała się, jakim jest człowiekiem. Bezpośredni przełożony twierdził, że chodzący w czerwonych koszulach w kratę komisarz jest niesforny, działa raptownie i przynosi polskiej policji więcej szkód niż korzyści. W głosie Edmunda Osicy pobrzmiewała jednak nuta sympatii, gdy Wadryś-Hansen z nim rozmawiała.

Potem dowiedziała się, że Forst spał z jego córką i najwyraźniej nikogo w jednostce to nie dziwiło, oprócz samego ojca dziewczyny. Koledzy po fachu mówili o komisarzu właściwie w samych negatywnych słowach – nie potrafił działać zespołowo. Miał w poważaniu wszelkie zasady, a w dodatku nawet najbliższych traktował, jakby byli tylko przypadkowymi przechodniami na ulicy.

Dominika wiedziała, że tacy sprawdzają się najlepiej w tropieniu zabójców.

Poprawiła jeszcze grzywkę, a potem skinęła do siebie głową i wyszła z łazienki. Zeszła schodami, odpowiadając zdawkowo na powitania. W budynku była winda, ale Wadryś-Hansen lubiła przechadzać się korytarzami. Była tutaj szychą i czuła to, gdy mijali ją pracownicy prokuratury. Uważała, że nie ma nic złego w tym, by trochę podbudować swoje ego. Pewny siebie oskarżyciel to dobry oskarżyciel.

Wyszła na zewnątrz i nie musiała długo szukać komisarza. Stał przy czarnym, nieoznakowanym volkswagenie i palił papierosa. Pogłoski o jego czerwono-czarnych koszulach nie były przesadzone.

Spojrzał na nią i wypuścił dym kącikiem ust. Prokurator podeszła do niego niespiesznie, a potem skinęła mu głową. Nie uszło jej uwadze, że na siedzeniu pasażera leżą puszki piwa.

– Dominika Wadryś-Hansen – przedstawiła się dla porządku.

– Ciekawe nazwisko – powitał ją oficer, otaksowując wzrokiem. – Wyszła pani za Duńczyka?

– Szweda.

Pokiwał głową, przyglądając się budynkowi prokuratury okręgowej. Doszedł ją smród papierosów.

– Jak podróż? – zapytała.

– Jeśli mam być szczery, gównianie.

– Piwo pomogło?

Spojrzał na samochód, a potem wzruszył ramionami.

– Sam widok nie pomaga – odparł. – Otworzę dopiero wieczorem, jak wrócę do domu.

Dominika westchnęła, zastanawiając się, ile może mu powiedzieć. W końcu uznała, że najlepiej będzie, jeśli wyłoży wszystkie karty na stół.

– Nie jestem przekonana, czy wróci pan dziś do Zakopanego.

– Słucham?

– Michał Sznajderman pobił jednego z więźniów.

Forst patrzył na nią obojętnie.

– Niestety wybrał recydywistę, który nie pozostał bierny – dodała. – Jego koledzy również nie.

– Mogę się tylko cieszyć. Sukinsyn zasługuje na lanie każdego dnia.

Ściągnęła brwi.

– Coś pan o tym wie, prawda?

– Słucham?

– Pana przygoda w Rosji wiązała się z pobytem w jednym z więzień?

Spojrzała na jego usta, starając się dostrzec, czy to, co słyszała, jest prawdą. Gdy jakiś czas temu rozmawiała z którymś funkcjonariuszem zakopiańskiej policji, ten oznajmił, że Forst po powrocie z Rosji miał powybijane lub uszkodzone niemal wszystkie zęby.

Trudno było to stwierdzić, bo się nie uśmiechał, a odzywał jedynie zdawkowo. Niełatwo było też ustalić cokolwiek w sprawie tej rzekomej odsiadki.

– Gdybym kiedykolwiek trafił do jakiegoś rosyjskiego więzienia, zapewne już bym z niego nie wyszedł – odparł.

– Z pewnością.

Rzucił papierosa na ziemię, przydeptał go, a potem obrócił się do niej.

– Może przejdziemy do rzeczy?

