Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Przemiana. Historia niekoniecznie z Dupy” to symboliczna opowieść o wychodzeniu z iluzji i odzyskiwaniu siebie. Łanna – młoda sarna – żyje w świecie, w którym wiele istot utknęło w Poczekalni. To miejsce pełne stworzeń przygniecionych ciężarem cudzych słów, poczucia winy i niespełnionych obietnic. Każde z nich czeka na pociąg, który miałby zawieźć je do lepszego życia, choć większość wciąż krąży po tych samych torach przeszłości. Przez lata Łanna wierzy w miłość, która daje tylko okruchy. W słowa, które podważają jej pamięć, emocje i własną intuicję. W iluzję wspólnej przyszłości, która nigdy nie ma się wydarzyć. Kiedy w końcu odważa się odejść, rozpoczyna wędrówkę przez Las Szczęśliwości. To nie jest kraina cudów, lecz miejsce, w którym codzienność staje się nauczycielem. Spotkane po drodze zwierzęta i obrazy stają się symbolami jej doświadczeń – lęku, wstydu, nadziei i powoli odzyskiwanej siły. „Przemiana” to opowieść o drodze od ciszy i zwątpienia do odzyskania własnego głosu. O odwadze, by przestać wierzyć w kłamstwa, które ktoś w nas zasiał. I o tym, że prawdziwa przemiana zaczyna się wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy potrafi powiedzieć: jestem i wystarczam.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 47
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Najtrudniejsza podróż zaczyna się wtedy,
gdy przestajesz wierzyć w cudze kłamstwa
i zaczynasz słuchać siebie.
Moim ukochanym dzieciom:
Weronice, Nadii i Aleksandrowi
Mama
Wprowadzenie
Każda historia ma swój początek, choć nie zawsze jest on oczywisty. Czasem wydaje się, że zaczęła się dawno temu, czasem – że właśnie teraz. Ta – moja – jest zarazem opowieścią i spowiedzią. Nie ma w niej bohatera zmyślonego ani zdarzeń, które rodzą się tylko w wyobraźni. Jest za to cisza, milczenie i chwile, które zostają na zawsze.
Nie chcę udawać, że będzie to łatwe. Dla mnie – piszącej, ani dla Ciebie – czytającego. Bo to nie jest historia o triumfach i radościach, lecz o bliznach, które próbowałam ukrywać. Ale też o sile, którą odnalazłam właśnie dzięki nim. To nie bajka, choć pojawiają się w niej obrazy przypominające sen. To nie pamiętnik, choć jest w nim wiele osobistych śladów.
Wiele lat minęło, zanim Łanna zrozumiała, gdzie naprawdę jest. Przez ten czas żyła najlepiej, jak potrafiła, śpiąc albo lunatykując, zawsze sama, bez ramienia, na którym mogłaby się oprzeć. Samotność przygniatała ją każdego dnia. Nie potrafiła się bawić, nie wiedziała, gdzie spotkać inne zwierzęta, które – jak wierzyła – wypełnią jej codzienność. Uroiła sobie świat i życie, które nigdy nie mogło się wydarzyć. Tęskniąc za Osłem, prowadziła dwubiegunowe, pełne rozterek życie, często przeczuwając, że wspólna droga nigdy nie była im pisana.
Mimo to wracała każdego dnia do tego samego punktu, przydzielonego jej w poczekalni Obecności i Dobrych Uczuć. Poczekalnia nie była zwykłym miejscem – przypominała stację kolejową, z której odchodziły pociągi do różnych krain. Wagony, ciemne i ciężkie, ciągnęły za sobą bagaże dawnych historii. Jedne kursowały bez końca wokół tych samych torów dzieciństwa – przez domy, gdzie przemoc była codziennością, przez lasy odrzucenia i pustynie obojętności. Inne zabierały podróżnych ku samotności, jakby biletem wstępu było przekonanie, że na miłość się nie zasłużyło.
Co niewiarygodne – poczekalnia była pełna innych zwierząt i obcych jej istot. Oprócz parzystokopytnych samic i samców, ze spuszczonymi głowami, garbami na grzbietach wypełnionymi smutkami i powietrzem, spuszczonymi uszami, zakrywającymi przerażone, a często również puste oczy, w kąciku, gromadami zbierały się również dwunogie osobniki, o bezwłosej skórze różnego namaszczenia. Zamiast przednich łap czy kopyt, miały po pięć krótkich odnóg, którymi chwytały różne przedmioty. Wyglądem przypominały małpy, były jednak bardziej wyprostowane, a ich zachowanie jakby wycofane, mocno różniło się od idiotkowych reakcji małp. Nie wydawały też dźwięków głośnych i często irytujących, lecz oddychały cicho, ciężko wzdychając raz po raz, dając wyraz swojemu przygnębieniu. Wyglądały smutno.