– Zapraszam do…

– Nie – uciął. – Możemy porozmawiać tutaj. Ładna pogoda.

Już drugi raz wpadł jej w słowo, co normalnie Dominika skwitowałaby choćby lekkim wyrazem dezaprobaty. Uznała jednak, że ułoży tego policjanta w inny sposób. Mniej bezpośredni.

– Sznajderman napadł na tego więźnia, bo chciał zostać poturbowany – odezwała się. – Kiedy z licznymi ranami przyjęto go do ambulatorium, oświadczył tylko, że albo się pan z nim spotka, albo zrobi to jeszcze raz.

– Jest gotów zabić się dla spotkania ze mną?

– Na to wygląda.

– Świetnie. Pozwólcie mu.

– Komisarzu Forst…

– Nie będzie drenował publicznej kabzy – odparł Wiktor. – Wie pani, ile płaci się za dziennie utrzymanie więźnia?

– Nie.

– Osiemdziesiąt złotych. To daje dwa i pół tysiąca miesięcznie i trzydzieści tysięcy rocznie. Za jedną osobę. A wie pani, ilu jest osadzonych?

– Około dziewięćdziesięciu tysięcy.

Pokiwał głową. Wadryś-Hansen przez moment milczała.

– Tak działa system penitencjarny – odparła z nadzieją, że zakończy temat. – A teraz zapraszam do mnie.

Tym razem nie użyła zapraszającego tonu. Był to rozkaz, a Forst szybko go odebrał. Zapiął koszulę aż do przedostatniego guzika pod szyją, a potem ruszył za nią. Ten jeden raz Dominika wybrała windę.

– Dlaczego tak mu zależy, żeby się z panem zobaczyć? – spytała.

– Bo jest fanatykiem.

– Chodzi o religię esseńczyków?

– Nie – zaprzeczył Wiktor. – Chodzi o to, że darzył matkę i brata fanatycznym uwielbieniem. A teraz z taką samą zaciekłością nienawidzi mnie.

Komisarz wbił w nią wzrok i poczuła się nieswojo. Winda nie była dobrym miejscem, by patrzeć sobie głęboko w oczy.

– Cały czas mi się pani przygląda – burknął.

– Słucham?

– Patrzy mi się pani na usta – odparł, kręcąc głową.

Zanim zdążyła wytłumaczyć, dlaczego to robi, wyszczerzył się do niej. Nie miało to jednak nic wspólnego z uśmiechem.

– Wystarczy? – zapytał.

– Tak.

Przez moment słychać było jedynie, jak winda mknie w górę. W końcu dotarła na miejsce i drzwi powoli się rozsunęły.

– Byłem na chirurgii szczękowej zaraz po powrocie do kraju – wyjaśnił komisarz, gdy wychodzili na korytarz. – Potem załatwili mi wizytę u stomatologa. Dostałem trochę wkładów koronowych i ze dwie koronowo-korzeniowe. Chce pani posłuchać szczegółów?

– Niekoniecznie.

Zaprowadziła go do gabinetu, a potem poprosiła asystentkę, by zaparzyła im kawy.

Forst usiadł przed biurkiem i rozglądał się po pomieszczeniu, jakby nie dowierzał, że oskarżyciel publiczny może urzędować w gustownie urządzonym gabinecie. Rzeczywiście, dbała o to, by czuć się tutaj dobrze. Postawiła na minimalistyczny wystrój wnętrza, powiesiła nawet kilka białych antyram z czarnymi paremiami prawniczymi.

– Accusare nemo se debet – odczytał jedną z nich Forst. – Nikt nie musi oskarżać samego siebie.

Uniosła brwi.

– Mam to w ramach przypomnienia, że nie powinnam wściekać się za wszystkie te bzdury, które opowiadają oskarżeni i ich obrońcy – wyjaśniła Wadryś-Hansen, siadając za biurkiem. – A pan z zamiłowania studiuje paremie prawnicze?

– Lubię łacinę.

Spojrzała na niego pytająco, chcąc sprowokować go do dłuższej wypowiedzi, ale Forst wodził wzrokiem wokół. Wiedziała, że pochodził z szanowanej, inteligenckiej rodziny. Jego ojciec był znanym wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim, matka aktywnie uczestniczyła w życiu podziemnej, peerelowskiej bohemy artystycznej.

Dlaczego Forst poszedł do policji, pozostawało dla niej zagadką. Skorzystała z okazji, że gość skupia się na antyramach i przyjrzała mu się. Na twarzy wciąż miał gojące się rany, a podkrążone oczy kazały sugerować, że za dużo nie spał. Nic dziwnego. Najpierw przeżył horror na wschodzie, a potem w domu – kiedy tylko wrócił, przycisnęła go kontrola wewnętrzna.

A na koniec cała ta sprawa z dziennikarką.

– Zapuszcza pan brodę? – zapytała.

– Słucham?

Prokurator wskazała na zarost.

– Jak widać – odparł. – Ale chyba nie spotkaliśmy się, żeby o tym rozmawiać?

– Wie pan, jak jest. Czasem przez nierespektowanie policyjnego dress code’u można mieć problemy.

– Nie noszę munduru. Obowiązuje mnie jedynie zarządzenie Komendanta Głównego, by wyglądać schludnie. Wyglądam – odparł, skupiając w końcu na niej wzrok. – I doceniam próbę nawiązania krótkiej rozmowy, ale czas dla nas obojga jest cenny.

Asystentka zapukała, a potem podała kawę. Wiktor podziękował, przelotnie spoglądając jej w dekolt, gdy się pochylała.

– Czekamy na kogoś – wyjaśniła Wadryś-Hansen, poprawiając okulary.

– Na kogo?

– Na prokuratora, z którym prowadzę to śledztwo.

Forst wyciągnął paczkę gum i odpakowawszy sobie, jedną zaproponował Dominice.

– Dziękuję – odparła.

– Big Red. Cynamonowe, najlepsze.

Przez chwilę w pokoju słychać było jedynie, jak przeżuwa. Wadryś-Hansen spoglądała w kierunku drzwi, mając nadzieję, że Aleksander Gerc zjawi się jak najszybciej. Miała dosyć topornych prób nawiązania kontaktu z komisarzem.

Uznała, że najlepiej będzie, jeśli zajmie się swoimi sprawami. Włączyła komputer i zaczęła przeglądać doniesienia z regionu. Najczęściej zaczynała od internetowego serwisu „Gazety Krakowskiej”. Dziś na głównej był głośny wyrok – po dwóch latach skazano mordercę młodej dziewczyny na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Musiał też zapłacić dwieście tysięcy złotych zadośćuczynienia jej rodzicom.

Wadryś-Hansen miała nadzieję, że Sznajderman nie odejdzie z takim wyrokiem. Powinien dostać dożywocie – i jeśli żaden prawnik-cudotwórca nie wykręci jakiegoś numeru, najpewniej tak się stanie.

Niżej była wzmianka o dwudziestodwulatce, która zginęła w Tatrach. Spadła przy podejściu na Kozią Przełęcz. Ratownicy podkreślali, że była dobrze przygotowana do wędrówki, miała dobre obuwie, specjalistyczny sprzęt. Wędrowała sama.

Dominika oderwała wzrok od monitora, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedziała.

Aleksander Gerc wszedł do środka, z zaskoczeniem patrząc na plecy gościa. Wiktor nie pofatygował się nawet, by obejrzeć się przez ramię.

– Komisarz Forst – przedstawiła go Wadryś-Hansen, gdy drugi prokurator zajmował miejsce obok.

– Mhm.

– Możemy zaczynać? – spytał Wiktor.

– Oczywiście – odparła Dominika i skinęła na Gerca.

Ten zgromił policjanta wzrokiem i poprawił się na krześle.

– Sprawa jest prosta – powiedział. – Pomoże nam pan ze Sznajdermanem, a my zapomnimy o tym, że liczba pocisków się nie zgadza.

Dopiero teraz Wiktor spojrzał na prokuratora.

– Słucham?

– Przejrzałem pański raport z wydarzeń na Ukrainie. Według niego w glocku powinien zostać jeden pocisk więcej.