Ich ciała, bez sierści, łusek czy skorup, wydawały się być przesuszone i spierzchnięte, nadając ostry i starczy obraz twarzom, a inne części uwydatniając. Łanna patrzyła na te istoty z zaciekawieniem, ale również z troską. Ktoś powiedział, że to człowieki, stworzenia niższego rzędu, wygnane ze świata ludzi, teraz czekają na swoją kolej przyjęcia do Doliny, a potem jak reszta zwierząt przemierzać będą autostradą po szczęście. Ale Łanna coraz częściej czuła, że to nie wygnanie, lecz utknięcie w schematach – tak głęboko, że człowieki wsiadały do tych samych pociągów raz po raz, jadąc wciąż tą samą trasą, aż do powolnej destrukcji.
Za poczekalnią rozciągał się jednak Las Szczęśliwości. Nie raj i nie kraina cudów, ale zwyczajne, spokojne życie. Z trudnościami, które uczą i rozwijają, ze strachem, który nie paraliżuje jak lęk, z dłońmi wyciągniętymi ku drugiemu stworzeniu. Las, w którym codzienność nie jest bajką, ale właśnie dzięki temu zasługuje na to, by nazywać go Szczęśliwością.
Las Szczęśliwości nie olśniewał cudami. Nie błyszczał złotem ani nie pachniał egzotycznymi owocami. Nie było w nim niczego, co na pierwszy rzut oka mogłoby oszołomić. A jednak – każdy, kto choć raz w niego wszedł, czuł w płucach coś, czego brakowało w całej Poczekalni – lekkość oddechu. Tu nie chodziło o brak trudności. Wręcz przeciwnie – w Lesie Szczęśliwości istniały obowiązki, przeszkody, czasem nawet ból. Ale nie były to przeszkody, które kruszą serce, lecz te, które hartują. Drzewa tego lasu uczyły równowagi: jedno rozciągało gałęzie, by chronić przed wiatrem, inne dawało cień i odpoczynek, jeszcze inne sypały liśćmi pod nogi, jakby mówiły – idź, choćby droga była długa.
W tym świecie człowiek nie musiał już żyć wciąż dla innych, zapominając o sobie. Uczył się, że troska o siebie to nie egoizm, lecz fundament, na którym dopiero można budować mosty ku innym. Że jeśli wciąż karmi się tylko cudze potrzeby, zaniedbując własne, to w końcu głód wraca i pożera od środka. Życie na okruchach nie jest życiem. Okruchy – rzucane przez kogoś, kto nie potrafi dać nic więcej – na chwilę oszukują głód, ale nie karmią. Nie upieczesz z nich chleba, który nakarmi rodzinę dobrymi emocjami. Nie zbudujesz stołu, przy którym można usiąść bez lęku. Zostaje tylko złudzenie obecności.
W Lesie Szczęśliwości nie ma okruchów: jest chleb – czasem skromny, ale prawdziwy; jest dom – prosty, ale trwały; są ramiona – nie zawsze gotowe do uścisku, ale obecne, gotowe, by pomóc, gdy nadejdzie chwila upadku. To świat, w którym plany nie rodzą się z iluzji czy kłamstwa, ale z tego, co możliwe i prawdziwe. Gdzie człowiek może spojrzeć w lustro i nie widzieć w nim tylko roli, jaką odgrywa dla innych, ale siebie – ze swoimi pragnieniami, marzeniami, słabościami i siłą. To świat, w którym każdy oddech jest świadomy, a każde spojrzenie na siebie pełne uważności.
Las Szczęśliwości nie jest miejscem idealnym. Jest miejscem wystarczającym. A to, co wystarczające, jest często tym, za czym w głębi duszy tęsknimy najbardziej. I o tym lesie śniły stworzenia w Poczekalni – o zwyczajności, w której można oddychać.
Powracające coraz częściej ataki paniki potęgowały tylko lęki Łanny. Funkcjonowała gorzej, nie z powodu upływającego czasu, lecz braku snu. Lata spędzone w cieniu oślego nieistnienia, jego okazjonalnego bywania w jej życiu spowodowały, że czuła, jak małej jest wartości i jak niewiele znaczy w życiu Osła. Coraz mniej liczyły się utracone lata, jej plany nie miały znaczenia, a marzenia o urodzeniu kolejnego dziecka musiała pochować w grobowcu niespełnień, ukrytym pod stertą gruzu pomarańczowej cegły.
Coraz częściej oczy Łanny zalewały krople rosy, spływające potem korytem zmarszczek po pysku. Puste, nic niewnoszące słowa jej wybrańca niedoli wierciły dziury w sercu sarny, a w spojrzeniu budowały studnię niezalaną wodą. Wpadały do niej każdej nocy plany, które nigdy nie mogły się zrealizować, tęsknoty, o których pisano w bajkach o księżniczkach, kiedy była dzieckiem, marzenia i idealistyczne, iluzoryczne wizje ich wspólnej przyszłości i szczęścia, które miało namalować uśmiech i rozjaśnić jej starzejące się lico. Przez wiele lat wpadała do niej i ona, ale jakimś cudem odnajdywała powrotną drogę, wzdłuż której rosły soczystej zieleni krzewy nadziei. Ona podobno umiera ostatnia. Łanna plotła więc wianki z młodych pędów tej niebywale wytrzymałej rośliny i wieszała je sobie na szyi lub układała na czubku głowy.