– Chyba pan sobie żartuje.

– Nie. Wydział kontroli albo tego nie zauważył, albo celowo zignorował. Rozumiem, że podinspektor Osica zna oficerów, którzy pana…

– Co to za brednie? – spytał Forst, rozkładając ręce. – Wzywacie mnie, żebym pogadał z oskarżonym, a teraz wyskakujecie z jakimiś absurdami.

– To żaden absurd – odparł Aleksander. – A poważny problem dla pana, komisarzu.

6

Eliasz obserwował, jak śmigłowiec TOPR-u zabierał ciało dziewczyny. Podczas upadku odpiął jej się plecak i ubranie trochę się postrzępiło, ale tylko dodawało to uroku jej zwłokom. Iwo z trudem oderwał od nich wzrok.

– Pan to widział? – zapytał ratownik, który pojawił się jeszcze przed helikopterem.

Eliasz skinął niepewnie głową.

– Tak… – powiedział słabo i spojrzał na turystę, który szedł za nimi. – Tak, widzieliśmy to…

Użycie liczby mnogiej podziałało na przypadkowego mężczyznę tak, jak Iwo się spodziewał. Turysta poczuł, że również znajduje się w centrum zainteresowania. Tragedia czy nie, na podstawowym poziomie psychika ludzka działała zawsze w ten sam sposób.

Facet powinien się przyznać, że właściwie nic nie widział, tylko słyszał. Nie zrobił tego jednak. Zamiast tego obaj zaczęli dukać nic nie znaczące słowa, patrząc na siebie niepewnie.

Dzięki temu Eliasz miał alibi, a turysta będzie mógł potem opowiadać o tym przy piwie, spuszczając wzrok i żałując dziewczyny. Może nawet uwierzy w to, że rzeczywiście coś widział.

– Muszę spisać panów dane – odezwał się ratownik.

Iwo pokiwał głową i pozwolił towarzyszowi, by zrobił to jako pierwszy. Potem sam wyciągnął dowód osobisty wystawiony na fałszywe imię i nazwisko.

Ze zdobyciem takiego dokumentu nie było najmniejszego problemu. W Internecie ogłaszali się wykonawcy, którzy otwarcie proponowali wykonanie „kolekcjonerskiego” dowodu osobistego z dowolnymi danymi. Koszt około pięciuset złotych, ale najlepsi brali tysiąc sto. Dodatkowo płatny był hologram – dwieście złotych.

W świetle prawa nie było to nic nielegalnego. Nie istniał przepis, który zakazywałby wytwarzania replik dokumentów. Nie mogły tylko być w stu procentach identyczne z oryginałami.

– A pan? – zapytał go TOPR-owiec.

Eliasz podał mu dowód.

– Wojciech Radkowiak – powiedział.

Obserwował, jak ratownik wpisuje dane do notatnika, a potem podał mu numer telefonu na kartę, który wcześniej kupił. Iwo wiedział dokładnie, co będzie się działo później. Jak zawsze w takich sytuacjach, przez kilka dni Prokuratura Rejonowa w Zakopanem będzie ustalać, czy doszło do nieszczęśliwego wypadku, czy może śmierć turystki jest wynikiem przestępstwa. Zwykła formalność, która trafi na biurko jakiegoś nowicjusza.

Eliasz przypuszczał, że od niechcenia nieszczęśnik sprawdzi dane na jego fałszywym dowodzie osobistym. Wklepie imię i nazwisko do centralnego rejestru i przekona się, że Iwo nigdy nie był karany. A jeśli pracownik będzie bardziej skrupulatny, być może wprowadzi numer dowodu do bazy dokumentów zastrzeżonych – nie znajdzie go tam, bo Eliasz nikomu nie ukradł danych. Po prostu je stworzył.

Po kilku dniach postępowanie zostanie umorzone, jak zawsze, kiedy dochodzi do niefortunnego wypadku w górach. Mimo szumnych zapewnień w mediach, że sprawdza się każdą śmierć, takim sprawom nie poświęcano wiele uwagi. W końcu dziewczyna szła sama i dwóch niezależnych świadków widziało, jak spada.

– To wszystko – odezwał się ratownik, oddając im dokumenty. – Bezpiecznego powrotu – dodał na odchodnym.

Iwo widział, że turysta nosi się z zamiarem nawiązania rozmowy, więc czym prędzej wyciągnął ku niemu rękę. Nie miał zamiaru zostawać tu dłużej, niż było to konieczne. Poza tym ciało znalazło się już na pokładzie śmigłowca.

Spojrzał z rozrzewnieniem na krew, którą ofiara zostawiła na skałach, a potem pożegnał mężczyznę i ruszył za ratownikiem w dół.

Zszedł do Zmarzłego Stawu, a potem zakręcił w lewo, ku niebieskiemu szlakowi. Ruszył w kierunku Zawratu, by przeprawić się przez masyw Orlej Perci i zejść na drugą stronę, do Doliny Pięciu Stawów.

Miał ochotę pogwizdywać pod nosem. Udało mu się bezkarnie zabić dziewczynę i rozpoczynał poszukiwania kolejnej ofiary.

7

Forst klął w duchu jak szewc, choć starał się nie okazywać złości. Patrzył na prokuratora, spokojnie przeżuwając gumę, jednak najchętniej zerwałby się z krzesła i dał po mordzie bezczelnemu kutasinie.

Nie wiedział, czy Gerc mówi prawdę. Dotychczas wydawało mu się, że prawidłowo podał liczbę wystrzelonych pocisków. Uwzględnił też tę kulę, która trafiła ukraińskiego zbrodniarza prosto w czaszkę, zanim w ogóle trafił na sprawców zabójstw.

– I co pan na to? – zapytał Aleksander.

Wiktor przeniósł wzrok na prokurator, starając się stwierdzić, ile wie. Damulka nie zdradzała żadnych emocji, co kazało mu sądzić, że jest równie zaskoczona jak on.

Zastanawiał się, czy mógł się pomylić. Po powrocie do Polski był zmordowany, otarł się w końcu o śmierć. Być może podał hienom z wydziału kontroli niewłaściwą liczbę.

Ale nie szkodzi. Nic mu z tego powodu nie groziło, wbrew temu, co twierdził Gerc. Nie ma zwłok, nie ma przestępstwa – przynajmniej zazwyczaj. Bywało, że w procesach poszlakowych skazywano ludzi na długie odsiadki, ale w tej sytuacji nie musiał się tego obawiać.

Forst obrócił się do Aleksandra i zaczął żwawiej przeżuwać gumę.

– To pańska odpowiedź? – zapytał prokurator.

– Tak.

– Więc nie zaprzecza pan, że…

– A to przesłuchanie? – Wszedł mu w słowo Wiktor. – Myślałem, że potrzebujecie mojej pomocy.

– A pan naszej, jak widać.

Forst prychnął pod nosem.

– Nie pamiętam, ile razy strzeliłem – odezwał się. – Pewnie tyle, ile podałem, ale nie mogę być pewien. Trochę się działo, wie pan?

– Wiem – odparł Gerc. – Wiem też, że te liczby się nie zgadzają.

– Trudno. Widocznie się machnąłem.

Aleksander spojrzał na niego spod byka.

– Albo wdał się pan w wymianę ognia, a potem wykonał egzekucję na którymś ze sprawców.

– O tak, dobiłem tę staruchę.

– Komisarzu Forst… – zaapelowała Wadryś-Hansen. – Pozostańmy przy faktach.

– Chętnie.

– Jest to dla pana niewątpliwie potencjalny problem – dodała. – Ale nie zamierzamy wyciągać żadnych pochopnych wniosków.

– Chwała wam za to.

Dominika znów poprawiła okulary. Forst uznał, że jest w tym ruchu coś pociągającego. Właściwie wszystko, co robiła ta kobieta, było pociągające. Przywodziła na myśl purytańską arystokratę, a jednak robota, jaką wykonywała, kazała sądzić, że jest twardą babą.