Krzewina wtulała się do sierści sarny, rozpylała wokół słodki zapach, a kiedy Łanna upoiła się tym zapachem – ta wchłaniała się wprost pod skórę. Spokój ogarniał sarnę i znowu była pełna nadziei i gotowości do poświęcenia kolejnego swojego dnia, tygodnia, miesiąca, a potem roku, wierząc w fałsz, pod różowym płaszczykiem miłości. Huśtawką nastrojów – od przerażającego żalu, przez lęk, do pełnego oddania i namiętności – było przywiązanie.
Chroniczny ból w piersi, pieczenie i drżenie przypominały lęki przed samotnością i przywoływały głośnym rykiem, że nie zasługuje na miłość i proste życie. Kontrola wszystkiego, co działo się wokół, plany, nawet najmniejsze czynności, natomiast tworzyły iluzję wagi jej słów i działania. A potem męczyła się, schodziło z niej powietrze, nie odnajdywała tlenu i przerażający strach o jej życie zawładnął jej wszystkimi myślami.
Płuca zapadały się w poszukiwaniu choć jednego, lekkiego oddechu, jednego tchnienia i czując, jakby pękał w nich balon napełniony wodą – Łanna się dusiła. Lewa strona jej wątłego, dawno niekarmionego ciała drętwiała, niczym stary klocek do strugania, z którego miał powstać mały ośli, kłamliwy chłopiec. Jakby miał się wydobyć z jej ciała, wyskoczyć niczym z procy i wpaść, tak! – najlepiej wpaść do tej samej studni, do której ona zaraz, po utracie przytomności, wpadnie! Jednak ten chłopiec lądował zawsze bezpiecznie na miękkim materacu leśnego mchu, ozdobionego stokrotkami i czterolistną koniczyną. Wszak wiele lat temu Łanna obiecała go chronić... więc tuż przed swoim kolejnym upadkiem zadbała o jego bezpieczeństwo.
Nie o swoje, lecz o jego. Nie o swoją wartość, lecz o jego. Tuląc głęboko w duszy jego obawy o utratę rzeczywistości, z której nie chciał się wydostać, obejmując go mocno racicami, dbała o to, by jego istota stała na pierwszym miejscu. Wyskakiwał więc tak często, jak chciał, i zawsze, kiedy najbardziej go potrzebowała.
Ludzkie uczucia, nie wiedząc jeszcze dlaczego, budziły się w niej i w jej sercu. Od miłości, poprzez żal, po nienawiść w najczystszej postaci. Osioł nie nabił sobie ani jednego guza, a Łanna... No cóż... burzyła ściany – nie sposób więc było uniknąć zadrapań, ran tych płytkich i tych głębokich... Jednak przez lata znajdowała w sobie siły, by tuż przed skokiem ukochanego ułożyć w Dolinie świeżo zebrany, soczysty mech i nowe puchowe poduszki... Wierzyła. Jeszcze wtedy wierzyła bardzo w każde słowo owiane iluzoryczną wizją pięknego, nowego, spokojnego życia. Razem szukali idealnego miejsca na ich ślub, a kiedy już je odnaleźli, jadali tam śniadania w skradanych chwilach, które powinny należeć do kogoś innego. Kiedy pojawiały się oczekiwania większe, takie, których Osioł nie potrafił udźwignąć, ni stąd, ni zowąd przychodził pomysł wspólnego zamieszkania, jednak zawsze w miejscu, które nie mogło służyć za dom. A kiedy Łanna była na skraju wyczerpania fizycznego i emocjonalnego i jedyne, czego pragnęła, to kubek herbaty, ciepło bliskości i koc, w którym mogłaby owinąć swoje zmartwienia, z nikim niedzielone, wtedy ten, który miał się w jej bajkowym świecie nią zaopiekować, proponował wyjazd tylko we dwoje. Propozycje niemożliwe do zrealizowania, kłamstwa o rychłym wspólnym życiu i zestarzeniu się. W te iluzje Łanna wierzyła, były jej całym światem. Zatracała się tak bardzo, że nawet nie zauważyła, ileż to razy zdążyły zmienić się pory roku albo ilu znajomych i przyjaciół w jej życiu nie ma.
Po latach, któregoś samotnego, mroźnego poranka spojrzała na siebie w odbiciu lustrzanym i zauważyła w nim kogoś zupełnie innego.
To byłam ja.
Copyright for the Text © Agnieszka Świderska 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Godlewska
Ilustracje: wygenerowane przez AI
Projekt okładki: Dawid Duszka
DTP: GraphSign
BookEdit
tel.: 512 087 075
email:
www.bookedit.pl
facebook.com/BookEditpl
instagram.com/bookedit.pl/
ISBN 978-83-68750-19-5
Okładka
Strona tytułowa
Wprowadzenie
Strona redakcyjna
Okładka tylna
Okładka