– Nie ukrywam, że pańskie podejście i nastawienie do współpracy będzie istotnym czynnikiem przy całościowej ocenie sprawy – dodała.

– To zupełnie jak w przypadku oskarżonych – odparł. – Sąd też waży, jak się zachowuje taki nieszczęśnik podczas rozprawy, prawda?

Skinęła głową.

– Ale ja nie jestem o nic oskarżony. Teoretycznie mogę się więc na was wypiąć.

Gerc otworzył usta, ale kobieta uciszyła go, podnosząc dłoń.

– Teoretycznie tak – powiedziała.

Nie musiała nic więcej dodawać. Forst wiedział, że dalsza dyskusja będzie jedynie słowną przepychanką. Zresztą i tak już postanowił, że spotka się ze Sznajdermanem. Zmieniło się tylko to, że przez Gerca stracił kartę przetargową – teraz nie mógł już stawiać warunku o włączeniu do śledztwa.

– W praktyce lepiej dla pana będzie, jeśli okaże pan trochę rozsądku – zauważył Aleksander.

– Co?

– Słyszał pan.

– Nie, wydaje mi się, że nie. Chyba się przesłyszałem – odparł Wiktor, piorunując prokuratora wzrokiem.

– Panowie – wtrąciła Wadryś-Hansen. – Nie chcę tutaj walk kogutów.

Obaj skupili na niej wzrok.

– Poza tym odnoszę wrażenie, że wszyscy się doskonale rozumiemy.

– Aż nazbyt – zauważył komisarz.

– Więc omówimy krok po kroku strategię, którą przyjmie pan wobec oskarżonego, a potem pojedziemy na miejsce.

Forst odsunął krzesło i wstał.

– Strategia jest taka, że wyduszę z niego wszystko, co się da.

Cudów jednak się nie spodziewał. Wiedział, że Sznajderman ściąga go do więzienia tylko dlatego, że zamierza go zaatakować. Mimo to komisarz ruszył w kierunku wyjścia. Dwoje prokuratorów popatrzyło po sobie, ale ostatecznie poszło za nim.

– Pojedziemy moim – odezwał się Aleksander.

Wiktor się nie odzywał. Nie miał zamiaru spędzać z tymi ludźmi więcej czasu, niż było to absolutnie konieczne. A już na pewno nie zamierzał jechać z nimi na drugi koniec miasta.

– Gdzie on jest? – zapytał, obracając się przez ramię przed schodami. – Na Montelupich?

– Tak – potwierdziła Dominika.

Forst skinął głową i ruszył w dół. W Krakowie istniały tylko dwa miejsca, gdzie ten człowiek mógł trafić – albo na Podgórze, albo na Montelupich. Przy czym druga możliwość była bardziej prawdopodobna z racji właściwości miejscowej.

Wiktor zszedł na podwórze i wprowadził odpowiedni adres do nawigacji. Potem wyjechał z parkingu w lewo. Spojrzał przelotnie na czteropak leżący na siedzeniu obok i pomyślał, że musi się go pozbyć. Nie otwierając.

Zdążył wypalić dwa papierosy, nim zaparkował pod aresztem śledczym. Poczekał chwilę na prokuratorów, po czym ruszył za nimi do środka. Gdyby sam chciał zobaczyć się z osadzonym, musiałby pół dnia spędzić na papierologii. Tych dwoje wprowadziło go do środka bez przeszkód.

Po chwili siedział w pokoju przesłuchań i czekał na Sznajdermana.

Kiedy klawisze go wprowadzili, próbował złowić jego spojrzenie, ale chłopak wbijał wzrok w podłogę. Na twarzy miał liczne rany cięte i siniaki. Dopiero, gdy usiadł naprzeciwko Wiktora, ten dostrzegł, że jedno oko więźnia zaszło krwią.

Komisarz spojrzał w obiektyw kamery umieszczonej w rogu pomieszczenia.

Strażnicy przykuli łańcuch do podłogi, a potem zostawili ich samych. Wadryś-Hansen i Gerc z pewnością chcieliby być w środku, ale Sznajderman postawił sprawę jasno – będzie rozmawiał tylko z Forstem.

– Kiepsko wyglądasz – zaczął komisarz.

Nie tak dawno temu sam wyglądał znacznie gorzej. W Czarnym Delfinie obrywał nie tylko od współwięźniów, jak ten chłopak, ale także od klawiszy. Przede wszystkim od nich. Tam można zginąć za krzywe spojrzenie, tutaj naprawdę trzeba było się postarać, żeby strażnik w ogóle odpiął pałkę służbową.

Codziennie przed snem tamte obrazy uparcie wracały. Ledwo zamykał oczy, a znów widział niewielką celę bez okien, znęcających się nad nim klawiszy czy Aleksieja Filipczenkę, współwięźnia skazanego za kanibalizm. Wiktor nadal słyszał krzyki osadzonych i ich nieludzkie wycie. Czuł smród tamtego miejsca. Wciąż wydawało mu się, że jest przesiąknięty fetorem potu, kału, nasienia i szczochów.

Potrząsnął głową. W porównaniu do jego przeżyć, Sznajderman miał tutaj sielankę.

– Wiem, że wyjście z celi to dla ciebie urozmaicenie, ale nie mam całego dnia – odezwał się Forst, splatając dłonie na stole. – Chciałeś ze mną rozmawiać, więc mów.

Michał podniósł wzrok.

– Niech wyłączą kamerę – powiedział.

– Nie ma takiej możliwości.

– Jeśli chcą, żebym mówił, muszą wyłączyć nagrywanie.

Wiktor skinął głową, rozplótł ręce, a potem wstał. Ku zaskoczeniu więźnia, podszedł do drzwi i załomotał w nie. Kiedy strażnik otworzył, stanął w progu, po czym obejrzał się przez ramię.

– Ostatnia szansa – rzucił. – Ja nie muszę tu być. To ty masz coś do powiedzenia.

Sznajderman zacisnął usta, patrząc na niego w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości – gdyby mógł, rozszarpałby go na strzępy.

Forst wyszedł na korytarz.

– W porządku – odezwał się więzień. – Niech kamera zostanie.

Wiktor wrócił do pokoju i usiadł na krześle. Odgiął się na oparciu.

– Mów.

– Przypuszczam, że dodadzą mi zarzut o groźby karalne, ale chyba nie powinienem się tym przejmować, prawda? – zapytał. – Bo ściągnąłem cię tutaj, żeby powiedzieć ci, że zdechniesz jak najgorszy kundel, kiedy tylko…

– Masz do przekazania coś oprócz pustych gróźb?

– Nie są puste – odparł z zadowoleniem Sznajderman. – Przykład Olgi Szrebskiej dobitnie powinien ci to uświadomić.

Forst milczał.

– Nie możesz czuć się bezpieczny, komisarzu. Wiemy, gdzie mieszkasz. Wiemy, którędy jeździsz do pracy. Wiemy, gdzie szukać twojej rodziny.

– Jesteśmy Anonymous – dopowiedział Wiktor, rozkładając ręce. – Jesteśmy Legionem. Nie przebaczamy. Nie zapominamy. Spodziewajcie się nas.

W oczach Michała pojawiła się wściekłość. Zacisnął zęby, aż uwydatniły mu się kości policzkowe. Zapewne przy wszystkich obrażeniach powodowało to ból, ale osadzony zdawał się tym nie przejmować.

– Nie kpij sobie – wycedził. – Raz już trafiliśmy cię tam, gdzie się nie spodziewałeś.

Forst patrzył na chłopaka i widział czysty, nieskażony, fanatyczny gniew. Był arcydziełem tego, kto go zaprojektował.

Komisarz spędzał długie noce na zastanawianiu się, kim jest architekt całej tej konstrukcji. Fasadę stanowiła religia esseńczyków – tajemnicze wyznanie wczesnochrześcijańskie, które w jakiejś skrzywionej wersji zakładało, że Zwoje znad Morza Martwego spisał sam Chrystus.

Tacy jak Sznajderman zupełnie podporządkowali się tej ideologii. Widać to było w każdym najmniejszym geście, jaki wykonał Michał, w jego mimice, głosie czy spojrzeniu.

Dla takich jak on, religia stanowiła rytm, pod który układał się każdy jego krok. Wiktor zastanawiał się tylko, ilu żołnierzy maszeruje z nim ramię w ramię. I kto jest odpowiedzialny za nadawanie taktu.

Pierwszą krucjatę mieli za sobą. Przygotowywali ją latami i stanowiła dla nich poligon doświadczalny. Precyzyjnie dobrali ludzi, których spotkały odpowiednio brutalne krzywdy – a potem pozwolili, by ci wymierzyli sprawiedliwość swoim oprawcom i ich rodzinom.

Mimo że poświęcili kilka osób, ostatecznie musieli uznać, że ich przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem. Informacja o monetach obiegła nie tylko krajowe media – zaznaczyli swoją obecność także poza granicami kraju. I dali jasno do zrozumienia, że to jedynie preludium do głównej części koncertu.

Najbardziej niepokojąca była jednak myśl, że oprócz tych wszystkich żołnierzy i orkiestry, ktoś trzyma batutę i dyryguje działaniami pozostałych.

– Zadbamy o to, żebyś cierpiał – odezwał się Sznajderman. – W życiu doczesnym zaznasz wielu krzywd, komisarzu.

– W to nie wątpię.

– Spotka cię więcej cierpienia, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

Forst odpakował gumę i złożywszy listek na pół, włożył go do ust.

– Zanim spłoniesz w piekle, będziesz błagał o to, by to wszystko wreszcie się skończyło. Będziesz zastanawiał się, czy samemu tego nie zakończyć. Będziesz łkał w samotności, jak…

Więzień urwał, gdy zorientował się, że oficer ostentacyjnie mlaska przy przeżuwaniu.

– Dobra – rzucił Wiktor. – Masz coś konkretnego do powiedzenia, czy mogę iść?

Michał zaśmiał się pod nosem. Całe napięcie nagle go opuściło i przez moment sprawiał wrażenie dziecka, które wie już, że niebawem otrzyma długo wyczekiwany prezent. Uśmiechnął się tak szeroko, że rany na jego ustach popękały.

Potem nagle odgiął się na oparciu.

Forst doskonale wiedział, co to zapowiada, ale nie zdążył zareagować. Więzień z impetem uderzył głową o metalowy blat, odchylił się w tył, a potem przywalił jeszcze raz. Komisarz zerwał się z krzesła, drzwi natychmiast się otworzyły, ale zanim ktokolwiek dopadł do Sznajdermana, ten zdążył kilkakrotnie uderzyć o stół.

Kiedy go unieruchomili, śmiał się w najlepsze, rozchlapując krew. Spływała mu obficie ze złamanego nosa i wypływała z poranionych dziąseł. Forst spojrzał na makabryczny widok. Jakby mało mu było jeszcze koszmarów.

– Pamiętaj – rzucił Michał na odchodnym. – Nadchodzimy i nic nie możesz…

– Wystarczy – mruknął jeden ze strażników, a potem potrząsnął więźniem.

Wiktor spojrzał na moment w kamerę, po czym wyszedł na korytarz. Odprowadził wzrokiem Sznajdermana i po chwili usłyszał kroki z drugiej strony.

– Miał go pan przycisnąć – odezwał się Gerc. – Wydusić z niego dane osobowe, do cholery…

– Nie miałem okazji.

– Bo wdał się pan w jakąś bezsensowną sprzeczkę – odparł prokurator, stając przed nim. – Ego nie pozwalało odpuścić?

– Miałem zamiar na początek wytrącić go z równowagi.

– I najwyraźniej się panu, kurwa, udawało – bąknął Aleksander i pokręcił głową.

Wadryś-Hansen przez moment sprawiała wrażenie, jakby chciała interweniować, ale ostatecznie musiała dostrzec, że Wiktor nie zamierza wdawać się w utarczkę słowną i odpuściła.

– Wie pan, co pan zrobił?

– Nie.

Gerc wycelował palcem w kierunku oddalającego się więźnia.

– Ten facet